Szczury Wrocławia. Dzielnica - Robert J. Szmidt

Kup ebooka

54.90 zł
41.17 zł (43,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPRO­WA­DZE­NIE

Wie­czo­rem 9 sierp­nia 1963 roku mi­li­cjanci pil­nu­jący izo­la­to­rium na Psim Polu są świad­kami mro­żą­cych krew w ży­łach zda­rzeń. Część pod­da­nych kwa­ran­tan­nie cy­wi­lów za­mie­nia się w krwio­żer­cze be­stie. Prze­ło­żeni lek­ce­ważą pierw­sze do­nie­sie­nia o nie­umar­łych, ale gdy sy­gnały za­czy­nają na­pły­wać z in­nych miejsc od­osob­nie­nia, ma­jor Bie­drzycki, se­kre­tarz Nie­syto, pod­se­kre­tarz Bre­mer i ka­pi­tan Łu­kasz Bran­dys, za­stę­pu­jący pod­czas fe­ral­nego week­endu naj­waż­niej­szych dy­gni­ta­rzy, zo­stają zmu­szeni do pod­ję­cia zde­cy­do­wa­nych dzia­łań. Sy­tu­acja w mie­ście wy­myka się jed­nak spod kon­troli po­mimo wy­sła­nia do ak­cji nie tylko zwy­kłych mi­li­cjan­tów, ale też eli­tar­nych od­dzia­łów ZOMO.

De­cy­denci, wi­dząc bez­na­dziej­ność sy­tu­acji, rej­te­rują ko­lejno, po­zo­sta­wia­jąc walkę z hor­dami zom­bie "mło­dym wil­kom". Bie­drzycki i jego to­wa­rzy­sze nie za­mie­rzają się jed­nak pod­dać. Do ak­cji wkra­cza więc we­zwane woj­sko, ale i ono nie jest w sta­nie po­wstrzy­mać rzesz ty­sięcy nie­umar­łych, tym bar­dziej że po­czy­nione wcze­śniej kroki za­rad­cze, ta­kie jak pa­le­nie uniesz­ko­dli­wio­nych cho­dzą­cych tru­pów, oka­zują się śmier­tel­nie groźne dla tych, któ­rzy wciąż żyją. Dymy za­snu­wa­jące mia­sto roz­no­szą za­razę w re­jony, które do tej pory wy­da­wały się bez­pieczne.

Do­cho­dzi do ma­sa­kry. Za­tło­czone dworce stają się ma­so­wymi gro­bami tych, któ­rzy pró­bują zbiec z mia­sta. Upada także Ko­menda Wo­je­wódzka, z któ­rej kie­ro­wano dzia­ła­niami sił zbroj­nych. Po­zba­wieni do­wódz­twa żoł­nie­rze de­zer­te­rują dzie­siąt­kami. Zda­wać się może, że nie ma już żad­nej na­dziei.

In­for­mo­wany o sy­tu­acji to­wa­rzysz Za­tylny, ostatni z se­kre­ta­rzy PZPR, jacy po­zo­stali w mie­ście, zwraca się naj­pierw do władz cen­tral­nych, a za ich zgodą do Ro­sjan, z prośbą o brat­nią po­moc, czyli o zrzu­ce­nie na mia­sto bomby ter­mo­nu­kle­ar­nej, po­nie­waż tylko jej moc może - jego zda­niem - po­wstrzy­mać tę po­tworną za­razę. Ter­min na­lotu wy­zna­czono na go­dzinę szó­stą trzy­dzie­ści na­stęp­nego ranka, ska­zu­jąc tym sa­mym na pewną śmierć nie tylko tych miesz­kań­ców Wro­cła­wia, któ­rzy oca­leli, ale także ty­siące mun­du­ro­wych, któ­rzy z po­świę­ce­niem wła­snego ży­cia sta­rają się za­pa­no­wać nad cha­osem.

Tym­cza­sem w mie­ście trwa ak­cja ewa­ku­acji de­cy­den­tów. Elita ko­mu­ni­stycz­nych władz za­mie­rza prze­trwać bom­bar­do­wa­nie w schro­nie prze­ciw­ato­mo­wym, który mie­ści się pod gma­chem Ko­mi­tetu Wo­je­wódz­kiego PZPR, jed­nakże i de­cy­denci na­po­ty­kają na swo­jej dro­dze prze­szkody, gdyż nad wie­loma dziel­ni­cami pa­nują już hordy krwio­żer­czych ży­wych tru­pów.

Próby po­dej­mo­wane przez ma­jora Bie­drzyc­kiego, który chce od­wieść Za­tyl­nego od po­peł­nie­nia po­twor­nej zbrodni, nie przy­no­szą skutku, lecz atak nie na­stę­puje, po­nie­waż apo­ka­lipsa zom­bie, która roz­po­częła się we Wro­cła­wiu, w ciągu kilku go­dzin obej­muje nie­mal cały świat. Wi­rus czar­nej ospy, jak się oka­zuje, był ka­ta­li­za­to­rem, który przy­śpie­szył roz­wój wy­pad­ków w sto­licy Dol­nego Ślą­ska, ale pro­blem do­ty­czy wszyst­kich kon­ty­nen­tów.

Zdani tylko na sie­bie obrońcy w ob­li­czu gro­żą­cej im klę­ski po­sta­na­wiają prze­gru­po­wać siły i wy­co­fać się na rza­dziej za­lud­nioną Wielką Wy­spę, by tam przy­go­to­wać plany dal­szej obrony i kontr­ataku. Z ty­sięcy żoł­nie­rzy i mi­li­cjan­tów po­sła­nych do walki z zom­bie na te­ren ogrodu zoo­lo­gicz­nego do­ciera tylko garstka, lecz to do­piero po­czą­tek walki o prze­trwa­nie.

W mie­ście za rzeką po­zo­stali wciąż cze­ka­jący na ra­tu­nek cy­wile...

1

pią­tek, 23 sierp­nia 1963, go­dzina 10:30Sę­polno, ulica Emi­lii Pla­ter 15

Ola Mar­ci­niak-Pio­trow­ska wstrzy­my­wała od­dech od dłuż­szej chwili, lecz nie­wiele to da­wało. Sza­le­jące w piersi serce wa­liło o że­bra zbyt gło­śno, by mo­gła mieć cał­ko­witą pew­ność, że z klatki scho­do­wej nie do­bie­gają żadne nie­po­ko­jące dźwięki.

- Może le­piej nie idź - szep­nęła, zer­ka­jąc przez ra­mię na męża cze­ka­ją­cego dwa kroki za nią.

- Mu­szę, Oleńko - od­po­wie­dział Ra­dek i po­pra­wił ner­wowo pa­ski ple­caka.

- To za­cze­kaj cho­ciaż - po­pro­siła, raz jesz­cze przy­kła­da­jąc ucho do drzwi.

Mi­jał wła­śnie dwu­na­sty dzień, od­kąd zo­stali uwię­zieni we wła­snym, czyli kwa­te­run­ko­wym miesz­ka­niu na od­le­głych pe­ry­fe­riach Wro­cła­wia. Wczo­raj rano otwo­rzyli ostatni wek wy­szpe­rany w prze­past­nych głę­bi­nach paw­la­cza. Litr chu­dego bi­gosu od ciotki ze wsi, u któ­rej wła­śnie spę­dzały wa­ka­cje ich dzieci, wy­star­czył do za­spo­ko­je­nia pierw­szego głodu. Stan po­zor­nej sy­to­ści szybko jed­nak mi­nął, a na na­stępny po­si­łek nie mieli wi­do­ków, co ozna­czało, że wy­prawa po nowe za­pasy była ko­niecz­no­ścią, je­śli chcieli do­żyć...

Ola skrzy­wiła się z re­zy­gna­cją. Jesz­cze ty­dzień temu try­skała opty­mi­zmem, wie­rzyła też świę­cie, że nad­cią­gnie od­siecz, ale ko­lejne dni upły­wały, a ra­tunku jak nie było, tak nie było.

Po­ten­cjalni zbawcy utknęli na do­bre po dru­giej stro­nie Wiel­kiej Wy­spy, na któ­rej le­żało Sę­polno. Echa palby nie sła­bły wpraw­dzie, grzmiały nad ich gło­wami od świtu aż po zmierzch, lecz kle­kot broni ma­szy­no­wej i huk po­je­dyn­czych wy­strza­łów z pi­sto­le­tów wciąż wy­da­wały się zbyt da­le­kie i ci­che, by mo­gła za­cho­wać wiarę w ry­chłe oca­le­nie. Na do­miar złego mi­nio­nego po­po­łu­dnia, chyba po raz pierw­szy od po­ja­wie­nia się plagi nie­umar­łych, nad Sę­pol­nem za­pa­no­wała trwa­jąca kilka go­dzin gro­bowa ci­sza.

Co zwia­sto­wało to na­głe prze­rwa­nie ognia, tego ani Ola, ani Ra­dek nie wie­dzieli. Był to albo do­bry znak, albo za­po­wiedź nad­cho­dzą­cej szyb­kimi kro­kami za­głady. Ko­mu­ni­kat pusz­czany w ra­dio co go­dzinę w ogóle się nie zmie­niał. Ge­ne­rał Bie­drzycki na­wo­ły­wał w nim po raz bo­daj trzech­setny, aby oca­leni wro­cła­wia­nie po­zo­stali w do­mach i cze­kali ze spo­ko­jem na przy­by­cie gwar­dii.

Pro­blem w tym, że czło­wiek długo nie po­cią­gnie o sa­mej wo­dzie. Ola jako dy­plo­mo­wana le­karka wie­działa to naj­le­piej i wła­śnie dla­tego stała te­raz w przed­po­koju z uchem przy­tknię­tym do drzwi wej­ścio­wych, pró­bu­jąc wy­chwy­cić każdy naj­lżej­szy na­wet ha­łas. Na klatce scho­do­wej już od pew­nej chwili pa­no­wała nie­zmą­cona ci­sza, choć jesz­cze pół go­dziny temu z niż­szego pię­tra do­bie­gały ja­kieś ło­moty i trudne do zro­zu­mie­nia wrza­ski. To chyba do­bry omen, uznała. Oży­wieńcy, jak na­zy­wano w ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tach te be­stie, nie wy­da­wali wpraw­dzie żad­nych dźwię­ków, ale po­ru­szali się tak nie­zdar­nie, że na każ­dym kroku wsz­czy­nali ru­mor.

Do­wo­dem tego były choćby stłu­mione dźwięki do­cie­ra­jące z miesz­ka­nia po­ni­żej. Jego sa­motny lo­ka­tor, pan Woj­ciech Acz­kie­wicz, czło­wiek ser­cowy, prze­mie­nił się na sa­mym po­czątku apo­ka­lipsy, ja­koś tak trze­ciego albo czwar­tego dnia, i ła­ził te­raz ich śla­dem, po­ty­ka­jąc się co rusz o me­ble i od­bi­ja­jąc od ścian. Ola wi­działa - oczy­wi­ście oczami wy­obraźni - jak nie­umarły są­siad o dłu­giej bro­dzie, upo­dab­nia­ją­cej go do Świę­tego Mi­ko­łaja, wy­ciąga upior­nie ko­ści­ste łap­ska ku su­fi­towi, za któ­rym wy­czu­wał znaj­du­jące się naj­bli­żej żywe jesz­cze osoby, czyli ją i Radka. Ten kosz­mar na­wie­dzał ją także we śnie. Bu­dziła się wtedy z krzy­kiem, sia­dała na łóżku spo­cona jak mysz w po­łogu i po­mimo wy­sił­ków opie­kuń­czego męża bar­dzo długo nie mo­gła za­snąć.

- Chyba jest... - za­częła mó­wić, ale umil­kła w pół słowa.

Drzwi Abram­czy­ków, są­sia­dów spod czwórki, otwo­rzyły się na­gle z hu­kiem, jakby wal­nęły o szafę albo ścianę. Znacz­nie gło­śniej­sze były jed­nak krzyki pani Ju­styny, które nik­nęły mo­men­tami w prze­raź­li­wym pi­sku dziecka. Po chwili wrza­ski umil­kły, za to roz­legł się ryt­miczny stu­kot ob­ca­sów o la­stryko. Ko­bieta i jej córka pró­bo­wały zbiec na par­ter. Wkrótce z oko­lic pół­pię­tra do­biegł urwany krzyk, po któ­rym stu­koty - za­miast cich­nąć - znów za­częły przy­bie­rać na sile.

Ola po­chy­lała się wła­śnie do ju­da­sza, by spraw­dzić, co może być po­wo­dem tego za­mie­sza­nia, ale od­sko­czyła rap­tow­nie, gdyż drzwi za­drżały pod ude­rze­niami czy­jejś pię­ści.

- Ra­tuj­cie, lu­dzie­eeee!...

Wrzask Abram­czy­ko­wej raz jesz­cze uto­nął w ogłu­sza­ją­cym pi­sku jej ośmio­let­niej có­reczki Hani, po czym - za­le­d­wie se­kundę albo dwie póź­niej - wszyst­kie ha­łasy uci­chły jak no­żem uciął. Ola i Ra­dek spoj­rzeli po so­bie nie­pew­nie. Wtem do ich uszu do­bie­gło szu­ra­nie, jakby coś cięż­kiego i mięk­kiego osu­wało się po dru­giej stro­nie drzwi.

Do­sko­nale wie­dzieli, co to ozna­cza. W miesz­ka­niu obok ktoś mu­siał się prze­mie­nić. Są­dząc po tem­brze gło­sów tych człon­ków ro­dziny, któ­rzy pró­bo­wali wy­do­stać się z matni, los ten spo­tkał albo pana Ma­cieja, albo jego pię­cio­let­niego synka, Ni­ko­dema. Chwila za­sta­no­wie­nia wy­star­czyła, by Ola uznała, że dziecko jest pew­niej­szym tro­pem. Od wczo­raj mę­czył je bo­wiem su­chy ka­szel, taki sam, na jaki uskar­żało się wcze­śniej mnó­stwo lu­dzi z głębi osie­dla, któ­rzy na­wdy­chali się cuch­ną­cych wy­zie­wów z pro­wi­zo­rycz­nego kre­ma­to­rium, urzą­dzo­nego przez mi­li­cję i woj­sko na te­re­nie ba­senu ką­pie­lo­wego przy Sta­dio­nie Olim­pij­skim.

Gry­zący dym snuł się po­noć nad oko­licz­nymi do­mami przez całą noc i po­łowę dnia. Na tym końcu osie­dla nie był tak gę­sty jak na Mic­kie­wi­cza czy Ko­sy­nie­rów Gdyń­skich, lecz i tak dał się po­waż­nie we znaki zwłasz­cza star­com i dzie­ciom.

Pio­trow­scy nie do­świad­czyli tej wąt­pli­wej przy­jem­no­ści dzięki temu, że po­ja­wili się na Emi­lii Pla­ter do­piero w so­botę dzie­sią­tego sierp­nia wie­czo­rem.

- Dla­czego za­wró­ciła? - Za­nie­po­ko­jony Ra­dek od­su­nął żonę i sam za­czął na­słu­chi­wać.

W ko­ry­ta­rzu roz­brzmie­wały te­raz może nie­zbyt gło­śne, ale za to bar­dzo nie­przy­jemne dźwięki. Chlu­pot, mla­ska­nie, od­głosy pru­cia ma­te­riału, mia­rowy stu­kot, od któ­rego znów drżały drzwi. Czyżby nie­umarli roz­szar­py­wali ofiary na na­szej wy­cie­raczce? Pio­trow­ski cof­nął się prze­ra­żony i za­raz się prze­że­gnał, mimo że nie na­le­żał do osób prze­sad­nie re­li­gij­nych.

Nie opie­rał się na­wet spe­cjal­nie, gdy Ola cią­gnęła go w głąb przed­po­koju. Par­kiet skrzy­piał zło­wiesz­czo przy każ­dym ich kroku.

- Te ło­moty, które sły­sza­łam wcze­śniej... - wy­szep­tała, choć miała świa­do­mość, że nie­umarli nie mogą jej usły­szeć. - To mu­siało być u No­waka.

- Cho­lerny me­li­niarz! - prze­klął Ra­dek, zdej­mu­jąc ple­cak. - Za­piła się menda na śmierć.

Znany wszyst­kim gra­barz z po­bli­skiego cmen­ta­rza, zaj­mu­jący lo­kal nu­mer dwa, ni­gdy nie stro­nił od al­ko­holu. W jego fa­chu to po­noć nor­malka i nic dziw­nego, skoro czło­wiek ob­cuje ze śmier­cią na co dzień. Gregu, jak na­zy­wali go kom­pani od kie­liszka, czę­sto urzą­dzał u sie­bie gło­śne li­ba­cje, skargi są­sia­dów ma­jąc oczy­wi­ście za nic. W tam­ten sądny pią­tek także za­chlał pałę, a dwa dni póź­niej, gdy wy­trzeź­wiał na tyle, by po­czuć głód, wy­pra­wił się na mia­sto. Pan Woj­ciech ostrze­gał go przed od­mień­cami, lecz wciąż nie­trzeźwy drań od­burk­nął tylko, że jest ze śmier­cią za pan brat, i po­lazł w dia­bły. Znik­nął na kilka dłu­gich go­dzin, po czym wró­cił, ale nie sam.

Po­ja­wił się na ulicy wcze­snym po­po­łu­dniem, pcha­jąc przed sobą wó­zek mle­cza­rza. Upchane na nim bu­telki dzwo­niły na ko­cich łbach od sa­mego rogu, co do za­war­to­ści na­to­miast - da­leko jej było do śnież­nej bieli. Ska­co­wany gra­barz naj­wy­raź­niej splą­dro­wał któ­rąś z oko­licz­nych mor­downi albo na­wet sklep mo­no­po­lowy i te­raz, z sze­ro­kim uśmie­chem na ogo­rza­łej twa­rzy, wiózł do domu dwie skrzynki go­rzały i ze trzy razy tyle piw­ska. Krok za nim drep­tał inny znany miej­scowy bir­bant, nie­jaki Piotr Ga­gracz, także gra­barz i rów­nie wielka, je­śli nie więk­sza mo­czy­morda. On, co cie­kawe i w pew­nym sen­sie za­ska­ku­jące, ugi­nał się pod cię­ża­rem czte­rech sia­tek wy­peł­nio­nych po same uszy pusz­kami roz­ma­itych kształ­tów i wiel­ko­ści.

Na wi­dok obu pi­ju­sów na­wet Ola za­klęła szpet­nie, choć zwy­kle stro­niła od po­spo­li­tej wer­sji ła­ciny. Za męż­czy­znami bo­wiem wle­kła się horda nie­umar­łych, któ­rych bez­myślne ochla­pusy mu­siały po­ścią­gać z przy­le­głych ulic i po­dwó­rzy. Było ich tak wielu, że za­blo­ko­wali jezd­nię i oba chod­niki od strony Dem­bow­skiego; spora część do­czła­pała wkrótce pod bramę, przed którą No­wak i Ga­gracz w umiar­ko­wa­nym po­śpie­chu roz­ła­do­wy­wali wó­zek. Tylko kilku naj­bar­dziej po­wol­nych zo­stało w tyle. Ci przy­le­pili się szybko do gru­bych mu­rów, wy­czu­wa­jąc obec­ność ży­ją­cych jesz­cze lo­ka­to­rów na­roż­nych za­bu­do­wań.

Mimo że od tam­tej pory mi­nęło z dzie­sięć dni, więk­szość zwa­bio­nych przez No­waka i Ga­gra­cza od­mień­ców na­dal cza­to­wała pod ka­mie­nicą. Nie­umarli nie znie­chę­cali się prędko, zwłasz­cza je­śli w po­bliżu wy­czu­wali ofiary. Kto wie, czy pan Acz­kie­wicz nie do­stał za­wału przez to ich nie­ustanne skro­ba­nie pa­zu­rami do jego okien.

Ola wzdry­gnęła się na tę myśl. Ża­ło­wała, że Ra­dek, który zszedł wtedy na dół, by opie­przyć spraw­ców nie­szczę­ścia, dał się tak ła­two uła­go­dzić pa­roma kon­ser­wami ryb­nymi. Choć oboje cie­szyli się jak dzieci, że te kilka pu­szek po­zwoli im prze­trwać do spo­dzie­wa­nego przy­by­cia gwar­dzi­stów, do niej za­częło z cza­sem do­cie­rać, że wy­dzie­la­jąc so­bie skromny dzienny przy­dział tego ra­ry­tasu, opóź­nili nie­po­trzeb­nie wy­pad do piw­nicy i zmar­no­wali je­dyną być może szansę na bez­pieczne zdo­by­cie więk­szej ilo­ści po­ży­wie­nia.

Oni sami sło­iki od ciotki trzy­mali na paw­la­czu - głów­nie ze względu na No­waka, który po pi­jaku nie sza­no­wał cu­dzej wła­sno­ści i czę­sto bu­szo­wał w piw­ni­cach są­sia­dów. W swo­jej prze­cho­wy­wali tylko ziem­niaki, lecz po­zbyli się po­prze­ra­sta­nych bulw za­le­d­wie ty­dzień przed apo­ka­lipsą, za­mie­rza­jąc jak zwy­kle od­no­wić za­pas na po­czątku wrze­śnia. Po­zo­sta­wało im więc li­czyć na to, że pan Woj­ciech za­cho­mi­ko­wał ja­kieś weki do­mo­wej ro­boty, które mu się prze­cież do ni­czego już nie przy­da­dzą.

Je­śli No­wak i jego kom­pan za­blo­ko­wali klatkę scho­dową - na co wska­zy­wa­łaby nie­dawna pa­niczna re­ak­cja pani Ju­styny - to droga do piw­nicy zo­stała od­cięta z obu stron, roz­wa­żała sy­tu­ację nie­stru­dzona Ola. Okie­nek od strony ulicy pil­nuje zgraja wy­głod­nia­łych tru­pów, a zresztą otwory są za małe, żeby prze­ci­snął się przez nie mój mąż.

Za­klęła mi­mo­wol­nie, gdy do­no­śne stuk­nię­cie w drzwi przy­po­mniało jej, że pi­jacy z par­teru nie są wy­łączną prze­szkodą, jaka dzieli ich od je­dze­nia. Cof­nęła się in­stynk­tow­nie aż pod ścianę. Obec­nie naj­więk­sze za­gro­że­nie sta­no­wili prze­mie­nieni Abram­czy­ko­wie. Na ra­zie za­do­wo­lili się krew­nia­kami, lada mo­ment jed­nak za­czną szu­kać ko­lej­nych ofiar, a wiele prze­ma­wiało za tym, że ostat­nimi miesz­kań­cami tej bramy, a może na­wet ulicy, są Pio­trow­scy.

Ola po­cią­gnęła Radka na sam ko­niec sy­pialni, je­dy­nego po­koju od po­dwó­rza, choć do­brze wie­działa, że nie­wiele to da. Żądne krwi cho­lery na­dal ich wy­czu­wały. Co­raz gło­śniej­sze skro­ba­nie i stu­ka­nie do drzwi było naj­lep­szym tego do­wo­dem.

- Nie mo­żemy tu zo­stać - szep­nęła, przy­wie­ra­jąc całą sobą do męża.

Ob­jął ją szybko ra­mie­niem, przy­tu­lił mocno, spo­glą­da­jąc rów­no­cze­śnie na so­czy­stą zie­leń za oknem, która nie wie­dzieć czemu przy ko­ściele na­brała ostat­nio żół­ta­wego od­cie­nia.

- Cze­kaj - rzu­cił, od­su­wa­jąc żonę, by wyj­rzeć na po­dwó­rze.

Wy­do­sta­nie się na dach le­żało poza za­się­giem ich moż­li­wo­ści. Rynna była za da­leko, zresztą nie utrzy­ma­łaby cię­żaru do­ro­słego czło­wieka. Co wię­cej, żadne z nich nie nada­wało się na ta­ter­nika ani akro­batę, a tylko ktoś taki zdo­łałby się wspiąć przez sze­roki na­wis znaj­du­jący się metr nad górną kra­wę­dzią okna. Ra­dek opu­ścił więc głowę i zlu­stro­wał wzro­kiem ogródki lo­ka­tor­skie wy­peł­nia­jące roz­le­głą prze­strzeń mię­dzy ty­łami ka­mie­nic tego kwar­tału. Nie zo­ba­czył ni­kogo. Tych nie­licz­nych oży­wień­ców, któ­rzy pa­łę­tali się wcze­śniej u zbiegu Dem­bow­skiego i Monte Cas­sino, mu­sieli od­cią­gnąć spod ko­ścioła obaj pi­jacy, gdy wra­cali do domu z łu­pami.

Ola do­łą­czyła do męża i w mil­cze­niu przy­glą­dała się ty­łom świą­tyni, w któ­rej na sa­mym po­czątku Ar­ma­ge­donu schro­niło się wielu bo­go­boj­nych miesz­kań­ców obu po­bli­skich osie­dli. Zwłasz­cza starsi ru­szyli tam chęt­nie i tłum­nie, le­d­wie ksiądz pra­łat ka­zał bić ran­kiem w dzwony, nikt jed­nak - przy­naj­mniej z tego, co Pio­trow­scy wie­dzieli - stam­tąd nie wró­cił. Grube ce­glane mury stały się ma­so­wym gro­bem...

- Tam są setki lu­dzi - przy­po­mniała.

- To już nie lu­dzie - po­pra­wił ją ma­chi­nal­nie Ra­dek.

- Je­śli nas wy­czują...

- Nie wy­czują. A je­śli na­wet, to po­lezą w stronę oł­ta­rza, nie do bocz­nego wyj­ścia - ar­gu­men­to­wał cał­kiem lo­gicz­nie. - My w tym cza­sie prze­bie­gniemy mię­dzy ścianą szczy­tową ka­mie­nicy przy Dem­bow­skiego a ty­łami ko­ścioła.

- Nie wiemy, jak wy­gląda sy­tu­acja na ulicy - za­pro­te­sto­wała.

- Wiemy, że No­wak ścią­gnął nam pod bramę więk­szość, je­śli nie wszyst­kich oży­wień­ców z oko­lic skrzy­żo­wa­nia. - Jej mąż upie­rał się przy swoim.

Ola także nie za­mie­rzała od­pu­ścić.

- To było z dzie­sięć dni temu. Do tej pory mo­gło na­zła­zić się no­wych.

- Po­dwó­rze jest na tyle sze­ro­kie, że zdo­łamy ich ja­koś wy­ma­new­ro­wać. Poza tym nie mamy wiel­kiego wy­boru. Albo to, albo zo­sta­jemy w domu. - Wzru­szył ra­mio­nami.

Ola obej­rzała się bo­jaź­li­wie. Ło­motu nie dało się dłu­żej igno­ro­wać. Nie­umarli na­pie­rali na drzwi wej­ściowe, ude­rzali w nie wła­snymi cia­łami, ze­skro­by­wali farbę pa­zu­rami. Po­je­dyn­czy cho­dzący trup nie sfor­so­wałby ta­kiej prze­szkody, ale kil­koro oży­wień­ców prę­dzej czy póź­niej roz­wali po­nie­miec­kie drzwi, ma­jące naj­lep­sze czasy dawno za sobą. Czer­wo­no­ar­mi­ści już się o to po­sta­rali w maju czter­dzie­stego pią­tego, wy­sie­dla­jąc stąd siłą Niem­ców, któ­rzy nie zdą­żyli uciec przed na­dej­ściem frontu, a póź­niej­sze po­ko­le­nia fa­chow­ców z ad­mi­ni­stra­cji osie­dla nie przy­kła­dały się spe­cjal­nie do ro­boty.

Ra­dek prze­szedł na drugi ko­niec sy­pialni, wy­chy­lił się ostroż­nie zza fra­mugi, by spraw­dzić, czy po­na­pra­wiane nie­mal dwie de­kady temu zamki na­dal się trzy­mają. Są­dząc po spoj­rze­niu po­sła­nym żo­nie, nie było do­brze.

- Mamy co naj­wy­żej kilka mi­nut - pod­su­mo­wał, co­fa­jąc się w głąb po­koju. - Leć po ap­teczkę, ja zajmę się resztą - do­dał i prze­szedł za ciężką, rów­nież po­nie­miecką ko­modę.

Jego żona wy­ko­nała po­le­ce­nie. Nie bez obawy wśli­zgnęła się do kuchni, by za­brać sto­jącą na kre­den­sie torbę le­kar­ską, do któ­rej spa­ko­wała środki opa­trun­kowe i leki wy­nie­sione z od­działu. Tam­tej pa­mięt­nej nocy, gdy świat sta­nął na gło­wie, więk­szość jej ko­le­ża­nek i ko­le­gów wpa­dła w pa­nikę. Spora część za­łogi szpi­tala ucie­kła, za­nim kosz­mar roz­pę­tał się na do­bre, Ola jed­nak zo­stała. Nie od­stę­po­wała od łó­żek pa­cjen­tów w głów­nej mie­rze dla­tego, że zbyt­nio się bała sa­mot­nej prze­prawy przez nie­mal całe mia­sto. Wśród in­nych le­ka­rzy i sprzętu me­dycz­nego czuła się naj­bez­piecz­niej. Wi­działa przez okna nie­prze­rwany sznur ka­re­tek, któ­rymi zwo­żono ran­nych funk­cjo­na­riu­szy i żoł­nie­rzy. Sły­szała sze­rzące się lo­tem bły­ska­wicy plotki - naj­pierw o za­ra­żo­nych sza­leń­cach, po­tem o zmar­twych­wstań­cach, ale jak na ra­cjo­na­listkę przy­stało, brała je za prze­ja­skra­wione wy­my­sły, które są nie­od­łącz­nym ele­men­tem każ­dego po­waż­nego kry­zysu.

Otrzeź­wie­nie przy­szło do­piero wtedy, gdy pod szpi­ta­lem po­ja­wił się Ra­dek. Przy­je­chał po nią z po­li­tech­niki na swoim ju­naku. Wszedł chył­kiem na od­dział, wziął żonę na bok i ka­zał jej spa­ko­wać do torby tyle le­ków i środ­ków opa­trun­ko­wych, ile zdoła po­mie­ścić, a póź­niej wcią­gnął ją za rękę do windy, nie zwa­ża­jąc na zdzi­wione spoj­rze­nia pa­cjen­tów i per­so­nelu.

Ola za­drżała na to wspo­mnie­nie. Gdyby po­ja­wił się kilka mi­nut póź­niej, by­łoby po niej. Do ma­sa­kry na trze­cim pię­trze szpi­tala przy Trau­gutta do­szło, za­nim zdo­łali do­biec do za­par­ko­wa­nego na pod­jeź­dzie mo­toru. Stała jak spa­ra­li­żo­wana, pa­trząc na lu­dzi wy­ska­ku­ją­cych z okien, wielu z nich prze­cież do­brze znała. Jesz­cze więk­szy szok prze­żyła, wi­dząc, że po upadku z wy­so­ko­ści kilku pię­ter pod­no­szą się, po­ła­mani, oka­le­czeni, i ru­szają w jej kie­runku, nie dba­jąc o wy­sta­jące z ciała ko­ści i roz­włó­czone flaki. Ra­dek mu­siał ją strze­lić w twarz, by oprzy­tom­niała.

Gnali po­tem przez po­grą­żone w cha­osie mia­sto. Ma­zo­wiecką w dwie mi­nuty do­stali się na most Grun­waldzki, który prze­je­chali, ko­rzy­sta­jąc z chod­nika, bo jezd­nię blo­ko­wały w obu kie­run­kach dłu­gie rzędy woj­sko­wych cię­ża­ró­wek. Wy­brze­żem Wy­spiań­skiego do­tarli do głów­nego bu­dynku po­li­tech­niki, gdzie za­mknęli się na głu­cho, za­mie­rza­jąc prze­cze­kać naj­gor­sze w od­da­le­niu od in­nych lu­dzi. Nie­stety nie oni jedni wpa­dli na ten po­mysł. Na­za­jutrz zro­biło się na tyle tłoczno, że dali stam­tąd dyla. Mo­stem Zwie­rzy­niec­kim przedarli się na Wielką Wy­spę i jej - no­men omen - wy­mar­łymi uli­cami do­je­chali w kilka mi­nut do domu, omi­ja­jąc tu i ów­dzie po­je­dyn­czych od­mień­ców.

Mocno zdy­szani i wy­stra­szeni za­ry­glo­wali za sobą drzwi miesz­ka­nia, od­ci­na­jąc się od świata do­słow­nie w ostat­nim mo­men­cie. Ju­naka zo­sta­wili na środku ulicy, na wprost bramy. Ra­dek zdą­żył po­ża­ło­wać tej po­chop­nej de­cy­zji, kiedy się oka­zało, że No­wak i jego kom­pan ścią­gnęli na Emi­lii Pla­ter hordę ży­wych tru­pów. Gdyby po­świę­cił jesz­cze chwilę i od­sta­wił mo­tor do ga­rażu na po­dwó­rzu, mo­gliby te­raz wy­je­chać z tego prze­klę­tego mia­sta w cho­lerę, choćby za Oławę, do miesz­ka­ją­cej tam ro­dziny, i do­łą­czyć do dzieci. Dzieci...

- Szyb­ciej! - Krzyk męża wy­rwał Olę z za­my­śle­nia.

Wy­szła z kuchni do przed­po­koju i za­sty­gła, gdy zo­ba­czyła, że drzwi wej­ściowe po­ru­szają się, jakby tań­czyły w takt gło­śnych zgrzy­tów i ło­mo­tów. Przy każ­dym ude­rze­niu śruby mo­cu­jące obejmy ry­gli wy­ła­ziły z drew­nia­nej fra­mugi mi­li­metr po mi­li­me­trze, za­wiasy także po­woli pusz­czały. Jesz­cze kilka ta­kich pchnięć...

Ola wrza­snęła, gdy zimne palce za­ci­snęły się na jej prze­gu­bie. Nie­wiele bra­ko­wało, by ze­mdlała.

- Spo­koj­nie, to tylko ja. - Ra­dek ode­brał od niej torbę, na­stęp­nie po­cią­gnął ją w kie­runku sy­pialni. - Po­wiąż prze­ście­ra­dła, że­by­śmy mieli po czym zejść na dół. Szybko.

Zo­sta­wił żonę przy łóżku przed sto­sem wy­ję­tej z szafy po­ścieli i wró­cił do si­ło­wa­nia się z ko­modą. Za­mie­rzał ją prze­su­nąć, by za­blo­ko­wać tym spo­so­bem drzwi. Cho­ler­stwo było jed­nak zbyt cięż­kie. So­lidny dąb, mar­mu­rowy blat, oku­cia - praw­dziwe cudo użyt­ko­wej sto­larki nie­miec­kiej, z któ­rego byli tak dumni po wpro­wa­dze­niu, miało te­raz za­de­cy­do­wać o ich być albo nie być.

Ola po­ło­żyła dło­nie na ster­cie prze­ście­ra­deł. Nic z tego nie bę­dzie, uznała po pierw­szej, nie­zbyt uda­nej pró­bie po­łą­cze­nia dwu płacht szorst­kiej ba­wełny.

- Po­śpiesz się... - wy­stę­kał jej mąż, prze­su­nąw­szy zwa­li­sty me­bel o cen­ty­metr albo dwa.

- To na nic! - Po­ka­zała mu, jak ła­two roz­wią­zuje się zro­biony przez nią wę­zeł.

- Za wy­soko, że­by­śmy ska­kali - oce­nił, prze­ry­wa­jąc na chwilę pcha­nie. - Za­bić to się pew­nie nie za­bi­jemy, ale wy­star­czy, że któ­reś z nas zwich­nie nogę albo coś so­bie zła...

- Sznur do pra­nia! - wy­pa­liła, za­nim zdo­łał do­koń­czyć.

Pod­bie­gła do ko­mody, wy­su­nęła do po­łowy dolną szu­fladę i wy­jęła z niej zwój po­nad dwu­dzie­stu me­trów gru­bego jak jej mały pa­lec wy­bie­lo­nego de­ter­gen­tami sznura, na któ­rym za­zwy­czaj roz­wie­szali pra­nie.

- Przy­wiąż go do tej nogi od łóżka. - Ra­dek wska­zał wła­ściwe miej­sce. - Ob­wiąż go też wo­kół fra­mugi.

- Któ­rej? - Ola spoj­rzała na trój­dzielne okno.

- Obo­jętne - wy­sa­pał, wra­ca­jąc do ro­boty.

W sy­pialni mieli kom­plet po­nie­miec­kich dę­bo­wych me­bli. Łoże mał­żeń­skie było tak ma­sywne, że po­winno bez trudu utrzy­mać cię­żar do­ro­słej osoby, co naj­wy­żej prze­su­nie się tro­chę, bo gru­bej to­czo­nej pod­pory ta­kie ob­cią­że­nie na pewno nie ode­rwie ani nie zła­mie.

Drzwi wej­ściowe ustą­piły, gdy Ola pro­sto­wała plecy, by prze­rzu­cić linę za okno. Wy­rwane z za­wia­sów skrzy­dło po­le­ciało na par­kiet z gło­śnym hu­kiem. Na­pie­ra­jący na nie z ko­ry­ta­rza nie­umarli także pa­dli jak kłody. Ra­dek ostatni raz ze­brał siły, tym ra­zem da­jąc z sie­bie na­prawdę wszystko. Ko­moda prze­su­nęła się z prze­raź­li­wym zgrzy­tem o ja­kieś pięć cen­ty­me­trów, niby nie­wiele, lecz to wy­star­czyło, by prze­ciw­le­gła kra­wędź blatu za­blo­ko­wała skraj drzwi. Ta prze­szkoda wpraw­dzie nie po­wstrzyma oży­wień­ców, ale po­winna ich spo­wol­nić o do­dat­kową mi­nutę albo dwie.

- No da­lej! - po­na­glił żonę Pio­trow­ski, sta­nąw­szy obok niej z wy­cią­gnię­tymi ku do­łowi złą­czo­nymi dłońmi, żeby mo­gła wspiąć się na pa­ra­pet.

- Ale...

- Nie ma żad­nego ale - prze­rwał jej bez­ce­re­mo­nial­nie i po­chy­lił się moc­niej, do­ty­ka­jąc czo­łem jej czoła. - Ura­tuję cię, ro­zu­miesz? Uciek­niemy stąd. Te cho­ler­stwa cię nie do­padną, tylko rób, co mó­wię.

- Do­brze.

Wsparła się na nim, po­sta­wiła stopę na pa­ra­pe­cie w tej sa­mej chwili, gdy nie­umarli na­tarli na drzwi sy­pialni. Do­no­śny huk spra­wił, że Ola i Ra­dek za­marli w pół ru­chu. Na ich oczach cien­kie drewno po­środku za­częło się wy­gi­nać. Mo­ment póź­niej roz­legł się zło­wiesz­czy trzask i w drzwiach po­ja­wiła się ząb­ko­wana szcze­lina, która roz­sze­rzała się z każdą upły­wa­jącą se­kundą. Cho­dzący trup już wci­skał przez wą­ski otwór łapę, nie ba­cząc na to, że ostre kra­wę­dzie zdzie­rają mu skórę i roz­ry­wają tkanki. Gę­sta bru­natna po­soka, czy inna ohyda, ście­kała stru­mie­niami po bia­łej po­wierzchni. Ten wi­dok otrzeź­wił w końcu prze­ra­żo­nych mał­żon­ków.

Ra­dek do­sko­czył do łóżka, pod wpły­wem ad­re­na­liny prze­cią­gnął je na śro­dek sy­pialni, jakby to było piórko, a nie przy­tła­cza­jący grat, chciał bo­wiem za wszelką cenę ku­pić im ko­lejną, jakże po­trzebną chwilę, blo­ku­jąc do­stęp do okna.

- Złaź już, skar­bie - po­pro­sił, nie spusz­cza­jąc oka z wy­ła­my­wa­nych drzwi. Otwór był już tak duży, że wi­dzieli całą czwórkę Abram­czy­ków, a z przed­po­koju do­biegł znów ło­mot, jakby ktoś jesz­cze tam się wy­wa­lił. - Cho­lera ja­sna! Mo­czy­mordy z dołu też tu przy­la­zły! - za­wo­łał w pa­nice.

Ola za­ci­snęła dło­nie na sznu­rze, szarp­nęła nim kilka razy, upew­nia­jąc się, że nie zleci na zie­mię, po­tem usia­dła ostroż­nie na pa­ra­pe­cie i nie zwal­nia­jąc chwytu, naj­pierw opu­ściła nogi, a póź­niej za­wi­sła pod oknem. Rów­no­cze­śnie drzwi pę­kły w pio­nie. Nie mo­gła tego wi­dzieć, ale ką­tem oka do­strze­gła nad sobą ja­kiś ruch - to Ra­dek sta­nął na pa­ra­pe­cie.

- Ru­chy, ko­cha­nie, ru­chy! - za­czął ją po­ga­niać, oglą­da­jąc się za sie­bie.

Opu­ściła się ostroż­nie o dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów, po­tem o ko­lejne pięt­na­ście. Opa­dała mo­zol­nie, czu­jąc, że nie­na­wy­kłe do wy­siłku dło­nie palą ją ży­wym ogniem. Wresz­cie ude­rzyła sto­pami o okno miesz­ka­nia na par­te­rze. Po­łowa drogi za mną, jesz­cze chwila i będę mo­gła ze­sko­czyć na trawę...

Na­gle środ­kowa szyba, przed którą wi­siała, roz­pry­sła się na setki ka­wał­ków. Tu­taj, od strony po­dwó­rza, okna nie miały tylu szpro­sów co od frontu. Ko­ści­ste pa­lu­chy pana Woj­cie­cha, sine i po­wy­krę­cane, jak to so­bie wcze­śniej wy­obra­żała, zdo­łały po­chwy­cić połę jej nie­do­pię­tej bluzki. Nie­umarły mu­snął ją tylko opusz­kami pal­ców dru­giej ręki, ale to wy­star­czyło. Oli na­gle po­ciem­niało w oczach, świat za­wi­ro­wał, obie dło­nie roz­warły się bez­wied­nie. Spa­da­jąc, po­cią­gnęła za sobą są­siada trzy­ma­ją­cego ją wciąż za bluzkę. Drobny za ży­cia od­mie­niec na­dział się na kły spę­ka­nego szkła. Ostre jak brzy­twy kra­wę­dzie wpiły się głę­boko w mar­twe tkanki, roz­ci­na­jąc je z ła­two­ścią, a im­pet gwał­tow­nego ru­chu i gra­wi­ta­cja do­ko­nały dzieła. Kor­pus prze­po­ło­wio­nego pana Woj­cie­cha za­wisł w pół drogi mię­dzy pa­ra­pe­tem i zie­mią, nad kłę­bo­wi­skiem po­ły­sku­ją­cych w słońcu wnętrz­no­ści.

Ola le­żała na tra­wie pod oknem, dy­sząc ciężko. Choć pa­nika za­wład­nęła jej umy­słem, nie była w sta­nie się ru­szyć. To nie strach ją jed­nak pa­ra­li­żo­wał, lecz... skrajne wy­cień­cze­nie? Czuła się tak słaba, jakby coś wy­ssało z jej ciała pra­wie całą ener­gię. Mo­gła tylko bez­rad­nie pa­trzeć, jak tors nie­umar­łego zsuwa się ku niej bar­dzo po­woli. To nie może tak się skoń­czyć, po­my­ślała, prze­ły­ka­jąc wy­jąt­kowo gę­stą ślinę, którą omal się nie udła­wiła. Wzdry­gnęła się jesz­cze, gdy padł na nią cień. Mgnie­nie oka póź­niej coś spa­dło z ło­mo­tem gdzieś za jej głową.

Usły­szała cha­rak­te­ry­styczny trzask, po­tem sko­wyt, od któ­rego do­stała gę­siej skórki. Na­dal nie­zdolna choćby drgnąć, mo­gła wy­łącz­nie ob­ser­wo­wać ma­ka­bryczne wi­do­wi­sko roz­gry­wa­jące się tuż nad nią. Górna po­łowa ciała pana Acz­kie­wi­cza zdą­żyła opaść o ko­lejne kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów, jego sine pa­lu­chy za­ci­skały się te­raz bez­po­śred­nio przed jej twa­rzą. Za­ci­snęła po­wieki. To ko­niec! Już ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czę Radka ani dzieci.

Wy­dała z sie­bie zdu­szony pisk, gdy po­czuła, że ktoś albo coś cią­gnie ją za koł­nierz. Drugi żywy trup mu­siał czaić się w krza­kach albo... Wy­cie za jej ple­cami osią­gnęło wyż­sze re­je­stry, jakby ktoś tam ko­nał z bólu. Ale kto? Znie­nacka zmro­ziła ją myśl, że to musi być jej mąż. Była tak oszo­ło­miona, że do­piero te­raz do­tarło do niej, co ozna­czał prze­my­ka­jący nad nią cień i tam­ten ło­mot.

Zo­stała prze­cią­gnięta o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów, po­tem jesz­cze da­lej. Pa­lu­chy nie­umar­łego nie mo­gły już jej się­gnąć. Ode­tchnęła z ulgą.

Czu­cie w człon­kach wra­cało po­woli, za­częło się od mro­wie­nia w pal­cach. Spró­bo­wała nimi po­ru­szyć. Tak, od­zy­ski­wała siły i wła­dzę nad wła­snym cia­łem. Na­brała tchu, uło­żyła stopy bo­kiem, od­cze­kała mo­ment i prze­to­czyła się na brzuch. Za­krę­ciło jej się w gło­wie. Po­trze­bo­wała kilku se­kund, by świat prze­stał wi­ro­wać, a wzrok od­zy­skał jaką taką ostrość.

Ra­dek le­żał tuż obok niej, wi­jąc się z bólu. Wy­sko­czył z okna... Ale dla­czego? Od­po­wiedź na to py­ta­nie na­su­nęła się sama. Wi­dział, jak od­mie­niec ata­kuje jego żonę, i od­ru­chowo zro­bił co w jego mocy, by ją ura­to­wać.

Pod­nio­sła się ostroż­nie, wsparta na ko­la­nach i dło­niach dy­szała przez dłuż­szą chwilę, pró­bu­jąc zwal­czyć falę nud­no­ści. Nie dała rady, z jej ust na trawę po­cie­kła gę­sta wciąż ślina zmie­szana z żół­cią za­ssaną z pu­stego żo­łądka. Przy­mknęła oczy, po­tem otarła usta wierz­chem le­wej dłoni. Nie­wiele bra­ko­wało, by stra­ciła przy tym rów­no­wagę.

Zer­k­nęła za sie­bie, znów wsparta na obu rę­kach. Kor­pus nie­umar­łego na­dal wi­siał po­mię­dzy oknem a zie­mią, ale... Pa­trzyła z nie­do­wie­rza­niem na po­ru­sza­jące się sa­mo­ist­nie flaki. Je­lita zwi­jały się, kur­czyły na jej oczach, pod­cią­ga­jąc wy­ma­chu­jący ła­pami tors w górę. Tak, wzrok jej nie my­lił, re­fleksy świa­tła sło­necz­nego od­bi­ja­jące się od błysz­czą­cej po­wierzchni wnętrz­no­ści nie były efek­tem fa­ta­mor­gany ani in­nej ułudy.

Nieco tym pod­nie­siona na du­chu Ola sku­piła całą uwagę na cier­pią­cym mężu. Już pierw­szy rzut oka uświa­do­mił jej, że nie jest do­brze. Prawa noga Radka była pod­wi­nięta pod ta­kim ką­tem, że rzepka nie mo­gła prze­trwać w ca­ło­ści. Lewą miał zła­maną w po­ło­wie pisz­czeli. Kość nie roz­darła wpraw­dzie no­gawki, lecz na­pię­cie gru­bego płótna w tym miej­scu mó­wiło samo za sie­bie.

Przy­tom­nie­jąc z chwili na chwilę, ro­zej­rzała się do­koła. Torba z le­kami i środ­kami opa­trun­ko­wymi spo­czy­wała metr da­lej, przy niej wa­lało się też, nie wie­dzieć czemu, kilka zmię­tych prze­ście­ra­deł, z któ­rych pró­bo­wała zro­bić wcze­śniej linę. Unio­sła rękę, by otrzeć czoło, i zdę­biała. Dłoń miała uma­zaną krwią, a skóra na gło­wie za­pie­kła, jakby ją przy­pa­lano. Po­pa­trzyła na przed­ra­miona - pełno w nich było na­cięć i okru­chów szkła. Jej twarz mu­siała wy­glą­dać po­dob­nie, są­dząc po bólu, jaki od­czu­wała przy naj­lżej­szym gry­ma­sie. To tylko po­wierz­chowne rany, mogą po­cze­kać. Masz te­raz waż­niej­sze sprawy na gło­wie, na­po­mniała się, się­ga­jąc po torbę.

Mąż le­żał nie­ru­chomo, po­ję­ku­jąc ci­cho przy każ­dym płyt­kim od­de­chu.

- Wy­trzy­maj jesz­cze mo­ment - po­pro­siła, za­wi­sa­jąc nad nim.

Przy­gry­zła dolną wargę i spró­bo­wała wy­pro­sto­wać jego prawą nogę, ale za­wył po­tę­pień­czo, le­d­wie nią po­ru­szyła. Co po­cząć? Roz­pro­sto­wała plecy, zer­k­nęła po­now­nie za sie­bie, lecz od­mie­niec po­zo­stał tam, gdzie był przed­tem, tylko kapkę wy­żej. Na ra­zie nie mu­siała się więc przej­mo­wać nie­umar­łym są­sia­dem. Ani nim, ani tam­tymi na pię­trze; łóżko chyba speł­niło swoje za­da­nie, bo nie wi­działa ich jesz­cze w otwar­tym na oścież oknie. Po­mknęła wzro­kiem ku Rad­kowi. Jego wy­krzy­wioną z bólu twarz po­kry­wały wiel­kie kro­ple potu. Mu­siała mu ja­koś ulżyć.

Raz jesz­cze spró­bo­wała wy­pro­sto­wać prawą nogę, nie­stety z tym sa­mym, a na­wet gor­szym skut­kiem. Mąż się wy­prę­żył, wrzesz­cząc wnie­bo­głosy. Nie miała sił ani serca, by z nim wal­czyć. Bała się też, że szok może go za­bić.

Co ro­bić? Co ro­bić?!

Otwo­rzyła torbę le­kar­ską, po­grze­bała w niej chwilę. Na jej ustach po­ja­wił się uśmiech, gdy wy­ma­cała opusz­kami nie­wiel­kie, ema­nu­jące chło­dem, me­ta­lowe pu­dełko. Mor­fina! Da mu koń­ską dawkę, po­tem na­stawi zła­ma­nia. Su­per, ale to nie roz­wią­zuje naj­po­waż­niej­szego pro­blemu: jak się wy­do­stać z tego po­dwó­rza? Głów­ko­wała dłuż­szą chwilę, nic wię­cej jed­nak nie wy­my­śliła. To naj­lep­sze, co w tej chwili mogę zro­bić, uznała osta­tecz­nie.

Ra­dek i tak nie mógł cho­dzić, a nie­opa­trzone zła­ma­nia przy­spa­rza­łyby mu nie­ludz­kiego bólu przy każ­dym po­ru­sze­niu. Wzdry­gnęła się na samą myśl o ka­tu­szach, ja­kie prze­ży­wał. Wprost nie do wiary, że wal­czył o jej ży­cie na­wet w ta­kim sta­nie! Jak wiel­kiego sa­mo­za­par­cia wy­ma­gało od niego wy­cią­gnię­cie żony poza za­sięg łap od­mieńca? A jed­nak tego do­ko­nał. Nie była pewna, czy zdo­by­łaby się na po­dobne po­świę­ce­nie.

Na­cięła no­ży­kiem jedną z ma­leń­kich am­pu­łek, utrą­ciła pstryk­nię­ciem jej koń­cówkę i na­brała prze­zro­czy­stego płynu do przy­go­to­wa­nej uprzed­nio strzy­kawki. Ra­dek nie bro­nił się, gdy roz­pro­sto­wy­wała mu rękę i stu­kała pal­cem w zgię­cie łok­cia, by od­na­leźć żyłę. Nie za­re­ago­wał też na samo wstrzyk­nię­cie - ukłu­cie było ni­czym przy mę­kach, które obec­nie prze­ży­wał. Ola za­apli­ko­wała mę­żowi wię­cej al­ka­lo­idu opium, niż było za­le­cane, nie tak dużo jed­nak, by dawka mo­gła mu za­szko­dzić.

- Wy­trzy­maj jesz­cze mo­men­cik - po­pro­siła, gła­dząc Radka po czole zro­szo­nym tłu­stym po­tem.

Taka doza mor­finy mu­siała za­dzia­łać szybko. Dwie mi­nuty od za­strzyku od­dech ran­nego stał się bar­dziej wy­rów­nany i znacz­nie głęb­szy. Ola od­cze­kała jesz­cze chwilę, po czym szyb­kimi zde­cy­do­wa­nymi ru­chami na­sta­wiła otwarte zła­ma­nie, a po­tem roz­pro­sto­wała prawą nogę męża. Spra­wiła mu ból, do­my­śliła się tego po gry­ma­sie, który po­ja­wił się na jego twa­rzy, lecz dzięki otę­pie­niu al­ka­lo­idem Ra­dek dziel­nie zniósł i tę bru­talną in­ge­ren­cję. Na ko­niec usztyw­niła staw ko­la­nowy i pod­udzie pro­wi­zo­rycz­nymi łup­kami zro­bio­nymi z pa­ty­ków i ka­wał­ków drewna ze­bra­nych przy jed­nej z po­bli­skich al­ta­nek.

Kiedy ona opa­try­wała męża, kor­pus pana Acz­kie­wi­cza zdą­żył się pod­cią­gnąć pra­wie pod sam pa­ra­pet, gdzie utknął - chyba na do­bre. Zer­kała w tam­tym kie­runku co ja­kiś czas, po­dob­nie jak w okno na gó­rze, ale na szczę­ście dla nich obojga nie do­strze­gła no­wego za­gro­że­nia.

Uło­żyła Radka względ­nie wy­god­nie na prze­ście­ra­dle, w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od za­bu­do­wań, i wresz­cie za­jęła się sobą. Z rąk i twa­rzy usu­nęła każdy uło­mek szkła, jaki zdo­łała wy­pa­trzyć w ma­łym lu­sterku. Chwilę to trwało, ale przed wy­ru­sze­niem w drogę wo­lała się do­pro­wa­dzić do po­rządku. Po­trze­bo­wała też czasu, by le­piej się za­sta­no­wić nad tym, co da­lej. Abram­czy­ko­wie i to­wa­rzy­szący im dwaj pi­jacy do­tarli w końcu do okna sy­pialni, które jed­nak znaj­do­wało się zbyt wy­soko od pod­łogi, by mo­gli prze­gib­nąć się przez pa­ra­pet i po­wy­pa­dać. Zresztą na szczę­ście udało jej się od­cią­gnąć Radka poza za­sięg ich zmy­słów, ja­kie­kol­wiek one były - grunt, że od­mieńcy nie wy­ka­zy­wali więk­szego za­in­te­re­so­wa­nia tym co na ze­wnątrz.

Uspo­ko­jona oparła się ple­cami o ścianę al­tanki i wró­ciła do roz­my­ślań, jak wy­brnąć z tej nie­we­so­łej sy­tu­acji. Z unie­ru­cho­mio­nym mę­żem nie zaj­dzie da­leko, to ja­sne jak słońce. Mu­siała za­tem zmie­nić plany. Naj­roz­sąd­niej by­łoby zna­leźć schro­nie­nie w któ­rejś z są­sied­nich bram, u ko­goś, kto ja­kimś cu­dem prze­żył Ar­ma­ge­don. Py­ta­nie jed­nak, czy dalsi są­sie­dzi skłonni będą ich przy­jąć? Pew­nie nie. Po pierw­sze nie znali się z nimi aż tak do­brze. Po dru­gie strach ma wiel­kie oczy. Trudno za­ufać ciężko ran­nemu ob­cemu, gdy wszę­dzie wo­kół umarli po­wstają z mar­twych. Po trze­cie wresz­cie i naj­waż­niej­sze: je­śli tym lu­dziom zo­stało coś do je­dze­nia, ra­czej nie za­mie­rzali się z ni­kim dzie­lić.

Jak mo­głaby ich prze­ko­nać? Ofe­ru­jąc po­moc w zdo­by­ciu do­dat­ko­wej żyw­no­ści? Nie, to ża­den ar­gu­ment. Do­póki na klat­kach scho­do­wych nie ma od­mień­ców, do­póty da się swo­bod­nie zejść do piw­nicy po ziem­niaki i weki, z ko­lei je­śli żywe trupy pa­nują w bra­mie nie­po­dziel­nie, to i ona nic nie wskóra. Co jesz­cze może za­dzia­łać na jej ko­rzyść? Torba z le­kami była nie­za­prze­czal­nym atu­tem, o me­dycz­nej pro­fe­sji nie wspo­mi­na­jąc, ale czy to wy­star­czy?

Sprawdźmy, uznała.

Upew­niła się, że Ra­dek leży w wy­star­cza­ją­cej od­le­gło­ści od za­bu­do­wań, osło­niła go też sta­ran­niej przed pa­lą­cym jak dia­bli słoń­cem, wzno­sząc pry­mi­tywne rusz­to­wa­nie z kilku żer­dek i okry­wa­jąc je płachtą brud­nego bre­zentu, po czym roz­po­częła wę­drówkę wzdłuż dłu­giej ka­mie­nicy. Przed każdą bramą przy­sta­wała i na­wo­ły­wała:

- Jest tam kto?! Na­zy­wam się Pio­trow­ska, je­stem le­karką, wa­szą są­siadką spod pięt­nastki! Mam przy so­bie wszystko co trzeba, na­rzę­dzia i naj­po­trzeb­niej­sze leki!

Co ja­kiś czas uno­siła do pu­stych okien sze­roko otwartą torbę, do­da­jąc:

- Mogę wam po­móc, je­śli udzie­li­cie schro­nie­nia mnie i mo­jemu lekko ran­nemu mę­żowi!

Nie do­cze­kała się żad­nej re­ak­cji. Fi­ranki za szczel­nie za­mknię­tymi oknami ani drgnęły, a je­śli na­wet tak się stało - po­ka­zy­wali się za­plą­tani w nie, ka­ry­ka­tu­ral­nie wy­krzy­wieni nie­umarli. W ka­mie­ni­cach przy Par­ty­zan­tów i Monte Cas­sino było jesz­cze go­rzej, tam w pra­wie każ­dym oknie Ola wi­działa żywe trupy. W po­ło­wie trasy za­częła po­dej­rze­wać, że w tej oko­licy pra­wie nikt nie prze­trwał. Po­nad dwa­dzie­ścia bram, pra­wie setka miesz­kań i nic, kom­plet­nie nic. Nie­liczni oca­leńcy albo ucie­kli gdzie pieprz ro­śnie, albo są zbyt wy­stra­szeni, by od­po­wie­dzieć na moje wo­ła­nia...

Z no­sem spusz­czo­nym na kwintę wró­ciła do uśpio­nego Radka. Od po­da­nia mor­finy mi­nęło do­piero trzy­dzie­ści mi­nut, miała za­tem jesz­cze sporo czasu, za­nim spe­cy­fik prze­sta­nie dzia­łać. Przy­gry­zła w za­my­śle­niu dolną wargę.

Do ko­lej­nego za­strzyku zdo­łam ob­sko­czyć ze trzy są­sied­nie ulice. Wszy­scy nie mo­gli prze­cież po­ucie­kać albo po­umie­rać. Ktoś mu­siał prze­żyć to pie­kło. Na Bi­sku­pi­nie i Sę­pol­nie miesz­kają... miesz­kały ty­siące lu­dzi.

Tak, znaj­dzie tych, któ­rzy oca­leli, ubłaga ich, by przy­jęli ją i męża pod swój dach.

Jedno spoj­rze­nie na bladą twarz Radka po­zba­wiło ją złu­dzeń. Dla zdro­wej ko­biety, do tego le­karki ktoś mógłby za­ry­zy­ko­wać, ale nikt dzi­siaj nie wpu­ści do domu ran­nego, który lada mo­ment może umrzeć i się prze­mie­nić. Ola wie­działa, że stan jej męża nie jest aż tak ciężki, lecz jak wy­tłu­ma­czyć to lu­dziom od dwóch ty­go­dni ukry­wa­ją­cym się przed hor­dami zmar­twych­wstań­ców?

Nie, pora zwi­jać ma­natki i szu­kać po­mocy u gwar­dzi­stów.

Tylko gdzie?

Do zoo miała za da­leko, w do­datku mu­sia­łaby iść głów­nymi uli­cami, przez gę­sto za­lud­nione osie­dla. Znacz­nie bli­żej znaj­do­wał się most Bart­kow­ski - ostat­nia czynna prze­prawa po tej stro­nie wy­spy. Gwar­dzi­ści z pew­no­ścią go strze­gli jak oka w gło­wie, a dzie­lił ją od niego tylko ki­lo­metr w li­nii pro­stej, poza tym droga wio­dła przez roz­le­głe pole, z dala od za­bu­do­wań. Wy­star­czyło mi­nąć skrzy­żo­wa­nie Monte Cas­sino z Dem­bow­skiego, no­ta­bene oczysz­czone ja­kiś czas temu przez opo­jów wra­ca­ją­cych z łu­pami, po czym środ­kiem skweru, a więc bez­piecz­nie, prze­do­stać się na skraj zło­tych ła­nów. Stam­tąd był już tylko rzut be­re­tem do wa­łów i po­ste­runku.

Przy odro­bi­nie szczę­ścia trafi wcze­śniej na pa­trol. W ciągu ostat­nich dni kil­ka­krot­nie sły­szała do­bie­ga­jący od tam­tej strony war­kot sa­mo­cho­do­wego sil­nika, co ozna­czało, że war­tow­nicy utrzy­mują stały kon­takt z ogro­dem zoo­lo­gicz­nym.

Tak, to naj­lep­sze z bez­na­dziej­nych roz­wią­zań, uznała. Ra­dek w sta­nie, w ja­kim się znaj­duje, nie zrobi kroku. Jest też za ciężki, że­bym go nio­sła, zwłasz­cza taki ka­wał. Przez mo­ment roz­wa­żała, czyby nie ukryć męża w roz­pa­da­ją­cej się al­tance i nie po­biec na most w po­je­dynkę, ale od­rzu­ciła ten po­mysł nie­mal na­tych­miast, wi­dząc, że dolna po­łowa pana Woj­cie­cha wy­staje za pa­ra­pet dużo bar­dziej niż jesz­cze chwilę wcze­śniej. Ola nie ro­zu­miała fe­no­menu sca­la­nia się nie­umar­łych. Wy­da­rze­nia, któ­rych była świad­kiem w mi­nio­nych dniach, prze­czyły nie tylko wszyst­kiemu, czego uczono na me­dy­cy­nie, lecz także zdro­wemu roz­sąd­kowi. Wzrok jej jed­nak nie my­lił. Cho­dzące trupy re­ge­ne­ro­wały się w nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób. Ich roz­człon­ko­wane ciała jakby się po­now­nie zra­stały. Za­ob­ser­wo­wała to na te­re­nie po­li­tech­niki, gdy woj­sko pró­bo­wało po­wstrzy­mać falę oży­wień­ców roz­peł­za­ją­cych się z placu Grun­waldz­kiego. To wła­śnie wtedy pod­jęli oboje de­cy­zję, że wolą spę­dzić czas apo­ka­lipsy w za­ci­szu wła­snych czte­rech ścian.

Bóg ra­czy wie­dzieć, jak to moż­liwe, ale za kil­ka­na­ście mi­nut, może mniej, nogi tego zmar­twych­wsta­łego dra­nia wy­suną się cał­kiem na ze­wnątrz i po­łą­czą z tu­ło­wiem pe­chowo za­klesz­czo­nym pod pa­ra­pe­tem.

Ola wie­działa jedno: nie mo­gła, nie chciała zo­sta­wić Radka. Ani my­śląc stra­cić go z oczu, za­częła że­brać o po­moc pod oknami w głębi po­dwó­rza. Serce wa­liło jej przy tym jak osza­lałe. Nie bała się o sie­bie, lecz o męża. Za­ry­zy­ko­wał dla niej, bez wa­ha­nia sko­czył z pierw­szego pię­tra, choć miał pełną świa­do­mość, czym to grozi. Oca­lił ją, ura­to­wał nie­malże z łap tego po­twora, każdy ruch przy­pła­ca­jąc pa­rok­sy­zmami nie­wy­obra­żal­nego bólu. Te­raz przy­szła jej ko­lej. Wy­do­sta­nie go stąd za wszelką cenę.

Myśl, babo, myśl, na­po­mniała się, bo czas na­glił.

Naj­pierw za­cią­gnęła Radka pra­wie na sam śro­dek po­dzie­lo­nego na ogródki lo­ka­tor­skie po­dwó­rza i uło­żyła pod inną al­tanką. Tu po­winni być bez­pieczni, na­wet je­śli pan Acz­kie­wicz albo któ­ryś inny nie­umarły, z tych, co oku­po­wali te­raz ich miesz­ka­nie, w końcu wy­leci z okna.

Na­stęp­nie ze­brała z ziemi wszyst­kie prze­ście­ra­dła, przy­nio­sła też zdo­byczny bre­zent i dwie tyczki słu­żące są­sia­dom spod sie­dem­nastki do pod­par­cia sznura, na któ­rym su­szyło się ich ostat­nie pra­nie. Tyle wy­star­czyło, by zmaj­stro­wać pry­mi­tywne włóki. Po­mysł za­czerp­nęła z ksią­żek Ka­rola Maya, któ­rymi za­czy­ty­wała się jako na­sto­latka. W tym przy­padku jed­nak rolę ko­nia czy psa po­cią­go­wego miała peł­nić ona sama. Sta­ran­nie wy­trze­pany i zło­żony we czworo bre­zent sta­no­wił pod­stawę, do któ­rej przy­mo­co­wała obie żer­dzie, ko­rzy­sta­jąc ze skal­pela i ka­wał­ków sznura do pra­nia. Z czę­ści prze­ście­ra­deł umo­ściła le­go­wi­sko dla męża, a ostat­nie dwa prze­ro­biła na uprząż.

Za­ło­żyła pę­tle na ra­miona, pod­nio­sła skrzy­żo­wane tyczki i po­stą­piła na próbę kilka drob­nych kro­ków. Nie było tak źle, choć pięć me­trów to nie ki­lo­metr. Na­brała głę­biej tchu, po­pra­wiła chwyt i ru­szyła przed sie­bie, kie­ru­jąc się na lukę mię­dzy ko­ścio­łem a ka­mie­nicą przy Dem­bow­skiego. Za­mie­rzała do­trzeć do skrzy­żo­wa­nia, trzy­ma­jąc się jak naj­bli­żej bu­dynku miesz­kal­nego, gdyż na­dal ją nie­po­ko­iło to, że za gru­bymi mu­rami świą­tyni czają się setki od­mie­nio­nych wier­nych. W po­cząt­kach epi­de­mii bo­wiem księża za­ba­ry­ka­do­wali się tam z czę­ścią pa­ra­fian, li­cząc, że uchro­nią się w ten spo­sób od bi­blij­nej w swo­ich pro­por­cjach za­głady.

Mo­dli­twy za­no­szone do Naj­wyż­szego naj­wy­raź­niej nie za­dzia­łały - są­dząc choćby po fak­cie, że od nie­mal dwóch ty­go­dni nikt nie opu­ścił tego miej­sca...

W pew­nym mo­men­cie Ola zwol­niła. Mu­siała się za­sta­no­wić, czy roz­sąd­niej bę­dzie skró­cić so­bie drogę, czy po­winna ra­czej omi­nąć na­roż­nik sze­ro­kim łu­kiem, by nie na­dziać się na nie­spo...

Do­strze­gł­szy przed sobą ruch, sta­nęła jak wryta. Zza wę­gła wy­sko­czył kot, tłu­ściutki, czarny, z trzema bia­łymi skar­pet­kami i kra­wa­tem. Ko­ja­rzyła go z wy­glądu, czę­sto wy­le­gi­wał się na da­chach al­ta­nek kry­tych papą. Parę razy rzu­ciła mu z okna ja­kiś ochłap. Było nie było, on i jego po­bra­tymcy dbali nie­ustan­nie, żeby po­pu­la­cja my­szy i szczu­rów nie roz­ple­niła się zbyt­nio w oko­licz­nych piw­ni­cach.

- A ty co tu ro­bisz? - mruk­nęła, ko­rzy­sta­jąc z tej chwili prze­rwy, by dać od­po­cząć ścierp­nię­tym rę­kom.

Fu­trzak od­po­wie­dział prze­cią­głym miauk­nię­ciem, które za­brzmiało jak skarga, po czym pod­biegł i otarł się o jej nogę. Spu­ściła wzrok tylko na se­kundę, nie wię­cej, i od razu tego po­ża­ło­wała. Zza za­łomu ściany wy­nu­rzyła się bo­wiem druga po­stać, znacz­nie ma­syw­niej­sza, a za­raz za nią szła na­stępna.

Cho­lerny da­cho­wiec pro­wa­dził za sobą stado nie­umar­łych!

Ola sap­nęła ci­cho i na­tych­miast ru­szyła da­lej, skrę­ca­jąc w stronę ko­ścioła tak szybko, jak tylko po­zwa­lały na to włóki. Omal się przy tym nie po­tknęła o kota, który nie wie­dzieć czemu nie od­stę­po­wał jej ani na krok.

Do­bre uczynki, jak wi­dać, nie za­wsze po­pła­cają, po­my­ślała, wy­tę­ża­jąc wszyst­kie siły, by utrzy­mać szyb­sze tempo mar­szu. Za­nim wy­szła znów na pro­stą, zmar­twych­wstańcy zbli­żyli się do nóg Radka na mniej niż pięć me­trów, mimo to na­dal mo­gła przed nimi uciec. Na ra­zie była od nich szyb­sza - nie­wiele, ale za­wsze.

Skon­cen­tro­wała się w ca­ło­ści na tym, by nie zgu­bić rytmu za­równo mar­szu, jak i od­de­chu. Zda­wała so­bie sprawę, że ści­ga­jący ją od­mieńcy w od­róż­nie­niu od niej nie od­czu­wają zmę­cze­nia. Je­dyną szansą ra­tunku było więc zo­sta­wie­nie ich w tyle i zmiana kie­runku ucieczki. Z tego, co mó­wili w ra­dio, cho­dzące trupy czę­sto la­zły da­lej przed sie­bie i go­dzinę po tym, jak stra­ciły trop. Na jej szczę­ście ukształ­to­wa­nie te­renu po­zwa­lało na wy­ko­na­nie nie jed­nego, a dwóch zwro­tów - naj­pierw za ko­ścio­łem, po­tem za skrzy­żo­wa­niem.

Je­śli ode­rwę się od tych po­krak na wy­star­cza­jącą od­le­głość, pójdą albo w prze­ciwną stronę niż ja, albo na Bi­sku­pin.

Plan był do­bry, ale jak na złość czarny kot się uparł, że po­krzy­żuje szyki Oli. Sku­piona na ucieczce nie zwra­cała na niego uwagi, gdy mu jed­nak na­dep­nęła na łapę albo ogon, a on za­sy­czał gło­śno, zmy­liła krok. Rzut oka za sie­bie kosz­to­wał ją utratę ko­lej­nych kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów nie­wiel­kiej na ra­zie prze­wagi. Naj­bliż­szy cho­dzący trup znaj­do­wał się mniej niż sześć me­trów od stóp jej męża.

To za mało, po­my­ślała zroz­pa­czona i przy­śpie­szyła, po to tylko, by znów się po­tknąć o zje­żo­nego fu­trzaka, który naj­pierw wbiegł na schody pro­wa­dzące do za­kry­stii, a po­tem rów­nie szybko wró­cił. Kiedy trą­ciła dra­nia bu­tem, wy­sfo­ro­wał się wresz­cie do przodu i znik­nął za za­ło­mem ce­gla­nej ściany. I do­brze, bo nie za­mie­rzam tra­cić wię­cej czasu przez tego czar­nego dziada. Za­ci­snęła moc­niej zęby i ru­szyła przed sie­bie, dy­sząc jak Tu­wi­mow­ska lo­ko­mo­tywa.

Zy­skała le­d­wie pół­tora me­tra, za­nim do­tarła do miej­sca, w któ­rym po­winna wy­ko­nać pierw­szy zwrot. Nie ba­cząc na za­gro­że­nie, zbli­żyła się do ko­ściel­nego muru. Oby przed głów­nym wej­ściem nie było ni­kogo, mo­dliła się w du­chu, choć nie była prze­sad­nie re­li­gijna. Wy­star­czy prze­cież je­den nie­umarły sto­jący na mo­jej dro­dze, a wszel­kie szanse na ra­tu­nek prze­padną. Myśl, że mo­głaby za­wieść Radka, była nie do znie­sie­nia. Obie­cała mu coś i za­mie­rzała do­trzy­mać słowa.

Po­czuła ulgę, gdy zo­ba­czyła przed sobą pu­sty chod­nik, je­śli nie li­czyć kota sie­dzą­cego na be­to­no­wych stop­niach.

Po­słała mu pełne wy­rzutu spoj­rze­nie, nie chcąc mar­no­wać nie­po­trzeb­nie od­de­chu. Osiem me­trów, nie mniej, oce­niła, zer­k­nąw­szy przez ra­mię ko­lejny raz. Dam radę, mu­szę!

Wzdry­gnęła się, sły­sząc, jak za­mknięte w ko­ściele cho­dzące trupy ło­mo­czą w obie pary gru­bych drzwi. Po­chy­liła głowę i przy­śpie­szyła jesz­cze bar­dziej, mimo że nie było to ła­twe.

Za mo­ment znajdę się poza za­się­giem ich zmy­słów...

- Ty cho­lero! - wrza­snęła, po­ty­ka­jąc się po raz enty o tego czarta z cze­lu­ści pie­kieł. - Po­szedł precz!

Znów stra­ciła przez niego pra­wie metr.

Ten wrzask i nie­zbyt cel­nie wy­mie­rzony kop­niak po­skut­ko­wały w końcu, taką przy­naj­mniej miała na­dzieję, bo sier­ściuch po­gnał w stronę skrzy­żo­wa­nia, jakby go ktoś wy­strze­lił z procy. Mógł drań wy­brać inny kie­ru­nek, od­cią­gnąć choć część sie­dzą­cych jej na karku nie­umar­łych. Za­miast na­rze­kać, Ola parła przed sie­bie z za­cię­to­ścią i mocą ru­skiego lo­do­ła­ma­cza.

Stres i strach do­da­wały jej sił, dzięki czemu - nie ma­jąc już plą­czą­cej się pod no­gami za­wady - sys­te­ma­tycz­nie zwięk­szała dy­stans. Osiem me­trów... dzie­więć... i jesz­cze je­den... Tuż za skrzy­żo­wa­niem uznała, że może bez­piecz­nie skrę­cić na roz­le­gły traw­nik. Nie zmie­niła kie­runku gwał­tow­nie, za­to­czyła sze­roki łuk, po któ­rym opu­ściła bru­ko­waną jezd­nię. Co kilka kro­ków oglą­dała się trwoż­li­wie za sie­bie. Do­piero za trze­cim czy czwar­tym ra­zem ode­tchnęła z ulgą. Nie­umarli także zbo­czyli, ale tylko odro­binę, i na­dal nie ze­szli z ulicy. Drep­tali w stronę Bi­sku­pina pod ką­tem mniej wię­cej sie­dem­dzie­się­ciu stopni do jej obec­nego kursu. Na­resz­cie mo­gła zwol­nić.

Była już u kresu sił. Nie miała po­ję­cia, jaki dy­stans po­ko­nała tym mor­der­czym tem­pem. Trzy­sta, może czte­ry­sta me­trów wy­star­czyło, by każdy krok, każdy od­dech spra­wiał jej nie­opi­sany ból. Od­da­liw­szy się od chod­nika o ko­lejne kil­ka­dzie­siąt me­trów, zde­cy­do­wała się na chwilę za­słu­żo­nego od­po­czynku.

Tyle po­winno wy­star...

Szczęka jej opa­dła, gdy znów obej­rzała się za sie­bie. Ci nie­umarli, któ­rzy nie wy­wa­lili się na kra­węż­niku - albo zdą­żyli już wstać - leźli wła­śnie pro­sto na nią, a przed nimi, jak­żeby ina­czej, de­fi­lo­wał czarny ko­cur z po­sta­wio­nym na sztorc ogo­nem.

- Żeby cię pie­kło żyw­cem po­chło­nęło - wy­sa­pała ze zło­ścią Ola, ła­piąc za żer­dzie.

Nie pod­dam się, nie zre­zy­gnuję. Nie ma ta­kiej opcji!

Po kilku kro­kach do­tarło do niej, że sama de­ter­mi­na­cja to za mało. Była wy­czer­pana ucieczką, w którą wło­żyła wszyst­kie siły. Tyczki wy­śli­zgi­wały się co rusz ze spo­co­nych dłoni, palce drę­twiały, tak że za­ci­ska­nie ich przy­cho­dziło jej z co­raz więk­szym tru­dem, miała też pro­blem z po­now­nym uchwy­ce­niem gład­kiego drewna.

A wa­bione przez kota żywe trupy skra­cały dy­stans nie­prze­rwa­nie. Z trzy­dzie­stu me­trów zro­biło się szybko dwa­dzie­ścia, po­tem pięt­na­ście. Wkrótce dla Oli stało się ja­sne, że nie uciek­nie prze­śla­dow­com. Nie z ta­kim ob­cią­że­niem, ja­kim był nie­przy­tomny na­dal mąż. Za­łza­wio­nymi, prze­krwio­nymi oczami przy­glą­dała się skra­jowi zło­ta­wego pola, które było już tak bli­sko, zda się na wy­cią­gnię­cie ręki, a za­ra­zem tak da­leko. Zdo­łała po­stą­pić jesz­cze trzy kroki i pa­dła na ko­lana, pła­cząc i zło­rze­cząc lo­sowi.

- Dla­czego?! - wy­krzy­czała w po­zba­wione jed­nej chmurki niebo. - Dla­czego...?

Gdy po­chy­liła się moc­niej, prze­wie­szona przez jej ra­mię torba le­kar­ska zsu­nęła się z ple­ców i za­wi­sła pod jej pier­sią. Ola po­trze­bo­wała kilku se­kund, by zro­zu­mieć, co to za woń do niej do­la­tuje.

Wa­le­riana? Oczy wy­szły jej z or­bit. U li­cha!

Na­gle zro­zu­miała, dla­czego ta czarna cho­lera nie chce się od niej od­cze­pić. Bu­te­leczka z kro­plami na uspo­ko­je­nie mu­siała się roz­sz­czel­nić przy upadku. Za­pach wa­bił kota, to dla­tego drań wra­cał do niej jak bu­me­rang, nie ba­cząc na krzyki i szturch­nię­cia. Prze­cią­gnęła pa­sek przez głowę, się­gnęła zdrę­twia­łymi pal­cami do zamka, wresz­cie wy­sy­pała środki opa­trun­kowe i leki, nie prze­sta­jąc zer­kać przez ra­mię. Zo­stało pięć me­trów, może na­wet mniej.

Jest! Jest!

Po­czuła słod­kawy za­pach. Zdjęła na­krętkę za trze­cim ra­zem, tak bar­dzo trzę­sły się jej ręce, po­tem ci­snęła bu­te­leczkę w kie­runku po­bli­skich za­ro­śli i ze­rwała się na równe nogi. Pierwsi od­mieńcy pa­dali wła­śnie na trawę, by do­paść nie­przy­tom­nego wciąż Radka. Strach po­now­nie do­dał jej sił. Choć serce wa­liło jak młot, parła w stronę ulicy, nie wa­żąc się na­wet obej­rzeć. Za­trzy­mała się do­piero wtedy, gdy cał­kiem stra­ciła dech. Je­den rzut oka w tył uprzy­tom­nił jej, że od­zy­skała upra­gnioną prze­wagę, te­raz mo­gła za­wró­cić na śro­dek traw­nika. Zro­biła to, ale po przej­ściu kil­ku­na­stu kro­ków znów pa­dła na ko­lana, w pełni świa­doma, że nie zdoła się pod­nieść. Wsparta na dło­niach spoj­rzała przez ra­mię. Część idą­cych za nią nie­umar­łych zmie­rzała na­dal w kie­runku ulicy, reszta ob­rała za cel krzaki po pra­wej, tam, gdzie znik­nęła bu­te­leczka i łak­nący jej za­war­to­ści kot.

Le­dwo, ale się udało, po­my­ślała, wy­swo­ba­dza­jąc się z uprzęży i wspie­ra­jąc czoło o zie­mię. Stra­ci­łam torbę, ale oca­li­łam sie­bie i męża.

Wy­pro­sto­wała się po dłuż­szej chwili. Jesz­cze mo­ment, jesz­cze tylko uspo­koi od­dech, a od­cią­gnie Radka o ko­lejne parę me­trów dla pew­no­ści. Jedni od­mieńcy zni­kali już w krza­kach, skąd do­bie­gało gniewne par­ska­nie obu­rzo­nego in­tru­zją zwie­rzę­cia, które mu­siało sal­wo­wać się ucieczką na drzewo. Dru­dzy leźli po ulicy, w stronę wy­mar­łych ka­mie­nic.

Ocie­ra­jąc spo­cone czoło, Ola za­uwa­żyła ką­tem oka, że jej mąż po­ru­sza się nie­mrawo. Przyj­rzała mu się uważ­niej. Tak, pod­no­sił wła­śnie prawe przed­ra­mię. Cho­lera, za­klęła. To zna­czy, że mor­fina prze­staje dzia­łać, a torba z am­puł­kami zo­stała po­środku traw­nika, da­leko stąd... Ob­ró­ciła się i przy­gry­za­jąc ner­wowo dolną wargę, ana­li­zo­wała na zimno sy­tu­ację. Pró­bo­wała zmie­rzyć wzro­kiem, czy wra­ca­jąc po leki, nie wej­dzie w za­sięg tych po­two­rów. Nie była w sta­nie tego oce­nić, ale sza­co­wała, że je­śli od­pocz­nie jesz­cze mi­nutkę i wróci tam sama, zdąży po­zbie­rać co się da i po­biec w kie­runku ulicy Dem­bow­skiego, aby zmy­lić ewen­tu­al­nych prze­śla­dow­ców. Póź­niej skręci po­now­nie i od strony pola do­trze do męża.

Tak, tu­taj może i musi go zo­sta­wić, je­śli chce szczę­śli­wego za­koń­cze­nia ich wspól­nej ody­sei.

Ode­tchnęła kilka razy, na­dal za płytko, po­tem sta­nęła chwiej­nie na wciąż mięk­kich no­gach. Bez ob­cią­że­nia czuła się lekka jak piórko. Dam radę! Z tą my­ślą ru­szyła przed sie­bie, naj­pierw spo­koj­nym, mia­ro­wym kro­kiem, na­stęp­nie truch­tem. Do­pa­dła do torby, pod­nio­sła ją, schy­la­jąc się mocno, i za­częła pa­ko­wać do środka wszystko, co tylko wpa­dło jej w ręce, pil­nu­jąc, by po­śród rze­czy zna­la­zła się strzy­kawka i pu­dełko z am­puł­kami mor­finy. Nie prze­sta­wała przy tym zer­kać na nie­umar­łych, któ­rzy wy­czuli ją i wła­śnie za­wra­cali. Miała jed­nak nad nimi taką prze­wagę, że bez trudu ze­brała wszystko i od­bie­gła w stronę wy­lotu Emi­lii Pla­ter. Je­śli na­wet za nią po­lezą, co naj­wy­żej do­łą­czą do bandy tło­czą­cej się wo­kół wózka mle­cza­rza. Póź­niej w po­dobny spo­sób wy­pro­wa­dzi w pole nie­umar­łych z Dem­bow­skiego.

W dro­dze po­wrot­nej roz­wa­żała przez mo­ment, czy nie zdoła prze­drzeć się do dwu­kółki mle­cza­rza, która uła­twi­łaby jej ży­cie, ale bar­dzo szybko zdała so­bie sprawę, że nie ma na to naj­mniej­szych szans. Na chod­niku przed jej bramą krę­ciło się ze trzy­dzie­stu od­mień­ców, dru­gie tyle stało w prze­wę­że­niu po­mię­dzy ka­mie­ni­cami. Nie tło­czyli się już przy ścia­nach, co ozna­czało, że nie wy­czu­wali za nimi śla­dów ży­cia.

Obej­rzała się raz jesz­cze, spraw­dza­jąc sy­tu­ację przy za­ro­ślach, po czym po­truch­tała środ­kiem traw­nika, od­da­la­jąc się od obu gru­pek cho­dzą­cych tru­pów. Przy­śpie­szyła kroku jesz­cze bar­dziej, gdy zo­ba­czyła, że jej mąż ma­cha ręką, jakby pró­bo­wał prze­to­czyć się na bok albo wstać.

- Boże drogi - jęk­nęła na ten wi­dok. - Leż! Nie ru­szaj się!

Chyba usły­szał, bo opadł ciężko na plecy. Przy­klę­kła tuż obok niego, ner­wowo grze­biąc w tor­bie. Mor­fina od­pusz­czała, ból po­wróci lada mo­ment. Na­cięła am­pułkę, ale za­nim zdą­żyła ją utrą­cić, po­czuła lek­kie do­tknię­cie w oko­licy bio­dra. Świat znów za­wi­ro­wał jej przed oczami, zro­biło się też dziw­nie ciemno, jakby słońce na­gle za­szło.

W ostat­nim prze­bły­sku świa­do­mo­ści Ola uj­rzała po­zba­wione źre­nic oczy męża. Naj­pierw am­pułka wy­pa­dła z jej zwiot­cza­łej dłoni. Po­tem ona sama osu­nęła się bez­wład­nie na trawę obok gra­mo­lą­cego się nie­zdar­nie od­mie­nio­nego Radka. Trudno po­wie­dzieć, czy do­tarło do niej, że nie zdą­żyła uciec nie­umar­łym, gdy po­zby­wała się wa­le­riany. Któ­ryś z pa­da­ją­cych na ko­lana oży­wień­ców do­się­gnął łap­skiem jej męża i do­bił go tym prze­lot­nym do­ty­kiem. Wy­star­czyło prze­cież jedno mu­śnię­cie. Osła­biony wcze­śniej or­ga­nizm otu­ma­nio­nego al­ka­lo­idem męż­czy­zny nie zdo­łał się obro­nić. Prze­miana roz­po­częła się chwilę póź­niej, kiedy Ola po­bie­gła po mor­finę. Może oca­li­łaby ży­cie, gdyby nie była tak po­twor­nie zmę­czona i roz­ko­ja­rzona, choć po­zo­staje py­ta­nie, czy umia­łaby so­bie po­ra­dzić z traumą i świa­do­mo­ścią, że po­mimo da­nego słowa za­wio­dła osobę, która ko­chała ją naj­bar­dziej na świe­cie...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki