Znałem już trochę Bangkok. Naciągaczy obu
płci tu nie brakowało. Niełatwo jest później pozbyć się
towarzystwa takich nowych znajomych. Zwłaszcza gdy okazuje się,
że... nie do końca są kobietami. Dziewczyny z penisem w tym kraju
to częste zjawisko. Powiedziałbym nawet - zbyt częste. Tajowie
nazywają je kathoey lub po angielsku -
ladyboy. To naród bardzo tolerancyjny w stosunku
do "trzeciej płci". Wierzą, że część ludzi przychodzi na
świat jako faceci, choć czują się kobietami. Twierdzi się tutaj,
że w poprzednich życiach musieli oni strasznie nabroić i teraz
pokutują za swoje grzechy. Współczuje się im, toleruje, a nawet
hołubi w wielu wypadkach. Pewna znajoma Tajka powiedziała mi, że
bycie ladyboyem jest wręcz modne. Nawet tajskie
linie lotnicze mają w swych szeregach transseksualne stewardesy,
a Bangkok to miasto posiadające największy na świecie procent chirurgów
plastycznych zmieniających płeć. Kathoey często
potrafią wyglądać wyjątkowo atrakcyjnie. Zazwyczaj jednak zachowują
"podwójną" naturę, a ciągła burza hormonów, którymi szprycują
się na potęgę, powoduje, że bywają agresywni i nieobliczalni,
zwłaszcza gdy poczują się odrzuceni. Jedynym znanym mi sposobem
na odróżnienie ich od kobiet jest "jabłko Adama". Ten drobny
szczegół trudno przerobić, choć słyszałem, że tutejsi magicy
i z tym dają już sobie radę.
Oliwkowe ciała trzech dziewczyn zakryte były białymi
koszulkami i krótkimi spódniczkami w kolorze ciemnogranatowym. Strój
urzędniczo-studencki. Wydało mi się niemożliwe, by w tak
mało atrakcyjnych ciuchach czaiły się jakieś naciągaczki lub
prostytutki. Poza tym dziewczyny lekkich obyczajów przychodzą tutaj
dopiero wtedy, gdy zamkną się bary go-go, czyli mniej więcej po
drugiej w nocy.
Uśmiechy Tajek ośmieliły mnie do zrobienia kroku
dalej. Podszedłem do ich stolika i, składając rece jak do modlitwy,
wykrztusiłem:
- Sawatdee krap[2]. - Odpowiedziały tym samym, składając ręce podobnie
jak ja w geście, który po tajsku nazywa się "łaj".
- Oh, farang phuut Thai?
- dodała jedna z dziewczyn, pytając w ten sposób, czy mówię
po tajsku.
- No... English only -
odpowiedziałem. Niestety, powitanie było jednym z nielicznych tajskich
sformułowań, które znałem. Ze smutkiem pomyślałem, że na tym
się pewnie skończy nasza rozmowa, gdy dziewczyny łamanym angielskim
zaprosiły mnie, bym się przysiadł.
***
Położyłem dłonie na niskim podeście, przy którym
guru siedział w pozycji lotosu. Schylił nisko głowę, opierając brodę
na chudym torsie, gdzie wisiała intrygująca, wycyzelowana relikwia.
Z jego ust znów wydobył się basowy ton brzmiący jak zaklęcie. Jaidee
spytała mnie o datę urodzenia. Gdy tłumaczyła moje słowa starcowi,
stawałem się coraz bardziej sceptyczny.
- Horoskop na dziś - pomyślałem. - Ale
przynajmniej oprawa jest nieco lepsza niż u telewizyjnej wróżki
- pocieszałem się, wiedząc, że będę musiał zapłacić za tę
fanaberię.
Dziewczyny wpatrywały się z namaszczeniem w twarz
przemawiającego starca, który zaczął przyglądać się moim dłoniom
przez okrągłe szkło powiększające.
- Jesteś szczurem - tłumaczyła Jaidee. -
Z wierzchu wydajesz się spokojny, ale w środku toczysz ze sobą
nieustanną wojnę. Dużo oczekujesz od życia. Twoje pokrętne szczurze
myślenie przynosi ci dużo szczęścia. Ale jako szczur musisz ciągle
uważać na zastawione na ciebie pułapki... - Starzec przerwał
i podniósł głowę. Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem, odwracając
się do Jaidee, i ponownie coś powiedział.
- Czy chcesz o coś spytać? -
przetłumaczyła.
Zawahałem się chwilę. Pierwsze słowa Mr Aku
trochę mnie zahipnotyzowały. Pomyślałem, jak bardzo uzależniające
może być wysłuchiwanie w istocie tak bardzo ogólnikowych sekwencji
i przypisywanie ich do własnego życia. Podobnie jak w kasynie,
gdy stawiasz żetony na któryś z kolorów, oczekując wygranej. Im
bardziej rozkładasz na części pierwsze swój los, tym bardziej staje
się to wciągające. Jednak to nie uzależnienie było pułapką
w tej grze. To wiara w rzuconą na chybił trafił przepowiednię mogła
pobudzić umysł do jej urzeczywistnienia. A co, jeśli będzie ona
niepomyślna? Przypomniałem sobie o mojej fascynacji Azją i życiem
w Krung Thep. Czy będzie mnie na nie stać? Czy uda mi się znaleźć
nową drogę?
- Czy Azja będzie moim drugim domem? -
spytałem. Starzec, używając dużej lupy, znów przyjrzał się moim
dłoniom.
- Widzę cię w dwóch światach. Tutaj i tam,
skąd pochodzisz. Masz dwie linie życia - powiedział.
- Dwie linie życia? - spytałem, nie rozumiejąc
związku.
- Twoje linie życia mówią, że nie znajdziesz
dla siebie stałego miejsca. Ale też są twoją ochroną. Ważne, byś
pamiętał, że jak każdy szczur musisz uważać na pułapki.
***
- Kapitan, żeglarz, doktor nauk medycznych
Włodzimierz? - spytałem, żartując sobie z jego pełnej zadziwienia
miny.
- Człowieku! - usłyszałem w odpowiedzi. Włodek
na sekundę zastygł w zdziwieniu, by po chwili obrzucić mnie
lawiną słów. Byłem mu wdzięczny za to, co zrobił sześć lat
temu. Zbieg okoliczności sprawił, że mogłem mu wreszcie osobiście
podziękować.
Pamiętałem, jak otworzyły się małe drzwiczki
ciasnego, ciemnego pomieszczenia. Wewnątrz było tak gorąco, że
z trudem łapałem w płuca resztki tlenu. Nawet otaczające mnie robactwo
pochowało się gdzieś, by przeczekać do nocy, gdy temperatura trochę
spadnie. Straciłem już rachubę, ile dni minęło, odkąd mnie tu
zamknięto. Dwa, trzy? Jasny blask dziennego światła oślepił na
chwilę moje przyzwyczajone już do ciemności oczy.
- Ma, ma, ma, farang! -
rozległ się głos funkcyjnego namawiający mnie do wyjścia.
Jeśli zostałbym tam kilka dni dłużej,
prawdopodobnie nie przeżyłbym tego. Później dowiedziałem się,
co było powodem mojego przedwczesnego uwolnienia z małej metalowej
puszki - moje dokumenty medyczne wraz z diagnozą napisaną właśnie
przez Włodka.
Działo się to kilka miesięcy po moim aresztowaniu. W roku 2004, gdy znajomi dowiedzieli się o tym, co mnie spotkało,
Włodek przekazał wspomniane dokumenty mojej rodzinie. W zawartych
w nich informacjach znajdowało się również podejrzenie choroby
nowotworowej. Papiery trafiły do ambasady i po kilku miesiącach
proszenia i nagabywania urzędników udało się ich przekonać, by
wysłano odpowiednią notkę wraz z dokumentacją do więzienia.
Informacja od lekarza diagnozującego chorobę
nowotworową niespecjalnie wzruszyła władze więzienia. Dookoła
codziennie umierali ludzie z powodu najróżniejszych schorzeń. Ale
oficjalny list od ambasady to już była inna sprawa. Wysłano
więc wiadomość do bloku numer sześć, gdzie właśnie spędzałem
kilkudniowe wakacje w karcerze, z poleceniem, by przenieść mnie do bloku
szpitalnego. Tak na wszelki wypadek, by nikt nie zarzucał im później
niekompetencji. Tym sposobem udało mi się uniknąć śmierci w metalowej
puszce, gdzie wykończyłyby mnie, jeśli nie upał, to robactwo.
- Włodek! Zdajesz sobie
sprawę z tego, że uratowałeś mi życie?
***
Siedziałem z otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć
w to, co przed chwilą usłyszałem.
- Od tamtej pory zajmujesz się naprawą butów
na ulicach Bangkoku? - zapytałem.
- Naprawianie butów to dla mnie rodzaj
medytacji. Od momentu, gdy znalazłem się w Pakistanie, aż do dzisiaj
upłynęło wiele czasu i wiele się wydarzyło. Może kiedyś ci
o tym opowiem. A teraz napijmy się jeszcze piwa.
- Wybacz, ale jestem spłukany - odmówiłem. -
Czekam właśnie na pieniądze.
- Spokojnie, Polaku, kupię ci piwo. Dziś
miałem dobry dzień. Tak dobry, że mam ochotę wybrać się w jedno
miejsce na Chinatown. Jeśli chcesz, to zabiorę cię ze sobą -
zaproponował.
- Na Chinatown? Mieszkasz tam? - zainteresowałem
się.
- Nie, mieszkam tu, niedaleko. Ale mam tam pewną
sprawę do załatwienia.
- Mogę spytać, o jaką sprawę chodzi? -
zagadnąłem z nadzieją na uzyskanie mniej enigmatycznych
informacji.
- Mój przyjacielu - zaczął Reza - nie wiem,
czy powinienem ci ufać, ale biorąc pod uwagę twoje upodobanie do
gandzi, myślę, że mogę.
- Skąd wiesz o gandzi?
- Nie irytuj się. Widziałem cię palącego na
dachu. Tak się składa, że mam okna vis-a-vis.
- No tak, mogłem się tego domyślić -
skwitowałem. - W Bangkoku nic się nie da ukryć.
- Da się, da. Jeśli chcesz, pokażę ci
nielegalną palarnię opium. - Po tych słowach Irańczyk rozejrzał
się wokół, jakby chciał się upewnić, że nikt nie słyszał naszej
rozmowy.
Opium kojarzyłem głównie z filmów made in
Hong Kong. To miasto, które zawdzięcza swą finansową potęgę
właśnie handlowi tym środkiem. Reszta mojej wiedzy była całkowicie
encyklopedyczna: "Narkotyk znany od ponad siedmiu tysięcy lat. Dawniej
używany najczęściej jako środek uśmierzający ból. Ma w sobie
aż dwadzieścia pięć alkaloidów, a wśród nich morfinę". Tyle
mówiły książki.
***
Na Chinatown zawiózł nas autobus linii pięćset
siedem. Wysiedliśmy w miejscu, gdzie mimo późnych godzin panował
niesamowity tłok. Tak samo jak na Patpong, znajdował się tu nocny
market i właśnie zaliczał swoje godziny szczytu. Można w nim było
znaleźć wszystko, od jedzenia i kwiatów po podrabianą elektronikę,
niby-markowe ciuchy czy pirackie płyty. Szedłem za prowadzącym
mnie Rezą, przeciskając się przez tłum i przeklinając na każdym
kroku. Skąd, do cholery, tyle ich się tu bierze po północy? Odpowiedź
była prosta. Po co męczyć się, mając nad sobą bezlitosne słońce,
skoro można dzień przespać i wyjść na zakupy nocą, gdy atmosfera
jest zdecydowanie chłodniejsza?
Wreszcie skręciliśmy w wąską
soi, gdzie nie było straganów i robiących
zakupy mas ludzkich. Reza wspiął się po metalowych schodach, by
w końcu stanąć przed drzwiami, gdzie paliły się dwa chińskie
lampiony. Nacisnął kilka razy elektryczny dzwonek, przerwał
i nacisnął ponownie. Musiał to być jakiś kod. Czekaliśmy
długą chwilę, nim usłyszałem zgrzyt przekręcanego zamka. Za
drzwiami stała starsza Chinka, ubrana w długi czerwony szlafrok
z pięknie haftowanymi smokami. Na widok Rezy otworzyła drzwi szerzej,
wpuszczając nas do środka. Wewnątrz znajdował się długi korytarz,
którym dostaliśmy się do wypełnionego czerwonym światłem
pomieszczenia. Na dużej kanapie siedziało kilka skąpo ubranych
dziewczyn. Ich twarze i całe ciała były mocno upudrowane białym
talkiem, co wzbudziło moje rozbawienie. Dziewczyny wyglądały, jakby
zaraz miały się wybrać na Halloween. Ich silnie podkreślone oczy
łypały na nas ciekawsko. Reza zamienił kilka niezrozumiałych dla
mnie słów z mama-san, a ta otworzyła kolejne
drzwi i poprowadziła nas w głąb budynku długim korytarzem. Pokój,
do którego weszliśmy, był przedzielony kotarą, za którą leżały
jedynie bambusowe maty. Usiedliśmy na jednej z nich.
- No i jesteśmy - oznajmił Reza, układając
się wygodnie.
***
Julek nigdy nie był okazem zdrowia. Zwłaszcza
odkąd przestał jeść. Teraz jednak przedstawiał sobą wyjątkowo
mizerny obraz. Spotkaliśmy się kilka dni po tym, jak wypuszczono go
z aresztu. Spędził tam ponad tydzień. Postawiono mu zarzut hodowli
nielegalnych roślin, sztuk trzy, oraz posiadania równie nielegalnego
suszu marihuany w ilości dwadzieścia pięć gramów. Próbowano mu też
udowodnić sprzedaż narkotyku, ponieważ w domu znaleziono plastikowe
torebki.
- To plastikowe torebki też już są w Polsce
nielegalne?! - odpowiadał przesłuchującym go policjantom.
- Nie wykręcaj kota ogonem. Wykorzystywałeś je
do przetrzymywania suszu, a to znaczy, że zostały użyte do popełnienia
przestępstwa! - nagabywali.
- Jakiego przestępstwa? Łobuzy jedne! To wy mnie
bezprawnie napadliście! To wy popełniliście przestępstwo! Nie znacie
artykułu dwudziestego siódmego Kodeksu karnego? "Nie popełnia
przestępstwa, kto działa w celu przeprowadzania eksperymentu
poznawczego, medycznego, technicznego lub ekonomicznego, jeżeli
spodziewana korzyść ma istotne znaczenie poznawcze, medyczne lub
gospodarcze, a oczekiwane jej osiągnięcia, celowość oraz sposób
przeprowadzania eksperymentu są zasadne w świetle aktualnego
stanu wiedzy" - wyrecytował, wprawiając funkcjonariuszy
w chwilowe osłupienie. Zapewne nie mieli jeszcze do czynienia z takim
"krasnalem".
- Te rośliny są właśnie częścią mojego
eksperymentu - kontynuował Julek. - Razem z mamą palimy je
w celach poznawczych i medycznych. A wam nic do tego, łobuzy!
- Co to znowu za eksperymenty?! To są
narkotyki. Pewnie sprzedajesz je dzieciakom pod szkołą. Przyznaj się
lepiej, łachudro, a dostaniesz łagodny wyrok.
- Powinniście się zająć lepiej łapaniem
przestępców! A nie spokojnych ludzi okradać! Choćby z powodu
łamania Deklaracji Praw Człowieka powinno się was ukarać za tę
napaść. Artykuł osiemnasty mówi: "Każdy człowiek ma prawo do
wolności myśli, sumienia i wyznania; prawo to obejmuje swobodę
zmiany wyznania lub wiary oraz swobodę głoszenia swego wyznania
lub wiary bądź indywidualnie, bądź wspólnie z innymi ludźmi,
publicznie i prywatnie, poprzez nauczanie, praktykowanie, uprawianie
kultu i przestrzeganie obyczajów" - popisywał się dalej. - Ja
jestem koptem i mam prawo do swoich obrzędów.
- Kim jesteś, świrze?
[2] Sawatdee krap (tajski)
- Dzień dobry.