Jak to wszystko się zaczęło
Powoli, krok za krokiem, schodzę po ośnieżonych schodkach samolotu. Po twarzy chłoszcze mnie lodowaty wiatr i już wiem - tak wygląda Północ. Północ moich marzeń, o której nie przestaję myśleć, odkąd skończyłam piętnaście lat. A teraz ta Północ rozpościera się przede mną i zachwyca jeszcze bardziej niż w wyobrażeniach. Jest marzec 2014 roku, a ja w końcu dotarłam do Troms?, miasta położonego ponad trzysta kilometrów za kołem podbiegunowym, w norweskim fylke Troms[1]. W końcu udało mi się spełnić jedno z moich największych podróżniczych marzeń - odwiedzenie Paryża Północy. Jestem oszołomiona samym faktem bycia w tym miejscu. To właśnie tu mieści się najdalej wysunięty na północ uniwersytet na świecie i najbardziej północny browar świata[2]. To stąd Roald Amundsen wyruszył w swą ostatnią podróż, a ja widzę teraz to miasto na własne oczy i nie mogę uwierzyć, że tu jestem.
Z tym właśnie kojarzy mi się Norwegia. Nie z hałaśliwymi ulicami Oslo czy spokojem sielskiego Trondheim, ale właśnie z ponurym wiatrem, wiejącym trzysta pięćdziesiąt kilometrów za kołem podbiegunowym. Tak zapamiętałam Troms? w 2014 roku i nawet wielokrotne pobyty w innych miastach i miasteczkach Norwegii nie były w stanie zatrzeć tamtego wrażenia ani zmienić mojego wyobrażenia o ojczyźnie wikingów w ogóle. A wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, gdy jeszcze nie miałam pojęcia, "jak ta cała Norwegia wygląda".
Globus prawdę ci powie
Mając piętnaście lat, wpadłam na pomysł diametralnej zmiany mojego życia. Wtedy też zaświtała mi w głowie myśl o przeprowadzce na Północ - tak daleko, jak to tylko było możliwe. Zmysł praktyczny wziął jednak górę nad ambitnymi planami zostania Eskimoską i zamiast wyprawienia się na biegun północny spojrzałam na globus i intuicyjnie wybrałam Norwegię. Kraj ten leżał wystarczająco daleko na Północy, a do tego w Europie - spełniał więc wszystkie warunki mojego raju na ziemi. Z dnia na dzień postanowiłam nauczyć się języka norweskiego (o którym wtedy nie miałam jeszcze żadnego pojęcia), zamieszkać na jakimś odludziu za kołem podbiegunowym i tłumaczyć literaturę piękną, ogrzewając się przy kominku w małej drewnianej chatce. Dziś zdaję sobie sprawę z tego, jak pompatycznie i zabawnie to brzmi, ale mając naście lat, wierzyłam, że podróże palcem po mapie przyniosą mi kiedyś korzyści i naprawdę zmienią moje życie. Tak się zresztą właściwie stało, o czym świadczy chociażby ta książka. Co prawda, nie mieszkam w uroczej chatce za kołem podbiegunowym (jeszcze!), ale nauczyłam się języka norweskiego i codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że to był trafny wybór. Najważniejsze zadanie z listy odhaczone!
Jako nastolatka nie wiedziałam, że podczas nauki języka norweskiego przyjdzie mi w rezultacie uczyć się... dwóch języków norweskich! Podobnie zresztą nie wiedziałam, że wyprawa w kolejne zakątki Norwegii zaskoczy mnie niesłyszanym nigdy wcześniej dialektem i coraz to fantazyjniejszymi przepisami na marynowanego dorsza lub łososia. Chyba nie miałam pojęcia, że nawet w najbardziej niepozornym miejscu w Norwegii może mnie nagle obezwładnić cudowny widok zorzy polarnej, której uroku nie odda najlepszy nawet aparat fotograficzny. Wielokrotnie próbowałam robić zdjęcia zorzy i zawsze mnie rozczarowują (co po części wynika też zapewne z moich marnych zdolności fotograficznych). Widok na żywo jest po prostu... o niebo lepszy.
Widok na Troms? z tzw. górskiej windy (fjellheisen)
Od tamtej pory aż do dziś uczę się Norwegii i to jest właśnie wspaniałe. To kraj z nieskończoną ilością tajemnic do odkrycia, kuszących nas, byśmy za nimi podążali. Tacy są też sami Norwegowie - trochę nieprzewidywalni. Trochę zimni i niedostępni, ale też na swój skandynawski sposób serdeczni. Pasują idealnie do kraju, w którym nawet niepozorna dróżka wzdłuż fiordu może okazać się celem podróży tysięcy turystów z drugiego końca globu. Ale nie zapominajmy też, że Norwegia to państwo dobrobytu, które od lat nęci imigrantów z wielu krajów świata. Norwegia - raj dla jednych i dziwaczny, wąski skrawek Europy Północnej dla innych. Nikogo nie pozostawia obojętnym - albo się ją kocha, albo nienawidzi.
[1] Fylke to odpowiednik polskiego województwa; dzieli się na mniejsze jednostki administracyjne zwane kommuner, które można porównać do polskich gmin.
[2] A do tego kilka innych "wybitnie północnych" atrakcji na świecie.