#SZEFOWA. Sophia Amoruso - Najseksowniejszy prezes świata - Sophia Amoruso


Reflow text when sidebars are open.
NUDA
A więc chcesz zakasać rękawy i otworzyć sklep na eBayu. Musisz się najpierw zastanowić, ile czasu możesz poświęcić. I lepiej nie rezygnuj ze stałej pracy.
Starting an eBay Business For Dummies
Jeśli mam być szczera, a staram się być taka w tej książce, Nasty Gal powstała, ponieważ dostałam przepukliny. Mieszkałam wtedy w San Francisco, nie miałam pracy, kiedy nagle wymacałam sobie coś w pachwinie. W tamtym czasie nosiłam głównie superwąskie spodnie, więc nie mogłam ukryć wypukłości, która przypominała o sobie niczym wyrzut sumienia, nawet jeśli zasłaniałam ją różnymi ciuchami. Pewnego razu ogoliłam włosy łonowe, zostawiłam tylko te, które ją zasłaniały. Słowem nie przejmowałam się zbytnio tym czymś. Jednak mówiąc poważnie, wiedziałam, że przepuklina wymaga interwencji lekarza, a jeśli chcę poddać się leczeniu, powinnam mieć ubezpieczenie. Żeby dostać ubezpieczenie zdrowotne, muszę mieć pracę. Taką normalną.
Znalazłam fuchę polegającą na sprawdzaniu legitymacji w szkole artystycznej i zaczęłam odliczać dziewięćdziesiąt dni niezbędnych do nabycia prawa do świadczeń zdrowotnych. Jak można sobie wyobrazić, sprawdzanie dokumentów nie było zbyt stymulującym zajęciem, miałam więc mnóstwo czasu na surfowanie po internecie. Najpopularniejszy wtedy był MySpace (zarejestrowałam się na nim jako "WIGWAM"). W którymś momencie zorientowałam się, że dostaję coraz więcej zaproszeń do grona znajomych od sprzedawców z eBaya, którzy starali się reklamować swoje sklepy z ciuchami vintage dziewczynom takim jak ja.
Tak się zaczęło: sprawdzanie legitymacji w szkole artystycznej, fryzura z długą grzywką do internetu.
Po dziewięćdziesięciu dniach dostałam ubezpieczenie zdrowotne, wyleczyłam przepuklinę i rzuciłam w diabły pracę. Na czas rekonwalescencji wyprowadziłam się z zajmowanego mieszkania i przeniosłam na miesiąc do matki - ku jej i mojemu przerażeniu. Nie miałam ani środków do życia, ani żadnego planu. Za to miałam od groma wolnego czasu. Przypomniałam sobie o zaproszeniach do grona znajomych od sprzedawców vintage i pomyślałam: "Do diabła, też to potrafię!". Umiałam robić zdjęcia. Przyjaciółki mogły mi posłużyć jako modelki. Nosiłam głównie używane ciuchy i znałam się na rzeczy. Nie mówiąc o tym, że miałam spore doświadczenie w grzebaniu w śmietnikach.
Przede wszystkim kupiłam książkę zatytułowaną Starting an eBay Business for Dummies (Sprzedawanie na eBayu dla opornych). Dzięki niej dowiedziałam się, jak założyć sklep. Najpierw jednak musiałam wymyślić nazwę. Większość sklepów z ubraniami vintage na eBayu nazywała się aż do bólu wymyślnie, często spotykało się nazwy w rodzaju: "Lady in the Tall Grass Vintage" (Vintage od Damy z Wysokiej Trawy) czy "Spirit Moon Raven Sister Vintage" (Siostra Kruka Duchowego Księżyca), więc oczywiście z przekory wystukałam na klawiaturze: "Nasty Gal Vintage" (Niegrzeczna Dziewczyna Vintage), zainspirowana ulubionym albumem Betty Davis, legendarnej funkowej piosenkarki i dzikiej kobiety.
Wprawdzie Betty Davis najbardziej znana jest jako była żona Milesa Davisa, ale zostałam jej fanką ze względu na jej muzykę (miała chyba najlepszą na świecie sekcję rytmiczną), manifestowaną zmysłowość i szczery język. Występowała ubrana w bieliznę i kabaretki, a jej charakterystycznym ruchem było wyrzucanie w górę nogi w bucie na wysokim koturnie - zdecydowanie można ją uznać za jedną z #SZEFOWYCH. Śpiewała utwory o takich tytułach, jak: Your Mama Wants You Back, Don't Call Her No Tramp czy They Say I'm Different. Sama tworzyła muzykę, pisała teksty i produkowała nagrania, co w latach siedemdziesiątych było czymś wyjątkowym wśród piosenkarek. Fascynująca Betty Davis zbyt wyprzedzała swoje czasy, by móc odnieść większy sukces. Wydawało mi się, że po prostu wybieram nazwę dla eBayowego sklepu, ale wkrótce się okazało, że nasyciłam markę nie tylko swoją osobowością, lecz także duchem tej niezwykłej kobiety.
Dziwadło ubrane w poliester na kolanach dziwadła w poliestrze.
Kiedy otwierałam sklep, vintage stanowiło już od dawna część mojego życia. Odkąd pamiętam, zawsze miałam hopla na punkcie starych rzeczy i historii, jakie się z nimi wiązały. Moja babcia prowadziła motel w West Sacramento, a tata był jednym z siedmiorga dzieci, które jej pomagały. Kiedy byłam dzieckiem, często tam jeździliśmy, najciekawsza była rupieciarnia pełna magicznych rzeczy, takich jak stara deska z literami wykorzystywana podczas seansów spirytystycznych, pochodzące z lat siedemdziesiątych T-shirty na szerokich ramiączkach, ozdobione szalonymi grafikami, czy kolekcja dawnych monet mojej ciotki. Wszystkie te rzeczy z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dawno już były zapomniane, ale mnie niezwykle fascynowały.
Jako nastolatka wolałam ciuchy używane od nowych, co strasznie wyprowadzało z równowagi moją matkę. Nieustannie ciągnęła mnie do dzielnicowego centrum handlowego, żeby kupić coś nowego, a ja brałam do ręki bluzkę za pięćdziesiąt dolców i informowałam ją, że "absolutnie nie jest warta takiej kasy". Gdyby istniała wtedy Nasty Gal, pewnie znalazłabym mnóstwo ciuchów, na które mogłabym wydać jej pieniądze, ale centrum handlowe było okropnie nudne. Mieszczące się tam sklepy już na wystawach eksponowały "normalność", która jakoś nie była w moim stylu, a myśl o tym, że mam zapłacić za to, by wyglądać jak inni, po prostu doprowadzała mnie do śmiechu. W końcu wypracowałyśmy kompromis. Chociaż matka uważała, że sklepy z używaną odzieżą "śmierdzą", zgodziła się, że poczeka na zewnątrz, kiedy będę w nich kupować. Co nie znaczy, że zawsze aprobowała mój wybór. Dobrze pamiętam, jak kiedyś upokorzyła mnie przed koleżanką, żądając, żebym wróciła na górę i zmieniła bluzkę - nie dlatego że brązowa bluza z poliestru była zbyt skąpa, ale po prostu według niej po prostu brzydka.
Kiedy dobiłam dwudziestki, nosiłam przede wszystkim ciuchy vintage. W San Francisco po prostu wybieraliśmy ulubioną dekadę, a potem się jej trzymaliśmy. Słyszałam o typie "Podróżnika w czasie" , ale kierowałam się własnym wyczuciem. Słuchaliśmy dawnej muzyki, jeździliśmy starymi samochodami i ubieraliśmy się w używane ciuchy. Moim ulubionym okresem były lata siedemdziesiąte. Nosiłam długie rockowe włosy z przedziałkiem pośrodku, a mój strój to były poliestrowe spodnie z wysoką talią, buty na koturnach i używane bluzki wiązane na szyi.
Zakładając sklep, przeszłam na inny poziom vintage. Na Craigslist3 znalazłam anons jakiegoś teatru, który zamykał działalność i wyprzedawał straszliwą ilość ciuchów. Dodałam do tego mnóstwo wełnianych czapek oraz sukienek firmy Gunne Sax i dzięki temu miałam co wystawić w sklepie.
W Targecie4 kupiłam trochę plastikowych pojemników Rubbermaid, klamerki do bielizny, parownik, stelaż na ubrania i zabrałam się do roboty, żeby się przygotować do wstawienia rzeczy na eBayu. Poprosiłam o pomoc matkę, z którą utworzyłam coś w rodzaju nieskomplikowanej linii montażowej - wykrzykiwałam wymiary, a ona spisywała je na skrawku papieru i przypinała do ubrania.
Pierwszą modelką Nasty Gal została Emily, w tamtym czasie dziewczyna mojego przyjaciela. Pokryta tatuażami, z długimi włosami i śliczną grzywką była świetna, choć wydawało się, że to niezwykły wybór. Fotografowałam z dziesięć wybranych rzeczy, wklikiwałam opis, wymiary oraz pozostałe informacje na eBaya i przez dziesięć dni aukcji odpowiadałam na pytania rozemocjonowanych klientek. Z każdym tygodniem działałam coraz lepiej i szybciej orientowałam się, o co chodzi kupującym. I z każdym tygodniem moje aukcje cieszyły się coraz większym powodzeniem. Jeśli jakaś rzecz się sprzedawała - świetnie, od razu zaczynałam szukać czegoś podobnego. Jeśli nie - nie miałam zamiaru zawracać sobie tym więcej głowy. To dziwne, ale fajne dziewczyny najwyraźniej nie miały ochoty nosić "drug rugs", czyli plażowych bluz z kapturami, nazywanych też czasem "baja hoodies". To było niezwykle uzależniające zajęcie dla kogoś takiego jak ja, stale łaknącego adrenaliny - chyba nie znalazłabym niczego bardziej fascynującego niż obserwowanie, jakim powodzeniem cieszą się moje aukcje.
Przeglądałam na Craiglist ogłoszenia o wyprzedażach po osobach zmarłych, robiłam sobie plan i zaczynałam od adresów, skąd, jak mi się wydawało, odeszli najstarsi. Pojawiałam się tam o szóstej rano i stawałam w kolejce ludzi, którzy z reguły urodzili się przynajmniej dwadzieścia lat wcześniej niż ja. Kiedy już nas wpuszczono, zaczynało się myszkowanie w poszukiwaniu starych koronek, ja zaś rzucałam się prosto do garderoby, żeby wydobyć stamtąd płaszcze, minisukienki, dyskotekowe kiecki od Halstona lub dresy w stylu serialu Złotka5. Zbierałam wszystko to do kupy, targowałam się, płaciłam i wychodziłam. Wpadałam też regularnie do miejscowych ciucheksów, gdzie cierpliwie czekałam, aż obsługa przywiezie z zaplecza kosze z nową dostawą. Kiedy zabierali się do ich zawieszania, fru! - rzucałam się na nie, szukając niespodzianek. Kiedyś znalazłam w koszu aż dwa żakiety Chanel. Raz, dwa, trzy - JEDEN ŻAKIET CHANEL, cztery, pięć, sześć - KOLEJNY! Za każdy płaciłam osiem dolarów. Wrzuciłam je na eBaya, podając jako cenę początkową 9,99, a sprzedałam za ponad półtora tysiąca dolarów. Nie miałam pojęcia, co to jest "marża", ale wiedziałam, że zmierzam w dobrym kierunku.
Kiedy teraz o tym myślę, byłam chyba najgorszym typem klienta sklepów z używaną odzieżą, ponieważ nie dość, że działałam podstępnie, to jeszcze się targowałam. "Ten sweter ma dziurę", oznajmiałam, podchodząc do kontuaru. "Czy mogłabym dostać dziesięć procent zniżki?" Nawet jeśli oznaczało to jedynie pół dolara, było warto. Liczyłam wtedy każdego centa.
Mając dwadzieścia dwa lata, wróciłam na przedmieścia, z których uciekłam z wrzaskiem cztery lata wcześniej. W San Francisco wynajęcie lokalu kosztowało kupę kasy, więc otworzyłam sklep w Pleasant Hill, oddalonym o godzinę od jakichkolwiek znajomych. Domek bez kuchni, za który płaciłam pięćset dolarów miesięcznie, bardzo szybko wypełniłam aż po brzegi ubraniami vintage. Pracowałam na łóżku zawalonym ciuchami i materiałami służącymi do pakowania. Bałagan piętrzył się pod sam sufit: stosy pudełek balansowały na tosterze stojącym na minilodówce, niczym wieża w grze Jenga6.
Codziennie zabierałam swój kok do Starbuksa, gdzie zamawiałam latte Venti Soy No Water No Foam Chai. W zależności od pogody brałam kawę mrożoną lub gorącą, ale przez pięć lat piłam co najmniej jedną dziennie. Kiedy byłam głodna, wrzucałam na siebie cuchnący stęchlizną sweter z przyczepioną z przodu metką opiewającą na cztery dolary, nie zważając, że to nieco dziwaczne, i pędziłam do Burger Road, ulubionego miejsca w mieście. Kawa zastąpiła mi piwo, a bariści stali się moimi przyjaciółmi. Nie myślałam zbytnio o tym, że wydaję sto dolarów miesięcznie w Starbuksie ani o tym, że moje życie przestało przypominać to, do którego byłam przyzwyczajona, mieszkając w San Francisco. Uzależniłam się od firmy i obserwowania, jak rośnie z dnia na dzień.
Kiedy nie szukałam nowych towarów do sklepu, siedziałam w domu i dodawałam kolejnych znajomych na MySpace. Mój ówczesny wygląd, zrodzony z nowego stylu życia, nie zakładał, że prysznic, ubieranie się czy malowanie są mi potrzebne do szczęścia. Smutny Króliczek, jak Gary, mój ówczesny chłopak, nazywał wielki, puchaty szlafrok mamy, w którym wtedy chodziłam, sięgał aż do ziemi. Czasem obwiązywałam też głowę różowym ręcznikiem, kiedy akurat miałam ochotę wziąć prysznic. Jeśli więc jesteś jedną z tych dziewczyn, którą dodałam do liczącej sześćdziesiąt tysięcy osób grupy znajomych na MySpace, przepraszam. Firmę Nasty Gal Vintage prowadziła zmutowana pracoholiczka przebrana za wielkanocnego króliczka.
Korzystałam z oprogramowania ułatwiającego dodawanie znajomych, co było całkowicie sprzeczne z zasadami MySpace. Wyszukiwałam najfajniejsze dziewczyny i dodawałam tylko te w określonym wieku i z określonych miast. Co dziesięć nowych znajomych musiałam wbijać kod weryfikacyjny, by udowodnić, że jestem człowiekiem, a nie spamującym komputerem. Czułam wyrzuty sumienia, bo byłam w zasadzie i jednym, i drugim. Kiedy wykorzystałam kolejny magazyn, muzyka, markę czy modną dziewczynę, przerzucałam się dalej. Smutny Króliczek i ja dostawaliśmy skrzydeł, wpisując kody weryfikacyjne i przyglądając się, jak rośnie lista, kiedy dziewczyny akceptowały zaproszenie do grona znajomych. Wkrótce miałam na MySpace tysiące znajomych, dzięki czemu docierali oni do mojego sklepu na eBayu. Po każdej aukcji, która odbyła się w sklepie Nasty Gal Vintage, wrzucałam info na MySpace i robiłam wpis na blogu. Wtedy tego nie wiedziałam, ale moja ówczesna działalność składała się z dwóch zasad kluczowych dla sukcesu w biznesie: poznaj swojego klienta i działaj poprzez free marketing.
Kiedy nie udało mi się znaleźć modelki, która chciałaby pozować za hamburgera, sama stawałam przed obiektywem.
Odpowiadałam też na każdy komentarz pozostawiony na mojej stronie. Wydawało mi się, że tego wymaga uprzejmość. Wiele firm wydaje miliony dolarów na działania marketingowe w mediach społecznościowych, a ja po prostu kierując się instynktem, traktowałam klientki, jakby były moimi najlepszymi kumpelami. Chociaż nie kontrolował mnie kierownik przyznający premię, starałam się z całych sił. I co z tego, że drzewo upada w lesie, jeśli nikt tego nie słyszy?7 Drzewo nadal leży. Jeśli wierzysz, że to, co robisz, przyniesie świetny rezultat, na pewno tak będzie, nawet jeśli z początku nie wydaje się to takie oczywiste. Jeżeli w pracy kierujesz się tymi samymi zasadami, jak w przyjaźni, w trakcie studiów, a także w innych sprawach, będzie to przynosić efekty.
Raz w tygodniu spędzałam cały dzień na robieniu zdjęć na podjeździe - jako tło służyły granatowe drzwi. Poprzedniego wieczoru wybierałam najciekawsze zestawy, starając się nie wystawiać dwóch podobnych rzeczy w tym samym czasie. Dzięki temu moje towary nie konkurowały ze sobą, lecz miały większą szansę się przebić. Modelki wybierałam na MySpace, natomiast płaciłam im, stawiając posiłek w Burger Road. A ponieważ byłam nie tylko stylistką, ale również fotografką, już wkrótce potrafiłam zapinać ubrania jedną ręką, a w drugiej trzymać aparat.
Stylizowałam modelki na zwykłe dziewczyny biorące udział w sesji mody. Dzięki mnie obszerny anorak prezentował się jak kreacja od Comme des Garçons, a spodnie narciarskie wyglądały niczym z pracowni Balenciagi. Najistotniejsza w każdej fotografii okazała się poza modelki. Na eBayu było to niezmiernie ważne, bo miało przyciągać uwagę potencjalnych klientek, które szukając czegoś ciekawego, poświęcały każdej propozycji mniej niż sekundę. Im więcej czasu poświęcałam fotografowaniu mody, tym bardziej byłam pewna, że o sukcesie decyduje właśnie odpowiednia poza modelki. A wtedy nieważne, czy ktoś ma idealne wymiary.
Pewnego dnia, kiedy myszkowałam w ciucheksie w San Francisco, pracująca tam dziewczyna wyznała mi, że kiedy wybiera się gdzieś w piątek wieczorem, zagląda na stronę Nasty Gal Vintage w poszukiwaniu inspiracji. Zdałam sobie wtedy sprawę, że chociaż nie miałam takiego zamiaru, stałam się dla klientek również kimś w rodzaju stylistki. Skoro dobierałam każdy element strojów wystawianych w sklepie, od fryzury po buty, podpowiadałam jednocześnie dziewczynom, jak się powinny ubierać. I chociaż nieczęsto opowiadam się za tym, by rozdawać coś za darmo, uświadomienie sobie tego stało się przełomem i czymś najważniejszym dla mojej firmy. Zawsze chciałam, żeby Nasty Gal Vintage stała się czymś więcej niż sklepem, a teraz miałam tego potwierdzenie: dzięki nam dziewczyny mogą poczuć się i wyglądać świetnie, zanim wyjdą z domu.
Kiedy po raz pierwszy zapragnęłam odegrać jedynie rolę stylistki i powierzyć robienie zdjęć innemu fotografowi, okazało się, że znalazłam przyjaciela na całe życie. Przypadkowo natknęłam się na stronę internetową Paula, wziętego fotografa, który miał w dorobku zdjęcia do wielu magazynów. Zaryzykowałam i zadzwoniłam na podany numer. Ku mojemu zaskoczeniu nie tylko odebrał, lecz okazało się także, że słyszał o Nasty Gal, a przecież jeszcze wtedy byłam w zasadzie dziewczyną, która pracowała w swoim pokoju i miała kilka zwariowanych klientek. Nie spodziewałam się, że ktoś taki jak Paul, mógł o mnie słyszeć. Co więcej, okazało się, że jest skłonny pracować za darmo, że po prostu wykorzysta zdjęcia zrobione w trakcie sesji do swojego portfolio, jeśli tylko zorganizuję modelki, znajdę odpowiednie miejsce na sesję i je przygotuję.
Wprawdzie miałam na eBayu zagorzałe zwolenniczki, a moje aukcje cieszyły się coraz większym powodzeniem, ale Nasty Gal Vintage nadal nie przynosiła kokosów. I chociaż darmowy hamburger mógł nie wystarczać, by zachęcić ewentualną modelkę, to mogła ją skusić zapowiedź dobrej zabawy i pamiątkowe zdjęcia, na których wyglądała wystrzałowo. Zwerbowałam Lisę, śliczną brunetkę o wzroście 165 centymetrów, sarnich oczach i pełnych wargach, i wybraliśmy się do Port Costa. Zagubione miasteczko w East Bay na pierwszy rzut oka wygląda, jakby zamieszkiwali je wyłącznie Aniołowie Piekieł. Jest tam bar z wypchanym niedźwiedziem polarnym, usytuowany w starym magazynie, oferujący sto rodzajów piwa z beczki, motel i nic poza tym. W motelu mieścił się wcześniej burdel, na drzwiach każdego pokoju jeszcze widniały imiona zatrudnionych tam kiedyś dziewczyn, na przykład pokój Berty, pokój Edny. I właśnie tam zorganizowałam scenerię sesji zdjęciowej. Tło stanowiły ściany wytapetowane w kapitalne kwietne wzory i przysadziste kanapy z lat osiemdziesiątych. Jedynym oświetleniem był flesz kamery, zmiękczony nikłym światłem słonecznym, sączącym się przez okna. Udało mi się nawet pozyskać do sesji statystę i był niezły odjazd.
Często ludzie myślą, że praca w domu to całkowity luz, że pracuje się, kiedy się chce, jak się chce i ile się chce. Mnie to nie dotyczy. Sprzedaż na eBayu odbywa się według określonych zasad, którym z bólem się podporządkowałam. Ponieważ aukcje, w których brałam udział, miały określony terminarz, przekroczenie wyznaczonej daty wiązało się z określonymi konsekwencjami. Najlepszą porą na wystawianie rzeczy były niedzielne popołudnia. Gdybym aukcje rozpoczęła zbyt późno, klientki, które prawdopodobnie już czatowały na kolejną partię moich vintage'owych perełek, byłyby rozczarowane i mogłyby dać zarobić innemu dostawcy. Jeśli zbyt wolno odpowiadałam na pytania klientek, mogły zniecierpliwione przystąpić do licytacji u innego sprzedawcy. Jeśli zbyt długo zwlekało się z wysłaniem zakupionego towaru, klientka wystawiała negatywną opinię, a jeśli nie przygotowałabym ubrań w noc poprzedzającą sesję, nie dałabym rady sfotografować wszystkiego w ciągu jednego dnia.
Zdjęcie, które Paul wykonał mnie i Lisie w trakcie pierwszej sesji mody dla Nasty Gal w Port Costa, 2007.
Po skończeniu sesji zamieniałam się w automat i przez cały dzień obrabiałam zdjęcia. Za pomocą Photoshopa bezpardonowo wymazywałam pryszcze i kadrowałam fotografie najszybciej, jak potrafiłam. Wypracowałam sobie system pracy zwiększający wydajność, jeśli to tylko było możliwe. Ładowałam pliki na FTP, a opisy kolejnych towarów robiłam, używając szablonu. Moje palce wprost śmigały, gdy korzystałam z prymitywnego HTML-a niczym dwunastoletni haker. Podając opis produktu, uwzględniłam wszystkie szczegóły. Dołączałam też rady praktyczne, w razie gdyby jakaś stylowa dziewczyna licytowała na przykład wiatrówkę, ale nie miała pojęcia, jak ją nosić na sposób zaginionego w akcji. Podawałam wszystkie wymiary: szerokość ramion, odległość między pachami, obwód talii i bioder, długość. Odnotowywałam każdą skazę i zawsze prawdziwie opisywałam stan ubrania.
Tytuł aukcji na eBayu to bardziej nauka niż sztuka. Każda zaczynała się od skrótu VTG, czyli vintage, a potem następował miks składający się z tagów i rzeczywistego opisu. Określenia "baby doll" i "kołnierzyk w stylu Piotrusia Pana" powtarzały się w 2009 roku dość często, natomiast "hippy" i "boho" zdarzały się i wtedy, i teraz; potem jeszcze popularne stały się wyrazy "architektoniczny" i "awangardowy". Szczerze mówiąc, na szczęście już nie pamiętam większości tych wyrazów i systemu, według którego je układałam. W tamtych czasach jadłam, spałam i piłam, wymyślając kluczowe słowa do wyszukiwarki. Budziłam się w przepoconej i zmiętej pościeli, wykrzykując w ciemność: "cekinowa sukienka z lat osiemdziesiątych".
Uwielbiałam wysyłać towar, który znalazł nabywców. Na tle USPS dostałam nerwicy natręctw równie silnej jak moja nerwica na tle kanapek z boczkiem z Subwaya. Stanowiłam jednoosobową linię montażową. Z obydwu stron biurka miałam kosze Rubbermaid, a na blacie piętrzyły się różne materiały potrzebne do zapakowania i wysłania towaru.
W pojemniku po prawej stronie znajdowały się te ciuchy vintage, które właśnie sprzedałam i które trzeba było wysłać. Brałam do ręki po sztuce i dokładnie sprawdzałam, czy wszystko jest w porządku. Zasuwałam suwaki, zapinałam guziki i pętelki, składałam ubranie i wsuwałam do przezroczystej plastikowej torby, którą zamykałam naklejką, potem drukowałam pokwitowanie i sporządzoną w Photoshopie notatkę: "Dziękujemy za dokonanie zakupu w Nasty Gal Vintage. Mamy nadzieję, że spodoba ci się tak bardzo jak nam!", chociaż to "nam" oznaczało tylko mnie. Następnie wkładałam towar do pudełka i przyklejałam etykietę wysyłkową. Jednak nie robiłam tego byle jak, ale bardzo dokładnie i równo. Założyłam, że moja klientka to ktoś taki jak ja, wrażliwy estetycznie. W każdym razie absolutnie nie chciałam, żeby pomyślała sobie, że sklep prowadzi tylko jedna dziewczyna, by w ten sposób oszczędzić pieniądze.
Kiedy skończyłam dwadzieścia trzy lata, życie wydawało mi się niezwykle surrealistyczne. Pamiętam typowy wyjazd na zakupy do LA, kiedy piłam puszkowane piwo na podwórku u przyjaciół. W tamtym czasie zarabiałam na jednej aukcji dwa i pół tysiąca dolarów. Mój tygodniowy dochód był wyższy niż miesięczna pensja, kiedy pracowałam na etacie. Matka zasypywała mnie mailami, błagając, bym wróciła na uczelnię, ja zaś obserwując, jak moje konto rośnie w szybkim tempie, myślałam, że może tym razem nie ma racji.
Czasami odzew na proponowane przeze mnie towary był tak duży, że miałam wszystkiego po kokardę. Kiedyś udało mi się sprzedać sukienkę z obniżaną talią - uszytą z cienkiej bawełny w kolorze kości słoniowej i haftowaną srebrnymi i białymi koralikami - podobną do tych, w których pojawiają się siostry Olsen na czerwonym dywanie. Miesiącami po jej sprzedaniu dostawałam mnóstwo ckliwych opowieści od przyszłych panien młodych, błagających, żebym znalazła im identyczny strój. Były przekonane, że je zwodzę, nie miały pojęcia, że nie prowadzę magazynu z ciuchami vintage, że jestem tylko dziewczyną, która cierpliwie przegląda wieszaki w sklepie z używaną odzieżą.
Do każdego sprzedawanego towaru podchodziłam niezwykle poważnie, starając się zapewnić klientkom wspaniałe przeżycie. Pewien kostium Chanel, który przygotowałam do wystawienia na aukcję, oddałam do pralni, gdzie zgubili jeden guzik. Miałam nadzieję, że zarobię na tym kostiumie z tysiąc dolarów, toteż, jak można sobie wyobrazić, szukając go, zajrzałam pod każdą pralkę i do każdego kąta. Nic z tego. Zadzwoniłam więc do butiku w Beverly Hills, a tam poradzili mi, żebym wysłała taki guzik na wzór do Nowego Jorku, gdzie dopasują resztę w archiwum z dawnymi modelami Chanel. Musiałam więc odciąć od żakietu kolejny guzik. Coś strasznego! Kiedy to zrobiłam i przesłałam im, okazało się, że żakiet jest z 1988 roku. Szybko znaleźli właściwy guzik i odesłali mi obydwa. Poprosiłam zawodową krawcową, żeby je przyszyła. A chociaż klientka musiała czekać na żakiet dodatkowo tydzień, była bardzo podekscytowana, kiedy go wreszcie dostała. Odetchnęłam z ulgą i zapewne uczciłam to latte w Starbuksie.
Nie masz co tutaj szukać: klika z eBaya
Na dwa lata rzuciłam kompletnie wszystko. Od chwili kiedy się budziłam aż do pójścia spać eBay stanowił cały mój świat. Każda kategoria ma tam swoje forum. Nie nazwałabym obecnie wszystkich wystawiających coś na eBayu przedsiębiorcami (niektóre kobiety sprzedające vintage handlowały głównie fartuszkami z lat czterdziestych). Kiedy więc pojawiłam się na scenie, ostro licytując poliestrowe kiecki, te purystki zaczęły na mnie psioczyć. Nie podobało im się, że ubrania z lat osiemdziesiątych nazywam vintage, uparcie twierdziły, że takie określenie nie pasuje do przedmiotów z czasów późniejszych niż lata sześćdziesiąte. Nabijały się też z moich modelek: "Brr! Znów przybiera te bulimiczne pozy!" - to był ulubiony komentarz do każdego zdjęcia, na którym modelka pochylała się z rękami opartymi w talii, niczym na zdjęciach z modą haute couture.
Sprzedawanie ciuchów vintage przypomina handel narkotykami - nigdy nie zdradza się swojego źródła. I to normalne, że wystawiający konkurują ze sobą. Do licha, uwielbiam współzawodnictwo! Na eBayu okazało się jednak, że są tacy, którzy pojmują konkurencję w taki sposób, jakiego się nie spodziewałam. Kiedy zajmowałam się robieniem zdjęć i ich edytowaniem, a potem wystawiałam kolejne rzeczy na aukcjach, wkurzona konkurencja usilnie poszukiwała w nich czegoś, by się przyczepić i złożyć raport. Na przykład niezgodne było z zasadami eBaya podawanie na aukcjach linków do strony zewnętrznej, mediów społecznościowych i tym podobnych. A przecież sprzedawcy bardzo często podlinkowywali strony na MySpace - robili to niemal wszyscy. Oczywiście, chodziło o to, by korzyści odnosił jedynie eBay, więc złamanie zasady było nie tylko moralnie naganne, ale też kończyło się niezbyt przyjemnie. Wystarczyła jedna wnerwiona sprzedawczyni mająca zbyt dużo wolnego czasu, by zaraportować wszystkie moje aukcje i bum! Efekty tygodniowej harówki po prostu zniknęły. Musiałam wbijać wszystko jeszcze raz ręcznie, tracąc na to cały dzień z i tak już przepełnionego pracą tygodnia.
Zaprzyjaźniłam się przez internet z kilkoma sprzedawczyniami, choć generalnie było to dość wredne towarzystwo. Doświadczenie na eBayu zahartowało mnie jednak na tyle, że później świetnie dawałam sobie radę w bezwzględnym świecie biznesu. Nie wiadomo skąd pojawiła się Nasty Gal Vintage, wzięła się ostro do roboty i stała się jednym z najlepszych sklepów w swojej kategorii. Sukces odniosłam nie tylko dzięki temu, co sprzedawałam, ale jak to robiłam. Fotografie i stylizacja nie były na poziomie profesjonalnym - zazwyczaj sama robiłam je na podjeździe, ale mimo to wyprzedzałam o kilka długości konkurencję. Zamiast siedzieć cały czas na forach, śledząc, co robią inni sprzedawcy, skupiłam się na tym, by mój sklep stał się wyjątkowy. Dobrze zareagowały na to klientki - wydawały w Nasty Gal Vintage więcej niż w innych sklepach. To oczywiście nie spodobało się wszystkim. Innych sprzedawców wkurzało, że moje ubrania idą za większe pieniądze, więc forumowicze zgodnie doszli do wniosku, że podbijam na aukcjach ceny. Nie dałam się wyprowadzić z równowagi. Nasty Gal Vintage rozwijała się w ekspresowym tempie, a ja urabiałam się po łokcie, żeby je utrzymać, toteż nie miałam zamiaru tracić cennego czasu, by wdawać się w internetowe rozgrywki. Wkrótce jednak sytuacja stała się zbyt nieprzyjemna, by ją ignorować.
Mam tego dosyć: Saga o purpurowej sukience w stylu lat dwudziestych
Pod koniec mojej działalności na eBayu, na początku 2008 roku, kupiłam sukienkę w stylu lat dwudziestych, która była prawdopodobnie kiedyś kostiumem scenicznym. Strój ten, uszyty z purpurowego poliestru, wystylizowałam na wyjściową kieckę. Poszła za czterysta dolarów, a dziewczyna, która ją kupiła - zresztą również sprzedawczyni vintage na eBayu - założyła ją na wieczór panieński w Las Vegas.
Na forach eBaya zawrzało. Forumowe kaszaloty stwierdziły, że obydwie byłyśmy w zmowie, że podbijałyśmy sobie wzajemnie aukcje, by windować w górę ceny, a sprzedana przeze mnie sukienka nie była nawet vintage. Nigdy nie twierdziłam, że sukienka pochodziła z lat dwudziestych ubiegłego wieku, poza tym gdyby dziewczyna, która ją kupiła, była z niej niezadowolona, byłam ją skłonna przyjąć z powrotem - ona jednak bardzo ją polubiła i uważała, że dostała dokładnie to, czego oczekiwała.
Kiedy znana blogerka modowa, Susan Bubble, napisała w 2008 roku o Nasty Gal Vintage, pojawiły się jeszcze bardziej zajadłe komentarze, skupiające się na czymś, co jedna z wpisujących osób nazwała "Sagą o purpurowej sukience w stylu lat dwudziestych". Niektórzy mnie bronili, inni wpisywali komentarze, w których stwierdzali, że udało mi się "wdrapać na sam szczyt eBaya dzięki BEZWGLĘDNEJ KONKURENCJI i OSZUSTWOM". Zdenerwowało to Susie na tyle, że musiała jakoś zareagować: "Nie wiem wszystkiego i szczerze mówiąc... czasami wolałabym nie wiedzieć", napisała. Trzymałam się od tego wszystkiego z daleka i jak zwykle nie wychylałam się i robiłam swoje.
W tym czasie planowałam wycofać się z eBaya, ponieważ doszłam do wniosku, że tego już za wiele, mam dosyć ciągłych zatargów. Dzięki Nasty Gal Vintage wreszcie znalazłam coś, w czym byłam dobra, i co bardzo mnie wciągnęło. Zaczynałam dostrzegać, że jest w tym potencjał dużo większy, niż myślałam, a żeby rozpoznać ten potencjał w pełni, musiałam zacząć działać samodzielnie. Nie znaczy to jednak, że nie dotknęły mnie te wszystkie obraźliwe komentarze. Przecież eBay był całym moim światem i podziwiałam niektórych sprzedawców. W końcu jednak okazało się, że jest to kolejne miejsce nie dla mnie. Pomimo to eBay podjął decyzję za mnie. Zawieszono mi konto w tym właśnie momencie, kiedy miałam otworzyć własną stronę. Jaki był powód? To, w czym byłam najlepsza - bezpłatny marketing. W opiniach o aukcji zostawiałam adres URL mojej przyszłej strony.
Koniec z aukcjami
Wreszcie po półtorarocznej działalności na eBayu przestałam się już mieścić w zajmowanym domku. Przeniosłam się do mającego 93 metry kwadratowe loftu na terenie stoczni w Benicii, a więc jeszcze dalej od wszystkich znajomych w mieście. Wykupiłam adres nastygalvintage.com, ponieważ w tym czasie adres nastygal.com nadal był zarejestrowany jako strona porno (sorki, mamuśki). Zwerbowałam Cody'ego, kumpla ze szkoły średniej, który został programistą komputerowym. Opracowałam grafikę, a on zajął się stroną techniczną. Razem wybraliśmy platformę internetową na sklep, który dzięki Cody'emu zaczął działać. Była to pierwsza i ostatnia strona internetową, jaką kiedykolwiek zaprojektowałam.
Kiedy odchodzi się z eBaya, zostają tam wszystkie z trudem zebrane dane o klientach. Nie miałam ich adresów, ale zostało mi sześćdziesiąt tysięcy znajomych na MySpace, na których się oparłam. Kiedy więc Nasty Gal Vintage ruszyła w piątek 13 lipca 2008 roku, już pierwszego dnia wszystko zostało sprzedane. Stylistka ubierająca Kelly Ripę zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy mam jakiś z tych vintage'owych żakietów. Hmm, nie, nie miałam.
Dość szybko zatrudniłam pierwszą pracownicę, Christinę Ferrucci. Przez pierwszy rok płaciłam jej więcej niż sobie. Wywalczyła podwyżkę z czternastu dolarów na godzinę do szesnastu, więcej niż ja kiedykolwiek wcześniej zarabiałam, i trochę się obawiałam, czy w ogóle będzie miała co robić. Była jednak warta tych pieniędzy, a co najważniejsze, wkrótce zdecydowanie miała ręce pełne roboty. W drugim tygodniu rozchorowała się w drodze do pracy, zaczęła wymiotować w samochodzie, ale mimo to nie zrezygnowała. Kiedy przyjechała, zabrała paczki do wysłania, pojechała na pocztę, nadała je, wróciła do domu i wczołgała się do łóżka. Christina nadal trwa u mojego boku, obecnie jest w Nasty Gal dyrektorem do spraw zakupów. Jeśli prowadzenie biznesu to swoista wojna, taką właśnie #SZEFOWĄ chcę mieć obok siebie w okopach.
Po dwóch latach sprzedawania wyłącznie ciuchów vintage postanowiłam zaoferować klientce więcej tego, czego pragnęła. Skoro podobały jej się zestawy ubrań vintage, które proponowałyśmy, to może zajmiemy się też nowymi ubraniami? Byłam już zmęczona używanymi ciuchami, ponieważ sprzedaż dzień w dzień, całymi tygodniami nie dawała najmniejszej szansy na wakacje.
Rok po otwarciu strony razem z Christiną wybrałam się na pierwsze targi w Las Vegas. Nikt o nas nie słyszał, a i my wcześniej czegoś takiego nie robiłyśmy. Podeszłam do stoiska Jeffrey Campbell, marki, z którą chciałam współpracować. Z miejsca usłyszałam "nie". Widocznie w ogóle nie byli na bieżąco z nowymi sklepami internetowymi, stąd ta odmowa. Jedno jest pewne, kiedy mówi mi się "nie", nie przyjmuję tego do wiadomości. Prowadzenie firmy wymaga przecież pewnego rodzaju determinacji. Poza tym jeśli się o coś nie poprosi, to się tego nie dostanie. Wróciłam więc do ich stoiska, otworzyłam smartfona i pokazałam Jeffreyowi, co traci, jeśli nie zna nastygalvintage.com. Wkrótce nasz sklep był jednym z najnowszych, z którymi współpracował Jeffrey, i jednym z jego najważniejszych klientów. Skontaktowałam się również z firmą Sam Edelman, a kiedy zaczęli się wahać, pokazałam im stronę w internecie i obiecałam, że dzięki nam ich marka będzie wyglądała czadowo. Tak się stało i niedługo potem każda blogerka modowa nosiła Zoe Boots.
Zaczęłyśmy ostrożnie. Kupiłyśmy trochę towaru marki Rojas. Pamiętam to jak dziś. W pierwszej dostawie była trapezowa sukienka w czerwono-czarną kratkę z koszulowym kołnierzem, zapinana z przodu. Zademonstrowała ją mierząca ponad 175 centymetrów cudowna Tajlandka Nida, moja ulubiona modelka w czasach sprzedaży na eBayu. Nida pochodziła z Nowego Orleanu i miała niecałe szesnaście lat, kiedy zaczęła mi pozować (znalazłam ją oczywiście na MySpace). Potem skończyła szkołę, ale nadal dostawała gażę w hamburgerach i banknotach dwudziestodolarowych. Sukienka została sprzedana, a ja zamówiłam kolejną.
Próbnie zaczęłyśmy brać po sześć sztuk, żeby zbadać, co się sprzedaje, a co nie. Jeśli coś dobrze schodziło, zapamiętywałyśmy to, jeśli nie - również. I wkrótce już wiedziałyśmy wszystko. Sześć sztuk zmieniało się w dwanaście, dwanaście w dwadzieścia cztery i tak oto firma, która kiedyś handlowała jedynie ubraniami vintage, stała się miejscem w sieci, gdzie odjazdowe laski mogły znaleźć nie tylko używane ciuchy, ale również rzeczy mniej znanych projektantów za rozsądne ceny - a wszystko wystylizowane zupełnie inaczej niż dotąd. Nasty Gal była największym sekretem naszych klientek, ale stopniowo wieści o nas zaczęły krążyć i zaczęłyśmy się rozwijać. Bywało tak, że razem z Christiną zastanawiałyśmy się, co się stało z ubraniem, które nagle zniknęło ze strony, aby w końcu zdać sobie sprawę, że po prostu zostało sprzedane.
Chociaż obecnie znam mnóstwo różnych handlowych sformułowań, wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to jest "badanie rynku" czy "wprost do konsumenta", nie mówiąc już o tym, że nie miałam pojęcia, iż moje klientki stanowią "segment populacji". Wiedziałam po prostu, że kontakt z dziewczynami, które kupowały ode mnie, był zawsze bardzo ważny. Kiedy popularność MySpace zaczęła spadać, by wreszcie stać się jedynie zabawką Justina Timberlake'a, razem ze swoimi klientkami przeniosłam się do innych portali społecznościowych. Ponieważ zachowywałyśmy z nimi całodobowy kontakt, firma pięknie się rozwijała. Wiedziałam, czego klientki pragną, wiedziałam też, że jeśli będę się wsłuchiwać w ich potrzeby, obie strony wyjdą na tym dobrze. Razem stanowiłyśmy niezły team.
Rok po przeprowadzce na teren stoczni okazało się, że lokal jest za mały na nasze potrzeby. Przeniosłyśmy się na ulicę Gilmana w Berkeley, kilka budynków dalej od legendarnego klubu punkowego o tej samej nazwie, do lokalu z witryną, obok sklepu z pianinami. Poprzednie 93 metry kwadratowe rozrosły się do 158 metrów kwadratowych i miałyśmy własny parking. Kolejne zwycięstwo! Zatrudniłyśmy pierwszych pracowników: jedną osobę do odbierania zamówień i jedną do robienia opisów ubrań. Zadzwoniłam do starego kumpla, Paula, w nadziei, że skuszę go, by przyłączył się jako pierwszy fotograf naszego sklepu-z-magazynem. Paul, który uwielbiał wyzwania, z miejsca się zgodził.
Nasze pierwsze logo i moja pierwsza karta wizytowa.
Następnie dołączyła do nas Stacey, moja wieloletnia przyjaciółka, która w tamtym czasie dorabiała sobie w butiku Christiana Diora w San Francisco. Odznaczała się znakomitym gustem i miała klasyczną urodę - była szczuplutką pięknością z burzą ciemnych włosów okalających twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi. Zaczęłam uczyć Stacey wszystkich sztuczek stylizacyjnych Nasty Gal. Jej plusem było to, że kiedyś pracowała jako makijażystka dla Chanel. Razem z naszym stażystą Nickiem odświeżała ciuchy, nakładała modelkom róż, zapinała guziki, zasuwała suwaki, czyściła i odkurzała. Podczas gdy ja zajmowałam się zakupami, mediami społecznościowymi i prowadziłam firmę, a Christina zarządzała naszym niewielkim zespołem. Są ludzie, którym wystarczyłaby mała, łatwa do kierowania firma, tymczasem nasza taka nie była. Można powiedzieć, że rozwijała się z minuty na minutę, i ciągle potrzebowaliśmy wszystkiego: ludzi, zaopatrzenia, większego lokalu...
W ciągu zaledwie ośmiu miesięcy przestaliśmy się mieścić w naszym sklepie w Berkeley. Potrzebny był nam odpowiedni magazyn, więc znalazłam taki w sąsiednim miasteczku Emeryville, gdzie znajdowała się siedziba Pixara. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będę działać na powierzchni niemal 700 metrów kwadratowych. Wcześniej nie pracowałam w magazynie i nie negocjowałam wynajęcia tak dużego pomieszczenia. Byłam jednocześnie podniecona i przestraszona, wiedziałam też, że potrzebuję więcej rąk do pracy. "Szczęście w nieszczęściu" polegało na tym, że sprzedawaliśmy vintage szybciej, niż mogliśmy nadążyć, a ciuchy designerskie sprzedawały się jeszcze lepiej. W stosunku do poprzedniego roku nasze dochody wzrosły o 700 procent, co w zasadzie w handlu jest niespotykane. Maile od klientek przychodziły w takim tempie, że nie dawałyśmy rady na nie odpowiadać. Zamówienia pakowane były z gorączkowym zachwytem - moje wierne volvo i ja wlekliśmy się aż do Los Angeles po nowe zakupy.
Zaczęłam współpracować z Daną, konsultantką, którą (a to ci niespodzianka!) znalazłam w sieci. Była dyrektorem operacyjnym i finansowym w firmie obuwniczej Taryn Rose, miała więc duże doświadczenie w prowadzeniu biznesu. Obydwie doszłyśmy do wniosku, że potrzebuję kogoś, kto zajmie się najważniejszymi sprawami: naszymi zobowiązaniami, finansami i zasobami ludzkimi. Spisałyśmy wymagania, jakie powinien spełniać nasz dyrektor operacyjny, skończyło się jednak na tym, że znalazłyśmy kogoś, kto przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, kogoś, kto pomógł nam ukształtować przyszłość Nasty Gal.
Zazwyczaj osoby mające takie doświadczenie jak Frank nie starają się o pracę. Ku mojemu zaskoczeniu dostałam CV od kogoś z dwudziestoletnim doświadczeniem w Land's End, kto pracował również jako dyrektor operacyjny Nordstrom online i katalogu biznesowego tej firmy. Jednak Frank Buettner wiedział, że Nasty Gal ma dobrą passę i że takiej zabawy lepiej nie omijać. Miał mnóstwo pomysłów. Powiedział mi o czymś, co nazywa się "schemat organizacyjny". Jest to narzędzie, które wykorzystują firmy, by rozplanować strukturę i hierarchię zespołów. Potem opowiedział mi o "wydziałach". Czułam się, jakbyśmy wynaleźli koło! Najpierw rozmawialiśmy o dyrektorze do spraw zasobów ludzkich. Potem o rewidencie. Następnie przedmiotem był menedżer do spraw obsługi klienta, specjalista do spraw inwentaryzacji oraz menedżer w dziale realizacji zamówień. Zatrudniliśmy informatyka. Zatrudniliśmy asystentów do spraw zakupów, również ja dostałam asystentkę. Przestaliśmy sami wysyłać i odbierać towar, i zorganizowaliśmy dział zwrotów. Do zespołu dołączył Cody, który został szefem do spraw handlu internetowego. Pierwszy raz podłączyliśmy telefony i mieliśmy kilka linii. I zestawy słuchawkowe. To było takie oficjalne! Nasze odbiorczynie nie musiały już kontaktować się z nami mailowo - mogły po prostu zadzwonić! Wszystko dla klienta!
W fazie planowania i obmyślania strategii byłam chłonna niczym gąbka. Firma się rozwijała i ja się rozwijałam, a niejednoznaczność, która kiedyś mnie przerażała, obecnie mnie cieszyła. Nadal miałam nerwicę natręctw, odkryłam jednak, że prowadzenie własnej firmy oznacza, iż każdego dnia, a nawet w każdej godzinie istnieją jakieś nowe wyzwania, z którymi trzeba się zmierzyć, nowe problemy do rozwiązania, toteż nie było czasu na guzdranie się, nie mówiąc o nudzie. Kiedy udało nam się po raz pierwszy zarobić w ciągu jednego dnia 100 000 dolarów, postanowiłam to uczcić. Wynajęłam gigantyczną trampolinę do skakania i kazałam ją nadmuchać w biurze. Wysyłamy kilka maili, hop, hop, hop, ekspediujemy kilka przesyłek, hop, hop, hop... To był jeden z najfajniejszych dni w moim życiu.
Ku zaskoczeniu wszystkich, oprócz mnie, w niecały rok przestaliśmy się mieścić w magazynie w Emeryville. Zdążyłam się już przyzwyczaić do tego, że firma się tak rozwija. Nie żeby mi to cokolwiek ułatwiało, ale zaczynałam wyraźniej widzieć naszą przyszłość. Przestałam słuchać osób z doświadczeniem, nawet Dany, ponieważ żadna z nich nigdy nie widziała tak szybko rozwijającej się firmy. Jesienią 2010 roku znów zaczęłam się rozglądać za większym lokalem. Męczyły mnie comiesięczne, a czasami nawet cotygodniowe wyprawy do Los Angeles, gdzie padałam tak często na kanapę u mojej przyjaciółki Kate, że wkrótce zaczęłam się denerwować, czy nie ma mnie już dosyć. Większość showroomów mieściła się właśnie tam, stamtąd też braliśmy nasze modelki, które potem zawoziliśmy do siebie na sesje zdjęciowe, tam również mieszkali projektanci. Wiedziałam też, że będę chciała projektować i produkować nasze markowe produkty, a Bay Area było miejscem, gdzie brakowało odpowiednich dla nas talentów. W naszym sąsiedztwie były tak konserwatywne marki jak Gap, Macys czy Banana Republic, gdzie raczej nie znaleźlibyśmy pracowników, którzy by nam odpowiadali. Z tych wszystkich powodów podjęłam decyzję na wysokim szczeblu, by przenieść siedzibę firmy do Los Angeles.
Dwa miesiące później tak właśnie się stało. Spytałam trzynastu członków naszego zespołu, czy mogą zmienić miejsce zamieszkania, i wszyscy z wyjątkiem jednej osoby stwierdzili, że tak. Trzy i pół roku później nadal są ze mną w Los Angeles, rozwijając się u mego boku, jak kilkuset innych pracowników.
PORTRET #SZEFOWEJChristina Ferruci, dyrektor do spraw zakupów w Nasty Gal
W trakcie studiów dorabiałam sobie w sklepie w San Francisco, zrozumiałam wtedy, że mam dryg do ciuchów. Po zrobieniu dyplomu miałam różne plany, między innymi chciałam pisać bloga modowego, kiedy przeczytałam na Craiglist ogłoszenie, że poszukują asystentki w firmie o nazwie Nasty Gal. Nigdy nie słyszałam o takiej marce, a poza tym moja garderoba składała się wtedy głównie z promocji z Haight Street Goodwill, ale spodobało mi się, że zajmuje się ubraniami vintage, poza tym przemawiało do mnie to, że jest nieznana, ale oryginalna. W tamtym czasie byłam niemal spłukana i nie miałam zupełnie pojęcia, co ze sobą zrobić, wydawało mi się, że stanowisko asystentki to zajęcie tymczasowe i zawsze będę mogła się zwolnić. Pięć lat minęło, a ja nadal tutaj pracuję. Nie postępowałam według z góry ustalonej ścieżki kariery, po prostu wybrałam to, w czym jestem dobra i co mnie interesuje.
Na początku Nasty Gal było firmą jednoosobową, działającą w niewielkim lokalu. Z wielkim podziwem patrzyłam, jak Sophia zostawia aparat, żeby wystylizować parę spodni, a potem opracować grafikę do maili, ale jej energia była zaraźliwa. Sophia miała dobry kontakt z klientkami, zawsze dbała o to, by były obsługiwane na wysokim poziomie i zadowolone. Wymagała od siebie bardzo dużo, więc i ja wymagałam tego od siebie. Kiedy dorastałam, rodzice nauczyli mnie szacunku do pracy. Po kilku tygodniach w Nasty Gal stałam się częścią czegoś, co szybko przekształciło się w firmę dwuosobową.
Obydwie uczyłyśmy się biznesu w miarę rozwoju firmy, na ogół metodą prób i błędów. Jeśli jakiś styl cieszył się powodzeniem, zapamiętywałyśmy to i starałyśmy się powtórzyć ten sukces. Jeśli było na odwrót, rezygnowałyśmy z tego zupełnie. To proste zasady, ale właśnie ta prostota stanowi podstawę DNA Nasty Gal. Nasz udział w pierwszych targach, kiedy przedstawiałyśmy się jako Nasty Gal, był niesamowitym przeżyciem, ale i życiową lekcją wytrwałości. Zawsze wymawiałyśmy nazwę dwukrotnie, zanim ktoś zdążył poprosić o jej powtórzenie. Potem uśmiechałyśmy się zdawkowo lub opowiadałyśmy jakiś kiepski dowcip i Sophia pokazywała w telefonie, że naprawdę mamy swoją stronę, i to całkiem niezłą. Na tych pierwszych targach popełniłyśmy wiele błędów, nie wiedząc dokładnie, czego oczekują nasze klientki, i co będzie odpowiednie dla naszej marki. Za to nauczyłyśmy się więcej, niż gdybyśmy wtedy nie zaryzykowały - do dzisiejszego dnia wpajam tę lekcję naszym pracownikom. Nauczyłam się podejmować szybkie decyzje, które kształtują pozytywnie naszą przyszłość. Jednym z moich talentów, który bardzo się przydał, była zdolność do krytykowania ubrań. Na przykład mówienie: "Te spodnie są w kolorze szpitalnej ścierki do podłogi" albo "ta kiecka nadaje się tylko dla dziecka". Umiejętność ta bardzo mi się przydaje i dzięki niej zyskuje też nasza klientka w przypadku niektórych dyskusyjnych wyborów. Oglądanie towarów to nadal moje ulubione zajęcie. Chcę zagwarantować naszej klientce jak najlepsze doświadczenie podczas zakupów i uważam, że Nasty Gal potrafi to robić lepiej niż jakakolwiek inna firma.
Bycie częścią sukcesu Nasty Gal jest zadziwiające, podniecające, a niekiedy wręcz szalone. Jako pierwsza pracowniczka musiałam na przykład przymierzać wszystkie kapelusze (czasami równocześnie). Robiłam wszystko, co tylko można sobie wyobrazić, od obowiązków asystentki, przez zajmowanie się nowymi pracownikami, stanowisko handlowca, pracę w dziale obsługi klienta do kierownika działu wysyłkowego pełnego facetów. Obecnie, jako dyrektor do spraw zakupów, mogę powiedzieć, że moja kariera była dziwna, ale wspaniała. Kiedy starałam się o pracę z ogłoszenia na Craiglist, przypadkowo otrzymałam pracę jedyną w swoim rodzaju. Była dla mnie stworzona.
Jedyna rzecz, do jakiej się palę, to konkurencja w biznesie
Jestem zły, ale to dobrze. Nigdy nie będę dobry, ale to nic złego. Lubię siebie takiego, jaki jestem.
Z filmu Ralph Demolka
1984 - Urodziłam się w San Diego w Wielki Piątek, który wypadł 20 kwietnia. Zanim pomyślisz, że to jakiś omen, zapewniam cię, że nic nie paliłam - jedyna rzecz, do jakiej się palę, to konkurencja w biznesie.
1989 - Na ścianie w przedszkolu rozsmarowałam kupę, co można by uznać za wyraz mojej pierwszej naprawdę artystycznej ekspresji.
1993 - Wychowawczyni w czwartej klasie myśli, że coś jest ze mną nie tak. Na liście jej podejrzeń znajduje się zespół nadpobudliwości psychoruchowej oraz zespół Tourette'a.
1994 - Tata zabiera mnie do Wal-Martu, gdzie pytam sprzedawcę, czy mają "maskotki Rena i Stimpy'ego, które potrafią pierdzieć". To pokazuje nie tylko zasób mego słownictwa, lecz także nieco pokręcone poczucie humoru.
1997 - Zakochałam się w pierwszym ciuchu vintage: dyskotekowych spodniach w kolorze ciemnopomarańczowym. W tajemnicy zakładam je we wrotkarni.
1999 - Podejmuję pierwszą pracę - w Subwayu. Mam zaburzenia obsesyjno-kompulsywne w związku z tostem z boczkiem, sałatą i pomidorem. Odkrywam w sobie zamiłowanie do ciężkiej pracy.
2000 - Nienawidzę szkoły średniej i dostaję skierowanie do psychiatry, który diagnozuje u mnie depresję i zespół nadpobudliwości psychoruchowej. Łykam białe pigułki. Łykam niebieskie pigułki. Dochodzę do wniosku, że jeśli tylko tak mogę polubić szkołę, to absolutnie nie ma mowy. Wyrzucam pigułki i decyduję się na naukę w domu.
2001 - Rodzice się rozwodzą. Nie przejmuję się tym; co więcej, korzystam z nadarzającej się okazji i wyprowadzam się z domu. Zamieszkuję na przedmieściach Sacramento z grupą znajomych muzyków. Za pokój, garderobę znajdującą się pod schodami, płacę 60 dolców miesięcznie.
2002 - Podróżuję autostopem po Zachodnim Wybrzeżu i koniec końców ląduję w Pacific Northwest. Nurkuję w śmietnikach w poszukiwaniu darmowego żarcia (kto tego nie próbował, niech się nie czepia) i jestem drobną złodziejką.
2002 - Sprzedaję przez internet pierwszą rzecz. Jest to książka, którą ukradłam.
2003 - Zostałam przyłapana na kradzieży w sklepie i trafiłam do aresztu. Postanawiam przestać kraść.
2005 - Zostawiam swojego chłopaka w Portland. Przenoszę się do San Francisco, gdzie wyrzucają mnie z pracy ze sklepu z luksusowym obuwiem.
2006 - Dostaję przepukliny, co oznacza, że muszę znaleźć sobie taką pracę, która zapewni mi ubezpieczenie zdrowotne. Moje zajęcie polega na sprawdzaniu legitymacji w szkole artystycznej. Ponieważ setnie się nudzę, surfuję po internecie i w rezultacie otwieram na eBayu sklep o nazwie Nasty Gal Vintage.
2014 - Jestem dyrektorem generalnym firmy wartej ponad 100 milionów dolarów, zajmującej biuro o powierzchni ponad 4,5 tysiąca metrów kwadratowych w Los Angeles. Ma ona centrum dystrybucji i realizacji zamówień w Kentucky, które zatrudnia 400 osób.
(W tym momencie powinien rozlec się zgrzyt zatrzymywanej płyty).
Oczywiście, opuściłam trochę szczegółów, ale przecież gdybym wszystko napisała we wstępie, lektura reszty książki nie miałaby sensu, a przecież chcę, żebyś ją przeczytała. To prawda: w ciągu zaledwie ośmiu lat ze spłukanej anarchistki i freeganki, zdecydowanej zniszczyć system, stałam się milionerką i bizneswoman, która w sali posiedzeń zarządu czuje się równie dobrze, jak w sklepowej przymierzalni. Nigdy nie aspirowałam do tego, żeby stać się wzorem do naśladowania, ale pewnymi przeżyciami z mojego życia i wyniesionymi z nich lekcjami chciałabym się podzielić.
Przez ostatnie siedem lat ludzie wzorowali się na wizerunkach proponowanych przez firmę Nasty Gal, teraz chciałabym, żebyś podobnie mogła skorzystać z #SZEFOWEJ i wieść wspaniałe życie, w którym będziesz realizować swoje plany. Z książki tej dowiesz się nie tylko, jak można uczyć się na własnych błędach, lecz także na cudzych (na przykład na moich). Pokażę ci, kiedy z czegoś zrezygnować, a kiedy prosić o więcej. Nauczysz się zadawać pytania i niczego nie przyjmować na wiarę; zrozumiesz, kiedy działać według zasad, a kiedy je modyfikować. Pomogę ci rozpoznać własne słabości i wykorzystywać mocne strony. Zobaczysz, że życiem kieruje pewnego rodzaju ironia. Ja na przykład założyłam internetowy biznes, ponieważ chciałam pracować sama w domu. Obecnie w ciągu jednego dnia rozmawiam z tyloma osobami, z iloma nie rozmawiałam kiedyś przez cały miesiąc. Ale nie narzekam.
Z mojej książki nie dowiesz się, jak się wzbogacić w ekspresowym tempie, wedrzeć na rynek mody czy jak założyć firmę. Nie jest to manifest feministyczny ani rodzaj pamiętnika. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad tym, czego do tej pory dokonałam, ponieważ przede mną jest jeszcze wiele do zrobienia. #SZEFOWA nie jest też poradnikiem, z którego można się nauczyć, co wrzucić na siebie po wstaniu z łóżka. Taką książkę zamierzam napisać, ale tylko pod warunkiem, że powiesz wszystkim znajomym, żeby kupili najpierw tę.
Skoro zabierasz się do czytania, mam dla ciebie trzy rady, które warto zapamiętać: Nigdy nie dorastaj. Nie bądź nudziarą. Nie daj się żadnym ważniakom. OK? Świetnie. A więc do dzieła.
#SZEFOWA na całe życie.
#SZEFOWA wie, kiedy walić na odlew, a kiedy wymachiwać rękami
Życie jest krótkie. Nie leń się.
Moje
A więc chcesz zostać #SZEFOWĄ? Zacznę od dwóch spraw. Po pierwsze, to cudowna wiadomość! Zrobiłaś już pierwszy krok do wspaniałego życia, podejmując taką decyzję. Po drugie, to jedyny krok, który jest łatwy. Bo widzisz, chodzi o to, że bycie #SZEFOWĄ wcale nie jest takie proste. Jeśli chcesz nią zostać, czeka cię niezła harówka, a jeszcze większa, by nią pozostać. Z drugiej strony, kto boi się ciężkiej pracy? Ja z cholerną pewnością nie, a jestem pewna, że i ty też. A nawet jeśli tak, ta książka zmieni twoje nastawienie na tyle, że pod koniec ostatniego rozdziału będziesz wręcz krzyczeć: "Czy jest jakaś praca?! Potrzebna mi jakaś praca! I to NATYCHMIAST!".
#SZEFOWA to ktoś, kto ma wpływ na swoje życie. Otrzymuje to, czego pragnie, ponieważ potrafi sobie na to zapracować. Będąc #SZEFOWĄ, panujesz nad swoim życiem, ale też bierzesz za nie odpowiedzialność. Jesteś wojowniczką, wiesz, kiedy walić na odlew, a kiedy tylko wymachiwać rękami. Czasami łamiesz zasady, czasami postępujesz według nich, ale zawsze na własnych warunkach. Wiesz, do czego dążysz, ale najlepiej, żeby jeszcze po drodze do celu mieć niezłą zabawę. Bardziej cenisz uczciwość niż perfekcję. Zadajesz mnóstwo pytań. Traktujesz życie poważnie, ale bez przesady. Chcesz zdobywać świat i tym samym go zmieniać. Słowem, jesteś twardzielką.
Dlaczego niby masz mnie słuchać?
Kobiety są z natury anarchistkami i rewolucjonistkami.
Kim Gordon
Aha! Trafne pytanie! Gdyby istniały jakieś zasady, według których można zostać #SZEFOWĄ - a takich nie ma - jedną z nich byłoby kwestionowanie wszystkiego. Z pewnością więc jest to dobry punkt wyjścia do tej książki.
Mam dwadzieścia dziewięć lat i jestem założycielką, dyrektorem generalnym i dyrektorem kreatywnym Nasty Gal, firmy wartej ponad sto milionów dolarów, zatrudniającej czterysta osób. Stworzyłam ją zupełnie sama w ciągu zaledwie siedmiu lat. Nie zawdzięczam jej dużym pieniądzom ani nauce w prestiżowej szkole, a kiedy powstawała, żaden dorosły nie mówił mi, co mam robić. Do wszystkiego doszłam sama. Nasty Gal cieszy się dużą popularnością, a jej historia przypomina miejscami bajkę. Zgrabna wersja historyjki o pucybucie, który został milionerem? Zaliczona. Książę z bajki? Jeśli wziąć pod uwagę mojego inwestora, Danny'ego Rimera - zaliczony. Mnóstwo butów? Zaliczone. I owszem, prasa jest w porządku, ale nie mam zamiaru wspierać jej poglądu, że to wszystko stało się nagle i że w ogóle to się stało. Nie zrozum mnie źle: nie będę zaprzeczać, że pod wieloma względami miałam dużo szczęścia, muszę jednak podkreślić, że nic nie zdarzyło się przypadkiem. Całe lata brudziłam ręce, przekopując się przez stosy starych ciuchów, parzyłam się, prasując je i wyciągałam z ich kieszeni brudne chusteczki, zanim dotarłam do punktu, w którym teraz jestem.
Jakiś czas temu ktoś powiedział, że moim obowiązkiem jest dotarcie z Nasty Gal tak daleko, jak to tylko możliwe, gdyż jestem wzorem dla dziewczyn, które chcą zrobić ze sobą coś fajnego. Nadal nie wiem, co o tym myśleć, ponieważ przez całe życie nie wierzyłam w takie wzorce. Nie chcę być stawiana na piedestale. Poza tym, cierpiąc na zespół nadpobudliwości, nie wytrzymałabym tam długo i narobiłabym bałaganu, nie licząc się z konsekwencjami. Nie chciałabym więc, #SZEFOWO, żebyś tam patrzyła, ponieważ nic dobrego z tego nie wyniknie. Energię zużywaną na skupianiu się na czyimś życiu warto wykorzystać we własnym. Lepiej zostań idolką dla siebie.
Opowiadam historię mojego życia, żeby przypomnieć ci, że do sukcesu wiedzie nie tylko prosta i wąska droga. Jak zobaczysz w dalszej części książki, nie dorastałam w atmosferze przychylności. Byłam wyrzutkiem, nigdzie nie mogłam zagrzać miejsca, kradłam, uczyłam się kiepsko, a w pracy strasznie się leniłam. W dzieciństwie ciągle wplątywałam się w jakieś kłopoty: a to podpaliłam sprej do włosów na zjeździe rodzinnym (przyznaję, to moja wina), a to walnęłam w brzuch najlepszą koleżankę za to, że upuściła na ziemię moją ciastolinę (miałam wtedy cztery lata), słowem, ciągle sprawiałam problemy. Jako nastolatka byłam niczym strach na wróble, a kiedy dorosłam, stałam się młodszą, półgrecką wersją Larry'ego Davida1, nie potrafiłam ukryć niepokoju, niezadowolenia lub wątpliwości i często byłam szczera aż do bólu.
Próbowałam pracować normalnie na godziny i skończyć szkołę, ale po prostu mi to nie wychodziło. Długo wmawiano mi, że droga do sukcesu składa się z punktów, które należy po kolei zaliczyć, poczynając od zdobycia wykształcenia i znalezienia pracy. Kiedy jednak starałam się tak postępować i kończyło się to porażkami, czasem miałam wrażenie, że moim przeznaczeniem jest nieudacznictwo. Zawsze jednak podejrzewałam, zawsze wiedziałam, że jestem zdolna do osiągnięcia czegoś większego. Tym czymś okazała się Nasty Gal, ale wiesz co? Nie znalazłam Nasty Gal. Ja ją stworzyłam.
Zrezygnuj ze wszystkich spraw i nawyków, które cię hamują. Naucz się, jak stwarzać sobie możliwości. Pamiętaj, że nie istnieje coś takiego, jak linia mety - szczęście zależne jest od ciągłego działania. Niech nic nie powstrzymuje cię w dążeniu do tego wspaniałego życia, które sobie wymarzyłaś, a może jeszcze nie miałaś na to czasu. I przygotuj się na to, że po drodze czeka cię mnóstwo niezłej zabawy.
Książka zatytułowana jest #SZEFOWA.
Czy to coś w rodzaju manifestu feministycznego?
Masz ci los. Chyba musimy o tym poważnie porozmawiać.
#SZEFOWA jest książką feministyczną, a Nasty Gal firmą feministyczną, w tym sensie, że pragnę cię zachęcić do bycia tym, kim tylko zechcesz. Nie mam jednak zamiaru głosić, że kobiety są wyjątkowe, i winić facetów za wszystkie moje problemy.
Nigdy, przenigdy nie zdarzyło mi się pomyśleć, że bycie dziewczyną to coś, z czym muszę dawać robie radę. Moja mama w dzieciństwie uczyła się gotować i sprzątać, gdy jej bracia używali sobie na całego. Można więc zrozumieć, że w jej oczach bycie dziewczynką to coś zdecydowanie niekorzystnego. Ponieważ obydwoje rodzice pracowali, a ja nie miałam rodzeństwa, nigdy nie zetknęłam się z takim faworyzowaniem. Zdaję sobie sprawę, że pokolenia kobiet walczyły o prawa, które dla mnie są czymś normalnym, a w niektórych częściach świata taka książka nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Wierzę, że najlepszym sposobem na uczczenie przeszłości i przyszłości kobiecych praw jest po prostu zabranie się do roboty. Zamiast siedzieć i gadać, jak bardzo mi na czymś zależy, wolę zakasać rękawy i po prostu to udowodnić.
Moją pierwszą reakcją na niemal wszystko, co przytrafiało mi się w życiu, było po prostu "nie". Jeśli chcę coś w pełni docenić, muszę to najpierw odrzucić. Można mnie nazwać uparciuchem, ale tylko w taki sposób mogę zrobić coś po swojemu, mogę to włączyć do swojego świata, zamiast czekać, aż samo wpadnie mi w ręce. Kiedy miałam siedemnaście lat, nie depilowałam łydek i chodziłam w butach na wysokim obcasie, a mój stosunek do higieny w najlepszym razie można określić jako crust punk2. Nosiłam męskie ciuchy kupowane w Wal-Marcie. Jeśli z rzadka jakiś koleś otworzył przede mną drzwi, protestowałam, traktując to jako obrazę, mniej więcej tak: "Sama mogę sobie otwierać drzwi, zbytek łaski!". A to, bądźmy szczerzy, nie świadczyło o moim feminizmie, tylko o niegrzecznym zachowaniu.
Obecnie rozumiem już, że jeśli ktoś przepuści mnie w drzwiach, nie będzie to zamach na moją niezależność. A kiedy robię makijaż, to wcale nie znaczy, że ulegam przestarzałym patriarchalnym ideałom kobiecego piękna. Maluję się, ponieważ lepiej się z tym czuję. Na tym właśnie polega duch Nasty Gal: ubieramy cię dla ciebie samej i wiemy, że kiedy starasz się dobrze wyglądać, to wcale nie dowodzi tego, że jesteś powierzchowna. Chodzi po prostu o to, że nie musisz wybierać między byciem inteligentną a byciem seksowną. Możesz mieć i jedno, i drugie. I na pewno tak jest.
Czy więc 2014 rok to nowy okres feminizmu i nie musimy o tym rozmawiać? Nie mam pojęcia, ale chciałabym udawać, że tak jest. Nie chcę kłamać - obraża mnie to, że chwali się mnie za to, że jestem "kobietą, która nie skończyła studiów". Jednakże mogę to wykorzystywać. Mogę na przykład pojawić się na jakimś spotkaniu i zrobić na ludziach wrażenie tylko tym, że jestem samoukiem. Nie tylko ja, ale niezliczone rzesze innych #SZEFOWYCH, o których piszę w tej książce, dziewczyn, które ją czytają, a także dziewczyn, które jeszcze nie zostały #SZEFOWYMI, ale dokonają tego walcząc, a nie biadoląc. Kogoś, kto prosi, by traktowano go poważnie, nikt tak nie traktuje. Musisz się wyróżniać i musisz być samodzielna. A że wszyscy uważają, że to męski świat? Mam to w nosie. Cieszę się, że jestem dziewczyną.
Teoria czerwonego sznurka
Weszłam w dorosłe życie, uważając, że kapitalizm to jedna wielka ściema, wkrótce jednak odkryłam, że to rodzaj alchemii. Jeśli połączysz ciężką pracę, kreatywność i zdeterminowanie, ruszysz do przodu. A kiedy opanujesz tę alchemię, a przynajmniej ją poznasz, spojrzysz na świat zupełnie inaczej.
A jednak sądzę, że zawsze patrzyłam na świat inaczej niż wszyscy. Matka opowiadała mi, że kiedy miałam pięć lat, dostałam czerwony sznurek i biegałam po podwórku, ciągnąc go za sobą. Dzieciaki zaczęły dopytywać, co to takiego, więc odpowiedziałam, że to latawiec. Wkrótce już wszystkie miały czerwone sznurki i biegaliśmy, puszczając wysoko po niebie nasze latawce.
W swojej książce chcę udowodnić, że kiedy wierzysz w siebie, inni ludzie również zaczną w ciebie wierzyć.