Rozdział 1
"Zatem, czy człowiek naprawdę może porzucić drugiego człowieka, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za czyn, którego się dopuścił, a następnie przejść do porządku dziennego nad swoją nieumiejętnością budowania związku i bezrefleksyjną zdolnością do rujnowania go, kiedy już pierwsza faza (zakochanie) zaczyna nieubłagalnie wkraczać w etap odpowiedzialności? Może trzeba nam jakiegoś arbitralnego (w pozytywnym znaczeniu) gremium mędrców, zdolnych orzekać o winie takiego człowieka i wymierzać mu sprawiedliwą karę? Czas najwyższy uświadomić w końcu młodym ludziom, że miłość nie jest zjawiskiem tranzytowym, a relacja z drugim człowiekiem to nie zabawa najnowszym modelem iPhone'a..." - Amorowicz skończyła właśnie kolejny felieton, gdy srebrny poblask ziemskiego satelity wyłonił się niespodziewanie zza dębu w Smutnym Ogrodzie i odciągnął jej uwagę od monitora. Z właściwą sobie egzaltacją podeszła do tarasowych drzwi i doznała podobnego uczucia, co wczoraj: potworny strach obleciał kobietę od stóp do głów i owładnęło nią przekonanie, że poza pracą naukową zostało jej jeszcze coś, co koniecznie musi doprowadzić w swoim życiu do końca. To coś stawało się jednak coraz bardziej niepokojące, zaś Aniela Amorowicz, jak przystało na szanującą się panią profesor, za wszelką cenę musiała powstrzymać w sobie żądzę wymierzania sprawiedliwości. Przyjrzała się raz jeszcze krągłemu księżycowi, którego prawą krawędź poszarpał i zaorał bezceremonialnie stuletni dąb, po czym usiała przed sześćdziesięciocalową paletą LED, służącą do odtwarzania reklam i podprogowej indoktrynacji (tudzież do ubezwłasnowolniania mas i lansowania populistycznych haseł), po czym, dotknąwszy pilota, którego design przypominał obecnie smukły dżojstik do wibratora, włączyła peowskie media i... dzięki bogu akurat nie było żadnej reklamy!
Mimo iż wśród akademickiego gremium uchodziła za kobietę niebywale egzaltowaną, w tej chwili - wolna od znudzonych spojrzeń studentów pierwszego roku - podrapała się wulgarnie w kroczu, poderwała kieckę i podwinąwszy pod siebie nogi, usiadła w fotelu przed cyfrową paletą. Felieton skończyła na poły wstawiona i jak zawsze w takich chwilach - nim jeszcze podprogowa fala tefałenowskiej dezinformacji zdążyła na moment zdestabilizować jej szare komórki - usłyszała monolog starej papugi, której były mąż nie miał serca jej odbierać. "Skurwysyn! Przecież on w ogóle nie miał serca" - pomyślała Amorowicz, patrząc na to wredne ptaszysko.
- Amorrrowicz, Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Zostawił cię sto lat temu! Zostawił cię sto lat temu! Amorrrowicz pisze durrrne felietony! Amorrrowicz pisze durrrne felietony! Srrra winem wytrrrawnym! Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!
Profesor chwyciła właśnie za płaski laczek i z impetem rzuciła nim w drucianą klatkę. Ptaszysko zaskrzeczało przeraźliwie i łomocząc skrzydłami, poturbowało się na własne życzenie.
- Stul pysk, cholerna wiedźmo! - wrzasnęła kobieta, kiedy w Tefałenie podpierający się łokciem o stół cwaniakowaty pan podawał właśnie najświeższego newsa:
- Kolejny przypadek gwałtownego zgonu w trakcie wykonywania obowiązków publicznych. Tym razem, wczesnym popołudniem, w warszawskim sądzie okręgowym na Żoliborzu, doszło między innymi do zatrzymania akcji serca u pięćdziesięcioletniej sędzi prowadzącej słynną sprawę Gambel Srolt. Podczas wydawania wyroku trzydziestu lat pozbawienia wolności dla Jacka Ściemniacza, wiceprezesa spółki, sędzia doznała gwałtownego paraliżu prawej połowy ciała, oddała pod siebie kał i ześliznęła się z fotela sędziowskiego, uderzając głową o posadzkę. Śmierć nastąpiła na skutek natychmiastowego pęknięcia czaszki i wycieku płynu mózgowo-rdzeniowego. Obecne na sali osoby utrzymują, że tuż przed zdarzeniem ukazał im się księżyc w pełni nad głową samej sędzi. To już kolejny przypadek gwałtownego zgonu w trakcie wykonywania obowiązków służbowych, na oczach dziesiątek ludzi, w trakcie którego świadkowie widzieli nad głowami ofiar światło do złudzenia przypominające księżyc. Policja próbuje ustalić, czy osoby, które poniosły śmierć w tych niecodziennych wydarzeniach, nie padły ofiarą seryjnego mordercy. Sprawą zajęła się również Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Ministerstwo Obrony Narodowej, bowiem - jak utrzymuje minister Antoni Dostojny - może chodzić o inwazję kosmitów z planety S.
Sędzia Jędza Bezduszna osierociła dwójkę dorosłych już dzieci, absolwentów prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, oraz dwugłowego jamnika, o którym ostatnio rozpisywała się prasa brukowa przy okazji szeroko relacjonowanego rozwodu znanej sędzi. W kwietniu Jędza Bezduszna skończyłaby pięćdziesiąt jeden lat.
- Ale już nie skończy - spuentowała Aniela Amorowicz, dopijając butelkę otwartego wcześniej wina. - Ta wredna baba powinna wisieć za wargi sromowe na trzepaku pod śmietnikiem! - dodała, wykonując głową nieskoordynowane ruchy i machając butelczyną do szklanej ledowej palety.
- Zabił kurrrwę, zabił! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!
Rozdział 2
Profesor obudziła się tego dnia z silnym bólem głowy i zakwasem na drodze krzyżowej, promieniującym przez pośladek aż ku pachwinie i ściankom pochwy. Była biegła w dziedzinie etyki i psychologii relacji międzyludzkich, nie miała jednak szerszej wiedzy z zakresu medycyny, co skutecznie uniemożliwiało jej konstruktywną analizę dopadających ją ostatnimi czasy boleści. Gdyby mąż ją teraz wymasował w pewnych miejscach - tak jak to robił niegdyś co poniedziałek i czwartek - zapewne zakwasy puściłyby jak ręką odjął; teraz jednak była zdana na samą siebie.
W porannym pośpiechu włożyła drżącego przyjaciela odwrotną stroną do komina i po tym, jak niespodziewanie wystrzeliła zeń bateria paluszek, ostatecznie zagnieżdżając się chyba gdzieś w jajowodzie (Amorowicz próbowała ją od razu wyjąć szczypcami do kurczaków, jednak bezskutecznie), dała sobie spokój z poranną terapią przeciwbólową i z bolącym krzyżem zamówiła taksówkę. Na wykład nie musiała się szczególnie przygotowywać. Treść swoich dwudziestu trzech publikacji w formie książek miała w głowie jak amen w pacierzu.
Taksówka przyjechała po dziesięciu minutach. Kiedy profesor wsiadła do auta, przyuważyła, że kolejny raz trafił jej się ten sam nieuczesany kierowca z włosami w uszach, któremu jadaczka nie zamykała się ani na chwilę. Ledwo zdążyła zamknąć drzwi, gdy dobiegło ją przygłupawe...
- Widza, że bez noc zaś żeście co wypili?
Egzaltacja nakazała jej nie reagować: zresztą w jajowodzie, jak jej się zdawało, miała chyba paluszek, bo ból zamiast schodzić, nasilał się.
- Oglondołech wczora w nocy dziennik i widziołech, że zaś tyn ksiynżyc sie ukazoł tym ludziyom, co to staro syndzina widzieli, jak se obulyła na ziemio. Widzieliście to bez noc na Tyfałyni?
Amorowicz udawała, że próbuje coś wypatrzyć przez szybę przemieszczającej się taksówki, i niepomiernie zajęta jest czym innym niż śmierć Bezdusznej Jędzy.
- Jo się tymu nie dziwia. Jak mnie się ostatnio na hasioku ukazoł ksiynżyc, to mi Pon Bóczek wzion se do siebie staro oma, co na jesiyni by kończyli dziewindziesiunt osim lot. Do kouńca gorzołka se popijała na noc. Oba dwa - ona a starzik, co majom teroski sto trzi lata.
- Mam baterię w jajowodzie!
- Że co to godocie? Kaj co mocie?
- Już nic.
Rozdział 3
Przyjechawszy na uczelnię (zwróćcie uwagę na ten staromodny imiesłów przysłówkowy uprzedni), profesor Amorowicz była zła jak pieprz: niezaspokojona dowewnętrznie, wedle jej przekonania - z baterią w jajowodzie, lekko na kacu i z głową wypchaną frazesami w znienawidzonej przez nią gwarze śląskiej ("Widza, że bez noc zaś żeście co wypili..."). Nerwowym chodem podążała do głównego wejścia, nad którym ktoś ukrzyżował rząd neonowych liter układających się w nic nieznaczącą nazwę własną: Uniwersytet Śląski. "Równie dobrze ktokolwiek mógłby ukrzyżować na tej fasadzie nazwę Uniwersytet Warszawski, Wyższa Szkoła Ściemniania, Fabryka Dyplomów lub Kabaret XXI wieku" - profesor skonstatowała w myślach rzeczywistość i stanąwszy przed obrotowymi drzwiami (zwróćcie uwagę na ten staromodny imiesłów przysłówkowy uprzedni) - zapomniała, jak się nazywa.
"Jak ja się nazywam?" - rzekła do samej siebie profesor Amorowicz, a przypomniawszy sobie wpierw imię, a następnie nazwisko, pozwoliła, by obrotowa tuba wciągnęła ją do swego środka i przeniosła z zimnych i brudnych Kattowitz do ciepłego i odnowionego budynku rektoratu UŚ (notabene również w mieście Trzeciej Rzeszy...).
Katedra Relacji Miłosnych Uniwersytetu Śląskiego (lub jak kto woli - Fabryki Dyplomów...) mieściła się na ostatnim piętrze, tuż za Katedrą Bajek dla Dorosłych. Z obiema sąsiadowały: Katedra Wyzysku Człowieka, Katedra Samorealizacji, Katedra Akwizycji Asertywności oraz Katedra Analizy Merkantylizmu Cielesnego, zajmująca się propagowaniem operacji plastycznych i autopromocją jednostki. Amorowicz szczerze nienawidziła tych wszystkich katedr, które z psychologią i człowiekiem miały tyle wspólnego, co dupa z okiem - jak mawiała. Będąc kierownikiem Katedry Relacji Miłosnych i prekursorem Teorii Odpowiedzialnego Współżycia (kretyni myśleli, że Amorowicz pisze o seksie!), nie umiała pogodzić się z faktem, że w dzisiejszych czasach na Wydziale Psychologii durnowaci decydenci (pożal się boże dziekani!) wymyślali tak bzdurne kierunki, katedry, zakłady - a wszystko po to, by mieć jak najwięcej punktów i studentów i by za tymi (pożal się boże!) studentami od siedmiu boleści, od iPhone'ów i czego tam jeszcze, płynęły strumieniem elektroniczni Władysławowie Drudzy Jagiełłowie czy Zygmuntowie Pierwsi Starzy. "Elektroniczni - nadmieniam!" - grzmiała w myślach Amorowicz. "A ci wszyscy studenci od iPhone'ów i facebooków - które na wykładzie zawsze były ważniejsze od samego profesora - ci wszyscy studenci to motłoch, niemal zamiatany z ulicy i wsypywany do jednego zsypu, żeby tam tego śmiecia najwięcej się nazbierało i dało zrecyklingować!" - grzmiała w myślach Amorowicz, gdy nagle uderzył ją w twarz rażący promień słońca. Oto bowiem doktor Asertywniak otworzył na oścież drzwi od Katedry Akwizycji Asertywności, znajdującej się dokładnie vis-a-vis Katedry profesor Amorowicz, i wrzasnął:
- Pani profesor!... Jeśli jeszcze raz będzie pani tłukła do łba moim seminarzystom, że związków nie można zakańczać, to - jak boga kocham - poruszę tę kwestię u dziekana! Na miłość boską, jak długo jeszcze będzie pani lała takie farmazony?! Oni mają być asertywni, na boga! - pieklił się. - Boże jedyny, no oszaleć można z tą kobietą...
Amorowicz słyszała tę śpiewkę chyba po raz setny.
- Boga wspomina co drugie słowo, a diabeł mu szepcze każde z nich - burknęła do siebie profesor.
- No jak boga kocham!... No ileż można?!... - zrzędził dramatycznie młody Asertywniak, wywijając rękoma jak baletnica z Jeziora Łabędziego, nim łaskawie zamknął drzwi i wtaszczył za sobą słońce z powrotem do pokoju.
- Ciota! - syknęła profesor i weszła do katedry.
W zacienionym pomieszczeniu, w którym unosiła się woń martyrologicznej miłości aż po grób, zapach zmartwień i staroświeckich sloganów, siedziała już doktor habilitowana Miłosierdzia Julio Iglesias i zatroskanym wzrokiem patrzyła w stronę Amorowicz. Profesor Miłosierdzia była jej popleczniczką i orędowniczką tych samych idei, które obie proklamowały przed dwudziestoma laty w jednej ze swoich wspólnych książek. Miłosierdzia była wówczas żoną Bartolomégo Julia Iglesiasa, hiszpańskiego prekursora Teorii Asertywności i Hedonizmu.
- Anielko! Kochana ty moja! Coś ty znowu taka zatroskana? - spytała Miłosierdzia.
- Eh... Ten cholerny Asertywniak, szczeniak jeden... - Amorowicz rzuciła torebką w kąt. - Chyba mam coś w jajowodzie...
- Rak? - Miłosierdzia zrobiła przerażone oczy i wstała zza biurka.
- Oj, daj spokój. Jaki tam rak. Nic takiego. Ten smarkacz od Akwizycji znowu urządza swoje gody. Pedał jeden...
Miłosierdzia zrobiła jeszcze większe oczy i aureola troski i zaniepokojenia pojawiła się nad jej trwałą za sto dwadzieścia złotych.
- To on ci to zrobił? To z jajowodem. On, tak?...
- Oj, Miłosierdzia, proszę cię, nie gadaj głupot. Wszystko przez tego mojego Rzucariusza. Sama powiedz: wytrzymałabyś bez niczego przez dwadzieścia pięć lat?
- No... ja dopiero pięć, kochana. Bo ja tam wiem?... Ale co z tym Asertywniakiem? Coś ci zrobił?
- Sama sobie zrobiłam - odparła zawstydzona. - Rano włożyłam sobie wibr...
- Chyyyy!... - Miłosierdzia nabrała powietrza w płuca, które z krwią powędrowało ku osierdziu i wsierdziu. - Santo dios!
- Cholera, Miłośka, daj mi skończyć!
- No dobrze, no ale...
- No ta cała Kryśka Samowystarczalińska z Katedry Samorealizacji poleciła mi, bym sobie w końcu kupiła takie... no wiesz... no takie urządzenie na baterie i cholera - źle to włożyłam... - dodała ściszonym głosem. - No, próbowałam wyjąć tym... no... szczypcami do kurczaków, ale tylko se krzywdę zrobiłam.
- Anielko kochana!... To może do ginekologa? Tam na Mickiewicza przy tym liceum...
- A, cholera! Co ja się będę przejmować! Gdzie moja teczka, Miłośka?
- Y... przy komputerze dałaś, wczoraj... No ale...
- A, cholera jasna, idę na wykład. Mam seminarium z pierwszym rocznikiem. Potem pogadamy.
Amorowicz już otwiera drzwi...
- No ale co ty tam masz z tym jajowodem, Anielko?! - krzyczy za nią Julio Iglesias.
- Paluszek! - odkrzykuje Amorowicz i zamyka za sobą drzwi.
- Czekaj! - krzyczy Julio Iglesias do zamkniętych drzwi.
Amorowicz łapie z powrotem za klamkę.
- Co? - wsadza głowę do pokoju.
- Ale, taki do jedzenia? - przyjaciółka robi wielkie oczy.
Amorowicz rozgląda się po korytarzu i szepcze, artykułując wyraźnie głoski:
- Nie, głupia. Taki z Oszołoma, akumulatorek do ładowarki...
- A to są takie? - szepcze Miłosierdzia.
- No są. Później ci pokażę.
- Dobrze, tylko nie zapomnij, Anielko. Bo ty...
Amorowicz zamyka drzwi.
Rozdział 5
"Zatem, czy człowiek naprawdę może porzucić drugiego człowieka, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za czyn, którego się dopuścił, a następnie przejść do porządku dziennego nad swoją nieumiejętnością budowania związku i bezrefleksyjną zdolnością do rujnowania go, kiedy już pierwsza faza (zakochanie) zaczyna nieubłagalnie wkraczać w etap odpowiedzialności? Może trzeba nam jakiegoś arbitralnego (w pozytywnym znaczeniu) gremium mędrców, zdolnych orzekać o winie takiego człowieka i wymierzać mu sprawiedliwą karę? Czas najwyższy uświadomić w końcu młodym ludziom, że miłość nie jest zjawiskiem tranzytowym, a relacja z drugim człowiekiem to nie zabawa najnowszym modelem iPhone'a..." - profesor doczytywała właśnie końcówkę wczoraj spłodzonego felietonu, gdy srebrny poblask ziemskiego satelity wyłonił się znów niespodziewanie zza dębu w Smutnym Ogrodzie i kazał jej podejść do tarasowych drzwi. Doznała podobnego uczucia co wczoraj: otóż jeszcze bardziej potworny strach obleciał kobietę od stóp do głów i owładnęło nią przekonanie, że poza pracą naukową faktycznie zostało jej jeszcze coś, co koniecznie musi doprowadzić w swoim życiu do końca. To coś stawało się jednak coraz bardziej niepokojące, zaś Aniela Amorowicz, jak przystało na szanującą się panią profesor, za wszelką cenę musiała powstrzymać w sobie żądzę wymierzania sprawiedliwości. Przyjrzała się więc raz jeszcze krągłemu księżycowi, którego prawą krawędź poszarpał i zaorał znów stuletni dąb, po czym usiała przed sześćdziesięciocalową paletę LED, służącą do odtwarzania reklam i podprogowej indoktrynacji (tudzież do ubezwłasnowolniania mas i lansowania populistycznych haseł), po czym, dotknąwszy pilota, którego design przypominał obecnie smukły dżojstik do wibratora, włączyła peowskie media i... dzięki bogu akurat nie było żadnej reklamy!
Mimo iż wśród akademickiego gremium uchodziła za kobietę niebywale egzaltowaną, w tej chwili wolna od znudzonych spojrzeń studentów pierwszego roku, podrapała się wulgarnie w kroczu, poderwała kieckę i podwinąwszy pod siebie nogi, usiadła w fotelu przed cyfrową paletą. Skończyła czytać na poły wstawiona i jak zawsze w takich chwilach - nim jeszcze podprogowa fala tefałenowskiej dezinformacji zdążyła na moment zdestabilizować jej szare komórki - usłyszała monolog starej papugi, którą były mąż nie miał serca jej odbierać. "Skurwysyn! Przecież on w ogóle nie miał serca" - pomyślała Amorowicz, patrząc na to wredne ptaszysko.
- Amorrrowicz, Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Zostawił cię sto lat temu! Zostawił cię sto lat temu! Amorrrowicz, czyta durrrne felietony! Amorrrowicz, czyta durrrne felietony! Wibrrratorrr wsadza w cipsko! Wibrrratorrr wsadza w cipsko i nie umie wyjąć szczypcami do kurrrczaków! Szczypcami do kurrrczaków! Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!
Profesor chwyciła znowu za płaski laczek i z impetem rzuciła nim w drucianą klatkę. Ptaszysko zaskrzeczało przeraźliwie i łomocząc skrzydłami, poturbowało się na własne życzenie.
- Zaraz ci ten wibrator do dupy wsadzę! - wrzasnęła kobieta, kiedy w Tefałenie podpierający się łokciem o stół cwaniakowaty pan podawał właśnie najświeższego newsa:
- Kolejny przypadek gwałtownego zgonu w tajemniczych okolicznościach. Tym razem, w godzinach porannych, na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Śląskiego, doszło między innymi do zatrzymania akcji serca u dziewiętnastoletniego studenta biorącego udział w wykładzie u słynnej profesor Anieli Amorowicz, prekursorki nauk o relacjach miłosnych. W ostatnich minutach wykładu młody student doznał gwałtownego paraliżu prawej strony ciała, oddał pod siebie kał, a następnie wyrzuciło go z ławki, w której siedział, na odległość kilku metrów, tarmosząc nim po ziemi tuż pod nogami prowadzącej wykład przy ambonie... przepraszam: przy katedrze. Śmierć nastąpiła najprawdopodobniej na skutek natychmiastowego pęknięcia czaszki i wycieku płynu mózgowo-rdzeniowego. Obecne na auli osoby utrzymują, że tuż przed zdarzeniem ukazał im się księżyc w pełni nad głową młodego mężczyzny. Niepokoi fakt, że podobna sytuacja miała miejsce zaledwie dwadzieścia kilka godzin wcześniej, a dodatkowo na oczach dziesiątek ludzi, którzy widzieli nad głową ofiary światło do złudzenia przypominające księżyc. Świadkom udało się tym razem zarejestrować zdarzenie, jednakże na nagraniu nie widać, jakoby jakikolwiek księżyc zawisł uprzednio nad ofiarą. W tej chwili pokazujemy państwu materiał filmowy z miejsca tragedii. Uprzedzamy, że nagranie zawiera drastyczne sceny.
Amorowicz nie mogła na to po raz kolejny patrzeć. Zamknęła oczy i dopiła szybko resztę wina.
- Niewątpliwie, szanowni państwo, mamy tutaj niechybnie do czynienia z inwazją kosmitów z planety S. Pozwolę sobie wysunąć supozycję, iż najprawdopodobniej miał miejsce wybuch na planecie S, za który odpowiedzialność ponosi Federacja Rosyjska. Co do tego nie ma, drodzy państwo, żadnych wątpliwości - profesor patrzyła znowu w ledową platformę, gdy minister Antoni Dostojny wypowiadał się dostojnie przed kamerą.
- Irokez Asertywny, który dzisiejszego przedpołudnia poniósł tragiczną śmierć na auli Uniwersytetu Śląskiego, w kwietniu skończyłby dwadzieścia lat - ciągnął prezenter.
- Ta... Ale już nie skończy - spuentowała Aniela Amorowicz, kładąc butelkę po winie na podłodze. - Ten dzieciak powinien wisieć za napletek na trzepaku pod śmietnikiem! - dodała, wykonując głową nieskoordynowane ruchy, uprzednio beknąwszy swobodnie barytonem.
- To Wielki Barrrtek! To Wielki Barrrtek! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!
- Ta... Strachu się dzisiaj najadłam i szok przeżyłam... Wielki Bartek. - W głowie Amorowicz szumiało, kręciło się, bujało; w jamie ustnej - śmierdziało.
Zasnęła.
- To Wielki Barrrtek! To Wielki Barrrtek! Idź do niego! Idź!
Rozdział 7
Sprawy zaszły już zdecydowanie za daleko. Ponieważ upławy nasilały się z każdą godziną do tego stopnia, że przejechawszy palcem wzdłuż pachwin i przyłożywszy kciuki do nosa, dało się wyczuć lekką woń parmezanu, Amorowicz odwołała dziś pierwsze listopadowe zajęcia (po przerwie) i swoim fiatem 125p - którego mąż oczywiście nie miał serca jej odbierać - urządziła sobie natychmiastową wycieczkę do przychodni. Była szybsza niż pogotowie. W mig znalazła się na miejscu, wysiadła całkiem sprawnie z niezniszczalnego wozu, pogrzebała kilka sekund kluczykiem w drzwiach, szarpnęła, sprawdziła, czy zamknięte, szarpnęła jeszcze raz; światła nie zamrugały, auto nie zawyło, szyba została lekko niedomknięta, a Amorowicz w ułamku sekundy już stała w rejestracji przed jakąś niemrawą panią, której zapewne marzyły się wakacje z księciem na białym koniu.
- Do doktor Umiejewicz - dodała Amorowicz, przywitawszy się uprzednio grzecznie.
- Doktor Prawa Umiejewicz jest na urlopie, pani profesor - odparła Marzycielka Księciowicz-Białokoniowa.
- O jejku, jejku... - profesor splotła dłonie i podparła się nimi o podbródek: uruchomiła natychmiast, skądinąd przychodzący jej z łatwością, proces jednoczesnego myślenia i zamartwiania się. - To co my teraz zrobimy? - spytała, zupełnie jakby obie miały coś teraz razem robić...
- Doktor Kłamczucha przyjmuje jeszcze godzinę. Może do niej panią zapiszę?
- A co to za pani doktor? - dopytała Amorowicz z nutą nieufności w głosie.
- Lewa Kłamczucha, pediatra-ginekolog i geodeta-patomorfolog. Podobno wszechstronna. Jakiś czas temu pracowała w Rządzie, ale niech mnie pani nie pyta, co tam robiła, bo pani nie powiem.
- No, pani Białokoniowa, mnie pani nie powie? Ile my się znamy, pani Marzytko?
- Nie o to się rozchodzi, pani Anielko, że nie chcę powiedzieć. Ona po prostu ma wyczyszczoną kartotekę. Jedyne, co słyszałam, to to, że co jakiś czas jeździ do Federacji Rosyjskiej asystować przy sekcjach zwłok, jak jest jakaś katastrofa wiertnicza. Podobno dobra: ziemię przekopuje na głębokość pół metra, i wszystko przesiewa. By wydostać ciało, podobnież nawet wierci w skałach...
Amorowicz poczuła chyba konsternację i jakieś takie niedopasowanie do rzeczywistości. Spojrzała, czy nikt nie słucha.
- Pani Marzytko, ale żeby patomorfolog... - zrobiła niewyraźną minę.
- I przy okazji pediatra i ginekolog, pani profesor. Przypuszczam, że jest tak dobra jak doktor Umiejewicz.
Profesor nachyliła się w kierunku Białokoniowej:
- Jest pani pewna?
- Pewna.
- Wyciąga? - Amorowicz ścisza głos.
- Wyciąga. Te panie są już któryś raz w tym miesiącu. Co chwilę mają coś nowego do wyjęcia. - Wskazuje na siedzące w poczekalni niemrawe kobiety.
- Delikatna?
I tutaj Białokoniowa marszczy usta i stare czoło. Kręci głową.
- No właśnie nie. Ale podobno jak chwyci, to wyciąga wszystko.
- A pokazuje, co wyjęła?
I tutaj Białokoniowa znowu marszczy usta i stare czoło i jeszcze nozdrza robią jej się większe.
- No właśnie nie. Ale podobno od razu wyrzuca do niszczarki.
- Do czego?
- Kierownik mówi, że przytaszczyła ze sobą jakąś niszczarkę z Rządu.
Amorowicz sprawiała wrażenie lekko skonfundowanej. Zamyśliła się przez chwilę, a przypomniawszy sobie (zwróćcie uwagę na ten staromodny imiesłów przysłówkowy uprzedni), że po przejechaniu palcem w pachwinie i przyłożeniu go do nosa daje się wyczuć zapach parmezanu, postawiła wszystko na jedną kartę i postanowiła zaryzykować. "Niech mi ta Lewa Kłamczucha zrobi wreszcie z tym porządek, nim do końca przeklnę tego mojego Rzucariusza" - rzekła do samej siebie Amorowicz, a w kilkanaście minut później siedziała już w gabinecie Kłamczuchy z nogami uniesionymi w górę, ceremonialnie zawieszonymi na jakichś dwóch metalowych pałąkach. Srom miała rozdarty od wschodu na zachód (i od północy na południe), bo Kłamczucha rzeczywiście okazywała się być mało delikatna.
Kiść słonecznych promieni wpadła niespodziewanie do wnętrza gabinetu i jak na zawołanie upadła prosto na rozdarty komin Amorowicz. Kłamczucha aż podskoczyła z radości: srom miała teraz jak na oświetlonej scenie.
- Nie spinać pośladków! Rozluźnić! Ładnie nam słoneczko przyświeciło...
- Widzi pani tę baterię, pani doktor? - spytała Amorowicz, czując, jak łupie jej serce. - "Tyle nerwów, Boże Święty, tyle nerwów".
- Jeszcze nic nie widzę, proszę pani - odparła Kłamczucha, a lewy kącik ust spadał jej jakoś tak dziwnie w dół, gdy generowała akustycznie swoją odpowiedź. - Nie spinać pośladków!
Gdy kiść słońca nagle rozbryznęła się nad kominem profesor i nie pozostało po niej ani śladu, lekarka, zapewne zawiedziona, że scena już nie bryzga światłem, podała miejscowo sól fizjologiczną i rzekła (lewy kącik ust upadł jej znowu jakoś tak dziwnie w dół):
- Ponieważ u pani nic nie widać na pierwszy rzut oka, muszę rzucić okiem na ujście jajowodu. Dałam pani miejscowe znieczulenie. Za trzy minuty zadziała, a pani w tym czasie się rozluźni...
Amorowicz leży jak kłoda z dwoma krzywymi konarami do góry i patrzy w sufit na chyba czterdziestowatową żarówkę. Światło jest tak mętne i ospałe, że profesor obawia się o swój wzrok - za bardzo musi go wytężać, by kontury przedmiotów nie zlewały jej się i by miały odpowiednią ostrość. Czeka aż zdrętwieją jej najpierw może uda, potem pewnie wargi, potem łechtaczka, następnie cały srom i w końcu podbrzusze. Czeka niecierpliwie. Nic się jednak nie raczy dziać. Jak wszystko czuła, tak wszystko czuje. Łypie podejrzliwie wzrokiem na Kłamczuchę.
- O, i już zaczęło działać - oznajmia lekarka w imieniu Amorowicz, gdy tej ostatniej odbiera mowę z niedowierzania, że też ta krzywousta baba wie lepiej od niej samej, kiedy i czy już zaczęło działać. Amorowicz tak bardzo oniemiała z wrażenia, że nawet nie zauważyła, jak lekarka gwałtownym ruchem wjechała jej laparoskopem najpewniej pod sam jajowód. Uświadomiła to sobie dopiero, gdy poczuła przeszywające ukłucie od ud do przełyku, pisnęła, zaciskając implanty, zsikała się i wtedy - przerażona podwójnie - usłyszała, że nie ma w środku żadnej baterii.
- Nie ma pani żadnej baterii, proszę pani. Na głębokość pół metra pani wjechałam i nic takiego u pani nie widać na pierwszy rzut oka. Te kłucia z tej strony to może być kamica. Nie ma pani czasem kamieni w lewej nerce?
Amorowicz zdołała wydusić z siebie jedno zdanie, cedząc je w zasadzie przez zęby: raz to z bólu, dwa - z sarkazmu albo ze złości:
- To pani rzuci okiem do tego drugiego jajowodu!
Lekarka szarpnęła endoskopem, wywinęła nim w środku ("Nie spinać pośladków! Rozluźnić!"), jakby pchnęła z całej siły z drugiej strony ("Nie ruszać się! Pieczołowicie badam!"), Amorowicz nieomal już mdlała ze strachu, a Kłamczucha - przyuważywszy, że słońce zaczyna zakradać się znowu do gabinetu, tym razem warknęła:
- No i teraz, jak mam włączony monitor, to ono mi tu wychodzi. Widzi pani? I jak ja mam na to rzucić okiem? - kiść słońca ukazała się orkiestralnie na monitorze i kompletnie przesłoniła swym rozbłyskiem obraz z laparoskopu.
- Wyjdę na zewnątrz i spuszczę rolety - rzuciła nagle ginekolog i... wyszła, zostawiając Amorowicz z endoskopem w rozwartym sromie. Wtem nagle słońce zeszło ze sceny, w gabinecie poszarzało, dało się przyuważyć mdławe i przygnębiające światło żarówki na suficie (gabinet Kłamczuchy miał tylko jedno małe okienko dość wysoko osadzone) i oczom Amorowicz ukazał się na monitorze obraz jakości HD, na którym drugie skrzypce grała błona śluzowa (Amorowicz obejrzała kiedyś sporo filmików na YouTube), zaś pierwsze - napis "Zelmer" i chyba "Made in China".
- Jasny gwint! - wrzasnęła profesor, gdy niespodziewanie otwarto drzwi gabinetu i Lewa Kłamczucha wygenerowała krzywym kącikiem ust:
- No widzi pani? Właśnie zaszło. - Spojrzała w monitor, zmrużyła oczy, kiwnęła głową i też wrzasnęła: - No tak! Kolejna, co robi grilla nie tam, gdzie trzeba!
I dało się zauważyć w tej dziwadłowatej scenie, jak obie kobiety z wybałuszonymi oczyma wgapiają się, jak na zatrzymanym filmie w niemym kinie, w końcówkę szczypców do kurczaków.
- Co wy macie z tymi szczypcami do kurczaków? - zapytała beznamiętnie Kłamczucha.
Rozdział 9
W tym samym dniu, gdy Amorowicz po raz kolejny stała się ofiarą złośliwego losu, doświadczywszy (Czytelnik raczy znowu zwrócić uwagę na ten staromodny imiesłów przysłówkowy uprzedni) bezrefleksyjnych poczynań nieudolnej lekarki, papuga Ebofilia urządziła sobie jedną ze swoich rytualnych wycieczek do miasta w poszukiwaniu nastoletnich chłopców. Miała bowiem, biedaczka, taką wstydliwą przypadłość rozglądania się za adolescentami, a następnie - wybrawszy jakiś obiekt westchnień - robienia mu z ukrycia zdjęć. Nacykawszy tych zdjęć iPhonem chyba ze trzysta... Stop.
Czytelnik dał się nabrać?...
Raczy Czytelnik po raz kolejny zauważyć spostrzegawczo, że rzecz w powieści nie jest o papudze - albowiem papuga Amorowicz, mimo swoich nadprzyrodzonych zdolności, nie stanowi ogniwa relacji międzyludzkich - lecz rzecz traktuje o Amorowicz, Miłosierdzi Julio Iglesias (po łacinie jej imię byłoby: Misericordia; ciekawe, prawda?), Asertywniaku, Migdałowej-Szybkorękiej i o samym Czytelniku, który zapewne do tej pory nieszczególnie był świadom faktu, że... nie znasz dnia ani godziny, gdy księżyc w pełni ukazać się może i nad twoją głową... Zapewne Czytelnik zastanawia się w tej chwili, czy popełnił kiedyś zbrodnię przeciwko drugiemu człowiekowi, albo też pomyślunki oddającego się tej niecodziennej lekturze krążą właśnie po mózgowych zwojach (nie wiedzieć czemu - przypominających kupę gówna) i składają się na reminiscencje na temat: "Czy ten, który mnie tak bardzo skrzywdził, zostanie pogłaskany przez księżyc?". Temat, swoją drogą, mógłby być bardzo chodliwy (nie uważa Czytelnik?) i zaiste można by z niego uczynić coś w rodzaju retorycznej tezy (o ile takowa może w ogóle mieć miejsce) dla jakiejś obłąkańczej - myśli sobie zapewne Czytelnik - doktorskiej dysertacji lub profesorskiego druku zwartego. Amorowicz swego czasu niejednokrotnie zastanawiała się nad tym, czy nie napisać habilitacji na temat: "Unilateralne wycofanie się ze związku, a konieczność faktycznej penalizacji czynu - studium nad konsekwencjami bezpodstawnego porzucenia drugiego człowieka"; uświadomiwszy sobie jednak, że jej obłąkańcza praca wykraczałaby poza dziedzinę psychologii, sięgając aż do kanonów i meandrów filozofii i prawa, ówczesna pani doktor skupiła się na opisywaniu samej relacji z drugim człowiekiem, tego, jaka ona powinna być, by była zdrowa i udana, oraz tego, jak powinno się ją budować. Amorowicz wielokrotnie przywoływała również do tablicy takie pojęcia czy zjawiska, jak: szacunek do drugiego człowieka, współzależność w związku, honor i dotrzymywanie słowa, odpowiedzialność, lojalność i tym podobne, które - jak zauważała - z dekady na dekadę znikały z przestrzeni publicznej (wycofywały się nawet z bilateralnego dyskursu w intymnej tkance związku), a jeśli się już w niej pojawiały, były raczej opacznie wyjaśniane, rozumiane, a później - dezawuowane, wyśmiewane i uśmiercane, dokładnie tak, jak uśmierca się od lat związki międzyludzkie, traktując je jak "modę", jak "zjawiska tranzytowe" - mawiała często Amorowicz.
- Wielki Barrrtek czeka na ciebie!!! Wielki Barrrtek czeka na ciebie!!! - grzmiała właśnie Ebofilia, patrząc, jak profesor siedzi nad laptopem i pisze być może nowy wykład: co jakiś czas Amorowicz łapała się za podbrzusze i przejeżdżała palcem w pachwinie, by sprawdzać, czy są upławy... Po trosze - bolał ją brzuch; po trosze - szczypce były nadal w jej wnętrzu...
- Masz mi coś do powiedzenia? - spytała Ebofilię.
- Idź tam, gdzie obrrrazy święte wiszą, a starrre baby na klęczkach skomlą!!! Tam za winklem mahoniowa budka, mahoniowa budka!!!... Czekaj na swoją kolej! Czekaj na swoją kolej! On zapuka trrrzy rrrazy, zapuka trrrzy rrrazy! Wtedy wejdź do budki! Idź i zamów księżżżyc!!! Idź i zamów księżżżyc!!!
- Ocipiałaś?! - poirytowała się Amorowicz. - Jaka mahoniowa budka? Każesz mi iść do spowiedzi?
- Spowiedź jest tam! Spowiedź jest tam! Tam, gdzie starrre baby na klęczkach skomlą!!! On wysłucha! Idź i zamów księżżżyc!!! Zamów księżżżyc!!!
Ponieważ księżyc rzeczywiście był już obecny na nieboskłonie, Amorowicz niebawem miała się szykować do spania i tuż przed snem chlapnęła jeszcze lampkę koniaku. Ciężko było odmówić sobie takiej przyjemności po tym, jak dzisiejszego przedpołudnia Lewa Kłamczucha doszczętnie zdewastowała jej srom i ujście jajowodów, poruszywszy tylko niepotrzebnie szczypcami, które dawały teraz jeszcze większe dolegliwości. Profesor przez chwilę zastanawiała się, czy po dwudziestu pięciu latach, które upłynęły od chwili, kiedy Rzucariusz dopuścił się zbrodni, nie czas już było skorzystać z usług profesjonalnych masażystów (choćby jakiegoś studenta), którzy przy użyciu mniej wyrafinowanego narzędzia (bezpieczniejszego - myślała Amorowicz) mogliby jej zrobić orkiestralnie masaż wnętrzności, tak by ją potem co najwyżej przez parę godzin jeszcze swędziało i lekko piekło, ale nie miałaby już tych źle pachnących upławów i napadów kolki pochwowej (jeśli takowa w ogóle mogła mieć miejsce), kłucia w podbrzuszu i prądów od pachwiny aż po dużego palucha u nogi. Swoją drogą, bóle sprawiały, że profesor w drodze powrotnej z przychodni miała problem z wciskaniem sprzęgła: za każdym razem bowiem, gdy zaczęła napierać stopą na twardy pedał w starym fiacie, zdawało jej się, że ktoś wbija jej nóż - przez udo, ku pachwinie, aż pod jajnik, gdzie końcówka szczypców gnieździła się frywolnie i skąd wcale nie zamierzała wyjść.
Amorowicz, tej nocy również upoiwszy się lekko trunkiem i - z uwagi na dolegliwości pozabiegowe - zbagatelizowawszy (imiesłów przysłówkowy uprzedni!) nagłe wystąpienie Ebofilii, poszła dość wcześnie spać, a gdy wstała piętnaście po szóstej - nim wzięła gorący prysznic, by rozpulchnić stężałą sześćdziesięcioletnią twarz i nikotynowe zmarszczki, oraz nim nałożyła na cerę grubą warstwę makijażu a na głowę modny kapelusz - poczuła, że w piczce nadal ją kłuje i że gdy zapiera się wyciągniętą nogą o kant stołu, ktoś wbija jej nóż - przez udo, ku pachwinie, aż po jajnik... Truizmem jest oczywiście nadmienić teraz zacnemu Czytelnikowi, że profesor zadzwoniła po taksówkę i że kiedy wsiadła do auta, jej oczom ukazał się znajomy nieuczesany kierowca z włosami w uszach, któremu jadaczka nie zamykała się ani na chwilę. Amorowicz ledwo zdążyła zamknąć drzwi, gdy dobiegło ją przygłupawe...
- Widza, że bez noc zaś żeście co wypili?
Egzaltacja nakazała jej nie reagować: zresztą w jajowodzie, jak już doskonale wiedziała, miała szczypce do kurczaków, a ból zamiast schodzić, nasilał się.
- Oglondołech bezmała już jakiś czas tymu dziennik na Tyfałyni i widziołech, co to się u wos porobiyeło na tym uniwersytecie. Nie boliżeście sie, jak pizło o sufiyt tym całym doktorym, a potym tam a nazot drzwjyrzami i oknami łonaczyło i ta młodo dziołcha po pysku kieryś podeptoł?...
Amorowicz udawała, że próbuje coś wypatrzyć przez szybę przemieszczającej się taksówki, i niepomiernie zajęta jest czym innym niż śmierć tego zarozumiałego pedała Asertywniaka.
- Jo się tymu nie dziwia. Jo bych dzisioj cało ta młodzież i tych młodych profesorów całych, co jedni a drudzy sum siebie warci... jo by im wsziskim takie wciry spuściył, że bez tydziń na tyj rzyci by nie usiedzieli. Ostatnio jakżech jechoł bez noc taryfum, to tako młodo siksa i taki młody łebóń (bo jo wjim... możno mieli po szesnoście lot) wzieni mi sie tu zaczyni gzić na zadku w aucie. Jak żech sie zatrzyimoł, jak nie wyskocza z taryfy i dowej na zadek!; wypierdoliłech jak jom, tak tego łebónia (a tak mu ta dzida durch stała!)... Jo padom: "Kaj wy mocie łojców?! Kaj?!" - sie pytom. - "W doma wos niczego nie nauczyli?!" - wrzeszcza na cały pysk, bo żech myśloł, że nie strzimom i jak przyfandzola kierymu, to ino kurzź a wiater...
Amorowicz myśli o tym, jak niesprawiedliwy i irytujący jest otaczający ją świat...
- Miał pan kiedyś szczypce do kurczaków w jajowodzie?! - rzuca w kierowcę, obrażona na tenże świat...
- Że co to godocie? Że kaj żech co mioł?
- A w rzyci!