Szczury Wrocławia. Kraty - Robert J. Szmidt

Kup ebooka

54.90 zł
43.92 zł (41,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Szczury Wro­cła­wia" to nie tylko pa­sjo­nu­jąca lek­tura, to także szansa na zo­sta­nie po­sta­cią li­te­racką.

Tak, w tych książ­kach giną lu­dzie z krwi i ko­ści.

Ty także mo­żesz tra­fić na karty ko­lej­nego tomu tego uni­wer­sum!

Ty także mo­żesz na nich zgi­nąć!

Jak tego do­ko­nać?

Do­łącz do grupy "Chcę zgi­nąć w Szczu­rach Wro­cła­wia", którą bez trudu znaj­dziesz na Fa­ce­bo­oku. Tam, w od­po­wied­nim cza­sie, roz­poczną się kon­kursy i lo­so­wa­nia, dzięki któ­rym wzo­ro­wana na To­bie po­stać po­jawi się na kar­tach na­stęp­nych ksią­żek osa­dzo­nych w tym uni­wer­sum.

Za­nurz się w od­mę­tach nie­wy­sło­wio­nej grozy, stań ra­mię w ra­mię z nie­mal sied­miu­set bo­ha­te­rami swo­ich ulu­bio­nych po­wie­ści.

.

Je­śli spodo­bały Ci się KRATY,się­gnij po DZIEL­NICĘ,ko­lejną be­st­sel­le­rową po­wieść z uni­wer­sumSZCZURY WRO­CŁA­WIA.

.

DZIEL­NICA

[frag­ment]

so­bota, 24 sierp­nia 1963, go­dzina 11:38ul. Jed­no­ści Na­ro­do­wej 213, przy mo­ście War­szaw­skim

Ka­rol Ol­szań­ski wy­cią­gnął się wy­god­nie na fo­telu wy­su­nię­tym aż za drzwi nie­wiel­kiego bal­konu, z któ­rego miał wi­dok na wały. Je­śli wszystko do­brze pój­dzie, sa­motna ka­mie­nica sto­jąca nad ka­na­łem po­wo­dzio­wym, w któ­rej schro­nił się dwa ty­go­dnie temu, od­tąd bę­dzie jed­nym z naj­waż­niej­szych punk­tów w Dziel­nicy - jak oca­leni na­zy­wali lo­kalną sieć nie­wiel­kich spo­łecz­no­ści roz­sia­nych w po­bli­skich kwar­ta­łach.

Gdy znik­nęła horda, na Oł­bi­nie za­pa­no­wał względny spo­kój. Po nie­do­bit­kach od­działu żoł­nie­rzy sta­cjo­nu­ją­cych wcze­śniej w bu­dynku szkoły pod­sta­wo­wej nie zo­stał na­wet ślad, ale ich miej­sce za­jęli szybko gwar­dzi­ści, któ­rzy ob­sa­dzili bro­war i po­ste­ru­nek blo­ku­jący bliż­szy przy­czó­łek mo­stu. Mó­wiło się też co­raz gło­śniej, że ge­ne­rał Bie­drzycki lada dzień utwo­rzy po dru­giej stro­nie ulicy coś w ro­dzaju bazy wy­pa­do­wej dla swo­ich jed­no­stek. Co wię­cej, Bro­war Pia­stow­ski miał się po­noć za­mie­nić w obóz przej­ściowy dla tych, któ­rych póź­niej prze­sie­dlili się da­lej, na oczysz­czaną wła­śnie z nie­umar­łych Wielką Wy­spę, bądź w przy­czó­łek, z któ­rego gwar­dia ru­szy do za­pro­wa­dza­nia po­rządku w tej czę­ści Śród­mie­ścia.

Co­kol­wiek szy­ko­wała naj­bliż­sza przy­szłość, ży­cie za­czy­nało po­woli wra­cać do normy. O ile można to było na­zwać normą. Od wczo­raj oca­leni mu­sieli so­bie ra­dzić bez elek­trycz­no­ści, bez bie­żą­cej wody w kra­nach, do tego ob­cu­jąc z ty­sią­cami ży­wych tru­pów ster­czą­cych na nie­mal każ­dej ulicy, na nie­mal każ­dym skwe­rze oraz placu i oku­pu­ją­cych więk­szość miesz­kań i kla­tek scho­do­wych. Lu­dzie mu­sieli mieć oczy do­okoła głowy, by nie paść ofiarą za­razy, która spu­sto­szyła nie tylko to mia­sto, ale i resztę świata.

Czy poza Wro­cła­wiem ist­niała jesz­cze cy­wi­li­za­cja albo cho­ciaż ży­cie? Oto za­gadka. Sto­jące na ozdob­nej ko­mo­dzie ra­dio mil­czało jak za­klęte; je­dyną sta­cją, którą dało się ode­brać, była lo­kalna roz­gło­śnia, za­jęta i bro­niona od sa­mego po­czątku przez lu­dzi ge­ne­rała Bie­drzyc­kiego. Na ca­łej resz­cie za­kre­sów, za­równo fal śred­nich, jak i dłu­gich, można było wy­chwy­cić tylko przy­gnę­bia­jący szum. Acz­kol­wiek woj­sko, dys­po­nu­jące znacz­nie lep­szym sprzę­tem, w wy­da­wa­nych pra­wie co­dzien­nie ko­mu­ni­ka­tach twier­dziło, że na­wią­zało kon­takt z wie­loma - cza­sem bar­dzo od­le­głymi - miej­scami, i in­for­mo­wało, że po­mimo roz­mia­rów pan­de­mii i mi­liar­dów ofiar ludz­kość wciąż wal­czy, a co wię­cej, ma szanse prze­trwać ten ka­ta­klizm jak każdy inny, z któ­rym się zmie­rzyła w spi­sa­nej hi­sto­rii. Czy była to prawda, czy tylko pro­pa­ganda, nikt nie zdo­łał usta­lić.

Żoł­nie­rze na­wo­ły­wali, by cy­wile nie tra­cili na­dziei, na­wet je­śli ich obecna sy­tu­acja wy­daje się bez­na­dziejna. Ol­szań­ski nie do końca wie­rzył w te buń­czuczne za­pew­nie­nia. Jego zda­niem nie był to - i ni­gdy już nie miał być - świat, w któ­rym nor­malny czło­wiek chciałby żyć albo wy­cho­wy­wać dzieci...

On sam stra­cił tam­tego pa­mięt­nego dnia żonę, do­tąd nie miał też po­ję­cia, co dzieje się z po­zo­sta­wioną na Gór­nym Ślą­sku resztą ro­dziny. Zo­stał mu tylko je­den z sy­nów, Ka­jus, który ba­wił się te­raz w po­koju obok, jakby to był ko­lejny naj­zwy­klej­szy dzień jego ży­cia. Ka­rol za­zdro­ścił chłopcu tej bło­giej nie­świa­do­mo­ści, sam od­dałby wszystko, prócz synka, żeby za­po­mnieć o wy­da­rze­niach mi­nio­nych dwóch ty­go­dni.

Spo­tkał w tym cza­sie męż­czyzn star­szych wie­kiem, nie­raz bę­dą­cych głową licz­nej, wie­lo­po­ko­le­nio­wej ro­dziny, któ­rzy w ciągu jed­nej nocy zo­stali sami jak pa­lec. Dzieci, które w parę go­dzin po­tra­ciły ro­dzeń­stwo, ro­dzi­ców, dziad­ków. Ko­biety opła­ku­jące za­gi­nio­nych mę­żów, matki la­men­tu­jące nad od­mie­nio­nymi po­cie­chami... Każdy z za­miesz­ku­ją­cych Dziel­nicę oca­lo­nych miał do opo­wie­dze­nia hi­sto­rie, od któ­rych je­żyły się włosy.

Lu­dzie ci przy­jęli go jak swo­jaka, mimo że po­cho­dził z in­nej czę­ści kraju, mó­wił z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla ślą­skiej gwary ak­cen­tem i nie czuł żad­nego po­wi­no­wac­twa z Wro­cła­wiem, uwa­ża­nym przez miej­sco­wych za pę­pek świata. "Nie szko­dzi" - mó­wili. - "Od­kąd wszystko się zmie­niło, i my mu­simy za­cząć żyć ina­czej. Stare po­działy stra­ciły sens, lu­dzie mu­szą być so­bie braćmi".

Tak przy­naj­mniej było do wczo­raj. I nie­wy­klu­czone, że zo­sta­łoby na za­wsze, gdyby nie ta za­kała, Ko­no­fol... Ol­szań­ski skrzy­wił się na wspo­mnie­nie czło­wieka, który wszystko spie­przył tylko dla­tego, że za­chciało mu się znów pę­dzić bim­ber, za­raz jed­nak wró­cił w my­ślach do roz­trzą­sa­nia ogól­niej­szej sy­tu­acji.

Roz­miary oso­bi­stych tra­ge­dii były tak wiel­kie, że Ka­rol za­sta­na­wiał się nie raz i nie dwa, czy zwy­kli lu­dzie zdo­łają się po nich pod­nieść. Nie­dawne wojny świa­towe wy­nisz­czyły ich w po­twor­nym stop­niu, lecz na­wet obie ra­zem nie przy­nio­sły ta­kiego za­gro­że­nia, ja­kim były hordy zom­bie. Na­gle po­ja­wił się wróg, któ­rym nie­spo­dzie­wa­nie, do­słow­nie w parę se­kund, mógł stać się każdy - nie­ważne, czy obcy czy bli­ski. W domu, na ulicy, wszę­dzie i o każ­dej po­rze. Wy­star­czyło, że czło­wiek umarł czy ra­czej - jak to mó­wiono obec­nie - stał się nie­umarły. Kie­dyś śmierć była czymś naj­nor­mal­niej­szym pod słoń­cem, nikt się jej nie wy­wi­nął, nikt nie żył wiecz­nie, wia­domo było, czego się spo­dzie­wać: umar­łeś, to nie ży­łeś i kropka. A te­raz na­wet to sta­nęło na gło­wie, gdy wo­kół za­ro­iło się od cho­dzą­cych tru­pów.

- Co tam?

Ol­szań­ski drgnął, gdy z głębi po­koju do­biegł głos Mi­ko­łaja, szyn­ka­rza z Psiego Pola, który do­tarł w po­bliże mo­stu krótko przed nim i jako je­den z nie­licz­nych zdo­łał prze­trwać póź­niej­szą ma­sa­krę. Tego sa­mego, który swoim nie­daw­nym wy­bry­kiem spie­przył wszystko do­ku­ment­nie.

Jak ten du­reń mógł tam pójść, nie mó­wiąc mi ani słowa? Gdyby nie do­bra wola ka­pi­tana, by­łoby po nas.

A wy­da­wać się mo­gło, że wy­da­rze­nia wcze­śniej­szych dni zwią­zały ich moc­niej niż naj­bliż­sze na­wet po­kre­wień­stwo. Obaj byli tu obcy, choć nie w tym sa­mym stop­niu. Obaj stra­cili wszystko, z czym ko­ja­rzyło się im dawne ży­cie. Obaj zo­stali wy­rwani ze swo­ich spo­łecz­no­ści i ci­śnięci w sam śro­dek bu­rzy, która zmie­niła ob­li­cze tej ziemi.

Za­miesz­kali w tej ka­mie­nicy, w opusz­czo­nych przez daw­nych lo­ka­to­rów miesz­ka­niach, dzie­ląc ją przez mo­ment z rów­nie jak oni sami za­gu­bio­nymi żoł­nie­rzami, gdy ci ob­sa­dzili po­ste­ru­nek przy mo­ście.

- Nic. Ci­sza, spo­kój, jak to po końcu świata - od­parł Ka­rol, rzu­ca­jąc okiem na ze­ga­rek.

Nad­cho­dziła pora zmiany warty, którą trzy­mali w miesz­ka­niu na ostat­nim pię­trze z po­le­ce­nia ich wy­bawcy, ka­pi­tana Okrut­nego, który - tak jakby - włą­czył ich do swo­jego zdzie­siąt­ko­wa­nego od­działu.

- Bierz dzie­ciaka i wra­caj do sie­bie. - Ko­no­fol po­sta­wił na stole wia­dro pełne ja­błek przy­nie­sio­nych z po­bli­skich ogród­ków dział­ko­wych. - Czę­stuj się, bez krę­pa­cji, niech młody łyk­nie parę gry­zów praw­dzi­wych wi­ta­min. Z reszty upę­dzę na­prawdę do­bre winko.

Ol­szań­ski wstał z fo­tela, prze­cią­gnął się le­ni­wie, ale nie wszedł do po­koju. Coś przy­kuło jego uwagę, ja­kiś le­d­wie wy­chwy­ty­walny dźwięk prze­bi­ja­jący się przez echa ka­no­nady.

- Coś nie tak? - za­nie­po­koił się Ko­no­fol.

- Nie wiem... - Ka­rol ob­ró­cił się twa­rzą do rzeki i za­czął się wpa­try­wać w jej prze­ciw­le­gły brzeg, uważ­nie na­słu­chu­jąc.

Z da­leka do­bie­gał po­mruk, jakby szła bu­rza, ale niebo było prze­cież czy­ściu­teń­kie jak łza.

Nie, to na pewno nie gromy, ten dźwięk jest zbyt jed­no­stajny i nie milk­nie ani na mo­ment, po­my­ślał Ol­szań­ski.

Mi­ko­łaj, który także zdą­żył do­sły­szeć dziwne od­głosy, sta­nął obok niego.

- To sil­niki... - mruk­nął. - Ale nie ta­kie zwy­kłe, od oso­bó­wek...

Wbili wzrok w ka­mie­nice cią­gnące się na dru­gim brzegu, od wa­łów po plac Kro­mera, al­bo­wiem to zza nich do­bie­gało ni to bu­cze­nie, ni to war­ko­ta­nie.

- Tam! - Ko­no­fol wska­zał pal­cem.

Ka­rol się­gnął po lor­netkę. Po­trze­bo­wał kilku se­kund, by na­kie­ro­wać ją we wła­ściwe miej­sce.

- Jezu... - jęk­nął, po­chy­la­jąc się nad ba­rierką, jakby dzięki temu mógł do­strzec więk­szą liczbę szcze­gó­łów. - To woj­sko.

- Nasi?

- Nie.

- To kto?

- Rusy... - Ol­szań­ski za­milkł, nie wie­rząc w to, co wi­dzi.

Dwa trans­por­tery opan­ce­rzone za­trzy­mały się na końcu ulicy, przy któ­rej stał ciąg ka­mie­ni­czek. Nie były tak duże jak blo­ku­jące most BTR-y, miały po cztery ma­sywne koła, a ze stoż­ko­wa­tej wie­życzki umiesz­czo­nej w środ­ko­wej czę­ści opły­wo­wego ka­dłuba ster­czały lufy cięż­kich ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Broń ta ode­zwała się mo­ment póź­niej, za­sy­pu­jąc gra­dem kul nie­licz­nych nie­umar­łych, któ­rzy szwen­dali się po ulicy. Gdy ce­ka­emy umil­kły, w uliczkę wje­chał rząd cię­ża­ró­wek, wy­sko­czyło z nich kil­ku­dzie­się­ciu męż­czyzn w cha­rak­te­ry­stycz­nych oliw­ko­wych mun­du­rach. Mo­gło być ich tam na­wet ze stu. Kie­ro­wani przez do­wód­ców po­dzie­lili się spraw­nie na mniej­sze od­działy, po czym wbie­gli do kilku bram na­raz. Parę se­kund póź­niej zza rzeki do­le­ciały echa ko­lej­nych strza­łów, znacz­nie gło­śniej­sze od ka­no­nady znad Wiel­kiej Wy­spy.

Ka­rol stał jak wmu­ro­wany, nie od­ry­wa­jąc wzroku od scen roz­gry­wa­ją­cych się po dru­giej stro­nie Odry. Ru­scy wy­no­sili z prze­szu­ki­wa­nych ka­mie­nic wszystko, co tylko zdo­łali: worki ziem­nia­ków i weki z piw­nic, wa­lizki wy­peł­nione złu­pio­nymi do­brami, po­ściel, na­rę­cza ubrań, ta­chali na­wet wia­dra wę­gla i drwa. Co gor­sza, wle­kli też za sobą kilka opie­ra­ją­cych się ko­biet. Na oczach Ol­szań­skiego dy­ry­gu­jący tym sza­brem ofi­cer strze­lił dwu­krot­nie do męż­czy­zny, który pró­bo­wał bro­nić swo­jej córki albo żony. Nie za­bił go, mie­rzył w brzuch, by ranny nie sko­nał za szybko i nie do­łą­czył od razu do ar­mii nie­umar­łych.

- Pędź do szkoły, po­wia­dom ka­pi­tana! - szep­nął prze­ra­żony Ka­rol, od­wra­ca­jąc się do Ko­no­fola.

.

Pre­miery ko­lej­nych od­słon

naj­krwaw­szej pol­skiej apo­ka­lipsy zom­bie

kul­to­wego pol­skiego po­stapo,

już w naj­bliż­szych mie­sią­cach!

DZIEL­NICA (MA­RZEC 2024)

BUN­KIER (2025)

BA­TORY (2026)

W sprze­daży:

W przy­go­to­wa­niu:

.

Jesz­cze w tym roku!

Nowe, po­pra­wione wy­da­nie

kul­to­wego pol­skiego po­stapo,

za­chwa­la­nego przez ojca chrzest­nego ga­tunku,

Marka Ba­ra­niec­kiego:

Sa­mot­ność jest wy­bo­rem i pie­kłem Anio­łów Zła.

Wczy­ta­łem się w tę hi­sto­rię i było mi

w niej bar­dzo wy­god­nie...

do chwili, gdy zda­łem so­bie sprawę,

że po­znaję hi­sto­rię naj­gor­szego czło­wieka na Ziemi.

Cząstki każ­dego z nas.

Już wkrótce:

Wy­cze­ki­wana od dawna kon­ty­nu­acja!

SA­MOT­NOŚĆ ANIOŁA ZA­GŁADY: EWA

.

SA­MOT­NOŚĆ ANIOŁA ZA­GŁADY: ADAM

[frag­ment]

Świa­tło w ste­rowni przy­ga­sło i w ko­lej­nym roz­bły­sku na­brało krwa­wej barwy ru­binu. Nie­spełna se­kundę póź­niej roz­le­gło się rów­no­cze­śnie wy­cie sy­ren i roz­pacz­liwy krzyk Su­san. Spoj­rza­łem na nią. Włą­cze­nie alarmu tak ją za­sko­czyło, że ob­lała się wrząt­kiem.

- Za­łożę się, że to ten skur­wy­syn Lee - po­wie­dzia­łem na tyle gło­śno, by mnie usły­szała, za­ra­zem się­ga­jąc do wy­łącz­nika. Ci­che klik­nię­cie i wszystko wró­ciło do normy. Ja­sne świa­tło za­lało cen­tralę i za­pa­no­wała przy­jemna ci­sza. - Gnojki mają nas na pod­glą­dzie - do­da­łem. - Pew­nie za­ło­żył się z war­tow­ni­kami o dwa do­lce, że roz­le­jesz kawę, i te­raz ta­rzają się ra­zem po pod­ło­dze...

Uśmiech­ną­łem się do obiek­tywu ka­mery i po­ka­za­łem je­den z ob­raź­li­wych ge­stów, które wszy­scy na gó­rze, a zwłasz­cza Frank, do­sko­nale zro­zu­mieli. Do­my­sły do­my­słami, ale pro­ce­dura alar­mowa była ja­sna i nie po­zwa­lała na naj­mniej­sze na­wet od­stęp­stwa w żad­nej sy­tu­acji.

Roz­po­czą­łem więc z nie­chę­cią ko­lejną turę do­piero co za­koń­czo­nej kon­troli stanu wy­rzutni i ra­kiet. Su­san zgod­nie z in­struk­cją za­jęła się w tym cza­sie łącz­no­ścią i roz­ka­zami. Mia­łem za sobą czter­na­ście si­lo­sów, gdy nie­ocze­ki­wa­nie ode­zwała się do mnie:

- O kurwa... - po­wie­dzia­łem sam do sie­bie, po­wta­rza­jąc bez­wied­nie prze­kleń­stwo rzu­cone przez Su­san.

Na ekra­nie mo­jego mo­ni­tora po­ja­wił się rząd szes­na­stu wiel­kich i czar­nych jak smoła cyfr. Się­gną­łem ma­chi­nal­nie do książki szy­frów, by po­twier­dzić ode­bra­nie i iden­ty­fi­ka­cję roz­kazu, ale wierz­cie mi, nie mu­sia­łem tego ro­bić, żeby wie­dzieć, co ozna­czają. Ko­lejne prze­kleń­stwo Sue po­twier­dziło moje naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia. Spoj­rza­łem na nią, sie­działa w fo­telu, z wielką brą­zową plamą na kom­bi­ne­zo­nie i z otwar­tymi sze­roko ustami ga­piła się na mo­ni­tor.

- Sue... - Nie za­re­ago­wała na moje słowa, więc pod­nio­słem głos: - Su­san!

Do­piero te­raz od­wró­ciła głowę w moim kie­runku, lecz na­dal nie za­mknęła ust.

- Znasz pro­ce­dury - po­wie­dzia­łem naj­ła­god­niej, jak tylko po­tra­fi­łem.

Po­tak­nęła me­cha­nicz­nie, ale nie zro­biła nic wię­cej.

- Su­san! - Tym ra­zem po­sta­no­wi­łem ode­zwać się ostrzej. - My­li­łem się, to nie sprawka Franka. Nie pa­ni­kuj, mamy do czy­nie­nia z naj­zwy­klej­szymi w świe­cie nie­za­po­wie­dzia­nymi ma­new­rami. Nikt nie wyda roz­kazu ataku. Mu­simy tylko uzbroić gło­wice i przy­go­to­wać ra­kiety do ewen­tu­al­nego startu. E-wen-tu-al-ne-go.

- Aku­rat - wy­szep­tała po­wąt­pie­wa­jąco, ale w końcu za­brała się do ro­boty.

Rzu­ci­łem okiem na sta­tus bazy. Def­con 2, je­den krok od wojny. Ak­ty­wa­cja wszyst­kich wy­rzutni, ra­kiet, ty­sięcy pie­przo­nych gło­wic naj­bar­dziej mor­der­czej broni, jaką znała ludz­kość. Od razu do peł­nej go­to­wo­ści bo­jo­wej, bez pro­ce­dur po­twier­dze­nia, bez roz­ka­zów zwrot­nych. Pro­sto pod klucz. Każ­dego wie­czora i ranka mo­dli­łem się, aby ni­gdy nie było mi dane uj­rzeć tych wła­śnie cho­ler­nych cyfr, które ostatni żoł­nierz wi­dział całe wieki temu, chyba jesz­cze pod­czas kry­zysu ku­bań­skiego.

- Po­dasz mi od­czyty, jak tylko skoń­czę pro­ce­durę spraw­dza­jącą - przy­po­mnia­łem.

Jej za­da­niem było wpro­wa­dza­nie ko­dów ak­ty­wu­ją­cych, ja zaj­mo­wa­łem się resztą. Do­pro­wa­dze­nie do peł­nej go­to­wo­ści bo­jo­wej na­szych wy­rzutni po­winno trwać mniej niż dwie mi­nuty.

- Po­rucz­nik Adam Sa­wyer, dwu­dzie­sty pierw­szy kwiet­nia, go­dzina zero je­den, je­den, pięć, zmiana Delta.

Wszyst­kie wy­rzut­nie go­towe do od­pa­le­nia - po­twier­dzi­łem do mi­kro­fo­nów wy­ko­na­nie roz­kazu, gdy ostat­nia kon­tro­lka za­pło­nęła na zie­lono.

Te­raz mo­gli­śmy tylko cze­kać. Nie po­wiem, że była to kom­for­towa sy­tu­acja. Za­zwy­czaj pod­czas alar­mów ćwi­czeb­nych nie uży­wa­li­śmy praw­dzi­wych ko­dów star­to­wych, co po­zwa­lało na spo­koj­niej­sze prze­pro­wa­dza­nie pro­ce­dur. Z dru­giej jed­nak strony cho­ler­nie uła­twiało prze­ła­ma­nie się, mie­li­śmy bo­wiem nie­za­chwianą pew­ność, że na­ci­ska­jąc czer­wony gu­zik, nie roz­pę­tamy pie­kła na Ziemi. Szta­bowcy twier­dzili od lat, że ta­kie za­bawy nie są w sta­nie od­wzo­ro­wać wa­run­ków bo­jo­wych i dla­tego na­leży ko­niecz­nie je zmie­nić. Żeby wszyst­kie alarmy, w tym próbne, wy­glą­dały jak ten dzi­siej­szy...

Wie­dzia­łem o tym, jak chyba wszy­scy w na­szej ba­zie i cho­ciaż nie do­tarła do nas żadna wia­do­mość o zmia­nie pro­ce­dur, li­czy­łem w skry­to­ści du­cha, że ktoś gdzieś na gó­rze, może na­wet w Bia­łym Domu, wpadł na po­mysł, iż nad­szedł czas, aby "re­al­nie" prze­te­sto­wać spraw­ność sys­te­mów obrony. Tak... To wy­da­wało mi się, zwa­żyw­szy na prze­bieg zda­rzeń, cał­kiem praw­do­po­dobne. W dwa ty­siące dwu­dzie­stym szó­stym, tuż po za­koń­cze­niu kry­zysu taj­wań­skiego, prze­pro­wa­dzono po­dobne ćwi­cze­nia. Pod­mie­niono wtedy wszyst­kie kody do­stępu w ta­jem­nicy przed per­so­ne­lem baz ra­kie­to­wych, z wy­jąt­kiem naj­wyż­szego do­wódz­twa, i prze­pro­wa­dzono alarm bo­jowy, do od­pa­le­nia ra­kiet włącz­nie, sy­mu­lu­jąc eska­la­cję ist­nie­ją­cego w rze­czy­wi­sto­ści kon­fliktu. Po pię­ciu do­bach nie­wy­obra­żal­nego stresu, po czter­dzie­stu go­dzi­nach utrzy­my­wa­nia Def­con 2, kar­mieni ob­ra­zami mi­liona chiń­skich żoł­nie­rzy wy­ru­sza­ją­cych w mo­rze, lu­dzie za­mknięci w ba­zach ra­kie­to­wych nie mo­gli mieć złu­dzeń - oni WIE­DZIELI, CO ozna­cza ten roz­kaz. Po­dobno tylko szes­na­ście pro­cent ze­spo­łów dy­żu­ru­ją­cych zde­cy­do­wało się na uży­cie klu­czy.

Szes­na­ście pro­cent... I to długo po upły­wie re­gu­la­mi­no­wych dwóch mi­nut.

To był mo­ment zwrotny dla stra­te­gów z Pen­ta­gonu.

Pa­mię­ta­łem do­sko­nale, jaka bu­rza roz­pę­tała się w Wa­szyng­to­nie, gdy te dane uj­rzały świa­tło dzienne. Po­le­ciały głowy, całe mo­rze głów. Mó­wiono na­wet o zauto­ma­ty­zo­wa­niu ca­łego sys­temu, ale pre­zy­dent miała jaja, nie ule­gła na­ci­skom do­rad­ców i po burz­li­wych de­ba­tach zde­cy­do­wano za­cho­wać sta­tus quo. Na­dal czło­wiek miał zde­cy­do­wać o za­gła­dzie swo­jego ga­tunku. Do dzi­siaj uwa­ża­łem to za słuszne, lecz...

Spoj­rza­łem znów na Su­san. Była blada, bar­dzo blada, za mo­ment mo­gła się za­ła­mać.

- Sue, pa­mię­tasz dwa ty­siące dwu­dzie­sty szó­sty? - za­py­ta­łem.

Ski­nęła głową.

- Wy­daje mi się, że dzi­siaj mamy do czy­nie­nia z czymś po­dob­nym.

Zer­k­nęła na mnie i zo­ba­czy­łem wy­raź­nie, że drżą jej ką­ciki ust.

- My­ślisz... że to jest test? - Nie za­pa­no­wała do końca nad gło­sem, choć bar­dzo się sta­rała.

- Nie my­ślę, ja to wiem. - Mu­sia­łem ją uspo­koić za wszelką cenę. - Kto mógłby nas za­ata­ko­wać bez ostrze­że­nia? Chiń­czycy? Ro­sja­nie? Po jaką cho­lerę? Prze­cież to nie dwu­dzie­sty wiek...

- Nie, to nie dwu­dzie­sty wiek...

Spo­dzie­wa­łem się, że uczepi się każ­dej my­śli, która po­zwoli jej od­rzu­cić po­wagę sy­tu­acji, i nie po­my­li­łem się.

- Po­myśl lo­gicz­nie, Sue. Od czasu wojny z Ira­nem mamy cho­ler­nie nudną służbę. Sześć pie­przo­nych lat to­tal­nego spo­koju. Ko­rea stała się oazą zjed­no­czo­nej szczę­śli­wo­ści, Ro­sja jest zbyt za­jęta li­za­niem ran, a Chiny wciąż nie prze­tra­wiły Taj­wanu.

- Wiesz, Ada­mie... - Moje słowa wresz­cie za­częły do niej do­cie­rać. - Przed wyj­ściem na tę zmianę oglą­da­łam wia­do­mo­ści. Ju­tro je­dziemy z dzie­cia­kami He­len do Di­sney­landu w Ana­heim, chcia­łam zo­ba­czyć pro­gnozy po­gody. Na CNN nie było żad­nej wzmianki o kon­flik­cie czy wzro­ście na­pię­cia...

- Sama wi­dzisz. - Po­zwo­li­łem so­bie na ła­godny uśmiech, choć nie by­łem w na­stroju do żar­tów. - Po­dejdźmy do tego spo­koj­nie, Sue. Zo­ba­czysz, za chwilę do­sta­niemy od­wo­ła­nie tego ku­rew­skiego alarmu.

Tym ra­zem nie mia­łem ra­cji. Od­wo­ła­nie nie przy­szło. Nie mi­nęło dwa­dzie­ścia se­kund od mo­mentu, gdy wy­po­wie­dzia­łem ostat­nie słowa, a wszyst­kie ekrany ożyły, wy­peł­nia­jąc się ko­lej­nymi rzę­dami cyfr. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom.

Def­con 1!

Do si­lo­sów po­pły­nęły z po­wierzchni po­twier­dze­nia ce­lów, kody dla po­szcze­gól­nych gło­wic, na ko­niec do­sta­li­śmy roz­kazy na­tych­mia­sto­wego od­pa­le­nia. Te­raz i ja po­czu­łem zimny pot ście­ka­jący po ple­cach.

- Prze­cho­dzimy na tak­tyczny. - Wy­da­łem po­le­ce­nie, oba­wia­jąc się, że Su­san go nie wy­kona, ale ku mo­jemu zdzi­wie­niu główny ekran na­tych­miast wy­peł­nił się zna­jo­mymi li­niami i sym­bo­lami.

- Klucz - roz­pią­łem kom­bi­ne­zon i ze­rwa­łem łań­cu­szek, na któ­rym mia­łem za­wie­szoną kartę ma­gne­tyczną zwaną po­tocz­nie, na pa­miątkę daw­nych cza­sów, "klu­czem". Trzy­ma­jąc ją w ręce, po­pa­trzy­łem na Su­san. Wa­hała się, lecz gdy ski­ną­łem głową, się­gnęła trzę­są­cymi się rę­kami do zamka bły­ska­wicz­nego.

- Od­pa­le­nie na trzy - po­wtó­rzy­łem ko­mendę, któ­rej ni­gdy nie chcia­łem wy­po­wia­dać na po­waż­nie.

- Na trzy - usły­sza­łem krótką od­po­wiedź.

- Je­den.

- Je­den... - po­wtó­rzyła za mną, jakby cier­piała na echo­la­lię.

- Dwa.

- Dwa... - Jej głos wy­raź­nie za­drżał.

- Trzy. - Mimo że prze­cią­gną­łem klucz przez czyt­nik, ekran mo­ni­tora po­zo­stał czarny. Spoj­rza­łem na Su­san. Trzy­mała kartę w szcze­li­nie, ale nie wy­ko­nała ostat­niego ru­chu.

- Sue! - po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się, aby za­brzmiało to na­gląco. - Wy­ko­naj roz­kaz!

Po­krę­ciła głową.

- Osza­la­łaś?! - Te­raz już krzy­cza­łem. - Od­ma­wiasz wy­ko­na­nia roz­kazu?!

- To nie może być prawda...

- Nie nam to oce­niać! Wy­ko­naj roz­kaz!

- Nie! - od­parła krótko i sta­now­czo.

Po­czu­łem, że tracę nad nią kon­trolę.

- Su­san, nie wiem, co ci się roi w gło­wie, ale wiedz jedno: ci na gó­rze wy­prują z nas... a zwłasz­cza z cie­bie wszyst­kie flaki, kiedy do­wie­dzą się, że za­wio­dłaś.

- Je­śli wy­ko­nam roz­kaz, skażę na śmierć mi­liony lu­dzi. Setki mi­lio­nów...

- Je­śli to nie są ma­newry, wła­śnie ska­zu­jesz na śmierć setki mi­lio­nów Ame­ry­ka­nów!

- To nie tak, Ada­mie... Je­śli to jest praw­dziwa wojna, od­pa­le­nie na­szych ra­kiet nie ura­tuje ani jed­nego ist­nie­nia. Ja po pro­stu nie mogę...

Niech to szlag. Re­ak­cja jak z pod­ręcz­nika. Lata szko­leń, a i tak nie wy­trzy­mała na­pię­cia i świa­do­mo­ści, że uczest­ni­czy w znisz­cze­niu wszel­kiego ży­cia na pla­ne­cie. Mu­sia­łem za­grać va ba­nąue, choć prawdę po­wie­dziaw­szy, też znaj­do­wa­łem się bli­sko gra­nicy wy­trzy­ma­ło­ści.

- Sue, po­wiedz szcze­rze, ufasz mi?

- Tak.

- Za­tem po­słu­chaj uważ­nie, co ci po­wiem. Nie mamy pew­no­ści, czy to jest praw­dziwy alarm czy tylko nie­stan­dar­dowe ćwi­cze­nia, prawda?

- Prawda - po­wtó­rzyła jak au­to­mat.

- Wła­śnie. - Za­czerp­ną­łem głę­boko po­wie­trza i po­sze­dłem za cio­sem: - Je­stem pe­wien, że bie­rzemy udział w te­ście po­dob­nym do tego z roku dwa ty­siące dwu­dzie­stego szó­stego. A na­wet je­śli się mylę, ak­ty­wu­jąc kody od­pa­le­nia, wcale nie bie­rzesz na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za to, co na­stąpi. Po pierw­sze, nie ty pod­ję­łaś tę de­cy­zję...

- Na­prawdę? - Choć miała opusz­czoną głowę, wi­dzia­łem, że ką­ciki jej ust wę­drują w górę.

- Su­san, wiesz rów­nie do­brze jak ja, że na pięć­dzie­siąt dwa bun­kry do­wo­dze­nia tylko szes­na­ście ma po­łą­cze­nie z wy­rzut­niami ra­kiet. I nikt nie wie, które z nich w da­nym mo­men­cie ste­rują ca­łym sys­te­mem. Do­brze mó­wię?

- Do­brze. - Na­dal na mnie nie pa­trzyła, ale za­uwa­ży­łem, że z jej twa­rzy ustę­puje na­pię­cie.

Chwy­ciła ha­czyk. Punkt dla mnie. Żeby wy­grać, mu­sia­łem de­li­kat­nie do­pro­wa­dzić sprawę do fi­nału.

- Wy­niki te­stu z cza­sów kry­zysu taj­wań­skiego do­wio­dły, że mało kto po­dej­mie się zgła­dze­nia mi­lio­nów ludz­kich ist­nień. Dla­tego do­wódz­two po­sta­no­wiło sko­rzy­stać z opcji plu­tonu eg­ze­ku­cyj­nego. Pa­mię­tasz tę za­sadę? Kil­ku­na­stu żoł­nie­rzy strzela, ale tylko dwóch, trzech używa ostrej amu­ni­cji. Nikt nie ma pew­no­ści, że za­bił. Wszy­scy mają za to na­dzieję, że ktoś inny był ka­tem. - Mó­wiąc te słowa, za­czy­na­łem bło­go­sła­wić czło­wieka, który wpadł na tak sza­tań­ski po­mysł. - Su­san, po­dob­nie jest z nami. Pew­nie na­wet nie ma zna­cze­nia, czy uży­jesz swo­jej karty czy nie. Ra­kiety i tak po­lecą. My tylko dbamy o go­to­wość bo­jową na­szych si­lo­sów, kody są du­blo­wane, na­dejdą z paru miejsc rów­no­cze­śnie. Je­śli to praw­dziwa wojna, twój sprze­ciw się nie li­czy, ale je­śli mamy do czy­nie­nia z ćwi­cze­niami, wła­śnie mar­nu­jesz so­bie ży­cie. Wy­pie­przą cię na zbity pysk, a ja pew­nie po­lecę za­raz za tobą. Zero od­prawy, zero szans na przy­zwo­itą ro­botę, wil­czy bi­let na dłu­gie lata, pod wa­run­kiem, że nie wsa­dzą nas do wię­zie­nia za zdradę. Na­prawdę tego chcesz? Ma­rzy ci się spa­nie w kar­to­nach gdzieś w East LA?

- Może masz ra­cję...

- Mam ra­cję, Su­san - prze­rwa­łem jej bez ce­re­gieli.

Wresz­cie spoj­rzała na mnie, za­uwa­ży­łem, że ma łzy w oczach.

- Od­pa­lamy na trzy - po­wtó­rzy­łem roz­kaz.

- Na trzy - po­twier­dziła.

- Raz.

- Dwa.

- Trzy - tym ra­zem na­sze głosy zle­wały się w jedno.

Zni­ka­jące li­nie kodu na mo­ni­to­rach po­twier­dzały wy­ko­na­nie roz­kazu. Za­brało nam to sześć mi­nut dwa­dzie­ścia se­kund, a więc po­nad trzy razy dłu­żej, niż za­kła­dał re­gu­la­min.

Le­piej późno niż wcale, po­wia­dają.

Otar­łem pot z czoła. Po­mimo pra­cu­ją­cej pełną parą kli­ma­ty­za­cji na­gle w cen­trali zro­biło się duszno. Mia­łem cho­lerną na­dzieję, że za se­kundę zo­ba­czę ko­mu­ni­kat ob­wiesz­cza­jący ko­niec ćwi­czeń. A je­śli nie... Ja też chcia­łem wie­rzyć, że by­li­śmy tylko pion­kami w tej grze, że ci na gó­rze za­de­cy­do­wali o wszyst­kim, a nam przy­szło tylko, peł­nić rolę sta­ty­stów. Cho­ciaż uży­łem klu­cza, cho­ciaż na­mó­wi­łem do tego Sue, nie do­pusz­cza­łem do sie­bie my­śli, że oto wy­pu­ści­li­śmy na wol­ność szes­na­stu lśnią­cych, smu­kłych jeźdź­ców apo­ka­lipsy.

- Amen. - Usły­sza­łem szept Su­san, le­d­wie za­pa­dła ci­sza.

Oboje wpa­try­wa­li­śmy się w ekran tak­tyczny. Na ra­zie nic się nie działo, oczami wy­obraźni wi­dzia­łem jed­nak na po­ły­sku­ją­cej ma­towo czerni po­twier­dze­nie zda­nia te­stu, gdy wtem na gór­nej kra­wę­dzi mapy po­ja­wiły się trój­kątne sym­bole. Je­den, drugi, piąty, szybko stra­ci­łem ra­chubę. Na­prze­ciw nim mknęły z cen­trum mapy nie mniej liczne znaczki.

- Na­dal są­dzisz, że to ćwi­cze­nia? - szep­nęła Sue.

- Nie wiem - od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą. - Nic już nie wiem.

- Mamy po­twier­dze­nie, czyje to ra­kiety? - za­py­tała.

Spraw­dzi­łem od­czyty tra­jek­to­rii.

- Idą znad bie­guna i od wschodu. To Ro­sja­nie.

- Ro­sja­nie?

Tym ra­zem nie od­po­wie­dzia­łem. Wpa­try­wa­łem się w ekran, który przy­po­mi­nał mi ob­raz z ar­cha­icz­nej gry wi­deo, jaką mie­li­śmy wieki temu w Kan­sas City. Nie pa­mię­ta­łem do­kład­nie jej ty­tułu. "Mis­sile Com­mand" czy ja­koś tak... W każ­dym ra­zie czło­wiek pro­jek­tu­jący gra­fikę na­szego ekranu tak­tycz­nego mu­siał być fa­nem tej gry. Li­nie przed­sta­wia­jące tory nad­la­tu­ją­cych ra­kiet wy­dłu­żały się wolno, lecz nie­ustan­nie. Zbyt wolno. Na­sze po­ci­ski prze­chwy­tu­jące po­winny je do­paść jesz­cze nad te­ry­to­rium Ka­nady. Sto, może na­wet dwie­ście mil od gra­nicy. Cze­ka­łem na wy­nik tego star­cia, za­ci­ska­jąc ner­wowo dło­nie na wy­tar­tych opar­ciach fo­tela.

W księ­gar­niach jesz­cze w tym roku!

.

WIĘ­CEJ IN­FOR­MA­CJI O AU­TO­RZE ZNAJ­DZIE­CIE NA:

www.ro­ber­tjsz­midt.com

www.fa­ce­book.com/Ro­ber­tJSz­midt

www.in­sta­gram.com/r.j.szmidt

1

so­bota, 10 sierp­nia 1963, go­dzina 04:04Za­kład Karny Nr 1 przy ulicy Klęcz­kow­skiej 35

- Za­mknij­cie to okno, do cho­lery - wark­nął ka­pi­tan Woj­ciech Okrutny, nie od­ry­wa­jąc wzroku od le­żą­cych przed nim pa­pie­rów.

- No ale jakże to tak, sze­fie ko­chany - za­pro­te­sto­wała pi­skli­wym gło­sem ukryta za ścianą se­kre­tarka. - Po­du­simy się prze­cie, jak te kar­pie w wan­nie na święta...

- Ku­bi­siowa! - Po­iry­to­wany za­stępca na­czel­nika pod­niósł głos jesz­cze bar­dziej. - Wy mi tu z tymi wa­szymi re­li­gij­nymi za­bo­bo­nami nie wy­jeż­dżaj­cie. To nie har­cer­stwo, tylko służba wię­zienna. Je­śli mó­wię za­mknąć okno, to za­my­ka­cie i na tym ko­niec!

Przy­ga­dał Agatce ostrzej, niż za­mie­rzał, po­nie­waż sy­tu­acja za­czy­nała go prze­ra­stać. Poza tym, bę­dąc męż­czy­zną słusz­nej po­stury, po­cił się za dwóch. Noc oka­zała się wy­jąt­kowo upalna, a je­dyna szansa na zła­pa­nie od­de­chu ode­szła wła­śnie w nie­pa­mięć, gdy lekki wia­te­rek po­now­nie zmie­nił kie­ru­nek, ścią­ga­jąc nad kom­pleks wię­zie­nia kłęby gę­stego, cuch­ną­cego po­twor­nie dymu.

Od strony se­kre­ta­riatu do­bie­gło naj­pierw gło­śne trza­śnię­cie, po­tem trudne do zro­zu­mie­nia, ale na pewno gder­liwe mam­ro­ta­nie se­kre­tarki. Nie­mal na­tych­miast zro­biło się dusz­niej, cał­kiem jakby ktoś włą­czył pal­nik pod tym wiel­kim po­nie­miec­kim ce­gla­nym pie­kar­ni­kiem, w któ­rym przy­szło im spę­dzić ostat­nią noc.

Okrutny skwi­to­wał na­rze­ka­nia Agaty po­dob­nym nie­ar­ty­ku­ło­wa­nym po­mru­kiem, po czym prze­niósł wzrok z za­pi­sa­nego macz­kiem sko­ro­szytu na cze­ka­ją­cych w rów­nym sze­regu pod­wład­nych. Stali przed nim trzej męż­czyźni i ko­bieta.

- Jest tylko je­den spo­sób - po­wie­dział, stu­ka­jąc pal­cem wska­zu­ją­cym w spo­rzą­dzone przez sie­bie wy­li­cze­nia. - Je­śli mamy zdą­żyć, mu­simy wy­pro­wa­dzać na dzie­dzi­niec całe bloki.

- Ale to po trzy­stu chłopa bę­dzie - za­opo­no­wał Sę­kala, szczu­pły i nie­mal łysy oku­lar­nik, który na­wet gdy stał przed sie­dzą­cym prze­ło­żo­nym, nie­spe­cjal­nie nad nim gó­ro­wał. Wy­mięta bluza mun­du­rowa z dys­tynk­cjami star­szego sier­żanta wi­siała na nim jak na wie­szaku, spodnie też były za luźne, mimo że wy­dano mu naj­mniej­sze do­stępne w ma­ga­zy­nie sorty. - A mamy na zmia­nie tylko dwu­dzie­stu czte­rech lu­dzi, je­śli li­czyć wie­żo­wych i baby.

- Nie za­pa­nu­jemy nad ta­kim tłu­mem, je­żeli doj­dzie do... - po­parła go sier­żant Agnieszka Me­dy­grał, pia­stu­jąca funk­cję sze­fo­wej prze­zna­czo­nego dla ko­biet bloku D. Była niż­sza na­wet od Sę­kali, drob­niutka jak na­sto­latka, a gdy spo­glą­dała na czło­wieka tymi wiel­kimi, błę­kit­nymi oczami, serce od razu mię­kło, choć nie­je­den absz­ty­fi­kant prze­ko­nał się bo­le­śnie, że za­dzie­ra­nie z nią nie jest naj­lep­szym po­my­słem. Jak przy­cho­dziło co do czego, nie było ostrzej­szej kosy wśród tu­tej­szych straż­ni­czek.

- Do ni­czego nie doj­dzie, mo­że­cie mi wie­rzyć - prze­rwał jej ka­pi­tan.

- Gdy tylko za­uważą, że są w prze­wa­dze... - nie ustę­po­wała.

- Wiem, co ro­bię, za­ufaj­cie mi. - Okrutny wszedł jej w słowo po raz drugi. - Plan wy­gląda na­stę­pu­jąco. Za­czniemy od oczysz­cze­nia kur­wi­dołka, a za­raz po ba­bach zaj­miemy się blo­kiem C, gdzie sie­dzą sami tym­cza­sowi i ci z naj­niż­szymi wy­ro­kami. Z nimi pro­ble­mów nie bę­dzie, więc po­łowę ro­boty od­wa­limy w try miga. Da­lej przej­dziemy do skrzy­dła B. Tam mamy sporo re­cy­dywy, ale to prze­cież w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści do­li­nia­rze, po­spo­lite draby i mo­czy­mordy. Nie są­dzę, by zmu­sze­nie ich do wyj­ścia za mur na­strę­czyło nam więk­szych pro­ble­mów. Blok A zo­sta­wimy so­bie na ko­niec.

- I tu za­czną się schody - wy­ce­dził star­szy sier­żant.

- Ro­bert do­brze gada - ode­zwał się mil­czący do tej pory sier­żant To­masz Ra­wiń­ski, do­wódca zmiany na wspo­mnia­nym bloku, wyż­szy o pół głowy od Sę­kali i znacz­nie ma­syw­niej­szy, war­sza­wiak, swo­jak z Pragi, który do­brze po­znał pół­świa­tek sto­licy, i to z obu stron, za­nim tra­fił do dol­no­ślą­skiej służby wię­zien­nej. - Ba­bami i do­li­nia­rzami mo­żemy się nie przej­mo­wać, pełna zgoda, ale blok A to zu­peł­nie inna sprawa. Moje żuczki już za­uwa­żyły, że za mu­rem coś się dzieje. Nie wie­dzą jesz­cze, co jest grane, to prawda, ale od­głosy ca­ło­noc­nej strze­la­niny na pewno dały im do my­śle­nia. Do­nie­siono mi - do­dał - że mniej wię­cej od pół­nocy mię­dzy ce­lami krążą grypsy mó­wiące o wy­bu­chu kontr­re­wo­lu­cji. Dla­tego chłopcy mają pie­tra, że za­raz po otwar­ciu cel osa­dzeni mogą cze­goś pró­bo­wać.

- Na­wet je­śli im po­wiemy, że wła­dza lu­dowa ogło­siła bez­wa­run­kową amne­stię?

- Dla kra­wa­cia­rzy? - za­śmiał się Ra­wiń­ski. - Uwie­rzy­li­by­ście na ich miej­scu w ta­kie re­we­la­cje, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie? Bo ja na pewno nie.

- Święta ra­cja - wtrą­cił Sę­kala, od­wdzię­cza­jąc się ko­le­dze.

Ska­zani na śmierć ban­dyci nie­uf­nie po­dejdą do ta­kiej obiet­nicy. Nie­któ­rych od za­dyn­da­nia na stryczku dzie­liło już tylko kilka dni. Nie byli też tak głupi jak prze­stęp­czy plank­ton sie­dzący za zgar­nię­cie flaszki z knajpy albo ob­ro­bie­nie piw­nicy.

- A co wy o tym wszyst­kim są­dzi­cie, Pa­tryku? - Okrutny prze­niósł wzrok na cho­rą­żego Ro­jew­skiego, ostat­niego z we­zwa­nych pod­ofi­ce­rów, szczu­płego jak Ro­bert, ale naj­wyż­szego z tej trójki bro­da­cza o ster­czą­cych wło­sach i po­cią­głej twa­rzy, któ­remu pod­le­gał blok C.

- Ry­zy­kowne po­su­nię­cie moim zda­niem. - Pa­tryk od­po­wie­dział po chwili za­sta­no­wie­nia. - Rzekł­bym na­wet, że zbyt ry­zy­kowne. Re­cy­dywa po­stawi się, jak tylko wy­czuje pi­smo no­sem. A nasi chłopcy są za bar­dzo prze­stra­szeni, żeby zgry­wać twar­dzieli, co do­dat­kowo może ośmie­lić wy­pro­wa­dza­nych na plac ape­lowy żucz­ków.

- W ta­kim ra­zie mamy cho­lerny pro­blem. - Ka­pi­tan ode­pchnął się od biurka, by wstać przy akom­pa­nia­men­cie prze­raź­li­wego zgrzytu nóg cięż­kiego krze­sła. - Nie wiem, co Za­tylny nam rych­tuje, ale Bed­na­rek sły­szał na wła­sne uszy, jak ta gnida mówi sta­remu, że ewa­ku­acja dzia­ła­czy musi się za­koń­czyć przed wpół do szó­stej. Bez­względ­nie. A to zna­czy, że zo­stało nam... - spoj­rzał na ze­ga­rek - ...osiem­dzie­siąt mi­nut, może pół­to­rej go­dziny, ale na pewno nie wię­cej. Prze­li­czy­łem to na wszel­kie spo­soby. - Wska­zał le­żące na bla­cie no­tatki. - Albo za­czniemy ak­cję opróż­nia­nia wię­zie­nia w tej chwili, wy­pro­wa­dza­jąc na plac całe bloki, albo mo­że­cie się po­że­gnać z ro­dzi­nami... - Prze­su­nął wzro­kiem po twa­rzach pod­wład­nych. - Nie licz­cie na to, że oni okażą ko­mu­kol­wiek li­tość.

Pod­ofi­ce­ro­wie spu­ścili głowy. Wie­dzieli, co zro­bią po­pro­szeni przez se­kre­ta­rza o po­moc Ro­sja­nie, gdy wejdą do mia­sta. Ża­den nie bę­dzie py­tał, czy na­po­tkany czło­wiek jest za­ra­żony. Tylko mur mógł za­gwa­ran­to­wać ich bli­skim względne bez­pie­czeń­stwo, przy­naj­mniej w pierw­szych go­dzi­nach czystki, kiedy bę­dzie naj­go­rę­cej.

- Może po­zbądźmy się tylko bab i tych z ni­skimi wy­ro­kami, a resztę ho­łoty zo­stawmy w ce­lach - za­pro­po­no­wał po chwili mil­cze­nia Ra­wiń­ski.

- Chce­cie, żeby na­sze żony i dzieci prze­by­wały w tym sa­mym miej­scu co taki Spry­cha, Ne­rynk albo Mag­dzia­rek? - za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie Woj­ciech. - Poza tym jak to so­bie wy­obra­ża­cie?

- Mo­żemy od­ciąć ten blok od reszty... - za­czął Sę­kala.

- Albo prze­nieść ich do Ba­bińca - prze­rwała mu Me­dy­grał. - Po­tem, już na spo­koj­nie, pod bro­nią ma­szy­nową, cela po celi.

Ka­pi­tan krę­cił wolno głową. Roz­wa­żał to roz­wią­za­nie, ale im dłu­żej nad nim my­ślał, tym wię­cej wi­dział za­gro­żeń. W bloku A sie­dzieli naj­gorsi prze­stępcy, a ta­kim nie trzeba wiele, żeby po­ka­zali, na co ich stać - a prze­cież wła­śnie przed tym chciał ochro­nić naj­bliż­szych, za­równo swo­ich, jak i po­zo­sta­łych funk­cjo­na­riu­szy.

- Nie - rzu­cił zde­cy­do­wa­nym to­nem. - To nie wcho­dzi w ra­chubę.

- Jest jesz­cze jedno wyj­ście, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie - przy­po­mniał mu Ra­wiń­ski, zni­ża­jąc głos.

Okrutny wes­tchnął ciężko.

Tak, nad tym także się za­sta­na­wiał, choć znacz­nie kró­cej. W od­róż­nie­niu od pod­wład­nych miał bo­wiem lep­sze ro­ze­zna­nie w sy­tu­acji. Wciąż jed­nak nie mógł uwie­rzyć w to, co usły­szał od przy­ja­ciela, in­ten­denta dwójki, na­ocz­nego świadka nie­daw­nych wy­da­rzeń w Ko­men­dzie Wo­je­wódz­kiej. Gdyby nie znał ma­jora Brandta tak do­brze - i gdyby pół go­dziny póź­niej nie utra­cił łącz­no­ści z Za­kła­dem Kar­nym Nr 2 - być może uznałby, że to ja­kiś głupi żart Krzysz­tofa. Nie­umarli? Lu­dzie, któ­rych nie da się za­bić? Długo bił się z my­ślami, czy po­dzie­lić się tymi in­for­ma­cjami ze swo­imi pod­wład­nymi, od któ­rych za­le­żało po­wo­dze­nie ak­cji ewa­ku­acyj­nej, lecz osta­tecz­nie uznał, że nie po­wi­nien tego ro­bić.

- Zna­cie ko­goś, kto wy­kona dwie­ście eg­ze­ku­cji w pół­to­rej go­dziny? - za­py­tał, pa­trząc pod­ofi­ce­rom pro­sto w oczy.

Spu­ścili wzrok, nie od­po­wie­dzieli. Nie mu­sieli py­tać pod­le­głych im funk­cjo­na­riu­szy, by wie­dzieć, jaką otrzy­mają od­po­wiedź. Gdyby zde­cy­do­wali się na to roz­wią­za­nie, li­kwi­da­cja naj­gor­szego ele­mentu spa­dłaby na nich sa­mych.

- Może nie dwie­ście... - mruk­nął po chwili Ra­wiń­ski.

- A jaka jest wa­szym zda­niem róż­nica mię­dzy setką a dwiema set­kami stra­co­nych? - od­wark­nął ka­pi­tan.

- Kra­wa­cia­rzy mamy tylko nieco po­nad dwu­dzie­stu - przy­po­mniał wszyst­kim ze­bra­nym Sę­kala.

- I z trzy razy tyle nie­wiele od nich lep­szej re­cy­dywy z wy­ro­kami dłuż­szymi od nie­jed­nego ży­cio­rysu - skon­tro­wał od razu ka­pi­tan. - Nie mó­wiąc o tym, że po pierw­szych strza­łach do­bie­ga­ją­cych od strony ma­ga­zynu każdy pen­sjo­na­riusz bloku A wpad­nie w amok.

- Mamy prze­cież trzy ja­dzie - rzu­ciła nie­pew­nym to­nem Me­dy­grał.

- I tylko dzie­więć­dzie­siąt mi­nut, a wła­ści­wie... - Woj­ciech zer­k­nął na ze­ga­rek.

- Lep­sze to niż ry­zyko buntu, za­nim ścią­gniemy tu­taj na­szych.

Dal­szą wy­mianę zdań ucięło py­ta­nie za­dane przez mil­czą­cego od dłuż­szej chwili Ro­jew­skiego:

- Jak sto­imy z bro­nią?

- W sen­sie? - Do­wódca wy­da­wał się za­sko­czony.

- W sen­sie: ile mamy broni na ca­łym obiek­cie.

- Je­śli wziąć pod uwagę wszystko, co znaj­duje się w zbro­jowni... - Ka­pi­tan prze­li­czył szybko w pa­mięci. - Wy­jąw­szy mo­jego ma­ka­rowa, dys­po­nu­jemy czter­dzie­stoma czte­rema te­tet­kami i ośmioma pe­emami.

- Mało - wes­tchnął Sę­kala. - O wiele za mało.

- Na trzy­stu chłopa i przy tak ma­łej prze­strzeni?... Sta­now­czo za mało. - Ra­wiń­ski po­parł go, jak można było się tego spo­dzie­wać.

- Trudno, bę­dzie mu­siało wy­star­czyć - zbył ich wzru­sze­niem ra­mion Okrutny.

- A co z amu­ni­cją? - nie ustę­po­wał Ro­jew­ski.

Spoj­rzeli po so­bie. Wła­dza lu­dowa nie lu­biła ry­zyka, nie zbro­iła więc swo­ich oby­wa­teli tam, gdzie nie za­cho­dziła taka po­trzeba. Służba Wię­zienna, jak każda for­ma­cja mun­du­rowa so­cja­li­stycz­nej oj­czy­zny, dys­po­no­wała wpraw­dzie bro­nią palną, lecz z do­stę­pem do amu­ni­cji róż­nie by­wało. Kla­wi­sze peł­niący dy­żury w blo­kach A i B mieli w ma­ga­zyn­kach po sześć na­boi, z czego trzy pierw­sze śle­paki. Straż­nicy w wie­żach dys­po­no­wali ostrą amu­ni­cją, ale wy­da­wano im ma­ga­zynki z co naj­wy­żej dwu­na­stoma na­bo­jami. I to wszystko. Żad­nej re­zerwy w zbro­jowni nie trzy­mano. Wła­dza wy­cho­dziła ze słusz­nego za­ło­że­nia, że tyle na­boi po­winno wy­star­czyć do pod­nie­sie­nia mo­rale za­łogi i po­wstrzy­ma­nia ewen­tu­al­nej ucieczki jed­nego bądź na­wet kilku osa­dzo­nych, po­nie­waż - w ra­zie gdyby sprawy za mu­rem przy­brały gor­szy ob­rót - do ak­cji miało wkro­czyć KBW.

- Mamy jej tyle, co kot na­pła­kał... - Ra­wiń­ski wy­ra­ził na głos obawy wszyst­kich.

Pa­tryk po­to­czył wzro­kiem po po­zo­sta­łych i uśmiech­nął się za­gad­kowo.

- Chyba wiem, jak mo­żemy z tego wy­brnąć.

* * *

Po­mysł cho­rą­żego się spraw­dził. Opróż­nie­nie żeń­skiej czę­ści wię­zie­nia prze­bie­gło szybko, spraw­nie i bez in­cy­den­tów. Po­dob­nie wy­glą­dało oczysz­cza­nie bloku C, a na­wet B. Roz­wią­za­nie pod­su­nięte przez Pa­tryka było ge­nialne w swo­jej pro­sto­cie. Strach ma wiel­kie oczy... To stare po­rze­ka­dło spraw­dza się na­wet w przy­padku naj­bar­dziej za­twar­dzia­łych kry­mi­na­li­stów, a na Klęcz­kow­skiej sie­działo ich na­prawdę wielu.

- Po­budka! - Wa­le­nie pałką w drzwi po­tę­go­wało chaos pa­nu­jący od ja­kie­goś czasu pod ce­lami. Straż­nicy po­sta­rali się, by szczęk za­suw i zgrzyt prze­krę­ca­nego w zamku klu­cza za­brzmiały rów­nie groź­nie.

Osa­dzeni ze­ska­ki­wali z prycz, co­fali się pod za­kra­to­wane okna, chwy­tali co było pod ręką, byle sta­wić opór opraw­com. Wi­dząc skie­ro­wane na sie­bie lufy te­te­tek i pe­emów, mu­sieli czuć strach. I o to cho­dziło. Im moc­niej się bali, tym bar­dziej byli po­datni na su­ge­stię.

- To je­bana re­wo­lu­cja! Par­tia wy­dała roz­kaz li­kwi­da­cji wszyst­kich osa­dzo­nych! - krzy­czeli wy­brani pod­ofi­ce­ro­wie, sta­jąc po­mię­dzy uzbro­jo­nymi ko­le­gami a więź­niami. - Spier­da­laj­cie żuczki, póki mo­że­cie! - do­da­wali za­raz, co­fa­jąc się za próg, by zro­bić przej­ście. - Ru­chy, kurwa, ru­chy! Mu­simy otwo­rzyć tyle cel, ile się da, za­nim do­trą tu­taj Ru­scy i KBW!

W ta­kich chwi­lach czło­wiek prze­staje się za­sta­na­wiać. Ni­czym przy­sło­wiowy to­nący go­tów jest chwy­cić się brzy­twy, idzie prze­cież o ży­cie. A je­śli do­dać do tego per­spek­tywę wy­rwa­nia się zza znie­na­wi­dzo­nych krat, choćby na­wet na krótko...

Okrutny ob­ser­wo­wał z okna kan­ce­la­rii, jak nie­prze­rwany stru­mień więź­niów znika w mroku za roz­su­nię­tymi na całą sze­ro­kość skrzy­dłami nie­bie­skiej bramy. Nikt nie przy­sta­wał, nikt się nie roz­glą­dał. Gnali przed sie­bie ile sił w no­gach, jakby nie wie­rzyli we wła­sne szczę­ście. Strach ma wiel­kie oczy, a dziś pod­sy­cano go wy­jąt­kowo efek­tyw­nie, z jed­nej strony wy­ko­rzy­stu­jąc go­dziny ocze­ki­wa­nia w na­pię­ciu i nie­po­kój wzbu­dzony od­gło­sami ca­ło­noc­nej strze­la­niny, a z dru­giej po­tę­gu­jąc umie­jęt­nie eks­po­no­wane de­tale - jak za­pa­lone świa­tła i krzą­ta­nina przy bu­dynku ma­ga­zynu, gdzie naj­pierw Ge­stapo, a po­tem NKWD prze­pro­wa­dzało ma­sowe eg­ze­ku­cje; jak cię­ża­rówka za­ła­do­wana do pełna pro­stymi skrzy­niami, w któ­rych skła­dano zwłoki.

Każdy, kto opusz­czał krzyż wię­zien­nych za­bu­do­wań i tra­fiał na pół­ko­li­sty pla­cyk przed ko­men­dan­turą, mógł zo­ba­czyć to wszystko na wła­sne oczy, je­śli więc zbu­dziły się w nim na­wet ja­kieś wąt­pli­wo­ści, w tym mo­men­cie tra­cił je bez­pow­rot­nie.

To miej­sce cie­szyło się po­nurą re­pu­ta­cją. Naj­pierw było nie­miecką, a po­tem hi­tle­row­ską ka­tow­nią, jesz­cze póź­niej słu­żyło tym sa­mym ce­lom, ale już no­wej, so­cja­li­stycz­nej wła­dzy. Gi­lo­tyna, szu­bie­nice, roz­strze­li­wa­nia, cza­sami ma­sowe. Osa­dzeni o wszyst­kim wie­dzieli. Na­czel­nik za­dbał bo­wiem, by każda eg­ze­ku­cja od­bi­jała się znacz­nie szer­szym echem, niż po­winna, po­nie­waż jego zda­niem nic tak nie trzyma lu­dzi w ry­zach jak obawa przed utratą ży­cia.

Ten sam lęk za­śle­piał dzi­siaj zło­dziei, gwał­ci­cieli, po­spo­li­tych oprysz­ków i wszel­kiej ma­ści ele­ment an­ty­so­cja­li­styczny. Tylko dzięki stra­chowi w nie­spełna go­dzinę od roz­po­czę­cia ak­cji udało się po­zbyć zza muru po­nad ty­siąca osa­dzo­nych. Znacz­nie szyb­ciej, niż można by przy­pusz­czać.

Po­zo­stał już tylko ostatni, ale za­ra­zem naj­trud­niej­szy etap. Wy­pusz­cze­nie po­spo­li­tych prze­stęp­ców na wol­ność, na­wet tak ilu­zo­ryczną, to jedno, ale po­zby­cie się z wię­zie­nia naj­gor­szych szu­mo­win, w tym po­nad dwu­dzie­stu zbrod­nia­rzy ocze­ku­ją­cych na eg­ze­ku­cję, to zu­peł­nie co in­nego. Szcze­gól­nie w wy­padku czło­wieka, dla któ­rego prawo to świę­tość. Pod­ofi­ce­ro­wie byli go­towi na pod­ję­cie ta­kiego ry­zyka, ale nie on. Po­sta­wił więc sprawę ja­sno: ża­den z osiem­dzie­się­ciu czte­rech więź­niów, któ­rzy od­sia­dy­wali na Klęcz­kow­skiej naj­dłuż­sze wy­roki, nie wy­do­sta­nie się za tę bramę, na­wet je­śli za­po­wia­dane ma­sowe czystki roz­poczną się w ciągu pół go­dziny. Po krót­kiej i za­cie­kłej dys­ku­sji, pod­czas któ­rej raz jesz­cze roz­wa­żono roz­strze­la­nie osób i tak ska­za­nych na karę śmierci, Me­dy­grał za­pro­po­no­wała pewne roz­wią­za­nie. I ono było po­ło­wiczne, ale usa­tys­fak­cjo­no­wało ka­pi­tana.

Sto­jąc te­raz w za­ciem­nio­nym po­koju, Woj­ciech pa­trzył przez okno na znaj­du­jący się dwie kon­dy­gna­cje ni­żej za­snuty dy­mem pla­cyk, przez który wciąż prze­bie­gali roz­glą­da­jący się trwoż­li­wie męż­czyźni. Wy­cze­ki­wał znaku, ostrego brzęku te­le­fonu, który we­zwie go do głów­nego bu­dynku, za­nim zbiorą się tam wszy­scy uzbro­jeni straż­nicy. Jesz­cze chwila i ro­dziny straż­ni­ków, cze­ka­jące w na­le­żą­cych do kom­pleksu wię­zie­nia ka­mie­ni­cach, będą mo­gły wejść za mur, gdzie znajdą schro­nie­nie przed sie­pa­czami na­sła­nymi przez to­wa­rzy­sza, tfu, se­kre­ta­rza. Jesz­cze mo­men­cik...

Te­le­fon w se­kre­ta­ria­cie za­czął dzwo­nić.

* * *

Pierwsi ewa­ku­owani człon­ko­wie ro­dzin prze­kro­czyli próg wię­zie­nia, za­nim ka­pi­tan zdą­żył zbiec na wy­bru­ko­wany sze­ścio­kąt­nymi pły­tami plac. Szedł więc ra­zem z nimi, oto­czony tłu­mem mil­czą­cych ko­biet i dzieci - prze­ra­żo­nych na­głym roz­ka­zem opusz­cze­nia przy­dzia­ło­wych kwa­ter jesz­cze bar­dziej niż usu­wani kry­mi­na­li­ści. Je­dy­nymi dźwię­kami, ja­kie do­cie­rały w tym mo­men­cie do uszu Okrut­nego - prócz nie­ustan­nego szu­ra­nia zdar­tych po­de­szew o bruk - były nie­mal nie­ustanne po­ka­sły­wa­nia, co przy po­twor­nym za­dy­mie­niu nie wy­dało mu się ni­czym dziw­nym. Od czasu do czasu do­la­ty­wały go także zdu­szone szlo­chy.

Ci lu­dzie prze­szli swoje. Naj­pierw wsłu­chi­wali się w na­ra­sta­jącą z każdą go­dziną palbę - a strze­lano prze­cież tuż za ich oknami. Po­tem ka­zano im się spa­ko­wać, wy­pro­wa­dzono ich z miesz­kań, prze­wie­ziono na Klęcz­kow­ską i upa­ko­wano w sze­ściu trzy­kon­dy­gna­cyj­nych ka­mie­ni­cach na­le­żą­cych do zbu­do­wa­nego pod ko­niec dzie­więt­na­stego wieku kom­pleksu wię­zien­nego. Tam ro­dziny straż­ni­ków cze­kały na umó­wiony sy­gnał, gnież­dżąc się w cia­snych klit­kach, a na­wet na scho­dach, bo dla ta­kiej masy osób bra­ko­wało miej­sca. Na szczę­ście nie trwało to długo, ale i ta go­dzina z okła­dem wy­star­czyła, by wy­prać ewa­ku­owa­nych z wszel­kich uczuć poza przy­gnę­bie­niem i stra­chem.

- To­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie! - Woj­ciech za­trzy­mał się, sły­sząc zna­jomy głos.

Obej­rzał się, a że przy wzro­ście się­ga­ją­cym pra­wie dwóch me­trów gó­ro­wał nad stru­mie­niami prze­pły­wa­ją­cych przez plac ucie­ki­nie­rów, bez trudu do­strzegł ma­cha­ją­cego do niego ciem­no­wło­sego ka­prala.

- Za­wieź­li­ście puł­kow­ni­kową i jej po­miot do KW? - za­py­tał, gdy Bed­na­rek zdo­łał się do niego prze­ci­snąć.

- Tak jest, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. - W gło­sie mło­dego pod­ofi­cera dało się wy­czuć lekki ak­cent cha­rak­te­ry­styczny dla po­gó­rza, co nie było dziwne, zwa­żyw­szy, że Pa­weł po­cho­dził z No­wego Są­cza. - Od­pro­wa­dzi­łem wszyst­kich pod same drzwi bun­kra.

- Jak wy­gląda sy­tu­acja?

- Mocno nie­cie­ka­wie, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. - Bed­na­rek po­pra­wił pal­cem oku­lary. - Przy placu Dą­browsz­cza­ków zro­bił się nie­ludzki ko­rek, zwożą tam na po­tęgę ro­dziny wszyst­kich dy­gni­ta­rzy.

Ta wia­do­mość, wpraw­dzie spo­dzie­wana, lecz wciąż nie­po­ko­jąca, spra­wiła, że Okrutny in­stynk­tow­nie pod­jął marsz w kie­runku zbu­do­wa­nych na pla­nie krzyża gma­chów.

- Do­wie­dzie­li­ście się cze­goś kon­kret­nego?

- Nie. Waż­niacy na­brali wody w usta. Ża­den szo­fer nic nie wie. A je­śli już któ­ryś się ode­zwie, to gada ta­kie rze­czy, że szkoda mó­wić. - Ka­pral mach­nął ręką.

- Na przy­kład co?

- Na przy­kład, że chcą nas zbom­bić jak tę tam, Hi­ro­szimę.

- Chcą zrzu­cić na Wro­cław bombę ato­mową? - za­śmiał się ka­pi­tan. Były to jed­nak tylko po­zory we­so­ło­ści: na dnie żo­łądka czuł zna­jomy ucisk, jakby mu tam ktoś ka­mieni na­wrzu­cał, a po jego ple­cach prze­bie­gał wła­śnie bar­dzo wolno zimny i na­prawdę nie­przy­jemny dreszcz. Za­tylny był tak wielką ka­na­lią, że mógł po­pro­sić to­wa­rzy­szy z Mo­skwy o cał­ko­wite znisz­cze­nie mia­sta. - Bzdura - do­dał, pil­nu­jąc się, by głos mu nie za­drżał. - Nie po­wta­rzaj­cie tych kre­tyń­skich plo­tek ni­komu. Chłopcy są już i tak zdrowo po­de­ner­wo­wani.

- Ja­sna sprawa, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie.

Okrutny wzdry­gnął się we­wnętrz­nie. Je­śli to prawda, skon­sta­to­wał, schro­nie­nie się za mu­rem nie zwięk­szy na­szych szans. Bez­wied­nie ob­li­zał spierzch­nięte wargi. Co mógł w tej sy­tu­acji zro­bić?... Wtem do­znał olśnie­nia. Schrony prze­ciw­lot­ni­cze z cza­sów wojny! Mieli ich tu kilka. Tylko że były słabo wy­po­sa­żone i dość cia­sne, bo prze­wi­dziane na wy­pa­dek chwi­lo­wego, co naj­wy­żej kil­ku­go­dzin­nego po­bytu w nich znacz­nie mniej­szej liczby osób. Bez me­bli, sa­ni­ta­ria­tów, studni ar­te­zyj­skiej...

Za­my­ślony głę­boko ka­pi­tan mi­nął próg bloku A, nie od­po­wia­da­jąc na sa­lut sto­ją­cego przy drzwiach war­tow­nika. Za­sta­na­wiał się, jak prze­rzu­cić część żyw­no­ści i wody do po­miesz­czeń, które mogą, choć nie mu­szą, prze­trwać nisz­czy­ciel­ską eks­plo­zję. Jak to zro­bić, nie bu­dząc po­dej­rzeń tych, któ­rzy po­zo­staną na ze­wnątrz? Oto jest py­ta­nie...

- Bed­na­rek! - Od­wró­cił się na­gle do ka­prala. - Pędź­cie na pię­tro do sier­żanta Sę­kali i po­wiedz­cie mu, żeby po­cze­kał na mnie z roz­po­czę­ciem ak­cji. Prze­każ­cie, że wpa­dłem na świetny po­mysł, ale mu­szę coś spraw­dzić.

- Ta­jest.

Pa­weł ru­szył bie­giem w górę scho­dów.

* * *

- Ja­kiś pro­blem? - za­in­te­re­so­wał się Ra­wiń­ski, gdy ka­pi­tan do­tarł w końcu na blok.

- Bed­na­rek wam nie po­wie­dział? - Woj­ciech udał zdzi­wie­nie.

- Coś tam pi­to­lił, ale nie­kon­kret­nie. Po­dobno wpa­dli­ście na świetny po­mysł i dla­tego ka­za­li­ście na sie­bie cze­kać - od­parł Sę­kala.

- Nie­stety po­mysł oka­zał się chy­biony - rzekł wy­mi­ja­jąco ka­pi­tan i aby zmie­nić nie­wy­godny te­mat, za­raz do­dał: - Bierzmy się do ro­boty. Dzięki Ro­jew­skiemu mamy spore przody, ale zo­stało nam nie­spełna pół go­dziny. Nie chce­cie chyba, żeby chło­paki z ko­lumny trans­por­to­wej przy­wi­tały kra­sno­ar­miej­ców gdzieś na ulicy? - Nie chcieli, mógł więc spo­koj­nie przejść do na­stęp­nego punktu od­prawy. - Do­bra, pa­no­wie. Mamy cztery wozy, do każ­dego pa­ku­jemy po dwu­dzie­stu je­den żucz­ków. Jest nas tylu, że spo­koj­nie mo­żemy po­dzie­lić siły na dwie grupy i pra­co­wać rów­no­le­gle. W każ­dym ze­spole bę­dzie trzech chło­pa­ków z bro­nią ma­szy­nową i czte­rech z te­tet­kami. Reszta za­bez­pie­cza przej­ścia, tu, tam i tam - wska­zał roz­miesz­cze­nie po­ste­run­ków. - Otwie­ramy celę, sku­wamy drani, wy­pro­wa­dzamy pod lu­fami, pa­ku­jemy do wo­zów, za­my­kamy na kłódkę, wy­rzu­camy klu­czyk i wy­pra­wiamy w mia­sto. - Funk­cjo­na­riu­sze ki­wali gło­wami, przyj­mu­jąc do wia­do­mo­ści ko­lejne po­le­ce­nia. - Śle­paki usu­nięte? - za­py­tał jesz­cze Okrutny, za­nim ru­szyli.

- Ta­jest!

- Jak tylko za­uwa­ży­cie, że coś jest nie tak, wal­cie od razu w ścianę albo pod­łogę, żeby wi­dzieli ślady po ku­lach. Coś ta­kiego na pewno da im do my­śle­nia. Tylko pa­mię­taj­cie, pod żad­nym po­zo­rem nie mo­że­cie żad­nego za­strze­lić.

- Wy na­prawdę wie­rzy­cie w te opo­wie­ści o nie­umar­łych, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie? - za­py­tał cał­kiem po­waż­nym to­nem Sę­kala.

Woj­cie­cha za­mu­ro­wało.

- Skąd o nich wie­cie? - bąk­nął do­piero po kilku se­kun­dach.

- Stąd co wszy­scy - za­śmiał się sier­żant. - Od chło­pa­ków, któ­rzy pil­no­wali ewa­ku­owa­nych. Lu­dzie opo­wia­dali nie­stwo­rzone hi­sto­rie. Po­noć tych su­czych sy­nów nie da się za­bić...

- Bujdy - rzu­cił któ­ryś z funk­cjo­na­riu­szy.

- Ba­ja­nie wy­stra­cha­nej cy­wil­bandy - do­dał inny, re­cho­cząc.

- Albo i nie - zga­sił go Okrutny. - Pe­wien czło­wiek, ofi­cer, któ­remu w pełni ufam, był w Ko­men­dzie Wo­je­wódz­kiej, kiedy do­szło tam do rzezi na­szych.

- Ja­kiej rzezi? - Ra­wiń­ski zro­bił wiel­kie oczy.

Ka­pi­tan już otwie­rał usta, chcąc stre­ścić roz­mowę z ma­jo­rem Brand­tem, ale zre­zy­gno­wał. Nie mieli te­raz czasu na pu­ste ga­da­nie. Sę­kala na­tych­miast to wy­ko­rzy­stał, by wtrą­cić swoje trzy gro­sze:

- Ro­zu­miem, że ta za­raza zmie­nia lu­dzi w krwio­żer­cze be­stie, bar­dzo od­porne i nie­czułe na ból, ale w ży­ciu nie uwie­rzę, że nie da się ich za­bić.

- Uwa­ża­cie, sier­żan­cie, że wła­dza lu­dowa spie­przy­łaby do bun­krów, zo­sta­wia­jąc sprzą­ta­nie Ru­skim, gdyby cho­dziło o ja­kąś ba­ga­telę?

- Ja tylko mó­wię, że za­ra­żeni są...

- Czło­wieku, im dłu­żej bę­dziemy tu pie­przyć bez sensu, tym mniej­sze szanse na bez­pieczny po­wrót za mur będą mieli chłopcy z kon­woju. Je­śli nie za­mkniesz na­tych­miast ryja, sam bę­dziesz prze­ka­zy­wał wdo­wom in­for­ma­cje, że na­dal mo­głyby mieć mę­żów, lecz to­bie za­chciało się zgłę­biać ta­jem­nicę ży­cia, przez co sta­li­śmy tu­taj jak kołki, za­miast ro­bić swoje!

Sę­kala nie od­po­wie­dział. Ob­ró­cił się na pię­cie i po­gnał po­mo­stem, ma­cha­jąc ręką na przy­dzie­lo­nych mu lu­dzi. Ra­wiń­ski, za­wie­dziony wy­raź­nym uni­kiem prze­ło­żo­nego, po­pro­wa­dził drugi od­dział prze­ciw­le­głym po­mo­stem. Resztę uzbro­jo­nych w pe­emy i pi­sto­lety funk­cjo­na­riu­szy roz­miesz­czono przy scho­dach i wyj­ściu, skąd w ra­zie po­trzeby mo­gliby ra­zić ogniem tych osa­dzo­nych, któ­rzy pró­bo­wa­liby ucie­kać z pod­sta­wia­nych na plac więź­nia­rek.

Pierw­sze drzwi na gó­rze otwo­rzyły się z gło­śnym ło­mo­tem, który na­tych­miast uto­nął we wrza­skach straż­ni­ków. Kilka se­kund póź­niej padł strzał, po­tem drugi. Za­nim ich echa wy­brzmiały w wiel­kiej, pu­stej prze­strzeni wię­zien­nego bloku, u szczytu klatki scho­do­wej po­ja­wili się sku­leni męż­czyźni. Truch­tali gę­siego z rę­kami za­ło­żo­nymi na kark. Za każ­dym z nich szedł mun­du­rowy z pi­sto­le­tem go­to­wym do strzału; na­glące dźgnię­cia lufą w nerki mo­ty­wo­wały ska­zań­ców do szyb­szego mar­szu. Po otwar­ciu na­stęp­nych cel nikt nie strze­lał, ko­niecz­ność uży­cia broni za­szła po­now­nie do­piero wtedy, gdy opróż­niano czwarte z ko­lei po­miesz­cze­nie.

Tym ra­zem po huku wy­strzału nie za­pa­dła ci­sza. Sto­jący na par­te­rze Woj­ciech usły­szał nie­ludzki sko­wyt, który zwia­sto­wał pro­blemy. Ka­pi­tan opu­ścił więc po­ste­ru­nek przy drzwiach i po­gnał ile sił w no­gach w górę scho­dów. Czwarta cela od końca po pra­wej. Sie­działo tam trzech de­li­kwen­tów z par­szy­wej dwu­nastki, jak po ci­chu na­zy­wano mor­der­ców cze­ka­ją­cych na wy­ko­na­nie naj­wyż­szego wy­roku.

- Co ja mó­wi­łem o strze­la­niu do osa­dzo­nych?! - wy­sa­pał gniew­nie ka­pi­tan, prze­py­cha­jąc się mię­dzy sto­ją­cymi w drzwiach funk­cjo­na­riu­szami.

- Skur­wiel pró­bo­wał ode­brać broń Ol­kie­wi­czowi - po­skar­żył się blady jak ściana sze­re­gowy Ra­do­sław Le­nart, wska­zu­jąc prze­ło­żo­nemu dy­miący wciąż pi­sto­let.

Okrutny ob­rzu­cił wzro­kiem celę, w któ­rej tło­czyli się trzej stru­chlali prze­stępcy, zbici w grupkę wo­kół sto­lika pod je­dy­nym oknem, i zwi­ja­jący się z bólu funk­cjo­na­riusz.

Krauz nie prze­sta­wał sy­czeć, obiema dłońmi za­ci­skał ob­fi­cie krwa­wiącą łydkę.

- Żu­czek chciał ode­brać broń Olowi i dla­tego ra­ni­li­ście Łu­ka­sza? - Okrutny miaż­dżył wzro­kiem wy­stra­szo­nego strzelca.

- To był ry­ko­szet, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. - Sę­kala wska­zał na ob­łu­pany tynk łu­ko­wego nad­proża. - Pech, po pro­stu pech.

- Ty i ty. - Woj­ciech wska­zał sto­ją­cych naj­bli­żej funk­cjo­na­riu­szy. - Za­nie­ście ran­nego do am­bu­la­to­rium. Mi­giem, za­nim nam się tu wy­krwawi. Ja was za­stą­pię - do­dał zło­wróżb­nym to­nem, prze­no­sząc wzrok na osa­dzo­nych. - Który pró­bo­wał ode­brać ci broń? - Zwró­cił się do Ol­kie­wi­cza.

- Me... me... mel­duję, że Ma... Ma... - beł­ko­tał roz­trzę­siony To­masz, wska­zu­jąc pal­cem wy­so­kiego bro­da­cza z ta­tu­ażem na po­ty­licy.

- To­wa­rzysz Mag­dzia­rek. - Okrutny po­ru­szył głową, jak bok­ser roz­luź­nia­jący mię­śnie karku przed walką. - Wy­pro­wa­dzić po­zo­sta­łych - roz­ka­zał, nie spusz­cza­jąc wzroku z win­nego. - I kon­ty­nu­ować ak­cję. Ja się zajmę wy­ja­śnie­niem tej sprawy.

Wy­mie­niony z na­zwi­ska wię­zień spo­glą­dał na niego z po­gardą. Nic dziw­nego, czło­wiek, który za­ka­to­wał młot­kiem wła­sną ro­dzinę, wli­cza­jąc w to dwójkę nie­let­nich dzieci, nie po­wi­nien pę­kać przy byle oka­zji. Gdyby nie ta prze­klęta epi­de­mia, za dwa ty­go­dnie za­dyn­dałby w nie­od­le­głym ma­ga­zy­nie na ko­nop­nym po­wro­zie, uwal­nia­jąc świat od swo­jego ist­nie­nia. Te­raz - nie­stety - za­bi­cie go nie wcho­dziło w grę ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów, ale kto po­wie­dział, że nie może po­cier­pieć.

- Za­tań­czymy, Can­ga­ce­iro? - za­py­tał ka­pi­tan przy­mil­nym to­nem, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Ska­za­niec wy­szcze­rzył zęby. Lu­bił ten dziwny, chyba la­ty­no­ski przy­do­mek nadany mu już tu­taj, w wię­zie­niu, przez inną, jesz­cze gor­szą ka­na­lię. Star­cie tego uśmie­chu z jego twa­rzy było czy­stą przy­jem­no­ścią, tym więk­szą, że sta­wiał czynny opór - przy­naj­mniej przez te kilka se­kund, za­nim nogi dziw­nie mu zmię­kły.

* * *

Woj­ciech wrzu­cił nie­przy­tom­nego Mag­dziarka jak wo­rek ziem­nia­ków na pakę więź­niarki, pro­sto mię­dzy nogi upa­ko­wa­nych w dwóch rzę­dach osa­dzo­nych. W ciągu tych paru mi­nut, które po­świę­cił na wy­per­swa­do­wa­nie młot­ko­wemu agre­syw­nych za­cho­wań, funk­cjo­na­riu­sze opróż­nili cele do końca. Can­ga­ce­iro tra­fił więc do in­nej więź­niarki, niż pier­wot­nie prze­wi­dziano, ale to nie po­winno mieć wiel­kiego zna­cze­nia. Do go­dziny zero po­zo­stało nie­spełna dwa­na­ście mi­nut, zrzut bomby na­stąpi więc - o ile Za­tylny rze­czy­wi­ście pla­no­wał coś tak zbrod­ni­czego - nie prę­dzej niż za pół go­dziny. To­wa­rzysz se­kre­tarz nie ry­zy­ko­wałby nie­po­trzeb­nie, na pewno zo­sta­wił so­bie co naj­mniej kwa­drans za­pasu. Co do tego ka­pi­tan nie miał wąt­pli­wo­ści.

Trzy­dzie­ści mi­nut wy­star­czy, by wozy tra­fiły w wy­zna­czone miej­sca, a kie­rowcy zdą­żyli wró­cić na te­ren wię­zie­nia. Co sta­nie się z nimi póź­niej, to już zu­peł­nie inna sprawa.

- Strasz­nieś pan okrutny, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie - rzu­cił ktoś z głębi ciem­nej, cuch­ną­cej po­tem paki.

Woj­ciech za­trzy­mał się w pół ru­chu, ob­ró­cił wolno, zmru­żył oczy. Na sa­mym końcu rzędu po le­wej do­strzegł w pół­mroku bla­dego, uśmiech­nię­tego mło­dzieńca, któ­rego po­stronny ob­ser­wa­tor mógłby wziąć za pod­rostka.

- Od uro­dze­nia, ale i tak da­leko mi do cie­bie, przy­ja­cielu mo­jej kozy - od­parł, ha­mu­jąc gniew.

- We­zmę to za kom­ple­ment. - Ska­za­niec wy­szcze­rzył równe zęby.

Co naj­mniej czter­na­ście ko­biet, głów­nie mło­dych sprze­daw­czyń ze skle­pów GS-u, dało się zwieść uro­kowi tego uśmie­chu. Co naj­mniej, po­nie­waż śled­czy po­dej­rze­wali, że oskar­żo­nemu można by przy­pi­sać dru­gie tyle mor­derstw. Nie­stety drań kon­se­kwent­nie szedł w za­parte, a im bra­ko­wało do­wo­dów. Biedne dziew­czyny od­da­wały temu męż­czyź­nie rękę - choć nie do końca w taki spo­sób, o ja­kim skry­cie ma­rzyły - a gdy do­cho­dziło do skon­su­mo­wa­nia związku, nie­wiele z nich zo­sta­wało. W sam raz tyle, by or­gana ści­ga­nia przy­jęły do wia­do­mo­ści ist­nie­nie ofiary, ale w ża­den spo­sób nie mo­gły zi­den­ty­fi­ko­wać zwłok.

Fa­bian Spry­cha, spo­kojny ho­dowca mi­nia­tu­ro­wych kró­li­ków, czy też Ka­ni­bal z Iń­ska, jak ochrzciły go jesz­cze przed pro­ce­sem ogól­no­pol­skie, a na­wet za­gra­niczne me­dia, gra­so­wał w ca­łym kraju przez de­kadę - jego przy­ja­zny chło­pięcy wy­gląd był bo­wiem bar­dzo my­lący. Do­piero gdy czło­wiek przyj­rzał mu się bli­żej, za­uwa­żał nieco zbyt wy­so­kie jak na mło­dzika czoło, ma­sko­wane spi­cza­stą grzywką, i przy­pró­szone szczyptą po­piołu skro­nie świad­czące o bar­dziej za­awan­so­wa­nym wieku.

- Po­my­śla­łem, że mo­żesz tę­sk­nić za swoim ulu­bio­nym kun­dlem - do­dał po chwili za­sta­no­wie­nia ka­pi­tan - więc ci go przy­nio­słem. Po­wiedz dzię­kuję i bę­dziemy kwita.

Wię­zień prze­stał się uśmie­chać. Nie spoj­rzał na­wet na le­żą­cego nie­ru­chomo Mag­dziarka.

- Pro­szę się tak nie prze­mę­czać, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. I za­le­cam umiar w pi­ciu. Nie chciał­bym, aby pań­ska wą­troba ucier­piała za­nadto przed na­szym na­stęp­nym spo­tka­niem.

Okrutny ro­ze­śmiał się w głos, po czym za­trza­snął drzwi więź­niarki i otwartą dło­nią wal­nął trzy razy w jej burtę, da­jąc kie­rowcy znak, że może ru­szać. Zdzi­wił­byś się, śmie­ciu, gdy­byś zo­ba­czył, jak po­trak­to­wa­łaby cię ko­lejna ofiara, którą chciał­byś za­bić, a po­tem zjeść, po­my­ślał, gdy szary star mi­jał bramę. Nie­stety, a może na szczę­ście, nie bę­dzie ci dane się tego do­wie­dzieć, po­nie­waż zdech­niesz ra­zem z resztą tej ho­łoty już za chwilę, jak tylko wejdą Ru­scy albo jak spad­nie bomba.

- Udu­sił­bym by­dlaka go­łymi rę­kami - wy­mam­ro­tał sto­jący dwa kroki od ka­pi­tana Sę­kala.

- Gdy­byś to zro­bił, ni­czym byś się od niego nie róż­nił - od­parł za­my­ślony Okrutny.

- Tak tylko mó­wię - żach­nął się sier­żant - bo wy­pusz­cza­nie ich za ten mur to na­prawdę zły po­mysł.

- Za­bi­cie ta­kiego ścierwa nie po­winno pod­le­gać ka­rze - po­parł go Ra­wiń­ski, który także ob­ser­wo­wał prze­bieg ca­łego zaj­ścia.

- Nie wam o tym de­cy­do­wać - uciął Woj­ciech. - Jak prze­biega ewa­ku­acja na­szych?

- Mamy na obiek­cie pięć­set dwa­dzie­ścia dzie­więć osób. Bra­kuje jesz­cze trzy­dzie­stu ośmiu, ale z tego, co wiem, po­winny do­je­chać lada chwi...

Od strony Klęcz­kow­skiej do­bie­gło zna­jome mru­cze­nie sil­nika. Mo­ment póź­niej roz­ma­wia­jący usły­szeli prze­ni­kliwy pisk klak­sonu.

- O wilku mowa.

Nie­bie­ska brama znów zo­stała otwarta. Tym ra­zem tylko na dwa me­try, by przy­wie­zieni au­to­bu­sem lu­dzie mo­gli się do­stać na te­ren wię­zie­nia. Gdy ostatni cy­wil zna­lazł się na dzie­dzińcu, wielka sta­lowa kon­struk­cja za­skrzy­piała po­now­nie, wra­ca­jąc na miej­sce.

- Wy­gląda na to, że się udało. - Sę­kala po­ma­chał ob­ju­czo­nym to­bo­łami ko­bie­tom i dzie­ciom.

W Za­kła­dzie Kar­nym Nr 1 pra­co­wało nie­mal czte­ry­sta osób, je­śli zli­czyć wszyst­kie etaty, lecz plan Okrut­nego za­kła­dał, że za mur zo­staną ścią­gnięci wy­łącz­nie bli­scy mun­du­ro­wych, któ­rych można było po­in­for­mo­wać o ak­cji zdal­nie. Wpraw­dzie per­so­nel cy­wilny też miesz­kał w oko­licy wię­zie­nia, ale w tym wy­padku bły­ska­wiczny kon­takt nie wcho­dził w grę, po­nie­waż zwy­kli lu­dzie nie mo­gli na­wet po­ma­rzyć o luk­su­sie, ja­kim był służ­bowy te­le­fon. Po­zo­sta­wali jesz­cze straż­nicy z noc­nej zmiany, któ­rych da­łoby się wy­słać z wia­do­mo­ścią, jed­nakże ka­pi­tan bar­dziej po­trze­bo­wał ich na miej­scu, dla­tego od razu od­rzu­cił ten po­mysł.

I słusz­nie, jak ży­cie po­ka­zało. Na­wet po ogra­ni­cze­niu liczby ewa­ku­owa­nych le­d­wie star­czyło mu czasu na do­pię­cie wszyst­kiego. Ostatni szczę­ścia­rze, głów­nie człon­ko­wie ro­dzin funk­cjo­na­riu­szy miesz­ka­ją­cych naj­bli­żej cen­trum, mi­jali go wła­śnie, kie­ru­jąc się ospale ku głów­nym za­bu­do­wa­niom, które miały się stać ich tym­cza­so­wym do­mem na nad­cho­dzące dni, może na­wet ty­go­dnie. Albo ma­so­wym gro­bem, je­śli w plot­kach za­sły­sza­nych przez Bed­narka kryje się choć ziarno prawdy, po­my­ślał Okrutny.

Stał przy wej­ściu do bloku A i przy­glą­dał się po­włó­czą­cym no­gami ko­bie­ci­nom, za­pła­ka­nym dzie­ciom i po­nu­rym męż­czy­znom, z któ­rych tylko kilku zdą­żyło wło­żyć kom­pletne mun­dury. Mil­czący, ob­ju­czony do­byt­kiem tłum, który nieco przy­po­mi­nał po­chód ucie­ki­nie­rów opusz­cza­ją­cych ata­ko­wane w cza­sie wojny mia­sta, prze­lał się w prze­ry­wa­nej tylko ka­sła­niem ci­szy przez plac i znik­nął w drzwiach, któ­rymi do­piero co wy­pro­wa­dzono ska­zań­ców.

- Ka­pi­ta­nie! - Od bu­dynku ko­men­dan­tury, w któ­rym mie­ściło się także wię­zienne am­bu­la­to­rium, zmie­rzał raź­nym kro­kiem ubrany w biały ki­tel męż­czy­zna.

- Słu­cham, dok­to­rze We­gner. - Okrutny zer­k­nął na ze­ga­rek, by spraw­dzić, ile ma jesz­cze czasu. Ta roz­mowa nie­zbyt mu pa­so­wała. Nie w tym mo­men­cie. - Jak się miewa nasz ranny ko­lega?

- Stra­cił sporo krwi - od­parł le­karz, za­trzy­mu­jąc się przed mun­du­ro­wymi. Był łysy jak jego pra­wie kra­jan Sę­kala, ale o pół głowy wyż­szy od sier­żanta i po­staw­niej­szy. Równo przy­cięta bródka, dla jed­nych ko­zia, dla in­nych hisz­pań­ska, nada­wała mu wy­gląd in­te­li­genta, któ­rym z pew­no­ścią był, mimo że przy­szło mu fel­cze­ro­wać w pod­rzęd­nym za­kła­dzie kar­nym. Par­tia umiała so­bie ra­dzić z war­cho­łami. - Po­wi­nien się z tego wy­li­zać, je­śli w miarę szybko trafi do praw­dzi­wego szpi­tala.

Wię­zienne am­bu­la­to­rium nie na­le­żało do naj­no­wo­cze­śniej­szych ani naj­le­piej wy­po­sa­żo­nych, po­nie­waż za­wia­du­jący nim le­karz miał za za­da­nie tylko po­sta­wić dia­gnozę i opa­trzyć pa­cjenta. W ra­zie gdy ob­ra­że­nia były po­waż­niej­sze niż na pierw­szy rzut oka, de­li­kwenta prze­ka­zy­wano do wła­ści­wej pla­cówki cy­wil­nej.

- Z tym może być pro­blem, dok­to­rze - od­parł Okrutny. - Wie­cie chyba, co dzieje się na mie­ście.

- Wiem, wiem - po­tak­nął We­gner. - Mało bra­ko­wało, a sam tra­fił­bym do se­lek­to­rium na Grun­waldz­kim. Nie­stety ko­men­dant nie zgo­dził się na de­le­ga­cję.

- Nie­stety? - zdzi­wił się Sę­kala.

- Wszystko by­łoby lep­sze od gni­cia w tym wa­szym par­szy­wym wię­zie­niu. - Le­karz spoj­rzał na niego krzywo.

Nie lu­bili się, choć obaj po­cho­dzili z tego sa­mego za­kątka Pol­ski. We­gner miesz­kał wcze­śniej na ro­gat­kach By­to­mia, sier­żant na­to­miast po­cho­dził z le­żą­cego kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów da­lej So­snowca. Śląsk i Za­głę­bie. Ha­nysy i go­role. Niby ta sama zie­mia, a jed­nak dwa różne światy. Ko­lejna po­zo­sta­łość po za­bo­rach, którą trudno było wy­ko­rze­nić na­wet po tylu la­tach.

- Tam te­raz go­rąco - za­uwa­żył Okrutny.

Od strony mia­sta wciąż do­la­ty­wały od­głosy strza­łów. Już nie tak gę­ste jak za­raz po pół­nocy, lecz na­dal świad­czące o pro­wa­dzo­nych za­cię­tych wal­kach.

- Może i go­rę­cej niż tu­taj, ale przy­naj­mniej ra­to­wał­bym lu­dzi, za­miast do­glą­dać ka­na­lii, które na­wet nie za­słu­gują na ży­cie. Cóż, kiedy par­tia wie le­piej...

Za po­dobne uwagi dok­tor Ro­bert M. We­gner stra­cił do­brze płatną po­sadę w szpi­talu wo­je­wódz­kim i tra­fił na zsyłkę. Jako że był na­prawdę do­bry w swoim fa­chu, bez­pieka nie po­zbyła się go per­ma­nent­nie, tylko skie­ro­wała na kil­ku­let­nią re­edu­ka­cję do pla­cówki, w któ­rej miał zmą­drzeć, a ra­czej skru­szeć.

- Od tej chwili nie po­win­ni­ście na­rze­kać. - Ra­wiń­ski się za­śmiał. - Ma­cie te­raz pra­wie sze­ściu­set pa­cjen­tów, z któ­rych każdy sie­dzi tu za nie­win­ność.

- Z pew­no­ścią wie­cie, że to się źle skoń­czy - wes­tchnął We­gner, wo­dząc wzro­kiem po twa­rzach ota­cza­ją­cych go funk­cjo­na­riu­szy służby wię­zien­nej. - Wszy­scy tra­fi­cie na szu­bie­nicę albo przed plu­ton eg­ze­ku­cyjny za to, że wy­pu­ści­li­ście te szu­mo­winy. Wła­dza lu­dowa wam nie po­pu­ści...

- O to bę­dziemy się mar­twić, je­śli prze­ży­jemy tę noc. - Okrutny od­wró­cił się do pod­wład­nych. - Za­nim za­czę­li­śmy wy­wo­zić tych drani, ode­bra­łem te­le­fon. Szwa­gier z War­szawy dzwo­nił, żeby pod­py­tać co i jak... - Za­milkł dla bar­dziej dra­ma­tycz­nego efektu. - Za­raza już do­tarła do sto­licy. Wła­śnie do­stali roz­kaz wyj­ścia na mia­sto, żeby pa­cy­fi­ko­wać... tych tam...

- Zom­bie - pod­po­wie­dział We­gner. - Tak ich przed chwilą na­zwano w ofi­cjal­nym ko­mu­ni­ka­cie trium­wi­ratu. Nie znam jed­nak ety­mo­lo­gii tego słowa... Ni­gdy wcze­śniej go nie sły­sza­łem.

- Tych tam, zom­bie, na­prawdę nie da się za­bić? - za­in­te­re­so­wał się Sę­kala, wra­ca­jąc do te­matu nie­daw­nej roz­mowy.

- Po­dobno jest to pra­wie nie­moż­liwe. - Tym ra­zem We­gner od­po­wie­dział star­szemu sier­żan­towi bez uszczy­pli­wo­ści w gło­sie.

- Pra­wie? - pod­chwy­cił za­sko­czony ka­pi­tan.

- Strze­la­nie do nich nie­wiele daje, ale palą się, z tego, co mi mó­wiono, jak każdy inny czło­wiek - za­pew­nił go le­karz to­nem wyż­szo­ści. - Na po­piół. Co wi­dać, sły­chać i czuć - do­dał, wska­zu­jąc gę­ste pa­sma wciąż wi­ją­cego się u ich stóp dymu.

- Ale nie da się ich za­strze­lić? - uści­ślił jego pra­wie kra­jan.

We­gner po­krę­cił prze­cząco głową.

- Po­noć nie.

- Ba­ja­nie.

- Po­dobno na­wet strzał w głowę ich nie za­trzyma. - Po tym stwier­dze­niu wszyst­kim mun­du­ro­wym zrze­dły miny. - Wiem, jak to brzmi, ale tak wła­śnie na­pi­sano w ofi­cjal­nym ko­mu­ni­ka­cie, z któ­rym mia­łem oka­zję się za­po­znać dzięki uprzej­mo­ści dok­tora Aren­dzi­kow­skiego. No i Agatki Ku­bi­sio­wej. Mam na­dzieję, iż pan, ka­pi­ta­nie, nie bę­dzie miał mi za złe, że po­pro­si­łem pań­ską se­kre­tarkę o jed­no­ra­zowy do­stęp do da­le­ko­pisu puł­kow­nika?... - We­gner za­milkł na mo­ment, choć z cał­kiem in­nego po­wodu niż wcze­śniej ka­pi­tan. - A skoro o tym mowa, przy­po­mniało mi się, że wi­dzia­łem przed chwilą pana żonę. Z Ku­bi­siową i pa­roma in­nymi ko­bie­tami zno­siła ja­kieś paczki do schronu prze­ciw­lot­ni­czego pod ko­men­dan­turą. Coś się szy­kuje?

- Wła­śnie, był­bym za­po­mniał!... - Okrutny pac­nął się otwartą dło­nią w czoło, jakby na­gle do­znał olśnie­nia.

Pró­bo­wał zy­skać na cza­sie, lecz nie­mal na­tych­miast do­tarło do niego, że nie zdoła wy­my­ślić na po­cze­ka­niu żad­nego sen­sow­nego wy­tłu­ma­cze­nia, a przez in­cy­dent z Mag­dziar­kiem zu­peł­nie wy­le­ciało mu z głowy, że po­wi­nien przy­go­to­wać so­bie od­po­wiedź na py­ta­nie, któ­rego mógł się prę­dzej czy póź­niej spo­dzie­wać. Prze­nie­sie­nie czę­ści za­pa­sów do daw­nego schronu prze­ciw­lot­ni­czego mu­siało zo­stać za­uwa­żone, choć pro­sił, by Lu­cyna zro­biła to naj­dy­skret­niej, jak to tylko moż­liwe.

Na jego szczę­ście - za­nim zdą­żył ode­zwać się po­now­nie - ktoś za­czął wa­lić pię­ścią w bramę. Wielka pła­ska kon­struk­cja ze stali za­dzia­łała jak dzwon. Ło­mot był ogłu­sza­jący.

- Co jest? - Ra­wiń­ski za­re­ago­wał pierw­szy, on też jako je­dyny ru­szył truch­tem do wej­ścia.

- Sprawdźmy to - rzu­cił mo­ment póź­niej Okrutny, w du­chu cie­sząc się z nie­spo­dzie­wa­nego ra­tunku.

Spraw­dził go­dzinę. Za cztery wpół do szó­stej. Jesz­cze chwila i grube na metr drzwi bun­kra pod Ko­mi­te­tem Wo­je­wódz­kim zo­staną za­trza­śnięte. Zer­k­nął od­ru­chowo w ja­śnie­jące do­piero niebo. Miał na­dzieję, że nie myli się co do mar­gi­nesu bez­pie­czeń­stwa. Je­śli Za­tylny jest mniej ostrożny, niż przy­pusz­cza­łem... Znów po­czuł zimny dreszcz. Tyle do­brego, że nikt na­wet nie po­czuje, co go za­bija. Ta­kie przy­naj­mniej krą­żyły słu­chy o tej naj­po­tęż­niej­szej z bomb.

- I co tam? - za­py­tał Ra­wiń­skiego, do­go­niw­szy go przy bra­mie.

- Paru żucz­ków wró­ciło - za­mel­do­wał szef bloku B.

- Co zna­czy: wró­ciło?

- Zo­ba­czyli, co się dzieje na mie­ście, i zde­cy­do­wali, że wolą wró­cić pod celę.

- Wolą dać się roz­strze­lać?

- Zo­ba­czyli, jak wpusz­czamy na­szych, i zro­zu­mieli, że ich wy­sta­wi­li­śmy... - Sier­żant roz­ło­żył ręce. - To co ro­bimy? Mam otwo­rzyć bramę?

- Wy­klu­czone. Każ­cie im spier­da­lać.

- Aku­rat po­słu­chają.

Jak na po­twier­dze­nie tych słów, cze­ka­jący za bramą znów za­częli w nią ło­mo­tać.

- Lada mo­ment wrócą nasi - przy­po­mniał Sę­kala, wy­ra­sta­jąc znie­nacka obok nich dwu.

- Kurwa mać! - Woj­ciech za­ci­snął wielką jak bo­chen pięść. Kiedy Bed­na­rek przy­wie­zie kie­row­ców kon­woju, trzeba bę­dzie na­tych­miast otwo­rzyć bramę, w prze­ciw­nym ra­zie... - Każ­cie im spier­da­lać albo otwo­rzymy ogień.

- Niby jak? - za­pro­te­sto­wał Ra­wiń­ski.

Miał ra­cję. W wie­żach nie było straż­ni­ków, ale gdyby na­wet nie wy­co­fano ich na czas ak­cji, ra­czej by się nie oka­zali groźni dla sto­ją­cych przy bra­mie męż­czyzn. Z ko­lei strze­la­nie z placu przez uchy­lony luf­cik by­łoby ni­czym wię­cej niż mar­no­wa­niem bez­cen­nej w tej sy­tu­acji amu­ni­cji.

- Ilu ich tam jest? - za­in­te­re­so­wał się le­karz.

- Z ośmiu. Naj­wy­żej dzie­się­ciu - od­parł Ra­wiń­ski.

- Re­cy­dywa?

- Na moje oko sami tym­cza­sowi. Nie wi­dzę żad­nego z mo­ich...

- Miej­sca ma­cie aż nadto. - We­gner spoj­rzał na Okrut­nego. - A kilka par do­dat­ko­wych rąk przyda się do ro­boty, choćby do opo­rzą­dza­nia ga­dziny w chle­wi­kach - pod­po­wie­dział, wi­dząc za­ciętą minę ka­pi­tana.

Niemcy, pro­jek­tu­jąc to wię­zie­nie, zro­bili wszystko, by za­pew­nić mu pełną sa­mo­wy­star­czal­ność. Dla­tego na te­re­nie za­kładu kar­nego znaj­do­wały się także chle­wiki, w któ­rych wy­ty­po­wani więź­nio­wie w na­grodę za do­bre spra­wo­wa­nie opo­rzą­dzali pra­wie osiem­dzie­siąt do­rod­nych świń. Nie­stety po grząd­kach od strony Odry, na któ­rych przed wojną upra­wiano wa­rzywa uroz­ma­ica­jące ja­dło­spis osa­dzo­nych i ka­dry, nie zo­stał na­wet ślad. Nowa wła­dza nie wi­działa sensu w kul­ty­wo­wa­niu prak­tyk oku­panta. Tak przy­naj­mniej brzmiała ofi­cjalna wer­sja.

- To co ro­bimy?

- Wpu­śćmy ich, za­nim ścią­gną nam na głowy ko­lej­nych ma­ru­de­rów - za­pro­po­no­wał We­gner.

Ha­łasy mu­siały zwró­cić uwagę wa­łę­sa­ją­cych się wciąż w po­bliżu więź­niów, któ­rzy nie wie­dzieli, co ze sobą po­cząć. Cofka za­po­cząt­ko­wana przez tych paru rap­tu­sów mo­gła wkrótce przy­brać znacz­nie więk­sze roz­miary.

- Do­bra. Sę­kala, ścią­gnij­cie tu paru swo­ich. I pa­mię­taj­cie, bę­dziemy po­trze­bo­wali kaj­da­nek. Nie po­zwolę tym mę­tom ła­zić swo­bod­nie mię­dzy na­szymi ko­bie­tami i dziećmi.

- Ta­jest. - Star­szy sier­żant ru­szył bie­giem w kie­runku pa­wi­lo­nów.

- A ty ich ucisz! - Ka­pi­tan od­wró­cił się do Tomka. - Jesz­cze słowo usły­szę z tam­tej strony albo któ­ryś za­cznie się znowu do­bi­jać, wyjdę na ze­wnątrz i spusz­czę im taki ło­mot, że po­ko­chają myśl o po­wro­cie na mia­sto.

- Ka­pi­tan mówi, że was wpu­ści. - Ra­wiń­ski od­su­nął wi­zjer w fur­cie na kilka cen­ty­me­trów. - Za mo­ment przyjdą po was straż­nicy, ale ma­cie tam ci­cho być. Jak który pi­śnie choćby słowo, to zo­sta­wimy was na bruku. Zro­zu­miano?

Ha­łasy umil­kły jak no­żem ucięte.

- No i po kło­po­cie.

Okrutny spoj­rzał w kie­runku głów­nego bu­dynku wię­zie­nia. Drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową otwie­rały się wła­śnie. Sę­kala pro­wa­dził sze­ściu mun­du­ro­wych - tylu, ilu zdo­łał zwo­łać w tak krót­kim cza­sie.

Mimo wszystko to po­winno wy­star­czyć.

- Uchyl­cie bra... - za­czął Woj­ciech, lecz prze­szko­dziły mu ło­moty, tym ra­zem znacz­nie gło­śniej­sze i bar­dziej na­tar­czywe.

- Skurwe syny! - Ra­wiń­ski po­wstrzy­mał straż­nika się­ga­ją­cego już do za­padki, obej­rzał się na ka­pi­tana, ten jed­nak nie pa­trzył w stronę bramy, tylko na nad­bie­ga­ją­cych. Po­łowa z nich miała w rę­kach pe­emy.

- Otwie­raj! - Okrutny od­piął ka­burę i wy­szarp­nął z niej służ­bo­wego ma­ka­rowa. - Je­śli któ­ryś nie wy­kona mo­jego roz­kazu, mo­że­cie strze­lać! - rzu­cił do usta­wia­ją­cych się wo­kół niego lu­dzi Sę­kali. - Ale tylko w nogi!

Ło­mot nie milkł, zda­wał się na­wet przy­bie­rać na sile, zza sta­lo­wej prze­grody do­bie­gały też co­raz gło­śniej­sze wrza­ski.

- Co tam się dzieje? - wy­mam­ro­tał dok­tor We­gner, za­nim ka­pi­tan prze­su­nął go za sie­bie.

Le­d­wie skrzy­dła bramy od­su­nęły się od sie­bie, w luce po­ja­wiły się dło­nie, jedna, druga, piąta. Ci z ze­wnątrz na­pie­rali na wrota z taką siłą, że na nic się zdał opór Ra­wiń­skiego i jego dwóch pod­wład­nych.

- Strzały ostrze­gaw­cze! - ryk­nął Okrutny, wi­dząc, że sy­tu­acja wy­myka się spod kon­troli.

Nie­równa salwa za­głu­szyła wszyst­kie inne dźwięki, ale nie zdo­łała skło­nić więź­niów do za­prze­sta­nia szturmu. Brama, choć trzy­mana przez trzech funk­cjo­na­riu­szy, prze­su­nęła się bły­ska­wicz­nie o cały metr, co wy­star­czyło, by wpa­dło za nią dwóch na­raz męż­czyzn ubra­nych w cy­wilne ła­chy. To na­prawdę mu­sieli być tym­cza­sowi, tylko im bo­wiem nie wy­da­wano wię­zien­nych sor­tów.

- Na zie­mię! - wy­darł się Okrutny, po­zo­stali pod­chwy­cili ten okrzyk. - Gleba, po­wie­dzia­łem!

Znów pa­dły strzały, po któ­rych więź­nio­wie znaj­du­jący się na dzie­dzińcu przy­sta­nęli, lecz nie pa­dli, jak im ka­zano. Nie był to jed­nak prze­jaw agre­sji. Za­wład­nął nimi strach - strach tak po­tężny, że nie wie­dzieli, co ro­bić. Ka­pi­tan nie od razu to za­uwa­żył, po­nie­waż sam był bli­ski pa­niki.

- Brać ich! - wark­nął, do­pa­da­jąc naj­bliż­szego, by po­słać go ha­kiem w nerkę na bruk. - Skuć drani! Mi­giem!

Straż­nicy rzu­cili się na zdez­o­rien­to­wa­nych męż­czyzn, przy­szpi­la­jąc ich ko­lejno. Ra­wiń­ski nie­wiele się po­my­lił: za­nim brama zo­stała na po­wrót za­mknięta, na dzie­dzi­niec do­stało się nie wię­cej niż tu­zin osa­dzo­nych.

Dzie­się­ciu już le­żało sku­tych, dwaj ostatni, naj­spo­koj­niejsi, szli chwiej­nym kro­kiem w kie­runku sza­mo­czą­cych się więź­niów i trzy­ma­ją­cych ich funk­cjo­na­riu­szy.

- Zom­bie! - wrza­snął nie­spo­dzie­wa­nie przy­glą­da­jący się tej sce­nie We­gner.

- Co?! Gdzie?!

- Ci dwaj są za­ra­żeni! - Le­karz wska­zał na tych osa­dzo­nych, któ­rzy jesz­cze stali.

Ra­wiń­ski pod­bie­gał wła­śnie do jed­nego z nich. Wy­bił się już, spadł na plecy idą­cego, za­nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać. Był o wiele cięż­szy od więź­nia, ru­nęli więc obaj na bruk jak ści­nane drzewa.

- Nie! - We­gner za­ma­chał rę­kami, zro­bił nie­pewny krok do przodu, jakby chciał od­cią­gnąć sier­żanta, ale w ostat­niej chwili zre­zy­gno­wał. - Nie pod­chodź­cie do nich! Nie zbli­żaj­cie się, bo... bo... bo was po­za­ra­żają!

Wrzesz­czał tak prze­raź­li­wie, że na­wet ci, któ­rzy go nie zro­zu­mieli, cof­nęli się mi­mo­wol­nie.

Tym­cza­sem Ra­wiń­ski, za­miast ze­rwać się z ziemi i skuć obez­wład­nio­nego, le­żał na nim, jakby na­gle za­słabł. Był jed­nak tak ciężki, że przy­gnie­ciony przez niego zom­bie nie mógł się oswo­bo­dzić. Drugi za­ra­żony wy­ko­rzy­stał mo­ment kon­ster­na­cji i parł te­raz pro­sto na ob­ser­wu­ją­cych tę scenę lu­dzi. Naj­bliż­szy funk­cjo­na­riusz znaj­do­wał się za­le­d­wie trzy kroki od niego.

- Roz­wa­lić dra­nia! - krzyk­nął Okrutny, uno­sząc ma­ka­rowa.

Nie wie­dział, ilu mun­du­ro­wych go po­słu­chało, ale są­dząc po efek­tach, strze­lał każdy, kto trzy­mał w ręku broń. Zbli­ża­jący się męż­czy­zna pod­ska­ki­wał śmiesz­nie po każ­dym tra­fie­niu. W jego prąż­ko­wa­nej, nie­gdyś bia­łej ko­szuli, a na­wet w spodniach po­ja­wiało się co­raz wię­cej dziur, ale to go nie po­wstrzy­my­wało, szedł da­lej, jakby mun­du­rowi rzu­cali w niego pest­kami, za­miast uży­wać ostrej amu­ni­cji. Woj­ciech wy­mie­rzył do­kład­niej. Z pię­ciu me­trów nie mógł chy­bić i nie chy­bił. Kula ka­li­bru 9,25 mm, o jed­nej z naj­więk­szych pręd­ko­ści wy­lo­to­wych w hi­sto­rii broni krót­kiej, prze­biła się przez czaszkę po­twora jak przez pa­pier, po­sy­ła­jąc na bruk za nim ka­wałki skóry, ko­ści, a także gę­ste bry­zgi mó­zgo­wia zmie­szane ze stru­gami krwi. Rana wy­lo­towa miała roz­miary pię­ści, co wszy­scy zo­ba­czyli, po­nie­waż im­pet tego tra­fie­nia był tak silny, że zom­bie wy­ko­nał pełny pi­ruet, za­nim... no wła­śnie, nie upadł, choć po­wi­nien.

Wi­dząc to, więk­szość straż­ni­ków po­dała tyły. Lu­dzie, któ­rzy prze­żyli kosz­mar kil­ku­let­niej wojny i oku­pa­cji, wiali, jakby im ktoś od­bez­pie­czone gra­naty w dupy chciał wsa­dzić. Więź­nio­wie także sko­rzy­stali z za­mie­sza­nia i po­gnali za mun­du­ro­wymi w stronę głów­nego bu­dynku. Ze sku­tymi za ple­cami rę­kami mieli jed­nak pro­blem z utrzy­ma­niem rów­no­wagi. Pa­dali, prze­ta­czali się i wsta­wali, nie ba­cząc na ból, byle jak naj­szyb­ciej zna­leźć schro­nie­nie i jak naj­bar­dziej od­da­lić się od istoty, któ­rej nie spo­sób po­wstrzy­mać ani za­bić.

Parę se­kund wy­star­czyło, by na dzie­dzińcu zo­stali tylko Okrutny, Sę­kala, We­gner i dwaj straż­nicy pil­nu­jący bramy, któ­rzy pa­dli na zie­mię, gdy za­częła się strze­la­nina, po­nie­waż zna­leźli się na li­nii ognia.

- To­masz! - Sę­kala oprzy­tom­niał pierw­szy, omi­nął łu­kiem chwie­ją­cego się, po­dziu­ra­wio­nego jak rze­szoto zom­bie, i szedł da­lej, by ścią­gnąć przy­ja­ciela z dru­giego po­twora.

- Nie! - wrza­snął We­gner. - Nie do­ty­kaj go, durny go­rolu!

Sier­żant nie po­słu­chał. Dok­tor za­wa­hał się, po czym ski­nął głową, jakby uznał, że robi co trzeba i rzu­cił się w kie­runku nie lu­bia­nego kra­jana. Do­go­nił go w se­kundę i po­pchnął z ca­łych sił. Za­sko­czony Sę­kala wy­ło­żył się jak długi, wy­pusz­cza­jąc broń z ręki. Te­tetka po­le­ciała aż pod bramę, mię­dzy le­żą­cych tam wciąż zdez­o­rien­to­wa­nych straż­ni­ków.

- Nie wolno ich do­ty­kać! - We­gner opadł na plecy star­szego sier­żanta, wrzesz­cząc mu do ucha. Sę­kala nie słu­chał, ryk­nął jak ra­niony zwierz, szarp­nął się i po­mimo mi­krych roz­mia­rów strzą­snął le­ka­rza z ple­ców, jakby ten był nie do­ro­słym męż­czy­zną, ale dziec­kiem. Oszo­ło­miony lekko Ro­bert wy­lą­do­wał na bruku, nie stra­cił jed­nak re­zonu. - W ko­lana mu strze­laj­cie, w ko­lana! - wy­chry­piał, po­ka­zu­jąc za­ra­żo­nego, który wła­śnie ru­szał w kie­runku wsta­ją­cego pod­ofi­cera.

Je­den z le­żą­cych przy bra­mie funk­cjo­na­riu­szy się­gnął po broń Sę­kali. Pod­parł się lewą ręką, wy­mie­rzył i po­cią­gnął za spust. W kom­plet­nej ci­szy roz­brzmiało me­ta­liczne stuk­nię­cie. Ma­ga­zy­nek był pu­sty.

- Szlag by to - jęk­nął straż­nik, od­rzu­ca­jąc te­tetkę.

Po­wę­dro­wał dło­nią do pasa, ale nie zdą­żył od­piąć ka­bury, za­nim żywy trup do­się­gnął jego prze­ło­żo­nego. Mógł więc tylko pa­trzeć, jak po­zba­wiony po­łowy głowy czło­wiek po­chyla się nad oszo­ło­mio­nym star­szym sier­żan­tem, pada na niego i za­czyna drzeć pa­zu­rami mun­dur, by do­stać się do ciała pod spodem.

Sę­kala pod­dał się bez walki. Zwiot­czał na­tych­miast, jak ba­lon, z któ­rego ktoś wy­pu­ścił po­wie­trze.

- Zrób­cie coś, do cho­lery! - wrzesz­czał We­gner, od­czoł­gu­jąc się byle da­lej od nie­umar­łego i jego ofiary.

W tym mo­men­cie uwagę zdę­bia­łego Okrut­nego przy­kuł sier­żant Ra­wiń­ski. Po­ru­szył się, drgnął raz i drugi, jakby za­czął od­zy­ski­wać przy­tom­ność. Całe szczę­ście...

- To­mek?

- On też jest już zom­bie! - We­gner zła­pał ka­pi­tana za nogę. - Pa­trz­cie!

Oczy gra­mo­lą­cego się z ziemi Ra­wiń­skiego były białe, jakby wy­wró­cone źre­ni­cami w głąb czaszki. Skórę na twa­rzy miał dziw­nie szarą. Po­ru­szał się nie­zbor­nie, jak ci dwaj przed chwilą.

- Ja pier... - Woj­ciech prze­że­gnał się, co zwa­żyw­szy na jego prze­ko­na­nia, było chyba na­wet dziw­niej­sze od faktu, że ist­nieją lu­dzie, któ­rych nie można za­bić.

- Ucie­kaj­cie! - We­gner mach­nął wolną ręką na funk­cjo­na­riu­szy cza­ją­cych się wciąż pod bramą. - Tam, bo­kiem, omiń­cie ich! Wy­co­fajmy się... - Spoj­rzał w górę na Okrut­nego. - Mu­simy za­mknąć we­wnętrzne bramy, od­ciąć ich, za­nim do­padną ko­goś jesz­cze!

- Nie! - Ka­pi­tan otrzą­snął się, jakby ktoś ob­lał go ku­błem zim­nej wody. - Za­raz wrócą nasi. Nie mo­żemy ich zo­sta­wić na pa­stwę tych, tych...

- Zom­bie - pod­po­wie­dział po­now­nie le­karz.

- ...chu­jów - do­koń­czył roz­trzę­siony ofi­cer.

- Jak za­mier­za­cie chu­jów po­wstrzy­mać, skoro nie można ich tknąć? - za­py­tał zgryź­li­wym to­nem le­karz.

Tym­cza­sem straż­nicy wy­co­fali się spod bramy, jak im po­ra­dzono, sze­ro­kim łu­kiem omi­ja­jąc nie­umar­łych i wra­ca­jące do ży­cia ofiary.

- Skrzy­nie - bąk­nął ka­pi­tan.

- Co: skrzy­nie?

Okrutny uśmiech­nął się trium­fal­nie.

- Dwor­czyk! - Wska­zał pal­cem straż­nika po pra­wej. - Leć pod ma­ga­zyn, zwo­łaj lu­dzi, przy­nie­ście tu­taj cztery skrzy­nie na zwłoki. I coś cięż­kiego, naj­le­piej ja­kiś złom z warsz­ta­tów, felgi, co­kol­wiek. Nie gap się na mnie jak szpak w pizdę, tylko ru­chy na sprzę­cie! Ka­mil, cze­kaj! - za­wo­łał, gdy młody sze­re­go­wiec ru­szył w kie­runku bramy pro­wa­dzą­cej na te­ren daw­nych blo­ków dla ko­biet. - Da­waj te­tetkę.

Chwy­cił w lo­cie rzu­coną mu broń, prze­ła­do­wał.

- W ko­lana, tak? - za­py­tał za­sko­czo­nego We­gnera. - To coś da?

- Po­winno go spo­wol­nić - od­parł le­karz.

- Brzo­stek, ty zo­stań! - Ka­pi­tan po­wstrzy­mał dru­giego straż­nika ge­stem unie­sio­nej ręki. - Jesz­cze je­den krok, a cie­bie też roz­walę! - ostrzegł, wi­dząc, że prze­ra­żony funk­cjo­na­riusz na­dal prze­suwa się w stronę wej­ścia na blok A. - Zbierz po­rzu­coną broń, bę­dziemy po­trze­bo­wali mak­sy­mal­nej siły ognia.

Okrutny wy­mie­rzył ma­ka­rowa w pod­cho­dzą­cego do niego wolno Ra­wiń­skiego.

- Wy­bacz, To­mek - szep­nął, na­ci­ska­jąc spust.

Pierw­sza kula we­szła ide­al­nie w prawą rzepkę. Od­mie­niony sier­żant stra­cił rów­no­wagę, po­le­ciał na twarz. Wal­nął o bruk z taką siłą, że wszy­scy usły­szeli trzask pę­ka­ją­cych ko­ści. Mimo to nie jęk­nął na­wet, co wię­cej, na­tych­miast za­czął się gra­mo­lić z po­wro­tem na nogi, jakby po­wo­dem upadku było naj­nor­mal­niej­sze w świe­cie po­tknię­cie.

- Barki, prze­strzel­cie mu barki! - wrza­snął We­gner.

Okrutny zro­bił krok do przodu, przy­mie­rzył, wy­pa­lił, po­tem scho­wał opróż­nio­nego ma­ka­rowa do ka­bury i prze­ło­żył do pra­wej dłoni te­tetkę Dwor­czyka. Strze­lił po raz trzeci, mie­rząc w prawy staw bar­kowy le­żą­cego nie­umar­łego. Ra­wiń­ski znie­ru­cho­miał, to zna­czy prze­stał się pod­pie­rać, choć na­dal pró­bo­wał się od­py­chać je­dyną sprawną nogą, ale przy jego wa­dze to nie mo­gło wy­star­czyć.

- Da­waj swoją broń, Ja­nek! - Ka­pi­tan wy­cią­gnął dłoń w stronę Brzostka.

Uspo­ko­jony zimną krwią prze­ło­żo­nego funk­cjo­na­riusz wy­ko­nał po­le­ce­nie, po czym wró­cił do zbie­ra­nia broni po­rzu­co­nej przez ko­le­gów.

- Daj jedną klamkę dok­tor­kowi - do­dał Okrutny, ru­sza­jąc w stronę nie­umar­łego z prze­strze­loną głową, który wła­śnie zła­ził z za­bi­tego star­szego sier­żanta. Jemu naj­pierw zgru­cho­tał oba barki, które ja­kimś cu­dem nie zo­stały uszko­dzone pod­czas pier­wot­nej ka­no­nady, a na­stęp­nie wpa­ko­wał trzeci, ostatni po­cisk w lewy staw ko­la­nowy.

- Po co mi broń? - ob­ru­szył się We­gner.

- Na wszelki wy­pa­dek - wark­nął ka­pi­tan, sta­jąc dwa kroki od znie­ru­cho­mia­łego Sę­kali.

- Je­stem le­ka­rzem, nie rzeź­ni­kiem - rzu­cił obu­rzony me­dyk, ale nie ode­pchnął dłoni Brzostka, gdy ten po­dał mu jedną z po­rzu­co­nych te­te­tek.

- Le­ka­rze to naj­więksi rzeź­nicy - za­śmiał się ka­pi­tan, spraw­dza­jąc, czy ma jesz­cze na­boje w pi­sto­le­cie. - Ja­nek! - Od­wró­cił się do straż­nika. - Po­wy­cią­gaj ma­ga­zynki i za­ła­duj wszyst­kie na­boje do jed­nego. Tylko szybko! Sę­kala na­dal le­żał tam, gdzie upadł, za to zom­bie, któ­rego oba­lił Ra­wiń­ski, zdą­żył już się pod­nieść. Okrutny prze­su­nął się więc w bok, ścią­ga­jąc na sie­bie jego uwagę, by We­gner miał czy­ste pole do strzału. Le­karz jed­nak nie po­cią­gnął za spust. Ręce tak mu drżały, że gdyby na­wet zmu­sił pa­lec do tego nie­wiel­kiego ru­chu, i tak by chy­bił. Ma­ga­zy­nek z ośmioma na­bo­jami tra­fił do pi­sto­letu Okrut­nego, za­nim Sę­kala zdą­żył sta­nąć na nogi. Sześć ko­lej­nych wy­strza­łów roz­brzmiało gło­śnym echem, bam, bam, bam, bam, bam, bam! Gdy w bra­mie po­ja­wili się lu­dzie nio­sący ścią­gnięte z cię­ża­rówki skrzy­nie na zwłoki i złom z warsz­ta­tów, wszy­scy nie­umarli byli już uniesz­ko­dli­wieni. Le­żeli w ka­łu­żach krwi kilka me­trów od bramy, wi­jąc się jak ro­baki wy­ko­pane z błota po so­lid­nej ule­wie.

Funk­cjo­na­riu­sze, któ­rzy nie brali udziału w ak­cji, za­trzy­mali się bo­jaź­li­wie za sie­dzą­cym wciąż na ziemi le­ka­rzem.

- Zdej­mij­cie wieka, od­wróć­cie skrzy­nie do góry dnem i na­kryj­cie ich! - roz­ka­zał Okrutny, co­fa­jąc się o krok. - Wy­ko­nać!

- Ale oni jesz­cze dy­chają - za­pro­te­sto­wał star­szy sze­re­gowy Hu­bert Kruk, war­sza­wiak, je­den z lu­dzi Ra­wiń­skiego, zdaje się, że jego są­siad z Pragi.

- Tak ci się tylko wy­daje - zga­sił go ka­pi­tan.

- Oni są za­ra­żeni - mruk­nął We­gner, od­kła­da­jąc te­tetkę na bruk.

- Jak to: za­ra­żeni? - żach­nął się drugi z przy­by­łych. - Prze­cież to nasz sier­żant i...

- My­ślisz, synku, że ewa­ku­owa­li­śmy was za ten mur bez po­wodu? - Okrutny po­słał mu ostre spoj­rze­nie. - Nie wiem, z czym mamy do czy­nie­nia, ale jedno jest pewne: każdy, kto się za­razi, w mgnie­niu oka zo­staje bez­ro­zumną, krwio­żer­czą be­stią. Ot tak - pstryk­nął pal­cami. - Le­piej więc uwa­żaj­cie, żeby żad­nego z nich nie do­tknąć.

- Jak mamy ich po­na­kry­wać, skoro tak gi­czoły po­roz­sta­wiali? - za­py­tał Kruk, wska­zu­jąc tego z prze­strze­loną głową.

- Wie­kiem je so­bie prze­su­waj­cie - po­ra­dził mu We­gner, który zdą­żył już wstać.

- Sły­sze­li­ście, co dok­tor po­wie­dział?

Ski­nęli gło­wami, po czym ru­szyli przed sie­bie bar­dzo nie­pew­nym kro­kiem. Po­de­szli do nie­umar­łych wolno, ostroż­nie, wstrzy­mu­jąc od­de­chy, jakby się bali, że za­raza do­pad­nie ich przez płuca. Pra­co­wali pa­rami, dzięki czemu spraw­nie wy­ko­nali roz­kaz. Pro­ste, zbite z so­sno­wych de­sek skrzy­nie, w któ­rych cho­wano ska­zań­ców, na­kryli sta­rymi fel­gami i całą resztą złomu, jaki funk­cjo­na­riu­sze zdo­łali przy­tasz­czyć z po­bli­skich warsz­ta­tów.

- To wy­star­czy? - Okrutny spoj­rzał na otrze­pu­ją­cego far­tuch le­ka­rza.

- Skąd mam wie­dzieć? - od­burk­nął We­gner.

- Z nas wszyst­kich to pan koń­czył me­dy­cynę.

- Nie uczyli nas tam o nie­umar­łych. Ale... - We­gner się za­my­ślił. - Le­piej bę­dzie się ich po­zbyć.

- Jak?

- Wy­stawmy ich za bramę.

- Ja nie tknę tej skrzyni. Za nic! - za­pro­te­sto­wał Brzo­stek.

- Ani ja - za­wtó­ro­wał mu Dwor­czyk.

Reszta mun­du­ro­wych po­parła ich zna­czą­cymi po­mru­kami.

- Spalmy ich - za­pro­po­no­wał w końcu le­karz, prze­ry­wa­jąc nie­zręczną ci­szę. - Parę li­trów ben­zyny, tro­chę drewna z ko­tłowni i bę­dzie po krzyku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki