Szczęśliwy zapis - Lorraine Hall

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Javier Alatorre wysiadł z eleganckiego wynajętego samochodu. Gdy wdepnął w zimną, pełną błota kałużę, najpierw spojrzał gniewnie w szare dżdżyste niebo, a później na zrujnowane buty. Nie mógł pojąć, jak można mieszkać w tak dzikim, odległym miejscu, skoro słoneczna Hiszpania była na wyciągnięcie ręki.

Jednak Matylda tego właśnie chciała, a on po serii tragicznych wydarzeń się na to zgodził. Była to z jego strony grzeczność i prezent. Nie niepokoił jej przez trzy lata, które spędziła w tej dziurze, i nieszczególnie miał na to ochotę i teraz, ale jej czas na leczenie ran minął.

Znał Matildę Willoughby od prawie dekady. Nigdy nie potrafił myśleć o niej jak o siostrze, chociaż kiedy Ewan Willoughby poślubił matkę Javiera, stał się dla niego ojcem. Miał szesnaście lat, gdy matka zaczęła spotykać się z Ewanem. Chociaż przyjęła zaręczyny dopiero po pięciu latach, Ewan niemal natychmiast zaczął traktować go jak syna.

W ciągu tych lat Ewan sprawił, że Javier ze wściekłego, agresywnego buntownika stał się obytym w świecie biznesmenem. Namówił Javiera, by poszedł na uniwersytet, załatwił mu pierwszą pracę i przygotował do przejęcia schedy po nim. To Ewan sprawił, że Javier jest dziś tym, kim jest.

Matildę poznał już po zaręczynach rodziców. Była nieśmiałą nastolatką, która zamiast zawracać sobie nim głowę, wolała chować się za plecami ojca i latami mieszkać w szkolnym internacie. Wtedy stało się coś niespodziewanego. Bez ostrzeżenia i bez szans, by Javier mógł się na to przygotować, zmarł Ewan. Javier nie tylko stracił wzór do naśladowania. Odziedziczył także firmę i stał się prawnym opiekunem szesnastolatki, którą ledwo znał. Na palcach jednej ręki mógł policzyć chwile, gdy przebywał z Matildą w tym samym pokoju.

Traktował swoje zadanie bardzo poważnie i starał się, by życie Matildy było równie spokojne, jak za życia jej ojca. Zadbał, by skończyła szkołę i panował nad jej kłopotliwym, zwalistym narzeczonym. Zanim zaczęła studia, zapewnił jej i jej matce przytulny dom. Wszystko to robił, przejmując jednocześnie stery w firmie Ewana.

Westchnął, przyglądając się chałupie, którą Matilda, zamiast posiadłości jego matki w Walencji, nazywała domem. Poprawił marynarkę i ruszył w kierunku drzwi. Gdyby dzień był ładniejszy, to pewnie mógłby nazwać go malowniczym. Dziś jednak dom wyglądał szaro, wydając się niezdolny do utrzymania ciepła ze swoimi kamiennymi ścianami i rozpadającym się dachem.

Nie tylko decyzja Matildy o zamieszkaniu w tym miejscu nie miała dla Javiera sensu. Nie pojmował też jej obsesji na punkcie roślin i chęci życia w samotności. Rozumiał jej szok, gdy trzy lata temu spadek sprawił, że stała się znana ze względu na swoje bogactwo. Javier nigdy jednak nie potrafił zrozumieć ukrywania się z powodu faceta, z którym była zaręczona, a który okazał się być intrygantem, kłamcą i naciągaczem.

Bezwzględna prasa malowała jej obraz jako bezmózgiego głupka, ale w opinii Javiera córka Ewana Willoughby'ego powinna mieć grubą skórę. Zrobił to, co w takiej sytuacji jego zdaniem uczyniłby Ewan. Pozwolił Matildzie na kupno tego domu w szkockich górach. Zapewnił jej czas i przestrzeń, by mogła robić to, na co miała ochotę.

Jednak te czasy dawno minęły. Javier nie musiał jej rozumieć, by spełnić ostatnią wolę ojca. Był jej opiekunem bez względu na jej wiek i cokolwiek innego.

Zanim zdążył podejść do drzwi, usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się i zobaczył Matildę zostawiającą za sobą ślady błota. Miała na sobie warstwy wełnianej odzieży, nie mniej obłocone niż ścieżka za nią. Większość jej kasztanowych włosów oswobodziła się z kitki i zwisała wokół zarumienionej twarzy.

Nie widzieli się od blisko dwóch lat. Zamiast przyjazdu na święta do domu, wybierał wakacje na Capri. Od przyjęcia z okazji jej dwudziestych pierwszych urodzin, gdy rozpromieniona wisiała na ramieniu Pietra, Javier nie chciał nazwać tego, co poczuł na jej widok. Była atrakcyjną kobietą, a jego reakcja była po prostu czystą biologią.

Trzymała w rękach kosz po brzegi wypełniony roślinami. Idąc, kiwała się, nucąc pod nosem, pomimo dżdżystego, ponurego dnia. Zanim prawie na niego weszła, wydawała się go nie widzieć.

- Javier.

Mrugnęła. Nie uśmiechnęła się, jak być może kiedyś zrobiłaby na jego widok. Natychmiast zauważył nieufność w jej niemal fioletowych oczach. Jakby dokładnie wiedziała, w jakim celu przyjechał.

- Matildo, nie odbierasz telefonów ode mnie.

- E-maili też - dodała niemal radośnie.

Przemknęła obok i poszła w kierunku drzwi. Otworzyła je i wytarła ubłocone buty w równie ubłoconą wycieraczkę. Javier zaczął się bać, co zastanie w środku.

- Niepotrzebnie przejechałeś taki szmat drogi - powiedziała, wchodząc do środka.

Powiesiła kosz na haku i poszła, by pozbyć się kilku warstw odzieży, które miała na sobie.

Gdy wszedł do środku, musiał przyznać, że było ciepło, a nie lodowato, jak się spodziewał. Powiedzieć, że dom był zagracony, to jakby nic nie powiedzieć. Wyglądał jak po nieudanym eksperymencie naukowym, co dla Matildy było dosyć typowe.

- Wolałbym zostać tam, gdzie jest ciepło i sucho, ale nie odpowiadasz na moją korespondencję.

Westchnęła ciężko i wyciągnęła rękę w jego stronę.

- Wziąć ci płaszcz?

Spojrzał na wiszące na ścianie haczyki. Były poobwieszane ubłoconymi ubraniami i koszami wypełnionymi ziemią i zieleniną.

- Nie, dziękuję.

Zaśmiała się. Tyle dobrego, że odnalazła tu dobry nastrój, zamiast pozostać tą bladą, zdruzgotaną dziewczyną sprzed trzech lat.

- Herbaty? - zapytała, przechodząc do malutkiej kuchni. Nie miał pojęcia, jak uda jej się znaleźć czajnik.

- Nie, Matildo. Samolot już czeka. Poczekam, aż się spakujesz. - Rzucił okiem na akry ziemi porośnięte żywymi, suchymi i na wpół żywymi roślinami. - Z pewnością możemy wynająć kogoś z wioski, by zajął się... ogrodem po twoim wyjeździe.

- Nie mam zamiaru nigdzie wyjeżdżać - powiedziała stanowczo, przygotowując herbatę w znalezionym nie wiadomo gdzie czajniku.

Nie zwracał uwagi na stanowczość w jej głosie, choć była to nowość. Kiedyś była raczej posłuszna. Pomyślał, że lepsze to niż bycie popychadłem, choć jej postawa nie ułatwiała mu zadania.

- Bez względu na twoje zamiary, wracasz ze mną do Hiszpanii. Za pół roku skończysz dwadzieścia pięć lat, więc trzeba się zabrać za znalezienie ci odpowiedniego męża.

Trzasnęła czajnikiem i rzuciła mu gniewne spojrzenie.

- Chyba żartujesz.

- Wybacz, cari?o, ale nie mam w planach ślubu z tobą, więc musimy znaleźć odpowiedniego kandydata, a sześć miesięcy to niewiele czasu.

Każdy kolejny etap przygotowania herbaty był coraz bardziej nerwowy.

- Wiem, że ojciec zapisał w testamencie absurdalne warunki, ale nie mam zamiaru ich spełniać. Przecież żaden sąd mnie do tego nie zmusi. A kto wyda na mnie wyrok za to, że nie wyjdę za mąż? - Ponownie spiorunowała go wzrokiem. - Ty?

- Tego życzył sobie twój ojciec i tak się stanie.

- Przecież go tu nie ma, prawda?

Chciałby się na nią gniewać, ale słyszał w jej głosie tyle żalu, że próbował zachować cierpliwość. Zawsze uznawał to za cnotę.

- Matildo, zostałem do tego zobowiązany. Przykro mi, ale nie mogę przyjąć twoich argumentów. Twój ojciec chciał, żebyś wyszła za mąż, i tak się stanie. Nie bój się, pomogę ci.

- Oczywiście, nie żeniąc się ze mną. Jesteś na to zbyt zajęty hulankami po Europie, co?

Uśmiechnął się w sposób, który u większość kobiet wywołałby kosmate myśli.

- Dokładnie.

- Nie chcę wychodzić za mąż - upierała się Matilda, szczęśliwie nie reagując w żaden typowy dla innych kobiet sposób. - Nawet gdybym tego chciała, to nie ma sposobu, by być pewnym, że ktoś kocha mnie, a nie moje konto bankowe.

- Matildo, nie każdy jest jak Pietro - powiedział tak delikatnie, jak tylko potrafił.

- Nie wymawiaj tego imienia w moim domu.

Nie było w tym ostrzeżeniu złości, a raczej ból.

- Polecimy do Hiszpanii i znajdę ci męża, który nie będzie mieć żadnych planów na to, jak wydać twoje pieniądze.

- Nie możesz, ot tak, poganiać mnie i oczekiwać, że w pół roku znajdę miłość życia.

Javier uważał, że nie tyle potrzebuje znaleźć miłość, co po prostu odpowiedniego partnera. Ewanem nie kierowała miłość do matki Javiera, a raczej chęć jej ocalenia. Od namiętności ważniejsza była przyjaźń. To dlatego tak długo nie mogła zdecydować się na ślub.

- Pewnie nie, ale z pewnością nie znajdziesz jej, żyjąc tu jak pustelniczka.

- Zajmuję się roślinami.

- W Hiszpanii mam ogród, możesz się nim zajmować i jednocześnie szukać męża.

Przewróciła oczami i wzięła głęboki oddech. Ponownie poczuł frustrację, że utrudnia to bardziej, niż się tego spodziewał. Nie pozwalał sobie, by poczuć coś innego. Nikt nie był lepszy w kontroli od Javiera Alatorrego.

- Javier, doceniam, że pomimo ogromu obowiązków związanych z prowadzeniem firmy mojego ojca znalazłeś czas, by przejechać przez całą Europę, ale z radością tu zostanę. Nie mam zamiaru wychodzić za mąż. Szanuję twoje oddanie pamięci mojego ojca i chociaż tęsknię za nim tak samo mocno, jak go kochałam, to nie był on ideałem, a zapis w testamencie był błędem. Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, to będzie to moja decyzja.

Dzięki ojcu tej kobiety, Javier wiele lat temu nauczył się, jak panować nad odziedziczonym po biologicznym ojcu, drzemiącym w nim potworem.Ona jednak wystawiała efekty tej nauki na próbę. Chciał na nią wrzasnąć i cisnąć o ścianę kilkoma z tych kolorowych doniczek.

Nie poddał się jednak starym impulsom. Nigdy nie urządziłby Matildzie takiego horroru. Właśnie dlatego wolał, by dzieliło ich kilka krajów.

Przez najbliższe pół roku będzie musiał ćwiczyć się w kontroli i cierpliwości, ale nie zawiedzie Ewana. Nabrał powietrza i uśmiechnął się.

- Matildo, niestety jesteś w błędzie. To już nie jest twoja decyzja.

Javier Alatorre, jej majaczący gdzieś na horyzoncie opiekun, nigdy nie był specjalnie przyjemną wizją, ale Mattie nigdy nie nienawidziła go tak bardzo jak teraz. Zazwyczaj się nie wtrącał. Gdy wyjechała na studia do Barcelony, ich drogi przecinały się trochę częściej, ale zawsze wtedy był przy niej Pietro. Wydawał się rodzajem... specyficznego koła ratunkowego. Nie żeby teraz czuła się zagrożona obecnością Javiera, ale trudno zaprzeczyć, że nie czuła się komfortowo.

Nie miało to jednak znaczenia ani wtedy, ani teraz. Na ruinach dawnego życia zbudowała nowe. Nie była już tą samą poniżoną kobietą, której złamano serce i której twarz zdobiła wszystkie tabloidy i plotkarskie portale internetowe.

Zajęła się roślinami i poukładała sobie życie tak, by uczyniło ją szczęśliwą. Życie, które trzymało ją z dala od opinii publicznej. Może i odcięła się od przyjaciół i przez ostatnie trzy lata kontaktowała się właściwie wyłącznie z macochą Eleną, co uczyniło ją trochę samotną, ale jakieś niedorzeczne, zaaranżowane przez Javiera małżeństwo nie było rozwiązaniem tego problemu.

Obserwowała go uważnie znad małego, szczelnie zastawionego doniczkami blatu. Ojciec dał Javierowi zbyt wiele władzy. Na jego miejscu powinna być Elena. Mattie nigdy nie podejrzewała ojca o szowinizm, ale uczynienie go jej opiekunem i powierzenie mu pieczy nad jej finansami zakrawało na mizoginizm. Teraz Javier tu stał, podkreślając swą męską przywódczość.

Zawsze był przystojny. Nawet gdy jego ramiona nie były jeszcze aż tak szerokie, a on dźwigał na nich uraz wielki niczym cała Hiszpania. Pod tą miłą aparycją i wyuczoną łatwością roztaczania wokół siebie czaru kryło się jednak coś jeszcze. Rodzaj zagrożenia, którego źródła nie znała, ale zawsze wiedziała, że musi mieć przy sobie ochronę w osobie Pietra lub Eleny. Póki co świetnie radziła sobie sama.

Chciał, by pojechała z nim do Hiszpanii, gdzie wystawi ją na aukcję niczym krowę na targu.

- Jak niby zamierzasz zmusić mnie do wyjazdu? - zapytała, próbując brzmieć niczym stary profesor rzucający pytanie grupie słuchaczy nieżyjących wystarczająco długo, by mieć pojęcie o filozoficznych dylematach.

- Słucham?

- Nie chcę jechać. Powiedziałeś, że nie jest to już moja decyzja, więc jak zamierzasz mnie zmusić? Jak masz zamiar w legalny i etyczny sposób przymusić mnie do małżeństwa? Sądzisz, że zdołasz manipulować mną niczym kukiełką, żebym powiedziała "tak" człowiekowi, którego ty wybierzesz?

Chłodne spojrzenie i obojętny wyraz twarz sprawiały, że wyglądał na znudzonego i obojętnego. Jedynie zaciśnięte usta zdradzały, że pod tą maską ukrywa emocje. Nie odpowiadał, więc nie było mu wszystko jedno.

- Nie przypominam sobie, byś wcześniej reagowała tak dramatycznie. Samotność ci nie służy.

- Wręcz przeciwnie. To samotność pokazała mi, jaka jestem naprawdę. To ona dała mi to wszystko, a nie sądzę, by zamążpójście dało mi cokolwiek. Javierze, odmawiam. Nie pojadę z tobą do Hiszpanii i nie będę szukać męża. Nie potrafię sobie wyobrazić swoich dwudziestych piątych urodzin w towarzystwie księdza, który zmusza mnie, bym złożyła przysięgę małżeńską. Mamy więc impas.

Gdy to mówiła, w jej głowie pojawiła się dziwna wizja. Wychodzi za Javiera, a on mieszka z nią w tej chatce wśród kwiatów. Ta niebezpieczna, bijąca od niego energia - nawet gdy udawał zrelaksowanego i działającego w jej najlepszym interesie - spaliłaby ich oboje.

Nie żeby kiedykolwiek miało do tego dojść. Javier mógł czcić pamięć jej ojca i spełniać jego absurdalne zachcianki, którymi obciążył go na łożu śmierci, ale nigdy nie poślubiłby kogoś takiego jak ona. Oboje tracili czas i Javier z pewnością to zauważy i da jej spokój.

- Zostaniesz na kolacji? - zapytała. Miała nadzieję, że ta ciepła, gościnna propozycja - obu tych rzeczy według jej matki unikał jak ognia - sprawi, że szybko się stąd zabierze.

Ale Javier nie ustępował, nie łagodniał i nie odwrócił się, by uciec. Tkwił w miejscu z tym samym lodowatym spojrzeniem i bijącym od niego żarem, który zapewne był jedynie wytworem jej wyobraźni.

- Matildo, jeśli tego nie zrobisz - powiedział niskim, ostrym tonem - to odetnę cię od finansów, tak jak zapisano to w testamencie. Co więcej, pozbawię cię jednocześnie wszelkich praw do WB Industries i zostaniesz z niczym.

Przez kilka sekund Matilda była w stanie się jedynie w niego wpatrywać. Ogarnęło ją dziwne odrętwienie, ale po chwili się ożywiła. Zapomniał o jednym ważnym zapisie w ostatniej woli ojca.

- Zapis mówi, że jeśli nie wyjdę za mąż przed dwudziestymi piątymi urodzinami, to ty będziesz musiał mnie poślubić. Javier, nie możesz mnie od niczego odciąć, za to musisz się ze mną ożenić.

Pokręcił tylko głową, bo uważał, że on tu dowodzi, a nie ona decyduje o swoim życiu.

- Matildo, masz godzinę, by się spakować.

Rozdział drugi

Javier uważał szantaż za ostateczność, ale tracił cierpliwość. Jeśli ta kobieta nie będzie w stanie uszanować pamięci jej ojca, to będzie ostry. Matilda może uważasz, że to nie w porządku, ale on widział to zupełnie inaczej.

- Mogę zacząć odliczać czas, jeśli ci to pomoże.

Zmrużyła fiołkowe oczy.

- Idź do diabła - powiedziała i wściekła ruszyła do pokoju. Z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi.

- Niezbyt to dojrzałe, Matildo - zawołał.

Usłyszał hałas i miał nadzieję, że zaczęła się pakować.

Musiał przyznać, że trochę zaskoczyła go jej reakcja. Nie spodziewał, że będzie skakać z radości, ale zakładał, że zrozumie, że to było konieczne. Jej chyba wydawało się, że żartuje. Że może go lekceważyć, bo przecież żaden sąd nikogo nie może zmusić do ślubu. Cóż, miała rację. Jego także nie zmusiłby do poślubienia jej, czy kogokolwiek innego. Nie zawiódłby jednak Ewana.

W pokoju Matildy zrobiło się cicho. Pełen podejrzeń przeanalizował rozkład domu i jęknął na myśl o wyjściu na chłodne powietrze. Wyszedł na zewnątrz.

Nie był zaskoczony, gdy ujrzał ją z tyłu domu wychodzącą oknem. Przebrała się w strój bardziej odpowiedni do dłuższej wędrówki, wciąż w smutnym brązowym kolorze. Nie był już ubłocony, podobnie jak buty, które miała na sobie. Włosy schowała pod czapką z daszkiem i przypominała ulicznego łobuza z dawnych lat.

Gdy się odwróciła, zamarła i obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.

- Javier, to szaleństwo. Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, ale jeśli masz resztki zdrowego rozsądku, to po prostu odpuść.

Chciał nią potrząsnąć, ale trzymał ręce przy sobie.

- Matildo, twój ojciec sprowadził mnie na dobrą drogę - powiedział, podkreślając każde słowo niczym groźbę. - Zawdzięczam mu to, kim jestem, więc nie odpuszczę. Znajdę sposób, byś wyszła za mąż. Możesz mieć w tym swój udział albo sam znajdę ci męża. - Jej oczy się rozszerzyły, ale się nie cofnęła. Nie straciła pewności siebie i nie rzuciła się do ucieczki, jak mógłby się spodziewać. - A teraz albo sama wsiądziesz do samochodu, albo będę musiał cię tam zanieść.

Mattie miała ochotę kontynuować tę patową sytuację, ale nie ulegało wątpliwości, że Javier spełniłby swoją groźbę, a to znaczyłoby jego dłonie na jej ciele. Pewnie przez ostatnie trzy lata trochę się zmieniła, ale wizja jego dotyku wciąż wydawała jej się niebezpieczna. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego, ale przypominało jej to zaglądanie do wnętrza czarnej dziury. Spojrzysz zbyt głęboko i znikniesz na zawsze. Podobnie jak bycie wydaną za mąż. Z pewnością nie zdoła go przekonać, więc co może zrobić?

Może powinna potraktować to jak wakacje? Odwiedzi Elenę, spędzi miło czas w Hiszpanii, a później pomyśli, jak przekonać Javiera, że nic się nie stanie, jeśli spędzi resztę życia jako panna.

Powinna myśleć logicznie, nawet jeśli on tego nie potrafił. Przynajmniej w kwestii jej ojca.

- Naprawdę rozsądniej byłoby zostawić mnie w spokoju, ale jeśli czujesz się zobowiązany do uhonorowania mojego ojca w ten niedorzeczny sposób, to póki co się zgadzam. - Niechętnie ruszyła za nim w kierunku samochodu. - W końcu od dawna nie widziałam się z twoją matką.

- Nie zatrzymasz się u mojej matki, tylko u mnie w Barcelonie.

Zwolniła kroku.

- Ale... zawsze zatrzymywałam się u Eleny.

- Tak, podczas wakacji, a to nie będą wakacje, Matildo. Mamy mało czasu, by znaleźć ci męża. Będę pilotował całe przedsięwzięcie, więc zatrzymasz się u mnie.

- Nie myślę...

- Chwileczkę, cari?o. Nie musisz o niczym myśleć, masz być posłuszna.

Zapłonęła ze złości.

- Mam być grzeczną dziewczynką i niczym średniowieczna księżniczka wyjść za mąż bez prawa głosu?

- Skoro tak chcesz to widzieć. Po prostu musisz dostosować swoje oczekiwania do sytuacji. Ja nie widzę tu pogwałcenia twojej niezależności.

- Dlatego że jesteś mężczyzną i nic nie powstrzyma cię przed zagarnięciem świata dla siebie.

Dostrzegła błysk w jego oczach i nie była na tyle naiwna, by odebrać to jako objaw urazy czy żalu. Javiera nie łączyła z nią żadna emocjonalna więź, ani jako przybranego brat, ani jako opiekuna. Była dla niego jedynie bezosobowym przedłużeniem jej ojca.

- Matildo, wsiadaj do samochodu. Chciałbym być w domu przed kolacją, bo niektórzy z nas mają pracę i sprawy do załatwienia.

Pozwoliła, by Javier zaprowadził ją do samochodu i usadowił na miejscu pasażera. Gdy ruszyli, patrzyła na znikający w oddali dom. Wiedziała, że dąsanie się jest trochę dziecinne, ale uważała, że w tej sytuacji może pozwolić sobie na odrobinę mało dojrzałych reakcji. W końcu to tam odnalazła siebie, a samotność odmieniła ją w niemniejszym stopniu jak zdrada Pietra i śmierć ojca.

Nie poślubi kogoś przypadkowego. Nikogo nie poślubi. To absurdalny pomysł.