Szept milczącego ptaka. Zabij albo zgiń. Tom 1 - Nikoletta Grams

-
Proszę czekać

Playlista

Monolith Twin Tribes

Everybody Gets High MISSIO

DO YOU REMEMBER ME??? emily jeffri

Farben Orange Sector

Wires The Neighbourhood

No Church in The Wild JAY-Z, Kanye West, Frank Ocean

how could u love somebody like me? Artemas

Little Dark Age MGMT

Hayloft Mother Mother

S.L.U.T. Nessa Barrett

Comics Caravan Palace

Us and Pigs SOFIA ISELLA

House Of Balloons / Glass Table Girls The Weeknd

Natural Imagine Dragons

Labour Paris Paloma

Tag, You're It Melanie Martinez

Digital Silence Peter McPoland

Pretty Little Devil Shaya Zamora

bury a friend Billie Eilish

(You're The) Devil in Disguise Elvis Presley

Twisted MISSIO

Who Is She? I Monster

PROLOG

Keep Your Eyes Peeled   ULTRA SUNN

"Wszyscy jesteśmy tutaj szaleni".

- LEWIS CARROLL, Przygody Alicji w Krainie Czarów*

PTASZYNA

Maszeruję przed siebie korytarzem, obserwując spowite przez mgłę lasy otaczające posiadłość rodziny Kaynesów. Rytmowi moich kroków towarzyszy ten wystukiwany przez deszcz kapiący z rynny na beton. Dziś płynie woda, jutro może to być krew. Kap, kap, kap... Zabij albo zgiń. Nasza gra nigdy się nie kończy.

Akademia jest królestwem okrutników i ludzi ulegających najgorszym pierwotnym żądzom. Są jak zwierzęta - wyją, ślinią się i rżną. Wszyscy jesteśmy tu zepsuci i niemożliwi do naprawienia. Wykonujemy brudną robotę. Przychodzimy na świat, by służyć, i odchodzimy jak robactwo przydeptane butem. Nie mamy tożsamości. Nasze ciała spoczywają w bezimiennych mogiłach, a nasze dusze? One już za życia są podpalane, by przyzwyczaić nas do pośmiertnego ognia.

Jesteśmy jak... cienie. Duchy. Diabły. Przeklęte anioły. Urodziliśmy się w piekle, więc i tak nie upadniemy już niżej. Tak sądziłam, zanim go poznałam...

PTASZNIK

Czerwień ma w sobie coś, co przyciąga oko. Do tej pory oglądałem ją pod wieloma skrajnie różnymi postaciami, jednak ta, którą spotkałem tamtej nocy, bardzo się od nich różniła.

Znowu tam jestem. Jaskrawe światło miesza mi w głowie, kiedy przyglądam się tańczącym. Zamykam oczy i skupiam się na ich zapachu. Odtwarzam w pamięci kształt zroszonego potem ciała i kolor bordowej szminki na wargach. Koncentruję się na woni słodkich perfum i piżma. Powietrze w klubie Deus Ex jest ciężkie od pożądania, ale oni wszyscy zdają się na to nie zważać. Toną w szkarłacie niczego nieświadomi. Gaszą pragnienie dotykiem obcych dłoni. Śmieją się i krzyczą, podczas gdy ja... jedynie patrzę.

Robię swoje, bo nie przyszedłem tu dziś na polowanie. Nie zamierzam atakować. Nie będę jak oni. Nie chcę pożądać, a jednak na jej widok czuję głód, jakiego nie doświadczyłem nigdy dotąd. Przy niej jednej wszyscy pozostali są jak wrony. Uświadomiwszy to sobie, błyskawicznie podejmuję decyzję. Pragnienie okazuje się silniejsze. Przyćmiewa umysł i racjonalność, a ja wybieram się na łowy.

* * *

Sophia Weston była jak nieznany mi dotąd gatunek. Zapragnąłem ją schwytać i uwięzić w złotej klatce. Ta dziewczyna miała być moim pierwszym żywym trofeum. Nie wiedziałem jednak, że stanie się moją zgubą.

* Lewis Carroll, Przygody Alicji w Krainie Czarów, tłum. Maciej Słomczyński, Warszawa 2001.

1Alicja po drugiej stronie lustra

Castle   Halsey

PTASZYNA

Trzydzieści sześć godzin wcześniej

Promienie słońca padają mi na twarz. Sekunda wystarczy. Tracę z oczu przeciwnika i w ten sposób staję się podatna na atak. Poranek był pochmurny i deszczowy, podobny do wszystkich poprzednich w Gryen, mieście blisko Nowego Orleanu, o którym zapomniał nie tylko sam Bóg, ale i diabeł. Tu nigdy nie dociera światło, dlaczego więc dziś miałoby być inaczej. Czy niebiosa sprzysięgły się przeciwko mnie, by odebrać mi wzrok i sprawić, że zacznę krwawić?

- Nieźle - syczę, czując ostrze rozcinające mi skórę na przedramieniu.

Rana jest na tyle długa i głęboka, że czerwień już w pierwszej sekundzie plami mi rękaw. Spoglądam najpierw na rękę, potem na mężczyznę naprzeciwko mnie. To spojrzenie, które według Kaynesa i reszty starszyzny nie należy do człowieka, a do demona.

- Jesteś popieprzona - mamrocze Lucian, kiedy przejeżdżam po ranie palcem, a później obrysowuję sobie wargi krwią.

- Nie masz pojęcia jak bardzo. - Kąciki ust wędrują mi wyżej, gdy wyczuwam na języku metaliczny posmak.

- Ale zbyt porywcza, a przez to nieuważna - marudzi, celując we mnie ostrzem. - Nieudolnie maskujesz swoje słabe punkty. Dwa ruchy i znowu cię potnę.

- Śmiało. - Rozkładam ręce. Chodzimy po okręgu, nieustannie goniąc się i usiłując zadać sobie nawzajem cios. - Lubię ból. Przyda mi się jeszcze kilka blizn do kolekcji.

- Jak sobie chcesz. - Unosi ręce, widząc, że robię krok w przód.

Niewykluczone, że ma rację i faktycznie jestem ostatnio nieco roztargniona, ale umiem wykorzystywać sytuacje takie jak ta. Jego jeden ruch to moje trzy i nim on wykona cięcie, ja już będę się cieszyć zwycięstwem.

- Aua! - drze się, kiedy robię mu na brzuchu pokaźnych rozmiarów szlaczek.

- Oko za oko - kwituję ze śmiechem.

- Dziesięć centymetrów za trzydzieści?!

Braciszek cofa się i łapie za podbrzusze. Przez moment mam wrażenie, że padnie, ale chwilę później znów się prostuje. Jest jak karaluch. Jego nie da się zabić.

- Ciesz się, że nie wyprułam ci flaków.

- Byłaś blisko.

- Jestem kobietą z gracją. Moje pchnięcia są precyzyjne, w przeciwieństwie do twoich.

- Kobietą z gracją?! Wolne żarty. Ściągaj gacie, Sophia. Założę się, że chowasz w nich fiuta!

- Chciałbyś go zobaczyć, co? Nie dość, że masz skłonności kazirodcze, to jeszcze jesteś gejem?

- Przegięłaś - warczy.

Zamierza ponowić atak, ale nagle nieruchomieje i wpatruje się w przestrzeń za moimi plecami.

Dłuższą chwilę zastanawiam się, o co może mu chodzić. Może to tylko zagrywka. Może udaje, że coś przykuło jego uwagę, by mnie rozproszyć. Może, kiedy się odwrócę, skorzysta z okazji, żeby mnie pociąć.

- Oho. - Uśmiecha się delikatnie, a wtedy już wiem, że nie blefuje. - Chmura gradowa na horyzoncie.

Zerkam za siebie i widzę maszerującą w naszą stronę Kirę. Mamy czwartek, samo południe, więc fakt, że nie ma jej na zajęciach z szermierki, oznacza tylko jedno - otrzymała polecenie, by zebrać drugostopniowców na naradę. Czyli starszyzna lub któryś z jej zleceniodawców upatrzyli sobie nowy cel, którym należy się zająć.

- Pół godziny - oświadcza Kira, stając przed nami. Nie wita się, bo to nie w jej stylu. - Szybki prysznic i widzę was oboje w Bocianim Gnieździe. - Obraca się na pięcie, po czym znika równie szybko, co się pojawiła.

- Wiesz, co ci powiem, Yoshida?! - woła Lucian, ale ona nie patrzy na niego ani nie zwalnia. - Świat byłby piękniejszy, gdybyś choć raz spróbowała nie być dla ludzi suką! - krzyczy.

Jedyną reakcją, jakiej się doczekuje, jest gest wyprostowanego środkowego palca.

* * *

Szklana rudowłosa kontra ja. Patrzę na nią i zastanawiam się, kim jest. Dziewczyna w odbiciu stoi przed umywalką. Ogniste włosy opadają jej na łopatki i delikatnie falują na końcach. Oczy ma duże, intensywnie niebieskie. To właśnie o nich krążą legendy.

Czarny kot, czort, diabeł? Kogo we mnie widzą? - rozważam, opatrując sobie ranę na przedramieniu. Na tej samej ręce mam jeszcze trzy inne zgrubienia. Jedno z nich zostawiła mi podczas treningu Kira, dwa kolejne zadałam sobie sama.

To była jedna z pierwszych lekcji w Black Wings - nauczyć się zadawać ból i wyzbyć się w związku z tym wyrzutów sumienia. Polecono nam użyć noża, by pociąć - tu dokonywałeś wyboru - siebie lub kogoś. Ci, którzy wybierali innych, uznawani byli za odpowiednich kandydatów z racji braku skrupułów. Ci, którzy cięli siebie, byli do odstrzału, bo zabrakło im odwagi, by przelać krew.

Tak wyglądały nasze testy. System był zero-jedynkowy we wszystkich przypadkach, poza moim. Wybrałam cierpienie nie dlatego, by oszczędzić go przeciwnikowi - wręcz przeciwnie. Drasnęłam się raz, a potem drugi, obdarzając przy tym dyrektora Kaynesa uśmiechem. Natychmiast dostrzegł coś we mnie. Popatrzył i skinął głową, a wtedy odsłoniłam drugi rękaw i powtórzyłam cały proces. Na lewej ręce mam kolejne trzy blizny. Są głębsze, bo sięgnęłam żył. Nie umarłabym, bo i tak byłam już martwa.

Moje rany mają dla mnie znaczenie sentymentalne. Ręce to nic. Inne blizny zdobią moje plecy i nogi. Są jak tatuaże, przypominają, że jestem zabójczynią i tropicielką. Nikt nie złamie mnie torturami czy groźbą śmierci. Wyzwoliłam się... Prawie.

Gdy gdzieś nieopodal rozbrzmiewa dźwięk klucza przekręcanego w zamku, klnę cicho pod nosem. Nie muszę się odwracać, by dostrzec za sobą Taylora. Jego sylwetka odbija się w lustrze. Stoi przy drzwiach łazienki nieruchomy jak cień, cały na czarno, ubrany w mundurek inny od tych, które noszę ja, Lucian czy pozostali.

Mankiety koszuli syna dyrektora zdobią połyskujące spinki z wygrawerowanymi literami "B" i "W". Logo wyszyte na kieszonce na piersi nie jest czarne, ale złote. Barwy, z którymi tak bardzo się obnosi, dosadnie zaświadczają o pozycji, jaką ten chłopak zajmuje. Jest tu panem, a ja z konieczności podczas krótkich spotkań w miejscach takich jak to staję się jego uległą.

- Nie jestem w nastroju. - Obracam głowę w momencie, w którym odrywa się od ściany i z szelmowskim uśmieszkiem przytwierdzonym do swojej obmierzłej mordy zaczyna się do mnie zbliżać.

- A gdzie podziało się dzień dobry? - prycha.

Skrada się do mnie jak drapieżnik, choć w rzeczywistości jest jedynie płotką. Poza murami Akademii nazwisko, które nosi, nie ma żadnego znaczenia, jednak tutaj...

- Dzień dobry. A teraz spieprzaj - mamroczę jeszcze, ale zamiast odejść, obracam się z powrotem w kierunku szkła. Zaciskam palce na brzegu umywalki. Znów wpatruję się w swoje odbicie, próbując skupić się na nim i wymazać całą resztę, elementy przyszłych zdarzeń, na które nie mogę wpłynąć. - Zebranie za piętnaście minut - podejmuję ostatnią już próbę, choć wiem, że nie przemówię mu do rozumu (może dlatego, że czymś podobnym ten karaczan nie dysponuje).

- Wystarczy mi pięć - jęczy tuż przy moim uchu.

Ustawia się za mną, a ja wzmacniam chwyt.

Trzymam się mocno jak zawsze. Za każdym razem przygryzam sobie język aż do krwi, by tylko nie powiedzieć czegoś, czego później będę żałować. Wyłączam myślenie i skupiam się na jedynym szczęśliwym wspomnieniu, jakie dane mi było zachować - dniu, w którym lata temu uciekliśmy z Lucianem nad wodospad.

"Woda zmywa wszystko" - powiedział mi wtedy. "Zmyje cały ból i strach. Zmyje też nasze grzechy".

"My nigdy nie będziemy czyści" - odburknęłam. Nawet jako dziecko wiedziałam, że nie ma dla mnie... dla nas przyszłości.

- Taylor - mamroczę teraz, kiedy chłopak napiera na mnie ciężarem swojego ciała.

Mogłabym zareagować, ale tego nie zrobię. Trzyma mnie w szachu. Jego warunki, podobnie jak zasady panujące w szkole, wydają się aż nadto jasne. Wszelkie oznaki nieposłuszeństwa karane są tu surowo. Niestawienie się na trening, niewykonanie polecenia, błąd w zadaniu - te przewinienia kwalifikują się najniżej. W takich przypadkach winnemu wystarczy kilka batów, łez i kropel krwi. Gdyby chodziło tylko o to, nie miałabym skrupułów i w życiu nie uległabym szantażowi.

- Zebranie powiadasz? - Śmieje się, układając ręce na mojej talii. - Myślisz, że powinienem poruszyć na nim temat kleptomanii twojego brata?

W lustrze widzę, jak bardzo się do mnie szczerzy. Powinnam go zabić. Zrobiłabym to, ale z pozbyciem się ciała byłoby za dużo roboty. No i rzecz jasna rozpoczęłoby się dochodzenie. Za zabójstwo syna dyrektora groziłaby mi kara znacznie surowsza niż ta, jaką otrzymałby Lucian w związku z kradzieżą rękopisów ksiąg wieczystych. Jemu odcięto by dłonie, mnie wszystko po kolei, a sam proces byłby wyjątkowo żmudny i powolny.

- Myślę, że powinieneś trzymać gębę na kłódkę.

- W takim razie musisz okazać mi wzajemność. - Zaborczo zaciska palce na moich udach i zaczyna się o mnie ocierać. - Nie waż się nawet pisnąć, Czortko, bo sprawię ci ból, którego ślady trudno będzie ci później wytłumaczyć.

I tak to zrobisz...

Z całych sił staram się nie skrzywić ani wzdrygnąć. Nie zamierzam też w żaden sposób okazywać mu, że to, co robi, choćby w najmniejszym stopniu mi się podoba, więc zachowuję kamienną twarz.

W pierwszej chwili, gdy wdziera się we mnie bez ostrzeżenia, ból odbiera mi dech. Otarcia po ostatnim razie nie zdążyły się zagoić - czuję to niemal natychmiast. To nie jest ten ból, który tak lubię. Ten jest ostry, bezlitosny, odbiera mi siłę, a ja nie mogę sobie na to pozwolić.

Nienawidzę własnego ciała za to, że mnie zdradza. Nogi mi drżą, choć wbijam paznokcie w dłonie, próbując się utrzymać. Taylor Kaynes nie dotyka - on niszczy. Jest jak zaraza, która rozprzestrzenia się tylko po to, by zostawić po sobie spustoszenie.

Zastyga na moment, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzała. Zwykle, kiedy to robię, dochodzi szybciej, bo lubi patrzeć, jak cierpię.

Gdy tracę równowagę, przyciska mnie do zimnej ceramiki. Jedną ręką oplata mój brzuch, drugą zaciska na szyi, odbierając mi resztki kontroli. Dopiero wtedy zaczyna naprawdę. Szarpie mnie za włosy, miażdży biodra, wdziera się brutalnie, aż z gardła wyrywa mi się stłumiony jęk.

Wystarczyłoby tak niewiele. Jeszcze mniej, żebym zmieniła zdanie i mimo wszystko skręciła mu kark.

- Żadnych dźwięków, umówiliśmy się. - W ramach kary wycofuje się, a potem pcha mocniej. - Pokrzyczysz dla mnie kiedy indziej, ale nie tutaj.

Rozpościera dłoń na moim podbrzuszu. Słyszę jego sapanie tuż przy uchu. Jest jak niedźwiedź grizzly, momentami ociężały, a po chwili żywy jak nigdy. Przygniata mnie do ściany. Drży i dyszy, kiedy dochodzi i spuszcza mi się na tyłek. Chwilę później ściska moje pośladki po raz ostatni i kąsa mnie w szyję.

- Choć raz mogłabyś być dla mnie mokra, Czortko - duka.

- Niedoczekanie.

- Jak sobie chcesz. - Tętno wciąż ma przyspieszone, a w jego głosie jest coś, co wypełnia mnie obawą. Mam nadzieję, że nie szykuje się na rundę numer dwa. - Ale musisz przyznać, że mielibyśmy ładne dzieci.

- Gdybym była w ciąży, wyskrobałabym sobie twojego potwora nożem.

- Jesteś szurnięta - stwierdza Taylor, luzując chwyt. - I za to właśnie cię lubię.

Przypomina mi ducha. Pojawił się, a teraz znika, zostawiając mnie półnagą w łazience. Kiedy wychodzi, spędzam jeszcze kilka sekund pochylona, stojąc nieruchomo przed umywalką. Wpatruję się w postać po drugiej stronie lustra i myślę o bajce, którą opowiadał mi kiedyś brat. Przypominam sobie dziewczynę o imieniu Alicja i myślę o jej podróży do innego świata, drodze w dół króliczej nory, która wydawała się nie mieć dna.

"Jej świat jest tym, który widzisz, kiedy spoglądasz w swoje odbicie" - mówił mi, gdy byliśmy dziećmi. "Ta wersja ciebie, na którą patrzysz, jedynie powtarza po tobie ruchy. Nie jest prawdziwa i ty też nie jesteś. A skoro nic, co cię spotyka, nie dzieje naprawdę, nie istnieje też zło. To wszystko sen, koszmar, z którego kiedyś się wybudzimy".

Kocham go, co nie zmienia faktu, że jest głupi. Każde z naszych doświadczeń jest realne jak czerwień w ranach, które zadaliśmy sobie na treningu, i ta, którą dostrzegam na palcach, kiedy wkładam sobie dłoń w majtki.

- Woda zmywa wszystko - szepczę, odkręcając kran.

Pozwalam, by zimny strumień opłukał mi ręce, ale wcale nie czuję się lepiej.

"My nigdy nie będziemy czyści".

Staję prosto, pamiętając nauki Akademii, by zawsze trzymać głowę wysoko. Ubieram się, poprawiam włosy i stawiam pierwszy chwiejny krok w stronę korytarza. Z kolejnymi idzie mi już nieco łatwiej. Chyba powoli nabieram doświadczenia.

* * *

Bocianim Gniazdem nazywamy salę w najwyższej z wież Akademii. Na naradach ze starszyzną spotykają się tu tylko wybrańcy, ci, którzy jedną stopą opuścili już szkołę i z bezmyślnych pachołków stali się pachołkami z nieco dłuższą smyczą niż inni.

Black Wings wymaga od swoich wychowanków bezwzględnego posłuszeństwa. Skończymy osiemnaście lat, ale nigdy nie będziemy wolni. Nasi przełożeni zadbali, byśmy zniknęli z rejestrów i nie pozostał po nas ślad. Odebrali nas rodzicom lub zabrali nas z przytułków i dla świata przestaliśmy istnieć. Jako dorośli nadal mamy zabijać, z tą różnicą, że nasze życie będzie się toczyć już w znacznej mierze poza murami Akademii. Jako cienie będziemy podróżować do Europy i Azji i tam zostawiać po sobie trupy.

Ja i Lu jesteśmy już dorośli. Jeszcze dwa miesiące. To wtedy mój rocznik czeka ostatni test. Wtedy też zacznie się nasza podróż czerwonym szlakiem.

Spośród tych, którzy będą nam towarzyszyć, w sali pod szklaną kopułą przy stole siedzi jeszcze czwórka uczniów Kaynesa. Miejsce naprzeciwko mnie zajmuje Kira Yoshida. Ludzie nazywają ją Yuki-onna, czyli "Śnieżna kobieta", pewnie dlatego, że jej serce pokrywa lód grubszy niż u pozostałych. Podobnie jak my nie okazuje emocji, ale w jej nieczułości jest większa... głębia. Kira się nie uśmiecha, nawet wtedy, kiedy wbija ostrze w czyjąś pierś.

Po jej prawej na fotelu rozsiadła się Valeria Volkov, jedyne dziec­ko słynnego rosyjskiego arystokraty Alexandra Volkova, kruczowłosa świruska o białej skórze i słowiańskiej urodzie. Jako jedna z nielicznych jest tutaj z wyboru - rzecz jasna, nie jej własnego. Tatuś wysłał ją tu, by spokorniała, ale wątpię, czy to możliwe. Niektórzy mówią, że wydłubała swojemu kamerdynerowi oko i nakarmiła nim piranie w akwarium ojca, inni, że odcięła ptaszka jakiemuś nieszczęśnikowi. Ile jest w tym prawdy, nie wiem, ale z chęcią by się ze mną zmierzyła. Kiedy gapi się na mnie, mam ochotę się zaśmiać. Nadęta paniusia dla sportu zadarłaby z każdym, ale jak na razie jedynie lekko mnie drażni.

Przechodzimy do drugiej strony stołu. Po swojej lewej mam Luciana, który jakkolwiek trzyma się tylko dlatego, że jest moim bratem, a ja robię w jego interesie za dziwkę naszego księcia na zamku. Woli kraść, niż zabijać, ale biorąc pod uwagę, że Taylor go przyłapał, ostatnio idzie mu raczej średnio.

Tych po swojej prawej nie darzę szczególną sympatią. Rita Sans i Victor Camron. Piękna blondynka o długich nogach i zgrabnym tyłku oraz jej chłoptaś, który tańczy, jak mu Rita zagra. Ta nierozłączna dwójka to nasi słynni truciciele, ale to ona przewodzi w tym duecie.

Zebrała się cała Złota Szóstka. Nazywają nas tak, choć zamiast drogiej biżuterii nosimy miedź, tarzamy się w błocie i kąpiemy we krwi. Najstarsi wiekiem i stopniem. Razem jesteśmy niepokonani i gdyby nie fakt, że Akademia jest wszystkim, co znamy, w sześcioro zapewne obrócilibyśmy ją w pył.

- Antonio Martinez, znany również jako Biały Wąż - odzywa się dyrektor Kaynes. Jeśli chodzi o niego, zajął pozycję na samym końcu. Siedzi wyprostowany i wbija spojrzenie swoich jastrzębich oczu w każdego z nas po kolei. - Był naszym łącznikiem.

Podano nam właśnie teczki z aktami człowieka, o którym mowa.

Otwieram swoją, spoglądam na pierwsze zdjęcie i od razu wiem, na co patrzę. Nie spodziewałam się niczego szczególnego po tym dniu, ale teraz przez moje ciało przechodzi dreszczyk ekscytacji. Mam przed sobą zaszlachtowanego dzieciaka, który na dobrą sprawę wygląda, jakby wcale nie umarł. Nie widzę krwi ani śladów po cięciach, za to ułożenie jego ciała...

Stoi prosto, w pozie przypominającej ptaka szykującego się do lotu. To praktycznie niemożliwe, ale wygląda identycznie jak ofiary francuskiego zabójcy, którego w Akademii znają wszyscy. Głośno zrobiło się o nim jakieś pięć lat temu, bo szokował sposobem, w jaki pozbawiał życia swoje cele. Wypruwał im wnętrzności, wypychał ich ciała i porzucał w miejscach publicznych, gdzie znajdowali je przechodnie. Jak tego dokonywał? Jakim cudem nikt go nigdy nie przyłapał? Nie wiedzieliśmy tego wtedy i nie wiemy tego do dzisiaj.

- To jakaś maskarada? - odzywa się Rita.

- Powiedziałbym raczej, że ostrzeżenie - mruczy Kaynes. - Nasza ziemia i nasz człowiek. To zabójstwo nie było przypadkowe.

- Ptasznik nigdy nie zabijał w Nowym Orleanie - odzywa się Kira. Nikt inny nie odważył się użyć tego przydomku, ale tak właśnie nazwano tamtego zabójcę.

Francuska prasa ochrzciła go tym mianem już po pierwszych dwóch zabójstwach. Schemat szybko zaczął się powielać. Ofiarami padali zwykle arystokraci i bogacze, ci, którzy mieli najwięcej za uszami. Potwierdzonych przypadków naliczyłam jak dotąd osiemnaście i nie było wśród nich żadnej kobiety.

- Może poszerza swoje zasięgi. - Drzwi sali otwierają się, a do środka wchodzi Taylor.

Gdy przechodzi obok mnie i czuję jego perfumy, zbiera mi się na wymioty. Moje wnętrzności wykręcają kolejnego fikołka, kiedy staje obok ojca i wbija we mnie spojrzenie.

- A może ma swojego wielbiciela, który lubi bawić się kukiełkami. To jakiś pierdolony zbok. - Tym razem to Victor.

Jak zwykle pieprzy głupoty. Nie słucham już ani jego, ani nikogo, kto zabiera po nim głos. W milczeniu wpatruję się w zdjęcia, jakbym miała przed sobą co najmniej obraz van Gogha.

Idealne ciało. Idealna zbrodnia. Prawdziwe dzieło sztuki. Morderca z Paryża, o którym krążą legendy. Jest tutaj czy to jedynie jego naśladowca? Tak czy inaczej, jedno mogę powiedzieć na pewno. Pierwsze tego typu morderstwo na naszej ziemi z pewnością nie będzie ostatnim.

2Braterskie grzebanie zwłok i inne tradycje rodzinne

Raging on a Sunday   Bohnes

PTASZNIK

Czy jestem szaleńcem? Zadawałem sobie to pytanie mnóstwo razy w przeszłości, ale dłużej już nie zamierzam. Poznałem prawdę i teraz widzę ją wyraźnie jak nigdy. Moje przeznaczenie, moja misja, moje cele do wyeliminowania.

Grzesznicy. Chcę, by konali. Uwielbiam patrzeć, jak ulatuje z nich życie i jak płacą wtedy za swoje winy. Mówi się, że na każdego przyjdzie pora, ale ja uważam inaczej. Każdy człowiek potrzebuje swojego anioła śmierci. Ja stałem się nim dla wielu. To rozliczenie grzechów, o którym księża mówią na kazaniach. "Diabeł dopadnie każdego błądzącego, który nie wyspowiada się za swoje przewinienia" - twierdzą. W moim świecie to ja jestem diabłem i dopadam swoje ofiary, kiedy uznam to za stosowne. Poluję, tropię, znajduję, ranię i duszę, tak jak mam chęć udusić w tej chwili Doriana.

Patrzę na niego teraz, kiedy tańczy na stole w spelunie w Down Town do dźwięków Another One Bites The Dust i zastanawiam się, jak bardzo opanowany obłędem umysł musiała mieć jego matka, by sprowadzić go na świat. Z dostępnych mi informacji wynika, że była kurwą, co zbytnio mnie nie dziwi. On i Alex - sam już nie wiem, który z tej cholernej dwójki stanowi dla mnie większy problem.

Co to ma być, do cholery?! Dorian zdejmuje koszulę i oblewa się whiskey ku wyraźnej uciesze jakichś pustych małolat przy barze. Od zawsze był żądny uwagi, ale ostatnio przekracza wszelkie granice. A teraz, kiedy podchodzi do rury pośrodku parkietu i zaczyna się o nią ocierać, jakby miał zamiar ten kawał żelastwa zerżnąć...

Ja pierdolę.

Może zamiast przed laty zabierać te dwa demony z sierocińca, powinienem był utopić obu w stawie albo - lepiej - wrzucić do płonącego budynku, który ci cholerni gówniarze sami wcześniej podpalili. Zginęło wtedy trzydziestu dwóch ludzi, więc dwa dodatkowe truchła jedenastoletnich bliźniaków nie zaburzyłyby znacząco równowagi w kręgu życia.

- Pieprzony gówniarz - syczę pod nosem, a później zaczynam przedzierać się przez tłum.

Kiedy ten w końcu mnie dostrzega, spojrzeniem i mimiką twarzy daję mu do zrozumienia, że za moment czeka go egzekucja.

- Toast za mojego brata, Xaviera Montenegriego, pogromcę złoczyńców i dziewic! - drze się, unosząc szklankę z resztką alkoholu, jaka mu jeszcze została.

Jest na tyle głośny, że jego najnowsze fanki (podobnie jak połowa ludzi w barze) zwracają się teraz w moją stronę. Przyglądają mi się z wyraźnym zaciekawieniem. Cieszę się zainteresowaniem ze strony kobiet, odkąd dorosłem, i dobrze o tym wiem. Wiem, że mnie pragną, wiem też, że by mieć te dwie, na dobrą sprawę wystarczyłby jeden uśmiech. Ale co w tym podniecającego, skoro nie są dla mnie wyzwaniem?

Dorian. Po niego tu przyjechałem.

- Gdzie go położyłeś? - Kiedy złazi z blatu, zaczynam ciągnąć go za łachy przez tłum. Młody wpada na ścianę, przykleja się do niej i zaczyna się do mnie szczerzyć.

- Że co?

Właśnie podjąłem decyzję. Z piekielnej dwójki przyszywanych braci to jego nie znoszę bardziej.

- Gdzie położyłeś trupa? - syczę mu do ucha, tak by nikt mnie nie usłyszał.

W czarnych oczach Doriana dostrzegam błysk. Na jego uchlanej mordzie pojawia się nowa mina. Kąciki ust wykrzywiają się i już wiem, że patrzę teraz nie na człowieka, a na demona. Chyba właśnie to lubią w nim kobiety. Myślę, że pociąga je jego socjopatia.

Nie odpowiada, ale się prostuje, jakby nagle magicznym sposobem wytrzeźwiał. Prowadzi mnie w kierunku toalet, a ja już przeczuwam najgorsze. Doriana wyjątkowo łatwo jest wzburzyć. Podobnie jak ja nic nie czuje, ale i tak znacząco się różnimy. On nie myśli o konsekwencjach i na tym polega jego problem. Gdy do mnie zadzwonił, wiedziałem, że przelał krew. Czyją i dlaczego? Tego mam zamiar się dowiedzieć.

- On zaczął - oświadcza, kiedy docieramy do kabin. Otwiera jedną z nich, a wtedy...

Widzę martwego dzieciaka z szeroko otwartymi oczyma. Gdzieś w głębi mam nadzieję, że jednak do reszty mnie opętało i to tylko wyobraźnia maluje mi przed oczyma wyjątkowo realistyczny obraz.

Młody na oko jest w wieku mojego brata. Przypuszczam, że to jakiś studenciak pierwszego lub drugiego roku, jednak ciężko mi stwierdzić cokolwiek więcej. Światło w łazience roztacza czerwonawą poświatę, ale i tak wyraźnie dostrzegam plamy krwi na jego koszuli. Podchodzę do niego bliżej. Muszę zyskać pewność.

- Zamknij drzwi - rzucam do Doriana.

Staję przed muszlą klozetową, na której siedzi nasz nowy problem. Ma spuszczone spodnie, przypuszczam, że to dlatego, że mojemu braciszkowi zebrało się na żarty. Koszulę ma rozpiętą, gały wytrzeszczone, usta szeroko otwarte. W jego klatce piersiowej tkwi kawałek plastiku.

- Zabiłeś człowieka złamaną szczotką do sedesu? - pytam Doriana, kiedy znów staje obok. Chyba nadal nie dowierzam własnym oczom.

- Nim ją złamałem, wsadziłem mu ją do gardła i kazałem mu zeżreć gówno, ale tak, z grubsza tak to właśnie wyglądało. - Krzywi się, gdy widzi mój wyraz twarzy. Chyba właśnie zrozumiał, jak wielkim jest idiotą.

- Szczerze liczyłem, że zaprzeczysz. - Przeskakuję wzrokiem od niego do ofiary. - O co wam poszło?

- Wiesz, jak to jest - prycha. - Różnica zdań w kwestiach politycznych, globalne ocieplenie i takie tam...

- A tak naprawdę? - Niecierpliwym spojrzeniem wymuszam na nim odpowiedź.

- O cukierki M&M's - prycha. - Tak się zaczęło. On mówił, że najlepsze są żółte. Wiesz, tak właściwie to zabawna historia...

- Chyba jednak nie chcę wiedzieć.

- Gdybym był dziewczyną, powiedziałbym, że mam okres, ale chyba po prostu wstałem dziś lewą nogą. Czy "przepraszam" załatwi sprawę?

Nadal nie jestem w stanie przewidzieć jego ruchów, choć widziałem już naprawdę wiele. Kiedyś szesnastoletni Dorian zagroził dzieciakowi, który ograł go w karty, że powyrywa mu nogi i wsadzi mu je w dupę. Rzecz jasna, zrobił to, co w pewien pokręcony sposób uznałem za imponujące.

Były też inne przypadki, jak dajmy na to facet z piłeczką tenisową w tyłku czy staruch, któremu zrobił akupunkturę widelcami. Tyle było tych "wypadków", a ten skurwysyn nadal nie przestaje mnie zaskakiwać. Chyba się co do niego myliłem. Z początku myślałem, że powinno się go zamknąć w więzieniu lub psychiatryku, ale nie. Wymiar sprawiedliwości nic by tu nie pomógł. Ten wybryk natury potrzebuje pieprzonego egzorcysty.

- Przyznaję uczciwie, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. - Znowu szczerzy się do mnie radośnie.

Już zamierzam coś odpowiedzieć, kiedy nieopodal rozlega się trzask.

- Zamknąłeś drzwi? - syczę.

- Możliwe, że zapomniałem.

Działam szybko. Zatrzaskuję kabinę. Jesteśmy tu we trójkę - ja, Dorian i dajmy na to... Steve. Tak, ten młodziak pod naszymi nogami wygląda mi na Steve'a.

Nasłuchuję kroków zbliżających się w stronę pisuarów. Dwie osoby. Mija chwila i słyszę ich głosy. Parka, śmiejąc się, włazi do kabiny tuż obok nas.

Czyjeś ciało opiera się o ściankę toalety i wszystko staje się jasne. Czy naprawdę nie istnieją lepsze miejsca na numerek niż zatęchłe toalety w barze?

Kobieta po drugiej stronie wydaje z siebie cichy jęk.

- Coś nie tak, myszko? - pyta w pewnym momencie jej facet.

- Cuchnie, jakby coś tutaj zdechło - marudzi.

Słysząc to, Dorian parska śmiechem.

- Gęba - mamroczę, po czym zasłaniam mu dłonią usta.

Gołąbeczki postanawiają się przenieść. Wychodzą, ja tymczasem zdążyłem już podjąć decyzję. Powtórzymy akcję, którą przeprowadziłem już raz z Dorianem w przypadku tego faceta od widelców. Znalazłem go na zapleczu restauracji, dlatego sytuacja wyglądała podobnie. Mogę się założyć, że tutaj również mają z tyłu lokalu kontenery na odpadki. Tak to załatwię. Do samochodu przemycimy naszego Steve'a przy użyciu śmietnika.

* * *

- Skąd ta ponura mina, bracie? - pyta mnie Dorian, rozwalony na skórzanym fotelu mojego Audi. - Życie jest piękne, tylko nie twoje i nie moje, co nie znaczy, że nie wolno nam celebrować chwili - oświadcza, po czym wyciąga rękę w kierunku ekranu dotykowego na desce.

- Precz z łapami!

Akurat zachciało mu się karaoke. Tylko tego mi brakuje - skrzeczącego, nachlanego kurczaka, wydzierającego się na całą okolicę akurat wtedy, kiedy wieziemy w bagażniku ciało.

- Wybrałeś już na jutro garnitur? - Na moment poważnieje. Czasem zachowuje się stosownie do swojego wieku, ale nie zdarza się to często. - Na kogo tym razem polujesz?

- Jutrzejsza noc będzie inna - burczę.

Nie mam ochoty rozmawiać z nim ani o interesach, ani o swoich planach.

- Przyznam, że czuję się zaintrygowany.

- Jutro jedynie obserwuję. Wybiorę kogoś, ale...

- Jeśli chcesz mnie przekupić, by trzymać mnie z dala od tłumu, wystarczy butelka brandy i gorące ciało kobiety, która ogrzeje w nocy moje lodowate serce.

- Nie płacę za twoje dziwki.

- Według starego dobrego zwyczaju mógłbyś mi jakąś dziewoję uprowadzić. - Śmieje się pod nosem. - Lubię blondynki, ale o tym już wiesz. Skoro nie płacisz, co powiesz na kradzież czyjejś żony lub kochanki?

Mocniej zaciskam dłonie na kierownicy. Mięśnie szczęki mam tak napięte, że lada moment puszczą jak słabe szwy.

- A teraz milczysz - ciągnie. - No tak, tak, zapomniałem, że nie zabijasz i nie porywasz kobiet. Zdeprawowany morderca z obsesją na punkcie perfekcji i jego pierdolony kręgosłup moralny. Wiesz co? Czasami myślę, że jesteś cholernym hipokrytą.

- Ja za to częściej niż czasem myślę, czy nie wypchać cię jak kukłę i postawić sobie w salonie. Wciąż się zastanawiam, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem.

- To proste. Twoje życie byłoby beze mnie kurewsko nudne. - Szczerzy się. - Weźmy na przykład takie tu i teraz. Powiedz mi, braciszku, czy istnieje ciekawsze zajęcie niż wspólne grzebanie zwłok w blasku księżyca w pełni?

- A może po prostu odrąbię ci głowę i nabiję ją na pal?

- Nie, to nie w twoim stylu - prycha. - Na swój popieprzony sposób naprawdę jesteś porządny i właśnie to w tobie cenię. Nie bzykasz kurew, nie ćpasz i nie mordujesz niewinnych. Jak na moje oko omija cię cała zabawa, ale nie będę cię pouczać. - Opada na fotel i przewraca oczami. - Przepraszam. Ten towar jest mocniejszy, niż przypuszczałem.

- Co wziąłeś? - pytam go, gdy docieramy do bramy wjazdowej.

Posyłam skinienie ochroniarzowi, którego zatrudniłem bez oporu z jego strony, bo znamy się już wiele lat. Dobrze wie, że jesteśmy obłąkani, dlatego sprawdza się w swojej roli. Chroni nie nas i naszą posesję, ale świat poza nią przed nami.

- To jakaś nowa mieszanka LSD i cracku. Widzę po tym czymś gwiazdy. - Dorian przymyka powieki. Znów się we mnie wpatruje, ale tym razem nie tak jak zwykle, a raczej jak w prostytutkę, z którą ma zamiar się zabawić. - Mógłbym przysiąc, że nawet ty wyglądasz teraz jakoś mniej szpetnie niż zazwyczaj.

Ponownie powstrzymuję się od komentarza. Zatrzymuję samochód na podjeździe przed domem. Posiadłość przypomina wiktoriańskie domy, choć ta konkretna budowla z ciemnego drewna i marmuru wygląda raczej jak zmodernizowana wersja tego stylu. W Paryżu mieszkaliśmy nieco skromniej, ale biznes zaczął się kręcić, więc tym razem skusiłem się na ofertę z ośmioma sypialniami, sześcioma łazienkami i ogrodem pokaźnych rozmiarów. Kto wie, jak długo tu zabawimy, ale skoro, jak to mówią, najciemniej jest pod latarnią, w Nowym Orleanie nie zamierzam być anonimowy.

- Co robisz, łachudro?! - drze się Dorian, kiedy chwytam go za szmaty i wywlekam z auta.

Stawiam go przed bagażnikiem. Sugestywnym ruchem daję mu do zrozumienia, że to on ma dźwigać swojego nowego kumpla. Idziemy do ogrodu, ja przodem, on za mną, ciągnąc za sobą nieboszczyka.

- Pomógłbyś? - jęczy.

- Nie zamierzam.

Staję pod rozłożystym dębem na prawo od patio i wciskam mu do ręki łopatę, którą przytachałem tu z bagażnika. Zadzieram do góry wzrok i chwilę wpatruję się w księżyc. Dorian miał rację, mamy dziś pełnię. Noc jest stosunkowo ciepła jak na wczesną wiosnę, wkoło panuje cisza, nie licząc ujadania mojego brata. To faktycznie dobra pora na kopanie grobu, pierwszego w tym miejscu, ale zapewne nie ostatniego.

Drzewa mają tu rozłożyste gałęzie, ich korzenie przebijają się ponad ziemię. Gdy zobaczyłem nasz obecny ogród, natychmiast pomyślałem, że pewnego dnia (prawdopodobnie w bliskiej przyszłości) to tu powstanie nasz miniaturowy rodzinny cmentarz złożony z ofiar Doriana, ale też pewnie Alexa.

- Ty kopiesz dół - burczę do niego.

- Naprawdę sądzisz, że byłbym teraz w stanie to zrobić?

- To twój bałagan, więc ty go sprzątasz. Jeśli nie użyjesz szpadla, z rozkoszą wyposażę cię w łyżkę.

- Lepiej nie. Jak już pewnie zauważyłeś, dysponuję przydatnymi umiejętnościami przekształcania przedmiotów codziennego użytku w narzędzia zbrodni.

Raz, dwa, trzy... Zachowaj spokój.

- Zmieniłem zdanie. Kopiesz dwa groby, jeden dla kolegi z klubu, drugi dla siebie.

Dorian wzdycha, w końcu podejmuje właściwą decyzję i wbija łopatę w ziemię. Zakopie to ciało, które rozłoży się i zgnije.

Zastanawiam się, kim był ten chłopak. W innych okolicznościach to ja mógłbym go znaleźć i gdyby faktycznie na to zasłużył, zająłbym się nim po swojemu. Teraz nie ma jednak co zbierać.

Biorę głęboki wdech i rozkoszuję się chłodnym powietrzem wypełniającym mi płuca, niemal równie rześkim jak to, które dane mi było wdychać we Francji. Wpatruję się w bezchmurne niebo i gwiazdy, a później przekierowuję uwagę na okna posiadłości. Gdy zerkałem w kierunku piętra parę minut temu, wewnątrz panowała ciemność, jednak teraz w największej sypialni dostrzegam złotawy blask.

Na balkonie stoi nie tyle człowiek, ile cień. Rozpoznaję tę wyprostowaną dumnie sylwetkę nawet z odległości kilkunastu metrów. Widzę Alexa, który obserwuje nas, wcale się nie kryje. W drogim garniturze z równie drogą whiskey w szklance wpatruje się w brata bliźniaka grzebiącego w ogrodzie zwłoki.

Ma te same rysy, te same przeklęte i destrukcyjne zapędy, a jednak obaj młodzi Montenegri różnią się jak ogień i woda. Ten, którego mam teraz obok, znany jest z ciętego języka, z kolei diabeł na tarasie głównie milczy, ale jest przez to znacznie bardziej niebezpieczny.

Nasza trójka w nowym środowisku, ze świeżym zapałem, by kraść, zabijać i pustoszyć... Nowy Orlean z pewnością nie jest na to gotowy.

3Krew za krew

Labour   Paris Paloma

PTASZYNA

Gubernator David Bucher to człowiek wielu talentów i pasji. Nie lubi się ograniczać i nie jest wybredny, ale z pewnością ma pewne preferencje. Czy ja, dziewczyna, która dostała na niego zlecenie, wpisuję się w jego gusta? Choć nie jestem dziesięcioletnim chłopcem sprzedanym do niemieckiego burdelu dla pedofilów, wygląda na to, że owszem, pociągam go, bo od mniej więcej trzydziestu minut rzuca w moją stronę pożądliwe spojrzenia. Na początku nie zwracałam na nie uwagi, jednak teraz, kiedy weszłam w drugą fazę planu, zaczęłam nawiązywać z nim kontakt wzrokowy.

Spojrzałam raz, później drugi. Działam powoli, by nie wzbudzać podejrzeń. Zerkam tylko na moment, by po chwili znów skupić się na szklance z rumem. Wodzę palcem po krawędzi szkła i nucę w głowie przyśpiewkę, którą wymyśliłyśmy kiedyś z Kirą. "Tik, tak, tik, tak, tik, tak, zegar tyka wspak, a po szarym niebie leci czarny ptak..."

Spotkanie Buchera z władzami miasta dziwnie się przedłuża. Negocjują wysokość jego wkładu w budowę fabryki przemysłowej na przedmieściach, kolejnej wielkiej kotłowni produkującej tony smogu i odpadów. To byłaby inwestycja, która napchałaby kieszenie i radnym, i jemu. Coś mi mówi, że w tej kwestii już dawno się dogadali.

O czym gawędzą więc teraz, siedząc w garniturach od Armaniego i popijając szampana za pięćset dolców od butelki? Bucher uśmiecha się tak szeroko, że aż strach się bać. Czy omawia z nowymi koleżkami plany na wieczór? Czy zamówił już do swojego apartamentu jakiegoś chłopca? W jakim jest wieku? Ile za niego zapłacił?

"Tik, tak, tik, tak, tik, tak, zegar tyka wspak, a starego pedofila trafi zaraz szlag".

A może tym razem padło na dziewczynkę? Z tego, co mi wiadomo, też je lubi, zwłaszcza te przed piętnastym rokiem życia. Jestem tutaj ze względu na niejaką Benetti Larsson. Gdy ją dla niego porwano, miała czternaście lat - i w tym wieku zginęła. Zabawił się z nią zbyt ostro. Niemiecki skurwiel przyprawił ją o krwotok wewnętrzny, a ciało kazał wyrzucić do Missisipi. Jej rodzice byli biedni, mieli swoje przypuszczenia, ale żadnych twardych dowodów ani pieniędzy na prawnika. W aktach mała wciąż widnieje jako zaginiona. Minęły trzy miesiące od procesu i oczyszczenia Buchera ze wszystkich zarzutów.

Rozmyślam właśnie nad sposobem, w jaki planuję go zabić. Chcę, żeby cierpiał, ale najpierw muszę się wokół niego zakręcić. Pech chciał, że starsze kobiety nasz szanowny pan wybiera rzadziej, jednak moje szczęście w nieszczęściu polega na tym, że tym razem wybierze mnie. Podjął już decyzję, choć może nie zdaje sobie z tego sprawy.

Ognistowłosa w czarnej mini przy barze. Zobaczył ją i zapragnął ją zdobyć, pewnie dlatego, że ma w sobie dziecięce cechy. Ludzie często zwracają na nie uwagę. Mówią mi, że mam delikatne rysy twarzy, porcelanową cerę i duże oczy - wyglądam przez to nie jak zabójczyni, ale jak krucha i bezbronna laleczka. Sądzę, że to właśnie jedna z moich największych zalet. Moje własne ciało jest dla mnie jak kamuflaż, którego lada moment użyję po raz sama już nie wiem który.

Minie minuta i Bucher podniesie się ze swojego krzesła, później uda się w stronę wyjścia. Podeśle po mnie jednego ze swoich ludzi, który powie coś w stylu: "Dobry wieczór. Jeśli można, chciałbym przedstawić pani pewną ofertę". Słowo "oferta" będzie z kolei kryć w sobie przekaz: "Mój popierdolony pracodawca zobaczył cię i pomyślał, że z rozkoszą dziś by się tobą zajął. Dużo płaci, więc jeśli lubisz ostry seks, zapraszam".

Tak właśnie wygląda mój scenariusz. Przewiduję w nim drobne zmiany, ale finał w każdym przypadku jest jeden. Kończę na osobności z gubernatorem, a później... zaczyna się zabawa.

Trzy, dwa, jeden...

A oto i on. To właśnie mój moment.

Bucher wstaje i wymienia uściski dłoni z radnymi. Uśmiecha się do nich, a później po raz ostatni do mnie. Zmierza w kierunku bocznych drzwi restauracji, ja z kolei wychodzę frontowymi. Wiem, że to tam podjedzie jego samochód.

Obcasy stukają o kostkę, po chwili stoję już przy miejscu postojowym. Ubrana w czarne futro, ze szpilkami na nogach i burgundową szminką na ustach wyglądam jak ekskluzywna dziwka, ale taki właśnie był plan. To jedno z moich wielu wcieleń. Mogę być kurwą, kochanką, partnerką. Na koniec dnia jestem przecież... tylko kobietą.

"Tik, tak, tik, tak..."

- Czeka pani na kogoś?

Chromowana limuzyna zatrzymuje się zaledwie pół metra ode mnie. Szyba idzie w dół, by moim oczom ukazał się obmierzły pysk samego pana gubernatora. Cóż za zaszczyt!

- Na śmierć. - Uśmiecham się do niego szeroko, odpalając papierosa. - A w międzyczasie na taksówkę.

- A co powiedziałabyś na prywatną przejażdżkę?

Wnętrzności wykręcają mi się na drugą stronę, gdy odczytuję podtekst.

- Muszę uprzedzić, że interesuje mnie wyłącznie szybka jazda.

- Idealnie. - Szczerzy do mnie rząd implantów, które niedługo mu powybijam, po czym wystawia przez okno rękę z wizytówką. - Klub Deus Ex, jutro o dwudziestej drugiej. To prywatna impreza. Obowiązuje lista gości, ale zadbam o wszystko, jeśli powołasz się na mnie.

Prywatna impreza... Z tego, co mi wiadomo, lokal zmienił ostatnio właściciela, a organizowane tam imprezy zaczęły przyciągać naprawdę parszywe typy. Jutro pojawią się tam również Rita i Valeria. Mają swoje cele, ale schemat pozostaje ten sam.

Klub Deus Ex, jeszcze do niedawna podupadająca dziura, stał się w ostatnich tygodniach miejscem schadzek przestępców i zyskał status lokalu luksusowego. Coś mi tu nie pasuje. Pora przyjrzeć się lalusiowi, który rozkręcił ten biznes. To przyjezdny, a my tu takim nie ufamy.

Ale skupmy się na tu i teraz. Patrząc w oczy Buchera, znów zaciągam się papierosem. Chwilę jeszcze trzymam go w niepewności, po czym rzucam peta na ziemię. Zbliżam się do auta i pochylam. Otwieram usta i chwytam papierowy świstek w zęby.

Oczy gubernatora płoną żywym ogniem, kiedy oddalam się i mrugam mu na pożegnanie. Kręci go taki szajs, więc z pewnością jutro będzie na mnie czekał. A kiedy zjawi się w klubie, powitam go z otwartymi ramionami.

* * *

Nocą, leżąc na posłaniu w Akademii, nie mogę zasnąć. Dochodzi północ, a wkoło panuje cisza. Nienawidzę jej, bo zmusza mnie do myślenia o rzeczach, o których absolutnie nie mam ochoty myśleć.

"Tik, tak, tik..." Powtarzam w myślach wyliczankę, kiedy nagle słyszę gdzieś nieopodal szloch. Podnoszę się.

"Żadnego płaczu i żadnych emocji" - tak brzmi nasze motto. Na piętrze pokoje mają dziewczyny młodsze niż ja. To któraś z nowych i chyba już wiem która. Jeśli ktoś inny trafi do niej wcześniej, za niesubordynację mała zarobi pewnie kilka blizn.

- Ash?

Wchodzę do pokoju naprzeciwko mojego i Rity. Śpią w nim cztery dziewczynki, a właściwie trzy. Jedna z nich siedzi na łóżku, które przypomina raczej pryczę. W świetle lampki widzę jej czerwoną twarz i szklące się oczy.

- Sophia? - odzywa się cieniutkim głosem.

Rozglądam się, by mieć pewność, że reszta faktycznie nas nie słyszy.

- Siedź cicho. - Kucam przy jej posłaniu i przykładam palec do ust.

- Boję się - szepcze.

W białej koszuli nocnej i potarganych włosach wygląda tak niewinnie. Niedługo skończy piętnaście lat. Ile jej zostało? Tydzień, dwa tygodnie?

- Idź spać - mruczę do niej, powstrzymując się, by nie powiedzieć nic ponadto. Ochronić ją mogę, tylko wymuszając na niej posłuszeństwo.

- Jeśli zasnę, przyjdą po mnie i nie będę mogła się bronić.

- Oni nie przychodzą nocą. Nie muszą chować się w ciemności. Tak czy siak, biorą sobie, co chcą. Wyspana będziesz mieć więcej energii.

- Nie wierzę, że na to pozwalasz. - Zaciska zęby. - Że pozwoliłaś, by z tobą było jak z innymi.

Nie pozwoliłam, walczyłam... Tak mogłabym jej odpowiedzieć, pozostaję jednak niewzruszona. Nie chcę, by mała pomyślała, że ma szansę.

- Czasami lepiej jest zapomnieć. Przeżycia cię ukształtują. Kiedy będziesz w moim wieku, nie będziesz się już bała, niczego i nikogo. - Kładę jej rękę na ramieniu.

Już zamierzam wstać, kiedy młoda odzywa się:

- Aston Marvey powiedział, że będę płakać. Mówił, że zrobi to tak, bym nie pamiętała, jak się nazywam.

Przystaję i znów na nią zerkam.

Pieprzyć to. Zmieniłam zdanie.

- Aston Marvey może się ciągnąć. - Zerkam w prawo i w lewo. Cisza utwierdza mnie w przekonaniu, że mogę działać, więc wyjmuję zza paska sztylet. - Weź go, ale nikomu nie pokazuj. A jeśli spróbuje się do ciebie zbliżyć, odetnij mu tego małego fiutka. - Uśmiecham się do niej niemrawo.

Odpowiada mi podobnym wyrazem twarzy.

Wychodząc, myślę o tym, co ją niebawem czeka. Nie liczę na cud, mam jedynie nadzieję, że chłopcy, którzy ją sobie upatrzyli, zapamiętają spotkanie z nią raz na zawsze.

* * *

Nie mam domu. Mury Black Wings są moim więzieniem. Nadeszła noc, a nocą spod łóżek wypełzają demony. Widzę ich cienie pod pryczami innych, ale nie pod swoją. Moje diabły są ze mną przez cały czas. Obserwują mnie, szepczą, czasem nawet krzyczą, jednak dopiero gdy zamykam oczy, zbliżają się wystarczająco, by przeniknąć do głowy. Nawiedzają mnie w snach i tym razem robią to znowu.

"Pamiętasz ten dzień w lesie?" - pytają. "Pamiętasz ich? Pamiętasz, co ci zrobili?"

W Black Wings "czystką" nazywano rytuał przejścia, który w formie testu dotyczył jedynie kobiet. U mnie i u większości przebiegł po piętnastych urodzinach. To właśnie wtedy zaczęłam krwawić i stałam się celem - zwierzyną, którą ludzie tacy jak Taylor zaczęli tropić i którą za wszelką cenę pragnęli upolować.

Dąb rosnący pośrodku lasu... To tam straciłam niewinność i stałam się kobietą, którą chcieli we mnie zobaczyć. Byłam brudna już wcześniej, ale tamtego dnia krew popłynęła naprawdę.

Pamiętam, jakby to było dzisiaj - tamten bieg i ból, który sprawił, że teraz nie czuję już nic. Śni mi się każdej nocy. Jest moim przypomnieniem, że nie mogę pozwolić sobie na słabość, pod żadnym pozorem nie wolno mi uronić łzy. Nigdy.

Zamykam oczy i przeżywam to wszystko na nowo. Wspomnienie jest jak tatuaż, którego nie da się wymazać ani usunąć. Biegnę przez las, tak samo jak wtedy. Serce łomocze mi w piersi, ale nie zwalniam. Słyszę swój oddech, ale również ich sapanie - kłusowników, którzy namierzyli swoją sarnę. Jest ich czterech, ja jestem sama, mimo to uciekam, jakbym miała jakieś szanse. Mają dłuższe nogi i więcej siły, ja za to motywację, by przeżyć.

Gdybym zginęła, nie byłabym pierwsza. W Akademii krążyły plotki o dziewczynie, która spoczęła zakopana na skraju boru. Nikt nie pamiętał jej imienia, mimo to istniała w pamięci młódek takich jak ja. Jej historia miała być przestrogą, że kiedy przyjdzie co do czego, nie należy walczyć, lecz zaakceptować swój los. Większość z nas to robiła, ale ja nie potrafiłam. Gnałam ile sił w nogach, póki mogłam. W końcu potknęłam się o korzeń i upadłam koło wielkiego dębu. To tam mnie dogonili.

- Koniec drogi, ognistowłosa! - wrzeszczy w moim śnie chłopak o imieniu Ryes, kiedy usiłuję się podnieść. - Czort z tobą, szybka jesteś jak sam diabeł!

- Czortka! - ryczy Taylor na całe gardło. - Od dziś nazywać cię będziemy Czortką!

- Nie - mamroczę. Uderzyłam się w głowę, i to dość mocno. Kręci mi się w głowie. Usiłuję wstać, ale padam na ziemię jak długa. - Nie, nie, nie! - drę się, gdy czuję, że któryś z nich łapie mnie za nogi i zaczyna ciągnąć po ziemi.

- Wije się jak dżdżownica - rży inny. Głos ma niski, mogłabym przysiąc, że jest dorosły.

"Im starsi, tym gorsi" - powiedziała mi kiedyś jedna z dziewczyn, którą przyłapałam, gdy płakała nocą na łóżku obok. Nie wolno nam było płakać, a ona złamała zasady. Byłam wtedy zbyt mała, by ją zrozumieć, ale nie wydałam jej, bo było mi jej żal. "Z wiekiem stają się agresywniejsi. Zniszczą cię, jeśli cię złapią. Nie słuchaj, co mówią ludzie. Biegnij, biegnij, jakby od tego zależało twoje życie, bo zależy".

- Biegnij, Czortko! - Przypominam sobie jej słowa, kiedy ten najstarszy nachyla się nade mną i wrzeszczy mi prosto do ucha: - No już, wstawaj! Zapewnij nam trochę rozrywki!

To właśnie wtedy zbieram w sobie siłę, by obrócić się na plecy. Kiedy to robię, unoszę się na łokciach i błyskawicznie odsuwam o metr, tak by jego twarz znalazła się w zasięgu moich nóg. Nie zastanawiając się długo, kopię go z całych sił. Trafiam w nos, a wtedy chłopak gwałtownie odskakuje do tyłu. Siła odrzutu jest duża, napastnik ląduje na ziemi.

- Kurwa! - wrzeszczy na całe gardło jak zarzynana świnia. - Mała dziwka złamała mi nos!

Uśmiecham się do niego szeroko. Napytałam sobie właśnie biedy, ale i tak jestem z siebie dumna.

Krew za krew - myślę, kiedy widzę spływające po jego ustach i brodzie strugi czerwieni.

Następne minuty rejestruję jak przez mgłę. Obrazy rwą się, mieszają, znikają. Potem jest już tylko ciemność. Mam przed sobą nie ludzi, a zwierzęta. Widzę ich wszystkich, ale to chłopak z zakrwawioną twarzą najbardziej zapada mi w pamięć. Jest pierwszy i najbardziej zuchwały. Myślę o nim później, kiedy leżę skulona pod drzewem. Porzucają mnie jak śmiecia, a ja zastanawiam się, czy w ogóle powinnam wstać.

Jego twarz stoi mi przed oczami przez kolejne miesiące, wzbogacając się o nowe szczegóły za każdym razem, kiedy widzę go w szkolnym mundurku na korytarzu czy w sali zebrań. Nieznajomy ze złamanym nosem nazywał się Adrien. Dokładnie rok po moim chrzcie popełnił samobójstwo, wieszając się na gałęzi tego samego starego dębu, pod którym mnie złapał. Tak przynajmniej uznały władze Akademii, gdy jego gnijące już ciało znaleziono pewnego pochmurnego poranka. Nie zasługiwał na słońce, więc to on spłonął w naszym ziemskim piekle jako pierwszy. Adrien McLavelori - chłopak, który odebrał mi cnotę, był moją pierwszą ofiarą.

A później... poszło już gładko. Zabiłam dziesiątki mężczyzn, ale dokładnie pamiętam kolejność oraz ich imiona. Bogaci, biedni, bardziej i mniej szurnięci. Nigdy nie miało to znaczenia. Każdy z nich był jedynie numerem.

Pedofil Bucher jest czterdziesty czwarty na mojej liście. Aston Marvey będzie czterdziesty piąty.