TERAZ
LENA
Trę zapałką lekko wilgotną draskę, aż w końcu udaje mi się wzniecić płomień. Podpalam knot wystający ze znicza, a potem nakładam pokrywkę i stawiam lampkę na zbitej ziemi uformowanej na kształt prostokąta. Na tynieckim cmentarzu położonym przy ulicy Benedyktyńskiej jest wręcz kolorowo od zniczy gęsto zaścielających nagrobne płyty. W końcu mamy drugiego listopada. Dookoła wciąż krzątają się ludzie, którzy najwyraźniej przyszli tutaj odwiedzić swoich bliskich.
Zaciskam dłonie w piąstki i wkładam je do kieszeni płaszcza. Czuję, jak ziębną mi palce. Aura nie sprzyja pozytywnemu nastrojowi. Zachmurzone niebo i delikatna mżawka podkreślają depresyjny wymiar tych dni. Już chyba wolałabym siarczysty mróz i grubą warstwę śniegu, przynajmniej na duszy zrobiłoby się weselej. Tęsknię za taką prawdziwą zimą. Choć z drugiej strony nie powinnam próbować przywoływać jej na siłę. Gdyby w tym momencie nadeszła, jazda na drugi koniec Polski z pewnością nie przyszłaby mi tak łatwo.
Zerkam na czarną tabliczkę przymocowaną do drewnianego krzyża stojącego dokładnie naprzeciwko mnie. "Maryla Sarnicka".Odczytując w myślach imię ciotki, czuję, jak kolejny raz przechodzi mnie dreszcz. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tutaj stoję. Potrzebowałam czasu, by w końcu podjąć jedną z najodważniejszych decyzji w moim życiu i nie jest nią tylko wyprawa na tutejszy cmentarz. Zabrałam ze sobą klucze do domu Maryli. Bo choć na wiele sposobów próbowałam wmówić sobie, że chyba nie warto babrać się w przeszłości, ciotka, jakakolwiek była, chciała mi coś po sobie pozostawić. Zupełnie mnie nie znała. Mogła mieć żal do nas, że jej nie odwiedzaliśmy. Mogła być sfrustrowana i zła. A jednak zdecydowała się podarować swój dom właśnie mnie.
Pod imieniem wypisanym na tabliczce widnieje data jej urodzin oraz data śmierci. Wszystko wskazuje, że była pięć lat młodsza od mojej matki. Zmarła przedwcześnie. Ponoć od przedawkowania jakichś leków psychotropowych. Nie wiem, czy to rzetelna informacja, czy tylko domysł moich rodziców. Tak mi powiedzieli.
Zastanawiam się, jak wyglądała. Widziałam ją tylko na starych zdjęciach, jeszcze jako bardzo młodą dziewczynę. Były z moją mamą bardzo do siebie podobne.
Wyjmuję ręce z kieszeni, zdejmuję torebkę z ramienia i grzebię w niej w poszukiwaniu czapki. Może nie jest szczególnie twarzowa, ale już czuję, że zatoki dają mi o sobie znać. Stawiam na głos rozsądku i wciągam ją na głowę.
Jeszcze przez chwilę dumam. O wszystkim i o niczym. Trochę tak, jakbym na siłę odwlekała moment pojechania w drugie docelowe miejsce, które muszę w Tyńcu odwiedzić. Zwyczajnie tchórzę, kiedy jestem już tak bardzo blisko. Nikogo tutaj nie znam i zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Dom stoi pusty od dwóch lat. Prawdopodobnie dostatecznie splądrowany przez jakichś złodziei. Może zdążył się już zawalić.
Przesadzam.
Robię znak krzyża i odchodzę, choć dopiero po chwili uświadamiam sobie, że przecież nad grobem nie wyszeptałam ani jednego słowa modlitwy. Ta cała sytuacja odbiera mi zdolność racjonalnego myślenia. Trudno. Lawirując pomiędzy grobami, próbuję zachować równowagę. Wyjmuję klucze i mknę w stronę swojego samochodu. Kiedy przechodzę przez cmentarną bramę, odwracam głowę, by zerknąć na zawieszoną na murze inskrypcję, która wcześniej, kiedy tu wchodziłam, rzuciła mi się w oczy. Mrużę powieki, by dojrzeć datę wyrytą w kamieniu. Rok tysiąc osiemset któryś... Czas zdążył zatrzeć jedną z cyfr. Ciekawe, czy to rok założenia cmentarza, czy coś zupełnie innego. Lubię takie informacje i choć dla wielu pozostają niewidoczne, ja przywiązuję do nich wagę. Ruszam z miejsca, kompletnie rozkojarzona.
- O Boże! - wyrywa mi się z ust, kiedy zderzam się z czymś twardym. A właściwie nie z czymś, a z kimś.
- Mogłabyś uważać, jak chodzisz - słyszę mrukliwy ton. Kładę rękę na piersi, bo zdążyłam przestraszyć się nie na żarty. Podnoszę głowę, by przenieść wzrok z płaszcza jakiegoś faceta wyżej, prosto na jego twarz.
- Bardzo pana przepraszam - dukam wciąż oszołomiona. Chcę coś dodać. Jednak kiedy udaje mi się wreszcie zerknąć prosto w ciemne, zagniewane oczy, które uważnie mi się przyglądają, na moment dosłownie odbiera mi mowę. Przeszywa mnie dziwny dreszcz. Ten człowiek musi być niewiele starszy ode mnie. Tymczasem piekli się jak starszy pan, którego o mało co nie zadeptałam na śmierć. Wiem, że byłam nieuważna, ale ten gość przesadza. Wydaje się być naprawdę bojowo nastawiony.
Milczy, a ja doprawdy nie wiem, jak powinnam się zachować. Wygładzam ręką płaszcz, choć wcale tego nie potrzebuje. Próbuję zająć czymś ręce.
- Errect. Anno Domini 1816 - mówi, a ja przez moment mam wrażenie, że ktoś z naszej dwójki najwyraźniej postradał zmysły. Co to za język? Oszalał? Dopiero po chwili orientuję się, że wskazuje na kamienną tabliczkę, której tak uważnie się przyglądałam. A więc musiał to zauważyć. Właśnie odczytał jej napis. - I następnym razem patrz do przodu, kiedy zamierzasz już ruszyć. Zanim wejdziesz komuś pod auto - dodaje oschle, po czym mija mnie i odchodzi.
Odwracam się na pięcie. Chcę krzyknąć za nim, że przecież nie jestem jeszcze na drodze. I że mogę paść na kolana, by prosić cholerną jego mość o przebaczenie, bo mogłam niechcący pobrudzić jego nieskazitelny czarny płaszcz swoim pudrem. Ale ostatecznie tego nie robię. Odpuszczam, bo to nie miejsce na takie słowne przepychanki. Stygnę, biorąc kilka głębokich wdechów, aż w końcu tracę mężczyznę z widoku.
Łatwo zauważyć, że należący do Krakowa Tyniec ma swój urok, nawet o tej porze roku. A stary klasztor, o którym już wcześniej czytałam, wygląda naprawdę majestatycznie. Położony w malowniczym miejscu, tuż przy jakimś zalewie, latem z pewnością prezentuje się jeszcze okazalej. Mogę to sobie wyobrazić.
Tymczasem w tym momencie zjeżdżam z głównej drogi i zgodnie ze wskazówkami nawigacji kieruję się w stronę wąskiej, niewyasfaltowanej uliczki. Trafiam na jakieś totalne zadupie. Pomiędzy drewnianymi chałupami, spośród których najwyraźniej jedna będzie należała do mnie, nie widać żadnego życia. Żadnego ruchu. Chociaż trudno się dziwić, że ludziom w taką pogodę raczej nie chce się wystawiać nosa poza drzwi.
Zerkam na ekran komórki, która jednoznacznie wskazuje, że właśnie dotarłam do celu. Przenoszę więc wzrok na drewniany płot, na którym wisi odręcznie zapisana tabliczka z numerem domu. Dokładnie tym, którego szukałam. Czterdzieści sześć. I ani o jedną cyferkę więcej. Parkuję maksymalnie blisko furtki, by nie torować drogi, choć wszystko wskazuje, że moja chałupa to ostatnia posiadłość przy tej uliczce i raczej nikt nie będzie próbował dostać się dalej. Na pierwszy rzut oka za domem jest już tylko niewielki las. Nigdzie nie widzę wjazdowej bramy, choć być może wcale jej tutaj nie ma. Jezu. Nic nie wiem. Dziwnie się czuję. Gaszę silnik, nabieram powietrza w płuca i wysiadam.
Murowany budynek z drewnianymi wykończeniami sprawia dość upiorne wrażenie. Stare okna pamiętają jeszcze chyba czasy samego Kazimierza Wielkiego. No pięknie...To skansen, a nie dom. Z niemodną ażurową werandą. W dodatku oplecioną bluszczem. Szczerze powiedziawszy, sądziłam, że o tej porze roku wszystko co zielone zdążyło obumrzeć i stracić liście. Tymczasem bluszcz wygląda całkiem zdrowo. Może jest sztuczny?
Przełykam ślinę. Staję kilka metrów przed drzwiami i zaprzeczam sama sobie, że ciarki na rękach są tylko wytworem mojej wyobraźni. Niczego się nie boję. Nic się nie dzieje...
Szlag by to trafił!
Nie oszukam sama siebie. Co ja tu w ogóle robię? Może powinnam zawrócić i przyjechać tutaj z którąś ze swoich znajomych. Jestem pewna, że dałyby się namówić.
Z drugiej strony, szkoda mojego czasu. Kraków nie leży rzut beretem od Ciechocinka.
Odwracam się i drętwieję. Dosłownie.
Co to ma być?
Z sąsiedniego podwórka, bez żadnego skrępowana, wpatruje się we mnie jakiś starszy pan. Ma na sobie niebieską kraciastą koszulę, szelki i brązowy kaszkiet. Opiera się o balustradę przymocowaną do schodów, jakbym była jakimś okazem godnym miana pomnika. Widzi, że go dostrzegam, a jednak nie przestaje się gapić. Nie odwraca się nawet na chwilę, namolnie przyglądając się temu, co zamierzam zrobić.
- Dzień dobry - wołam, podnosząc rękę. Czuję się nieswojo.
Kiwa do mnie ręką, jednak najwyraźniej wciąż nie zamierza odpowiedzieć. Może jest niemową? Prostuje się i wspina po schodach. Powoli wraca do swojego domu. Dziwny typ. Sprawił, że jakoś nierówno załomotało mi serce.
Zerkam na drzwi domu ciotki. Raz kozie śmierć. Wchodzę na werandę, wkładam do zamka klucz, przekręcam go i naciskam klamkę. Ustępuje.
Drewniane wiekowe skrzydło otwiera się bez charakterystycznego zgrzytania, którego, nie wiedzieć czemu, po prostu się spodziewałam.
Robię krok do przodu i od razu uderza mnie zapach wilgoci. W końcu przez długi czas nikt tych murów nie ogrzewał. Szczerze powiedziawszy, sama o ogrzewaniu wiem tyle co nic. W bloku, w którym mieszkamy, ktoś po prostu robi to za nas.
Tymczasem podłoga, po której idę, nie ma nic wspólnego ze starym, zapadającym się parkietem. Wnętrze nijak pasuje do tego, co zobaczyłam z zewnątrz. Panele mające nie więcej niż parę lat prowadzą mnie do wielkiej otwartej przestrzeni. Rozglądam się dookoła, a moje serce wali chyba milion razy na sekundę. Zachowuję się ostrożnie, mknąc niemalże na palcach. Jest cicho jak makiem zasiał. Jakbym za chwilę miała kogoś tutaj spotkać. Przecież nie jestem intruzem. To mój dom. I z pewnością nikogo poza mną tutaj nie ma.
- Mój dom - choć te słowa ciężko przechodzą mi przez usta, po prostu je wypowiadam.
Jestem w salonie. Zerkam na ścianę, na której wisi wielki obraz przedstawiający czerwoną różę, która od razu rzuca mi się w oczy. Zaczynam się rozglądać. Przestrzenny pokój wygląda całkiem zwyczajnie. Normalnie. Z ładną kanapą, drewnianą ławą do picia kawy i stojącym na szafce płaskim telewizorem. Co prawda niedużym, ale nowoczesnym.
Ciotka miała nie najgorszy gust. Przejeżdżam ręką po siedzisku. Kiedyś musiała tutaj odpoczywać. Chciałabym móc sobie ją wyobrazić, ale nie mam żadnego punktu odniesienia. Choć pewnie i na starsze lata wyglądem najbliżej było jej do mojej matki. Podchodzę do fotela. Na oparciu wisi jakiś materiał. Podnoszę go i widzę, że to sweter. Został tutaj, kiedy jej samej nie ma już w domu od przeszło dwóch lat. Na stole leży pilot. Pewnie kładąc go tutaj, nie wiedziała, że robi to ostatni raz.
To niezwykłe. Trochę przerażające.
Przez moment mam wrażenie, że czuję jej obecność. Odwracam się, by uspokoić własną wyobraźnię. Ale przecież życie to nie film, a powracające duchy zmarłych są zarezerwowane tylko dla horrorów wyświetlanych na szklanym ekranie.
Idę w stronę kolejnego pomieszczenia. Wewnątrz panuje półmrok, bo pomimo całkiem wczesnej pory niebo staje się coraz ciemniejsze, ledwo zaczyna mijać południe. Uroki listopadowej pogody. Klikam na włącznik światła, ale pomieszczenie się nie rozświetla. Pewnie poszła żarówka albo zwyczajnie odcięto już prąd. W zasadzie to logiczne, biorąc pod uwagę, że przez dwa lata nikt nie opłacał rachunków.
Trafiam do kuchni. Na stole pokrytym haftowaną serwetą stoją dwie puste szklanki. Zerkam do nich, zachowując bezpieczny dystans. Są porośnięte pleśnią. Wzdrygam się. A więc ciotka musiała kogoś tutaj gościć. Odsunięte daleko od stołu taborety wyglądają tak, jakby ktoś przed chwilą z nich wstał i zapomniał zasunąć je z powrotem. Po prawej stronie piętrzy się zaś stos garnków ułożonych od największego do najmniejszego. Być może nie zmieściły się w szafkach. A może po prostu ciotka nie zdążyła ich posprzątać.
Słyszę trzask. Jakby zgrzytnięcie. Na moment staję jak wryta, zastanawiając się, czy mi się nie zdawało. Przez chwilę słyszę tylko mój przyspieszony oddech. Ogarnia mnie strach. Wokół panuje kompletna cisza, ale po chwili zgrzytnięcie się powtarza. Cholera jasna! Może to myszy. Albo szczury. Zaczynam panikować.
Ale to nie myszy.
To jakieś kroki.
Wstrząsa mną nieprzyjemny dreszcz i mam wrażenie, że dosłownie każdy włosek na moim ciele właśnie staje dęba. Zastanawiam się, czy nie zasłonić oczu, bo nagle na powrót staję się dzieckiem. Zamiast tego odwracam się i próbuję stłumić jęk.
- Matko święta! - krzyczę, kiedy w progu kuchni dostrzegam jakąś postać.
Mężczyzna w niebieskiej koszuli, dokładnie ten sam, który parę minut temu stał na schodach, teraz znajduje się nie dalej niż trzy metry ode mnie.
Kręci mi się w głowie i po raz pierwszy od dawna jestem tak bardzo przerażona. W całym swoim życiu chyba nigdy nie byłam mocniej.
Jak on tutaj wszedł?
No tak. Nie zamknęłam drzwi.
- Widzę, żem panią przestraszył. - Mija parę sekund, nim w końcu się odzywa. - Józef - wyciąga dłoń i podchodzi bliżej. Witam się z nim, zastanawiając się, co tu do licha robi? - A panienka, jeźli mnie pamięć nie myli, to musi być ta Lena.
Zamurowuje mnie. Skąd ten facet zna moje imię? Boże, co się tutaj dzieje? Próbuję połączyć jakieś fakty, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Z tego co kojarzę, nie mieliśmy w Tyńcu więcej krewnych. Była tylko ciotka.
Mam mętlik w głowie.
- Skąd pan wie, jak się nazywam? - pytam.
Macha ręką.
- A świętej pamięci Maryla powiedziała mi kiedyś: pamiętaj Józek, łona się tu prędzej czy później zjawi. No i jest - uśmiecha się, prezentując wybrakowane uzębienie. - A co będziemy tak stać. Chodźże do nas na herbatę z wkładką. Rozgrzeje, a i humor poprawi. Bo w taką pogodę to trzeba się jakoś wspomagać.
Waham się, ale z jego twarzy bije szczerość. Im dłużej na niego patrzę, tym wydaje się mniej straszny niż wcześniej.
- Nie chcę sprawiać problemu. - Mimo wszystko próbuję się jakoś wykręcić.
- A jaki to problem - macha ręką. - Powiem Baśce, żeby zagotowała wodę. Porozmawiasz z moją córką, łona będzie może trochę starsza od ciebie. - Jego ostatni argument wydaje się całkiem przekonujący. Mężczyzna, znaczy pan Józef, rozgląda się dookoła. W końcu cofa się i wchodzi do salonu. Idę prosto za nim. - Tyle czasu - wzdycha, jakby za moment miał się rozkleić. Opuszcza głowę. Domyślam się, że śmierć ciotki dotknęła go zdecydowanie bardziej niż mnie. Musieli dobrze się znać. Mężczyzna wydaje się smutny. Zamyślony. Jakby zapomniał, że wciąż na niego patrzę. W końcu się reflektuje. - No to nic. Będziemy czekać. Przyjdźże zaraz do nas - dodaje i odchodzi, nie czekając na moją ostateczną odpowiedź.
Chyba nie mam wyjścia.
Co prawda, nie przyjechałam tutaj zdobywać nowych znajomych, ale ciepła herbata może i dobrze mi zrobi? Szukam plusów całej sytuacji, choć oprócz rozgrzewającego napoju nie znajduję żadnego więcej.
Może nie będzie tak źle. Facet starał się być gościnny. Raczej nie wypada mi go wystawić.
Pięć minut później wchodzę na schody prowadzące do jego domu.
I wychodzę z niego trzy godziny później. W tak świetnym humorze, w jakim już dawno nie byłam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki