1. Czy to jest miłość
Rozdział 1
Czy to jest miłość
Z perspektywy lat widzę powtarzający się motyw. Najpierw byłam smutna,
czułam się samotna i bardzo chciałam spotkać kogoś, kto stanie się moim
przyjacielem. Potem byłam szczęśliwa, radosna i pełna nadziei. Potem
zaczynałam płakać, uciekać i wracać. A potem załamana i nieszczęśliwa
myślałam ze łzami, że znów zakochałam się w niewłaściwym człowieku.
Potem cykl się powtarzał. Samotna - szczęśliwa - nieszczęśliwa -
załamana. Samotna - szczęśliwa - nieszczęśliwa - załamana - samotna -
szczęśliwa - nieszczęśliwa - załamana - samotna - szczęśliwa -
nieszczęśliwa - załamana.
Pierwszy etap. Samotna, nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Wieczorami w pustym pokoju czułam jak rośnie we mnie dziwny ból, pustka, tęsknota,
potrzeba, której nie umiałam niczym zapełnić. To było bardzo fizyczne
uczucie.
Najpierw pojawiało dziwne rozproszenie uwagi. Nie mogłam się na niczym
skoncentrować i traciłam zainteresowanie tym co akurat robiłam. Nawet
jeśli oglądałam film, czytałam albo pracowałam, nagle wszystko wypadało
mi z rąk i traciło sens, a zostawała tylko ciemność i otchłań, z której
po chwili długimi, cichymi krokami wychodziła samotność. Czułam drżenie
na całym ciele. Wiedziałam, że za chwilę mnie pochłonie i że nic już nie
mogę zrobić. Coś we mnie łkało, płakało i ponad wszystko pragnęło poczuć
obecność drugiego człowieka. Kogokolwiek. Byle bym tylko mogła przestać
być sama.
Czasem celowo nie wracałam do domu. Cztery ściany wynajętego pokoju z kuchnią spadały na mnie z bezgłośnym hukiem, który przytłaczał mnie do
ziemi, odzierał z godności i resztek poczucia własnej wartości.
Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tego uniknąć. Wychodziłam rano do
pracy, a potem szukałam okazji, żeby pozostać wśród ludzi, rozmawiać o czymkolwiek, byle tylko nie wracać do pustej kawalerki, gdzie mieszkała
głodna samotność. Wpadałam do jej paszczy od razu po zamknięciu drzwi.
Dźwięk przekręcanego zamka brzmiał jak wyrok, jak gilotyna odcinająca
mnie od normalnego życia, jakie toczyłam na zewnątrz.
Marzyłam tylko o jednym - żeby to dławiące mnie cierpienie jak
najszybciej się skończyło. Żebym poznała kogoś, z kim będę spędzać
wszystkie wieczory. Kogoś, w kim się zakocham i kto będzie mnie kochał.
Internet stał się w Polsce powszechnie dostępny na początku lat
dziewięćdziesiątych XX wieku. Niedługo później pojawiły się pierwsze
portale matrymonialne, a potem też randkowe. W tych pierwszych
ogłoszenia z prasy przeniosły się po prostu do sieci. Te drugie zaczęły
żyć własnym życiem. Ludzie, którzy zakładali w nich swoje profile,
niekoniecznie pragnęli spotkać bratnią duszę i wielką miłość. Często
szukali raczej towarzystwa na jeden wieczór. Spotkałam kiedyś człowieka,
który dość szczegółowo mi o tym opowiedział. Pamiętam do dzisiaj jedno
zdanie:
- Jeśli kobieta, z którą miałem zaplanowane spotkanie, niespodziewanie
odwołała, zawsze zdążyłem znaleźć kogoś innego.
- Codziennie?... - zapytałam z niedowierzaniem.
- Codziennie po pracy. Dopiero potem wracałem do domu.
W czasach przed internetem życie toczyło się zupełnie innym rytmem i wszystko wymagało więcej czasu. Nie było telefonów komórkowych,
aplikacji ani portali. Źródłem informacji, rozrywki oraz kontaktów
towarzyskich były gazety. W dziale ogłoszeń w rubryce "towarzyskie"
można było znaleźć krótki anons w rodzaju: "Pracowity, bez nałogów,
uczciwy, pozna panią bez zobowiązań do lat 30". Bez zdjęcia, oczywiście.
Był tylko numer telefonu stacjonarnego. Pamiętam, że kiedyś, bardzo
dawno temu, umówiłam się z takim "młodym, pracowitym", który okazał się
spawaczem w pobliskiej fabryce. Miło spędziliśmy czas w kawiarni przy
lodach i nie spotkałam go nigdy więcej.
Świat pełen jest nieszczęśliwych singli, którzy kładą się spać samotni,
budzą się z poczuciem niesprawiedliwości, krzywdy i odrzucenia.
Dokładnie tak się kiedyś czułam.
Ta samotność skradająca się do mnie ze wszystkich kątów była nie do
zniesienia. Nie umiałam sobie z nią poradzić. Zawsze okazywała się
silniejsza i zawsze w końcu rzucała mnie na ziemię, a kiedy zaczynałam
płakać, to łzom nie było końca.
Próbowałam znaleźć rozwiązanie. Alkohol na chwilę pomagał zapomnieć, ale
potem tym mocniej uświadamiałam sobie swoją beznadziejną sytuację i czułam się jeszcze gorzej. Starałam się bywać wśród ludzi, żeby móc
kogoś spotkać. Założyłam nawet profil na portalu towarzyskim, ale szybko
z niego zrezygnowałam, bo nie szukałam przygody. Ja chciałam znaleźć
kogoś na całe życie.
Czasem mi się to udawało. Wtedy wchodziłam w drugi etap. Byłam totalnie,
niewiarygodnie, cudownie szczęśliwa. Fruwałam nad ulicą. Wszystko
wydawało się wspaniałe, mądre i piękne. Serce trzepotało z radości.
Miałam siłę do pracy, sprzątania, radzenia sobie ze stresem i nieprzyjemnymi ludźmi. Budziłam się rześka po zbyt krótkim śnie, nic mi
nie przeszkadzało. Słuchałam z uwagą, chciałam się wszystkim dzielić i we wszystkim pomagać. Byłam zakochana! Nagle wszystko nabierało sensu.
Wszystko! W najbardziej smutnej piosence potrafiłam usłyszeć radość. W najnudniejszym filmie znajdowałam coś ujmującego. Widziałam same zalety
we wszystkim i we wszystkich, także oczywiście w moim chłopaku.
Jednocześnie całkowicie byłam w stanie ignorować jego wady, udawać, że
czegoś nie widziałam, nie słyszałam albo że coś się nie zdarzyło.
Snułam plany, widziałam nas razem w przyszłości i myślałam, że zawsze
będzie tak jak teraz. Tak wyobrażałam sobie miłość. I oczywiście bardzo
się myliłam.
Szczęśliwy okres zakochania trwał kilka tygodni. Potem coś zaczynało się
psuć. I oczywiście prawie zawsze to była jego wina. Już nie był taki
miły jak na początku. Nie patrzył na mnie z zachwytem. Potrafił warknąć,
burknąć albo się zezłościć. Był niecierpliwy dla swojego taty. Śmiał się
z seksistowskiego dowcipu. Nie rozumiał dlaczego nie można trzymać
ptaków w klatkach. Jadł za dużo cukru, a potem skarżył się na ból głowy
i zmęczenie.
Starałam się mu pomóc i wytłumaczyć co źle zrobił i w jaki sposób mógłby
to zmienić, ale wtedy zaczynały się nieprzyjemne sytuacje. Obrażanie
się, trzaskanie drzwiami, zarzuty. Coraz więcej było nieporozumień i kłótni.
Wcale już nie czułam się szczęśliwa. Wprost przeciwnie. Żyłam wtedy w oczekiwaniu na szczęście, doświadczając wszystkich możliwych emocji - od
smutku i samotności, przez depresję i zniechęcenie, złość, wściekłość i rozczarowanie, chęć rozstania i zerwania z nim raz na zawsze, aż po
tęsknotę, potrzebę bliskości i miłość. Czasem chciałam go przytulić, a czasem kopnąć. Czasem go nie znosiłam, a czasem znów byłam w nim
zakochana. Czasem chciałam go surowo ukarać, a czasem obsypać
prezentami. Czasem nie mogliśmy na siebie patrzeć, a czasem...
Czułam się kompletnie skołowana.
- Czy to jest miłość? - zastanawiałam się.
Czasem wydawało się, że tak. Ale czasem miałam pewność, że nie.
- Jak to możliwe? - pytałam siebie. - Jak to możliwe, żeby kogoś kochać
i nie kochać? Chcieć z kimś być i nie chcieć? Odchodzić i wracać?
Walczyć i znów się godzić?
Czy to jest miłość?...
10. Złośliwe krzaki
Rozdział 10
Złośliwe krzaki
Jak to więc jest z tymi związkami. Dlaczego ludzie walczą zamiast dążyć
do porozumienia? Dlaczego kłócą się zamiast spokojnie rozmawiać? Jak
myślisz? Dlaczego wpadają w złość, stają się niecierpliwi, tracą
panowanie nad sobą? Dlaczego?
Pamiętam moment kiedy zrozumiałam coś bardzo ważnego. Razem z moim
chłopakiem, nazwijmy go Michałem, mieliśmy się wybrać na wycieczkę za
miasto. Sobota rano, pogoda idealna, weszłam do kuchni i od razu
wyczułam, że Michał jest w niezbyt dobrym nastroju. Był trochę spięty,
małomówny.
Byłam bardzo wrażliwa na emocje innych ludzi, szczególnie te negatywne,
więc od razu poczułam w środku napięcie, stres, nieprzyjemny ścisk w żołądku, a jednocześnie złość, że on mi psuje taki piękny dzień.
- Co za dzieciak! - pomyślałam z pomieszaniem żalu i niechęci. Jak ja
bym chciała mieć partnera, który jest dojrzały emocjonalnie, nie
przejmuje się drobiazgami, jest pozytywnie nastawiony i potrafiłby
dzielić się ze mną optymizmem zamiast ponuractwem!
Michał rzucił mi z ukosa spojrzenie.
- Jesteś pewien, że chcesz jechać na tę wycieczkę? - zapytałam.
- Tak, tak, przecież się umawialiśmy! - rzucił niecierpliwie.
Westchnęłam. Teraz i ja miałam zepsuty dzień i zamiast cieszyć się, że
jedziemy do lasu, będę się martwić tym, co on myśli i dlaczego nie jest
ze mną szczęśliwy.
Wsiedliśmy do samochodu. W milczeniu dojechaliśmy na miejsce. Miało być
tak pięknie! A jest jak jest.
Pomyślałam, że spróbuję się tym nie przejmować. Zaczynała się właśnie
cudowna słoneczna jesień, było ciepło, pachniały suche liście. Tak
bardzo chciałam być szczęśliwa! Czułam się tak, jakbym zabłądziła w labiryncie bez wyjścia. Gdziekolwiek próbowałam iść, docierałam do
ściany. Nie było rozwiązania, tylko nowe przeszkody.
Zamyśliłam się, poszłam przodem i w pewnej chwili usłyszałam z tyłu
głuche łupnięcie. Michał potknął się i upadając zahaczył ubraniem o kolczaste gałęzie, ze złością wyszarpnął koszulę z kolców i zawołał:
- Cholerne złośliwe krzaki!
- Krzaki nie są złośliwe! - sprostowałam odruchowo i już miałam dodać
coś na temat tego, że to nie jest wina krzaków ani kolców, tylko osoby,
która nie myśli o tym co robi i nie patrzy pod nogi, ale zdążyłam tylko
otworzyć usta, a Michał wybuchł:
- Przestań!!! Zamknij się!!! Przestań mnie pouczać!!! To wszystko nie ma
sensu!!!
Machnął ręką, odwrócił się i odszedł.
A ja zostałam sama.
Poczułam się porzucona, odepchnięta, obrażona, dotknięta, zraniona i bardzo, bardzo smutna. Tak jakby ktoś nagle zabrał mi powietrze do
oddychania. Łzy napłynęły mi do oczu.
Przecież ja nie zrobiłam nic złego! Stanęłam w obronie niewinnych
krzaków i przecież mam prawo bronić słabszych. Nic więcej nie zdążyłam
powiedzieć! Wcześniej już widziałam, że Michał jest w złym humorze, więc
siedziałam cicho i nie powiedziałam mu nawet, że jego zmienne nastroje
burzą także moje dobre samopoczucie i bardzo mi się nie podoba to, że
nie umie sobie radzić z emocjami. Nie chce medytować mimo że mówiłam mu,
że to pomaga. Nie czyta książek, które mu dałam w prezencie. Unika
jakiegokolwiek wysiłku, żyje z dnia na dzień i jest ofiarą swoich
emocji, a to oczywiście ma negatywny wpływ na jego życie, a przez to też
na moje życie i na nasz związek.
Poza tym mówiłam mu tyle razy wcześniej, że nie lubię kiedy ktoś na mnie
krzyczy. Czuję się wtedy niekochana, nieważna, niepotrzebna, odtrącona.
A on tyle razy obiecywał, że więcej tego nie zrobi. Wierzyłam, że mówił
to szczerze, tyle że nie był w stanie dotrzymać słowa. Nie panował nad
sobą. Czasem wybuchał i wtedy oczywiście na kogo wylewał swoją złość? Na
mnie.
Łzy płynęły mi po policzkach. Na mnie! A kiedy mu powiedziałam, że
powinien spróbować terapii, bo najwyraźniej nie radzi sobie z gniewem,
to skończyło się następną awanturą. Temat tabu, co dowodzi tego, że on
ma z tym poważny problem. I kto jest tego ofiarą? Ja! Bo ja jestem
łagodna, ja nie lubię krzyczeć, wolę dostosować się do drugiego
człowieka zamiast go do czegoś zmuszać albo się kłócić. Mogłam rano
powiedzieć:
- Widzę, że jesteś w złym humorze, więc będzie lepiej jeżeli spędzimy
ten dzień osobno, bo ja nie chcę być świadkiem i ofiarą twoich
nastrojów.
Prosto, jasno i stanowczo, a jednocześnie ochroniłabym w ten sposób
siebie i miałabym z całą pewnością lepszy dzień. Nie stałabym teraz we
łzach na leśnej drodze czując w sercu rozdzierającą samotność i krzywdę.
- Jak on mógł się tak zachować! - myślałam. - Po prostu odwrócić się do
mnie plecami!! Zostawić mnie samą! Porzucić mnie! Odejść bez słowa!!
A więc to koniec. Dobrze! Może to i lepiej. Po co mamy się dalej
szarpać, kłócić i godzić na zmianę! Jaki to ma sens! I tak już od dawna
nie jestem szczęśliwa w tym związku, więc lepiej niech to się wreszcie
skończy, będę miała spokój! Znajdę sobie kogoś lepszego! Kogoś, komu
mogę zaufać, z kim nie muszę walczyć, kto będzie mnie lepiej traktował i doceni to kim jestem.
Wróciłam na parking. Pomyślałam, że może zabiorę się z kimś z powrotem
albo wyjdę na szosę i złapię autostop. Michał czekał przy samochodzie.
Obrażona wsiadłam do środka, ruszyliśmy. Czekałam na przeprosiny. To on
jest winien. Ja nie zrobiłam niczego złego. On znów nakrzyczał na mnie
mimo że mówiłam mu wiele razy, że to mnie boli, rani i krzywdzi. Za
każdym razem obiecuje, że to się więcej nie powtórzy, a potem jest jak
zawsze. Ja tak nie chcę. Mam tego dość. Nie chcę ciągle przez niego
płakać. Nie tak wyobrażam sobie szczęśliwy związek.
Nie odzywałam się do niego przez cały dzień. W końcu wieczorem nie
wytrzymałam. Było mi smutno i ciężko. Przytuliłam się do niego bez
słowa, a on mocno mnie do siebie przygarnął. Poczułam się znów ciepło i bezpiecznie mimo że po twarzy płynęły mi łzy.
- To przeze mnie? - zapytał Michał.
Milczałam.
Czułam jak zaciska ramiona i napinają mu się mięśnie. Znowu był zły, tym
razem na siebie.
- Nie wiem co się ze mną dzieje - powiedział z pewnym trudem, jakby miał
ściśnięte gardło. - Są chwile, kiedy nie mogę się zatrzymać.
- Tracisz panowanie nad sobą - pomyślałam, ale nic nie powiedziałam.
- Tracę panowanie nad sobą - dodał Michał.
- No właśnie - pomyślałam. - To można leczyć.
- Postaram się, żeby to się więcej nie zdarzyło, przepraszam -
powiedział Michał.
A ja poczułam coś bardzo dziwnego. W pierwszej chwili sama nie
wiedziałam jak nazwać to uczucie, ale po chwili uświadomiłam sobie, że
to była satysfakcja! Rodzaj zwycięskiej radości, że Michał mnie
przeprasza, że to jest jego wina. Poczułam się tak jakbym zwyciężyła.
I jednocześnie instynktownie, gdzieś bardzo głęboko w duszy poczułam, że
coś tu jest nie tak.
11. Niewolnica Isaura
Rozdział 11
Niewolnica Isaura
Przez kilka dni szukałam odpowiedzi. Dlaczego poczułam satysfakcję w odpowiedzi na przeprosiny? Co to znaczy? O czym to świadczy? Czy
satysfakcja nie jest czymś, co czuje się wtedy kiedy człowiek dostaje
coś, na czym mu zależało? Czy nie jest to rodzaj manipulacji? Czy ja
chciałam podświadomie upokorzyć mojego partnera i kiedy on wreszcie się
ugiął, obrócił złość przeciwko sobie, a wobec mnie okazał skruchę i pokorę, czy poczułam się jak zwycięzca?...
No tak, poczułam się jak ktoś, kto ma nad nim władzę!
Czy to znaczy, że ja tak często płakałam dlatego, że moja podświadomość
używała łez jako narzędzia do manipulowania ludźmi? Dlaczego ja
właściwie płakałam? Bo nie byłam w stanie zapanować nad swoimi emocjami.
Zaraz. Chwileczkę.
Nagle poraziła mnie nieoczekiwana myśl.
Ja płaczę wtedy kiedy nie jestem w stanie zapanować nad moimi emocjami.
Michał krzyczy kiedy nie jest w stanie zapanować nad swoimi emocjami. W jaki sposób moje nieradzenie sobie z emocjami jest lepsze od jego?
Ja płaczę kiedy czuję się smutna, odtrącona, atakowana, nieważna.
On krzyczy kiedy czuje się... nieważny? Zagubiony? Niepewny?
Zniecierpliwiony?
To prawda, on nie panuje nad swoimi emocjami.
Ale czy ja panuję nad moimi? Absolutnie nie!
Jesteśmy właściwie w tym identyczni! Tak samo nie panujemy nad swoimi
emocjami, tyle tylko że w inny sposób wyrażamy tę swoją bezsilność. Ja
płaczę, on krzyczy. Jesteśmy tacy sami!!!!
Wieczorem usiadłam obok Michała i powiedziałam:
- Jestem ci winna przeprosiny.
- Naprawdę? - zdziwił się. - Za co?
- Zastanawiałam się nad tym co się ostatnio wydarzyło i doszłam do
wniosku, że to nie jest twoja wina, że wpadasz w gniew.
Michał otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- To jest emocja, nad którą nie masz władzy. Nie jest tak, że
przywołujesz gniew do siebie, bo chcesz mnie skrzywdzić, prawda? To jest
raczej coś, co jest poza twoją kontrolą. Pojawia się nagle, z zaskoczenia i wywołuje kaskadę dalszych zdarzeń. Ale to nie jest twoja
wina, że pojawia się gniew. Więc jeżeli ty mnie przepraszasz za to, że
wpadłeś w złość, to ja powinnam cię przeprosić za to, że zaczęłam
płakać, bo w takim samym stopniu nie miałam nad tym kontroli.
Michał siedział jak zamurowany.
- Więc przepraszam cię za to, że ja zaczynam płakać kiedy ktoś krzyczy.
Czuję się wtedy niekochana, odrzucona, krytykowana i niepotrzebna, mimo
że racjonalnie wiem, że to nie jest prawda. To że ty jesteś niecierpliwy
nie ma nic wspólnego z tym czy uważasz mnie za ważną, wartościową i czy
mnie kochasz. Ja to tak odbieram i dlatego reaguję łzami. Przepraszam,
nie mam nad tym kontroli. Postaram się przy następnej okazji pamiętać o tym i nie brać twojego zachowania tak bardzo do siebie.
Zapadła cisza.
- Nikt nigdy nie powiedział do mnie czegoś takiego - odezwał się w końcu
Michał zmienionym głosem. - Dotychczas we wszystkich związkach to ja
zawsze przepraszałem. Ja zawsze byłem tym złym, który się złościł i zawsze musiał przepraszać. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.
- Cieszę się - uśmiechnęłam się.
Czułam się wspaniale. Wiedziałam, że mam rację. Wiedziałam, że znalazłam
właściwy trop. Wiedziałam, że to jest dzień kiedy przestanę kręcić się w kółko i być ofiarą w nieszczęśliwym związku.
Wtedy po raz pierwszy przestałam szukać winy w moim chłopaku, a zamiast
tego spojrzałam uczciwie zarówno na niego, jak i na siebie.
Wcześniej rzeczywiście on zawsze był winny. Z wyjątkiem rzadkich
sytuacji, kiedy ja naprawdę coś przeskrobałam i on mi udowodnił moją
winę, wtedy ja przepraszałam. Ale generalnie on był tym "złym", a ja
byłam ta "dobra". On się wściekał, ja płakałam. On przepraszał, ja
płakałam.
Ten schemat bardzo dużo mówi nie tylko o naszej relacji, ale też o mnie.
O tym jakie było moje nastawienie do świata zewnętrznego. Nie szukałam w nim partnerów, z którymi mogłabym tworzyć zdrowe relacje oparte na
wzajemnym szacunku, wsparciu, przyjaźni. Wprost przeciwnie.
Podświadomie szukałam kogoś, kto będzie ode mnie silniejszy, ponieważ
dzięki temu będę mogła odgrywać wgraną we mnie wcześniej rolę cierpiącej
ofiary.
To dlatego właśnie najbardziej interesowali mnie różni brutale Mówię to ze śmiechem i w przenośni, bo
oczywiście nie marzyłam o tym, żeby spotkać damskiego boksera ani nie
lubiłam czuć się słabsza ani gorsza, a jednak podświadomie dążyłam do
tego, żeby spotkać kogoś, kto będzie mnie dręczył, ponieważ dzięki temu
mogłabym potwierdzić to, w co głęboko w duszy wierzyłam: że mnie nie
można kochać, że w związku zawsze trzeba cierpieć, że nie ma szczęśliwej
miłości, że kobieta zawsze jest krzywdzona przez mężczyznę.
Skąd wzięło się takie moje przekonanie?
Oczywiście nie stworzyłam go sobie świadomie. To nie był wynik
racjonalnej analizy faktów, zdarzeń, historii. Był to raczej wzór
powielany przeze mnie z wcześniejszych związków. A dlaczego taki schemat
pojawił się we wcześniejszych związkach?
Dlatego że taki obraz związków powstał we mnie wtedy, kiedy umysł był
najbardziej plastyczny, starał się dopasować do otaczającego świata i zrozumieć zasady jego działania, czyli kiedy byłam dzieckiem.
Najbardziej popularnym serialem była wtedy "Niewolnica Isaura" -
historia białej, ślicznej, ubogiej, niewinnej, dobrej i uczciwej
dziewczyny, która została sprzedana do niewoli na brazylijskiej
plantacji. Czy muszę dodawać, że zakochał się w niej okropny, stary,
brzydki, bogaty, okrutny i bezlitosny Leoncio?
Później wszyscy oglądaliśmy serial "Ptaki ciernistych krzewów", w którym
śliczna, młoda, uczciwa, dobra i samotna dziewczyna zakochała się w młodym, przystojnym księdzu, który przyjeżdżał na ranczo w australijskim
buszu i poświęcał jej trochę uwagi. Czy muszę dodawać, że ksiądz przez
całe życie walczył pomiędzy miłością do Rachel a pragnieniem zostania
biskupem? Ona wiecznie na niego czekała i płakała kiedy odjeżdżał.
Możesz powiedzieć, że to są drobiazgi, ale z takich drobnych faktów
składa się całe życie. Z tego jak rodzice odnoszą się do siebie, jakie
inne rodziny spotykasz jako dziecko, jak zachowują się sąsiedzi i bohaterowie ulubionych filmów. Ziarnko wiedzy do ziarnka aż powstanie
pełny obraz, który zabierzesz ze sobą w dorosłość.
Najważniejsze jednak jest nie to co zostało w tobie zapisane.
Najważniejsze jest to, co z tym zrobisz.
2. A więc rozstanie?
Rozdział 2
A więc rozstanie?
Byłam w potrzasku. Z jednej strony miałam to, o czym tak bardzo
marzyłam. Z drugiej strony rzeczywistość była tak daleka od tego co
sobie wyobrażałam, jak stąd do Vanuatu.
Myślałam, że on będzie mnie kochał. A on czasem zachowywał się tak,
jakby w ogóle mu na mnie nie zależało. Kłamał, unikał mnie, był
odpychający, mówił przykre rzeczy, krzyczał, obrażał, nie odpisywał na
SMS-y, nie chciał się ze mną spotkać, był niecierpliwy, niezadowolony,
wściekły, obrażony, a poza tym za dużo pił, niezdrowo się odżywiał,
oglądał niewłaściwe filmy i miał problemy z podjęciem dobrych decyzji.
- Czy to jest człowiek dla mnie? - pytałam samą siebie. - Serio? Czy tak
ma wyglądać całe moje życie?
Czasem byłam gotowa przyznać przed samą sobą, że nie tak wyobrażam sobie
szczęśliwy związek i że to chyba jednak nie jest mężczyzna mojego życia.
Co ja mam w takim razie zrobić? Odejść? Zostawić go?
Wyobrażałam sobie jak będzie wyglądała ta ostatnia rozmowa. Powiem mu,
że chcę z nim porozmawiać, usiądziemy na kanapie, on nie będzie się
niczego spodziewał, a ja mu powiem, że chcę odejść.
- Ale jak to, dlaczego?! - zapyta ze zdumieniem i będzie miał na twarzy
wyraz kogoś, kto tonie.
- Nie czuję się szczęśliwa - powiem spokojnie.
- Ale jak to? Dlaczego nic nie powiedziałaś wcześniej?
- Mówiłam ci wiele razy, ale nie słyszałeś.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek o tym rozmawiali! Jak to
sobie wyobrażasz? Że wyjdziesz i nie wrócisz? A pomyślałaś o tym jak ja
się będę czuł?
Będę go pewnie przepraszać i powiem, że jest mi bardzo przykro, ale
podjęłam decyzję i odchodzę. Od razu. Natychmiast. Pakuj walizki. Albo
ja pakuję walizki.
Wyobrażając sobie to rozstanie od razu czułam się lepiej.
- Masz za swoje! - myślałam. - Tyle razy prosiłam cię, żebyś się
zmienił, tyle razy płakałam, czułam się samotna i odtrącona, teraz ty
skosztujesz jak to smakuje. Może dopiero wtedy docenisz co miałeś, ale
będzie już za późno. Ja będę już w zupełnie innym miejscu i być może z zupełnie kimś innym, bo może wreszcie szczęśliwie się zakocham.
W rzeczywistości rozstania wyglądały inaczej. Zamiast spokojnej rozmowy
na kanapie była złość, kłótnia, trzaśnięcie drzwiami, łzy. Bardziej
przypominało to ucieczkę niż zakończenie związku. I tak też się czułam.
Jak więzień, który wreszcie wydostał się na wolność. Chciałam biec przed
siebie jak najdalej, na cudowne nowe łąki oblane słońcem, do nowego
lepszego życia, do nowych możliwości, marzeń i do szczęścia.
Biegłam więc, biegłam, uciekałam, pełna siły i radości z odzyskanej
wolności. Wszystko znów wyglądało wspaniale. Miałam przed sobą
nieograniczone perspektywy. Mogłam wreszcie robić wszystko co lubię, jak
lubię i kiedy lubię, nie musiałam liczyć się z niczyimi humorami ani
brakiem wychowania. Mogłam na nowo zorganizować moje fantastyczne,
szczęśliwe życie. Hurra!!!! Moja euforia trwała przez kilka dni.
Potem niespodziewanie doświadczałam czegoś, co mogłabym porównać do
emocjonalnego trzęsienia ziemi. Wszystko waliło się z hukiem w gruzy.
Wszystkie plany, nadzieje, marzenia, cała moja nowa energia i wolność.
Nagle czułam się jak rozbitek na środku oceanu. Nie miałam NIC.
Nic!!!!!!!
Byłam zrozpaczona. Samotna. Porzucona. Nieszczęśliwa. I wtedy zaczynał
się etap czwarty. Tej dojmującej, szarpiącej samotności i pustki, która
atakowała mnie każdego wieczoru z kątów wynajętego mieszkania. Nie
mogłam jej znieść. Nie byłam w stanie znaleźć żadnego sposobu, żeby ją
uciszyć, zapełnić, uzdrowić. Nic nie pomagało. Nawet najdłuższa wizyta u znajomych musiała się skończyć. Tak samo jak każdy seans filmowy,
koncert czy widowisko. Zawsze przychodził moment kiedy będę musiała
wrócić do domu i usłyszeć ogłuszającą ciszę czterech ścian. To mnie
przerażało. Budziło we mnie tajfun rozpaczy, z którym nie umiałam sobie
poradzić.
Wydawało się, że jest tylko jedno rozwiązanie: zakochać się. Spotkać
kogoś właściwego. Spotkać kogoś, kto będzie podobny do mnie: silny,
niezależny, odważny, samodzielny. Tak wtedy o sobie myślałam. I wiesz
jak to jest. Wierzyłam w coś, co wydawało mi się prawdą i zupełnie nie
dostrzegałam prostego faktu, że gdybym rzeczywiście była silna,
niezależna, odważna i samodzielna, to z całą pewnością nie czułabym się
jak rozbitek na środku oceanu i nie podnosiłabym poziomu wody moimi
wodospadami łez, a wprost przeciwnie.
Gdybym naprawdę była silna, niezależna, odważna i samodzielna, to
zajęłabym się budowaniem mojego szczęśliwego życia. Pomału,
konsekwentnie, wytrwale. Miałabym siłę, którą mogłabym siebie wesprzeć.
Miałabym odwagę do tego, żeby ruszyć po nieznanej drodze i nauczyć się
nowych umiejętności. Na tym polega samodzielność - na podejmowaniu
decyzji w zgodzie ze swoim sercem, umysłem i duszą, rozwijaniu się
wewnętrznie jako człowiek i podążaniu naprzód. Bez oglądania się wstecz.
Samodzielny, dojrzały emocjonalnie człowiek nie musi uciekać i nie jest
targany wichurami sprzecznych emocji. Nie płacze z samotności, nie
zmienia co chwilę decyzji, a kiedy w końcu odchodzi z nieszczęśliwego
związku, nie marzy o tym, żeby do niego wrócić.
Samodzielny, silny, odważny, dojrzały emocjonalnie człowiek wie dokąd
iść i co robić, podejmuje decyzje, a następnie konsekwentnie je
realizuje, ucząc się po drodze i pozostając zawsze w łączności ze swoim
sercem oraz z Siłą Wyższą, którą niektórzy nazywają Bogiem albo Wyższą
Jaźnią albo Energią, Źródłem Życia albo po prostu Życiem.
Tego oczywiście wtedy nie wiedziałam.
I nie zdawałam sobie sprawy z tego, że stoję na początku najbardziej
niezwykłej podróży, jaką kiedykolwiek odbyłam. Podróży do wolności.
3. Czułe miejsca
Rozdział 3
Czułe miejsca
Wiesz jak to jest. Czasem w ogóle nie masz na coś ochoty. Czasem nawet
nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jest coś, co powinieneś zrobić i co
znacząco podniosłoby jakość twojego życia. No bo skąd właściwie masz
wiedzieć? Codzienność jest wystarczająco skomplikowana i wymagająca.
Trzeba odnaleźć się wśród ludzi i w samotności, znaleźć pracę, utrzymać
pracę, zrobić na kolegach w pracy odpowiednie wrażenie, dostać nagrodę,
zasłużyć się, znaleźć cel, zdobyć go, a jednocześnie rozwiązywać
wszystkie uporczywie uprzykrzające życie drobiazgi: pójść do dentysty,
sprzątać, dźwigać do domu ziemniaki, płacić rachunki, odnawiać
ubezpieczenie na samochód i tak dalej.
Jest mnóstwo rzeczy, o których trzeba
pamiętać.
Jest mnóstwo rzeczy, o których nie chcesz
pamiętać.
Jest mnóstwo rzeczy, których podświadomie unikasz,
wypełniając sobie czas różnymi zajęciami.
Czasem pojawia się taka leciutka, mała myśl, która jak trzepocząca ważka
zbliża się do ciebie i podpowiada, że warto byłoby zająć się poczuciem
własnej wartości albo asertywnością albo dietą albo uzależnieniem od gry
w telefonie, ale odganiasz ją jednym gestem i zaczynasz myśleć o czymś
innym. Mówisz sobie wtedy, że masz mnóstwo do zrobienia, na nic nie masz
czasu, masz za dużo pracy, ledwo udaje ci się ze wszystkim zdążyć, więc
błagam, gdzie ja jeszcze miałabym czas na zajmowanie się jakimś moim
nałogiem? Ja przecież nie mam żadnych nałogów. Prawda?
I płyniesz sobie dalej przez życie. Zgodnie z własną wolą i w takim
kierunku, jaki wybierasz. Pozornie. W rzeczywistości życie podsuwa ci
różne ścieżki i różne osoby, których głównym zadaniem jest pokazanie ci
jaka jest prawda. Jaka jest prawda o tobie. Nie to, co ci się wydaje,
ale raczej to, co naprawdę się w tobie kryje. I to jest jedna z najważniejszych rzeczy, jakie zrozumiałam. O życiu i o miłości.
Wszyscy ludzie z którymi zetknęłaś się w życiu, pojawili się
nieprzypadkowo. Dotyczy to wszystkich, szczególnie tych, których
pamiętasz jako nieprzyjemnych, trudnych albo złych, takich, z którymi
byłaś nieszczęśliwa, którzy wyrządzili ci krzywdę, których nienawidzisz
albo którym nie umiesz wybaczyć.
Wiesz dlaczego pamiętasz ich jako najbardziej przykrych albo
toksycznych? Dlatego że właśnie oni w doskonały sposób naciskali
wszystkie twoje czułe miejsca. Wskazywali najlepiej wszystkie twoje
słabości i ograniczenia. Byli mistrzami w uderzaniu tam, gdzie bolało
najbardziej. A wiesz gdzie najbardziej boli? Tam, gdzie coś jest chore
To jest pierwsza najbardziej fascynująca
rzecz, jaką odkryłam o związkach. Wyjaśnię to dokładnie za chwilę.
Człowiek uczy się przez całe życie. Najważniejsze wydaje mi się jednak
to, skąd czerpie naukę i z jaką intencją to robi.
Kiedyś moje nastawienie było zupełnie inne niż dzisiaj. Kiedyś chciałam
znaleźć szybki sposób, który rozwiąże mój problem. Gdzieś w głębi duszy
uważałam, że życie powinno być łatwe, a ja jestem tu po to, żeby z niego
korzystać w taki sposób, który przyniesie mi możliwie najwięcej
przyjemności.
Myślę, że taki sposób myślenia jest milcząco wspierany przez kierunek
rozwoju naszej zachodniej cywilizacji. Wystarczy spojrzeć na komunikaty
pojawiające się najczęściej w publicznych przestrzeniach w postaci
reklam. Wszyscy starają się wynaleźć taki produkt, który zrobi coś za
ciebie. Znasz reklamę tabletek na wątrobę? Czy zwróciłaś uwagę na to, że
pośrednio zachęca się w niej do niezdrowego jedzenia, sugerując
jednocześnie, że możesz jeść wszystkie torty, serniki, kiełbasy i kotlety, a potem wystarczy łyknąć pastylkę, żeby uniknąć bólu brzucha?
Tylko dlaczego "niezdrowe jedzenie" jest niezdrowe, hm? Czy chodzi o to,
żeby jeść "niezdrowe jedzenie" i nie czuć bólu, czy może raczej o to,
żeby być zdrowym?...
A kiedy kupujesz samochód, to jaki? Oczywiście taki, który sam będzie
potrafił zaparkować i będzie miał system nawigacji, dzięki któremu nie
będziesz musiała myśleć, tylko podążysz za gotowymi wskazówkami. Są też
już pierwsze samochody, które same się prowadzą, więc jako kierowca nic
nie musisz robić, żeby dojechać na miejsce.
Reklamy piwa sugerują, że dzięki niemu będziesz bardziej popularny i wartościowy, a reklamy słodyczy obiecują, że będziesz miał dzięki nim
więcej pomysłów i koncentracji.
Widzisz? Wszyscy namawiają do tego, żeby korzystać z tanich, szybkich,
gotowych rozwiązań, obiecując, że dzięki temu twoje życie stanie się
łatwiejsze. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że jest dokładnie
odwrotnie.
Dotyczy to w takim samym stopniu związków, jak i życia w ogóle.
To jakie masz nastawienie do życia przekłada się bezpośrednio na to jak
wyglądają twoje relacje z innymi ludźmi.
To jest druga najważniejsza rzecz, jaką zrozumiałam o związkach.
Kiedyś instynktownie w pierwszym odruchu uważałam, że jeśli ja nie czuję
się wystarczająco szczęśliwa, zaopiekowana, nakarmiona, wypoczęta,
nagrodzona i zmotywowana, to znaczy, że ktoś jest temu winny. I powiem
ci, że kiedy wychodzisz z takiego założenia, to zawsze znajdziesz
winnego.
Pamiętam jak w pracy podczas zebrania dyrektor powiedział, że ma dla nas
jeszcze więcej dobrych wiadomości. Od nowego roku zostanie wprowadzony
nowy system motywacyjny dla pracowników na etacie.
- System motywacyjny - pomyślałam sobie. - Znaczy, pracownicy sami z siebie nie mają motywacji do pracy?...
Tak właśnie jest w naszej cywilizacji. I tak właśnie uczy się nas, że
zawsze ktoś inny jest odpowiedzialny za to jak się czuję, jakie mam
nastawienie do życia, jaki mam nastrój, co mi się udaje, czy chce mi się
przychodzić do pracy, czy nie.
Czy tylko ja widzę, że to jest życie postawione na głowie? I że na
dłuższą metę to jest kompletnie nieefektywne? Jak długo możesz motywować
pracowników, ucząc ich, że motywacja do pracy jest czymś zapewnionym
przez pracodawcę?... Im więcej będziesz jej dawał, tym mniej ludzie będą
czuli się odpowiedzialni za to, co mają do zrobienia, w konsekwencji
więc życiowo będą coraz mniej zmotywowani, zmobilizowani i stracą
poczucie sensu.
Więc tak. Ja też kiedyś uważałam, że ktoś powinien mnie zmotywować,
odpowiednio wynagrodzić, uszczęśliwić i poprowadzić. Szukałam tego
zawsze na zewnątrz siebie, ponieważ nie zdawałam sobie sprawy z tego, że
można zrobić inaczej.
Kiedyś uważałam, że samoprowadzący się samochód to genialne rozwiązanie,
dzisiaj jestem przekonana o tym, że to jeszcze bardziej uśpi naszą
zdolność do działania, reagowania i rozwoju.
Kiedyś instynktownie koncentrowałam się na tym kto i w jaki sposób jest
winny temu, że ja nie jestem szczęśliwa. Chciałam więc doprowadzić do
tego, żeby świat zmienił się tak, żeby było mi w nim wygodnie.
Dzisiaj wiem, że to co widzę dookoła, to czego doświadczam, jest
odbiciem tego, co znajduje się w moich myślach, moim sercu i umyśle.
To oznacza, że w gruncie rzeczy mam nieograniczoną moc. Mogę wszystko
zrobić, wszystko zmienić, wszystkiego się nauczyć, wszystko naprawić.
Mogę być totalnie szczęśliwa zarówno jako singiel, jak i będąc z związku
z drugim człowiekiem.
I ponieważ to jest jedna z najbardziej fascynujących rzeczy, jakie
odkryłam, to od tego chciałabym zacząć.
4. Ćwiczenie
Rozdział 4
Ćwiczenie
Czy spotkałaś się kiedyś ze stwierdzeniem, że w związku najważniejsze
jest to, żeby mówić partnerowi o tym jak się czujesz i czego
potrzebujesz? Ja przeczytałam to kiedyś w piśmie dla kobiet w dziale
porad dotyczących związków.
- Nareszcie! - pomyślałam. - Tak! No przecież! Nie muszę trzymać swoich
zranionych emocji w sobie ani ich ukrywać! Jesteśmy w związku po to,
żeby dzielić się ze sobą uczuciami i szczerze o nich rozmawiać.
"Jeśli nie powiesz partnerowi jak się czujesz, jakie emocje budzi w tobie jego zachowanie w danej sytuacji, to nie możesz oczekiwać, że się
zmieni, bo on może nie zdawać sobie sprawy z tego, że postępuje w niewłaściwy sposób, który ciebie rani".
Co o tym myślisz? Zgadzasz się z takim stwierdzeniem?
A może zrobimy małe ćwiczenie?
Oto dziesięć stwierdzeń dotyczących związków, głównie w sytuacjach
konfliktowych. Bardzo proszę przeczytaj je uważnie i przy każdym zaznacz
czy według ciebie jest prawdziwe. Możesz też dodać coś od siebie jeśli
uznasz za stosowne.
1. Kiedy mój partner zachowuje się w niewłaściwy sposób, powinnam mu
zwrócić uwagę.
...................................
...................................
...................................
2. Kiedy partner przekracza zdrowe granice, na przykład mnie obraża
albo wyzywa, powinnam mu powiedzieć, że się na to nie zgadzam.
...................................
...................................
...................................
3. Kiedy partner rani moje uczucia, powinnam szczerze z nim porozmawiać
i wyjaśnić jak się wtedy czuję.
...................................
...................................
...................................
4. Mam prawo żądać, żeby partner zmienił zachowanie, które jest dla
mnie krzywdzące.
...................................
...................................
...................................
...................................
5. W dobrym związku partnerzy zawsze mogą sobie o wszystkim powiedzieć.
...................................
...................................
...................................
...................................
6. "Ten kto naprawdę kocha, nigdy nie musi mówić przepraszam" - to
cytat z książki i filmu "Love Story".
...................................
...................................
...................................
...................................
7. Ten kto jest winny, zawsze powinien przyznać się do winy i przeprosić. Na tym polega uczciwość w związku.
...................................
...................................
...................................
...................................
8. Mam prawo domagać się przeprosin w sytuacji kiedy partner sprawił mi
wielką przykrość.
...................................
...................................
...................................
...................................
9. Niezdrowo jest tłumić w sobie emocje, dlatego lepiej powiedzieć
partnerowi prawdę prosto w oczy.
...................................
...................................
...................................
...................................
10. W każdym związku zdarzają się gwałtowne kłótnie i sytuacje
konfliktowe.
...................................
...................................
...................................
...................................
5. Szczere rozmowy
Rozdział 5
Szczere rozmowy
Jestem ciekawa jaki jest twój wynik testu. Przypuszczam, że przy
wszystkich stwierdzeniach napisałaś "tak". Wspaniale! Ja też się z nimi
zgodziłam. W moim poprzednim życiu i wcześniejszym sposobie myślenia.
Teraz myślę inaczej. I teraz też żyję inaczej.
Powiem ci tak: w moim wcześniejszym życiu byłam nieszczęśliwa, czułam
się więźniem związku, z którego nie widziałam wyjścia. Gdybym wtedy
zrobiła ten test, wszystkie moje odpowiedzi byłyby pozytywne.
Najbardziej niezwykłe jest w tym to, że nawet kiedy wiedziałam, że ten
związek nie jest dla mnie dobry, to nie umiałam go zakończyć. A nawet
kiedy udawało mi się go zakończyć, bardzo szybko wracałam i zaczynaliśmy
od nowa. Od nowa, ale tak samo, bo przecież wciąż byliśmy tymi samymi
osobami.
Czy znasz to może ze swojego życia?
Czy jesteś w związku z człowiekiem, co do którego nie masz pewności czy
jest tym właściwym? Czy wiesz po czym to można poznać? Czy wiesz
dlaczego jesteś z kimś, z kim nie chcesz być?...
Prawda, że to jest niezwykłe? Jak to możliwe, że człowiek robi coś,
czego nie chce robić? Dlaczego jest w miejscu, w którym nie chce być?
Teoretycznie wszystkie drogi są przed nim otwarte, a jednak on drży,
czeka i boi się zrobić krok naprzód. Jak myślisz dlaczego tak jest?
Czego się boi? Co go zatrzymuje?
Och, jak ja to dobrze znam z mojego życia!
Czy on naruszał moje zdrowe granice? Oczywiście! Czy robił rzeczy, które
sprawiały mi przykrość? Bardzo często! Czy mówił słowa, które mnie
raniły? No jasne! Tyle razy przez niego płakałam! Czy zachowywał się w niewłaściwy sposób? Och! Czasem atakował ludzi bez powodu, czasem się z nich wyśmiewał, kłócił się ze swoimi rodzicami, nigdy nie wiedziałam jak
zareaguje. Próbowałam mu wyjaśniać co źle robi i do czego prowadzi takie
zachowanie, ale zazwyczaj w odpowiedzi złościł się na mnie i krzyczał,
że nie życzy sobie takich uwag albo atakował i mówił, że ja przecież też
nie jestem idealna, więc z jakiej racji chcę go pouczać. Albo po prostu
z niechętną, zniecierpliwioną miną ucinał rozmowę.
A ja oczywiście myślałam wtedy, że on mnie nie kocha, bo ktoś kto kocha
przecież nie zachowuje się w taki odpychający, nienawistny sposób,
prawda?
To dlatego właśnie czułam się więźniem w moim własnym życiu. Nie
wiedziałam co mogłabym zrobić, żeby naprawić ten związek, nauczyć go
tego, co sama wiem, uczynić go lepszym człowiekiem, który nie rani ludzi
bez potrzeby, kieruje się dobrem, nie ocenia po pozorach, nie odpycha,
potrafi przebaczyć i jest otwarty na dialog.
Próbowałam różnych sposobów. Czasem coś zmieniało się na krótką chwilę,
ale potem znów wchodziliśmy w ten sam tryb wzajemnych oskarżeń i walki.
Czułam, że to jest bez sensu. Byłam bezsilna. Ale oczywiście próbowałam
działać. Tyle razy usiłowałam doprowadzić do szczerej rozmowy. Tak jak
radzili psychologowie w pismach dla kobiet: Powiedz mu jak się czujesz,
opisz swoje emocje, staraj się nie oskarżać i nie mówić co on robi źle,
skoncentruj się na tym jakie są twoje uczucia, na przykład: Kiedy
zapominasz o naszej rocznicy, jest mi przykro i czuję się nieważna.
Albo: Kiedy nie odpowiadasz na moje wiadomości, czuję niepokój i martwię
się czy coś ci się nie stało.
Wydawało mi się, że to świetne rozwiązanie. Powiem mu jak się czuję, w jaki sposób on rani moje uczucia i co powinien zrobić, żebym była z nim
bardziej szczęśliwa. I wtedy on oczywiście powie, że nie zdawał sobie z tego sprawy i obieca, że będzie się zachowywał inaczej. Proste, prawda?
W praktyce to wyglądało zupełnie inaczej. Po takiej rozmowie nikt nie
czuł się lepiej - ani on, ani ja. Mnie było jeszcze bardziej smutno i ciężko, bo tym mocniej uświadamiałam sobie w jaki sposób cierpię w tym
związku i że źródłem mojego cierpienia jest mój partner. On czuł się
przyparty do muru i nie bardzo wiedział jak zareagować. Czasem
przyjmował postawę obronną i mówił, że jemu też jest przykro kiedy ja -
i tu następowało wyliczenie moich wad albo błędów, które najczęściej
brzmiało tak irracjonalnie, że nie mogłam się z tym zgodzić, więc nasza
"szczera rozmowa" przeradzała się w kłótnię i wzajemne zarzuty.
Na przykład ja mówiłam, że kiedy on jedzie za szybko samochodem, ja
czuję się zagrożona i boję się, że gdyby na jezdnię wbiegł ptak albo
kot, on nie zdąży zahamować. A on odpowiadał:
- Ja się czuję tak samo kiedy ty jedziesz za wolno!
- Słucham?! - nie wierzyłam własnym uszom. - Jak w ogóle możesz
porównywać te dwie sytuacje?! To są dwie zupełnie różne sprawy!
- Dla mnie nie.
- Ty chyba nie umiesz myśleć logicznie! Przecież to nie ma sensu!
- Dla mnie to ma sens.
- Jaki to ma sens?! W jaki sposób narażam czyjeś życie kiedy jadę zbyt
wolno?!
- Narażasz moje życie - odpowiadał. - Ja wtedy boję się, że nie zdążę na
czas, mam poczucie, że tracę cenne minuty mojego życia siedząc w samochodzie, który porusza się z idiotyczną prędkością zamiast jechać
jak wszyscy normalni ludzie. Więc to...
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że ja jestem nienormalna?! - chwytałam
go za słowo.
- Ty to powiedziałaś - rzucał z uśmieszkiem. - Poza tym...
- Jak możesz tak mówić?! - moja złość zamieniała się w żal. - Jak możesz
zawsze wszystko obracać przeciwko mnie?...
- I w dodatku nie dajesz mi skończyć, tylko ciągle mi przerywasz, bo
oczywiście to co ty masz mi do powiedzenia jest najważniejsze.
- Proszę, mów.
- Teraz już za późno. Nawet nie pamiętam co chciałem powiedzieć.
Tak mniej więcej wyglądały nasze "szczere rozmowy". Miałam wrażenie, że
nie tylko w niczym nie pomagają, ale nawet pogarszają sytuację. Nic z nich nie wynikało oprócz napiętej atmosfery i cichych dni. Im dłużej
trwało milczenie i mijanie się bez słowa, tym bardziej tęskniłam za tym,
żeby było znów jak dawniej, żebyśmy się śmiali, żartowali i przytulali.
W końcu któreś z nas wyciągało rękę do zgody i życie toczyło się dalej.
Aż do następnej kłótni.
Więc tak.
Czy on przekraczał zdrowe granice? Oczywiście! Ale czym właściwie są te
"zdrowe granice", o których tak dużo się mówi? Zacznijmy od tego, żeby
sprecyzować co to właściwie oznacza.
6. Zdrowe granice
Rozdział 6
Zdrowe granice
Zdrowe granice osobiste to sfera mojej przestrzeni emocjonalnej,
fizycznej, cyfrowej, finansowej i każdej innej, do których wyznaczam
taki dostęp, jaki uważam za właściwy.
W przestrzeni cyfrowej to może oznaczać, że nie chcę, żeby ktoś czytał
adresowane do mnie maile albo widział historię stron internetowych,
które oglądam. Po prostu nie chcę. Nie dlatego, że mam coś do ukrycia,
tylko po prostu dlatego, że lubię mieć sferę prywatności, więc mam prawo
ustanowić granicę i pilnować jej przestrzegania.
W sferze finansowej chcę mieć całkowitą niezależność w decydowaniu o tym
jak wydaję moje pieniądze albo chcę mieć równy dostęp do wspólnych
środków.
W sferze emocjonalnej chcę być traktowana z szacunkiem, nie życzę sobie,
żeby ktoś mi ubliżał, wyzywał mnie, odwracał się do mnie plecami,
szantażował mnie, manipulował moimi uczuciami, kłamał, krzyczał na mnie,
stosował emocjonalną przemoc albo zastraszanie, tracił panowanie nad
sobą, traktował mnie instrumentalnie i w inny sposób wykorzystywał mnie
jako człowieka.
W sferze fizycznej zdrowe granice odnoszą się do różnych form przemocy,
także tych ukrytych w żartach. Uderzenie, oplucie, kopnięcie, grożenie
nożem, wykręcanie ręki, ciągnięcie za włosy, popychanie, złośliwe lub/i bolesne potrącanie, zamykanie mnie na klucz, zmuszanie do zrobienia
czegoś wbrew mojej woli, rozkazywanie jak mam się ubierać albo poruszać
to fizyczna przemoc.
Krótko mówiąc, zdrowe granice to określenie tego, na co się zgadzam. Nie
muszę wyjaśniać dlaczego. Mogę po prostu czuć w sercu, że coś jest
niewłaściwe albo niedobre dla mnie i nie zgadzać się na to. Może to
dotyczyć sytuacji intymnych - kiedy na przykład nie pasuje mi jakaś
pozycja albo gadżet, i wielu innych, codziennych, na przykład kiedy nie
chcę, żeby ktoś czytał mój pamiętnik.
Wyznaczanie zdrowych granic to przekazywanie czytelnego komunikatu o tym, co uważam za dopuszczalne, a co nie. We wszystkich sferach życia i codzienności, od sypialni przez komputer i biurko, aż po miejsce pracy i sytuacje towarzyskie.
Po pierwsze: mam prawo określać jakie są moje indywidualne zdrowe
granice.
Po drugie: mam prawo komunikować innym osobom o tym gdzie te granice
przebiegają.
Po trzecie: mam prawo nalegać, żeby moje zdrowe granice były
respektowane.
To jest pierwsza najważniejsza część całego procesu.
Druga część jest znacznie bardziej fascynująca.
Kto właściwie decyduje o tym gdzie przebiega zdrowa granica i na jakiej
podstawie? Czy mówienie komuś jak ma się zachować nie jest próbą
przejęcia kontroli nad drugim człowiekiem? W którym momencie określając
moją zdrową granicę zaczynam naruszać i przekraczać zdrowe granice
drugiej osoby?
Myślę, że to jest największym źródłem konfliktów w związkach. W moich
związkach na pewno było. Na przykład spóźnianie się. Ja uważałam, że
punktualność jest równoznaczna z okazywaniem komuś szacunku.
Kiedy jesteś umówiony na ważne spotkanie z dyrektorem firmy, w której
bardzo chcesz pracować, zrobisz wszystko, żeby mieć pewność, że będziesz
o czasie. Wstaniesz odpowiednio wcześnie, wyjdziesz z domu z dużym
zapasem, przyjedziesz na miejsce pół godziny wcześniej, ponieważ bardzo
zależy ci na tym spotkaniu, chcesz być punktualny, żeby zrobić dobre
wrażenie i okazać szacunek.
Dlaczego nie stosujesz tej samej zasady wobec mnie??!!!
Nie znosiłam kiedy on się spóźniał! A spóźniał się prawie zawsze.
Niezależnie od tego czy mieliśmy się gdzieś spotkać, czy razem dokądś
wyjść. Ja byłam gotowa o uzgodnionej wcześniej porze, a on dopiero
otwierał szafę, żeby znaleźć spodnie. Awantura gotowa.
Ja stałam przy drzwiach rzucając mu niecierpliwe, ponaglające, zimne
spojrzenia, on się stresował, atmosfera była napięta, wystarczyło, żeby
któreś z nas powiedziało nieopatrznie jakieś słowo i wybuchała kłótnia.
Z mojego punktu widzenia on naruszał moje zdrowe granice i okazywał mi
brak szacunku.
Z jego punktu widzenia ja naruszałam jego zdrowe granice i usiłowałam
zmuszać go do czegoś, na co nie miał ochoty.
Czy znasz to może ze swojego życia?
Przypominam sobie rozmowę z Asią, która była na jednej z wypraw do
dżungli, które organizuję od kilkunastu lat w listopadzie. Mówiła, że
mąż "doprowadza ją do szału", a najgorsze jest to, że zawsze się
spóźnia.
- Nie mogę sobie z tym poradzić - mówiła Asia. - To jest dla mnie zawsze
źródłem takiego stresu, że mam zepsuty cały dzień. Wszystkiego mi się
odechciewa. Nawet ostatnio jak mieliśmy lecieć na tydzień do Grecji.
Samolot był o szóstej rano, więc pytam go o której chce jechać na
lotnisko. Mówi, że o czwartej. Nie za późno? - pytam. - Będzie mało
czasu na odprawę. - O czwartej wystarczy - mówi mój mąż. - A będziesz
gotowy o czwartej? - pytam i już się cała w środku denerwuję, bo wiem co
będzie rano. I oczywiście czwarta rano, ja stoję ubrana przy drzwiach z walizką, a on jeszcze w łazience, tłucze się jak nieprzytomny. Jeśli mu
zwrócę uwagę, to zacznie się awantura, bo on jest bardzo niecierpliwy i wybuchowy, więc muszę uważać, żeby nie powiedzieć czegoś, co go urazi,
bo wtedy jest jeszcze gorzej.
- I co było dalej? - pytam. - Zdążyliście?
- Zdążyliśmy, ale jakim kosztem! W końcu jaśnie pan o czwartej
piętnaście otworzył garaż i pojechaliśmy. Tyle nerwów to mnie
kosztowało, że szkoda gadać!
- Próbowałaś porozmawiać z mężem o tym jak ty to widzisz i jak się z tym
czujesz? Może on nie zdaje sobie z tego sprawy?
- O, on zdaje sobie z tego sprawę aż nazbyt dobrze! Ile razy mu o tym
mówiłam! Dla mnie punktualność jest bardzo ważna, a on to lekceważy, w ogóle się tym nie przejmuje, tak jakby w ogóle mu na mnie nie zależało.
- A czy przyszło ci do głowy, że on być może inaczej postrzega czas i przestrzeń? - podsunęłam. - Może koncentruje się w tym czasie na czymś
innym i dlatego nie może jednocześnie być punktualny co do minuty?
- No co ty, Beatko? - żachnęła się Asia. - Chyba każdy widzi zegar w przedpokoju, nie? Chyba jak się na coś umawiamy, to mamy obowiązek
dotrzymać słowa, tak czy nie? Czy nie na tym polega zdrowy związek
między dwiema osobami? Na tym, że możemy na sobie wzajemnie polegać?
Poza tym nie chodzi o jedną minutę czy dwie, tylko pół godziny! Dla mnie
to jest jawny wyraz braku szacunku! I dla mnie, i dla naszego związku, i dla wspólnego planu, na który się umówiliśmy. Czasem nawet myślę, że on
robi to specjalnie, żeby wszystko zepsuć.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. Chciałabym ci zaproponować małe ćwiczenie
7. Ćwiczenie z życia Asi
Rozdział 7
Ćwiczenie z życia Asi
Wróćmy na chwilę do mojej rozmowy z Asią. Czy padły w niej jakieś
stwierdzenia, które wywołały u ciebie refleksję? Zastanowienie?
Zawahanie? Czy poczułaś, że coś tu się nie zgadza, czy może dostrzegłaś
w jej słowach własny sposób myślenia?
Poniżej przypomnę kilka zdań z tej rozmowy. Chciałabym, żebyś do każdego
napisała swój komentarz. Czy się z nim zgadzasz, czy nie, czy uważasz,
że jest słuszne, czy może radziłabyś przyjąć inny punkt widzenia. Bądź
teraz doradcą Asi i użyj swojej mądrości, żeby pomóc jej w trudnej
sytuacji.
Jeśli mu zwrócę uwagę, to zacznie się awantura, bo on jest bardzo
niecierpliwy i wybuchowy, więc muszę uważać, żeby nie powiedzieć czegoś,
co go urazi, bo wtedy jest jeszcze gorzej.
Czy znasz to ze swojego życia? Jak sobie z tym radzisz? Czy uważasz, że
to jest przekraczanie zdrowych granic, a jeśli tak, to w jaki sposób?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Zdążyliśmy, ale jakim kosztem! W końcu jaśnie pan o czwartej piętnaście
otworzył garaż i pojechaliśmy. Tyle nerwów to mnie kosztowało, że szkoda
gadać!
Co o tym myślisz? Czy rozumiesz jej irytację? Czy potrafisz wyjaśnić
dlaczego Asia tak bardzo się denerwowała?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Dla mnie punktualność jest bardzo ważna, a on to lekceważy, w ogóle się
tym nie przejmuje, tak jakby w ogóle mu na mnie nie zależało.
Czy czujesz podobnie jak Asia? Czy myślisz, że mąż ją w ten sposób
lekceważy? Jak myślisz, dlaczego sprawa punktualności jest dla niej taka
ważna?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Chyba jak się na coś umawiamy, to mamy obowiązek dotrzymać słowa, tak
czy nie?
Czy zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Czy uważasz, że to jest jedna z zasad dobrego związku?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Czy nie na tym polega zdrowy związek między dwiema osobami? Na tym, że
możemy na siebie wzajemnie liczyć?
Czy uważasz, że to prawda? Czy chciałabyś coś do tego dodać?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Dla mnie to jest jawny wyraz braku szacunku! I dla mnie, i dla naszego
związku, i dla wspólnego planu, na który się umówiliśmy. Czasem nawet
myślę, że on robi to specjalnie, żeby wszystko zepsuć.
Co o tym myślisz? Czy masz dla Asi jakąś radę? Jak twoim zdaniem powinna
się zachować w tej sytuacji?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
8. Ćwiczenie z twojego życia
Rozdział 8
Ćwiczenie z twojego życia
Spróbujmy zrobić jeszcze jeden eksperyment i przenieśmy to ćwiczenie na
grunt, który znasz najlepiej, czyli do twojego własnego życia. Domyślam
się, że jest coś, co cię drażni w twoim partnerze. Coś, co bardzo ci
przeszkadza, co chciałabyś zmienić, może nawet więcej, może to jest coś,
co staje na przeszkodzie waszemu szczęściu.
Opisz to proszę w krótkich żołnierskich słowach:
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Spróbujmy teraz zabawić się w detektywa i znaleźć głębsze znaczenie
tego, co napisałaś powyżej.
Jak myślisz, dlaczego to ci tak bardzo przeszkadza?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Czy uważasz, że zachowanie twojego partnera narusza twoje zdrowe
granice?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Co robisz kiedy ktoś narusza twoje zdrowe granice?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Jaki twoim zdaniem jest najlepszy sposób zachowania się kiedy partner
narusza zdrowe granice drugiej osoby w związku?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Czy uważasz, że można nauczyć partnera szacunku? Czy uważasz, że należy
uczyć partnera szacunku do drugiej osoby w związku?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Czy w twoim związku istnieje coś, co jest dla ciebie bardzo ważne, a twój partner to lekceważy? Jeśli tak, co to jest?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Dlaczego to jest dla ciebie tak bardzo ważne?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
Jak myślisz, dlaczego twój partner ma do tego lekceważący stosunek?
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
...................................
9. Historia, pies i ministrant
Rozdział 9
Historia, pies i ministrant
Chciałabym się zatrzymać na dłużej przy kilku stwierdzeniach, które
padły podczas mojej rozmowy z Asią. Są bardzo ważne, ponieważ
przedstawiają pewien określony sposób postrzegania rzeczywistości. Na
pewno zgodzisz się ze mną, że sposób myślenia w znaczący sposób wpływa
na życie i relacje z innymi ludźmi. Jeśli nie jesteś do końca przekonana
czy to prawda, podam ci prosty przykład.
Jeżeli w szkole podstawowej miałaś pełnego pasji nauczyciela historii,
który w bardzo ciekawy sposób opowiadał o królach, księżniczkach i o tym
jak żyli ludzie w przeszłości, to zapewne do dzisiaj uważasz, że
historia jest bardzo interesującym przedmiotem, chętnie czytasz książki
historyczne, kojarzysz wydarzenia z ich konsekwencjami i łatwo uczysz
się nowych faktów.
Wyobraźmy sobie kogoś, kto uczył się w szkole, gdzie lekcje historii
były bardzo nudne, najeżone datami do wykucia na pamięć, a nauczyciel
nie potrafił w jasny i zajmujący sposób wytłumaczyć skąd wzięły się
pewne zjawiska. Taki uczeń raczej będzie postrzegał historię jako coś,
co leży poza sferą jego zainteresowań, nie będzie lubił historycznych
filmów ani książek, a nauczenie się jakiegoś historycznego procesu
będzie mu szło opornie.
Dlaczego? Bo ten uczeń wierzy w to, że historia jest nudna i raczej
niepotrzebna. Historia kojarzy mu się ze strachem przed klasówką, do
której nie umiał się przygotować. On ma w sobie wcześniej zakodowane
przeświadczenie o tym, że nie lubi historii, więc do każdej historycznej
książki będzie podchodził z największą ostrożnością i instynktowną
niechęcią.
Dla jednego człowieka historia będzie więc ciekawa i fascynująca, a dla
innego nudna i odstręczająca. Zależy to od ich wcześniejszych
doświadczeń, czyli od podświadomego sposobu, w jaki postrzegają tę
dziedzinę nauki.
Zgodzisz się ze mną?
Weźmy inny przykład.
Mój znajomy Piotrek wychował się w domu z dwoma bardzo spokojnymi i przyjaznymi psami. Towarzyszyły mu odkąd był małym chłopcem,
odprowadzały go do szkoły, biegły z radością na powitanie kiedy wracał
do domu.
Ja kiedyś podczas spaceru zatrzymałam się przy małym, ślicznym piesku.
Siedział na chodniku, więc kucnęłam obok niego i zaczęłam go głaskać.
Nie ruszał się, tylko warczał.
- Spokojnie - mówiłam do niego z przyjaźnią. - Ja cię tylko głaszczę,
przecież lubisz głaskanie, prawda?
Nagle piesek przestał warczeć i skoczył na mnie z wyszczerzonymi kłami.
Zaatakował mnie ze złością, skubnął w policzek, a potem odbiegł. Od
tamtej pory zawsze nieufnie patrzyłam na psy. Zapamiętałam, że nawet
kiedy pozornie są przyjazne, w gruncie rzeczy nie wiadomo czego można
się spodziewać i jak się zachowają.
I teraz wyobraź sobie, że idę dróżką przez pole i widzę psa. Oczywiście
instynktownie natychmiast się spinam, czuję strach, przewiduję, że może
się zdarzyć coś najgorszego. Pies od razu wyczuwa mój lęk i to prowokuje
go do agresywnego zachowania. Zaczyna szczekać, jeży sierść na
grzbiecie, staje się naprawdę groźny. Ja wtedy jeszcze bardziej się boję
i gdybym nie rozumiała natury psów, to mogłabym na przykład zacząć
uciekać - co byłoby dla psa jasnym sygnałem do tego, że trzeba mnie
gonić. Pogorszyłabym tylko sytuację i wtedy rzeczywiście mogłoby dojść
do tego, że pies chciałby mnie chapnąć w nogę.
Tymczasem gdyby na tej samej dróżce w tym samym momencie stanął mój
znajomy Piotrek, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. On wie ze
swojego głębokiego doświadczenia, że psy są przyjazne. Widzi psa przy
drodze i nie zwraca na niego uwagi. Po prostu idzie dalej nie czując
strachu ani nie wykonując żadnego dodatkowego gestu. W odpowiedzi pies
zachowuje się tak samo, czyli też z obojętną miną patrzy sobie dalej w przestrzeń.
Piotrek ma bardzo przyjemny spacer, tymczasem ja mam zepsuty dzień. Mimo
że to był ten sam pies, ten sam dzień i to samo miejsce. Różne było
tylko nasze instynktowne myślenie, a co za nim poszło, także odruchowe
zachowanie, co ostatecznie przełożyło się na kształt tego doświadczenia.
Zgodzisz się ze mną?
To weźmy jeszcze jeden przykład, z krainy ludzi.
Kiedy miałam piętnaście lat, mieszkałam z rodzicami, siostrą i bratem w małym mieszkaniu na ósmym piętrze bloku z wielkiej płyty w Koszalinie.
Pewnego dnia w styczniu przyszedł ksiądz po kolędzie. Towarzyszył mu
ministrant ubrany w białą komżę z koronkowymi rękawami. Komża to rodzaj
krótkiej sukni sięgającej do połowy uda, którą nakłada się na ubranie.
To znak rozpoznawczy ministrantów. Komża jest zawsze biała, co ma
symbolizować czystość ducha i serca.
Ministrant był mniej więcej w moim wieku, może trochę młodszy. W pewnej
chwili, kiedy zostaliśmy sami, przycisnął mnie do ściany i próbował
pocałować. Odepchnęłam go z oburzeniem.
- Jak możesz?! - zawołałam. - Przecież ty jesteś ministrantem!!!
- To nic nie szkodzi! - odrzekł i napierał na mnie jeszcze mocniej. -
Nie musisz się bronić! Tylko jeden całus! Jeden całus!
- Nie! - szarpałam się z nim. - Puść mnie! Zostaw mnie!!
W końcu udało mi się wyrwać i uciekłam.
Od tamtej pory zupełnie inaczej patrzyłam na wszystkich księży,
ministrantów i biskupów. Wcześniej wydawało mi się, że jeśli ktoś
decyduje się poświęcić swoje życie Bogu, to sam jest głęboko
uduchowiony, czysty wewnętrznie, dobry i prawy. W tamtym jednym momencie
moja idealistyczna wizja osób duchownych została rozbita w proch.
Zasiało się we mnie ziarenko podejrzliwości. Przez długie lata za każdym
razem kiedy widziałam księdza albo ministranta, zastanawiałam się co się
kryje pod tą białą albo czarną sukienką, jakie emocje nim rządzą, jakie
ludzkie słabości.
Wcześniej uważałam, że osoba duchowna jest człowiekiem bez wad, któremu
zawsze i wszędzie można bez wahania zaufać.
Tamtego dnia zrozumiałam, że człowiek jest tylko człowiekiem,
niezależnie od tego jaki wykonuje zawód, jakie ma powołanie i jakie
ubranie nosi. Każdy człowiek ma wady i zalety, każdy ma jakieś
ograniczenia i słabości, każdemu może się zdarzyć popełnić błąd, każdy
ma czasem złe myśli albo podejmuje niewłaściwą decyzję. Nie piszę tego,
żeby kogoś usprawiedliwiać, stwierdzam tylko fakt, że taka jest ludzka
natura.
To zdarzenie zmieniło nie tylko mój sposób myślenia, ale też to jakie
podejmowałam decyzje. Instynktownie starałam się nie zostać sam na sam z ministrantem ani w ogóle żadnym mężczyzną. Inaczej czułam się w kościele. Nie mogłam już z pełnym zaufaniem porozmawiać z księdzem, bo
słyszałam w myślach głos napastującego mnie ministranta i czułam na
sobie jego oddech.
Czy teraz zgodzisz się ze mną, że sposób myślenia - czyli to w jaki
sposób instynktownie, bez namysłu, postrzegam jakieś zjawisko, osobę lub
zdarzenie - ma bezpośredni wpływ na to jak żyję i jakie są moje relacje
z innymi?
A czy zgodzisz się też, że dany sposób myślenia jest czymś, co nabywamy
na skutek różnych doświadczeń?
I czy zgodzisz się na jeszcze jedno stwierdzenie, które jest logiczną
konsekwencją poprzedniego - że jeśli instynktowny sposób myślenia o czymś, reagowania na coś jest rzeczą nabytą na skutek doświadczeń, to
inne doświadczenia mogą doprowadzić do zmiany sposobu postrzegania życia
i tego, co się w nim dzieje?
Na przykład ten człowiek, który w szkole nie znosił historii, bo miał
nauczyciela, który zamiast rozbudzić w nim ciekawość, kazał biernie
zapamiętywać daty, bitwy i inne fakty. Potem jako dorosły też jak ognia
unikał wszystkiego, co było w jakiś sposób związane z historią aż do
pewnego dnia, kiedy przez przypadek zaczął czytać książkę, która zabrała
go w fascynującą podróż w czasie, odkrywając przed nim niezwykłe
tajemnice Imperium Majów i innych dawnych cywilizacji.
Wtedy nagle nasz bohater przestał myśleć o historii jako o zamkniętym
zbiorze dawnych zdarzeń, a zaczął postrzegać ją jako źródło
nieprzemijającej mądrości i inspiracji. Stał się wielbicielem książek
historycznych, prenumerował historyczne czasopisma, śledził blogi.
Jego instynktownie myślenie o historii stało się diametralnie inne, a zmieniło się na skutek nowych doświadczeń, które odczuł równie mocno,
jak te wcześniejsze, zapisane w nim podczas nauki w szkole podstawowej.
Tak samo mogło być ze mną. Mimo tego, że miałam wcześniej nieprzyjemne
spotkanie z psem, na skutek którego do wszystkich psów podchodziłam z lękiem i stresem, mogło się zdarzyć tak, że mój narzeczony albo mąż
miałby cudownego psa, z którym chodziłabym na spacery i nawiązałabym z nim prawdziwą, głęboką więź. Wtedy znów zaczęłabym myśleć o psach
zupełnie inaczej. Przestałabym się bać, a w miejsce strachu pojawiłoby
się zrozumienie psiej natury, większa otwartość w zachowaniu i sposobie
myślenia. Moje postrzeganie psów stałoby się inne, nowe, bardziej
przyjazne.
Podobnie zmieniła się moja relacja z osobami duchownymi. Spotkałam
później kilku mądrych, dobrych, odważnych misjonarzy. Dużo rozmawialiśmy
na wszystkie tematy, śmialiśmy się, wędrowaliśmy razem, siedzieliśmy
razem przy stole. Całkiem zapomniałam o dawnym zdarzeniu z ministrantem
i znów zupełnie inaczej zaczęłam myśleć o osobach "duchownych".
Widzisz?
Moje zachowanie było konsekwencją tego, w co podświadomie wierzyłam.
To, w co podświadomie wierzyłam, było konsekwencją moich wcześniejszych
doświadczeń.
Nowe doświadczenia mogły zmienić moje postrzeganie danych osób albo
zjawisk.
Nowe postrzeganie i rozumienie osób, zdarzeń albo zjawisk spowodowałoby
nowe zachowanie.
Tak?
To jest bardzo ważne do zrozumienia tego jak wygląda życie i miłość.