Szczynściorz (#2). Zemścior - Paweł Famus

Kup ebooka

34.99 zł
30.44 zł (34,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień przed

Odbudowa krakowskiej katedry, magicznego waru, trwała już kilka tygodni. Wyzwanie stanowił dobór nowych magów wotywnych. Dziwne, że nie można było znaleźć kandydatów na wieczne przymierze z największym magicznym obiektem w mieście. Szczynściorz zachodził w głowę, dlaczego tak właśnie jest. Poza tym nie chodziło nawet o dwunastu chętnych, godnych i niezłomnych. Przecież katedra miała siedmiu obrońców pochodzących ze starych czasów, więc potrzebowano tylko pięciu nowych. Do tej pory warunki spełniło jedynie trzech. Postument, w którym mieli złożyć część swojej duszy, przyjął ich daninę na wieki. Wielki mistrz Albrecht zgodził się w tej sprawie współpracować ze Szczynściorzem, gdyż Powracający dowiódł, że spora część problemów magicznej stolicy królestwa wynika z nieprzestrzegania prawa katedralnego.

Od bitwy z Wilkoziorem minął rok i parę miesięcy. Starcie nadal budziło sensację wśród magów, a jego legenda rozpalała ludzką ciekawość. Szczynściorz, chcący uniknąć natarczywych pytań, ukrywał się przed diasporą. Ujawniał się tylko w sytuacji, gdy udawało się wytypować kandydata na wotywa. Wtedy organizował z nim spotkanie. Czasami przychodził zamaskowany, żeby ocenić maga, a czasami nie zatajał swojej tożsamości.

Szczynściorz właśnie uczestniczył w takim spotkaniu. Wybitny mag był bardziej zainteresowany własną osobą oraz ­wyczynami Szczynściorza, niż problemami społeczności, na te wydawał się całkowicie obojętny. Gdy potencjalny Białokrzyżowiec w pewnym momencie odgadł tożsamość Powracającego, zaczął rozpytywać o rzeczy zupełnie nieistotne. W trakcie rozmowy i przechadzki po ulicy Świętej Anny, a potem Plantach, Szczynściorz wyczuł jednak, że coś ulega przeobrażeniu. Początkowo miał nadzieję, że to krakus zmienia swoje podejście, ale szybko się okazało, że przeczucie musi dotyczyć czegoś innego, większego, czegoś, co się zbliża, a nie jest związane z wotywami.

Ledwo miesiąc temu przez Kraków przeszła fala powodziowa. Szczynściorzowi ten kataklizm oraz spełzające na niczym wysiłki katedry krakowskiej, by temu zaradzić, jawiły się jako bezpośredni dowód na jej podupadnięcie. Po fali powodziowej przyszła fala upałów i przyniosła ze sobą smród. Cały szlam i brud, który rzeka przytaszczyła, po wyrwaniu części cmentarzy, oczyszczalni ścieków, wysypisk, tych legalnych, fabrycznych oraz tych dzikich, a także przydomowych szamb, wybuchł nieznanym w tym miejscu fetorem. Muchy wielkości pudełek zapałek uganiały się po mieście, a upiorny zapach rozprzestrzeniał się i wzmagał, wkręcając się w każdy zakamarek. Narzekali na niego mieszkańcy, nawet ci magiczni. Niemagiczni, normalniacy, nadali mu nazwę "Szalet numer pięć". Nie ulegało wątpliwości, że to rzeka mściła się na ludziach, ale niewielu się domyślało, że była tylko narzędziem. Wszystkie siły przyrody, uciskane do tej pory przez zaślepioną zyskami cywilizację człowieka, oddawały mu to, co starał się wstyd­liwie ukryć. Nie dziwiło więc odnajdywanie okrutnych przejawów ludzkiej działalności kryminalnej wokół miasta, tam, gdzie wezbrały, a później opadły wody. W ciągu miesiąca znaleziono ponad sto ciał ludzi zamordowanych w różnym czasie. Odkrywano składowiska toksycznych odpadów, rozmytych hałd lub kontenerowych magazynów. Słowem: syf.

W takiej oto szczególnej sytuacji Szczynściorz poczuł dziwne wibracje. Pomyślał o załamaniu pogody, tyle tylko, że wytworzonej magicznym sposobem. W końcu odprawił niezdolnego do poświęceń maga. Jednak nim wrócił do ukrytego lokum, doszedł do wniosku, że zbliżająca się burza nie tylko będzie miała magiczny charakter. Zapowiadało się coś większego. Mógłby wejść do jaskini czakramu, ale nie wypadało mu pytać miejscowych duchów o to, co powinien wiedzieć.

Zwykłe mieszkanie tuż obok alei przypominało obowiązującą jeszcze "zemstę Gierka" - meble, wystrój wnętrza, nieżyciowy układ. Kilkoma prostymi zaklęciami Szczynściorz przemienił je w pałac godny Powracającego. Liczne eliksiry, a także książki magiczne zajmowały eksponowane miejsca. Na dużym stole w największym pokoju stała wielkich rozmiarów makieta kated­ry. Ostatnio w tej prawdziwej bywał wiele razy. To ciekawe, że nie spotkał tam wtedy żadnego krakowskiego maga. Wydawało mu się, że katedra w szczególny sposób traktuje jego obecność i usuwa z wnętrza natrętów. Makieta była mu potrzebna do przypomnienia sobie ukrytych funkcji budowli. Obiekt wielokrotnie rozbudowywano i dokładano mu magicznego potencjału, dlatego poza starą częścią, którą sam ufundował, nie przypominał sobie otoczenia. Boczne komnaty zmieniły znaczenie, wielkość i wystrój. Musiał rozpoznać ich charakter, nie chciał, żeby nowi wotywowie byli czymś zaskoczeni, ale wyglądało na to, że nie ma innej możliwości jak improwizacja.

Nagle rozbrzmiały dźwięki "Englishman in New York". Postanowił nie zwlekać zbyt długo i wyszedł na korytarz, gdzie obok nieschowanych w szafie jesiennych płaszczy stał stolik ze starym tubowym telefonem, aparatem z początku wieku. Muzyka łagodnie przywoływała właściciela mieszkania, zastępując typowy, upor­czywy dzwonek. Szczynściorz sądził, że w przyszłości każdy będzie mógł wybrać sobie typ dzwonka, a nawet przypisać muzykę do konkretnego dzwoniącego. Melodia zmieniła się na "Mury", a to znaczyło, że ma do czynienia ze starymi znajomymi. Aparat był tylko atrapą, obok niego na stoliku leżał normalny larum, który przyjmował połączenia. Odebrał.

- Tu Darius.

- Przecież widzę - odpowiedział Szczynściorz.

- Z kim rozmawiam?

- Ze mną. Dzwonisz na mój prywatny, osobisty i jedyny larum - odparł.

- Szczynściorz?

- Noo.

- Wspaniale. Jest chyba sprawa dla ciebie. Mówiłeś, żeby dać znać, jak trafię na coś niedobrego. Może nie jest jeszcze źle, ale oznacza kłopoty - wytłumaczył Darius.

- Dawaj.

- Od rana wyczuwamy, że zbliża się jakieś niecne wydarzenie.

- Od kiedy? - Szczynściorz się zaniepokoił, gdyż on spostrzegł zagrożenie dopiero pół godziny temu. Jeśli więc w Cieszynie odkryto je wcześniej, to by znaczyło, że zjawisko się rozprzestrzenia, a Kraków nie musi być jego celem, tylko przypadkową ofiarą.

- Od rana. Grałem z mistrzem Mateuszem na kortach, gdy nas równocześnie siekło. On zaczął rzucać jakieś zaklęcia, a potem powiedział, że nie ma na to rady, że to coś większego, ale wspomniał, że totem katedry może nas osłonić. To mnie skusiło, żeby go zbadać. Katedra, jak wiesz, wpuszcza mnie bez problemu - zrelacjonował Darius, który był największym twórcą artefaktów w cieszyńskiej komturii.

- Powinna. Twój czterdziesty pradziadek Opus budował postument - przypomniał sobie młody mag. - Jakieś tysiąc lat temu.

Niestety krasnoludy żyły krótko, nawet w porównaniu z ludźmi.

- Byłem w katedrze, znam się na zaklęciach i inkantacjach założycielskich oraz strukturze opoki - wyliczył Darius. - Zauważyłem, że postument jest uszkodzony. Wszyscy wotywowie są obecni i aktywni. To może znaczyć tylko jedno: któryś z nich ma kłopoty.

- I może to być jedynie Zemścior - dokończył Szczynściorz.

- Tylko on z tych, którzy złożyli część swojej duszy w kamieniu, żyje. - Darius zapomniał o rozmówcy, a może była to sprawa taktu, poza tym tamten Powracający zginął, a obecny Szczynściorz stanowił jego kolejne odrodzenie.

- Najgorsze, że żywego wotywa nie można wymienić - orzekł Szczynściorz, a wiedział, o czym mówi, gdyż od kilku tygodni studiował księgi opoki.

Katedry miały zaklęcia opoki, a mniejsze wary - kamienie węgielne. Oba te magiczne artefakty posiadały bardzo podobne właś­ciwości, z tym że opoka mogła więcej.

- Chyba nie chcesz go zabić i zastąpić kimś innym? - Darius się wystraszył.

- Obawiam się, że...

- Nie zgadzam się! - krzyknął Darius, który ewidentnie poczuł, że wydał na śmierć dobrego maga, przyjaciela rodziny.

- Że trzeba będzie mu pomóc - dokończył Powracający.

Cisza, jaka zapanowała, stała się tak nieznośna, że Szczynściorz przypomniał sobie o wszechobecnym smrodzie.

- Aqus. - Oczyścił powietrze zaklęciem membrany zaczerpniętym z magii żywiołu wody.

- Wystraszyłeś mnie.

- Kiedy możesz być przy postumencie Srebrnorogiego Jelenia?

- Kogo?

- Wy go nazywacie Brunatnym Jeleniem, istota totemu.

- Aha. Nakarmię dzieciaki, wyleję kwas na puginały z zamówienia i mogę się wybrać. Godzina - oświadczył ostatecznie.

- Pasuje - odpowiedział Szczynściorz i strzepnął literki z larum.

Te wysypały się z tacki i potłukły o podłogę, żeby po chwili ulotnić się na zawsze. Szczynściorz wrócił do dużego pokoju i zdjął dach z makiety katedry. Odłożył go i zaczął się przyglądać stojącemu w środku postumentowi z istotą totemu. W Krakowie był to Złoty Smok, piękne stworzenie, które dawno temu zgodziło się na zawsze ochraniać miasto, to magiczne i to ludzkie. Niestety makieta nie odwzorowywała stanu postumentu. Dlaczego nie zwrócił na to uwagi? Stan opoki mógł wiele powiedzieć o katedrze.

Pozbierał parę rzeczy i był gotowy do drogi. Chciał odwiedzić najpierw Zemściora. Domyślał się, gdzie on teraz się znajduje, ale dotarcie tam bez uprzedzenia skutkowałoby przeprawą z wieżą. Oczywiście zajęłoby to dużo czasu i ubrudziłoby ręce, ale w końcu dostałby się do właściciela posiadłości. Uznał, że najpierw trzeba zobaczyć, jak stan psychiczny Zemściora wpływa na opokę. Stworzył sobie kulę teleportacyjną, którą lubił bardziej niż smolistą taf­lę, i wszedł w nią.

Zazwyczaj katedra w Cieszynie bez problemu wpuszczała go do środka, nawet gdy nieelegancko korzystał z teleportacji. Dzisiaj było inaczej. Wylądował na zapleczu kamienic na Nowym Mieście. Wejście do magicznej struktury znajdowało się tuż przed nim i wyglądało jak otwór prowadzący do lepianki lub schronu. Przypomniał sobie, że ponad rok temu wchodził tu z Babą Joną, pierwszy raz po powrocie w kwietniu. Był wtedy całkiem świeży, no prawie.

Przyłożył dłoń do drzwi. Zastanawiał się, dlaczego tak długo musiał czekać na pozytywną odpowiedź katedry. W końcu drzwi się otworzyły. Normalnie trafiłby do przedsionka, a później do korytarza, gdzie musiałby minąć jedną z cieszyńskich bibliotek, ale tym razem obiekt udostępnił mu skrót i wprowadził go na jego podstawowy i zarazem najważniejszy poziom. Wydawało mu się, że zamykają się za nim potężne, okute blachą drzwi, ale było to złudzenie, gdyż katedra nie miała czegoś takiego jak wrota w rozumieniu normalniaków. Obiekt specjalnie dla niego wygenerował taki dźwięk. Szczynściorz nie zamierzał zwracać uwagi na kaprysy budowli. Dla porównania: ta w Cieszynie ma problem z jednym z magów wotywnych, a katedrze w Krakowie brakuje pięciu magów i w zasadzie nie ma prawa działać. Było to niepokojące, gdyż wszystkie powinny funkcjonować na podobnych poziomach.

Wszedł do środka z nawy wejściowej, minął kolumny i skierował się do postumentu opoki, na której ustawiono podobiznę istoty totemu. Myślał, że zjawił się tu pierwszy, ale zza skalnego bloku wyłonił się Darius. Nie przerywając przyglądania się postumentowi, machnął ręką do Szczynściorza. Młody mag się nie śpieszył. Lubił tę przestrzeń i echo kroków.

Katedra, choć usytuowana głęboko pod ziemią, mieniła się w witrażach słonecznymi promieniami. Każdy krok Powracającego roznosił się zwielokrotnionym echem, dając odczucie, że nadchodzi duża, zwarta grupa ludzi. Szczynściorz przez postument nie widział głowy katedry, akurat z tego miejsca schowanej, ale domyślał się, że krąg proszalny jest opuszczony i stoją wokół niego puste trony. Obiekt posiadał kilka poziomów zabezpieczeń, chronili go magowie wotywni i istota totemu, a w najtrudniejszych chwilach wzywano do pomocy magów loży.

- I co widzisz? - Szczynściorz uznał, że Darius jest do tego najwłaściwszą osobą i włączył go do zbadania sprawy.

- Kamień się kruszy, ale to nie starość ani jakaś zewnętrzna magia. To działanie drąży opokę od środka. Spójrz, pęka według wzoru po żyłkach kryształów.

- Skąd pewność, że to z powodu Zemściora?

- No stąd. - Darius przyłożył do postumentu stetoskop, którego Szczynściorz jakoś wcześniej nie zauważył na jego szyi. Zamknął oczy, jakby to miało pomóc mu w skupieniu się i zrozumieniu tego, co słyszy.

Szczynściorz nie miał zamiaru czekać, aż przyjaciel przekaże mu przyrząd, zapewne magicznie wzmocniony, i przyłożył do kamienia ucho nieuzbrojone w metalową trąbkę. Z początku dało się słyszeć tylko jakieś szmery czy kapiącą wodę, ale z każdą chwilą dźwięki wydawały się wyraźniejsze. W pewnym momencie usłyszał krzyki i odniósł wrażenie, że odgłosy kłócących się osób wewnątrz kamienia są coraz bliżej. Odczucie było bardzo sugestywne, aż miał ochotę się rozejrzeć, czy ktoś do nich nie podchodzi.

- Słyszysz to, prawda? - Darius zapytał z nadzieją, gdyż ludzie mieli z definicji gorszy słuch i w ogóle mniej wrażliwe zmysły niż pozostałe rasy inteligentnych magicznych istot.

- Wydaje mi się, że jeden głos to Zemścior, ale drugiego nie rozpoznaję.

- To jego żona - oświadczył krasnolud.

- Jesteś pewny?

- Całkowicie.

- Nie słyszę tego, ale czuję, że ona podczas tej kłótni rzuca czar na katedrę, a w zasadzie na kamień opoki, na którym wszystko się opiera - wytłumaczył młody mag.

- Jest skuteczna.

- Tak. Jest w tym dobra. To nie byle jaka magia, to pogranicze półbogów i bóstw - oświadczył z pewnością. - Widzę w niej ciągłość, linię, która łączy wiele przypadkowych rzeczy, zdarzeń, spotkań, ludzi i istot. Wszystko tylko w jednym celu.

- Ale to zbyt szalone, żeby celem była katedra - mruknął Darius i wyciągnął swój ulubiony eliksir. Wziął łyk, a potem podał Szczynściorzowi przepięknej roboty srebrną piersiówkę.

- Nie, dziękuję. Prowadzę. - Odmowa poczęstowania się była dla krasnoluda przykrym zaskoczeniem. - Masz rację, to szalone porywać się na katedrę. Tutaj musi też chodzić o samego Zemściora.

- Chcesz go odwiedzić...? - mruknął wystraszony Darius, ewidentnie obawiając się, że Szczynściorz zechce wyeliminować zagrożonego wotywa z równania.

- Trzeba. Wydaje się, że jemu również grozi niebezpieczeństwo - zawyrokował Powracający. - Co możesz mi powiedzieć o Zemściorze, jego żonie i o tej kłótni?

- Sprzeczka mogła dotyczyć rozstania. Zemścior długo poszukiwał wybranki i znalazł, ale większość znajomych odradzała mu Beatrycze. Jej zła reputacja ją wyprzedzała. Mówiono, że jest wiedźmą albo czarnoksiężniczką. Znasz Zemściora, nie dał sobie nic przegadać i wkrótce pobrali się w rycie księżycowym. Niedługo później przyszedł na świat ich pierwszy syn, a potem drugi. Wtedy coś się zmieniło. Beatrycze zaczęła często i niemal bez powodu wpadać w złość. Jej agresja przybierała na sile. Nie było dobrze. W końcu się rozeszli, ale ona porwała dzieci i uciekła nie wiadomo dokąd. Zemścior szukał synów po całej Europie, narażając się na śmierć, gdyż ma parę wyroków w różnych lożach. Nie odnalazł żony ani dzieci. Od tamtej pory marnieje.

- Taki wstrząs mógł wzmocnić magię rzucaną na opokę.

- Ja tam się na tym nie znam - stwierdził Darius.

- Zasłużyłeś na swoją stawkę. Raz na dzień będziesz doglądać stanu postumentu. - Szczynściorz uznał, że nadszedł czas na rozliczenie się z krasnoludem, więc wręczył mu wynegocjowaną wcześ­niej sumę. Monety wyjęte z płóciennej sakiewki i starannie odliczone pobrzękiwały wesoło, gdy trafiały w ręce Dariusa.

- Interesy z tobą to czysta przyjemność - podziękował krasnolud.

- Teraz muszę odwiedzić naszego przyjaciela.

- Obiecaj, że nic mu nie zrobisz - upewniał się Darius.

- Obiecuję...

Wyszli na zewnątrz. Było dużo ciemniej niż zazwyczaj o tej porze dnia w środku lata. Z południa nadciągały ciemne chmury. To, w co Szczynściorz musiał się wsłuchać, dla Dariusa stanowiło oczywistość. Gdzieś za horyzontem szalała już burza, niespodziewana, nagła, brutalna, taka jak ta, gdy wracał Wilkozior. Czyżby nadchodziło następne bóstwo? Za chwilę rozpoczną się problemy z teleportacją, a Szczynściorz nie miał dużo czasu. Domyślał się, że magia zastosowana przez Beatrycze jest ciągła, więc będzie mógł pociągnąć nici i iść za nimi, aż w końcu odnajdzie jej prowodyrkę. Niestety nie wiedział, do której z grup względem zawiązania należy jej magia. Tę kwestię będzie musiał rozstrzygnąć w trakcie poszukiwań. Być może już sama rozmowa z Zemściorem da mu odpowiedź.

Teleportował się do Zatora. Wyrzuciło go wewnątrz murów otaczających ceglaną świątynię znajdującą się tuż przy ryneczku tej prastarej mieściny. Wyszedł na ulicę i kiedy rozważał, w którą stronę powinien się udać, pojawiło się przy nim trzech podpitych dwudziestoparolatków. Wyraźnie byli agresywni, a wychodzący z kościoła człowiek wydawał im się łatwym celem. Ruszył, by uniknąć konfrontacji, ale ci go dogonili. Nie mieli zamiaru odpuszczać łatwej zdobyczy.

- Dajcie mi przejść - rzucił.

- Nie, robaczku - syknął jeden z napastników.

- Wyskakuj z kasy, a dostaniesz mniejszy wpierdol - zaproponował drugi.

Normalnie magowie mieli kodeks i trzymali się go, gdyż za jego nieprzestrzeganie ścigała ich gildia, lecz Szczynściorza nie obowiązywały umowy.

- To wasz kolega zginął dwa lata temu koło strasznego wzgórka? Zaprowadzicie mnie tam czy się boicie? - Kiedy wypowiadał ostatnie słowo, dodał do niego inkantację strachu. - W którą stronę mam iść?

Najmłodszy z nich wskazał mu kierunek.

- Zajmijcie się sobą - zakomenderował, gdy odchodził drogą na zachód.

Młodzieńcy zaczęli okładać się pięściami, kastetami i kopali jeden drugiego. Gdy pół godziny później przyjechała policja, ostatni z nich umierał z roztrzaskaną twarzą. Legendy mówiły, że coś niedobrego ich spotkało, a Szczynściorz potrafił być niedobry. Nie znał rozkładu miasteczka, ruszył więc w stronę wskazaną przez oprycha. Trasa była nad wyraz łatwa. Tuż za kościołem skręcił w lewo i szedł jakiś czas prosto. Zabudowania tylko z daleka przypominały kamienice, i to zaledwie przez chwilę. Po stu metrach były już jedynie wolno stojącymi domami. Tak odnalazł Babę Felę.

Stała na ganku domku ze skośnym dachem. Budynek wyglądał na jednopiętrowy. Ganek był zasłonięty daszkiem, ale Szczynściorz od jakiegoś czasu widział, że stoi tam osoba z aurą. Ponieważ dookoła nie znajdował się nikt z mocami magicznymi, skupił się na starej kobiecie. Jej posesję otaczał niewysoki płotek i coś przypominającego żywopłot, lecz stworzonego z różnych przydatnych roślin. Nie umknęło Szczynściorzowi, że ogrodzenie jest chronione przez magię, i to całkiem dobrą, ale postanowił, że skoro stara czeka na niego, to i on zaprezentuje jej swoje możliwości.

Mijał właśnie furtkę i mógł iść dalej, gdyż domyślał się, gdzie znajduje się wieża Zemściora, lecz zatrzymał się i oparł o metalowe okucia bramki. Jej magia próbowała spalić go żywcem, ale on się nie poddawał i dusił ogień zaśpiewami wody. Następnie obłaskawił zaklęcie otoczenia i rozbroił jego agresywne działanie. Stara cały czas patrzyła na niego, lecz jego zmagania nie były widoczne gołym okiem. Wydawało się więc, że kobieta nadal czeka na wynik pojedynku.

- Babo Felo. - Powracający odczytał jej imię z aury. - Wyłączcie zaklęcie - prosił, mimo że zdążył je pokonać.

- Nie znam cię, młodzieńcze - oznajmiła stara.

- Któż mógłby oprzeć się twoim zaklęciom ochronnym? - spytał i spojrzał jej prosto w oczy.

- Jest lista kilku istot, które to mogą zrobić.

- Więc czemu mnie testujesz?

- Bojaźń jakaś mnie naszła, kiedy zrobiłeś krzywdę tym trzem młodzieńcom, z których jednego dano mi pod opiekę - wytłumaczyła, ale nie ruszyła się z ganku, gdzie musiała mieć stanowisko obronne. Przesłonięta do pasa palisadą skrywała przeróżne tajemnice, których Szczynściorz nie miał zamiaru poznawać.

- Ich intencje im to zrobiły - odparł zgodnie z prawdą.

- Lecz ty ich do tego popchnąłeś.

- Karmili się nienawiścią, której ty byś nie pokonała - oświadczył i spojrzał jej prosto w stare oczy. Wyglądała na osiemdziesiąt lat, a podejrzewał, że była jeszcze starsza.

- Tego nie wiesz. Może to ten sztorm, który nadciąga od południa, sprawił, że tak się zachowywali. Już wczoraj się zaczęło.

Szczynściorza zastanowiło to, jak Baba wyczuła burzę jeszcze wczoraj, skoro on zauważył ją dzisiaj po południu, a Darius i mistrz Mateusz spostrzegli ją rankiem. Niepokoiło go, że inni wyczuwali zbliżające się niebezpieczeństwo z różnym wyprzedzeniem. Tak rozległe działanie magiczne mogło mieć początek w boskiej interwencji lub boskim artefakcie. Inne wytłumaczenie nie wchodziło w grę, ktoś mocno igrał z ustanowioną przed wiekami rzeczywistością.

- On jest w wieży? - Szczynściorz przeszedł do konkretów.

- Tak, ale jakiś nieswój.

- To zrozumiałe - odpowiedział młody mag. - A furtkę masz zabezpieczoną dobrze, musiałem się postarać, żeby się oprzeć. - Uspokoił ją, żeby wiedziała, że obrona zewnętrzna działa prawidłowo.

Odchodząc, rozejrzał się po ogrodzie, który otaczał chatę, a przynajmniej po tej jego części, która pozostawała w zasięgu jego wzroku. Kręciła się tam duża liczba zwierzątek gotowych wspomóc Babę Felę. Patrzyły na niego podejrzliwie, jakby przeczuwały, że przybysz zaraz rzuci się do ataku przez magiczny płot. Powracający się uśmiechnął, przywiązanie zwierząt było godne naśladowania. Pomachał im na do widzenia, czym niestety tylko wzmógł ich strach.

Ruszył na zachód, żeby zdążyć przed zmrokiem i falą załamania pogody. Podejrzewał, że zaklętemu w talizman i umieszczonemu w centralnym miejscu duchowi ochrony wieży magiczne załamanie pogody bardziej pomoże, niż zaszkodzi.

Wieża była dobrze schowana, a wpływ na to miała nie tylko magia, lecz także przyroda. Wysokie drzewa przesłaniały kamienne zwieńczenie. Na szczęście pagórek był nieduży i w jego środku dało się zauważyć budowlę. Kilka inkantacji sprawiło, że wieża zaczęła odpowiadać tak, jak umiała najlepiej, czyli chciała go nastraszyć. Czekał na skraju lasu, żeby nie prowokować talizmanu w nieodpowiednim momencie. Należało zaatakować pomiędzy czarami, tak, żeby drugi z nich był dużo słabszy, a młody mag znalazł się wtedy przy drzwiach. Miał w zanadrzu jeszcze jeden sposób - wypuścił papierową jaskółkę w stronę wieży Zemściora, licząc na to, że mag jest w środku. Papierowe jaskółki najczęściej lecą wprost do odbiorcy i tak było w tym przypadku, ale talizman uznał, że jest to próba ingerencji i odwrócenia uwagi. Spalił liścik i wyrzucił z siebie omen. Postać straszną, chociaż mało szkodliwą i niedziałającą na istoty magiczne, które wiedziały, z czym mają do czynienia. Nie chciał zbyt szybko się go pozbywać, żeby talizman nie nabrał podejrzeń. Co więcej, zaczął biegać, udając, że się boi. Jednak jego ścieżka prowadziła w głąb lasu, a nie, jak przewidywał talizman, w stronę przeciwną. Szczynściorzowi zaczynało się śpieszyć, burza była widoczna gołym okiem, a najgorsze miało nadejść lada chwila z kłębiastymi chmurami ukrywającymi w swoim wnętrzu niespodzianki.

Powracający liczył na to, że stary przyjaciel spod drzwi go nie wyrzuci, zwłaszcza że nadchodził magiczny sztorm. Co innego, gdyby zauważył Szczynściorza na skraju lasu - wtedy mógłby go poprosić o teleportację w cholerę. Dlatego młody mag usilnie starał się przechytrzyć talizman ochronny. Omen początkowo nie zwrócił uwagi na to, że Szczynściorz biegł w kierunku wieży, a że stanowił on emanację uczuć talizmanu, łatwo było wywnioskować, kiedy artefakt się zorientował, że nieproszony gość się zbliża, zamiast oddalać. Omen rzadko kiedy wydaje dźwięki, ale te do odstraszania ludzi stosują tę sztuczkę, gdyż potęguje ona ekspresję wydarzeń, a tym samym strach. Tak więc omen zaczął coś bulgotać, a to oznaczało, że talizman się wściekał i szukał nowego sposobu na intruza. Zapewne rozdrażnienie talizmanu spowoduje wysłanie pomniejszego demona, wtedy Szczynściorz teleportuje się pod same drzwi i poprosi Zemściora o gościnę.

Niedalekie uderzenie pioruna zwiastowało rozpoczęcie nawałnicy. Pierwsze krople ciepłego deszczu przypominały letnie ulewy, ale to, co szło za nim, a widoczne było pomiędzy koronami drzew, nie zapowiadało letniego deszczyku, ale zbliżający się z prędkością superekspresu walec. Pozostało bardzo mało czasu. Drzewa rozkołysały się tak, że nawet omen się na chwilę zatrzymał, a to oznaczało, że talizman wykrył nowe zagrożenie i oprócz ochrony wieży wyśle następnego przeciwnika. Inkantacja zrobiła swoje. Demon zmaterializował się tuż obok omenu, który nie wiedział, gdzie zniknął mag. Ognista bestia musiała skonsumować swoje przybycie, więc rozszarpała omena, ale się nim nie nasyciła, gdyż zgodnie z kanonami sztuki magicznej ten był pusty w środku. Bestia zawyła, przywołując swego wzywającego do spłaty magicznej umowy, ale wieża miała w tym momencie inny problem. Oto ktoś pukał do drzwi. Talizman szybko pojął, co zaszło, tylko jeszcze nie wiedział jak. Człowiek bardzo szybko przemieścił się ze ścieżki do wieży pod same jej drzwi. Potem stało się jeszcze dziwniej, chociaż zaczęło się nieco wyjaśniać. Człowiek rzucił zaklęcie widzenia aury, po czym rozświetlił swoją tak mocno, że talizman musiał zrozumieć, że ma do czynienia z magiem.

- Muszę spotkać się z panem tego domu, żądam ochrony przed burzą!

Talizman nie był pewny, czy mag rzeczywiście wypowiadał te słowa, czy padały one tylko w jego myślach.

- Pana nie ma w domu.

- Jaskółka wyjawiła mi, że jest - odpowiedział Szczynściorz. Był przygotowany na to, że talizman jest w stanie posunąć się do różnych rzeczy, żeby zagwarantować spokój swemu panu.

- To pomyłka.

- Powiedz Zemściorowi, że odwiedził go Szczynściorz i że żądam ochrony!

Choć talizman wyraźnie chciał jeszcze podjąć jakieś kroki mające zniechęcić gościa, gospodarz musiał interweniować, gdyż drzwi zaczynały się otwierać.

Zemścior nie wyglądał na zadowolonego, sprawiał wrażenie zmęczonego i chorego. Ruchem ręki zaprosił młodego maga do środka, a sam poczłapał do talizmanu, żeby go uspokoić. Następnie odesłał niezaspokojonego demona i wyłączył resztki omenu gotowego straszyć jako lamperia z flaków. Szczynściorz, jak na osobę dobrze wychowaną przystało, czekał, aż gospodarz podejdzie do niego, żeby się przywitać. Ten zaczął jednak sprawdzać larumy i inne artefakty mogące służyć jako środki łączności.

- Nie pisałeś, że chcesz mnie odwiedzić - rzekł w końcu Zemścior.

- Również miło cię widzieć. Nie pisałem, bo chciałem cię zastać w miejscu, w którym miałem pewność, że będziesz.

- Przepraszam. Miałeś rację. Gdybym wiedział, pewnie bym się gdzieś ukrył.

Zemścior wskazał miejsca przy stole, a potem podał herbatę i ciastka ze społemowskiego sklepu. Stary fotel wesoło zaskrzypiał pod ciężarem Powracającego i okazał się nad wyraz wygodny.

- Co cię sprowadza? - podjął gospodarz. - Czyżby zaskoczyła cię burza? Czuć ją było już od dwóch dni.

- To ciekawe. - Szczynściorz chciał się dowiedzieć nieco więcej o tym fenomenie. - Wszyscy czuli, że nadchodzi, i mówili, że bardzo się przejmują, a i mnie wydaje się ona poważną sprawą.

- Masz rację. Coś niedobrego wydarzyło się na południu; coś, co warto by sprawdzić. Jak wiesz, ja się nigdzie nie wybieram, gdyż mam zakaz loży.

- Podejrzewasz którąś?

- Z tych na południu stawiam na Stambuł. Oni od dłuższego czasu knuli i spiskowali wraz ze swoim elohimem. - Zemścior mógł wiedzieć o tej sprawie coś więcej, gdyż nie dawniej jak pięć lat temu szukał w Bizancjum synów i żony, ale jak zwykle coś poszło nie tak i musiał błyskawicznie się ewakuować.

- Co się tam wydarzyło?

- Zasadniczo wszystko. Przy pomocy elohima chcieli zmusić demony, żeby im usługiwały. Byli silni, ale na demony nie masz sposobu. Podejrzewam, że to elohim wysłużył się nimi, żeby otworzyć otchłań i zmusić magów do posłuszeństwa. Zobaczymy, jak rozwinie się front.

- A burza? - Szczynściorz mimo przebywania w wieży nie czuł się bezpiecznie.

- Akurat tutaj nic nam nie grozi. Podejrzewam, że do jutra przejdzie, a ludzie odczują całe to paranormalne zjawisko jako załamanie pogody zakończone bólem głowy.

- Gorzej ze światem magicznym - zgadywał Szczynściorz.

- Gorzej - potwierdził Zemścior. - Napijmy się. Mam smaczną nalewkę.

- Dawaj, dzisiaj nigdzie się nie wybieram. Mam zaległe spotkanie z przyjacielem.

- Bardzo mi miło.

Mimo kontuzji - a może objawów dokuczającej mu już starości - Zemścior sam zszedł do piwniczki i przyniósł karafkę czerwonego trunku. Na stole pojawiły się też kieliszki i rozpoczęto dyskusję.

- Na pewno sprowadza cię tutaj coś więcej niż burza. - Stary przyjaciel ewidentnie czuł, że będą musieli porozmawiać o czymś, co mu się nie spodoba, i wolał mieć to za sobą.

Szczynściorz też chciał szybko przez to przejść.

- Beatrycze z twojego powodu uderzyła dziwną magią w cokół i opokę katedry w Cieszynie - oznajmił. - Ochrona fiksuje, muszę odnaleźć czarownicę.

- Ta kobieta miała wiele tajemnic. Była zdolna do ataku na świętość, a na końcu porwała mi dzieci i uciekła - burknął. Jego ocena niekoniecznie była obiektywna.

- Miała taką moc lub odpowiednią wiedzę, że mogłaby zaplanować długofalową kampanię przeciwko najmocniejszemu z artefaktów?

- Wydaje mi się, że tak. Wiedziałem, że była oskarżana o zaprzańską magię - wspomniał Zemścior, obracając pierścieniem na palcu dla uspokojenia nerwów.

- Nie widziałeś tego? - dopytywał Szczynściorz, chcąc się upewnić, czy to sprawa znana obojgu małżonkom i ukrywana przez nich dla wspólnego dobra. W takim kontekście kwestia byłaby możliwa do zrozumienia.

- Ukrywała wiele rzeczy. Oszukała mnie w tej materii i zapewne w kilku innych.

- Mogła wiedzieć, że jesteś jedynym żyjącym wotywem opoki katedry cieszyńskiej?

- Mogła. Wielu magów o tym wie.

- Mówiono mi, że jej szukałeś.

- Tak, ale nie znalazłem.

- Możesz mi o tym opowiedzieć?

- Mogę, usiądź wygodnie - zaproponował Zemścior i zaczął opowiadać.

Wszystko zaczęło się późną jesienią pod koniec lat osiemdziesiątych. Skończył właśnie doglądać katedrę i wracał do wynajmowanego mieszkania, gdyż zamierzał się wyspać. Przygotowywał się do snu w warze i rozmyślał o tym, że czeka go długi odpoczynek od spraw. Ulica Armii Czerwonej była wtedy, pod jarzmem komunizmu, tą najbardziej reprezentacyjną w Cieszynie. Zemścior uwielbiał zachodzić do normalniackiej księgarni i trytoniego antykwariatu na Wyższej Bramie. Kręcił go zapach książek i to, co ludziom potrafi urodzić się w głowie. Ich fantazja była dla niego odkryciem stulecia. Nawet nie chodziło o powieści fantastyczne. Ludzie potrafili zmyślać historie wszelakie, a on lubił się w nie zagłębiać. Uwielbiał też czytać o miejscach, które kiedyś odwiedził, a bywał w całej Europie.

Z Beatrycze spotkali się w drzwiach. Mężczyzna, który wychodził z przestronnej świątyni książek, przytrzymał jej drzwi, a że Zemścior znalazł się tuż za nią, tamten przytrzymał je również dla niego. Ot, taka uprzejmość. Beatrycze podziękowała pierwszemu mężczyźnie i spojrzała na Zemściora, który skłonił się uprzejmie i życzył miłego wieczoru. W ten sposób między Beatrycze a nim wywiązała się rozmowa. Oboje wyczuli, że posiadają magiczną moc. Szybko okazało się też, że lubią ludzką literaturę, co stanowiło rzadkość w kręgach magów. Zemścior już miał podejść do działu fantastyki, a raczej półki z tym gatunkiem, bo było to zaledwie kilka pozycji, które komuna zgodziła się wypuścić na polski rynek. Poczekał jednak, by zobaczyć, dokąd skieruje się nowa znajoma. Przyłapał ją chwilę później na wertowaniu powieści podróżniczej z regionu Katalonii. Chyba nie było w tym czasie w Polsce nikogo, kto nie marzył, żeby odwiedzić Barcelonę, zwłaszcza że w pamięci pozostawały wspaniałe, i jak się później okazało, ostatnie dobre występy polskich piłkarzy na mundialu. Przez ramię zobaczył kościół, który znał. Nie była to Sagrada Familia, ale dużo starsza katedra chrześcijańska w centrum miasta. Imię jej patrona zapom­niał.

Tak się zaczęło. Spotykali się w mieście, w ludzkich restauracjach, jako że on miał kilka zakazów wstępu narzuconych przez miejscową diasporę, a na niej, jak się szybko okazało, ciążyły zarzuty o poważne przewinienia związane z zakazaną magią. Oboje uważali, że kary są przesadzone, a oni stali się ofiarami wydarzeń, z którymi ich wiązano. Tak narodziła się znajomość. Zemścior nie miał pewności, czy to miłość, ale chciał, żeby nią była. W łóżku wylądowali po tygodniu, akurat oboje byli wolni. On od jakichś stu pięćdziesięciu lat. A ona? Nie pytał.

Miejscowi magowie nie mieli nic przeciwko ich ślubowi, ale zakazali wesela w obrębie miasta. Obojgu to pasowało i wynajęli kurną chatę imprezową pod górą Chełm, gdzie mogli zaprosić, kogo chcieli. O dziwo, zjawiło się wielu gości nawet z kierownictwa diaspory. No cóż, takie czasy - niby wiele nie było można, ale dla chcącego sporo stawało się osiągalne.

Potem dosyć szybko pojawili się chłopcy. Pierwszy był Piotruś, a półtora roku później Pawełek. Przed urodzeniem Pawełka coś się zaczęło psuć. Beatrycze często podróżowała. Mówiła, że jeździ w świętokrzyskie do rodziny i znajomych z poprzedniej gildii czy loży. Tłumaczyła, że musi to robić, gdyż chce na stałe osiąść w Cieszynie, więc potrzebowała zamknąć wszelkie otwarte sprawy. A on jej wierzył. Tylko że ona się zmieniała. Zaczęli się kłócić. On był na to za stary, ale ona nie. Dopiero później się domyślił, że wszystko to miało jakiś ukryty sens. Kiedy Beatrycze odeszła, znalazł we wspólnym dworku pod miastem mnóstwo różnych artefaktów, z których większości nie mógł rozszyfrować. Wydawało mu się, że czerpały one złą moc i żywiły się bólem, strachem lub smutkiem. Większość z nich podrzucił do zbadania kilku znajomym magom, którzy szybko doszli do wniosku, że przedmioty te niosą ze sobą zło z pradawnych czasów i nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Co gorsza, nie dało się ich odczynić.

- Może ja bym na nie rzucił okiem? - zaproponował Szczynściorz.

- To już niemożliwe - odparł Zemścior. - Jedynym miejscem, gdzie mogłem je bezpiecznie porzucić, była zagroda smoków. Im nic się nie oprze.

- Faktycznie. Jeśli nawet artefakty w jakiś sposób się zachowały, to nie będzie mi po drodze, żeby je wyciągać.

- Musiałem się wyprowadzić, a dworek trzeba było ukryć, bo przynosił nieszczęście magom i ludziom.

- Co było później? Domyślam się, że nie dokończyłeś opowieści.

Zemścior opowiadał, jak miesiącami pogrążony w rozpaczy snuł się po mieście, aż wreszcie zaczął szukać żony i dzieci, ale nie mógł wpaść na żaden trop. Jego stan po nieudanych próbach jeszcze bardziej się pogorszył, więc postanowił odpocząć w katedralnej krypcie przeznaczonej dla żywych wotywów. Chciał przespać parę lat, ale nic z tego nie wyszło. Po pierwsze czuł, że nadal coś niedobrego dzieje się wokół niego, po drugie tęsknił i długi sen nie nadchodził, a po trzecie zaczął wyczuwać Powracającego. To właśnie w nim upatrywał pomocy.

Na dwa lata przed powrotem przyjaciela postanowił wybrać się w podróż. Mimo że był długowieczny, na terenie kilku europejskich lóż wciąż miał status poszukiwanego. Wiedział, że wynikną z tego problemy.

Udał się do Barcelony. Tam został szybko namierzony przez katalońskich magów. Nie chcieli go w swoim mieście. Musiał się nagimnastykować, żeby uniknąć wtrącenia do lochów. W Hiszpanii prawie niczego nie znalazł, jedyny wątły ślad prowadził do Konstantynopola. Tutaj było jeszcze gorzej. Magia Wschodu różni się od magii Słowian - jest bardziej zwodnicza, zdradziecka i podstępna. Opiera się w dużej mierze na służbie istot magicznych, a ludzie Wschodu opanowali - może nie do perfekcji, ale jednak - wyręczanie się demonami. Choć ciężko było je odsyłać w zaświaty, tam, gdzie ich miejsce, demony często poddawały się woli wschodnich magów. W Konstantynopolu Zemścior całkowicie zgubił ślad. Poboczne informacje skierowały go jeszcze do Paryża, a potem do Moskwy, ale tam już niczego nie potwierdził i miał niemal pewność, że Beatrycze nigdy tam nie była.

Na zakończenie opowieści dodał, że najpewniejszy trop sięgał nad Bosfor, ale magowie oraz wielki wezyr starają się ściśle kontrolować świat czarów. Kilka lat temu doszło do zamachu na wezyra Istambułu. Od tamtej pory wzmocniono ochronę osobistą oficjeli oraz obłożono zaklęciami wszystkie najważniejsze miejsca. Szerokim echem w świecie magów poniosła się informacja o likwidowaniu wszelkich przejawów sztuki magicznej u pospólstwa. Wespół z wcześniej wspomnianym wykorzystywaniem demonów przez magów Wschodu pachniało to zbliżającą się katastrofą o globalnym zasięgu.

- Czego Beatrycze mogła tam szukać? - zastanawiał się głośno młody mag.

Nie musiało chodzić o najważniejszy w loży magiczny artefakt, ale o coś innego, czego potrzebowała. Loża w Barcelonie skrywała w swoich skarbcach kilka bardzo ciekawych przedmiotów magicznych, na które mógł się połakomić każdy mag, ale Szczynściorz nie słyszał ostatnio o żadnych spektakularnych kradzieżach. Barcelona wydawała się w tej kwestii bezpieczna. Nie ulegało wątp­liwości, że trzeba będzie udać się do katalońskich magów w odwiedziny. Któryś z artefaktów musi podpowiedzieć, czemu Beatrycze potajemnie interesowała się Barceloną. Być może jest jakaś wspólna historia łącząca stolicę Katalonii z Bizancjum. Uznał, że to będzie ciekawy trop.

- Masz już jakiś pomysł? - spytał Zemścior. Dostrzegł zapewne, że Szczynściorz na coś wpadł.

- Musimy udać się jeszcze raz w pościg za Beatrycze - zarządził młody mag.

- Nie ma takiej możliwości - odpowiedział Zemścior. - Jako mag jestem spalony w Barcelonie, a i ty będziesz mieć kłopoty, jeśli się dowiedzą, że przyjechałeś w mojej sprawie. Są pamiętliwi.

- Coś ty tam narozrabiał?

- Długo by mówić - prychnął Zemścior, ale widać miał powód, żeby nie pokazywać się w Katalonii.

- Nie wiem, czy mam dosyć czasu na rozpoczynanie dochodzenia od początku. Musisz mi powiedzieć wszystko, co wiesz i pamiętasz.

- Możemy przeprowadzić rytuał śnienia - zaproponował starszy z magów. - Masz czas do rana?

Śnienie polegało na wejściu podczas snu w jaźń drugiego maga i przejrzeniu jego pamięci. Obaj musieli w tym czasie spać, a wprowadzający do snu był kustoszem i gospodarzem zarazem. Porozmawiali jeszcze chwilę, a następnie rozpoczęli przygotowania do rytuału. Udali się na czwarte piętro wieży, sypialniane, gdzie dokończyli zaklęcia podstawowe. Godzinę później Zemścior zasnął. W tym czasie Szczynściorz wędrował po jego wspomnieniach i doznawał jego przeżyć, próbując wyłowić niuanse, które będą potrzebne mu później podczas poszukiwań. Przy okazji zobaczył też, dlaczego Zemścior nie może pojechać zarówno do Barcelony, jak i do Stambułu.

Szczynściorza zainteresował szczególnie pierwszy kontakt jego starego przyjaciela z przyszłą czarującą żonką. Wydawało mu się, że Beatrycze miała zamiar lub nawet zadanie uwieść cieszyńskiego wotywa, a spotkanie w księgarni na ulicy Głębokiej było jednym z pierwszych, które powinno zwrócić na nią jego uwagę. Stało się dużo więcej, ponieważ Zemścior już wtedy poważnie się nią zainteresował. Podczas przebywania w czyimś śnie i wspomnieniach, można w pewnym zakresie się po nich poruszać. Młody mag podszedł więc do Beatrycze i zaglądnął jej przez ramię. To, czego nie mógł sobie przypomnieć Zemścior, Szczynściorz miał okazję zobaczyć. Beatrycze zatrzymała wzrok na dłużej przy kościele, jakich wiele w Barcelonie. Kamienna struktura przypominała najstarsze konstrukcje. Zemścior miał rację - na pewno nie była to Sagrada Familia. Śnienie starego maga przebiegało dosyć szybko, więc Powracający musiał się śpieszyć. Przeczytał nagłówek w książce: "Święta Eulalia".

Sen stawał się coraz bardziej mroczny. Wokół Szczynściorza zaczęli pojawiać się dziwni osobnicy, o których Zemścior nie wspomniał podczas rozmowy. Być może zakodowała ich jedynie jego podświadomość. Kilka razy pojawił się niewysoki, śniady mężczyz­na. Szczynściorz nie miał pewności, czy przybysz był ludzkim magiem czy raczej hybrydą człowieka i jakiejś innej istoty magicznej. Obcy miał na rękach krew niewinnych. Powracający rozpoznał w nim maga bojowego wykazującego zdolności i upodobanie do eliksirów, a także talizmanów. Stanowił więc ­niebezpiecznego przeciwnika. Jego przybycie rozpoczęło serię kłótni pomiędzy małżonkami, zakończoną ucieczką Beatrycze.

Śniący ewidentnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że został wciągnięty w poważny spisek. Szczynściorz zauważył, że wokół Zemściora najprawdopodobniej rozłożono talizmany o niekorzystnym wpływie. Tę sprawę też należało wyjaśnić. Gdyby odnaleźć działający talizman, można by się dowiedzieć więcej o jego twórcy. Magowie rzadko sami konstruowali przyrządy magiczne, korzystali na przykład z usług krasnoludów, specjalistów w tej dziedzinie. Jedynie w przypadkach objętych najwyższą klauzulą tajemnicy sporządzali je sami. Wtedy jednak często popełniali błędy, które można było wykorzystać przeciwko nim.

Huragan ucichł około północy, a bezpieczne schronienie w wieży Zemściora pozwoliło przyjaciołom zapomnieć o tym, że coś niedobrego działo się na zewnątrz. Szczynściorz, który na godzinę przed świtem opuszczał kryjówkę starego maga, nie widział zniszczeń, jakie przyniosła ze sobą wichura, bo żywioł oszczędził zalesione wzgórze. Nie zobaczył więc leżących za pagórkiem połamanych drzew, powykręcanych konarów i dziwnie okaleczonych zwierząt. Wszystko to świadczyło o tym, że huragan miał uderzyć w istoty magiczne.

Powracający teleportował się od razu do wnętrza starej chaty Zemściora. Dzięki wstawiennictwu właściciela domostwa zabezpieczenia maskujące wpuściły młodego maga do środka.

Dzień pierwszy

Rezydencja Zemściora okazała się dworkiem usytuowanym pod Cieszynem, pomiędzy Bażanowicami a Dzięgielowem, tuż za torami kolei wiedeńsko-krakowskiej, obok małego zagajnika. Akurat przejeżdżał tamtędy pociąg relacji Cieszyn-Bielsko. Żółto-niebieski skład pokrywała cienka, lecz wyraźna warstwa brudu, którego PKP nigdy nie udawało się pozbyć.

Szczynściorz wyczuwał, że Zemścior nie zlikwidował wszystkich podłych artefaktów. Gorzej - część z nich rozdrażnił, co spowodowało, że stały się jeszcze agresywniejsze. Powracający zaczął je liczyć, ale zastał go świt, kiedy to łajzy poczęły się chować, a ich ślad, magiczna ekspozycja, stawał się trudniejszy do namierzenia. Nie pozostało nic innego jak przywołać kogoś, kto znał się na artefaktach. Przykładowo Dariusa, ale on był mistrzem w produkcji i ocenie potencjału magicznego, a nie tropicielem, chociaż na pewno miał w tym pewną wprawę.

Była jeszcze jedna istota, którą Szczynściorz mógł poprosić o wsparcie. Stworzenia magiczne w zależności od gatunku miały swoje specjalizacje. Czasem jednak któreś z nich wyróżniało się na tle innych talentami zgoła odmiennymi. Tak było w przypadku znanych Powracającemu jeżowników. Te inteligentne stwory na ogół potrafiły doskonale coś ukryć, ale ten, którego Szczynściorz postanowił przywołać, parał się zdecydowanie innym fachem - był tropicielem. A mag miał na niego, jak to mówią ludzie, haka. Jeżownik był młodym osobnikiem i prócz poszukiwań trudnił się złodziejstwem. Raz Szczynściorz przypadkowo przyłapał stwora na próbie kradzieży, a teraz ten fakt mógł wykorzystać. Gdy więc jeżownik po kilku minutach zjawił się przy Powracającym, ten zaoferował, że zachowa jego występek w tajemnicy w zamian za przysługę.

Artefakty ukrywały się właśnie wraz ze wschodzącym słońcem. Jednak - jak wszystkim wiadomo - te kilka minut, gdy słońce wstaje, wystarczy, by znaleźć coś ukrytego. Odszukanie artefaktów okazało się dość proste, lecz wiązało się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Tropiciel odmówił dotykania złych przedmiotów, ale tylko je wskazywał. Kiedy pokazał wszystkie kryjówki artefaktów, skłonił się i czmychnął.

Młody mag zaczął wyciągać ukryte przedmioty. Część z nich była uzbrojona w pułapki, trucizny lub klątwy. Ustawił na stole pięć artefaktów - trzy typowe talizmany, w których zaklęto polecenie magiczne, i dwa przedmioty, które stanowiły magię samą w sobie. Te ostatnie wytwarzano od początku do końca z konkretnym przeznaczeniem.

Z talizmanami poszło łatwo. Po odkryciu szczegółów zadania i śladu wykonawcy oraz pierwszego właściciela, na zawsze odciś­niętego na talizmanie, mógł je zniszczyć.

Trudniejsza przeprawa czekała go z dwoma artefaktami. Były złośliwe i nie chciały poddać się zaklęciu lewitacji. Szczynściorz musiał się trochę namęczyć, żeby je do niej zmusić. Ponadto nie były rozmowne. Coś też zaczęło odwracać uwagę Powracającego. Wyczuł bliską obecność osoby magicznej, a raczej - po sekundzie poprawił sam siebie - dwóch takich osób. Zbliżały się od strony miasta, czyli nie korzystały z ludzkich ścieżek. Szczynściorz nie potrafił jeszcze rozpoznać, jakie mają zamiary, ale w komturii cieszyńskiej nie było chyba maga, który by go zaatakował. Chociaż, nad czym ubolewał, jego mit nie był już tak popularny. Postanowił, że da na chwilę spokój artefaktom i poczeka na gości. W końcu jedynie on dostał od właściciela zgodę na pobyt w tym dworku, więc najprawdopodobniej tylko on tu będzie legalnie. To ułatwi mu ewentualne późniejsze tłumaczenie się z trupów.

Spodziewał się, że drzwi zostaną wysadzone jakąś odmianą zaklęcia rozpruwającego, a tu niespodzianka: magowie otworzyli je sobie za pomocą ludzkiej klamki. Cóż za nietakt! Powracający usadowił się w wielkim fotelu i przypomniał sobie sagę o brytyjskim detektywie. Przez moment pomyślał, że byłoby ciekawie mieć w ręce fajkę, ale nie posunął się tak daleko. W świetle dziennym od drzwi dało się zauważyć postacie dwóch młodych magów. Skryli aury, wygumkowali je przed wejściem do dworku, ale Szczynściorz dostrzegał je bez zaklęcia widzenia, co więcej, potrafił zobaczyć nawet te ukryte. Rozpoznał ich. Nie wiedział tylko, co ich sprowadza.

- Zapraszam do stołu. I proszę o wyjaśnienia - przywitał się z wchodzącymi.

- To jednak on - odpowiedział na wezwanie Łasica.

- Miałeś rację, przepraszam. - Puczek zawstydził się nieco.

- Zapewne jeżownik już wam doniósł - odparł Szczynściorz.

- Nie mogę potwierdzić. - Młody mag był pewny, że przyjaciele nie od parady mają swoje uzdolnienia, a Łasica był opiekunem stworzeń magicznych.

- Zapewne nie wiesz, bo niby skąd masz wiedzieć, że dworek Zemściora jest niebezpieczny, nawiedzony i spaczony. Dlatego starszyzna zakazała wchodzenia do środka. - Puczek wyraźnie poczuł się w obowiązku wyjaśnić swoje przybycie.

- Oczywiście mistrz Mateusz nie kojarzy faktu, że prowadzę dochodzenie w sprawie Zemściora w związku ze słabnącą katedrą, której choroby nikt nie widzi. - Szczynściorz próbował się wytłumaczyć.

- Mówiłem ci, że będzie nawijać o katedrze. - Puczek wyglądał na tryumfującego.

- A te artefakty, które tu odnalazłem, o tym nie świadczą?

- Jeżownik - odpowiedział nieco bez sensu Łasica.

- Co jeżownik? - Szczynściorz chciał złapać wspólny mianownik dyskusji.

- Tak naprawdę odnalazł je jeżownik - sprostował Łasica.

- Tak - potwierdził Powracający. Wskazał palcem dwa artefakty leżące na stole. Ich obecności nie dało się zaprzeczyć, a złą naturę widać było i bez zaklęć sprawdzających.

- Nic wielkiego, przecież wiedzieliśmy, że są tutaj i trudno je znaleźć - przypomniał Puczek.

- I nikomu nie przyszło na myśl wezwać poszukiwacza?

- Nie, ponieważ od razu stało się jasne, że artefakty są złe i mogą zabić poszukujących.

- Mnie się jakoś udało - prychnął Szczynściorz.

- Wielkie mi tam "mnie". - Przez Puczka przemawiał sarkazm.

- Co teraz macie zamiar zrobić?

- My? Nic. - Łasica nie zrozumiał pytania.

- Nie interesują was te magiczne przedmioty?

- Liczymy na to, że to ty nam powiesz, czym są. - Puczek wzruszył ramionami.

Powracający ułożył je wcześniej po swojej myśli. Musiał jeszcze umieścić inne magiczne przedmioty - przesłony i drobiazgi - by wrogie artefakty uznały, że są u stwórcy. Wtedy Szczynściorz odkryje ich pochodzenie. Większość przedmiotów użytych do przesłuchania artefaktów stworzył przed chwilą sam, ale kilka musiał jeszcze nasączyć mocą. Uruchomił wpierw jeden, potem drugi, a zasłona omamienia otuliła pierwszy z nich i wprowadziła go w stan pomiędzy snem a letargiem. Wizje zaniosły go do Stambułu. Początkowo Szczynściorz myślał, że omamiony przedmiot pokazuje mu jakieś mroczne wspomnienie, ale po chwili się okazało, że jest ciemno, ponieważ znajdują się pod ziemią. Ukrycie warsztatu magika pod powierzchnią nie sprawiało, że stawał się niewidoczny czy trudniejszy do odnalezienia. Jeśli czarodziej nie zadbał o odpowiednie zabezpieczenia, można było sprawdzić, gdzie stworzył przedmiot.

- Artefakt został zbudowany w Stambule tuż obok katedry w podziemiach zwanych cysternami - wyczytał Powracający. - Niestety co do twórcy będzie trudniej, ale nie podejrzewam, że do tak magicznego i tajemniczego miejsca mają dostęp wszyscy magowie Ottomanów.

- Czyli udajemy się do Turcji.

- Wy nigdzie się nie wybieracie. Ottomanowie zabijają nieproszonych gości, a proszonych pilnują jak amuletów. - Szczynściorz zaczął podejrzewać, że mistrz komturii cieszyńskiej chciał wyprawić w podróż dwóch magów, którzy przy okazji skorzystają na wiedzy Powracającego, a ten zapewni im bezpieczeństwo. Tam na pewno dojdzie do jatki. Niemal czuł, co mistrz Mateusz rozkazał młodym magom.

Pochylił się nad drugim artefaktem. Początkowo się wydawało, że przedmiot podąża śladem stwórcy, ale w pewnym momencie Szczynściorz zauważył, że artefakt go oszukuje. To mogło znaczyć kilka rzeczy, ale prawdopodobnie przedmiot nadal miał kontakt z magiem, i to nawet w tej chwili. Powracający wcześniej założył jednak wokół artefaktu magiczną pętlę i teraz ją zaciągnął. O sekundę za późno. Mag się wyswobodził, ale zostawił ślad. Szczynściorz wrzucił go na globus Europy. Stało się tak, jak przypuszczał. Nie był to powtórny impuls z Istambułu, ale z Barcelony. Przedmiot odmówił dalszego udziału w badaniu i zamknął się w sobie. Powracający postanowił, że spróbuje z nim pomówić na miejscu stworzenia. W takich okolicznościach artefakty są bardziej rozmowne, a nawet przyjacielskie.

- Czyli należy zbadać kościół świętej Eulalii - powiedział do siebie Szczynściorz, ale niewystarczająco cicho, żeby nie usłyszeli go Puczek i Łasica.

- Idziemy z tobą - przypomniał Puczek.

- Nie możecie. Ten mag już tu był. Działał w naszym mieście i nikt go nie namierzył. Jest wystarczająco silny i sprytny, żeby nam zaszkodzić, i to właśnie robi. Ktoś za nim stoi i trzeba będzie go od tego odwieść.

- Od czego ma się przyjaciół? - Łasica zrobił wielkie oczy i prosząco spojrzał w stronę Powracającego.

- Rozumiem, ale nie dzisiaj. Może jutro, jednak mam przeczucie, że on na nas czeka.

- O, powiedziałeś, że na nas. Jest jakiś postęp w pertraktacjach.

- Nie ma żadnych pertraktacji, to zwykłe przejęzyczenie. - Szczynściorz próbował zniechęcić kolegów, ale po tym, jak zdali egzaminy, stali się bardziej pewni siebie i przez to lekkomyślni. - Od samego początku będą na nas czekać pułapki. Może nawet ten artefakt stanowił jedną z nich. Nie jesteście gotowi, nie możecie iść.

- Jesteśmy, mamy wszystko, co trzeba do podróży - oświadczył Łasica i pokazał spore tobołki, które zostawili przy drzwiach.

- Nie na to, co nadchodzi! - krzyknął Szczynściorz.