Szeleszcząca śmierć - Grzegorz Kalinowski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Każdy, kto oglą­dał Va­bank Ju­liu­sza Ma­chul­skiego, pa­mięta ten tekst: "To jest tłu­mik, ro­zu­mie pan, czy ja mam do niego do­krę­cić re­wol­wer?". W ni­niej­szej hi­sto­rii tego py­ta­nia nie bę­dzie, bo tłu­mik już zo­stał do­krę­cony i nikt ni­kogo o nic nie bę­dzie py­tał. Pi­sto­let z lufą ob­cią­żaną cha­rak­te­ry­stycz­nym wal­cem nie le­żał już w dłoni tak do­brze jak przed­tem, ale w końcu pre­cy­zja nie bę­dzie po­trzebna. Tu naj­waż­niej­sze bę­dzie zde­cy­do­wa­nie i pew­ność, że to, co się sta­nie, jest słuszne i wła­ściwe.

Pi­sto­let raz jesz­cze zo­stał zwa­żony w ręce, po czym po raz nie wia­domo który zo­stała po­wtó­rzona pro­sta se­kwen­cja: dłoń po­wę­dro­wała do kie­szeni kurtki, ener­gicz­nie, ale nie gwał­tow­nie, tak jakby to było szu­ka­nie dzwo­nią­cej ko­mórki. W drugą stronę ruch był szyb­szy, ale nie­znacz­nie. Nie trzeba było go wy­ko­ny­wać w zbyt wiel­kim po­śpie­chu, bo bę­dzie się miało po swo­jej stro­nie efekt za­sko­cze­nia. Peł­nego za­sko­cze­nia. Żeby tego nie ze­psuć, wy­ma­gana była płyn­ność ru­chu, po­wtórka sche­matu wbi­tego w umysł i ciało. Pa­mięć ru­chowa, tak to na­zy­wają woj­skowi i po­li­cyjni spe­cjalsi oraz spor­towcy.

I raz jesz­cze, dłoń z pi­sto­le­tem szybko prze­mie­rzyła trasę od kie­szeni w kie­runku lampy, a wy­lot lufy za­trzy­mał się o pół me­tra od aba­żura lampy, który od­gry­wał rolę głowy. W tym sa­mym mo­men­cie pa­lec wska­zu­jący po­wi­nien po­cią­gnąć spust i za­koń­czyć sprawę, a chwilę póź­niej, już z bli­ska, po przy­sta­wie­niu lufy do le­żą­cej na ziemi głowy, na­stę­po­wał wielki fi­nał. Ten drugi strzał miał być od­dany w skroń, oko albo tył głowy, wszystko za­le­żało od tego, jak upad­nie ciało. Tak dla pew­no­ści, żad­nych szans na re­wanż.

Bo to nie ro­man­tyczny po­je­dy­nek, tylko eg­ze­ku­cja, po któ­rej nie ma szans na ape­la­cję. Tak po­winno być, tego chce zde­cy­do­wana więk­szość, choć pra­wie każdy, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie, za­piera się, że tak nie można, bo są kon­we­nanse, po­praw­ność po­li­tyczna i wszyst­kie te gór­no­lotne dyr­dy­mały. Śmie­chu warte! Na­wet ci wszy­scy no­wo­cze­śni i li­be­ralni, świę­to­je­bliwi na swój spo­sób, choć nie ko­ściół­kowi, po­prawni do ze­sra­nia Eu­ro­pej­czycy i świa­towcy, wszy­scy oni, a na­wet część kleru, mó­wią gło­śno: żad­nej kary śmierci, ze­msty i eg­ze­ku­cji, bo to nie­hu­ma­ni­tarne i poza bo­skim po­rząd­kiem. Pier­dolą tak so­bie aż do mo­mentu, kiedy spo­tka ich coś strasz­nego, kiedy im zo­sta­nie ode­brane coś, z czego stratą po­go­dzić się nie mogą. Wtedy przy­po­mi­nają im się za­sady ko­deksu Ham­mu­ra­biego, które są naj­kla­row­niej­sze i naj­prost­sze: oko za oko, ząb za ząb!

Gdyby się nad tym za­sta­no­wić głę­biej i odejść od kla­sycz­nego po­ję­cia za­da­nia śmierci, czyli za­bój­stwa, i roz­sze­rze­nia go nie tylko o przy­mu­sze­nie lub do­pro­wa­dze­nie ko­goś do sa­mo­bój­stwa... Co z ra­bun­kiem albo oszu­stwem, które nie do­pro­wa­dzają do śmierci bez­po­śred­nio, ale wpę­dzają w cho­robę lub nę­dzę, które przy­śpie­szają ko­niec ży­cia? Czy wpły­nię­cie na prze­bieg czy­je­goś losu w spo­sób dia­me­tral­nie nie­ko­rzystny i w kon­se­kwen­cji za­bój­czy nie jest mor­dem, tyle że odło­żo­nym w cza­sie? Skoro oko za oko, ząb za ząb, to może kulka w serce za za­wał serca? A jak uka­rać za zszar­ga­nie układu ner­wo­wego, sza­leń­stwo lub de­pre­sję? Spra­wie­dliwe jest, że spie­prze­nie gru­pie osób pa­ru­na­stu lat ży­cia prze­kłada się na wprost pro­por­cjo­nalną karę dla zło­czyńcy, to prze­cież ja­sne i oczy­wi­ste, zro­zu­mie to chyba każdy, tyle że ko­deksy tego nie prze­wi­dują! No i mamy: wy­nisz­czasz ko­goś, spy­chasz go z ob­ra­nej drogi, ruj­nu­jesz zdro­wie, wpę­dzasz w kło­poty całe ro­dziny, a po­tem bez­stre­sowo ży­jesz, nie przej­mu­jąc się ni­czym.

A prze­cież za ta­kie rze­czy po­winno się pła­cić, od­po­wia­dać we­dług spe­cjal­nej ta­ryfy za sumę grze­chów: dura lex, sed lex! Bez dwóch zdań mo­ralny ni­hi­lizm po­wi­nien być ka­rany z całą sta­now­czo­ścią! Ale to tylko teo­ria, po­peł­nia­jący zwy­kłą, ba­nalną zbrod­nię wy­wija się spra­wie­dli­wo­ści lub po­nosi śmieszną karę, to co może spo­tkać zło­dzieja i oszu­sta? Czy ktoś oskarża ta­kiego o skró­ce­nie ko­muś ży­cia, czy ja­kiś sąd po­waż­nie pod­cho­dzi do ta­kiego pro­blemu? Wolne żarty i nie­sły­chana nie­spra­wie­dli­wość!

Nie ma więc wyj­ścia. Żeby wy­rów­nać ra­chunki, trzeba wyjść poza prawo ko­dek­sowe i kie­ro­wać się czy­stą, na­tu­ralną spra­wie­dli­wo­ścią! Tak jak spra­wie­dliwy władca nie musi być wy­brany w spo­sób de­mo­kra­tyczny, tak spra­wie­dli­wość nie musi być zgodna z ko­dek­sem kar­nym. Za­miast pro­sić o nią na ko­la­nach, trzeba o nią wal­czyć, prze­stać szlo­chać i uty­ski­wać, za to śmiało, bez wa­ha­nia i lęku za­koń­czyć ko­lejne nie­sły­chane łaj­dac­two. Ra­chunki krzywd trzeba wy­rów­nać ener­gicz­nie, zde­cy­do­wa­nie i z klasą, tak jak się to robi w do­brze pro­wa­dzo­nym biz­ne­sie. Ni­czym w ban­ko­wo­ści lub izbie skar­bo­wej ma to być pro­ce­dura taka jak pła­ce­nie ra­chunku, ścią­ga­nie na­leż­no­ści czy wy­da­wa­nie reszty. I tak się do tego trzeba za­brać: pro­fe­sjo­nal­nie i z pełną po­wagą, bez tru­ją­cych wąt­pli­wo­ści i bez rów­nie tok­sycz­nego szału ze­msty, wy­ko­nać me­to­dycz­nie i sta­ran­nie, dba­jąc o każdy szcze­gół.

Nie można ni­czego za­nie­dbać, dla­tego raz jesz­cze trzeba spraw­dzić ma­ga­zy­nek, prze­ła­do­wać broń i usta­lić, czy cel jest już na ostat­niej pro­stej. I jesz­cze jedno: strój kata, bo prze­cież nie można zo­sta­wić śla­dów, nie można się zbru­kać krwią zło­czyńcy i trzeba pa­mię­tać, że to nic oso­bi­stego.

To po pro­stu spra­wie­dli­wość.

Roz­dział I

Na­sza Klasa

Wrze­sień pierw­szy week­end roku szkol­nego,

noc z po­nie­działku na wto­rek,

War­szawa, Szczę­śli­wice i Sa­dyba

Ja­cek Ar­gencki, były pre­zes no­to­wa­nej kie­dyś na War­szaw­skiej Gieł­dzie Pa­pie­rów War­to­ścio­wych spółki Wars­Bu­ild, miał po­wody do za­do­wo­le­nia, choć spółka się prze­wró­ciła. Zda­rza się. Nie ona pierw­sza i nie je­dyna, nie ta­kie marki i nie tacy gi­ganci biz­nesu za­li­czali wtopy. Każ­demu, na­wet ta­kiemu ma­gi­kowi jak on, może się przy­tra­fić wpadka. Tak, Ar­gencki był cza­ro­dzie­jem fi­nan­sów, za­tem na tym upadku nie ucier­piał. Co wię­cej, za­ro­bił, a pie­nią­dze, które jego wspól­ni­kom-słu­pom przy­nio­sła wy­wrotka Wars­Bu­ildu, zo­stały wpom­po­wane w nowe przed­się­wzię­cie, spółkę To­wer­Sys­tem.

Jego nowe dziecko było jak wszyst­kie jego przed­się­wzię­cia na­zna­czone efek­tow­nym lo­giem, które ro­biło wra­że­nie, da­jąc in­we­sto­rom i klien­tom po­czu­cie, że biorą udział w czymś wy­jąt­ko­wym, może na­wet świa­to­wym. Warto było wy­dać hajs na do­bry znak gra­ficzny, a póź­niej na sku­teczną kam­pa­nię w me­diach, która przy­po­mi­nała o naj­więk­szych suk­ce­sach jego po­przed­nich przed­się­wzięć, przy­kle­jała nowy biz­nes do osza­ła­mia­ją­cych zy­sków z prze­szło­ści. Liczby nie kła­mały, bi­lans zy­sków i strat jed­no­znacz­nie wska­zy­wał na to, że pie­nią­dze za­in­we­sto­wane w pro­jekty fir­mo­wane przez Jacka Ar­genc­kiego w ośmiu przy­pad­kach na dzie­sięć były opła­calne, ofe­ru­jąc przy oka­zji nie­spo­ty­kaną stopę zwrotu.

Trzeba to było po­wta­rzać, wbi­jać do głowy, nie po­tęż­nym mło­tem, tylko se­rią do­brze sprze­da­nych in­for­ma­cji są­czo­nych przez pro­gramy i ru­bryki biz­ne­sowe, wy­wiady i wy­stą­pie­nia na bran­żo­wych im­pre­zach. Ta­kie no­wo­cze­sne re­ko­lek­cje dla in­we­sto­rów, spo­sób na uwia­ry­god­nie­nie swo­jej osoby. Jakby się przy­gody jego firm i in­we­sty­cji nie koń­czyły, on za­wsze spa­dał na cztery łapy ni­czym kot. W su­mie to dla wielu był ko­tem, i to nie tylko ze względu na wska­zaną umie­jęt­ność, ale i cha­rak­te­ry­styczną bu­dowę ciała: był wy­soki, miał dłu­gie koń­czyny, nie­zbyt dużą głowę i mięk­kie, płynne ru­chy. Już od pod­sta­wówki, którą koń­czył na war­szaw­skim Ra­kowcu, na­zy­wano go Jink­sem, bo ko­ja­rzył się z czwo­ro­no­giem z po­pu­lar­nej kre­skówki.

Do ko­cich ru­chów do­kła­dał nie­dbałą ele­gan­cję, już w szkole no­sił za­gra­niczne ciu­chy, żadne tam ba­za­rowe ba­ra­chło, a kiedy wziął się za biz­nes, sta­ran­nie bu­do­wał image pro­fe­sjo­na­li­sty żyw­cem wy­ję­tego z fil­mów o Wall Street. Nie­zmien­nie w do­brych gar­ni­tu­rach, ze świet­nymi, ale dys­kret­nymi do­dat­kami i nie­po­ha­mo­waną sła­bo­ścią do ze­gar­ków. To, że miał dro­gie ze­garki, wie­dzieli wszy­scy, któ­rzy znali się na rze­czy. Uwiel­biał je. Nie tylko patki, które miał trzy, ale także marki znane wy­łącz­nie ko­ne­se­rom: Fre­de­ri­que Con­stant czy Jun­ghaus. Nie po­tra­fił się oprzeć i ku­pił so­bie dwa złote cacka od Lon­gi­nesa. Kla­syczna ce­bula to­wa­rzy­szyła mu na co dzień, le­żała na biurku, a lśnią­cego grande clas­si­que ze złotą bran­so­letą za­kła­dał tylko na szcze­gólne oka­zje, nie czę­ściej niż dwa, trzy razy do roku.

Dzi­siaj ubrany był na spor­towo. Gar­ni­tur zo­sta­wił w pracy, prze­brał się w mięk­kie, nie­mal dre­sowe spodnie i lekką kurtkę od Aber­crom­bie and Fitch. Ich ko­lory były sto­no­wane, więc uzu­peł­nił ubiór nieco żyw­szą, nie­bie­ską ko­szulką polo oraz współ­gra­ją­cymi z nią spor­to­wymi pan­to­flami New Ba­lance. W tym ze­sta­wie ze­ga­rek nie mógł wy­glą­dać zbyt wy­zy­wa­jąco, wy­brał więc na ten wie­czór mo­del Tag Heu­era Mo­naco, nie­mal iden­tyczny jak ten, który no­sił w fil­mie Le Mans wielki Steve McQu­een. Kwa­dra­towy chro­no­metr z czarną tar­czą ide­al­nie współ­grał z jego stro­jem, wy­glą­dał pysz­nie, choć pew­nie nikt nie przy­pusz­czał, że kosz­to­wał kil­ka­na­ście ty­sięcy zło­tych. Miał styl, więc czę­sto na tle kon­ku­ren­tów wy­glą­dał jak po­stać z żur­nala rzu­cona na ba­zar. Nie krę­po­wało go to, wprost prze­ciw­nie, do­da­wało pew­no­ści sie­bie i utwier­dzało po­czu­cie wyż­szo­ści. Za­wsze miał się do­brze i rzą­dził w kla­sie. Dziś dzie­ciaki nie znają Jinksa, który ści­gał Pi­xie i Di­xie, oraz mi­siów, Yogiego i Boo-Boo, co­raz mniej lu­dzi pa­mięta o tych kre­sków­kach. Ale aku­rat to było spo­tka­nie tych, co pa­mię­tali, bo wie­czór spę­dził na szkol­nej im­pre­zie.

Kie­dyś skrzyk­nęli się na Na­szej Kla­sie, a te­raz mieli za­mkniętą grupę na Fej­sie. Od czasu do czasu pi­sali do sie­bie w sieci, a raz na parę lat spo­ty­kali się w re­alu. Dzieci pod­ro­sły, więc po­sta­no­wili się za­ba­wić jak gów­nia­rze i na start no­wego roku szkol­nego po­pili na grillu w parku Szczę­śli­wic­kim. Miał tro­chę opo­rów, bo do tej pory był tylko na pierw­szym, in­au­gu­ra­cyj­nym spo­tka­niu, gdyż miał wtedy chwilę sła­bo­ści, którą szybko za­mie­nił w kon­tro­lo­wany od­wrót. Przy­szedł za wcze­śnie, przy­bił piątkę z trzy­oso­bową grupą ini­cja­tywną i z głę­bo­kim ża­lem, bo obo­wiązki wzy­wają, opu­ścił le­d­wie na­po­czętą im­prezę. Tym ra­zem z wy­ra­cho­wa­niem za­ry­zy­ko­wał swój cenny czas i gar­dło, go­towe na przyj­mo­wa­nie nie­co­dzien­nych ilo­ści al­ko­holu.

Opła­ciło się, było we­soło i po­ży­tecz­nie. Nie krę­ciły go wcze­śniej te spo­tka­nia, po­nie­waż wie­dział, że wszy­scy będą mieć do niego ja­kiś in­te­res. Tym ra­zem było ina­czej, bo Jinks po­ja­wił się, by coś ugrać. Kla­sowy ga­moń Ro­mek, na­zy­wany przez wszyst­kich Yogim, zo­stał dy­rek­to­rem de­par­ta­mentu, i to w mi­ni­ster­stwie, które było Ar­genc­kiemu do szczę­ścia po­trzebne. Jinks wie­dział, że ich kla­sowy miś Yogi wszedł w po­li­tykę, ale przez całe lata grał w za ni­skiej dla niego li­dze. Był rad­nym, ocie­rał się i wy­cie­rał tu i tam, aż w końcu wy­sta­wili go w wy­ścigu do sejmu. Nie tra­fił do cyrku przy Wiej­skiej, ale dzięki temu jest te­raz gdzie in­dziej.

"We wła­ści­wym dla mnie miej­scu" - po­my­ślał po pią­tym pi­wie i kilku wód­kach Jinks, który wie­dział, że trzeba po­pra­wić wi­ze­ru­nek w krę­gach rzą­do­wych, moc­niej wejść w nowe po­rządki, bo wi­dać, że to się szybko nie skoń­czy, a biz­nes musi się krę­cić. A na chuj mu kon­trole ze skar­bówki i po­pu­lar­ność wśród no­wych es­be­ków, któ­rych od­dech czuł na ple­cach co­raz moc­niej.

Czas na­glił, bo choć za­wsze po­tra­fił się prze­siąść z po­ciągu do po­ciągu w peł­nym biegu, to tym ra­zem in­stynkt go za­wiódł. Prze­ga­pił wła­ściwy mo­ment i musi nad­ra­biać straty, by znów spaść na cztery łapy! Na ra­zie jed­nak lekko się chwiał, a w gło­wie szu­miało, zu­peł­nie jakby otwo­rzył okno w ho­telu Bryza w Ju­ra­cie. Dawno się tak nie zro­bił, ale trzeba było się po­świę­cić i do­trzy­my­wać kroku Yogiemu. Przez al­ko­ho­lowy szum wró­ciła ra­do­sna pio­senka z pod­sta­wówki, którą Ro­mek in­to­no­wał przy każ­dej ko­lejce:

Raz, dwa, trzy, cztery,

Idzie so­bie Huc­kle­berry,

Za nim idzie mi­sio Yogi,

Co ma strasz­nie krót­kie nogi,

A za nimi Pi­xie, Di­xie,

Co się ką­pią w proszku IXI.

Może Ro­mek Ka­ra­sek, zwany Yogim, ma po­zy­cję, ale to da­lej ga­moń jak kie­dyś. Wy­star­czyło po­pa­trzeć na jego ubra­nie: nie­fo­remne dżinsy z brą­zo­wym pa­skiem do czar­nych bu­tów i gra­na­to­wych skar­pe­tek oraz fa­talna, wor­ko­wata ma­ry­narka! Ob­razu mo­do­wej nę­dzy do­peł­niała roz­cheł­stana pod szyją ko­szula, z któ­rej wy­sta­wała osa­dzona na krót­kiej szyi na­lana, czer­wona twarz z kul­fo­nia­stym no­sem. No i złoty łań­cu­szek na kla­cie. I ta fry­zura! Pod­go­lony łeb ze strą­kami wło­sów. Czło­wiek na tym sta­no­wi­sku po­wi­nien wy­glą­dać ina­czej, z klasą...

Może Ro­mek się kie­dyś wy­robi i może on, stary kum­pel z klasy, mu w tym po­może. Na ra­zie jak zwy­kle Yogi wy­ra­biał się zna­ko­mi­cie, ale w pi­ciu wódki, i tego sa­mego ocze­ki­wał od in­nych. On rzą­dził przy stole, bo lu­bił i umiał pić, a do tego dys­po­no­wał sta­no­wi­skiem, które spra­wiało, że nie po­winno mu się od­ma­wiać ko­lejki. A było tych ko­le­jek nie­mało, Yogi był nie tylko gruby, ale i wy­soki, więc masa po­ma­gała mu mul­ti­pli­ko­wać to­a­sty nie­mal w nie­skoń­czo­ność. Ten we­soły knur mógł wy­pić każdą ilość al­ko­holu i chciał się tą ra­do­ścią dzie­lić z ca­łym świa­tem, a na tej im­pre­zie ca­łym świa­tem był Jinks. Nie był prze­sad­nym by­strza­kiem, ale miał do­sko­nałą pa­mięć i po­tra­fił do­strzec, kto pró­buje opu­ścić ko­lejkę, a na Jacka zwra­cał szcze­gólną uwagę.

- Jinks, nie opier­da­laj się - wo­łał i mru­ga­jąc okiem, wy­cią­gał w jego kie­runku szkło do stuk­nię­cia, po­ka­zu­jąc przy tej oka­zji ze­ga­rek nie­mal tak wielki jak pręd­ko­ścio­mierz w mi­ni­co­ope­rze.

I tak przez cały wie­czór.

Na samo wspo­mnie­nie do­piero co do­koń­czo­nej bie­siady Ar­genc­kiemu od­biło się prze­raź­li­wie. My­ślał na­wet przez mo­ment, że zwy­mio­tuje, ale po­wstrzy­mał sen­sa­cje i ru­szył da­lej. Po­czuł ukłu­cie w boku, boli, ale musi bo­leć te­raz, żeby póź­niej było, jak to po­wie­dział Yogi, ma­li­nowo. I bę­dzie, je­śli Ro­mek Ka­ra­sek, tak jak obie­cy­wał, po­może mu w uzu­peł­nie­niu kon­tak­tów, za­aran­żuje spo­tka­nia, pod­po­wie, jak uga­sić parę po­ża­rów. Sko­rzy­stają na tym obaj!

Bę­dzie do­brze, ale naj­pierw musi dojść do domu, któ­rego za­rys ma­ja­czył na końcu ulicy. Miał na­dzieję, że żona i córka już spały, bo le­piej, żeby go nie wi­działy w ta­kim sta­nie. Do auta rano nie wsią­dzie, bo stra­ciłby prawo jazdy, ale nie ma się czym mar­twić, bo przy­je­dzie po niego kie­rowca, dziś go od­wo­łał, ale nie dla­tego, że się wsty­dził. Pan Wi­tek był dys­kretny i do­sko­nale wie­dział, że szef dla do­bra firmy od czasu do czasu musi wy­pić z waż­nymi ludźmi. Ar­gencki od­pra­wił szo­fera, bo nie chciał się po­pi­sy­wać, wo­lał nie ro­bić zbyt moc­nego wra­że­nia na Yogim, bo w jego par­tii ofi­cjal­nie pięt­no­wano luk­susy i wiel­ko­pań­skie ży­cie. Ktoś na­wet za­żar­to­wał, że pew­nie przy­je­dzie po niego służ­bowa li­mu­zyna, a on po­śmiał się z tego wraz z in­nymi.

Jesz­cze za­baw­niej było po od­chod­niaczku, wtedy oka­zało się, że po­łowa klasy chciała pod­wieźć Yogiego, a po­łowa Jinksa, bo każdy z nich miał po­zy­cję i moż­li­wo­ści, więc taka pod­wózka mo­gła przy­nieść coś wię­cej niż wy­mianę nu­me­rów te­le­fo­nów i wi­zy­tó­wek, która do­ko­nała się już przy bie­siad­nym stole. Wia­domo, że ja­dąc ra­zem, można wię­cej ugrać, no i... kto wie, może tra­fić do domu, a tam wy­pić jesz­cze ko­le­jeczkę, otrzeć się o lep­szy świat. Obaj, tak krań­cowo różni, byli prze­cież kla­so­wymi gwiaz­dami, któ­rymi można się było po­chwa­lić.

Ci z VIIIb mieli w kla­sie gang­stera, który zgi­nął w prze­stęp­czych po­ra­chun­kach, VIIIc miała ak­tora z se­rialu, zna­nego także z re­klamy ubez­pie­czeń i środka na prze­czysz­cze­nie, a w VIIIa byli dumni z po­li­tyka Yogiego i biz­nes­mena Jinksa. A ci z d... oni byli jak zwy­kle do d... Za­śmiał się szy­der­czo, za­sta­na­wia­jąc się, jak wy­gląda kla­sowy mi­ting VIIId. Zjazd prze­gry­wów, ha, ha, ha! Może tam był inny wy­ścig, by się za­ła­pać do Mirka z wa­rzyw­niaka albo do Heli, co była kie­row­niczką w wiel­ko­po­wierzch­nio­wym. A tu... jak w do­brym po­śred­niaku... Co tam w po­śred­niaku! Jak w he­adhun­tingu! Obaj mieli w rę­kach ha­erow­ców, obaj mo­gli dać do­bre po­sady, więc każdy, kto za­ma­wiał tak­sówkę lub miał trans­port za­pew­niony przez ro­dzinę, za­bie­gał o to, by ich pod­wieźć.

Oczy­wi­ście nie wszy­scy brali udział w tym wy­ścigu, a Smoła, czyli Krzy­chu Smo­liń­ski, pró­bo­wał to ob­śmiać. Cho­lerny le­wak, który przy­je­chał tu na ro­we­rze, i jak każdy z nich, ak­ty­wi­stów i wiecz­nych kon­te­sta­to­rów, wy­glą­dał jak ku­rier. Smoła jaw­nie, z pełną bez­czel­no­ścią gar­dził nimi: Jinks był dla niego ka­pi­ta­li­stycz­nym zło­dzie­jem, któ­rego się po­winno ob­ło­żyć przy­naj­mniej sie­dem­dzie­się­cio­pro­cen­to­wym po­dat­kiem, a Yogi na­zi­ka­to­lem. Po­je­bało go zu­peł­nie, ale gdy po­ka­zał, co trzy­mał w tor­bie na wy­pa­dek desz­czu, to Ar­gencki śmiał się ra­zem ze wszyst­kimi.

Yogi się nie śmiał, bo była to pe­le­ryna, taki jaką miał szef naj­waż­niej­szej par­tii na słyn­nych zdję­ciach z wa­ka­cji. Biało-czer­wona pe­le­ryna z pla­stiku, z wiel­kim or­łem, i do kom­pletu cza­peczka to był hit końca wa­ka­cji, po­dobno w Za­ko­pa­nem tu­ry­ści wy­ku­pili wszyst­kie! Jinks opa­mię­tał się i po­wstrzy­mał re­chot, żeby nie wku­rzyć Yogiego, który do po­li­tyki i Pre­zesa naj­wy­raź­niej nie miał dy­stansu. Krzy­chu ro­bił so­bie żarty, Ro­mek się wkur­wiał, a po Jacku wszystko spły­wało.

Smoła pod­padł póź­niej wszyst­kim, bo na­bi­jał się z ko­le­ża­nek i ko­le­gów, któ­rzy two­rzyli wo­kół kla­so­wych no­ta­bli praw­dziwy dwór. Sta­rali się, ale wszy­scy ra­zem po­nie­śli po­rażkę, bo to Ro­mek, po któ­rego przy­je­chała rów­nie ob­szerna co on żona, miał wziąć na po­kład Jinksa. W cza­sie jazdy po­beł­ko­tali tro­chę, po­śmiali się i utwier­dzili w prze­ko­na­niu, że ra­zem mogą zmie­nić świat, a pierw­szym eta­pem bę­dzie pod­pom­po­wa­nie wła­snych port­feli.

Yogi i Gra­żynka, bo tak na­zy­wała się jego żona, nie wy­sa­dzili go pod sa­mym do­mem, ale parę prze­cznic da­lej, na rogu Wiert­ni­czej i Okręż­nej, tak żeby się mógł nieco prze­wie­trzyć. Był to może i do­bry po­mysł, ale Ar­gencki nie prze­wi­dział jed­nego, że al­ko­hol jesz­cze się roz­cho­dził po krwi i świeże po­wie­trze nie było w sta­nie wy­grać z co­raz więk­szym stę­że­niem C2H50H w ży­łach. Zdo­by­wał ko­lejne me­try chod­nika żmud­nie jak hi­ma­la­ista, który do­ko­nuje ataku szczy­to­wego na ośmio­ty­sięcz­nik, nie ko­rzy­sta­jąc z bu­tli tle­no­wej.

W gło­wie roz­po­czy­nała się pro­jek­cja tego, co go czeka, cier­pie­nia, które do­pad­nie go w nocy, a nad ra­nem bólu głowy. Ju­trzej­szy kac-gi­gant ja­wił się jako nie­uchronny za­bieg ima­dłem, które bę­dzie ści­skało głowę. Może za­mówi le­ka­rza, który poda kro­plówkę? Jak ko­goś ta­kiego zna­leźć? Do tej pory z ta­kich usług nie ko­rzy­stał, sły­szał tylko o lu­dziach biz­nesu, któ­rzy prze­sa­dziw­szy z al­ko­ho­lem, de­cy­do­wali się na ra­dy­kalne środki. Spy­tałby są­siada, le­ka­rza, może jesz­cze nie śpi, może spo­tka go przed do­mem, bo dok­tor Ka­węcki czę­sto wy­cho­dził z psem jesz­cze grubo po pół­nocy.

Nie­źle się zro­bił, ważne, że nikt tego nie wi­dział, że kry­zys do­padł go do­piero te­raz, a poza tym... za­wsze może być go­rzej, po­my­ślał, mi­ja­jąc ja­kie­goś pi­jaczka, który sku­lił się pod śmiet­ni­kiem nie­opo­dal jego domu. "Ludz­kie ścierwo" - syk­nął sam do sie­bie, a z ust ule­ciała para. Wcią­gał po­wie­trze głę­bo­kimi hau­stami, ale nie było le­piej, więc gdy do­cho­dził do furtki, wy­jął te­le­fon i wy­stu­kał wi­do­mość do kie­rowcy, żeby ju­tro nie przy­jeż­dżał o 9.30, tylko w po­łu­dnie.

Pu­ścił ese­mesa i wtedy usły­szał za sobą sze­lest. Od­wró­cił się, a to, co zo­ba­czył, o mało nie zwa­liło go z nóg. Nie ze stra­chu, ale ze śmie­chu i zdzi­wie­nia, zdą­żył tylko wy­mam­ro­tać: "E, po­pa­prańcu, a gdzie Smoła i Jojo...?". Gdy koń­czył ostat­nią gło­skę, już się nie śmiał, a przy­jemne al­ko­ho­lowe cie­pło za­stą­pił prze­ni­kliwy, obez­wład­nia­jący chłód, taki, któ­rego za­znał tylko raz, kiedy dzie­sięć lat temu szedł na czo­łówkę z ti­rem. Obu­dził się wtedy w ro­wie, w któ­rym le­żały szczątki auta.

Ta myśl była ostat­nią w jego nie­spełna pięć­dzie­się­cio­let­nim ży­ciu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki