Szczwane sztuczki - Aneta Jadowska

Kup ebooka

44.99 zł
33.74 zł (44,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2Branwen wkracza na ring!

Kolejny grzmot przetoczył się po niebie jak ogromny głaz, wprawiając w drżenie szyby i wyprowadzając z równowagi zwierzęta w cyrku. Konie rżały w zagrodzie za przyczepami, słoń trąbił nerwowo i przestępował z nogi na nogę, dziaduszka Niedźwiedź stanął na tylnych łapach i zaryczał tak, że przez chwilę Franek i Finka nie słyszeli nic innego. Sznurówka zapikowała w dół i opadła znów koło Finki. Wtuliła się w nią ze wszystkich sił, prawie spychając dziewczynkę z dachu. Cała drżała i popiskiwała nerwowo.

I wtedy huknęły drzwi, uderzając o ścianę przyczepy Branwen. Wiedźma wymaszerowała z niej, a czarne, sięgające do kolan włosy powiewały za nią jak peleryna, razem z połami czerwonego kimona. Przemaszerowała przez obóz, kierując się prosto do niewielkiego placyku, który utworzyły zaparkowane dookoła przyczepy. Na samym środku znajdowało się palenisko, z którego od wielu godzin nikt nie korzystał, bo właśnie tam toczyła się awantura i członkowie cyrku omijali to miejsce szerokim łukiem. Ale nie Branwen.

Stanęła przed Bączkiem i Żuczkiem, a kiedy ci nawet jej nie zauważyli, wyciągnęła z kieszeni szklaną buteleczkę i rozbiła ją o żeliwną misę paleniska. Błysnęło, a słup ognia wzbił się dwa metry w górę, zwracając wreszcie uwagę awanturników.

- Cisza! - rozkazała, gdy obaj zaczęli mówić coś podniesionymi głosami. Uniosła kolejną buteleczkę, tym razem z czerwonym płynem w środku, i dodała: - Wystawiajcie moją cierpliwość dalej na próbę, wyzywam was!

Umilkli. Nagle jakby ktoś uciął ostrym nożem ich pretensje i argumenty.

- Rozejrzyjcie się, idioci, co wisi w powietrzu. A potem zastanówcie się, co musicie zrobić, żeby wszyscy z cyrku przeżyli. Mogę umierać w imię zasad, ale nie w imię głupich kłótni i waszego uporu - powiedziała twardo.

Ruszyła z powrotem do swojej przyczepy. W połowie drogi odwróciła się jeszcze.

- Baltazarze, jak ci nie wstyd pokazywać się wnukom od tej strony? - zapytała.

Sylwester uśmiechnął się z wyższością, a ona zmierzyła go ostrym spojrzeniem.

- Nie myśl, że na ciebie rodzina nie patrzy z niesmakiem. Obu należałoby wywieźć z cyrku na taczkach. Żaden z was nie zasługuje na tytuł maestra - stwierdziła i wróciła do swojej przyczepy. Znów trzasnęła drzwiami.

Awantura zamarła. Pierwszy raz od kilku dni Żuczek i Bączek patrzyli na siebie bez wrzasków. Żaden nie planował ustąpić, nie uznałby się za pokonanego, ale coś w słowach Branwen zapiekło obu boleśnie.

I dotarło do nich coś jeszcze. Jak na komendę obaj zadarli głowy w niebo i zagapili się w ciemne, kłębiaste burzowe chmury, które spowijały niebo tak gęstym kożuchem, że choć było ledwie po szesnastej, prawie nie było widać słońca. Grzmoty przełamywały ciszę z głośnym dudnieniem i echem. I nagle lunęło. Bez ostrzeżenia. Żaden tam lekki letni deszczyk, ale porządne oberwanie chmury.

- Chyba nie muszę już wysyłać Sznurówki z wiaderkiem wody - powiedziała Finka z szerokim uśmiechem, wystawiając twarz na deszcz.

- Hej, szkraby, a co wy tam robicie na dachu? Schodzić szybciutko, zanim piorun kogoś trafi! - zawołał nagle oprzytomniały dziadek.

I już biegł w stronę przyczepy, wymachując rękami, niczym wielki struś. Czarny cylinder i fioletowy surdut szybko nasiąkały wodą, więc nim dotarł, ociekał nią, jakby niebo wylało na niego całą balię, a nie tylko wiaderko, jak planowała Finka.

- Do środka! Już, już! - poganiał dzieciaki.

Z westchnieniem schodziły po drabince. Spędziły na tym dachu wiele godzin w ostatnich dniach, a dopiero dziś zauważył.

Dorośli naprawdę są dziwni, pomyślał Franek. Tacy niekonsekwentni. I nieuważni.

*

Sznurówka zleciała za nimi i gdy wchodzili do przyczepy, również wpakowała się do środka. Smoczyca była duża, pękata i musiała ciasno zwinąć skrzydełka, żeby w ogóle zmieścić się w drzwiach, a wewnątrz zajęła tyle miejsca, że nikt nie mógłby jej wyminąć! Poczłapała prosto do piętrowego łóżka i wcisnęła się, z niemałym wysiłkiem, na dolną pryczę, na posłanie Finki. Wtuliła pyszczek w poduszkę, która pachniała mamusią, i cichutko mruczała, nie zawracając sobie głowy zaskoczonym spojrzeniem Franka, Finki, a już zwłaszcza Baltazara. Trzy minuty później już pochrapywała.

- Czemu twój smok jest w środku? - zapytał Baltazar przez ściśnięte gardło.

Wyobraźnia podsuwała mu straszne obrazy kichającej Sznurówki i płomieni pożerających wszystko.

- Boi się burzy - powiedziała Finka, jakby to było oczywiste.

- To nie jest jej pierwsza burza - zauważył przytomnie dziadek.

- Ale o tamtych nie mówiła, że to apokalipsa. Nawet nie wiedziałam, że zna słowo "apokalipsa" - odparła dziewczynka, zastanawiając się, czy da radę się wcisnąć gdzieś koło Sznurówki, czy będzie dziś spała na siedząco, w kabinie kierowcy albo na kufrze, który był duży i świetnie się sprawdzał jako ławka, ale Finka wiedziała, że będą jej z niego zwisały nogi...

Baltazar nic nie powiedział, za to oczy pociemniały mu z niepokoju. Rozdał dzieciom ręczniki i sam też zaczął się energicznie wycierać. Nasłuchiwał przy tym pomruków zbliżającej się burzy. Czy to możliwe, że to była TA burza? Czy smoczątko ponosiła wyobraźnia?

Od ostatniej minęły tylko dwa lata, powinniśmy mieć co najmniej pięć lat zapasu! - myślał, czochrając brodę frotowym ręcznikiem.

Czy ktoś rzucił jakąś klątwę na niego i jego cyrk? A już na pewno na wizytę jego wnuków? Najpierw radosny konkurs cyrkowy zmienił się w walkę o życie, a teraz to? Czy to możliwe?

Kiedy nagle rozległo się pukanie do drzwi przyczepy, podskoczył z piskiem, wytrącony z niewesołych rozważań.

Na progu stanęła Branwen w żółtym sztormiaku zarzuconym na kimono, z pasującym kapeluszem o szerokim rondzie, z którego strumieniami spływała woda.

- Musimy porozmawiać - powiedziała.

Bez słowa podał jej czysty ręcznik.

Branwen odłożyła kapelusz i sztormiak i opadła na kufer Finki. Bliźniaki usiadły na drugim, po przeciwnej stronie stolika, więc Baltazarowi zostało podpieranie szafki. A chętnie by usiadł, bo czuł, że kolana mu trochę drżą. Narastały w nim złe przeczucia, a poważna mina wiedźmy tylko je podkarmiała.

- Mamy bardzo mało czasu - oświadczyła bez zbędnych wstępów. - Karty są pewne. To nie jest zwykła burza. Musimy prędko znaleźć schronienie.

- Niemożliwe, to za szybko - zaklinał rzeczywistość Bączek.

Wiedźma uniosła tylko czarną jak skrzydło kruka brew i powiedziała:

- Nie sądzę, by burza często zaglądała do kalendarza. Mogła się szybciej naładować przez to, jak intensywny był konkurs Letniego Dworu. A może Nero Mortus zaburzył równowagę albo Rubieże po prostu mają magiczną czkawkę. Kto to wie? Ale nadchodzi i musimy się schować. Do miasteczek z trasy mamy za daleko. Nie zdążymy, dogoni nas w szczerym polu. Zostaje tylko jedna opcja. - Popatrzyła chłodno na Baltazara.

- Kamienny Potok - powiedział cicho, analizując w myślach mapę Rubieży.

- Przyjmą nas tam w ogóle? - zapytała posępnie.

Wzruszył ramionami.

- Normalnie by nas psami poszczuli, ale burza wszystko zmienia. Nie mogą odmówić, gdy powołamy się na prawo bezpiecznej przystani.

- Bylebyśmy nie zostali dłużej niż minutę po burzy - zauważyła.

Skinął głową.

- Nie możemy czekać do rana - dodała.

- Tak, powiem wszystkim, by się pakowali - odparł cicho.

- Już się pakują, uprzedziłam ich. Ale byłoby dobrze, gdybyś im powiedział, że masz jakiś plan i ta burza nie pozwija ich w precle. Dużo straciłeś w ich oczach w ostatnim czasie, Baltazarze, zapracuj na ich zaufanie albo stracisz cyrk - zakończyła wiedźma, wstając od stołu.

Włożyła sztormiak i kapelusz, a potem bez słowa wyszła w deszcz.

Baltazar Bączek skubał brodę, zatroskany.

- Poprzypinajcie wszystko, zabezpieczcie szafki i szuflady. Za godzinę ruszamy. Muszę z nimi porozmawiać - powiedział i wyszedł za Branwen. Nawet nie zawracał sobie głowy szukaniem parasola.

- Co się właśnie wydarzyło? - zapytał oszołomiony Franek.

- Pojęcia nie mam, ale bardzo bym chciała wiedzieć, jaka burza zwija ludzi jak precle...

Rozdział 1Awantura na nieznośnych dorosłych i smoka z katarem

Franek biegł najszybciej, jak mógł, a gdy dotarł do kampera dziadka, odbił się od ziemi i ze zwinnością małpiatki zaczął się wspinać po drabince na dach. Goniący go tygrys był doskonałą motywacją. Ogromny kot skoczył za nim i już prawie złapał chłopca za nogawkę spodni, ale grawitacja zadziałała w samą porę.

Max próbował jeszcze uczepić się drabinki, jednak okrągłe metalowe poprzeczki nie współpracowały z jego wielkimi kocimi łapami i pazurami, więc spadł na cztery łapy z podirytowanym stęknięciem. Popatrzył na chłopca z dołu, warknął głośno i odszedł z całą godnością, na jaką było go stać. A nie miał jej zbyt wiele. Nie z żółtym balonikiem wypełnionym helem, który unosił się nad nim, przywiązany do jego ogona. Parsknął i odszedł, by w zaciszu własnej przyczepy odplątać tę nieznośnie śliską wstążeczkę...

Franek uśmiechał się od ucha do ucha, stojąc na dachu przyczepy. To mu się udało. Odkąd tylko on i Finka trafili do cyrku, Max i Simona, małżeństwo zmiennokształtnych tygrysów, za punkt honoru postawili sobie droczyć się i robić sobie żarty kosztem wnucząt właściciela cyrku. Już pierwszego dnia solidnie ich nastraszyli. Wystarczyło, że dwa ogromne tygrysy usiadły na nich, rycząc jak wściekłe bestie i szczerząc ogromne zębiska. Dzieciaki nie wiedziały wtedy nawet, że istnieje coś takiego jak zmiennokształtni i to nie są takie prawdziwe tygrysy ludojady. Franek obiecał sobie wtedy, że kiedyś się Maxowi odwdzięczy, i wreszcie mu się udało. Był z siebie naprawdę dumny. Zdobycie balona, a następnie zakradnięcie się do śpiącego w baseniku tygrysa nie było łatwe! A potem musiał jeszcze uciec... Ale dzięki temu, że Max go gonił, każdy w cyrku widział, że ogromny kocur miał przywiązany do ogona balonik i że to Franek go tam umieścił!

Simona nie pomagała mężowi. Też w tygrysiej formie, turlała się ze śmiechu. Takie były właśnie koty - czasami po prostu chodziło o psoty, o nic więcej. Franek uniósł ręce jak zwycięski bokser, a ona pokiwała głową, wciąż chichocząc, i podreptała za Maxem. Zapewne po to, by się z niego jeszcze trochę ponabijać.

Franek przeszedł po dachu do siostry, która siedziała po turecku tuż nad przednią szybą pojazdu, zamyślona. Nad nią, prawie jak żółty balonik nad zadkiem Maxa, unosił się zaskakująco duży, czerwono-złoty gad. Franek był absolutnie pewien, że Sznurówka, zaprzyjaźniona smoczyca jego siostry, która nazywała ją mamusią, urosła przez ostatnie dwa tygodnie. A do tego ciągle kichała, a ilekroć to robiła, zmieniała się w skrzydlaty miotacz płomieni. Niepokojące.

Usiadł koło bliźniaczki i zagaił:

- Czemu Sznurówka ciągle zieje ogniem?

- Chyba się przeziębiła. Albo to alergia? Nie jestem pewna. W broszurce nie ma ani słowa, jak leczyć u smoków takie objawy. Autorzy skupili się raczej na przepędzaniu ich z wioski, gdy zjadają owce... Poza tym jest niespokojna. Coś się zbliża. W kółko powtarza coś o burzy i ciemności.

- Mówiłaś o tym dziadkowi? - zapytał.

- Próbowałam. - Finka wzruszyła ramionami. Westchnęli jednogłośnie.

Przez ostatnie trzy tygodnie bliźniaki odkryły więcej dziwnych rzeczy niż przez pierwsze jedenaście lat ich życia. Rzeczy niesamowitych, magicznych, jak brama do innego świata, który nazywał się Rubieże, elfy, smoki, potwory i różne rodzaje magii. Żadna z nich nie zaskoczyła ich tak bardzo jak to, że dorośli czasami po prostu zapominają, jak to jest być dorosłymi. Nie zawsze są rozsądni i czasami zachowują się po prostu okropnie dziecinnie. Gdyby Franek i Finka zrobili coś takiego, na pewno zostaliby uziemieni na cały miesiąc.

Ale dorosłych nikt nie uziemia. Nawet gdy bardzo na to zasługują.

Baltazar Bączek, dziadek bliźniaków, i maestro Sylwester Żuczek - jego kiedyś najlepszy przyjaciel, potem zaciekły wróg, a teraz coś pomiędzy - zasługiwali na karnego jeżyka, wysłanie do łóżka bez kolacji lub jakąś równie drastyczną karę, bo zachowywali się po prostu nieznośnie. Od kilku dni staczali wielkie pojedynki na słowa. Czyli po prostu wydzierali się na siebie bez opamiętania. Możliwe, że już całkiem ogłuchli od tych wrzasków, bo chyba nie słyszeli nawet niskich pomruków grzmotów nadciągającej burzy. Może któregoś z nich musiałby walnąć piorun, żeby choć na chwilę przerwali tę awanturę.

Finka nie rozumiała, jak dwóch dorosłych mężczyzn może się zachowywać w ten sposób. Najgorsze, że nikt z cyrku nawet już nie próbował ich uspokajać, inaczej kończyło się to kolejnymi wybuchami złości, bo "oni tu rozmawiają! Im się nie przeszkadza!". I tak się to toczyło. Członkowie obu zjednoczonych niedawno cyrków cierpliwie czekali, aż maestrowie się wykrzyczą. A potem może nawet dojdą do jakiegoś porozumienia. Po cichu obstawiali finał tej katastrofy - Jewgienij był skarbnikiem tych zakładów i miał już wielki słój banknotów, który trafi do tego, kto przepowie właściwie zakończenie starcia Bączka i Żuczka.

Kto mógł przewidzieć, że pomysł, by zjednoczyć Cyrk Jutrzenka z Cyrkiem Solaris, obróci się w taką awanturę? W sumie to była inicjatywa Finki, co Franek jej teraz, gdy obóz rozbrzmiewał odgłosami kolejnej kłótni, przypomniał.

- To trochę twoja wina - powiedział.

- Alternatywą była śmierć z ręki elfów. Skąd mogłam wiedzieć, że gdy udobruchamy elfy, ta dwójka skoczy sobie do gardeł? - odpowiedziała przygnębiona.

Albo kto by przewidział, że Bączek i Żuczek będą tak samo głośni, kłótliwi i uparci jak osły? I że nigdy im nie zabraknie sił na kolejną rundę przepychanek i wrzasków?

Baltazar nawet przez sen staczał pojedynki na słowa z Sylwestrem. Budził wnuki głośnym mamrotaniem, gniewnymi prychnięciami i uderzaniem pięścią w kołdrę. W snach na pewno wygrywał wszystkie te starcia. Na jawie szli łeb w łeb.

Bliźniaki w życiu nie słyszały takich awantur. Odkąd przystąpili do cyrku, by po raz pierwszy spędzić z dziadkiem wakacje, ich tolerancja na hałasy i dziwne dźwięki wzrosła. Ryk tygrysów czy niedźwiedzia, trąbienie i tupanie słonia czy wielkich jak góry smoków przesunęły im granice tego, co właściwie było normalne, ale do wrzasków dwóch dorosłych mężczyzn nie mogli się przyzwyczaić. I chyba nie chcieli, bo to naprawdę nie było normalne.

- Przynajmniej nie musimy się wysilać, by ich podsłuchiwać. - Franek doszukiwał się jakichś pozytywnych stron sytuacji.

- I tak od kilku godzin nie krzyczą nic nowego - burk­nęła Finka. - Nasłałabym na nich Sznurówkę z wiadrem zimnej wody, ale z tym jej ognistym kichaniem to mogłoby się skończyć dramatycznie.

Kolejny grzmot przetoczył się po niebie niczym pomruk głodnego potwora. Sznurówka opadła na dach obok Finki i rozćwierkała się nerwowo. Dziewczynka przytuliła ją i pogłaskała po pleckach, między skrzydłami.

- Będzie dobrze, Sznuróweczko, nic ci się nie stanie - zapewniła.

Ale smok wcale się nie uspokoił. Wymachując łapkami, skrzeczał i świergotał, a Franek nie był w stanie zrozumieć, o co mu chodziło. Finka rozumiała, ale nie umiała uspokoić Sznurówki. Kiedy myślała, że już prawie, prawie, kolejny grzmot sprawił, że smoczyca podskoczyła, rozwinęła szeroko skrzydła i zionęła dwumetrowym ogniem. A potem zerwała się do lotu i krążyła nad przyczepą jak bardzo zdenerwowany latawiec.

- Kto by pomyślał, że smoki boją się burzy - powiedział Franek.

- Nie jestem pewna, czy ona się boi każdej, ale na pewno boi się tej.

- A czym się właściwie różni ta od innych? - zapytał, marszcząc brwi.

- Pojęcia nie mam, ale w cyrku też reagują na nią nerwowo... Może to jakaś rzecz "z tej strony Bramy"?

- Gdyby to naprawdę było coś groźnego, dziadek chyba by zareagował, nie? - drążył, ale zanim siostra odpowiedziała, sam pokręcił głową i przyznał: - O ile w ogóle w tym zacietrzewieniu słyszą te grzmoty...

Przez ostatnie trzy tygodnie życie Franka i Finki kompletnie się zmieniło.

Odkryli, że magia istnieje i sami też ją mają. Ich świat się poszerzył i zrozumieli, jak wiele rzeczy jeszcze czeka na odkrycie. I nawet gdy było niebezpiecznie czy wisiało nad nimi zagrożenie z rąk elfów i nekromantów, bawili się doskonale. Przeżywali przygodę swojego życia.

Ale odkąd dziadek i Żuczek zaczęli się żreć jak uparte osły i wściekłe psy, radość bliźniaków przygasła. Tęsknili za dziadkiem, z którym mogli rozmawiać, pytać go o rzeczy, których nie rozumieli. Za dziadkiem, który śmiał się i opowiadał dziwaczne i wesołe historie. Od kilku dni nie było po nim śladu. Był tylko kłótliwy tyran, który nawet jeśli chwilowo nie wyrzucał z siebie potoku gniewnych słów, układał w głowie tyrady i argumenty, maszerował po obozie ze splecionymi na plecach przedramionami i marszczył groźnie brwi.

Humor i atmosfera zabawy w cyrku przygasły. Skończyli występy w Smoczym Grodzie, odjechali spory kawałek, a gdy rozbili obóz, próbowali zdecydować, gdzie udać się dalej. Po wygranym konkursie Letniego Dworu Elfów ich reputacja obiegła Rubieże i mieli mnóstwo zaproszeń od miast, miasteczek i wiosek.

Ale to nie o wybór, dokąd mieliby jechać, kłócili się Żuczek i Bączek. Kłócili się o zasady, idee i priorytety. A takie kłótnie są najgorsze - i mogą nigdy się nie skończyć.

Albo kończą się rękoczynami i przemocą.

- Pytałaś Branwen, jak zareagowałyby elfy, gdybyśmy się znów rozpadli na dwa cyrki? - zapytał cicho Franek.

Finka pokiwała głową. Była u wiedźmy już drugiego dnia impasu między maestrami.

- Wolałabym nigdy tego nie sprawdzać w praktyce - powiedziała Branwen. - Nie mam żadnych wątpliwości, że poczułyby się oszukane. A tego naprawdę nie traktują lekko.

Tylko czemu, w takim razie, martwiły się o to jedenastoletnie dzieci, ale nie dwaj dorośli i niegłupi panowie? Wielkie tajemnice dorosłych, najwyraźniej.