3. Finka wydusza z dziadka kilka odpowiedzi!
Członkowie cyrku mieli duże doświadczenie w pakowaniu się, zwijaniu obozu i ruszaniu w drogę, więc dwie godziny później byli gotowi. Z kamperem Baltazara na czele i jeszcze większą przyczepą Sylwestra na końcu tworzyli długą karawanę. Już jeden cyrk to mnóstwo pojazdów, a co dopiero podwójny! Był jak najdłuższa stonoga świata.
Z burzą na ogonie i szybko nadciągającą nocą czuć było podenerwowanie na ostatniej odprawie, nim ruszyli w drogę. Ustalili sygnały alarmowe i ostrzegawcze, gdyby trzeba się było zatrzymać lub komuś stało się coś po drodze. A potem wszyscy wsiedli za kierownice swoich pojazdów, kamperów, ciężarówek, przerobionych na mieszkanka autobusów, samochodów z doczepionymi przyczepkami... Nikt nie mówił głośno o tym, co się mogło wydarzyć. Nie wypominali obu maestrom, że przez te kłótnie stracili mnóstwo czasu, ale wymieniali niespokojne spojrzenia.
Baltazar czuł się z tym źle. Gryzło go sumienie i podgryzało poczucie winy. Powinien być mądrzejszy. Do jego obowiązków należało troszczenie się o całą trupę i ich bezpieczeństwo. Zawiódł pokładane w nim zaufanie. I jeszcze słowa Branwen paliły go pod mostkiem jak wrzody - bo faktycznie, czy chciał, by takim go zapamiętały wnuki? Och, źle mu z tym było, źle.
Rozejrzał się po wnętrzu przyczepy - bliźniaki wszystko idealnie pozamykały i posprzątały. Na dolnej pryczy ciągle spał smok, na górnej leżał Franek, rysował coś całkiem skupiony.
Tylko gdzie Fineczka? - pomyślał zaniepokojony dziadek.
- Tutaj!
Dziewczynka wychyliła się zza zasłonki, która oddzielała część mieszkalną od kabiny kierowcy, jakby czytała w jego myślach. A chyba tego nie potrafiła, prawda? Z jego wnukami w sumie nigdy nic nie wiadomo...
Podrapał się po brodzie, przeszedł do kabiny i usiadł za kierownicą.
Odpalił silnik. Maszyna zamruczała jak wielki kot, a reflektory przebijały się przez nienaturalną o tej porze ciemność i gęstą kurtynę deszczu. Fatalne warunki do jazdy, pomyślał. Cały czas czuł na sobie uważne spojrzenie wnuczki i już wiedział, że zbliża się czas, gdy będzie grillowany.
Nic dziwnego, że Franio zajął się swoimi sprawami - wiedział, że siostra wydusi wszystkie informacje.
Bączek ruszył, a za nim kolejne i kolejne pojazdy. Odetchnął, gdy kilka minut później usłyszał trzy trąbnięcia - oznaczały, że ostatni w rzędzie, Sylwester Żuczek, też już dołączył do karawany. Mieli przed sobą długą noc jazdy i cień szansy, że zdołają przegonić tę burzę...
- Czyżby zalęgły ci się w łóżku smoki? - zażartował Baltazar, próbując rozproszyć nieco Finkę.
- Nie chciała zostać na zewnątrz. Ale w ciepełku i w suchej przyczepie prawie całkiem zniknął jej katar, więc nie kicha.
- Tyle dobrego - przyznał dziadek, bo tylko pożaru mu tu dziś brakowało.
- Boi się burzy. Nie chce, by zmieniła ją w potwora - powiedziała i czekała na reakcję dziadka, ale ten tylko zaczął skubać brodę. - Więc? - zapytała spokojnie Finka. - O co chodzi z tą burzą? Czemu Sznurówka mówi o apokalipsie i potworach, a Branwen o zwijaniu w precle?
- Z tymi preclami to troszeczkę na wyrost, zdarzyło się to ledwie kilka razy - odezwał się, ale szybko umilkł, bo nie brzmiało to aż tak uspokajająco, jak miał nadzieję. Chrząknął i zaczął od nowa. - Każda burza ma w sobie trochę magii, ale co kilka lat zdarzają się na Rubieżach magiczne sztormy i wtedy faktycznie najbezpieczniej jest być w miasteczku.
- W miastach nie ma magicznych burz? - zapytała jego dociekliwa wnuczka.
- Są, ale miasteczka mają mury ochronne. Takie jak te, które widziałaś w Smoczym Grodzie. One pełnią ważną funkcję, są jak osłaniające okręgi wokół całego miasta. A to trzyma z daleka nie tylko nieprzyjazne armie, ale też złowrogą magię - tłumaczył.
- Okręgi ochronne wokół obozu byłyby za słabe?
- Wolałbym ich nie wypróbowywać - przyznał i skrzywił się lekko.
Na pewno nie zamierzał ze szczegółami opowiadać dziecku, co dokładnie mogłoby się z nimi stać, gdyby burza uderzyła prosto w silne jak na cyrk, ale słabe w obliczu burzy osłony kręgu.
- Bo zmieniłaby nas w potwory? - dopytywała.
- Mogłaby - przyznał. - Ma upodobanie w potworach.
- Takich z bestiariuszy czy całkiem nowych?
- Wszystkich rodzajach. Część potworów z bestiariuszy tak właśnie powstała.
Dziewczynka przez chwilę przyswajała nowe informacje. Niemal słyszał zgrzyt trybików obracających się w jej głowie.
- Co się stanie, jeśli nie zdążymy do Kamiennego Potoku? Albo jeśli nas jednak nie wpuszczą? Czy z nimi też się pokłóciłeś? - zapytała, a on westchnął ciężko. Jego reputacja naprawdę ucierpiała na tych awanturach...
- Zdążymy - brzmiał pewniej, niż się czuł. - Nie pokłóciłem się z nikim w Kamiennym Potoku, byłem tam tylko raz, jakieś trzydzieści lat temu, kiedy twoja mamusia była małą dziewczynką. Oni tam po prostu nie lubią cyrków, z magią też mają problemy. Wyznają swoją wiarę i ona źle patrzy na takie rzeczy.
- Magia nie zniknie tylko dlatego, że w nią nie wierzą - powiedziała.
- Nie zniknie. Ale w ich oczach jest czymś złym, nagannym, czego powinniśmy się wstydzić, a nie jeździć po Rubieżach i pokazywać publiczności.
- Ale nie palą takich jak my na stosie? - Zmarszczyła gniewnie brwi, a dziadek uśmiechnął się lekko, gdy dotarło do niego, że jego wnuczka identyfikowała się już z ludźmi cyrku.
- Raczej nie. Od kilku lat się to właściwie nie zdarza - zapewnił.
Cóż, to też nie brzmiało tak uspokajająco, jak miał nadzieję...
- Na Rubieżach jedna reguła jest ważniejsza od wszystkich innych: nie można nikomu odmówić schronienia przed burzą. Nie tylko dlatego, że jeśli burza go spotworzy, to może się zemścić, ale też dlatego, że kiedyś sytuacja może się odwrócić. Gdyby nie pozwolili nam się schronić, nikt nie pomógłby im w potrzebie. Ludzie zaczęliby unikać miasteczka, zerwaliby kontakty handlowe i tak dalej. To poważne konsekwencje na Rubieżach.
Finka milczała, zastanawiając się nad wszystkim, co usłyszała. Czy nadejdzie moment, kiedy będzie wiedziała wszystko, co powinna, o życiu po tej stronie Bramy? Pewnie nie. Zawsze coś jeszcze wychodziło w praniu.
Jechali w ciemności, z deszczem rozbijającym się o szybę i bębniącym o dach. Finka miała ze sobą bestiariusz, ale po tym, co usłyszała o burzy i ryzyku przepotworzenia, nie chciała go czytać. Nie teraz. To byłoby trochę jak podpowiadanie burzy głupich pomysłów.
Zaczynała się robić senna. Z kabiny dobiegało ją chrapanie Sznurówki i nieco cichsze, ale równie regularne pochrapywanie Franka, którego deszcz zawsze potrafił ululać.
- Może pójdziesz się zdrzemnąć? - zaproponował Baltazar, słysząc jej ziewanie.
- Moje łóżko jest chyba jednosmokoosobowe - przyznała.
- Możesz się wdrapać na moje posłanie, Fineczko. Ja się dziś nie będę kładł - powiedział dziadek, nie odrywając oczu od drogi.
Czy naprawdę grzmoty wydawały się teraz cichsze i bardziej odległe, czy tylko robił sobie nadzieję?
Finka przeszła do części mieszkalnej, przytrzymując się ścian, bo przyczepą wyraźnie kiwało na wyboistej drodze, a wiatr napierający z boku tylko pogarszał kołysanie. Sznurówka spała już tak głęboko, że zapomniała o zwijaniu skrzydełek - rozwinęły się teraz jak dwa błoniaste kocyki, przykryły jej pękaty brzuszek i wypełniły całą przestrzeń między dolną a górną pryczą. Dziewczynka zakradła się cicho, by wydostać spod poduszki notes do komunikacji z mamą. To już drugi dzień, jak nie napisała do mamy ani pół listu, i nastał dobry moment, by nadrobić. Przynajmniej coś się działo, poza meczami na wrzaski i obelgi.
Sznurówka zamruczała przez sen, a Finka pogłaskała ją uspokajająco. Gdy sięgała pod poduszkę, poczuła muśnięcie ognia w głowie. Zajrzała pod małą poduszeczkę w samym rogu pryczy, gdzie w miękko wymoszczonym pudełku spoczywało jajko żar-ptaka, którym miała się opiekować, aż się wykluje. Kiedy to zrobi? Nikt nie wiedział. Amavis, elf, który poinformował ją, że skoro wzięła do ręki to jajko, jest za nie odpowiedzialna, zdradził tylko tyle: gdy Sorcha będzie gotowa, to się wykluje. Co mogło znaczyć tydzień - albo sześć lat. Do tego czasu musiała się nią opiekować. Otuliła jajeczko puchem i znów poczuła gorące muśnięcie. I zrozumiała - żar-ptak też wyczuwał jakoś burzę i był niespokojny. Więc Finka zrobiła jedyne, co wpadło jej do głowy. Szturchnęła leciutko Sznurówkę, by się odrobinę przesunęła, a potem wpełzła w wolną przestrzeń między ścianą a nią. Ognista bestiarka, smok i niewykluty żar-ptak z trudem mieściły się na jednej pryczy, ale Finka nie narzekała. Od razu poczuła, że zarówno Sznurówka, jak i jajeczko uspokoiły się i ich śpiące myśli wypełniła błogość. Ona w sumie też poczuła się lepiej. Wzięła więc notes i zaczęła pisać do mamy szczery list o tym, co się ostatnimi dniami działo w cyrku.
Poprzedni liścik od mamy wypełniały pytania:
Hej, córeczko!
Co to za kłótnie i wrzaski, o których wspomniałaś? Myślałam, że tata i Sylwester się pogodzili i zawarli sojusz? O co znów poszło? Czy nie ma tam nikogo, kto by im przemówił do rozumu? Jak się na to zapatrują członkowie cyrków? I jak wy się z tym macie? Dajecie sobie radę? Zmartwiłam się trochę, bo naprawdę myślałam, że najgorsze za nimi! Szaleństwo!
Mama
Finka wyciągnęła swoje pióro z turkusowym atramentem i zaczęła opisywać szerokie tło tej całej chryi.
Ahoj, mamo!
Może tu, na Rubieżach, w wodzie krąży szaleństwo, bo dziadkowi i Żuczkowi całkiem odbiło. Przez kilka dni wrzeszczeli na siebie, jakby to był ich ulubiony sport i mieli dostać jakieś punkty za głośność. Myślę, że sami siebie nie słuchali, bo w kółko powtarzali to samo.
Zaczęło się zaraz po tym, jak skończył się konkurs cyrkowy, który wygraliśmy. Elfy dały nam list żelazny, z którym możemy jeździć po całych Rubieżach i występować w miasteczkach po drodze. Wieści się rozeszły i dostaliśmy mnóstwo zaproszeń. Myślę, że ludzi ciekawi też nasz podwójny cyrk, który trochę przechytrzył elfy i pokonał nekromantę i jego ożywieńców. Branwen mówi, że takie rzeczy roznoszą się po Rubieżach jak pożar buszu, czyli bardzo szybko, bo ludzie tu lubią szaleńców, a my się kwalifikujemy. Nie wiem, czy większość z nas, ale dziadek i Żuczek na pewno.
Pytasz, o co znów poszło. W sumie o nic nowego, czyli o wszystko.
Kiedy zmuszeni konkursem i groźbą śmierci z ręki elfów połączyliśmy cyrki, oni zawarli pewną umowę. I albo uznamy, że Żuczek ją złamał, albo że każdy z nich inaczej rozumiał warunki tej umowy.
Dziadek nie chce tresowanych zwierząt na arenie i ja się z nim zgadzam. Zwłaszcza Bambino jest bardzo nieszczęśliwym słoniem. I myślę, że wszystkie zwierzęta zgodziłyby się z dziadkiem, gdyby umiały mówić, że odwiezienie ich natychmiast do Sanktuarium, gdzie żyłyby sobie spokojnie, bez stresu występów, świateł i ludzi, to bardzo dobry pomysł. Może poza Prosiaczkiem, bo on naprawdę lubi się bawić piłką na scenie i ma duszę prawdziwego artysty cyrkowego. Ale pozostałe się męczą. Dziadek i ja to czujemy. Sylwester Żuczek też, ale ma to w nosie. I wymyślił, że i owszem, zgodził się oddać swoje zwierzęta do Sanktuarium, ale nie powiedział dokładnie kiedy. A "kiedy", które mu odpowiada, to na koniec sezonu, czyli dopiero po wakacjach. I chce, by uczestniczyły w tych wszystkich przedstawieniach, jeździły z nami wszędzie przez całe wakacje, a dopiero potem się je umieści w Sanktuarium. Uważa, że plan dziadka, by to zrobić bez zwłoki, to marnowanie czasu, potencjału i rozmijanie się z oczekiwaniami tych wszystkich miasteczek, które nas zaprosiły na występy, bo przecież ich mieszkańcy wiedzą o tym, że zobaczą nie tylko ludzi czy zmiennokształtnych, ale właśnie tresowane zwierzęta. Bo to jest tradycja.
Bardzo nie lubię tego, że używa słowa "tradycja", by usprawiedliwić dręczenie zwierząt. Wolę, gdy nazywamy tradycją pieczenie pierniczków na święta czy chodzenie do kina w Dzień Dziecka, a nie coś paskudnego, co powinno zniknąć z powierzchni ziemi, ale z etykietką "tradycja" nagle jest czymś świętym i wartym ochrony.
O to się kłócą nieustannie. Wywrzaskują sobie w twarz różne mało przyjemne rzeczy i dziś już doszli do wywlekania żalów z czasów, kiedy obaj byli młodymi chłopakami i nawet nie znali babci.
Myślałam, by nasłać na nich Sznurówkę z wiadrem wody, ale moja biedna mała smoczyca ma straszny katar i kicha płomieniami. Gdyby przypadkiem spaliła jednego z nich, byłaby straszna afera. Czy wiesz, czym można wyleczyć katar u smoka? Albo czy są tu jacyś smoczy lekarze? Sznurówka jest bardzo niespokojna. Nie jestem pewna, czy to przez ten katar, wrzaski czy grzmoty.
Bo do tego wszystkiego doszła burza. I to nie byle jaka, ale TA STRASZNA BURZA NA RUBIEŻACH, która potrafi ludzi zmienić w potwory. Przynajmniej awantury ucichły i wszyscy jedziemy do Kamiennego Potoku, gdzie powinniśmy być bezpieczni. O ile nie spalą nas na stosie. Na pewno nie nudzimy się w te wakacje!
Całusy z Rubieży.
Twoja córka Finka
PS 1 I Franek też, nadal nie chce nic pisać, ale czyta już nasze listy i potem mi mówi, co jeszcze powinnam Ci napisać. Teraz zasnął, bo deszcz jak zawsze go ululał. A poza tym ma dwie rozrywki - wkurzanie tygrysa i czytanie fioletowej książeczki o magii śmierci.
PS 2 Franek przeczytał poprzedni list, o tym, że obcięłaś włosy bardzo krótko, bo i tak wypadają przez chemię, i pyta, czy można jakoś przesłać notesem zdjęcie. Bo bardzo chce wiedzieć, jak teraz wyglądasz, żeby mógł zaktualizować twój portret. Da się?
Dopisała u góry imię mamy, a strona od razu rozbłysła złotą magią i Finka wiedziała, że jej list pojawi się na kartach takiego samego notesu mamy szybciej niż e-mail. Po tej stronie Bramy nie mogła mieć komputera i nie było internetu, ale magia też była całkiem fajna. Gdyby były z mamą skazane na tłuste gołębie pocztowe, chybaby oszalała.
Zamknęła pióro i notes, schowała je znów pod poduszkę i przytuliła się do gorącego ciałka Sznurówki, czując, że i ją dopada śpioch.
Nie była pewna, jak długo spała, może tylko minutkę, może kilka godzin, kiedy nagle się obudziła. Przez chwilkę nie była pewna, co ją wyrwało ze snu, ale usłyszała to znowu - dwa długie klaksony, a potem krótki! Alarm, z jakiegoś powodu musieli się zatrzymać!
Finka wyślizgnęła się z posłania i spod skrzydła Sznurówki, które okrywało ją jak kocyk, i wyjrzała przez okienko. Nie widziała nic w ciemności nocy i zza grubej kurtyny deszczu. Tymczasem kamper się zatrzymał, a ona usłyszała głośne trzaśnięcie drzwi w kabinie. Zajrzała tam, dziadka nie było. Zobaczyła go w świetle reflektorów, jak idzie drogą, wymachując rękami i wykrzykując coś, czego Finka nie słyszała. Deszcz, grzmoty i odgłosy silnika stłumiły jego słowa. Przez chwilę myślała, że wyszedł tam i gada do siebie, ale wtedy zobaczyła lisa. Nie! Dwa lisy! Całą masę lisów! A potem dziewczynę w oliwkowej kurtce i z mocno kręconymi włosami, które wystawały jej spod kaptura tak, że Finka nie widziała jej twarzy. Czy ona szła sobie ulicą w środku tej ulewy? Najwyraźniej.
Dziadek przez chwilę z nią rozmawiał, a potem machnął ręką w stronę karawany i wrócił do kabiny. Czekał chwilę na dźwięk klaksonu, a potem sam dał sygnał do odjazdu i ruszył.
- Kto to był? - zapytała Finka.
Baltazar Bączek odwrócił się zaskoczony.
- Och, nie śpisz? To tylko autostopowiczka. Zabraliśmy ją, by nie została tu sam na sam z burzą.
- Lisy też? - upewniła się dziewczynka.
- Całą siódemkę, bo najwyraźniej są z nią. Tu byłoby im ciasno, ale u Jewgienija w autobusie zmieszczą się bez problemu. Wszystko jest w porządku - zapewnił.
Finka przytaknęła, ale nie mogła się pozbyć przeczucia, że jednak nie wszystko. Może chodziło o burzę? A może o tę dziewczynę i jej lisy? Bo była pewna, że przynajmniej jednego z nich już kiedyś widziała...
Ciąg dalszy w wersji pełnej.