Przypadki wczesnego dzieciństwa
Bogucice przed wojną były maleńką wsią położoną dwa i pół kilometra od Wieliczki, dziś są już częścią miasteczka. To tam w lutym 1930 roku urodził się Józef Wilkoń.
-
- Jakie jest pana pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Pierwsze, co pamiętam z dzieciństwa, to pożar. Miałem dwa latka. Matka trzymała mnie w ramionach, ogień promieniował, wyprowadzano krowę, były krzyki, ale mnie się to ciepło ognia bardzo wtedy podobało i tylko to miłe ciepło pamiętam. Dom spłonął, a potem go odbudowano. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Jakie były straty, nie wiem.
- Pamięta pan, jak wyglądał tamten dom?
Zgrabny był. Stał na poboczu pod górką. Przylegała do niego stodółka, a właściwie stajnia. Wynajmowaliśmy tam kuchnię i dwa pokoje. I tak się gnieździliśmy. Na miejscu tamtego domu ze strzechą postawiono nowy, murowany dom, pamiętam te wnętrza jak przez mgłę. Mam przepiękne zdjęcia, jak przed tym domem ojciec siedzi i maluje na sztalugach, a Olek, najmłodszy brat, karmi kurki. Wieś znajdowała się nad wąwozem, domy usytuowane były na garbach i pagórkach, bardzo urodziwie. Nasz dom stał w środku wsi, w dole rosły wysokie pokrzywy. W ten dół z pokrzywami nieraz wpadała nam piłka. Staszek, mój starszy brat, był bardzo przystojnym chłopcem. Śmiałem się z niego, gdy w łazience poprawiał sobie włosy przed lustrem. Kiedy miałem pięć lat, on miał już dziesięć, przychodziły do nas inne dzieciaki grać w dwa ognie. Staszek ubrany w krótkie spodenki ochoczo rzucał się w te wysokie pokrzywy, bo przecież dziewczyny patrzyły. Cały był poparzony. Taki był z niego podrywacz!
Olej Józefa Wilkonia, pierwsze lata studiów, stare koryto Wisłoka
- Daleko miał pan do szkoły podstawowej?
Dwa kilometry łąkami nad stawem, gdzie łowiłem ryby, kiedy tylko się dało. Staw był własnością niejakiego Bochenka. Był mały, ale wyjątkowo dobrze zarybiony: od karpików japońskich po szczupaki. Na wiosnę regularnie wylewał i wtedy ryby spływały potoczkiem, który płynął małym wąwozem wzdłuż pastwiska w dół do rzeczki Syrafy. Wąwozik nazywał się Piekiełki, zastawialiśmy tam koszyki i łapaliśmy spływające w dół ryby. Takie sceny teraz często mi się śnią.
- Co konkretnie?
Strumień, w którym widać grzbiety trzepoczących w wodzie ryb. Było to dla mnie bardzo ekscytujące. Potem przynosiłem rybki do domu i mama smażyła je na maśle, a małe kiełbie marynowała w słoikach. To był przysmak! Kochałem łowić ryby.
Ze stawem Bochenka wiąże się też pewne zdarzenie z 1945 roku, kiedy weszli Rosjanie. Gdzieś na tych łąkach się zatrzymali, zainstalowali obozowisko. Wtedy złowiłem największą rybę w swoim życiu, z pewnością był to karp, a oni to widzieli i chcieli mi ją zabrać. Włożyłem ją pod sweter i uciekłem. Na szczęście mnie nie dogonili. Nie dałem Ruskom ryby.
- Co pan zapamiętał ze szkoły?
Z podstawówki najbardziej pamiętam nauczyciela Romana Kozioła, który miał fajne podejście. Mówił na przykład: "Chłopcze, linia krzywa jest piękna", i wyrzucił mi linijkę. Wyrzucił mi też gumkę do mazania, bo "jak mażesz, to nie widzisz swoich postępów". Matka opowiadała, że Roman Kozioł przybiegł z Zadorów, tam gdzie była moja szkoła podstawowa, i wtedy jak u nas był pożar, to jeszcze z ognia rzeczy wynosił, gdy inni już się bali. Ustawił dla mnie martwą naturę: kapelusz, pudełko z kredą i książki. Całkiem nieźle mi to wyszło, choć Kossakiem nie byłem. Juliusz Kossak, jak miał dwanaście lat, robił takie rysunki koni, że stary Kossak by się ich nie powstydził. Pamiętam też nauczycielkę, panią Ochmiczównę, która przyszła na moją wystawę w Pałacu Sztuki w Krakowie w latach sześćdziesiątych i powiedziała, że przechowała moje rysunki z dzieciństwa.
- Czy był pan dobrym uczniem?
Mam wszystkie swoje świadectwa. Wynika z nich, że uczyłem się nie najgorzej, od czasu do czasu trafiały mi się jakieś dostateczne. Ale mój brat Staszek i siostra Ludmiła z góry na dół mieli same bardzo dobre, maturę zdali z wyróżnieniem, celerka. Mój brat miał wielkie zdolności matematyczne. W gimnazjum budził podziw nauczycieli, pewnie źle zrobił, że nie poszedł na matematykę, wyprzedzał innych o łeb. No ale został świetnym lekarzem.
- Założę się, że z przyrody miał pan dobre oceny.
Z przyrody, polskiego i rysunku. Gorzej z geografią.
- A czy mama musiała się dużo napracować, żeby dzieci się tak uczyły? Trzymała dyscyplinę?
Nie, to samo szło. Mama się napracowała, żeby każdy z nas, a dzieci była przecież szóstka, miał co na siebie włożyć: przerabiała ubrania po ojcu na najstarszego brata, potem na mnie i na młodszego. Nic się nie marnowało.
- Pamięta pan swoich kolegów z podwórka?
Miałem kolegów od piłki szmacianej. Pamiętam sąsiada Ludwika Kluzę, którego zresztą namalowałem, jak gra w karty z moim młodszym bratem Olkiem. Byli rówieśnikami. Kluzowie mieszkali dwadzieścia metrów nad nami, na zboczu pagórka, gdzie rósł piękny dąb, który ktoś z nich potem wyrżnął.
- A inne zabawy?
Były różne. Bawiliśmy się w zabawy typu "jedzie mleko" (podobna do gry w "pomidora" - polegała na rozśmieszaniu), graliśmy w dwa ognie, siatkówkę, bawiliśmy się w berka. Z chłopięcych zabaw były palant i cyrka, czyli dołek w ziemi z utwardzonym gniazdeczkiem. Wkładało się kawałek patyka, większym patykiem uderzało w koniuszek mniejszego i trzeba było wybić jak najdalej. Bardzo skomplikowana, trudna i efektowna gra odbywała się na pastwisku bez zakupionych narzędzi. Wszystko robiliśmy sami. Ale też pamiętam, że stawaliśmy po dwóch stronach pagórka i wołaliśmy do siebie:
"Jebały cię osy, ty chuju bosy!
A ciebie barany, ty chuju jebany!".
Dobrze, że matka tego nie słyszała. Każde odciąganie od kolegów było dla mnie przykre. Cholernie lubiłem te wszystkie zabawy. Bawiłem się na pastwisku, na którym pasła się nasza krowa Pyzia. Była śliczna. Biała z czarną szyją i białą gwiazdą na czarnej głowie. Miała też czarną łatkę na pupie. To śmieszne, że ilekroć potem jeździłem po Polsce, patrzyłem na pasące się krowy i szukałem pokrewnej Pyzi. To jest jakiś gen krowiego umaszczenia, czasem takie widywałem. Podobno to krowy rasy holenderskiej. Choć potem zauważyłem, że holenderskie krowy są mniej zgrabne niż nasza Pyzia. Ona miała rogi jak wół, jak hiszpański byk toro bravo. I dawała świetne mleko. Była przyjazna, ale kiedy zauważyła, że może gdzieś szybko niezauważona pobiec na tak zwaną szkodę - w buraki, w ziemniaki, w koniczynę - fuczała, gdy ktoś zastępował jej drogę. Rzadko udawało się nam zdążyć w porę. Leciała sprintem z pastwiska na pole. Pyzia naprawdę była szczególna.
- Skąd mieliście Pyzię?
Nie pamiętam, ale pewnie matka kupiła ją na targu. Pamiętam natomiast, jak sprzedano Pyzię. Studiowałem już wtedy w Krakowie. Dobrze, że przy tym nie byłem, bobym się chyba pobeczał. Mleko częściowo oddawało się do mleczarni. Nigdy nie zapomnę twarzy mleczarza, który to mleko przyjmował. Szara cera, świdrowate, świecące czarne oczka. Kojarzyłem go z uosobieniem zła, był urzędnikiem na rzecz Niemców. I odbierał nam mleko.
- A kto doił krowę?
Mama. Nigdy się tego nie nauczyłem. Pamiętam, jak kiedyś, gdy już byłem starszy, zostałem sam z inną krową, czerwoną, i mimo wielu prób nie udało się jej wydoić. Musiała się zorientować, jaki ze mnie niedorajda. Mieliśmy też inne zwierzęta. Kozę, która tak zabawnie szturchała. Zawsze był też jakiś prosiak.
- Co uprawialiście na polu?
Wszystko! W domu były jarzyny, wycinało się miedzę, pokrzywy, chwasty po to, żeby Pyzia, czyli nasza krowa, miała co jeść. Mieszało się to ze słomą pociętą w sieczkarni. Chwastem o dużym znaczeniu była lebioda. Bardzo smaczna i przydatna w czasie głodu. Jedliśmy ją w sałacie. W beczce była zakiszona kapusta. Na śniadanie najczęściej jadło się płatki owsiane z mlekiem albo zacierki z mlekiem robione przez matkę. Dobrze pamiętam smak chleba z masłem. Mieliśmy piec chlebowy, matka go zawsze rozpalała i co tydzień piekła sześć bochnów żytniego chleba. Za każdym razem jak matka piekła chleb, najpierw kładła do pieca podpłomyki, duże, płaskie placki, które szły do rozpalonego pieca, by sprawdzić, czy temperatura jest odpowiednia, żeby włożyć chleb. Nigdy nie zapomnę smaku podpłomyków posmarowanych samym masłem. Przysmak nad przysmaki! Chleb z mąki żytniej przez tydzień zachowywał wilgotną świeżość. Dziennie zjadaliśmy bochenek. Masło sami robiliśmy w drewnianej maselnicy. Nic nigdy się nie marnowało! Jak zostawały nam resztki lebiody, zjadała je Pyzia, a jak nie Pyzia, to prosiak.
- Prosiak też miał imię?
No właśnie chyba nie miał imienia. Nie pamiętam, dlaczego. Zawsze hodowaliśmy zwierzęta i uprawialiśmy ziemię. Potem, kiedy rodzice przenieśli się do Łańcuta, matka tam też chodziła w pole. Był to kawałek ziemi, który odziedziczyła po swoich teściach, i pamiętam, że tam inny prosiak łaził za nią jak pies. Takie moja matka miała relacje ze zwierzętami. I dlatego nie chciałem dopuścić do tego, żeby jakieś musiała zabijać.
- Pan się nią opiekował?
Mówili, że byłem jej oczkiem w głowie. Ale to bzdura, wszystkich sześcioro jednakowo nas kochała, wszystkich wykształciła. A nie było jej łatwo, nie miała własnego domu. Ojciec był urzędnikiem kolejowym, kasjerem. Przed wojną też pracował na kolei.
Były tygodnie biedniejsze i takie, kiedy nie było niedostatku. Pamiętam, jak chodziłem po przydziałowy chleb i marmoladę z buraków do Bieżanowa.
Pani Ochmiczówna i klasowi koledzy, pierwszy z prawej Józef Wilkoń
- Daleko?
Cztery kilometry polami. Pod górkę, a potem z górki. W Bieżanowie na mojej drodze stawał straszny urwis, mój rówieśnik. Zawsze mnie strach oblatywał, a on wiedział, że się boję, więc tym bardziej mnie straszył. Kiedyś wróciłem do domu z całą wygryzioną piętką i było mi głupio. Ale matka mnie wtedy mocno przytuliła, bo wiedziała, że skoro ją wygryzłem, musiałem być naprawdę głodny. W czasie okupacji sąsiedzi doznawali głodu, a dzięki zaradności matki mogliśmy im trochę pomóc. Matka potrafiła wyhodować ziemniaki, pietruszki, selery, marchewki, buraki na kawałku pola dzierżawionego od chłopa Lidwina. Bardzo pomocny gospodarz. Ale pamiętam też sytuacje, że i ziemniaków u nas brakowało. Chodziło się wtedy nad Wisłę, gdzie teraz jest Nowa Huta. Były tam żyzne pola. I gospodarze sprzedawali nam ziemniaki. Szedłem po piętnaście kilo ziemniaków i niosłem je na plecach. Nie było to łatwe dla młodych pleców, ale to był jedyny sposób, żeby uchronić się przed głodem.
- Czym jeszcze musiał się pan zajmować?
Wstydliwą rzeczą, kłusownictwem. Byłem w tym prawdziwym mistrzem, jeśli chodzi o skuteczność. Fascynował mnie las. Jak w otwartej książce czytałem przyrodę: wiedziałem, którędy chodzą zające, znałem ich ścieżki. Ślady zasypane śniegiem odtwarzałem - wyciskałem je zajęczą łapką. Byłem niczym dwunastoletni kanadyjski traper. Złapane zające sprzedawałem w sklepie u Ruseckiego w Wieliczce, bardzo przyjaznego sklepikarza - robiło się u niego też zakupy na kreskę. Sprzedawałem zające, w zamian kupowałem kaszę, mąkę, cukier. Pomagałem też zakładać sidła kolegom, ale nieco gorzej niż sobie.
- To znaczy?
Zakładałem gorzej niż sobie, żeby im się mniej łapało.
- Ojciec pana nauczył sidła zakładać?
Nie. Ojciec pod tym względem był niedorajdą. Był dzielnym człowiekiem, sprawnym w innych rzeczach. Jeśli jednak chodzi o znajomość przyrody czy właśnie kłusownictwo, wszystkiego nauczyłem się sam.
- Może pan wyjaśnić jak? Skąd wiedział pan, jak zbudować sidła i o tej łapce?
Sam wszystko wymyśliłem. Sidła są przecież stare jak świat. Potrzeba matką wynalazków. Robiłem je z cienkiego drutu. Byłem do tego zmuszony, bo praktycznie rzecz biorąc, utrzymywałem wtedy rodzinę. Zawsze byłem do dyspozycji. Kiedy trzeba było coś z pola przynieść, zebrać, zostawiałem na pastwisku towarzyszy zabawy i szedłem pomóc matce.
- Ile dostawało się za takiego zająca?
Wystarczająco dużo, by kupić za to mąkę i inne artykuły, których nie mieliśmy na polu. To dla mnie sprawa przykra i wstydliwa, dziś bym tego w życiu nie zrobił. Czego ja wtedy nie musiałem robić. Żeby matka nie musiała zabijać karpia na święta, robiłem to ja. Ojciec i starszy brat nie podejmowali się tego, wychodziło na to, że ja dam radę. Wcale nie byłem specjalistą od zabijania, zabijałem, żeby nie zabijała matka. Musiałem zabić królika, zabić karpia i uciąć głowę kogutowi. Żeby tego wszystkiego nie robiła matka.
×
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki