2. Na tym polega organizacja
W autobusie,
na wysokości ulicy Kopernika, przypomniał sobie futro matki. Żaden cymes, ale futro to futro, do tego pamiątka po zmarłej babce. Zniknęło razem z ojcem w połowie grudnia. Ojciec wrócił już po dwóch dniach. W końcu nie było to futro prosto ze sklepu, poszło za grosze.
Wtedy jeszcze zdawało mu się, że wierzy w Boga. Modlił się, by Wszechmogący raz na zawsze rozwiązał ich problem; bądź co bądź, Panie Boże, to już najwyższy czas. Niecałe pół roku później ojcu po dniu picia ubzdurało się, że jest na majówce, więc wyciągnął się jak długi na torach tramwajowych i zasnął. Był tak ululany, że wytrzeźwiał dopiero w szpitalu. Jeśli tamtego wieczoru Bóg zamienił się miejscami z motorniczym dziewiątki, to spartaczył robotę. Miał uwolnić ich od kłopotu, a zamiast tego zesłał im podwójny problem - nałogowego alkoholika krótszego o nogi.
Wysiadł za Tamką przy Dobrej i ostatnie sto kilkadziesiąt metrów pokonał pieszo. Od patynowej zieleni biblioteki uniwersyteckiej odcinały się bielą apartamentowce osiedla Menolly. A.H. słusznie nazywał takie enklawy "zakazanym miastem". "Heinrich... - Mówiąc to, A.H. kładł mu rękę na ramieniu, a jego czysto aryjskie, błękitne oczy przewiercały rozmówcę na wylot. - Uwierz mi, Heinrich, choćbyś ukończył to swoje liceum z wyróżnieniem, takich jak ty uniwersytet wykopie już po pierwszym semestrze. Bo upominamy się o prawdę. O miejsce dla siebie w kraju, który już tylko z nazwy jest Polską. Dziewięćdziesiąt procent tytułów na półkach tej biblioteki to trucizna, która zatruwa naszą gospodarkę, historię i literaturę. Ich autorzy to bękarty chowające się za dobrymi, polskimi nazwiskami. Trzęsą giełdą, dyktują ceny i na pniu wykupują apartamentowce takie jak te. Rozkradają Polskę kawałek po kawałku. Dom po domu, ulica po ulicy. Aż zamkną nas w getcie".
Wszedł na podwórze skupu makulatury i złomu, minął blaszaną budę. Osłonięty od strony ulicy, upewnił się, że nikt za nim nie idzie. Przez dziurę w ogrodzeniu dostał się na teren nieczynnej elektrowni. Dozorca w stróżówce rozpoznał go i pokazał uchylone wejście do budynku, drugą ręką niemrawo zasłonił opróżnioną do połowy butelkę. Kundel naprężył łańcuch, ale nie warknął; odprowadzał przybysza wzrokiem.
Heinrich przymknął drzwi i stał przez chwilę. Cisza i stęchlizna przywodziły na myśl zapuszczony cmentarz. Ostrożnie, by nie wzbijać kurzu, obszedł hol i tylnymi schodami wśliznął się do piwnicy. Od progu szybko policzył: Kurt, Walter, Max, Karl, Heinz, Franz, Ludwig, Rudolf, Erich. Do kompletu brakowało dwóch osób. Krzesło dla A.H. było jeszcze puste; stało na podwyższeniu, na tle rozpostartego na ceglanej ścianie czarnego płótna, na którym bieliły się wypisane starannie gotykiem słowa Unsere Ehre heißt Treue. "Lojalność i wierność to nasza główna broń - tłumaczył A.H. - Pojedynczo każdy polegnie z kretesem, dlatego wilki łączą się w stada".
Nie zauważyli jego nadejścia. Skupieni wokół Rudolfa słuchali, jak ten coś opowiada. Max spostrzegł go pierwszy:
- Heil! Chodź, Heinrich, Rudolf ma niezłą historię.
- ...czarną, niezmywalną farbą - ciągnął Rudolf, z wypiekami na tłustych policzkach. - W domu wyciąłem szablon, więc potem tylko prysk-prysk aerozolem i zaraz smyk do następnego. Na jeden grób góra pięć sekund. Obskoczyłem ze czterdzieści, potem farba mi się skończyła. Żydki będą do nocy ryły pazurami, zanim te swastyki zeskrobią. Następnym razem wezmę...
Przerwał. Odwrócili się jak na rozkaz w stronę drzwi. A.H. musiał stać w progu już od jakiegoś czasu, nie słyszeli, kiedy wchodził. Podszedł do Rudolfa i otwartą dłonią trzasnął go w policzek, aż temu głowa odskoczyła.
- Dureń! Mówiłem, żadnej błazenady. Sześćdziesiąt żabek!
Wokół Rudolfa zrobiło się pusto. Krew napłynęła mu do twarzy. Odstawał od reszty, nie był "po aryjsku szczupły i zwinny niczym chart". W Hitlerjugend na takich jak on patrzyli krzywo, najpewniej w ogóle nie zostałby przyjęty. A.H. tolerował go z tego samego powodu, dla którego Eichmann tolerował niektórych bogatych Żydów. Rudolf był mu potrzebny.
Rudolf przykucnął i zaczął przesuwać się w podskokach. Głośno licząc, dotarł do ściany, zawrócił i sapiąc jak parowóz, niezdarnie podążył w stronę pozostałych. Przypominał ropuchę, której ktoś wsadził w tyłek słomkę i napompował powietrzem. Nikt się nie roześmiał. Było jasne, że Rudolf do usranej śmierci pozostanie Radkiem K., jego awans na "Rudolfa" był bez pokrycia, A.H. nigdy nie wprowadzi go wyżej, tam gdzie zaczyna się prawdziwa organizacja i prawdziwa praca.
"Czeka nas prawdziwa praca - zapowiedział już pierwszego dnia A.H. - Nie infantylne zabawy. Malowanie swastyk i szubienic to dziecinada. Kto tego nie rozumie, musi odejść".
- Pięćdziesiąt cztery... - wysapał Rudolf. Klapnął na tyłek.
- Nie skończyłeś.
- Już nie mogę...
- Jeszcze sześć powtórzeń.
Grubas dźwignął się; kucał, wsparty na rękach. Biały luźny T-shirt pociemniał od potu. Rudolf zmusił się do wysiłku. Bardziej powłóczył nogami, niż skakał. Ale przynajmniej próbował.
- Sześćdziesiąt - podsumował A.H. Poklepał Rudolfa po ramieniu.
Zajął swoje krzesło i z podwyższenia rozejrzał się po sali. Do kompletu brakowało Horsta i Fritza. O Horsta nie zagadnął, zapytał o Fritza.
- Z nim już szlus - poinformował Max. - Wyjechał ze starymi do Anglii.
- Na stałe?
- Na to wygląda.
- Znał kogoś z nazwiska?
- Nie. I pamięta o przysiędze.
- Dobrze. Rudolf, przyniosłeś?
Rudolf wyjął z torby laptopa. Podeszli z krzesłami i w dwóch rzędach usiedli przed ekranem. A.H. podłączył przyniesionego pendrive'a, wybrał pierwszy folder i na ekranie zaczęły się przesuwać obrazy.
- Jak wygląda Żyd? - zagaił A.H.
Sam sobie odpowiedział:
- Tak jak ten tutaj: chałat, pejsy, na głowie mycka, nos długi na pół twarzy, kaprawe oczy.
Zaśmiali się. A.H. nie czekał, aż ucichną. Podniósł głos:
- Bzdura! Żydzi sami powtarzają te bzdety, chcą, żeby tak właśnie myśleć, bo łatwiej im się będzie ukryć. Dziewięćdziesiąt procent Żydów ma czysto aryjskie rysy. Ci są najgorsi. Potrafią się wtopić. Są nie do poznania. Zmieniają nazwisko, wiarę, fałszują życiorys. Chcą nas rozbić od środka. Dobrze się na tym znają, postępują tak od pięciu tysięcy lat. Zostają biskupami, robią karierę w polityce, dochodzą do najważniejszych urzędów w państwie, zakładają gazety, stacje telewizyjne. Mają w rękach fabryki, banki, uczelnie i szpitale. Wykupują kluby piłkarskie. Jeżdżą na pielgrzymki do Watykanu. Zakładają fundacje, stowarzyszenia, zostają pisarzami, realizują badania naukowe o milionowych budżetach, wydają pisma pornograficzne i prowadzą kąciki porad w tygodnikach dla nastolatek. Recenzjami w wysokonakładowych dziennikach niszczą niepokornych artystów, a promują miernoty, które dają się prowadzić na smyczy. Takich Żydów musimy się bać.
Kliknął na drugi folder i jedna po drugiej otwierały się przed nimi listy z nazwiskami. "Dobre" nazwiska, pod którymi ukryło się polskie żydostwo. Żydzi w parlamencie, w Polskiej Akademii Nauk, w rządzie, w Narodowym Banku Polskim. Żydzi w episkopacie. W telewizji publicznej i stacjach Waltera. Byli w pałacu prezydenckim, w stowarzyszeniach twórczych i w Najwyższej Izbie Kontroli. Na wydziale inżynierii, gdzie A.H. studiował od trzech lat, stanowili jedną czwartą kadry naukowej.
- Co możemy zrobić? - odezwał się któryś. Chyba Karl. Uprzedził Heinricha. Po prawdzie każdy z nich miał to pytanie na końcu języka.
- Nic - odparł A.H.
Zaszemrali.
- Na razie nic. - A.H. się uśmiechnął. - Mieć oczy otwarte, to zadanie na dzisiaj.
Zaraz potem dodał: "Musimy być podobni do Waltera Hessa" i na te słowa każdy nadstawił uszu. "Walter Hess - przypomniał A.H. - nie zawahał się wyciąć ropiejącego wrzodu. Z miłości do ojczyzny, rasy i Führera wydał własnego ojca. Stał się wzorem dla milionów niemieckich chłopców w Hitlerjugend. To może być wasz sąsiad, nauczyciel, może nawet krewny - mówił A.H. - Nie wolno wam się zawahać".
Powiedział także:
"Nikt nie ma wpływu na to, gdzie i pod jaką gwiazdą się urodzi. Możesz przyjść na świat w kolonii trędowatych. Albo w rodzinie żydowskiej. Ale jeśli miałeś szczęście urodzić się po właściwej stronie, stoisz przed obowiązkiem dokonania wyboru. Czy chcesz być śmieciem, czy człowiekiem. Szczurem czy wilkiem. Nie ma innej drogi. Od tego obowiązku nic nie zwalnia".
Powiedział także:
"Żadnej litości dla wroga. Litość jest oznaką słabości. Słabi przegrywają. Dla słabych nie ma miejsca w naszych szeregach. Wystarczy jedno słabe ogniwo i cały łańcuch pęka. Twardość i siła, to nasza dewiza. Żydzi kryją się w cieniu, zakładają przeróżne maski, byle na swoją stronę przyciągnąć innych. Kiedy urosną w siłę, to nam zaczną dyktować warunki".
Słuchali go, potakując.
"Nie zatrzymamy się. Kiedy idziesz z przewodnikiem, zmierzasz prosto do celu - myślał Heinrich. - Nie zaprzątasz sobie głowy zbędnymi pytaniami. Tych kilka najważniejszych dawno doczekało się odpowiedzi. Świat jest prosty, kiedy zobaczysz wszystko we właściwym świetle. Wiesz, że cokolwiek robisz, ma sens. Jesteś częścią planu. Nie musisz go do końca rozumieć. Każdy niech zajmuje się tym, co do niego należy. Jedni wydają rozkazy, drudzy je wykonują. Na tym polega organizacja".
Ni stąd, ni zowąd A.H. zakomunikował:
- To nasze ostatnie spotkanie.
Popatrzyli po sobie. Nikt się nie odezwał. Kiedy na głowę wali się cały świat, nie od razu można zebrać myśli.
- Ostatnie w tym miejscu - dopowiedział A.H. Najwyraźniej chcial ich sprawdzić. - Na teren fabryki wchodzi od przyszłego tygodnia inwestor.
- Cholerni Irlandczycy! - wypalił Kurt.
- Żydd-kii - wyjąkał Erich.
- Gdzie pójdziemy? - spytał Heinrich.
- Mam coś na oku. - A.H. wstał. - Komu się spieszy, może już iść.
Nikt się nie ruszył.
A.H. stanął w lekkim rozkroku, twarzą do betonowego wspornika, i wewnętrzną częścią dłoni uderzył w beton, aż podniósł się kurz.
- Nic trudnego. Trzeba tylko dobrze wymierzyć i uderzyć z odpowiednią siłą. Słup nie odpowie ciosem. Niczym cię nie zaskoczy. Z żywym przeciwnikiem jest inaczej. Przystępując do walki, musisz być psychicznie przygotowany na konieczność unieszkodliwienia wroga, inaczej on cię wyprzedzi. O zwycięstwie decydują determinacja i szybkość, siła nie odgrywa pierwszoplanowej roli. Nie potrzeba wielkiej siły, by rozerwać gałkę oczną czy spowodować pęknięcie błony bębenkowej. Trzeba zdecydowania. Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: chcę żyć czy wolę dać się zabić? Cała reszta zależy od tej odpowiedzi.
Spojrzał na Karla, ale Erich był pierwszy. Dołączył do A.H. i powolnym ruchem ściągnął T-shirta. Choć przerastał ich wszystkich o głowę, nie wyróżniał się muskulaturą, nie wyglądał na kogoś, kto potrafi zrobić z mięśni właściwy użytek. Pozory myliły. Erich jąkał się od pierwszego dnia szkoły i traf chciał, że właśnie w szkole znalazł na jąkanie lekarstwo: wystarczyło wyładować agresję, by mijało, jak ręką odjął. Do czasu, aż stres znowu dawał o sobie znać.
- W porządku. Kto do pary? - A.H. czekał, sam wołał nie decydować.
Heinrich wyszedł przed szereg. A.H. skinął głową. Powiedział tylko:
- Szkoda białej koszuli. Zdejmij.
- Na ulicy nie będzie na to czasu.
Ustawili krzesła pod ścianą, żeby zrobić więcej miejsca.
- Bez urazy. - Heinrich wyciągnął rękę. Erich odwzajemnił uścisk. Odsunęli się trzy kroki od siebie.
- Co jest? - A.H. się zaśmiał. - Będziecie tańczyć menueta?
- Tańcowały dwa pedały, jeden duży, drugi mały! - któryś krzyknął. Chyba Franz.
- Jąkała-jebała! - zawtórował mu Rudolf.
Heinrich rozluźnił mięśnie. Podjudzanie było częścią szkolenia. Miało wyzwolić agresję i podnieść poziom adrenaliny, uodparniając na ból. Wiedział, że musi się zmieścić w dziesięciu sekundach. Erich miał większy zasięg ramion. Jeżeli da mu się wciągnąć w wymianę ciosów, przegra.
- Icek, nie potknij się o własne pejsy! - krzyknął Max.
Rudolf zapiał:
- Ruszać się, leniwe Żydy!
- Żydowska banda! - kilku skandowało chórem.
- Schnell, schneller, Juden!
- Erich, ty obrzezany złamasie! - głos A.H. przebił się ponad hałas.
Erich pochylił głowę i zrobił szybki wykrok prawą nogą, zamarkował prawy prosty, po czym posłał lewego sierpa, wkładając w cios całą energię. Heinrich odskoczył w lewo, niskim kopnięciem pod kolano pozbawił go równowagi. Zanim Erich stanął pewnie na nogach, Heinrich wbił mu lewy hak w okolice wątroby. Erich zgiął się wpół. Heinrich płynnym ruchem pociągnął mu oburącz głowę do dołu i jednocześnie zamierzył się kolanem. Chrupnęło. Erich zwalił się na plecy. Max z Franzem pociągnęli go pod ścianę i posadzili na krześle.
- Siedem sekund - zakomunikował A.H.
Heinrich nachylił się nad Erichem.
- W porządku?
- Takiego Żyda jak ja niełatwo zabić. - Erich nawet się nie zająknął. Krew z rozciętej wargi skapywała mu z brody na klatkę piersiową.
Wszyscy się roześmiali. A.H. wydobył ze ściennego schowka podręczną apteczkę i opatrzył Erichowi ranę. Posprzątali z grubsza piwnicę, na koniec starannie zwinęli płótno ze swastyką, Rudolf schował je do torby z laptopem. Niechętnie zaczęli się żegnać.
- Poczekaj - A.H. poprosił Heinricha na osobności. - Musimy o czymś pogadać.
*
Wychodzili pojedynczo, w różnych odstępach czasu. Kiedy zostało ich dwóch, A.H. zniknął na chwilę w stróżówce. Wrócił i przez dziurę w ogrodzeniu przeszli na podwórze punktu skupu makulatury i złomu. Od strony Mariensztatu wiatr przywiał sześć uderzeń zegara. Jeszcze kilka kroków i znaleźli się na Dobrej.
- Chodzi o Horsta - odezwał się A.H. - Będę potrzebował twojej pomocy.