Szeptucha. Na ołtarzu ciszy - Bianka Kunicka

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy

[1] Lau­da­num (stp.) - opium, wy­su­szony sok uzy­ski­wany z na­cię­tych, nie­doj­rza­łych ma­kó­wek. Za­wiera po­nad 20 al­ka­lo­idów, w tym al­ka­lo­idy fe­nan­tre­nowe, sto­so­wane w lecz­nic­twie oraz jako nar­ko­tyk - mor­fina, a także ko­de­inę, która działa prze­ciw­bó­lowo, prze­ciw­kasz­lowo i uspo­ka­ja­jąco. Dru­gie to al­ka­lo­idy ben­zy­lo­chi­no­lowe, ma­jące sze­ro­kie za­sto­so­wa­nie w lecz­nic­twie (za: En­cy­klo­pe­dią PWN). Dzia­ła­nie opium jest znane od wie­ków i sto­so­wane do uśmie­rza­nia bólu, jako śro­dek na­senny i odu­rza­jący. Kiedy nie było jesz­cze pro­fe­sjo­nal­nej ane­ste­zjo­lo­gii, opium było naj­lep­szym środ­kiem znie­czu­la­ją­cym pod­czas ope­ra­cji chi­rur­gicz­nych, po­da­wa­nym naj­czę­ściej w for­mie na­lewki al­ko­ho­lo­wej, zwa­nej lau­da­num, lub mie­szano go z ty­to­niem.
[2] Żu­pan - sta­ro­pol­ska mę­ska szata, no­szona w XVI wieku jako odzie­nie wierzch­nie, a od po­łowy XVII wieku pod kon­tu­szem. Ele­ment pol­skiego stroju na­ro­do­wego.
[3] De­lia - ele­ment szla­chec­kiego ubioru mę­skiego no­szony na żu­pa­nie, ro­dzaj płasz­cza; w od­róż­nie­niu od kon­tu­sza, nie­prze­pa­sy­wany.
[4] Ba­gno zwy­czajne - ro­ślina z ro­dziny wrzo­so­wa­tych, która wy­dzie­la­jąc silny za­pach, od­stra­sza mole.
[5] Na li­tew­skich wsiach czczono węże na­zy­wane ža­lčiai, czyli zie­lony, co zna­czyło to samo co nie­ja­do­wity lub gy­va­t?s, czyli żywy.
[6] Łap­cie, po­stoły - dawne obu­wie wy­pla­tane z łyka (naj­czę­ściej lipy), brzozy lub wiązu. Przed za­ło­że­niem łapci stopy owi­jano w onuce i przy­wią­zy­wano rze­mie­niem lub sznur­kiem.
[7] Ki­ki­mora lub szi­szi­mora - w wie­rze­niach sło­wiań­skich szko­dliwy duch do­mowy, przy­bie­ra­jący po­stać ma­lut­kiej ko­biety, która roz­ra­biała po no­cach, bu­dziła nie­mow­lęta, plą­tała przę­dzę i pło­szyła trzodę.
[8] Mie­siąc (stp.) - księ­życ.
[9] Char­pęć, char­pięć (stp.) - ba­gna, bez­droża, za­ro­śla.

Pomimo utraty du­żej ilo­ści krwi i trud­nych wa­run­ków Olga prze­żyła, co było nie lada wy­da­rze­niem, gdyż wszy­scy do­brze wie­dzieli, że taki po­ród koń­czy się naj­czę­ściej śmier­cią, o ile nie obojga, to dziecka lub matki. Wieść szybko roz­nio­sła się po oko­licy, do Any za­częli ze­wsząd zjeż­dżać po po­moc lu­dzie, także z od­le­głych mia­ste­czek i wsi. Więk­szość przy­jezd­nych sta­no­wiły mał­żeń­stwa lub ro­dzice z cór­kami przy na­dziei, ale by­wali i tacy, któ­rzy chcieli pro­sić ko­bietę o po­radę w in­nych spra­wach, wie­rząc, że ma ja­kiś dar z nie­bios, skoro bez uszczerbku dla matki i dziecka udało jej się ode­brać tam­ten sła­wetny po­ród.

Ana nie umiała od­mó­wić. Za­wsze schlud­nie odziana, z wy­pro­sto­waną syl­wetką, przyj­mo­wała ich w sieni. Zu­peł­nie nie pa­so­wała do wiej­skiej chaty, jed­nak nikt ni­gdy nie miał od­wagi za­py­tać, skąd po­cho­dzi. Plotki mno­żyły się z dnia na dzień, ale nie wia­domo było, co jest prawdą, a co kłam­stwem, które wie­lo­krot­nie po­wtó­rzone, prze­staje się w końcu od prawdy róż­nić. Mó­wiono, że ko­bieta jest da­leką krewną tu­tej­szego szlach­cica, który po śmierci jej ro­dzi­ców w za­mian za opiekę do­stał oko­liczne zie­mie, cią­gnące się od wsi aż po las. Ona za to odzie­dzi­czyła dom, czę­ściowo mu­ro­wany, naj­lep­szy w ca­łej wsi, i po­mimo że lata świet­no­ści miał już dawno za sobą, wciąż wy­róż­niał się na tle drew­nia­nych cha­łup. Kie­dyś miesz­kała w nim nie­spełna ro­zumu sio­stra szlach­cica. Pań­stwo zde­cy­do­wali, że tak le­piej, bo tu nie bę­dzie pło­szyła go­ści i wstydu ro­dzi­nie nie przy­nie­sie. Wy­god­niej im było od­se­pa­ro­wać ciotkę i cze­kać, aż się z tego pa­dołu zwi­nie. Po jej tra­gicz­nej śmierci, kiedy to ciało ko­biety zna­le­ziono w nie­czyn­nej wiej­skiej studni, nikt w tym domu nie miesz­kał. Po­cząt­kowo szep­tano, że to się wszystko kupy nie trzyma, że to­pie­licę pew­nie opę­tał dia­beł jaki, gdyż wcze­śniej wody się bała bar­dziej niż ognia. W każ­dym ra­zie z tej studni już nikt ko­rzy­stać nie mógł. Za­sy­pali ją więc i gdy prze­cho­dzili obok, to splu­wali, żeby Złe, które ją uśmier­ciło, przy­pad­kiem nie za­pa­trzyło się i na nich. Dzi­wiono się na po­czątku, że tak szybko śledz­two umo­rzono, ale nikt za tą dzi­waczną ko­bietą nie tę­sk­nił, bo nie­jed­nemu się od niej ki­jem obe­rwało lub przy­krych słów na­słu­chało, któ­rych ni­gdy ni­komu nie szczę­dziła. Tak więc dom stał pu­sty, a chłopi omi­jali go sze­ro­kim łu­kiem, że­gna­jąc się za­wsze na wszelki wy­pa­dek, bo mó­wiono, że tam stra­szy. Dla­tego też, gdy wiele lat temu za­miesz­kała w nim Ana, wszy­scy ob­ser­wo­wali uważ­nie, czy jej też ja­kieś du­chy nie opę­tają i nie­szczę­ścia na sie­bie - a przy oka­zji na po­zo­sta­łych miesz­kań­ców - nie ścią­gnie. Ta jed­nak za­częła cho­dzić co nie­dzielę do ko­ścioła i choć od razu wi­dać było, że ona z in­nych, tych lep­szych, co by mo­gli w ław­kach sia­dać, za­wsze z bie­da­kami zo­sta­wała, uśmie­cha­jąc się do bo­so­no­giej dzia­twy. Stop­niowo wsią­kła w ich co­dzien­ność i jak swoją ją za­częto trak­to­wać, tym bar­dziej że umiała po­rody od­bie­rać i ni­gdy nie od­mó­wiła po­mocy przy tych naj­trud­niej­szych. Z cza­sem nikt się już nie za­sta­na­wiał, skąd się wzięła we wsi, sta­jąc się jej nie­od­łącz­nym ele­men­tem, jak malwy pod oknami la­tem czy sło­necz­niki je­sie­nią. Nie dzi­wiło też ni­kogo, że ni­gdy nie pra­co­wała w polu i gdy wy­szła za mąż za jed­nego z nich, to ra­czej ona w domu rzą­dziła, a nie, jak w zwy­czaju było - męż­czy­zna. Od dawna za miej­scową aku­szerkę ro­biła, a po uda­nym po­ro­dzie Olgi jej sława do­tarła w na­prawdę od­le­głe re­jony.

No i stało się, co pew­nie w końcu stać się mu­siało, a mia­no­wi­cie wieść o jej nie­zwy­kłych umie­jęt­no­ściach do­tarła do mia­sta. Tak to któ­re­goś wie­czoru pod jej dom pod­je­chał wóz z po­słań­cem, pięk­nie zdo­biony, za­przę­żony w dwa ko­nie z grzy­wami sple­cio­nymi w war­ko­cze. Przy­bysz wzbu­dził za­in­te­re­so­wa­nie miesz­kań­ców, więc zbie­gli się na­tych­miast, aby przyj­rzeć się go­ściowi z bli­ska, gdyż nie­czę­sto we wsi po­ja­wiał się ktoś z mia­sta. Ubrany w gra­na­towy, ak­sa­mitny żu­pan[2], za­pięty na gę­sto przy­szyte, świe­cące gu­ziki, prze­wią­zany sze­ro­kim, pięk­nie wy­szy­wa­nym pa­sem z je­dwa­biu. Na to na­rzu­coną miał lekką de­lię[3] bez rę­ka­wów. Uwagę ko­biet przy­cią­gnęły także jego wy­so­kie, błysz­czące buty z cho­le­wami i ozdobna czapka, przy­stro­jona pa­wimi pió­rami. Męż­czy­zna ja­wił się ni­czym książę z bajki, dla­tego wbi­jały w niego roz­anie­lone oczy, ale ten nie zwra­cał na nie naj­mniej­szej uwagi, trak­tu­jąc wie­śniaczki jak nie­cie­kawy ele­ment oto­cze­nia. Przy po­mocy woź­nicy, nie roz­glą­da­jąc się na boki, zsiadł z wozu, wdep­tu­jąc od razu - ku ogól­nej we­so­ło­ści wie­śnia­ków - w błoto zmie­szane z kro­wim łaj­nem. Prze­klął siar­czy­ście i znie­sma­czony ze­wsząd do­cho­dzą­cym smro­dem ru­szył do drzwi, po czym bez pu­ka­nia wszedł do domu. Bar­dzo długo nie wy­cho­dził, więc nie­któ­rzy, znie­cier­pli­wieni, po­wró­cili do swo­ich za­jęć, co chwilę wy­glą­da­jąc, czy aby nie dzieje się coś no­wego.

W końcu Ana i Jur­gis wy­szli i z po­waż­nymi mi­nami, od­święt­nie ubrani, w mil­cze­niu wsie­dli na wóz i nie że­gna­jąc się z ni­kim, od­je­chali. Nie­długo po­tem we wsi za­częto ga­dać, że sama pani wo­je­wo­dowa, Sa­lo­mea Anna Ra­dzi­wiłł z Sa­pie­hów, ka­zała we­zwać Anę do sie­bie, chcąc za­trud­nić ją jako swoją oso­bi­stą aku­szerkę. Kiedy Ana oznaj­miła, że bez Jur­gisa ni­g­dzie się nie ru­szy, za­brano także jego do Lub­czy, gdzie sza­nowna dama spę­dzała kilka mie­sięcy w roku. Do­ce­lowo oboje mieli tra­fić do pa­łacu Ra­dzi­wił­łów w No­wo­gródku, usy­tu­owa­nego na­prze­ciw sły­ną­cego z pięk­nych wnętrz ko­ścioła do­mi­ni­ka­nów. Lu­dzi­ska ma­chali od­jeż­dża­ją­cym i smutno im się na ser­cach zro­biło, bo do­piero wtedy uświa­do­mili so­bie, jak ważny ele­ment ich spo­łecz­no­ści sta­no­wiło to star­sze mał­żeń­stwo. Jedną z że­gna­ją­cych była Olga, trzy­ma­jąca na rę­kach małą Na­wojkę. Ona ich wy­jazd prze­żyła chyba naj­bar­dziej, bo gdyby nie Ana, to pew­nie ani jej, ani ma­leń­kiej by na tym świe­cie nie było i ni­gdy nie mia­łaby oka­zji ca­ło­wać tej uko­cha­nej, naj­pięk­niej na świe­cie pach­ną­cej główki. Aku­szerka stała się dla niej kimś wy­jąt­ko­wym, w do­datku tak bar­dzo wy­róż­niała się spo­śród in­nych ko­biet, że Olga była w nią wpa­trzona jak w święty ob­ra­zek, uzna­jąc ją za oso­bi­stego anioła stróża. Za­wsze jej się też wy­da­wało, że w Anie jest ja­kaś ta­jem­nica, że ona lep­sza niż inni lu­dzie. Zresztą z domu była Sa­pieha, do czego wszy­scy przy­wy­kli, ale jakby nie pa­trzeć, wo­je­wo­dowa no­siła to samo na­zwi­sko.

Kilka mie­sięcy póź­niej, w domu Olgi i Ma­te­lisa po­ja­wił się ten sam po­sła­niec z do­ku­men­tem, w któ­rym Ana zrze­kła się domu ze staj­nią i chle­wem oraz przy­le­głymi za­bu­do­wa­niami na rzecz mło­dego mał­żeń­stwa. Męż­czy­zna prze­czy­tał jego treść w obec­no­ści świad­ków i do­dał, iż Ana Ka­zlau­skas z domu Sa­pieha, która zo­stała przy dwo­rze i z ła­ski pani wo­je­wo­do­wej otrzyma dom po zmar­łym pi­sa­rzu, a swój stary ze spadku po ro­dzi­cach da­ro­wuje ma­leń­kiej Na­woi, dzięki któ­rej zdo­była pu­bliczne uzna­nie. Do czasu osią­gnię­cia do­ro­sło­ści ma­jąt­kiem Any mieli za­rzą­dzać ro­dzice dziew­czynki, któ­rzy otrzy­mali prawo miesz­ka­nia w tym domu aż do śmierci obojga. Ko­bieta po­da­ro­wała im także wszyst­kie zgro­ma­dzone przez sie­bie do­bra. Choć było ich nie­wiele, mło­dzi i tak nie po­sia­dali się z ra­do­ści, uznaw­szy, że wiel­kie szczę­ście ich spo­tkało i że Na­wojka to praw­dziwy dar nie­bios.

Dom po star­szym mał­żeń­stwie był dużo oka­zal­szy od sta­rej chaty, którą Ma­te­lis prze­jął po nie­ży­ją­cych dziad­kach. Był też le­piej wy­po­sa­żony: miał nie tylko więk­sze okna, pięk­nie zdo­bione okien­nice, ale także praw­dziwe łóżka, na któ­rych nie­mal po sam su­fit pię­trzyły się ha­fto­wane po­du­chy. Przy ścia­nie stały ma­lo­wane skrzy­nie, pełne okryć i dam­skich ubrań, mocno pach­ną­cych aro­ma­tycz­nym ba­gnem[4], które miało od­stra­szać mole. Otwarte pa­le­ni­sko zaś za­pew­niało przy­tulne cie­pło zimą i mie­niące się wie­czo­rami świa­tło ognia. Na piecu stały gli­niane na­czy­nia oraz kilka mie­dzia­nych garn­ków, pew­nie jesz­cze po pierw­szej wła­ści­cielce. Olga ni­gdy wcze­śniej ta­kich nie wi­działa i po­cząt­kowo bała się ich uży­wać, nie chcąc uszko­dzić. W go­spo­dar­stwie po­zo­stało też kilka nio­sek, ka­czek, dwie świ­nie oraz wy­chu­dzony koń, a w wy­ko­pa­nej piw­niczce znaj­do­wał się spory za­pas ziem­nia­ków, mąki gry­cza­nej i słój so­lo­nej sło­niny. Izba była na tyle duża, że dało się pod­wie­sić w niej drew­nianą ko­ły­skę dla Na­wojki, którą Ma­te­lis wła­sno­ręcz­nie wy­stru­gał i naj­pięk­niej jak umiał wy­rzeź­bił na niej dziwne, nie­kształtne wzory. Były one cen­niej­sze niż wszyst­kie rzeźby i ob­razy świata, bo wy­ko­nane oj­cow­skim ser­cem. Pod­wie­szona do su­fitu na czte­rech gru­bych, lnia­nych sznu­rach była cza­sami ostat­nią de­ską ra­tunku, aby uśpić dziecko.

Mło­dzi nie mo­gli uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście i chyba w oba­wie, że to mo­głoby się oka­zać ja­kąś po­myłką, szybko prze­nie­śli cały skromny do­by­tek do no­wego do­mo­stwa. Nie­wiele rze­czy nada­wało się do za­bra­nia, wzięli jed­nak kilka pa­mią­tek ro­dzin­nych Ma­te­lisa, tro­chę zgro­ma­dzo­nych za­pa­sów, parę kur, no i przede wszyst­kim węża[5], który po­dob­nie jak we wszyst­kich in­nych do­mach ca­łymi dniami wy­le­gi­wał się w ką­cie na sia­nie i strzegł szczę­ścia ro­dzin­nego. Wie­rzyli, że to wła­śnie mo­dli­twy do niego, po­je­nie mle­kiem oraz pod­su­wa­nie naj­lep­szych ką­sków po­mo­gły Anie ura­to­wać ich có­reczkę. Wy­da­wało im się dziwne, że w domu Any nie było świę­tego węża, bo prze­cież po­wi­nien ochra­niać od złego go­spo­dar­stwo do­mowe.

Mała Na­wojka - spraw­czyni tego ca­łego za­mie­sza­nia - ob­ser­wo­wała z za­cie­ka­wie­niem krzą­ta­ninę ro­dzi­ców. Dla niej zu­peł­nie nie­ważne było, gdzie mieszka, z wę­żem czy bez niego, byle za­wsze znaj­do­wać się w po­bliżu mlecz­nej piersi mamy.

Dziew­czynka cho­wała się zdrowo i szczę­śli­wie, a po uśmiech­nię­tej i ru­mia­nej buzi wi­dać było, że ni­czego jej nie bra­kuje. Bar­dzo zwinna, wcze­śnie za­częła racz­ko­wać i nie­długo póź­niej cho­dzić, z czego ro­dzice bar­dzo się cie­szyli, bo wszyst­kie oko­liczne babki szu­kały tylko pre­tek­stu, żeby na­stra­szyć ro­dzi­ców, pod­su­wa­jąc - oczy­wi­ście za za­płatą - zioła i ma­ści, któ­rych skład znały tylko one. Olga uzna­łaby swoje ma­cie­rzyń­stwo za wy­jąt­kowo bez­pro­ble­mowe, gdyby nie to, że có­reczka zu­peł­nie nie chciała spać i w nocy czę­sto pła­kała. By­wało, iż zlęk­niona za­sła­niała rącz­kami twarz lub ła­pała się mocno za ma­leń­kie uszka. Z cza­sem zda­rzało się to co­raz czę­ściej, a wy­mę­czona ko­bieta od­da­łaby ko­nia z rzę­dem za choćby jedną prze­spaną w ca­ło­ści noc. Cza­sami, gdy pa­trzyła na swoje dziecko le­żące z otwar­tymi oczami i z za­cie­ka­wie­niem wpa­tru­jące w ja­kiś punkt, jakby coś nie­zwy­kłego tam zo­ba­czyła, prze­szy­wały ją dresz­cze. Po­dobne za­cho­wa­nie wi­działa u ko­tów i wtedy za­wsze przy­cho­dziło jej do głowy, że może dzieci i zwie­rzęta wi­dzą du­chy, które miesz­kają obok, ale wraz z wie­kiem lu­dzie tracą ten dar.

Mi­jały mie­siące i lata, a dziew­czynka wciąż miała pro­blem ze spa­niem, tyle że nie pła­kała już tak czę­sto i na­uczyła się sama uspo­ka­jać. Nie za­sy­piała wpraw­dzie, a je­dy­nie le­żała na po­sła­niu, wpa­tru­jąc się w ja­kiś punkt przed sobą. Matka prze­stała się tym nie­po­koić, a gdy mała pod­ro­sła na tyle, że umiała już cho­dzić i wy­po­wia­dać pierw­sze słowa, ro­dzice po­zwa­lali jej wy­cho­dzić przed dom, bo wtedy choć przez chwilę mo­gli się zdrzem­nąć i od­po­cząć. Wie­dzieli, że Na­wojka do­brze zna oto­cze­nie, a choćby mo­ment bez wier­cą­cego się dziecka był bez­cenny, bo praca w polu i kuźni była nie­zwy­kle mę­cząca, a i o obej­ście prze­cież ktoś mu­siał za­dbać i obiad ugo­to­wać.

Na­wojka, drob­niutka i wy­jąt­kowo sprawna jak na swój wiek, wy­my­kała się z chaty nie­mal każ­dej nocy. Nie­za­leż­nie od po­gody wsta­wała ci­cho ze swo­jego po­sła­nia, na pa­lusz­kach prze­my­kała przez izbę na dwór i boso cho­dziła po wil­got­nej ziemi, mięk­kiej, okra­szo­nej rosą tra­wie, która przy­jem­nie ła­sko­tała, a cza­sami po kłu­ją­cych ro­śli­nach, które z ko­lei ra­niły stopy. Je­dy­nie gdy był mróz i na ziemi le­żał śnieg, za­kła­dała na nóżki za duże łap­cie[6], które szu­rały, gdy szła. Każ­dej nocy za­cho­dziła też do sta­jenki, aby od­wie­dzić ko­nia odzie­dzi­czo­nego po Anie i Jur­gi­sie. Był to duży de­re­szo­waty ogier, po­stawny i nie­zwy­kle na­ro­wi­sty. Wszy­scy są­sie­dzi mó­wili, że nie na­daje się do ni­czego, że ni­kogo nie słu­cha, a Ana tylko z li­to­ści trzyma dar­mo­zjada, bo ma za mięk­kie serce. O jego tem­pe­ra­men­cie prze­ko­nał się Ma­te­lis, gdy przed laty, za­raz po otrzy­ma­niu domu, chciał się z nim przy­wi­tać. Vel­nias - co po li­tew­sku zna­czy dia­beł - par­skał, strzygł uszami i usta­wiał się tak, żeby tylną nogą kop­nąć męż­czy­znę. Całe szczę­ście, ten zo­rien­to­wał się w porę i udało mu się w ostat­niej chwili umknąć. Ja­kież było zdzi­wie­nie Olgi, gdy któ­rejś nocy, obu­dzona przez ha­ła­su­jącą ki­ki­morę[7], do­strze­gła, że có­reczki nie ma w łó­żeczku. Od­na­la­zła ją sku­loną w kłę­bek i śpiącą na sia­nie, tuż przy Vel­nia­sie, który zda­wał się jej pil­no­wać. Prze­ra­żona matka chciała za­brać małą, a wtedy koń po­de­rwał się i za­czął lekko tu­pać ko­py­tem, co obu­dziło dziew­czynkę. Na­wojka wy­cią­gnęła ręce w jego stronę, a ten zbli­ża­jąc do niej swój wielki łeb, de­li­kat­nie ją po­sztur­chi­wał. Mała śmiała się w głos, ła­piąc go za szyję i ca­łu­jąc w chrapy. Olga ostroż­nie ją pod­nio­sła i za­brała do chaty, aby uło­żyć do snu. Po­dobna sy­tu­acja miała miej­sce przez wiele ko­lej­nych nocy, aż w końcu, uspo­ko­jona ko­bieta, prze­stała szu­kać córki, gdyż miała pew­ność, że od­wie­dza swo­jego czwo­ro­noż­nego przy­ja­ciela. Naj­wy­raź­niej mała czuła się z nim bez­piecz­nie.

Matka nie wie­działa jed­nak, że nie­długo po tym, gdy dziew­czynka skoń­czyła sie­dem lat, udało jej się pierw­szy raz do­siąść Vel­niasa i od tego czasu każ­dej ko­lej­nej nocy wy­my­kali się wspól­nie na prze­jażdżkę. Gdyby ich ktoś ob­ser­wo­wał, ni­gdy nie uwie­rzyłby, że to jest to samo zwie­rzę, które sły­nie z tego, że nie lubi ob­cych, i wzbu­dza ogólny po­strach wśród miesz­kań­ców wsi. Koń na wi­dok Na­wojki wy­raź­nie się cie­szył i cały pro­mie­niał szczę­ściem. Gdy wy­my­kali się z domu, two­rzyli je­den or­ga­nizm, na­wet ich od­de­chy wy­da­wały się rów­no­mierne. Mała uwiel­biała to uczu­cie wol­no­ści, gdy na koń­skim grzbie­cie mi­jała za­bu­do­wa­nia, a po­tem bez­tro­sko cwa­ło­wała bez celu. Za­pach wil­goci z uro­dzaj­nych pól na­peł­niał płuca, a roz­ry­wa­jący ci­szę tę­tent ko­pyt do­da­wał od­wagi. Czę­sto, gdy pod­czas pełni, mie­sią­czek[8] roz­ja­śniał wszystko wo­kół, wjeż­dżali do lasu i po­ko­ny­wali char­pęć[9], na­sy­ca­jąc serca dzi­ko­ścią. Drzewa, ni­czym wielcy, mil­czący straż­nicy, otwie­rały im wrota nie­zmą­co­nej czerni. Wtedy koń zwal­niał i szedł bar­dzo ostroż­nie, na­słu­chu­jąc od­gło­sów, które wy­da­wały skrzy­piące drzewa, sowy bądź wilki, wy­gła­sza­jące gdzieś w od­dali swoją wil­czą me­lo­peję. Las pach­niał ina­czej niż pola, bo so­sno­wym igli­wiem, ściółką, gni­ją­cymi li­śćmi dę­bów, grzy­bami, mchem i ży­wicą. Gdy niebo nie było za­snute chmu­rami, cie­nie za­mie­niały się nie­kiedy w bez­cie­le­sne istoty, które prze­my­kały po­mię­dzy drze­wami. Mała nie od­czu­wała stra­chu. Może nie zda­wała so­bie sprawy z za­gro­że­nia, a może po pro­stu czuła się bez­piecz­nie z ogrom­nym przy­ja­cie­lem. Ten z ko­lei, jakby świa­domy od­po­wie­dzial­no­ści, ni­gdy nie od­da­lał się za da­leko od domu, za­wsze uważny, dba­jący o to, aby nie zrzu­cić pa­sa­żerki. Stą­pał ostroż­nie, omi­ja­jąc ga­łę­zie, szczę­śliwy za­chły­sty­wał się po­da­ro­waną mu wol­no­ścią. Tak, wol­ność to chyba to, co oboje - zu­peł­nie tego nie­świa­domi - tak bar­dzo ko­chali, bo żadne z nich nie czuło się do­brze wśród lu­dzi.

Za­wsze wra­cali o tej sa­mej po­rze, chwilę po trze­ciej w nocy, jakby wie­dzieli, że to czas, aby Na­wojka mo­gła się jesz­cze wy­spać przed po­budką. Oj­ciec co­dzien­nie pra­co­wał w polu, nie­kiedy jed­nak szedł do kuźni, po­ma­gać sta­remu ko­wa­lowi. Zry­wał się wtedy przed świ­tem, chcąc zdą­żyć przed Do­man­ta­sem. Po ci­chu li­czył, że tam­ten, nie ma­jąc syna, na­uczy go fa­chu i kie­dyś to Ma­te­lis zo­sta­nie jego na­stępcą. Ko­wal na równi z soł­ty­sem cie­szył się we wsi sza­cun­kiem, a w do­datku znaw­stwo tego rze­mio­sła po­zwa­lało na cał­kiem do­bre ży­cie, bo to i ko­nia pod­kuje, i w ra­zie bólu zęby chore wy­rwie. Olga na­to­miast za­czy­nała dzień od opo­rzą­dze­nia go­spo­dar­stwa: da­wała trzo­dzie jeść, ku­rom tro­chę zia­ren i po­cię­tych po­krzyw, świ­niom ob­rok z wodą, a ko­niowi owsa. Mała za­wsze jej to­wa­rzy­szyła, na­śla­du­jąc mamę i pod­ja­da­jąc coś z przy­go­to­wa­nych zwie­rzę­cych przy­sma­ków, choć naj­bar­dziej lu­biła, gdy ta tłu­kła w wiel­kim ga­rze świeżo ugo­to­waną mie­szankę dla świń. Nie­ziem­ski za­pach cie­płej strawy za­wsze zwa­biał dziew­czynkę.

Na­wojka stro­niła za to od lu­dzi. Za­gad­nięta przez ko­goś, ucie­kała, za­ty­ka­jąc pal­cami uszy, dla­tego w fol­warku ucho­dziła za dziecko dzi­kie i nie­okrze­sane. Lu­dzie szep­tali, że to może przez ten nie­zwy­kły po­ród coś jej się w gło­wie po­prze­sta­wiało. Nie prze­by­wała z in­nymi dziećmi, nie lu­biła drew­nia­nych fi­gu­rek, któ­rymi tamte się ba­wiły, za to czę­sto szep­tała coś pod no­sem i roz­ma­wiała ze swoim ko­niem, na któ­rym każ­dej nocy jeź­dziła po po­lach i la­sach. Opo­wia­dała też dzi­waczne hi­sto­rie oko­licz­nym ko­tom, psom i wró­blom. Gdy rano wsta­wała, roz­ma­wiała ze stru­mie­niem i ma­chała niebu, a słońcu dzię­ko­wała, że na nią świeci. Plo­tła nie­stwo­rzone opo­wie­ści i czę­sto po­grą­żona we wła­snych my­ślach, za­sta­na­wiała się, dla­czego ogień jest go­rący, dla­czego ptaki la­tają, jak duży jest świat i czy się gdzieś koń­czy: je­śli tak, to co jest da­lej, za tym koń­cem, je­śli na­to­miast się nie koń­czy, to jak to moż­liwe, bo prze­cież wszystko musi mieć swój po­czą­tek i ko­niec. My­śli po­chła­niała rów­nież ota­cza­jąca ją przy­roda, za­pach pól, kwia­tów, śpiew skow­ron­ków, szmer wody, kształt i smak ja­błek, nie­zwy­kła ob­łość jaj oraz to, że wy­lę­gają się z nich ma­leń­kie kur­czaki. Wszystko to wy­wo­ły­wało za­chwyt, a cza­sami złość, gdy dziew­czynka nie umiała cze­goś po­jąć. Jej ogromna wraż­li­wość i wy­jąt­kowa uroda czy­niły ją inną i nie­zwy­kłą. Miała włosy w ko­lo­rze doj­rza­łej psze­nicy i ja­sno­zie­lone, głę­bo­kie jak toń wody, dziw­nie od­bi­ja­jące świa­tło oczy. Przede wszyst­kim jed­nak dziew­czynka nie po­tra­fiła nor­mal­nie roz­ma­wiać. Za­wsze szep­tała, jakby nie umiała gło­śno mó­wić. Zda­rzało się, że gdy ktoś pod­no­sił głos czy ko­wal swoim mło­tem kuł że­lazo bądź też pła­kało dziecko, za­sła­niała uszy i z krzy­kiem ucie­kała. Nie lu­biła wszel­kich uro­czy­sto­ści, ta­kich jak we­sela, do­żynki czy od­pu­sty, pod­czas któ­rych się ba­wiono i gło­śno śpie­wano.

Naj­więk­szym pro­ble­mem jed­nak, bu­dzą­cym nie­po­kój miesz­kań­ców i za­wsty­dze­nie ro­dzi­ców, był fakt, iż Na­wojka nie brała udziału w li­tur­giach. Wpraw­dzie słuch i pa­mięć miała nie­zwy­kłe, więc szybko wy­uczyła się wszyst­kich mo­dlitw, co na prośbę matki za­wsze chęt­nie udo­wad­niała, ale to nie po­mo­gło i lu­dzie co­raz bar­dziej od nich stro­nili, na wszelki wy­pa­dek gdyby Złe z domu po sza­lo­nej szlach­ciance na­wie­dziło także ją. Nie­stety, mimo wielu prób, ro­dzice w końcu zre­zy­gno­wali z za­bie­ra­nia dziew­czynki na­wet na nie­dzielne na­bo­żeń­stwa. Nie po­tra­fiła tam prze­by­wać i za­ty­ka­jąc uszy, wy­bie­gała z cer­kwii lub ła­pała się za głowę i ude­rza­jąc w nią pię­ściami, do­pro­wa­dzała do prze­rwa­nia mi­ste­rium. Wszystko to spra­wiało, że nie była lu­biana, co jesz­cze bar­dziej izo­lo­wało ją od spo­łecz­no­ści. Nie­jed­no­krot­nie zda­rzało się, iż któ­raś ze sta­ruch splu­nęła na jej wi­dok lub wy­ko­nała znak krzyża - bo wia­domo, czego nie da się zro­zu­mieć, to bu­dzi strach. Ro­dzice pró­bo­wali tłu­ma­czyć, że jest tylko dziec­kiem, nie­groź­nym, ni­komu krzywdy nie robi i pew­nie z tego wy­ro­śnie, ale że to nie po­ma­gało, sami w końcu przy­zna­wali dla świę­tego spo­koju, że có­reczka nie jest cał­kiem nor­malna. Gdyby nie fakt, iż Olga była przez wszyst­kie ko­biety bar­dzo lu­biana, to pew­nie dawno by się od nich także od­wró­cili. Na wszelki wy­pa­dek, żeby ma­łej, a także ich nie po­są­dzano o ja­kieś dia­bel­skie sztuczki, Ma­te­lis po­sta­no­wił po­zbyć się czar­nego kota, któ­rego dziew­czynka bar­dzo ko­chała - zresztą z wza­jem­no­ścią - bo ła­sił się do niej, gdy tylko po­ja­wiła się w za­sięgu jego wzroku. Na­wojka jed­nak co rusz spro­wa­dzała do domu szwen­da­jące się po oko­licy koty, żeby je na­kar­mić, a nie­które zo­sta­wały po­tem na stałe. Zna­jąc koci tem­pe­ra­ment, wia­domo było, że fu­trza­ków za­cznie przy­by­wać w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Na szczę­ście wszy­scy z cza­sem przy­zwy­cza­ili się do dzi­wactw tej nie­zwy­kłej dziew­czynki i nie prze­szka­dzały im już tak bar­dzo jej nie­co­dzienne za­cho­wa­nia, a wiel­kie oczy i roz­bra­ja­jący uśmiech zmięk­czały serce każ­dego.

.

- Gdy u góry niebo nie było na­zwane,na dole zie­mia nie była wy­mie­niona z imie­nia -

(En?ma Eliš)

Prze­stań my­śleć, że wszystko musi mieć po­czą­tek i ko­niec.

Są rze­czy, które trwają i ni­gdy nie prze­staną,

prze­cho­dzą tylko z lu­stra do lu­stra.

Je­steś moim od­bi­ciem, które nie znik­nie.

Znów, za chwilę, od­naj­dziemy się w top­nie­ją­cym śniegu

jak awers i re­wers, blask i cień, od­waga i strach,

jak mi­łość, która nie chce być za mała.

Nie wolno nam bez sie­bie za­sy­piać, bo noc i dzień

już ni­gdy nie mo­głyby dać schro­nie­nia czu­ło­ści.

Wiesz, kie­dyś, gdy na­sze ręce znów za­łożą gniazdo,

nie po­zwólmy im mil­czeć.

Gdy na­uczysz się mnie czy­tać z ru­chu warg,

opo­wiem ci hi­sto­rie, które za­wsze były tylko dla cie­bie,

a wtedy na­sze dło­nie splą­czą się mil­czą­cymi ję­zy­kami.

Ja, pani z Uruk, je­stem In­aną wschodu słońca,

cze­ka­łam w domu nieba, aż przyj­dziesz po mnie.

Prze­cho­dzi­łam z lu­stra do lu­stra, abyś mógł

od­na­leźć moją po­stać w swoim od­bi­ciu.

Je­stem, jaka je­stem, bez po­czątku i końca

są rze­czy, które trwają wiecz­nie i nie prze­staną

jak mi­łość, która nie chce być za mała.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Łowce, oko­lice No­wo­gródka, Li­twa, 1613 rok

- Jur­gis, skocz no po wodę, ale to żwawo, bo za­raz krew za­schnie i już jej nie zmy­jemy - po­wie­działa sta­now­czo star­sza ko­bieta ze spię­tymi w kok sza­rymi wło­sami, ubrana w tego sa­mego ko­loru długą suk­nię.

- No idę, idę. - Wy­soki męż­czy­zna z wy­raźną nad­wagą wstał nie­chęt­nie i na­ło­żył czapkę na głowę.

- Po­śpiesz się, bo sam to bę­dziesz wy­cie­rał, le­niu je­den! - ko­men­de­ro­wała zde­ner­wo­wana, sta­ra­jąc się zmyć z de­sek przy­sy­cha­jące ślady lep­kiej cie­czy.

- Nie krzycz na mnie! Dzie­ciaka ja­kie­goś mo­głaś wy­słać, se­kut­nico jedna, a nie że­bym ja, stary chłop, przy po­ro­dzie mu­siał po­ma­gać.

- A ty co niby, ko­biety w ży­ciu nie wi­dzia­łeś? Prze­cie dzie­ciaka żad­nego nie za­wo­łam, bo to by do­piero było ga­da­nia. - Ana po raz pierw­szy tego wie­czoru ro­ze­śmiała się, choć nie było jej wcale do śmie­chu, bo dziecko usta­wiło się tak, że za nic nie chciało opu­ścić bez­piecz­nego schro­nie­nia.

- A gdzie oj­ciec? Le­piej, żeby się nie upił, bo może być po­trzebny, je­śli, no wiesz...

- Prze­stań, stary dur­niu! U mnie się ta­kie rze­czy nie dzieją. Jak mó­wię, że uro­dzi, to uro­dzi! - wrza­snęła aku­szerka, a męż­czy­zna po­śpiesz­nie opu­ścił izbę, mru­cząc coś pod no­sem.

Ko­bieta po­chy­liła się nad ro­dzącą, która wy­raź­nie cier­piała, a jej brzuch fa­lo­wał w nie­na­tu­ralny spo­sób. Dziecko uło­żyło się w po­przek i wier­ciło nie­mi­ło­sier­nie, szu­ka­jąc wy­god­nej po­zy­cji. Ana po­gła­dziła ją po roz­pa­lo­nym czole i spo­koj­nie - a wi­dać było, że to dla niej nie pierw­szy­zna - de­li­kat­nymi ru­chami dłoni, przez po­włoki brzuszne, za­częła ukła­dać dziecko główką do wyj­ścia. Po­łoż­nica pod­da­wała się temu cier­pli­wie, choć cza­sami ból był tak silny, że wy­da­wała gło­śne jęki.

- Ciii, wy­trzy­maj, ma­leńka, jesz­cze tro­chę. Dzielna je­steś, wy­trzy­maj, uro­dzisz piękne dziecko, zo­ba­czysz.

- Już nie mogę, nie dam rady, za­bij­cie mnie, nie uro­dzę - mó­wiła z tru­dem młoda.

- Nie pod­damy się tak ła­two. To mą­dre ma­leń­stwo, wie, że ten świat pa­skudny, to i się na niego nie pcha jak inne. - Ana usta­wiała ko­lejno rączki, nóżki i główkę.

- Za­bij­cie mnie, bła­gam, niech dziecko prze­żyje!

- Oboje prze­ży­je­cie! - po­wie­działa sta­now­czo go­spo­dyni, a na sien­nik przy­kryty bia­łym płót­nem wy­pły­nęła z po­chwy po­łoż­nicy mętna, żół­tawa ciecz pęk­nię­tego pę­che­rza pło­do­wego.

- Co się stało? Ra­tuj moje dziecko, prze­stało się ru­szać!

- Jur­gis, da­waj szybko lau­da­num[1]! - wrza­snęła Ana, bio­rąc w ręce brzy­twę, a na­stęp­nie wrzu­ca­jąc ją do wrzątku.

- A ty co, zmy­sły po­stra­da­łaś?! Nie rób tego, bo umrze! - mó­wił prze­ra­żony Jur­gis, po­jąc le­żącą na­lewką z wina i opium.

- Nie umrze, żadna mi jesz­cze nie umarła! Niech prze­żyje cho­ciaż dziecko, ale ra­to­wać trzeba oboje! - Aku­szerka, mó­wiąc to, wy­cią­gnęła wa­rzę­chą brzy­twę z go­tu­ją­cej się wody i zde­cy­do­wa­nym ru­chem prze­cięła brzuch cię­żar­nej od pępka w dół, do spo­je­nia ło­no­wego.

- W imię Ojca i Syna, i Du­cha Świę­tego! - Męż­czy­zna wy­ba­łu­szał oczy, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co wi­dzi.

Ana wy­jęła dziecko i od­cięła pę­po­winę. Z nie­po­ko­jem pa­trzyła na za­si­nione ciałko, nie wy­da­wało z sie­bie żad­nego dźwięku. Klep­nęła kilka razy po po­ślad­kach no­wo­rodka, który na­gle za­czął gło­śno pła­kać.

- No je­steś, ma­leńka. Wresz­cie do nas do­tar­łaś! - mó­wiła wy­raź­nie z sie­bie za­do­wo­lona Ana i owi­nąw­szy dziecko w koc, po­dała mę­żowi.

- A co z nią? Umarła? - za­py­tał, bo­jąc się od­po­wie­dzi.

- Żyje, ale zo­ba­czymy, na ile jest silna! - Ko­bieta po­cią­gnęła za resztę pę­po­winy i wy­do­była z ciała ro­dzą­cej po­zo­sta­jące w ma­cicy ło­ży­sko wy­glą­da­jące jak krowi pla­cek.

- Biedna młódka, na­wet swo­jej kru­szynki nie zo­ba­czy!

- Coś ty taki ma­rudny się zro­bił? Może nie zo­ba­czy, a może zo­ba­czy, jak Bóg da! Po­daj mi le­piej nici i tę dużą igłę ze stołu!

- Chyba nie chcesz jej tym...

- Chcę, stary dur­niu, a ty mi w tym po­mo­żesz. Po­łóż dziecko na pod­ło­dze, a sam mi tu przy­trzy­maj brzuch, że­bym mo­gła do­brze go po­zszy­wać!

- Męż­czy­zna zbladł, ale po­słu­chał i pod­szedł do łoża.

- Ręce umyj, to nie chlew. Przed wi­gi­lią my­jesz, a to też Boże Na­ro­dze­nie, bo w każ­dym dziecku Bóg do nas przy­cho­dzi!

- Ale po co? Prze­cież za­raz je po­bru­dzę - przy­bli­żył dwie kra­wę­dzie roz­cię­cia.

- Bo ja ci mó­wię, że tak trzeba! - po­wie­działa Ana i spraw­nymi ru­chami sta­ran­nie zszyła skórę, co spo­wo­do­wało, że jej mał­żo­nek o mało nie ze­mdlał. Na­stęp­nie po­sma­ro­wała zszytą ranę ło­jem za­ję­czym i przy­kryła ca­łość czy­stą lnianą szmatką. - Dużo krwi stra­ciła. Te­raz wszystko w rę­kach Boga! - Usia­dła na skraju le­ży­ska i drżą­cymi rę­kami otarła pot z czoła.

Kilka mi­nut póź­niej do izby zaj­rzał młod­szy, ja­sno­włosy męż­czy­zna, z prze­ra­że­niem w oczach.

- I co? Co z nimi? To chło­pak? - za­py­tał pod­eks­cy­to­wany.

- Dziew­czynka. Duża i silna. Prze­żyje!

- A Olga? Co z nią? - Jego głos drżał.

- Módl się, ko­chany, tylko to nam te­raz zo­stało. Nie chciała ona ła­two dziecka nam od­dać. Dużo krwi stra­ciła. Leży jak umrzyk blada, ale dy­cha jesz­cze.

- Dzięki Bogu, bo ja już chyba bez niej to żyć bym nie umiał! Mó­wi­łem jej, że i bez dzieci szczę­śliwi bę­dziemy, bo ile razy za­cią­żyła, to ro­niła!

- Nie wy­wo­łuj ty imie­nia Pana nada­remno! Umiał­byś, umiał, ale miejmy na­dzieję, że nie bę­dziesz mu­siał. - Ko­bieta uśmiech­nęła się smutno.

- A dziecko mogę zo­ba­czyć?

- Pew­nie, że tak. To skóra z cie­bie zdarta, nie wy­przesz się, na­wet gdy­byś chciał!

- A ja się tam wy­pie­rał nie będę, bo wiem, że moje. Piękna jest! Naj­pięk­niej­sza na świe­cie. - Męż­czy­zna po­we­se­lał na chwilę i uniósł dziecko nad nie­przy­tomną matką.

- Imię jej trzeba nadać ja­kieś. To nie pies, musi mieć imię - rzu­ciła ko­bieta.

- Zo­bacz, ko­cha­nie, jaką piękną có­reczkę uro­dzi­łaś! Nie rób mi tego, sam jej nie chcę wy­cho­wy­wać... Imię jej trzeba dać - mó­wił ze łzami w oczach oj­ciec, po­chy­la­jąc się nad żoną.

Le­żąca, do­tąd nie­zdra­dza­jąca ja­kich­kol­wiek oznak ży­cia, ock­nęła się na kilka se­kund, prze­wró­ciła oczami i wy­dała z sie­bie ci­chy dźwięk.

- Co? Co ona po­wie­działa? - Ana po­de­szła szybko do łóżka.

- Na­woja, usły­sza­łem do­brze! - włą­czył się do roz­mowy Jur­gis.

- Na­woja - piękne imię. Pa­suje do tej ma­łej, wa­lecz­nej istoty! - Aku­szerka się za­śmiała.

- Na­woja. Moja Na­wojka! - Męż­czy­zna przy­bli­żył do twa­rzy ma­leń­kie za­wi­niątko i de­li­kat­nie po­ca­ło­wał po­bru­dzoną krwią bu­zię.

.

- baśń o zdzi­wio­nej wo­dzie i pa­ste­rzu który nie za­sy­pia -

je­śli ze­chcesz będę lawą mirrą ogniem wodą łzą

ce­ki­nami bran­so­lety z ba­śni ty­siąca i jed­nej nocy

roz­huś­tam fale bie­gnąc tam gdzie jesz­cze nikt

wiesz ci­sza tak brze­mienna w skut­kach uro­dzi mi­liony snów

wy­rzeź­bią słowa wiel­kimi cie­niami po­mię­dzy do­mami gdzie

cie­kaw­skie mia­sto ni­gdy nie za­sy­pia

pod czuj­nym okiem świe­tli­stego pa­ste­rza

za­gląda nam w oczy przy­mknię­tymi okien­ni­cami

uśmie­cha zli­zu­jąc z po­wiek słodko - kwa­śne ta­jem­nice

wiesz Bóg na pewno nie chciał źle

po pro­stu nie znał za­pa­chu ciała do­tyku dłoni smaku łez

nie mógł wie­dzieć że ko­bieta boi się za­snąć sa­mot­nie

umiera wtedy w tańcu je­sien­nych li­ści drżąc

jak ce­kiny bran­so­lety z ba­śni ty­siąca i jed­nej nocy

je­śli ze­chcesz będę lawą mirrą ogniem wodą łzą

roz­huś­tam fale bie­gnąc tam gdzie jesz­cze nikt

to­piąc skały swo­imi błę­kit­nymi ję­zy­kami

wiesz Bóg na pewno nie chciał źle

po pro­stu nie znał za­pa­chu ciała do­tyku dłoni smaku łez

te­raz gdy od two­jego jed­nego do­tyku świat znik­nie

pęk­nie jak bańka my­dlana za­mie­nia­jąc się w mo­tyla

bie­gnę do cie­bie stru­mie­niami mo­jej wody by zdą­żyć

wy­rzeź­bić na­sze imiona wiel­kimi cie­niami

na skrzy­dłach ba­śni ty­siąca i jed­nej nocy

1 lipca 1569 roku na sej­mie wal­nym w Lu­bli­nie pod­pi­sano po­ro­zu­mie­nie po­mię­dzy sta­nami Ko­rony Kró­le­stwa Pol­skiego i Wiel­kiego Księ­stwa Li­tew­skiego, które prze­szło do hi­sto­rii jako tzw. unia lu­bel­ska, da­jąca po­czą­tek Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Na­ro­dów.

Hi­sto­ria opo­wie­dziana w po­wie­ści jest praw­dziwa, choć się nie zda­rzyła. Nie jest to ka­ta­log po­li­tycz­nych, eko­no­micz­nych czy mi­li­tar­nych zda­rzeń, ale próba zro­zu­mie­nia men­tal­no­ści czło­wieka, który ro­dzi się w nie­za­leż­nym od niego miej­scu i cza­sie, jego wy­bo­rów, wąt­pli­wo­ści i spo­sobu ży­cia. Rze­czy­wi­stość prze­plata się tu z ilu­zją, wiara z ma­gią, mi­łość z nie­na­wi­ścią, tylko słońce na nie­bie po­zo­staje nie­zmienne, choć każ­dego ranka przy­nosi nowy dzień...

.

- niech nam zie­mia lekką bę­dzie -

Idę zie­mią zdep­taną od za­ra­nia świata,

co świad­kiem, choć mil­czą­cym, to jed­nak ko­ron­nym.

Wi­działa pierw­szy wy­buch, gdy czas się za­gma­twał,

spo­tkała czło­wieka, był jesz­cze bez­bronny.

Być może wła­śnie tędy Bóg kie­dyś prze­cho­dził,

gdy stwo­rzył i do­glą­dał swój do­by­tek cały.

Chcąc so­bie trud stwo­rze­nia ja­koś wy­na­gro­dzić,

za­pra­gnął, by się losy czło­wie­cze spo­tkały.

Bu­dulca mu za­bra­kło, lecz gdy do­tknął ciała,

wy­dało się tak miłe, na­wet bo­skiej dłoni,

że wy­jął z niego że­bro, a wtedy po­wstała

ko­bieta - gdy ją uj­rzał, to oczy za­sło­nił.

Choć miękka i tak kru­cha, jak wierz­bowe listki,

od męż­czy­zny słab­sza, za­wsze mu pod­dana,

to ona matką kró­lów, tych daw­nych i przy­szłych,

umie bieg hi­sto­rii przy­śpie­szać lub zwal­niać.

Zie­mia cierpi, mil­cząc, choć wi­działa wiele:

głód, bez­dusz­ność wo­jen, nie­skoń­czo­ność go­dzin.

Po­korna w swej mą­dro­ści, nie pa­trzy za sie­bie,

cier­pliwa jak ko­bieta, stwo­rzona, by ro­dzić.