Szczęśliwi - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SZCZĘŚLIWI

- Będą pon pili arbatę, to zarno zrobię? - A gdzie to Mateusz, że ty za niego? - Pon go przecie zwolnili, i poleciał do kobity na święta. - Prawda. Duży tam mróz? - Sielno skrzy twa; ino się śnig łyśni, a mróz scypie kiej pies! - odpowiadała młoda dziewczyna, prawdziwy typ chłopskiej piękności, bo wysoka w miarę, rozrosła, rumiana niby miesiąc na nowiu, o regularnych rysach twarzy i wielkich, mocno modrych oczach. Poprawiła sobie czerwonej chustki na głowie i dziobała pogrzebaczem drwa w kominie, nie śmiejąc mówić więcej, tylko z pod oka rzucała spojrzenia na siedzącego pod oknem. Patrzała się z jakąś pokorą i żałością na jego twarz pochyloną, suchą, i jakby zamgloną smutkiem. Była to twarz jeszcze młoda, ale o wyrazie zupełnie biernym i nawet mazgajowatym, i napiętnowana zmęczeniem. Niebieskie, jakby wyblakłe oczy, świeciły jakoś sennie, ociężałość miał w ruchach i zniechęcenie. - Marcysiu! to zrób mi herbaty - odezwał się po długiem milczeniu i spojrzał na nią. Dziewczyna spuściła oczy i zakrzątnęła się żywo koło samowaru. - Ojciec jest? - Nima. Tatulo pojechali do miasta kupić coś niecoś na świnta. - To dzisiaj wigilja? - zapytał znowu. - Juścić ze wilija. Pon jadą dzisia do swoich? - Jadę, muszę się nawet śpieszyć. Podniósł się i zaczął chodzić po izbie. - Mam urlop, pojadę - myślał, zataczając koła po glinianej podłodze. - Pojadę... święta... pojadę... - i stanął nagle na środku izby. - Aha, do Józka pojadę, przecież mnie prosił! - odpowiedział sobie i zabrał się do picia herbaty. Pił śpiesznie, prawie gorączkowo się ubierał i co chwila spoglądał na zegarek. Wyszedł przed dom, ogarnął wzrokiem niebo i ziemię i zawrócił na drugą stronę chałupy, do swoich gospodarzy, u których mieszkał i stołował się nawet. - Zostańcie z Bogiem, Wawrzonowa! - powiedział, wyciągając rękę. - Niech pon jadą z Bogiem! - odpowiedziała stara kobieta i, obtarłszy fartuchem rękę, ścisnęła nieśmiało jego dłoń. - No, bądź zdrowa, Marcysiu! Dziewczyna pokraśniała i chciała go na pożegnanie pocałować w rękę, ale on szybko schował ją poza siebie. - Kiedy pon przyjadą? - zapytała Wawrzonowa. - Dobrze jeszcze sam nie wiem, ale pewnie na Ś. Szczepan. No, zostajcie z Bogiem! - Panu Bogu oddajem, szczęśliwa droga! - odpowiedziały obie, pochylając się w ukłonie. Mróz go na dworze owionął siarczysty, aż się skrzyły śniegi i migotały w słońcu, a osędzielina pokrywała srebrnemi puchami drzewa, płoty i trzęsła się niby cienkie włókna pierza na słomianych dachach. Druty telegraficzne, ciągnące się zaraz za Wawrzonową chałupą, równolegle z linją drogi żelaznej, wyglądały jakby skręcone z grubych kłaków bawełny i brzęczały przytłumionym, rozlazłym jękiem. Wszedł na plant i zaraz na przejeździe zastąpił mu drogę dróżnik. - Może mnie pan zwolni na pasterkę? żona me zastąpi na przejeździe - prosił pokornie. - Dobrze. - Prose pana, kropatwy dwie zabiły się o druty, Płoszka je znalozł i przyniósł. - Zanieście je do mnie i powiedzcie, żeby je Wawrzonowa powiesiła na mrozie. Poszedł plantem. Śnieg zaścielał białą powłoką i pola, i rowy, skarpy i plant, tylko wyrzynały się z niego cztery błękitnawe, błyszczące się nici szyn, biegnące prosto. Drzewa i krzaki rosnące ponad koleją, gięły się pod grubą warstwą śniegu. Pustka była wokoło: z trzech stron zamykały horyzont mury lasów błękitnawych szerokiemi linjami, a z czwartej majaczyły z oddalenia wioski, jakby przypłaszczone pod ciężarem śniegu. Cisza była ogromna w powietrzu. Wrony tylko tłukły się po plancie za pożywieniem i zrywały się z krzykiem, albo czasami stadko kuropatw wznosiło się z ćwierkaniem i zapadało na kamionki olbrzymie, porozrzucane po polach, niby stogi. Szedł prędko, bo do stacji miał pełne pięć wiorst. Mijał czerwone domki dróżników, gęsto stojące, dróżników będących na służbie, i wybiegał niecierpliwie oczyma naprzód. Pociągi towarowe przebiegały obok niego tak cicho, jakby nie dotykały szyn, tylko płynęły w powietrzu, rozsnuwając za sobą długi, skłębiony i zaróżowiony obłok dymów, wiszących niby chmura w powietrzu spokojnem. Przyszedł na stację zmęczony, ale do osobowego miał jeszcze godzinę czasu. W kancelarji zawiadowcy zastał tylko dyżurnego przy aparacie telegraficznym. - Co, sam pan jesteś? - zapytał po przywitaniu. - Pojechali wszyscy na opłatek do Witkowskiego; na osobowy wrócą. - A! na opłatek... - szepnął, siadając na szezlągu. Siedział milcząc, ale po długiej chwili zapytał się w duchu: "Właściwie, dokąd ja pojadę na święta? dokąd?" Przed miesiącem prosił go jeden z kolegów do siebie na święta; miał jeszcze napisać, ale nie napisał. A on tak się szykował, tak sobie obiecywał po ludzku tam je spędzić - i nie uważał, że ten kolega nie ponowił zaproszenia listownie, tylko się postarał o urlop i teraz miał jechać - ale poczuł jakieś wahanie, niepewność, i rodzaj wstydu go przejął. - Dlaczego on nie napisał? - myślał z coraz większą przykrością. - Może nie chce... - Prose pana! Starse państwo z paninkamy przyjechały, niech pon idą. - Panie Stanisławie, zastąpcie mnie przy aparacie na chwilę; skoczę do domu, przywitam się, podzielimy się opłatkiem, i za chwilę będę zpowrotem - prosił telegrafista. - Dobrze - i zaraz usiadł przy aparacie. - Dobrze, ale dokąd ja pojadę na święta? do kogo? - szeptał do siebie, i zwolna jakiś tępy ból osamotnienia przesączał się do duszy. - Dokąd ja pojadę na święta? - i leciał myślą w świat, ale nie było takiego punktu, gdzieby się mógł zaczepić, nie było takiego miejsca, gdzieby mógł pojechać, nie było takich dusz, któreby go oczekiwały. Nic, pustka zupełna. Aparat zaczął gwałtownie przywoływać. Dał znak, że jest, wyciągał papierową wstęgę i czytał: "Serdeczne życzenia wszystkim z Bolimowa". - Może Józiek prosił mnie tylko, ot tak sobie, przez grzeczność... - myślał. "Bagaż, przybory do choinek ? 1247, przywieziono ? 112. Zatrzymać i odesłać" - wołał znowu aparat. Stanisław czytał, zapisywał, odpowiadał, ale czuł w mózgu coraz boleśniej, że nie ma dokąd jechać - i myślał z goryczą, że wszyscy się jednoczą dzisiaj, że tyle serc czerpie szczęście w tym dniu z ognisk rodzinnych, tylko on jeden jest sam, zupełnie sam, poza obrębem radości i wesela tego dnia uroczystego. "Co jest wagonów osobowych, przyłączyć do pociągu ? 7" - krzyczał znowu telegraf. - Dopiero tam tłok! Na święta jadą wszyscy - myślał z jakąś cichą zazdrością, ale znowu aparat stukać zaczął: - "Mamusiu! koni moc, przyjeżdżamy popołudniowym całą bandą. Hela, ciasta, sprawunki z nami - Władek". Przepisał ten telegram i zaraz go przez umyślnego wysłał. Cicho się zrobiło w kancelarji, tylko zegar cykał monotonne: tik, tak! tik, tak! - Mamusiu, mamusiu! - powtarzał z pewną lubością Stanisław, a w duszy jakby mu się naprężała struna jakiegoś żalu i drgała słabo, ale boleśnie... Wpadł telegrafista, twarz miał rozpromienioną radością, opowiadał mu prędko o swoich i zabrał się do roboty. Kubicki usiadł znowu na szezlągu i milczał. - Osobowy wyszedł - rzucił telegrafista. Kubicki ostemplował sobie w kasie bilety i poszedł na peron. Pociąg przyszedł, i cichą stację zalał gwar, bo masy ludzi wysiadły, i drugie tyle czekało na peronie. Kubicki przyglądał się gorącym przywitaniom, pocałunkom, słuchał radosnych okrzyków i zaciął mocniej jeszcze usta i wszedł do pociągu. Pociąg był literalnie zapchany. Przechodził wagony, ale wszędzie był tłok nie do opisania. Wszędzie pełno było kobiet, dzieci, tobołów, paczek, twarzy uśmiechniętych, postaci wyświątecznionych i gwaru. Wszyscy rozmawiali, i ze wszystkich oczu biła radość, i wszystkie usta śmiały się w oczekiwaniu. Zatrzymał się na balkonie ostatniego wagonu i kiedy już pociąg ruszał, zeskoczył i nie pojechał. - A niech to pioruny! Pies ma choć budę i gospodarza - a ja... - syknął ze złością, poszedł do bufetu i pił kieliszek po kieliszku. Przychodzili tam różni znajomi, witali się, zamieniali po kilka słów obojętnych i odchodzili; on siedział wciąż, bo miał jakąś ukrytą na dnie serca nadzieję, że może go który zaprosi do siebie na wigilję - ale nikt nie prosił. Słońce się już zaczerwieniło od zachodu, gdy się on podniósł, kupił jeszcze w bufecie butelkę wódki i różnych drobiazgów i powlókł się zpowrotem do domu. Nad śniegami mżył się mrok, w głębiach drgały opale, zachód był powleczony złotem i purpurą, gdy dochodził do swojej siedziby. Nie zważał na nic i nic nie widział... prócz tego, że jest sam na świecie. Patrzyli się na niego Wawrzonowie zdumieni, ale nic nie rzekł, tylko wziął klucz i poszedł do siebie. Rzucił się, jak stał, na łóżko, i leżał. Godziny się wlokły leniwie, a on leżał i nie mógł sobie dać rady z bólem, nie mógł przemóc ogromnej tęsknoty i żalu, jaki nim szarpał. Wił się na tem łożu w męce, wyciągał ręce jakby po ratunek, żebrał spalonemi usty zmiłowania jakiego, ale męka trwała, sieroctwo trwało - a zmiłowania nie było. Jakiś zielonawy, pełny czerwonych refleksów mrok wlewał się do izby przez zamarzłe szybki i pogrążał wszystko jakby we własną niepamięć, a jemu zaczęły snuć się we wspomnieniu całe lata tułaczki, fragmenty życia przeszłego, wieczna nędza - człowieka bezdomnego, przerzucanie z kąta w kąt kraju, i ten ostatni, czteroletni pobyt na kolei. Od czterech lat wisiał przy drodze żelaznej na nędznej dla wszystkich posadzie starszego robotnika, ale dla niego było to błogosławione miejsce, bo cztery lata tutaj przesiedział spokojnie, i zdawało mu się, że już przestał go trapić los zawistny. Dobrze mu było tutaj. Zżył się z chłopami i chłopiał sam bardzo prędko, unikał kolegów, miasta, nie wyjeżdżał nigdzie, bo co prawda, nie miał i do kogo. Myślał tylko czasami ze strachem, że mogą go stąd wziąć i wysłać na drugi koniec linji. Chłopi otaczali go życzliwością, bo dobry był dla robotników i sam się zresztą garnął do wsi i do ludzi wiejskich. Zapomniał potrosze o innym świecie, i innych ludziach, i o swej samotności, dopiero dzisiejszy dzień rozdrapał mu przyschłe rany i przejął go głębokim bólem świadomości, że jest sam na świecie, że nie ma ani rodziny, ani przyjaciół, ani jednego serca życzliwego... Sam! Myśli mu się rozbiegały w świat, jakby szukając serca i duszy bliższej, ale spadały niby struny zerwane gwałtownie, że aż jęczał ciężko... Sam! Zaczął chodzić po izbie, żeby przytłumić wzruszenie i rozpalał się wewnątrz łzami, co mu zalewały serce taką ostrą, gryzącą falą cierpienia, że aż jęczał i chwytał się za piersi, bo mu zdawały się pękać od łkania... Męka trwała wciąż i trzęsła nim, odbierając prawie przytomność.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.