Rozdział 1Awantura na nieznośnych dorosłych i smoka z katarem
Franek biegł najszybciej, jak mógł, a gdy dotarł do kampera dziadka, odbił się od ziemi i ze zwinnością małpiatki zaczął się wspinać po drabince na dach. Goniący go tygrys był doskonałą motywacją. Ogromny kot skoczył za nim i już prawie złapał chłopca za nogawkę spodni, ale grawitacja zadziałała w samą porę.
Max próbował jeszcze uczepić się drabinki, jednak okrągłe metalowe poprzeczki nie współpracowały z jego wielkimi kocimi łapami i pazurami, więc spadł na cztery łapy z podirytowanym stęknięciem. Popatrzył na chłopca z dołu, warknął głośno i odszedł z całą godnością, na jaką było go stać. A nie miał jej zbyt wiele. Nie z żółtym balonikiem wypełnionym helem, który unosił się nad nim, przywiązany do jego ogona. Parsknął i odszedł, by w zaciszu własnej przyczepy odplątać tę nieznośnie śliską wstążeczkę...
Franek uśmiechał się od ucha do ucha, stojąc na dachu przyczepy. To mu się udało. Odkąd tylko on i Finka trafili do cyrku, Max i Simona, małżeństwo zmiennokształtnych tygrysów, za punkt honoru postawili sobie droczyć się i robić sobie żarty kosztem wnucząt właściciela cyrku. Już pierwszego dnia solidnie ich nastraszyli. Wystarczyło, że dwa ogromne tygrysy usiadły na nich, rycząc jak wściekłe bestie i szczerząc ogromne zębiska. Dzieciaki nie wiedziały wtedy nawet, że istnieje coś takiego jak zmiennokształtni i to nie są takie prawdziwe tygrysy ludojady. Franek obiecał sobie wtedy, że kiedyś się Maxowi odwdzięczy, i wreszcie mu się udało. Był z siebie naprawdę dumny. Zdobycie balona, a następnie zakradnięcie się do śpiącego w baseniku tygrysa nie było łatwe! A potem musiał jeszcze uciec... Ale dzięki temu, że Max go gonił, każdy w cyrku widział, że ogromny kocur miał przywiązany do ogona balonik i że to Franek go tam umieścił!
Simona nie pomagała mężowi. Też w tygrysiej formie, turlała się ze śmiechu. Takie były właśnie koty - czasami po prostu chodziło o psoty, o nic więcej. Franek uniósł ręce jak zwycięski bokser, a ona pokiwała głową, wciąż chichocząc, i podreptała za Maxem. Zapewne po to, by się z niego jeszcze trochę ponabijać.
Franek przeszedł po dachu do siostry, która siedziała po turecku tuż nad przednią szybą pojazdu, zamyślona. Nad nią, prawie jak żółty balonik nad zadkiem Maxa, unosił się zaskakująco duży, czerwono-złoty gad. Franek był absolutnie pewien, że Sznurówka, zaprzyjaźniona smoczyca jego siostry, która nazywała ją mamusią, urosła przez ostatnie dwa tygodnie. A do tego ciągle kichała, a ilekroć to robiła, zmieniała się w skrzydlaty miotacz płomieni. Niepokojące.
Usiadł koło bliźniaczki i zagaił:
- Czemu Sznurówka ciągle zieje ogniem?
- Chyba się przeziębiła. Albo to alergia? Nie jestem pewna. W broszurce nie ma ani słowa, jak leczyć u smoków takie objawy. Autorzy skupili się raczej na przepędzaniu ich z wioski, gdy zjadają owce... Poza tym jest niespokojna. Coś się zbliża. W kółko powtarza coś o burzy i ciemności.
- Mówiłaś o tym dziadkowi? - zapytał.
- Próbowałam. - Finka wzruszyła ramionami. Westchnęli jednogłośnie.
Przez ostatnie trzy tygodnie bliźniaki odkryły więcej dziwnych rzeczy niż przez pierwsze jedenaście lat ich życia. Rzeczy niesamowitych, magicznych, jak brama do innego świata, który nazywał się Rubieże, elfy, smoki, potwory i różne rodzaje magii. Żadna z nich nie zaskoczyła ich tak bardzo jak to, że dorośli czasami po prostu zapominają, jak to jest być dorosłymi. Nie zawsze są rozsądni i czasami zachowują się po prostu okropnie dziecinnie. Gdyby Franek i Finka zrobili coś takiego, na pewno zostaliby uziemieni na cały miesiąc.
Ale dorosłych nikt nie uziemia. Nawet gdy bardzo na to zasługują.
Baltazar Bączek, dziadek bliźniaków, i maestro Sylwester Żuczek - jego kiedyś najlepszy przyjaciel, potem zaciekły wróg, a teraz coś pomiędzy - zasługiwali na karnego jeżyka, wysłanie do łóżka bez kolacji lub jakąś równie drastyczną karę, bo zachowywali się po prostu nieznośnie. Od kilku dni staczali wielkie pojedynki na słowa. Czyli po prostu wydzierali się na siebie bez opamiętania. Możliwe, że już całkiem ogłuchli od tych wrzasków, bo chyba nie słyszeli nawet niskich pomruków grzmotów nadciągającej burzy. Może któregoś z nich musiałby walnąć piorun, żeby choć na chwilę przerwali tę awanturę.
Finka nie rozumiała, jak dwóch dorosłych mężczyzn może się zachowywać w ten sposób. Najgorsze, że nikt z cyrku nawet już nie próbował ich uspokajać, inaczej kończyło się to kolejnymi wybuchami złości, bo "oni tu rozmawiają! Im się nie przeszkadza!". I tak się to toczyło. Członkowie obu zjednoczonych niedawno cyrków cierpliwie czekali, aż maestrowie się wykrzyczą. A potem może nawet dojdą do jakiegoś porozumienia. Po cichu obstawiali finał tej katastrofy - Jewgienij był skarbnikiem tych zakładów i miał już wielki słój banknotów, który trafi do tego, kto przepowie właściwie zakończenie starcia Bączka i Żuczka.
Kto mógł przewidzieć, że pomysł, by zjednoczyć Cyrk Jutrzenka z Cyrkiem Solaris, obróci się w taką awanturę? W sumie to była inicjatywa Finki, co Franek jej teraz, gdy obóz rozbrzmiewał odgłosami kolejnej kłótni, przypomniał.
- To trochę twoja wina - powiedział.
- Alternatywą była śmierć z ręki elfów. Skąd mogłam wiedzieć, że gdy udobruchamy elfy, ta dwójka skoczy sobie do gardeł? - odpowiedziała przygnębiona.
Albo kto by przewidział, że Bączek i Żuczek będą tak samo głośni, kłótliwi i uparci jak osły? I że nigdy im nie zabraknie sił na kolejną rundę przepychanek i wrzasków?
Baltazar nawet przez sen staczał pojedynki na słowa z Sylwestrem. Budził wnuki głośnym mamrotaniem, gniewnymi prychnięciami i uderzaniem pięścią w kołdrę. W snach na pewno wygrywał wszystkie te starcia. Na jawie szli łeb w łeb.
Bliźniaki w życiu nie słyszały takich awantur. Odkąd przystąpili do cyrku, by po raz pierwszy spędzić z dziadkiem wakacje, ich tolerancja na hałasy i dziwne dźwięki wzrosła. Ryk tygrysów czy niedźwiedzia, trąbienie i tupanie słonia czy wielkich jak góry smoków przesunęły im granice tego, co właściwie było normalne, ale do wrzasków dwóch dorosłych mężczyzn nie mogli się przyzwyczaić. I chyba nie chcieli, bo to naprawdę nie było normalne.
- Przynajmniej nie musimy się wysilać, by ich podsłuchiwać. - Franek doszukiwał się jakichś pozytywnych stron sytuacji.
- I tak od kilku godzin nie krzyczą nic nowego - burknęła Finka. - Nasłałabym na nich Sznurówkę z wiadrem zimnej wody, ale z tym jej ognistym kichaniem to mogłoby się skończyć dramatycznie.
Kolejny grzmot przetoczył się po niebie niczym pomruk głodnego potwora. Sznurówka opadła na dach obok Finki i rozćwierkała się nerwowo. Dziewczynka przytuliła ją i pogłaskała po pleckach, między skrzydłami.
- Będzie dobrze, Sznuróweczko, nic ci się nie stanie - zapewniła.
Ale smok wcale się nie uspokoił. Wymachując łapkami, skrzeczał i świergotał, a Franek nie był w stanie zrozumieć, o co mu chodziło. Finka rozumiała, ale nie umiała uspokoić Sznurówki. Kiedy myślała, że już prawie, prawie, kolejny grzmot sprawił, że smoczyca podskoczyła, rozwinęła szeroko skrzydła i zionęła dwumetrowym ogniem. A potem zerwała się do lotu i krążyła nad przyczepą jak bardzo zdenerwowany latawiec.
- Kto by pomyślał, że smoki boją się burzy - powiedział Franek.
- Nie jestem pewna, czy ona się boi każdej, ale na pewno boi się tej.
- A czym się właściwie różni ta od innych? - zapytał, marszcząc brwi.
- Pojęcia nie mam, ale w cyrku też reagują na nią nerwowo... Może to jakaś rzecz "z tej strony Bramy"?
- Gdyby to naprawdę było coś groźnego, dziadek chyba by zareagował, nie? - drążył, ale zanim siostra odpowiedziała, sam pokręcił głową i przyznał: - O ile w ogóle w tym zacietrzewieniu słyszą te grzmoty...
Przez ostatnie trzy tygodnie życie Franka i Finki kompletnie się zmieniło.
Odkryli, że magia istnieje i sami też ją mają. Ich świat się poszerzył i zrozumieli, jak wiele rzeczy jeszcze czeka na odkrycie. I nawet gdy było niebezpiecznie czy wisiało nad nimi zagrożenie z rąk elfów i nekromantów, bawili się doskonale. Przeżywali przygodę swojego życia.
Ale odkąd dziadek i Żuczek zaczęli się żreć jak uparte osły i wściekłe psy, radość bliźniaków przygasła. Tęsknili za dziadkiem, z którym mogli rozmawiać, pytać go o rzeczy, których nie rozumieli. Za dziadkiem, który śmiał się i opowiadał dziwaczne i wesołe historie. Od kilku dni nie było po nim śladu. Był tylko kłótliwy tyran, który nawet jeśli chwilowo nie wyrzucał z siebie potoku gniewnych słów, układał w głowie tyrady i argumenty, maszerował po obozie ze splecionymi na plecach przedramionami i marszczył groźnie brwi.
Humor i atmosfera zabawy w cyrku przygasły. Skończyli występy w Smoczym Grodzie, odjechali spory kawałek, a gdy rozbili obóz, próbowali zdecydować, gdzie udać się dalej. Po wygranym konkursie Letniego Dworu Elfów ich reputacja obiegła Rubieże i mieli mnóstwo zaproszeń od miast, miasteczek i wiosek.
Ale to nie o wybór, dokąd mieliby jechać, kłócili się Żuczek i Bączek. Kłócili się o zasady, idee i priorytety. A takie kłótnie są najgorsze - i mogą nigdy się nie skończyć.
Albo kończą się rękoczynami i przemocą.
- Pytałaś Branwen, jak zareagowałyby elfy, gdybyśmy się znów rozpadli na dwa cyrki? - zapytał cicho Franek.
Finka pokiwała głową. Była u wiedźmy już drugiego dnia impasu między maestrami.
- Wolałabym nigdy tego nie sprawdzać w praktyce - powiedziała Branwen. - Nie mam żadnych wątpliwości, że poczułyby się oszukane. A tego naprawdę nie traktują lekko.
Tylko czemu, w takim razie, martwiły się o to jedenastoletnie dzieci, ale nie dwaj dorośli i niegłupi panowie? Wielkie tajemnice dorosłych, najwyraźniej.