Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie. Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie - Paweł Huelle

Kup ebooka

84.99 zł
42.49 zł (76,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stół

I

- Stół, stół - krzyczała mama - nie mogę już tego wytrzymać! Ludzie mają meble, a tylko my coś takiego - i pokazywała ręką na nasz okrągły stół, przy którym codziennie jedliśmy obiad. - Czy to w ogóle można nazwać stołem? - pytała, załamując głos i ramiona. Ojciec nie odpowiadał na jej zaczepki i zamykał się w sobie, wypełniając pokój ciężkim milczeniem. W końcu stół nie był taki zły. Pod krótszą nogę podkładało się specjalny klocek, a sękaty fornir na blacie można było zakryć obrusem. Ten stół kupił w roku czterdziestym szóstym od pana Polaske z Zaspy, kiedy pan Polaske pakował tobołki i ostatnim pociągiem udawał się na zachód, do Niemiec. Ojciec dał wtedy panu Polaske parę wojskowych butów, które wcześniej wyhandlował od sowieckiego sierżanta za używany zegarek, a ponieważ te buty nie były pierwszej świeżości, ojciec dołożył jeszcze trochę masła z UNRRA, na co wzruszony pan Polaske zostawił ojcu oprócz stołu fotografię z rodzinnego albumu. Przedstawiała dwóch eleganckich mężczyzn w garniturach, którzy stali na Lange Brücke. Lubiłem oglądać tę fotografię. Nie dlatego, że interesował mnie pan Polaske i jego brat, o których wiedziałem niewiele, ale dlatego, że za ich plecami, w tle, rozciągał się widok, jakiego próżno szukałem na Długim Pobrzeżu. Dziesiątki rybackich łodzi cumowało do kei Targu Rybnego, na nabrzeżu pełno było sprzedających i kupujących ludzi, a Motławą przepływały barki i parowe stateczki z długimi jak maszty kominami. Pełno tu było ruchu i życia, Lange Brücke wyglądało jak prawdziwy port i chociaż wszystkie szyldy hoteli, barów i kantorów kupieckich brzmiały obco, to jednak był to widok pociągający. W niczym nie przypominał Długiego Pobrzeża, odbudowanego wprawdzie po wielkim pożarze i bombardowaniu, ale świecącego pustką nikomu niepotrzebnych urzędów, czerwonych haseł zawieszonych na murach i zieloną nitką Motławy, po której pływała milicyjna motorówka i raz dziennie statek Wojsk Ochrony Pogranicza. - To niemiecki stół - podnosiła głos mama - już dawno powinieneś go porąbać na kawałki. Gdy pomyślę - ciągnęła już nieco spokojniej - że siedział przy nim jakiś gestapowiec i jadł po pracy węgorze, robi mi się niedobrze.

Ojciec wzruszał ramionami i wyciągał fotografię pana Polaske.

- Spójrz - mówił do mamy - czy to jest gestapowiec? - I opowiadał zaraz historię pana Polaske, który był socjaldemokratą i siedział trzy lata w obozie koncentracyjnym Stutthof, bo nie zgadzał się z Hitlerem. Kiedy nasze miasto w roku trzydziestym dziewiątym włączono do Rzeszy, pan Polaske ostentacyjnie nie wywiesił flagi na swoim domu i wtedy go zabrali.

- W takim razie jego brat był gestapowcem - ucina­ła dyskusję mama i wychodziła do kuchni, a ojciec, niepocieszony po stracie słuchacza, opowiadał o drugim panu Polaske, który zaraz po wojnie, z senatorem Kunze, pojechał do Warszawy prosić prezydenta Bieruta o gdańskich Niemców, żeby mogli zostać, podpisując deklarację lojalności.

- Wtedy - ciągnął swoją opowieść ojciec - prezydent Bierut nastroszył swój wąsik i powiedział delegatom, że socjaldemokracja niemiecka nigdy nie grzeszyła poczuciem historycznego rozsądku, że zdradziła swój klasowy instynkt już dawno, o czym mądrze i wyczerpująco napisał towarzysz Stalin. I jakiekolwiek prośby - tu prezydent Bierut zacisnął swoją robotniczą pięść i uderzył nią w blat biurka - są działalnością antypaństwową. Brat pana Polaske wrócił wtedy do Gdańska i powiesił się na strychu ich domku na Zaspie. Właściwie dlaczego to zrobił? - pytał głośno ojciec - przecież mógł pojechać do Niemiec, jak jego brat.

- Powiesił się - mama wchodziła właśnie do pokoju, niosąc dymiący półmisek - bo wreszcie ruszyło go sumienie. Gdyby wszystkich Niemców ruszyło sumienie, to wszyscy zrobiliby tak samo - dodała, stawiając na stole ziemniaki w mundurkach - wszyscy powinni się powiesić po tym, co zrobili.

- A Sowieci?! - wykrzykiwał ojciec, odrzucając na skraj talerza łupy - a Sowieci?

Wiedziałem, że zaraz zacznie się kłótnia. Mama bała się Niemców panicznie i nic nie było w stanie uleczyć jej z tego lęku, podczas gdy ojciec największy uraz czuł do rodaków Fiodora Dostojewskiego. Niewidoczna granica przebiegała teraz przez stół pana Polaske z Zaspy i oboje byli nią rozdzieleni, jak wtedy, w roku trzydziestym dziewiątym, gdy kraj ich dzieciństwa, pachnący jabłkami, chałwą i drewnianym piórnikiem, w którym grzechotały kredki, rozdarto niczym sztukę płótna na dwie części, między którymi łyskała srebrna nitka Bugu.

- Widziałem - ojciec połykał białe mięso ziemniaków - widziałem... - Oczywiście chodziło mu o defiladę w miasteczku, gdzie obie armie spotkały się ze sobą. - Kurz wzbijał się pod samo niebo - ojciec dokładał sobie skwarków - a oni maszerowali równym krokiem obok siebie i śpiewali raz po niemiec­ku, a raz po rosyjsku, ale rosyjski słychać było głośniej, bo Sowieci przysyłali na defiladę cały pułk, a Niemcy tylko dwie kompanie.

- Niemcy byli gorsi - przerwała mama - bo nie mieli w sobie żadnych ludzkich uczuć.

Nie lubiłem tych rozmów. Zwłaszcza kiedy toczyły się przy obiedzie i w gęsty zapach rosołu czy aromatyczny zapach sosu chrzanowego wkradał się huk armat albo stukot pociągu, którym wieziono ludzi na powolną lub natychmiastową śmierć. Nie lubiłem, kiedy kłócili się o takie rzeczy, bo zapominali wtedy o mnie i tkwiłem pomiędzy nimi jak zużyta i nikomu już niepotrzebna rzecz. Ostatecznie wszystkiemu winien był pan Polaske i jego stół. Tak myślałem, przełykając ziemniaki w mundurkach albo leniwe pierogi. Gdyby nie ten stół, rodzice rozmawialiby ze sobą o filmie z Marilyn Monroe, urodzaju truskawek albo ostatnim wodowaniu w Stoczni Lenina, na które przybył premier Cyrankiewicz. Mogliby zresztą mówić o czymkolwiek innym, lecz stół pana Polaske upodobnił się z czasem do ćmiącego zęba. Kiedy ból słabł i zdawał się przemijać, tym większa chętka brała ich, żeby dotknąć tego miejsca i wzbudzić pulsującą udrękę na nowo. Czy mogłem coś zrobić? Gdyby chodziło o krzesło, poradziłbym z pewnością. Ale stół - duży i okrągły, z rzeźbionymi nogami, tak bardzo ciężki, z dębowego drewna - stół pana Polaske z Zaspy wydawał się zbyt masywny, aby go unicestwić bez niczyjej pomocy. Podejrzewałem, że pan Polaske zostawił go nam specjalnie, jakby wiedział o niewidzialnej granicy między moimi rodzicami. I jakby przypuszczał, że jego mebel, którego nie mógł zabrać do Niemiec, stanie się przyczyną nieustającej kłótni. Ojciec, niechętny zmianom, upierał się przy swoim, a mama coraz częściej przypalała bigos albo żeberka, wyszukując w niemieckim stole wciąż nowe usterki. Do kulawej nogi i spękanego forniru dochodziły zatem korniki, których sekretna robota, niesłyszalna w dzień, nocą nie dawała mamie spać. Rano była niewyspana i w złym humorze.

- Zrób coś - mówiła do ojca - nie mogę już dłużej tego wytrzymać!

- Jakie znów korniki? - pytał ojciec.

- Niemieckie - odpowiadała mama. - To niemieckie robaki. Niedługo zaatakują kredens i szafę, bo są nienasycone. Jak wszystko co niemieckie - szeptała ojcu do ucha.

Jeśli pan Polaske chciał się zemścić, nie mógł znaleźć lepszego sposobu. Coraz częściej wyobrażałem sobie, że śmieje się gdzieś w Hamburgu albo Monachium i zaciera ręce. Masło z UNRRA zjadł w ciągu kilku dni, sowiec­kie buty wyrzucił po roku, a my męczyliśmy się z jego stołem jak z obcym domownikiem, który przeszkadza wszystkim bardzo, lecz którego nie można wyrzucić. Tylko dlaczego miałby się na nas mścić - zastanawiałem się chwilami. Nie zrobiliśmy mu przecież nic złego. Nie mieszkaliśmy nawet w jego domu, który zajmował teraz jakiś wysoki urzędnik partyjny. Czyżby życzył nam źle tylko dlatego, że byliśmy Polakami? Nie znajdowałem na to pytanie gotowej odpowiedzi. Ani na żadne inne związane z panem Polaske. Godzinami oglądałem fotografię, na której Długie Pobrzeże wyglądało jak prawdziwy port, i liczyłem kominy parowych statków ciągnących po Motławie. Tymczasem stół z każdym dniem wydawał się większy i pęczniał w zamkniętej przestrzeni pokoju do niemożliwych rozmiarów.

Aż wreszcie któregoś dnia stało się to, co stać się musiało. Kiedy mama postawiła na blacie wazę z zupą, klocek spod krótszej nogi puścił i stół zakołysał się jak raniony zwierz. Barszcz chlapnął ojcu na koszulę i spodnie.

- Ach! - mama z zachwytem klasnęła w dłonie - a nie mówiłam? Czyż nie przepowiadałam katastrofy?

Ojciec nie odezwał się ani słowem. Podłożył klocek, zjadł drugie danie, doczekał w milczeniu galaretki wiśniowej i dopiero po deserze, z papierosem w zębach, zszedł do piwnicy po piłę i metr. Za parę chwil, pochylony nad stołem, mrużąc raz jedno, to znów drugie oko, wyglądał wspaniale niczym frontowy chirurg przystępujący do operacji. Tu jednak zdarzyła się rzecz niesłychana. Ojciec, który miał dobrą rękę do napraw i przeróbek, nie mógł sobie poradzić ze stołem pana Polaske. A właściwie nie ze stołem, tylko z jego nierównymi nogami. Po każdym przycięciu okazywało się, że jedna z nich, zawsze inna, jest nieco krótsza od pozostałych. Opanowany furią doskonałości, a może niemieckiej pedanterii, ojciec nie dawał za wygraną: skracał i skracał stołowe nogi coraz bardziej, aż wreszcie naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Na podłodze obok mnóstwa spiłowanych kawałków drewna i morza trocin spoczywał blat stołu pana Polaske, bez nóg, jak wielka brązowa tarcza. Oczy mamy błyszczały ze wzruszenia, wzrok ojca cis­kał gromy, ale nic nie mogło powstrzymać rozpoczętego dzieła. Jak w transie, warcząca piła wdarła się teraz w blat, ojciec sapał i wzdychał, mama wstrzymywała oddech, by w końcu wykrzyknąć:

- No, nareszcie!

Stół pana Polaske nadawał się już tylko do spalenia.

Ojciec wynosił kawałki drewna do piwnicy, mama sprzątała trociny i tylko ja czułem przez skórę, że to jeszcze nie koniec i że prawdziwe kłopoty są dopiero przed nami.

Następnego dnia zjedliśmy obiad w kuchni. Było tu ciasno i niewygodnie, a zapach smażonych śledzi, gęsty jak chmura, wcale nie dodawał apetytu.

- Musimy kupić nowy stół - mówiła mama - może trochę mniejszy od tamtego, ale też okrągły. A potem no­we krzesła - rozmarzyła się zupełnie - z pluszowymi obiciami!

Ojciec milczał. Po obiedzie pojechaliśmy tramwajem do sklepu meblowego. Sprzedawca rozłożył ramiona, uśmiechnął się znacząco i powiedział, że jest to, co widać: stoły trójkątne.

- To najnowszy model - wskazał równoboczną figurę - eksperymentalny!

- A okrągłe? - zapytała mama. - Czy nie ma okrąg­łych?

Wtedy sprzedawca wyjaśnił, że tegoroczny plan centralny został już wykonany i okrągłe stoły będą, owszem, ale dopiero w styczniu albo lutym. Ojciec uśmiechał się zgryźliwie, bo mieliśmy akurat połowę maja. Mama natomiast chodziła między trójkątnymi stołami i dotykała ich blatów, jakby z niedowierzaniem i lękiem. Światło, które wpadało do sklepu przez zakurzoną szybę, oświetlało jej kasztanowe włosy dyskretną aureolą, co dodawało mamie melancholijnego uroku. Kiedy wyszliśmy na ulicę, zażądała wszakże, aby pojechać do innego sklepu. Jak wielkie było jej rozczarowanie! Nad wszystkimi sklepami meblowymi w mieście niczym widmo zawisło fatum planu centralnego. Jedyny nietrójkątny stół, wydobyty na jej kategoryczne żądanie z mrocznego magazynu, okazał się prostokątny, długi bardzo i wąski, całkiem nieprzydatny do naszego pokoju. Nie wiedziałem, czy pan Polaske mógłby sobie to wyobrazić - po kilku godzinach bezskutecznych poszukiwań przyszliśmy do domu zmęczeni, a jego stół tkwił między nami nadal jak ledwo widoczna drzazga.

- Ostatecznie - tłumaczył ojciec - można zamówić stół. Będzie droższy, ale - tu zawiesił znacząco głos i wzniósł palec jak kaznodzieja - wobec planu centralnego nie mamy innego wyjścia.

Czy było coś prostszego nad takie rozumowanie? Oczy­wiście, że nie, jednakże - jak okazało się wkrótce - z pięciu zakładów stolarskich w okolicy trzy były już zamknięte od dawna. Ich właściciele, zrujnowani domiarami, pracowali w państwowej fabryce, wykonując plan centralny. Czwarty - należący do wdowy po stolarzu z Wilna, Rupiejce - był właśnie w likwidacji. A piąty zakład przekształcił się w cichą manufakturę, gdzie wyrabiano piękne trumny, których produkcja - jak na razie - nie podlegała planowaniu centralnemu.

- Wszystko do czasu - powiedział ojciec po powrocie z miasta - ich także włączą w nurt historii.

A stołu nie było nadal. Pewne próby, podjęte przez ojca nieśmiało niczym ulotne i poetyckie improwizacje, już w samym zarodku skazane zostały na niepowodzenie. I tak deska do prasowania ustawiona na podwójnych skrzynkach, następnie prowizoryczny blat sklecony przez niego w piwnicy czy wreszcie ogłoszenie, które zamierzał umieścić w przedpołudniowej gazecie ("Stół używany, zdecydowanie okrągły kupię"), nie znalazły cienia aprobaty w oczach mamy. Szczególnie ten ostatni wydał się jej okropny. Już raz mieliśmy używany stół, no i proszę, co z tego wynikło! Ostatnią deską ratunku miał być więc pan Gorzki, który bez szyldu i zezwoleń możliwych i niemożliwych urzędów parał się stolarką pokątnie. Robił to po godzinach pracy, z materiałów ukradzionych w stoczni. Brał przy tym wysokie zaliczki i pił w każdą sobotę i niedzielę, jakby był szewcem, a nie stolarzem. Pan Gorzki często zasypiał przed domem na koślawej ławce, a że zdarzało się to w niedzielę, ludzie wracający z kościoła wytykali go palcami, nazywając masonem. W każdym razie przyjął od ojca zaliczkę i obiecał zrobić stół w ciągu tygodnia. Okrągły jak się patrzy. Mama ucieszyła się bardzo, a ojciec, który był legalistą, przeżywał teraz swój ciężki tydzień.

- Jeżeli wiem - pytał głośno co wieczór - że on zrobi nam stół z kradzionego drewna, to czy to jest w porządku? Czy to jest uczciwe?

Ale mama była pragmatykiem:

- Komu ukradnie? Wszystko jest państwowe. Wszystko! - I zatoczyła ręką wielkie koło w powietrzu, jakby przemawiał przez nią Duch Dziejów.

Tenże sam Duch Dziejów przemówił jednak bardziej stanowczo przez pana Gorzkiego i oto, co się stało: stolarz nie skończył picia w niedzielę wieczorem, przedłużając swój błogo­stan do poniedziałku. Odnowił go we wtorek, podtrzymał w środę, podsycał umiejętnie w czwartek, aż wreszcie przeciągnął do piątku po północy, gdzie czekała już na niego spragniona sobota z niedzielą. Kiedy w poniedziałek - ten następny - udaliśmy się z ojcem do szopy pana Gorzkiego położonej tuż obok stawu za browarem, przyjął nas, siedząc na klepisku, pijany w sztok, pośród butelek i rozrzuconych narzędzi. Z jego twarzy biła wisielcza melancholia pomieszana z ekstatyczną radością. Co chwila unosił głowę, zaśmiewał się gardłowo i wykrzykiwał wciąż to samo zdanie, jak katarynka:

- Ja wiem! Ja wiem!

Ojciec spurpurowiał, jakby to on sam wypił szklankę spirytusu.

- Gdzie są moje pieniądze? - krzyczał - gdzie jest nasz stół? Proszę mi zwrócić zaliczkę! - zapiał falsetem, łamiąc głos. - Natychmiast!

Ale nawet ja rozumiałem, że ojciec krzyczy wyłącznie dla zachowania przyzwoitości. Nie miało to już bowiem nic wspólnego z panem Gorzkim, który teraz, właśnie na naszych oczach, przeciął nici łączące go ze światem skutków i przyczyn.

Od tego czasu w naszym mieszkaniu pojawiał się pan Polaske. Pukał do naszych drzwi cichutko, witał ojca skinieniem głowy, po czym w milczeniu obchodził dookoła swój dębowy stół, teraz całkiem niewidzialny. Kładł na nim swoje podarunki - paczkę kawy, czekoladę, puszkę angielskiej herbaty - i wychodził niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać mamy. Prezenty wyglądały dość dziwnie, wisząc w powietrzu nad podłogą, lecz zawsze, gdy wyciągałem po nie rękę, znikały tak samo jak pan Polaske. Szybko i bez śladu. W spojrzeniu ojca nie znajdowałem rozstrzygnięcia dręczącej mnie wątpliwości - który mianowicie z braci przychodził do nas w odwiedziny? Ale nie rozmawiałem o tym z ojcem, który był coraz bardziej roztargniony i być może wcale nie zauważał chwilowej obecności gościa w naszym mieszkaniu. Również fotografia z Długim Pobrzeżem niewiele mogła mi pomóc. Obaj panowie Polaske byli do siebie tak podobni, że nie odróżniłbym, który z nich wyjechał do Niemiec, a który został w naszym mieście na zawsze, na brętowskim cmentarzu. Oczekiwałem więc rzeczy nadzwyczajnych i nieprzewidzianych. Do czego, na przykład, mogłoby doprowadzić spotkanie mojej mamy z panem Polaske? Albo pojawienie się nieoczekiwane gościa przy kuchennym stole? Lecz nic takiego nie nastąpiło.

Któregoś dnia ojciec przyszedł z pracy szczególnie podniecony.

- Mam! - krzyczał od progu. - Mam wreszcie stół!

Mama wyjrzała natychmiast przez okno.

- Nie widzę bagażówki - stwierdziła sucho.

I wtedy właśnie ojciec wyjął z kieszeni małą karteczkę i oznajmił, że trzeba pojechać do pana Kaspra, który robi stoły jak przed wojną - solidne i okrągłe, owalne lub w kształcie elipsy - wszystko na życzenie klienta. Tu tkwił sekret przedsięwzięcia: pan Kasper przyjmował tylko ludzi zaufanych, z polecenia. Ojciec wymachiwał karteczką w powietrzu, jak biletem, i dodał, że stolarz o nazwisku Kasper mieszka na Żuławach, po tamtej stronie Wisły.

II

Dom stolarza był niewielki. Tonął w zieleni starych wierzb i krzewów, jak drewniane pudełko z małym gankiem i fantazyjnymi oknami facjat. Staliśmy na podwórku, rozglądając się niepewnie, bo w obejściu nie było żywej duszy, nawet szczekającego psa. Wreszcie z ogrodu, który ciągnął się za domem, wyszła do nas kobieta w nieokreślonym wieku, o pomarszczonej twarzy.

- Do kogo? - spytała.

- Do pana Kaspra - uśmiechnął się ojciec. - Mamy interes do niego.

- On nie Kasper. On jest Kaspar - powiedziała kobieta.

- No tak - ojciec przestępował z nogi na nogę - więc mamy sprawę do pana Kaspara.

Kobieta patrzyła na nas podejrzliwie, a może tylko obojętnie, dość że nie powiedziała niczego więcej i staliśmy nadal, w gęstym i nieruchomym powietrzu południa, jak dwaj przybysze z obcego świata.

- Mam dla niego wiadomość - powiedział wreszcie ojciec. - Czy on jest w domu?

- W domu? - kobieta była oburzona. - Musicie iść drogą aż do spędu. On tam jest! - I odwróciła się szybko, łopocząc połami fartucha, jakbyśmy zupełnie przestali ją interesować. Obeszła narożnik domu i znikła gdzieś między krzewami.

- No to chodź - usłyszałem westchnienie ojca - musimy go znaleźć.

Ale w porównaniu z jazdą autobusem przez most pontonowy na Wiśle czy odkrytym wagonem kolei wąskotorowej, która wiozła nas przez groble, kanały i szpalery topoli, przeskakując zgrabnie żelazne mostki i ukryte śluzy, w porównaniu z tym wszystkim ostatni etap wyprawy po okrągły stół wydawał się drogą czyśćcową. Po kostki brnęliśmy w brudnym piachu, z którego unosił się gęsty kurz gryzący w gardle. Osiadał na wargach i języku, szczypał w oczy, zgrzytał między zębami, a prowadziły nas ślady racic.

- To już niedaleko - mówił ojciec - tą drogą pędzą bydło.

Lecz mnie było już wszystko jedno. Nawet widok wiat­raka z kikutami skrzydeł, który stał przy drodze, bezużyteczny jak porzucone narzędzie, nie przyciągał mojej uwagi. Co chwila omijaliśmy zwierzęce odchody i trzeba było uważać, żeby nie zanurzyć nogi w końskie albo krowie gówno. Było gorąco i gdyby nie ojciec, na pewno bym zawrócił.

W końcu dotarliśmy do placu, przy którym stał budynek przypominający bunkier. Cementowe ściany zabudowane w kwadrat nie miały właściwie okien i tylko pod samym dachem, płaskim jak decha, biegł rząd niewielkich świetlików. Żółty i odrapany szyld głosił, że stoimy przed barem "Pod świnią". We wnętrzu, chłodnym i mrocznym, siedziało przy kulawych stolikach kilku nadwerężonych mężczyzn.

- Piwa nie ma - krzyknął otyły barman - wszystko już wyżłopali!

Wirujące smugi tytoniowego dymu z ostrym zapachem potu, moczu i skwaśniałego alkoholu otaczały nas jak mgła. Ojciec tłumaczył barmanowi, kogo poszukujemy, a ja przyglądałem się twarzom mężczyzn. Były ogorzałe, pocięte bruzdami i z tym samym wyrazem, trudnym do określenia - zapatrzone w niewidzialny punkt.

Pan Kaspar siedział w samym kącie baru, prawie niewidoczny w półmroku, i palił ogryzek cygara. Na jego stoliku nie było pustego kufla, leżała za to kartka papieru, po której wodził kopiowym ołówkiem, pozostawiając na niej fioletowe linie. Ojciec, pochylony, wydostał z kieszeni karteczkę, położył ją na blacie jak bilet wizytowy i szeptał panu Kasparowi do ucha opowieść o stole. Kreś­lił przy tym w powietrzu fantazyjne linie, przecinał je i łączył, unosił się na palcach i siadał wolno na ławie, a jego rozmówca słuchał w milczeniu, dopalając cygaro.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, role się zmieniły. Pan Kaspar opowiadał, ciągnąc na sznurku prosiaka, o dzisiejszym spędzie - nieudanym, jak zwykle gdy przyjeżdżali urzędnicy i kontrolerzy. Właśnie dlatego pan Kaspar nie sprzedał świni i czekał w barze nie wiadomo na co, może na koniec świata, a może na lepsze czasy, aż zobaczył nas i od razu poczuł, że idziemy do niego.

Minęliśmy opustoszały wiatrak, a pan Kaspar mówił dalej, że kilka dni temu śnił mu się dorosły mężczyzna z chłopcem, którzy pukają do jego drzwi i mają dla niego dobrą nowinę. To przeczucie, dzisiaj właśnie spełnione, wprawiło go w doskonały nastrój, cóż bowiem piękniejszego może spotkać człowieka w takich czasach? Ojciec dyskretnie spoglądał na zegarek, czas płynął nieubłaganie, a ostatni wagon kolejki wąskotorowej odchodził za godzinę z sąsiedniej wsi.

- Niech się pan nie przejmuje - stolarz chwycił ojca za rękę - czymże jest nasze życie wobec wieczności? Maleńką chwilką, pyłkiem tylko!

Ojciec nie odpowiedział, a pan Kaspar rozwijał swoją myśl dalej:

- W tym pyłku, choć taki mały on jest i słaby, tkwią jednak tajemnice przeznaczenia. Bo dokąd idziemy? I skąd?

- Tak - ojciec opuścił głowę - to wszystko jest dosyć tajemnicze. Ale - zawahał się przez chwilę - czy zrobi pan ten stół? To dla nas bardzo ważne.

Stolarz zaplątał się w sznurek i pewnie dlatego nie odpowiedział ojcu natychmiast. Prosiak kwiczał żałośnie, pan Kaspar rozplątywał zamotane sploty, a wokół nas unios­ła się gęsta chmura kurzu, który opadał powoli, wirując w promieniach popołudniowego słońca. A w chwilę potem, już przed domem, między krzakami czarnych porzeczek i gęstymi zaroślami piwonii, zaczął się niezwykły ruch. Kobieta o pomarszczonej twarzy wynosiła talerze i sztućce, a pan Kaspar, jakby nie słyszał pytania ojca albo zapomniał o celu naszej wizyty, ustawiał wiklinowe fotele wokół kamiennego stolika; i zanim ojciec zdążył powiedzieć cokolwiek, na przykład: "bardzo nam przykro, ale musimy już jechać", siedzieliśmy nad rosołem, w którym pływały wielkie złote oka, i nad sztuką mięsa; a kiedy zjedliśmy i to, pan Kaspar przyniósł z piwniczki dzban, z którego nalewał do grubych szklanek jałowcowe piwo o ciemnej barwie i mocnym, aromatycznym zapachu.

- Cała sztuka - powiedział, unosząc szklankę do oczu - polega na tym, aby nie dodać zbyt dużo tych kuleczek. I żeby zebrać je w odpowiedniej porze, wczesnym popołudniem, kiedy nagrzane są od słońca i puszczają sok.

Patrzyłem, jak ojciec ciągnie cienisty napój długimi łykami i jak jego twarz, zawsze poważna i nieco zachmurzona, rozjaśnia się teraz, wypogadza i nabiera niezwykłego blasku. Zaraz też obaj panowie zaczęli snuć wspomnienia. Ojciec opowiadał o tym, jak w roku czterdziestym piątym przypłynął do Gdańska Wisłą, starym kajakiem, bo nie miał żadnych dokumentów i bał się kolejowych dworców i miejsc, gdzie chodziły sowieckie patrole. Natomiast pan Kaspar mówił o długiej podróży w wagonie kolejowym, która skończyła się niedaleko stąd, kiedy niemieccy dywersanci wysadzili tory i trzeba było znaleźć jakieś miejsce na postój. Opowiadał, jak szedł przez puste wsie, gdzie skrzypiały otwarte okiennice i uchylone drzwi, wabiąc go cicho: "Kaspar, tu! Kaspar, chodź!". Ale on nie mógł się zdecydować, bo za sobą zostawił miasto, najpiękniejsze na świecie, miasto kościołów i synagog, łagodnych wzgórz i sosnowych borów otaczających przedmieścia, miasto swojego dzieciństwa, młodości i wojny, które teraz znalazło się pod bolszewicką władzą.

- A jest to władza szatana - zamyślił się pan Kaspar. - Kraina ciemności i srogiego ucisku.

Dzban był już pusty. Kobieta o pomarszczonej twarzy zabrała go na chwilę do domu.

- Tylko jak długo będzie to trwało? - pytał ojciec. - Jak długo można to wytrzymać?

Pan Kaspar odebrał napełnione naczynie i nalał znów piwa pachnącego jałowcem do szklanek. W powietrzu unosiła się przedwieczorna mgiełka, jaskółki z wizgiem krążyły pod okapem, a ojciec, jakby zapomniawszy o wąskotorowej kolejce i stole, mówił, że Pan Bóg chyba dawno przestał interesować się nami, skoro możliwy jest taki właśnie świat.

- O, nie! - żachnął się pan Kaspar. - Nie znamy dnia ani godziny. A swoją drogą - zapytał - czy świat zasłużył sobie na lepszy los?

Po tym pytaniu, w które niczym brzęczenie muchy wkrad­ły się wątpliwości i niejasne cienie, ledwie widoczne, a przecież wyraźne, w postaci nagłych zmarszczek na czole mojego ojca, zaszumiały liście i przez ogród przeszedł lekki powiew od rzeki. Pan Kaspar nie od razu polubił krainę, gdzie płaska jak stół ziemia nie ma końca, a długie rzędy topól i wierzb umykają prostymi liniami w nieskończoność. Którejś wiosny sztorm przełamał zapory, obalił śluzy i morze wdarło się aż tutaj, pod dom pana Kaspara.

- Niech pan sobie wyobrazi - opowiadał, pochylając się nad ojcem - że zarzuciłem z okna wędkę i wyciągnąłem... no, niech pan zgadnie, co?

- Suma! - krzyknął ojciec. - W tych kanałach muszą być wielkie sumy!

- Wyciągnąłem siedmiokilowego dorsza! - z zachwytem wspominał pan Kaspar. - A gdy woda stała dłużej, mogłem sieciami ciągnąć śledzie!

Rozcierałem smak gorzkiego piwa na podniebieniu, bo dano mi spróbować dwa albo trzy łyki, i czułem, jak jałowcowe bąbelki zaczynają krążyć w mojej głowie. Niepostrzeżenie opuściłem werandę i zapuściłem się w gęstwinę ogrodu. Chodziłem po zarośniętych łopianami ścieżkach, a mocny zapach piwonii wirujący w powietrzu był dla mnie jak przedsmak gorącego lata.

- Myyy, Pierwsza Brygaaada! - głos ojca ulatywał wysoko ponad drzewa.

- Strzeeelecka gromaaada! - zawtórował mu pan Kaspar i dalej śpiewali już razem: - Na stos! - rzuciliśmy! - nasz życia los! - na stos! - na stos!

Następnie obaj panowie pociągnęli rozmarzonymi głosami za Niemen, a kiedy przebyli już tę rzekę w bród, z chrzęstem broni i łopotem sztandarów, wznieśli zdrowie marszałka Piłsudskiego i usłyszałem trzask tłuczonego szkła. Po chwili ujrzałem ich obu na szerokiej alejce między jabłoniami. Szli wolnym krokiem w stronę rzeki.

- Oczywiście, pomogę panu, choć nigdy tego nie robiłem - mówił ojciec - dlaczego nie?

- Tak, tak - odpowiadał stolarz - zawsze czekam do zmierzchu, bo to nie jest prosta sprawa. Trzeba uważać!

- Oczywiście, trzeba bardzo uważać - powtórzył jak echo ojciec.

Na niebie wschodziła czerwona tarcza księżyca, kiedy zniknęli w dużej szopie obsadzonej gęsto krzakami forsycji i leszczyny. Usiadłem niedaleko nad wodą i patrzyłem na żebro zwodzonego mostu. Jego opadłe ramię jak nieruchomy dźwig przecinało rzekę, a niżej wśród tataraku i trzcin zobaczyłem wrak barki. Był wbity w brzeg jak potężny klin i nawet teraz, w blasku księżyca, widziałem karłowate brzozy i olchy, które porastały dziób i nadbudówkę. Żaden dźwięk, nawet najmniejszy plusk wody nie mącił spokoju nad rzeką. Powietrze stało nieruchome i znów przypomniałem sobie pana Polaske, który wchodził do naszego mieszkania niepostrzeżenie, szukając niewidzialnego stołu. Czy mógł zrobić to teraz, kiedy byliśmy z ojcem u pana Kaspara nad rzeką Tują? Ostatnia wąskotorówka odjechała już dawno, a mama dzwoniła pewnie od sąsiadki na pogotowie, milicję i do szpitali, aby potwierdzić najgorsze przeczucia. A jeśli spotka go na schodach, w ciemnej klatce, gdy w długim płaszczu przejdzie obok niej, milczący i zamyślony. To nie byłoby jeszcze najgorsze - myślałem. - Oby tylko nie spotkała go w mieszkaniu!

Tymczasem z szopy nie dochodziły żadne dźwięki, a przez zamknięte okiennice nie wydostawał się najmniejszy promyk światła. Dopiero po chwili zauważyłem, że z niewielkiego komina, prosto w granatowe niebo, sączy się siwa nitka dymu. Czekałem, aż warkot piły lub stukot młotka rozedrze ten namiot ciszy, ale zamiast odgłosów pracy powietrze przeszył nagle dziwny wrzask. Nigdy nie słyszałem czegoś równie okropnego. Ni to jęk, ni pisk świdrował przenikliwie ciszę, by nagle, po paru sekundach umilknąć.

Byłem sparaliżowany. Stałem na brzegu, patrząc w czarne kontury szopy i nie mogłem ruszyć się z miejsca, jakby tam, w środku, pomiędzy ojcem a panem Kasparem zdarzyło się coś, czego nie mogłem sobie nawet wyobrazić. Wreszcie, wiedziony niejasnym przeczuciem, podszedłem do szopy i uchyliłem cicho drzwi. Ujrzałem przez szparę postać pana Kaspara w białym fartuchu poplamionym krwią. Unosił w dłoniach wielki tasak i kiedy usłyszałem mojego ojca, który powiedział głośno: "nie, nie, to chyba nie tak!", topór uderzył w coś miękkiego, co leżało na stole, a wtedy krew trysnęła na wszystkie strony i pan Kaspar, wycierając dłonie i twarz z czerwonych plam, powiedział: "tak, rzeczywiście chyba nie wszystko spłynęło jak trzeba".

Ogień buzował w wielkim piecu, który miał kilka żelaznych drzwiczek, ojciec podrzucał do paleniska grube polana, a pan Kaspar odłożył tasak i z nożem w dłoni rozcinał teraz czerwone i różowe płaty mięsa wiszące na hakach. Obok, na podłodze z desek, leżał świński łeb. Otwarte oczy prosiaka patrzyły na mnie pytająco, a obaj panowie płukali kawałki mięsa w miednicach, niektóre wsadzali do kamiennych garnków, inne nacierali jakimś proszkiem, po czym wieszali je na żelaznym pręcie, który znikał w czeluściach wysokiego pieca.

- Do rana powinniśmy zdążyć - powiedział pan Kaspar, odkładając długi i szeroki nóż - całe szczęście, że przyjechał pan dzisiaj, bo moja żona nie znosi takich widoków.

Ojciec odłożył na chwilę robotę, wytarł dłonie i z kryształowej karafki, która stała na półce, nalał do kieliszków rubinowego płynu. Był ciemniejszy niż krew i bardziej gęsty, widziałem to przez uchylone drzwi, kiedy przechylali kieliszki.

- Pana żona jest małomówna - powiedział ojciec, wycierając usta - i ma dziwny akcent. Pomorski, a jednak inny.

- Zauważył pan to? - stolarz zabrał się znów do roboty. - Zauważył pan jednak!

I zanim ojciec wsadził do pieca następny ruszt, pan Kaspar zaczął mówić szybkimi zdaniami, że oni śnią mu się po nocach, że widzi ich jak na jawie, gdy w czarnych kapotach przekraczają bramy obozów, gdy w tych czarnych kapotach zdążają prosto do nieba, a tam, w górze, otwierają się wrota i Pan Bóg wita ich z uśmiechem. Bo któż miałby mu być milszy niż oni, którzy uprawiali tłustą ziemię w pocie czoła i z miłością, oni, którzy przekopywali pracowicie kanały, budowali śluzy, stawiali wiatraki, śpiewali psalmy i hymny i nigdy, pod żadnym pozorem, nie chcieli brać broni do ręki?

- Oni? - zapytał nieśmiało ojciec, przymykając drzwiczki pieca.

A wtedy pan Kaspar westchnął cicho i mówił o menonitach, po których nie został prawie żaden ślad, i o domu, do którego wszedł kilkanaście lat temu, myśląc, że będzie pusty jak pozostałe, w czym jednak się mylił, bo na strychu, w najgłębszym kącie i po dwóch dniach dopiero, zobaczył dwoje świecących oczu i to były właśnie jej oczy, menonickie, ostatnie na tej ziemi i pierwsze, jakie ujrzał nad rzeką Tują.

- Ach tak - powiedział mój ojciec - teraz rozumiem.

W garnku bulgotała wrząca woda, stolarz płukał w miednicy oczyszczone jelita, a nad szopą, ogrodem, rzeką i kanałami unosił się wielki księżyc. Stałem w drzwiach, patrząc na kryształową karafkę z rubinowym płynem, na płaty mięsa zawieszone na haku, a pan Kaspar, po chwili ciszy, dalej ciągnął swoją opowieść, jak to zapatrzył się w te oczy i natychmiast wiedział, że one go rozumieją, choć jeszcze przez długie miesiące potem nie potrafił jej wytłumaczyć, skąd właściwie przybywa i dlaczego tak długo jechał pociągiem na zachód. Nie potrafił jej opisać swojego miasta wśród wzgórz i sosnowych lasów, w którym kopuły kościołów przeglądały się w obłokach, bo ona - tu pan Kaspar odstawił miednicę i sięgnął po worek z kaszą - bo ona znała tylko jedno miasto, to, do którego pływali stąd łodzią na targ; całkiem inne - ciągnął dalej - spalone wtedy i zrujnowane.

- Mimo wszystko - powiedział ojciec, przytrzymując kiszkę, którą wypełniał stolarz - ruiny wyglądały niesamowicie. Kiedy wpłynąłem kajakiem na Motławę i zobaczyłem je z daleka, pomyślałem, że to księżycowe miasto.

Pan Kaspar pokiwał głową, zawiązał kiszkę cienkim sznurkiem i właśnie wtedy, gdy zamierzał coś odpowiedzieć, może o ruinach, a może ostatnich menonickich oczach, ojciec podniósł wzrok i zobaczył mnie stojącego w drzwiach szopy.

- On jeszcze nie śpi?! - krzyknął ze zdumieniem. - Która to już godzina?

Ale pan Kaspar uspokoił go ruchem ręki, odstawił miednicę, poprosił, żeby ojciec pilnował ognia, bo nic tak nie psuje wędzonki jak nierównomierny dym, i ruszył przez ogród, prowadząc mnie ścieżką do domu.

- A stół? - zapytałem nieśmiało. - Co ze stołem?

Pan Kaspar odpowiedział, że wszystko będzie dobrze i na wszystko przyjdzie odpowiedni czas.

Daleko, od strony rzeki, zadźwięczała harmonia. Kilka głosów zawodziło ochryple: "A ty mene pożałujesz, a ty mene pocałujesz!".

To Ukraińcy - wyjaśnił stolarz, kiedy staliśmy już przed werandą - z tamtej strony rzeki. Piją, śpiewają, smutno im. A czy ty wiesz, dlaczego im smutno? - zapytał niespodziewanie.

Nie wiedziałem. Staliśmy przed domem, patrząc, jak długie cienie drzew kładą się na ścieżkach ogrodu.

- To przez ten księżyc - usłyszałem głos pana Kaspara. - Zawsze kiedy jest pełnia, Ukraińcy z kołchozu piją i śpiewają. Nawet zimą. A któregoś razu przeszli przez lód na tę stronę i podpalili szopę. To było dawno, dziesięć lat temu - mówił coraz ciszej pan Kaspar - tylko księżyc wydawał się większy, jak zawsze kiedy leży śnieg.

Chciałem opowiedzieć panu Kasparowi o naszym stole inaczej niż ojciec, który na pewno nie wspominał o braciach Polaske z Zaspy, ale stolarz odszedł prędko, niknąc między drzewami jak cień.

Kobieta o pomarszczonej twarzy zaprowadziła mnie do pokoju na poddaszu i pokazała przygotowane łóżko. Ale ja wcale nie chciałem spać. Kiedy tylko usłyszałem kroki na schodach, podszedłem do okna i otworzyłem je szeroko. Księżyc był już po drugiej stronie domu i jego poświata wydawała się słabsza, lecz mimo to dach szopy, drzewa i jasna wstążka rzeki z opadłym ramieniem zwodzonego mostu były widoczne jak na dłoni. Tylko wrak barki zniknął gdzieś za zakrętem wśród tataraku i trzcin. Ukraińcy rozpalili na drugim brzegu ognisko. Widziałem ich figurki uwijające się wokół światła i żałowałem, że nie mogę tam iść, bo ich piosenka, śpiewana mocnymi głosami przy harmonii, długa, rozciągła i wpół zrozumiała, groźna i łagodna zarazem, była dziwnie pociągająca.

I nagle zapragnąłem wiedzieć wszystko. Dokąd płynie rzeka Tuja? Gdzie było miasto pana Kaspara? Dlaczego menonici nie chcieli nosić broni? Czy rzeczywiście wszyscy poszli do nieba? Zapomniałem zupełnie o panu Polaske, mamie i okrągłym stole, po który jechaliśmy przez most pontonowy na Wiśle.

Kiedy usiadłem na łóżku, mój wzrok padł na szafę z rzeźbionymi nóżkami. Otworzyłem drzwi i pośród męskich marynarek, spodni, koszul i krawatów, które należały pewnie do pana Kaspara, znalazłem kapelusz, jakiego nie widziałem jeszcze nigdy, nawet na starych fotografiach. Był czarny, z ogromnym rondem, a jego filcowe brzegi układały się pod palcami miękko i bez oporu. Stałem przed lustrem i widziałem w niewyraźnej poświacie odbicie swojej twarzy, której nigdy nie przyglądałem się z taką uwagą jak teraz, twarzy ukrytej w cieniu czarnego ronda, jej ledwo widocznym oczom i ustom, rozpuszczonym jakby w szlifowanym zwierciadle. Coraz większy był za to kapelusz, a wraz z nim rosłem i ja; aż wreszcie, kiedy byłem już tak wysoki jak ojciec i szeroki w ramionach jak pan Kaspar, szedłem przez księżycowy ogród do rzeki i przez drewnianą kładkę wkraczałem na pokład barki. Zwodzony most unosił swoje ramię, a ja, stojąc za kołem sterowym, prowadziłem statek przez zakola rzeki, odnogi kanałów, śluzy i przepusty, aż wreszcie wpływałem na Motławę i przybijając do Długiego Pobrzeża, w tłumie masztów, kominów i chorągiewek, prosiłem Ukraińców o wyładunek. Worki ze zbożem, okrągłe sery, kosze pełne jabłek i śliw, beczki, w których pływały ryby, sztuki płótna pachnące latem i ziołami, kilkufuntowe beczułki z masłem - wszystko to wędrowało z luków na nabrzeże. Ukraińcy zawodzili smętnie przy pracy, a ja, chociaż nie rozumiałem do końca słów pieśni, w której pan Potocki "pesi syn, zaprodał Polszu, Litwu i wsiu Ukrainu", słuchałem tych słów jak znajomego refrenu, w którym wyrażała się nieukojona tęsknota i gniew.

Czerń kapelusza odbita w zwierciadle odzyskała wreszcie głębię i ostrość, kiedy ujrzałem nagle płomień świecy, a nad szerokim rondem pojawiła się pomarszczona twarz kobiety. Stała za mną z lichtarzem w dłoni, a poły jej szlafroka opadały do kostek jak obszerna suknia. Dopiero po chwili, nie odwracając wzroku od zwierciadła, zobaczyłem łzy: spływały jej po policzkach jedna za drugą; pomyślałem, że pewnie wzruszyły ją słowa piosenki dobiegające z tamtej strony rzeki, od ogniska. Lecz to nie było to. Delikatnym ruchem zdjęła mi z głowy kapelusz i obracała go w dłoniach. Nie wiedziałem, kiedy weszła do pokoju i jak długo obserwowała mnie przy lustrze. Czy mogła widzieć mnie na barce?

Świeca odstawiona na podłogę migotała chybotliwym płomieniem, a milcząca kobieta o pomarszczonej twarzy, wpatrzona w czerń kapelusza, stała obok mnie, zajęta myślami, do których nie miałem dostępu. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na szklanej powierzchni lustra, po czym zobaczyłem, jak odchodzi, trzymając czarne rondo w obu dłoniach.

Zdmuchnąłem świecę. Wykrochmalona pościel przyjęła mnie łagodnym chłodem, a mimo to palił mnie żar, jakbym stał przy piecu w szopie, gdzie pan Kaspar i ojciec, zajęci nielegalnym ubojem, zapomnieli o bożym świecie i o tym, że upływa czas.

Z kobietą o pomarszczonej twarzy nie zamieniłem ani jednego słowa. Także następnego dnia rano, gdy obaj panowie, smakując wędzonki, próbując kiszki, rozwodząc się nad zaletami polędwicy, omawiali szczegóły zamówienia: średnicę blatu, wysokość nóg, kolor forniru.

Nie powiedziałem ojcu o czarnym kapeluszu, gdy jechaliśmy wąskotorową kolejką wzdłuż rzeki Tui, mijając zarośnięte kanały i nieczynne śluzy. Ani wówczas, gdy niebieskim autobusem mknęliśmy przez most pontonowy na Wiśle, ani też wtedy, gdy na przedmieściach Długich Ogrodów zamajaczyły ceglane wieże kościołów.

Ojciec rozwijał z zatłuszczonego papieru pachnącą jałowcem szynkę, mama ze zwilżonym ręcznikiem na głowie leczyła migrenę, a ja, patrząc na ich zagniewane twarze, gdy ciskali w siebie słowami "obowiązek", "stół", "lekkomyślność", "okazja", myślami byłem przy kobiecie o pomarszczonej twarzy: czułem, że nigdy jej nie zapomnę i że ona nie zapomni mnie nigdy.

Tydzień później nieznajomy kierowca zastukał do naszych drzwi i obcy mężczyźni wnieśli do pokoju stół pana Kaspara. Był okrągły, z orzechowym fornirem i wzbudził absolutny zachwyt mamy. Swary i kłótnie poszły w zapomnienie, a obiad tego dnia ciągnął się długo, jakby odwiedziła nas babka Maria.

A kiedy dojrzały już na naszej ulicy kasztany, a ja, ślęcząc nad pierwszymi literami elementarza, poznawałem losy Ali, która ma kota, i pochylony nad stołem pana Kaspara czytałem pierwsze zdanie: "To jest fabryka", do naszych drzwi zastukał pan Polaske. Był nieśmiały, opowiadał, jak znalazł nasz adres i jakie trudności miał z wizą i urzędnikami Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Usiadł przy stole pana Kaspara, wyjął kawę, kakao, czekoladę, puszkę herbaty angielskiej, opowiadając o podróży i o tym, jak bardzo jest szczęśliwy.

- Czy zje pan z nami obiad? - zapytała mama, ale pan Polaske śpieszył się do hotelu. Dziękował, przepraszał i wyszedł prędko, żegnany przez ojca w drzwiach.

- Nie zauważył stołu - powiedział ojciec.

Ale ja nie byłem tego taki pewny. Prezenty, które zostawił, nie zniknęły tym razem niepostrzeżenie. Przerzuciłem kartki elementarza. Ala szła do szkoły. Tata szedł do pracy. Mama gotowała obiad. Hutnicy wytapiali stal. Górnicy wydobywali węgiel. Lotnik szybował nad ojczyzną. Wisła płynęła do Bałtyku. Kobieta zabrała czarny kapelusz. Menonici poszli prosto do nieba. Pan Polaske sprzedał stół, a pan Kaspar zrobił nowy.

- Co ty czytasz?! Czy on czego nie zmyśla? - zapytała mama.

- Tak, tak - ojciec zapalił papierosa i położył dłoń na blacie, po którym ślizgało się światło - wszystko to jest zmyślone. Dosłownie wszystko!

Patrzyłem na smugę dymu niknącą pod sufitem. Czas płynął odtąd inaczej i tylko ja wiedziałem dlaczego.

Winniczki, kałuże, deszcz...

Frankowi Rossetowi

Na początku był deszcz. Padał od kilku dni i nieopodal kościoła Zmartwychwstańców woda wyżłobiła głębokie kanały, którymi płynęły z lasu patyki, źdźbła trawy i małe szyszki. Lubiłem stać w tym miejscu. Woda bulgotała na kamieniach wypłukiwanych z drogi, strumyki łączyły się ze sobą w jeden wartki potok, który spływał dalej w dół ulicą Gomółki, przecinał następnie Chrzanowskiego i wreszcie rozlewał się w ogromne kałuże po obu stronach jezdni. Wzgórze za kościołem spowijała mgła, z gałęzi sosen i świerków spadały ciężkie krople i wszystko, także dachy domów i szczyt drewnianej dzwonnicy, tonęło w jednostajnym szumie.

Co roku zapach lata przychodził od strony morza. Bryza niosła ze sobą woń rozwieszonych sieci i smak soli, który czuć było na wargach, a teraz lato ukazywało swoje odmienne, być może ukryte oblicze. Nad ziemią krążyła niewidoczna zawiesina, w której panował żywioł płodności. Zapach pleśni, grzybów, żywicy i nieznanych ziół unosił się nad kałużami jak gęsty wywar, powracał z każdą falą deszczu, wypełniał ogrody i ulice, a rozbuchana zieleń mogła lada chwila rozsadzić zwilgotniałe mury kamienic, z których od lat odpadał tynk, ukazując czasami strzępy niezrozumiałych napisów.

Wyjmowałem z kieszeni przygotowane drewienka. Najpierw na wodę spływała "Santa Maria", potem "Magellan", "Kapitan Grant", "Nautilus", między nimi przemykał niszczyciel "Burza" z czasów ostatniej wojny, a wreszcie na zakończenie wodowania puszczałem do strumyka okręt flagowy "Trynidad", którego nazwa nie pochodziła ani z książek, ani z opowieści marynarzy. "Trynidad" wyrażał nieokreśloną tęsknotę za ciepłem tropikalnych mórz, za blaskiem hiszpańskiego złota, a także zapachem mandarynek, które co parę lat pojawiały się w naszym mieście przed Bożym Narodzeniem, kiedy do portu zawijał statek z Grecji albo Portugalii.

Gdzieś w gąszczu zieleni majaczyła czasami plama sutanny. To proboszcz z ogromnym parasolem schodził z domu na wzgórzu do kościoła. Otrzepywał krople deszczu, machając jak ptak czarnymi skrzydłami, zatrzymywał się na schodach, patrzył w niebo i na drogę, ale nasze spojrzenia nie krzyżowały się ze sobą.

Statki płynęły coraz szybciej, woda niosła je poprzez wiry, przez wodospady i spienione katarakty, biegłem więc za nimi w dół aż do miejsca, gdzie potok rozlewał się szeroko, nie syczał już i nie bulgotał, a moja armada wpływała na szerokie i spokojne wody. Kałuże miały tu barwę ciemnej zieleni i tylko czasem, gdy niebo zaciągało się mocniej niż zwykle, ta zieleń przechodziła w brąz i wtedy jasne kadłuby "Santa Marii" czy "Nautilusa" odcinały się od tła jak poziome, widoczne z daleka kreski.

Brodziłem po kałużach jak Bóg pochylony nad światem. Wyspy, zatoki, przylądki, cyple i sekretne przesmyki zmieniały swój kształt nieustannie. Niejednokrotnie znana z atlasu linia norweskiego fiordu czy kształt szwedz­kiego wybrzeża pojawiały się tutaj jakby odrysowane z pamięci, by w parę chwil potem ulec tajemniczym przemianom. Lądy rozpadały się w okamgnieniu, szkiery i mielizny znaczyły nowe szlaki żeglugi, a w miejsce dawnych archipelagów powstawały nowe, o liniach tak fantastycznie powikłanych, że ich finezji i subtelnego piękna nie oddałaby żadna mapa. Pośród nich odnajdywałem teraz okręty. Niektóre kołysały się na wodzie, inne osiadały na mieliznach i tylko "Trynidad", jakby w jego nazwie zawierało się wezwanie do najdalszej podróży, pomykał środkiem rozlewiska, tam gdzie niewidoczny prąd znosił kadłub okrętu ku krańcom świata. Było to miejsce niebezpieczne. Woda huczała na cementowym progu i wszystko, nawet małe kamienie i grudki żółtej gliny, wsysał potężny wir kanalizacyjnej studzienki. Jej żeliwny dekiel zanurzony pod wodą prowadził do podziemnego świata. Tam, gdzie nie dociera blask dnia i gdzie labirynt pieczar i oślizgłych ścian, wypełniony szumem i sykiem, przypomina piekło. Woda chlupotała w kaloszach, a ja w ostatniej chwili wyławiałem "Trynidad", ratując przypadkowych podróżnych przed katastrofą. Czasem był to złocisty żuk wczepiony w kadłub, czasem pająk lub mrówka; zanosiłem więc niedoszłych rozbitków na suchy ląd i wędrowałem pod górę, pod sam kościół, gdzie z rozpiętym nad głową parasolem przechadzał się między drzewami proboszcz, odmawiając brewiarz.

Byłem samotny i szczęśliwy. Mój ojciec też był samotny, lecz na pewno nie był w tym czasie szczęśliwy. Nadrabiał miną, podśpiewywał przy goleniu, trzymał dziarski krok, z uśmiechem odkłaniał się sąsiadom, lecz zawsze kiedy wychodził rano z płócienną torbą, w której znajdowało się śniadanie i pomarańczowa kamizelka, zawsze kiedy wychodził do pracy na dworcu, gdzie zamiatał długą miotłą perony i schody, widziałem w jego oczach jakby cień melancholii albo zdumienia pomieszanego ze smutkiem, że oto właśnie od kilku tygodni nie siedzi już nad ogromną deską z planami statków, nie kreśli na kalce skomplikowanych linii, nie zapisuje tam swoich uwag, cyfr, pierwiastków i kwadratowych nawiasów, tylko macha tą czarną miotłą, zbiera na blaszaną szufelkę niedopałki i ogryzki, a wiatr wydyma jego pomarańczową kamizelkę jak żagiel rozbitka.

- Mogłeś to jednak podpisać - mówiła mama co rano, a wtedy ojciec wymachiwał rękami, krem do golenia pryskał do garnka z mlekiem, lecz jego słowa o tym, że cyfry i obliczenia nie znają kilku języków, bo język matematyki jest tylko jeden, prosty i jasny jak myśl Kartezjusza, jego gniewne słowa o ludziach, którzy znają tylko terminy wodowania, nie znają jednak praw fizyki, te słowa mojego ojca jakoś nie docierały do mamy, spływały po niej jak woda, odbijały się niczym okrągłe piłeczki, czyniąc go jeszcze bardziej samotnym i opuszczonym.

- Ten wał korbowy trzaśnie po dwudziestu milach - usiłował jeszcze tłumaczyć, ale było to beznadziejne; mamie przecież nie chodziło już teraz o żaden wał, lecz o tę szczególną ostentację, z jaką ojciec zamiatał dworzec. Po co to robił? Po co kusił los? Przecież to jawne wyzwanie dla ludzi, którzy go wyrzucili "z wilczym biletem"! - tak mówiła, dokładając do kuchennego pieca sosnowych szczap - i oni mu tego nigdy nie zapomną, oni nie zapominają takich rzeczy! - A wtedy ojciec opowiadał, jak miło jest na dworcu, kiedy zawiadowca macha czerwonym lizakiem, kiedy zapowiadają pociągi przyjeżdżające z kraju nad morze i kiedy rozmawia z robotnikami dworca towarowego, robotnikami z rampy, którzy dokładnie wiedzą, jakie towary za dzień lub dwa pojawią się w sklepach, bo wszystko - lodówki, maszynki do mielenia mięsa, czeskie odkurzacze, jugosłowiańskie meble, perskie dywany z NRD - bo wszystko to przechodzi przez ich ręce i mogą o tym gawędzić godzinami, w natchnieniu, oczekując na kolejny transport.

- Nigdy jeszcze nie widziałam czeskiego odkurzacza - krzyczała mama - i nie widziałam inżyniera, który chwali się taką pracą! - I zanim ojciec zdążył wyjść z domu, mówiła jeszcze, że niepotrzebnie przyjechali do tego miasta, niepotrzebnie wywozili popołudniami gruz z ruin i niepotrzebnie odbudowywali je jak tysiące innych ludzi, ze śpiewem i entuzjazmem, skoro teraz ojciec nie może w tym mieście znaleźć odpowiedniej pracy i wszędzie, gdzie się pojawi, rozkładają ręce i mówią: "proszę wybaczyć, ale z pańskimi poglądami...", jakby wał korbowy miał coś wspólnego z jakimikolwiek poglądami.

Ojciec już w drzwiach odpowiadał, że praca na dworcu jest wspaniała i że w ogóle nie ma czym się przejmować, bo kiedy skończą budować ten statek i popłyną na próbę, wtedy okaże się, kto miał rację, wtedy prawda wypłynie na jaw, bo prawda zawsze wypływa na powierzchnię jak oliwa.

- Jaka prawda? - pytała mama, ale on nie słyszał już tego; szedł z pochyloną głową przez podwórko, przeskakiwał kałuże, płócienna torba zwisała mu z ramienia, a ja czułem, że jest jeszcze bardziej samotny niż poprzedniego dnia i że nadrabia miną, bo przecież peron dworca nie jest planem kadłuba czy maszynowni, a miotła nie zastąpi mu nigdy czarnego grafionu, którym zaznaczał wszystkie te swoje cyfry i obliczenia.

Byliśmy więc samotni, choć każdy inaczej. On, w pomarańczowej kamizelce, takiej samej, jakie nosili śmieciarze, kreślił miotłą po peronie schematy tłoków, wyloty zaworów, wały korbowe i wloty paliwa, a ja, nad deszczowym strumieniem, podróżowałem na krańce świata aż do miejsca, gdzie czarna dziura wsysała z potokami wody wszelką materię.

Czy tak mogło wyglądać wejście do Hadesu? Wiedziałem, że świat cieni ukryty przed okiem śmiertelników posiada sekretne wejścia, owe furtki znane nielicznym śmiałkom, ale czy droga do królestwa Persefony wiodła akurat tędy? Czy gdybym był Odysem albo pieśniarzem z Tracji, mógłbym, odchyliwszy klapę kanalizacyjnej studzienki, wejść prosto nad brzegi Styksu? Na takie pytanie mogłaby odpowiedzieć jedynie babka Maria, która podczas zimowych wizyt czytała mi mitologiczne historie; ona jedna dałaby się zaprowadzić nad wielkie kałuże i na pewno podziwiałaby wir, w którym znikały niesione przez wodę stworzenia. Nie było jej jednak przy mnie, nie było jej nawet w naszym mieście, mieszkała od nas daleko, więc brodząc po rozlewisku sam, zdany byłem zaledwie na domysły, niepewność i milczące spojrzenia proboszcza.

Gdyby Pan Jezus spędził trzy dni po swoim pogrzebie właśnie w Hadesie, gdyby jednym gestem poskromił Cerbera, a potem spotkał tam... nieszczęśliwego Syzyfa - tak, wówczas mógłbym zapytać proboszcza o sekretne wejście do świata podziemi. Ale zdanie z credo, które przypomniałem sobie, stojąc nad studzienką kanalizacyjną, owo lakoniczne i tajemnicze zdanie wymawiane w czasie każdej mszy: "i zstąpił do piekieł, a trzeciego dnia zmartwychwstał", nic bliższego o piekle tym nie mówiło i nie wskazywało raczej, by miało ono coś wspólnego z Hadesem i rzeką zapomnienia. A jednak mimo to zobaczyłem Jezusa w płynącej wodzie: w białych szatach, z uniesioną dłonią i obnażonym bokiem, na których znać było ślady gwoździa i rzymskiej włóczni, płynął łodzią Charona na drugą stronę wśród mgieł i wirujących widm. Widok ten wydał mi się szczególnie piękny i porywający. Ale jeszcze większy zachwyt wzbudziła we mnie scena z Syzyfem:

Jezus podchodził do niego bezszelestnie i pomagał toczyć głaz na górę, a kiedy wreszcie Syzyf krzyknął zdumiony: "udało się! udało!", Jezus wychodził z mgły-obłoku i mówił donośnym głosem, tak żeby go wszyscy słyszeli: "Syzyfie! Twoje winy zostały ci odpuszczone!". Potem Jezus przechodził dalej, aż do hesperyjskiego sadu, gdzie wśród nachylonych gałęzi, złotych jabłek i lekkiego wietrzyku przechadzali się poeci, a pomiędzy nimi mój dziadek Karol, który wprawdzie nie pisał wierszy, ale miał duszę poety i na pewno wędrował z innymi cieniami wśród wysokich traw, spokojny i szczęśliwy.

Woda płynęła dalej, nieustannie, odbijając ciężkie od deszczu obłoki, a ja brodziłem w zielonych kałużach, krążąc wokół kanalizacyjnej studzienki; brodziłem tak długimi godzinami, patrząc, jak na powierzchni wody odbijają się oprócz drzew i nieba moje własne myśli, te, których nie mógłbym wyjawić księdzu proboszczowi i które zachowywałem dla babki Marii jak największy sekret. Głos proboszcza brzmiał surowo, gdy na lekcjach religii opowiadał o fałszywych prorokach, wymyślonych bogach i nieistniejących królestwach, natomiast jej głos był miękki i ciepły, gdy opowiadała historie Odyseusza albo wyprawy Argonautów, a przy tym rozwijała je tak, jakby zdarzyły się niedawno i jakby ich śmigłe okręty przepływały naszą zatokę niejeden raz, tnąc wiosłami wodę i wydymając purpurowe żagle. Rzeka zapomnienia mogła więc mieć początek właśnie tu, niedaleko kościoła Zmartwychwstańców, toteż pochylony nad parującym rozlewiskiem puszczałem moje okręty coraz bliżej niebezpiecznego miejsca, aż bulgoczący wir pochłonął wreszcie "Nautilusa" i "Burzę", wessał "Santa Marię" i "Magellana", połknął "Kapitana Granta", i tylko "Trynidad", mój okręt flagowy, który miał kiedyś dopłynąć na Antyle w poszukiwaniu hiszpańskiego złota i zapachu mandarynek, tylko "Trynidad", którego nazwa brzmiała egzotycznie jak napis na zagranicznym znaczku pocztowym, tylko "Trynidad" wyszedł z tych prób zwycięsko.

Wracałem do domu w stanie natchnienia. Zapach wilgotnej ziemi, zapach błota i mułu unosił się nad wodami i krążył jak niewidoczny ptak coraz wyżej i wyżej, obejmując wreszcie płachtą niewidzialnych skrzydeł port, zatokę, stocznie i wieże kościołów, a ja zatrzymywałem się przy niektórych domach, tam gdzie spod warstwy tynku wyłaniał się napis "Butter - Milch - Brot" albo "Tabakenhandlung", patrzyłem na zardzewiałe markizy, na kręte żeliwne barierki zakończone kolcami w kształcie płomyków świec, zatrzymywałem się przy zarośniętych ogrodach, gdzie w gąszczu chwastów i ogromnych liści łopianu ukrywały się drewniane figurki krasnali, łabędzi i długowłosych księżniczek, patrzyłem na zzieleniałe od mchu altanki porośnięte glicynią albo dzikim winem, lekko przeskakiwałem kałuże, omijałem słupki hydrantów i myślałem o dziadku Karolu, który nie lubił przyjeżdżać do naszego miasta, myślałem o moim ojcu, który z kolei pokochał to miasto, i myślałem o sobie, że jestem pomiędzy nimi jak ktoś na skrzyżowaniu dróg obok kamiennego drogowskazu, na którym woda, piasek i wiatr zatarły dawno wszystkie litery.

- Mój Boże, co ty robiłeś? - mówiła mama. - Gdzie ty się włóczysz godzinami? - ale były to pytania retoryczne.

Suszyłem nogi przy kuchennym piecu, przeglądałem roczniki "Morza" z modelami żaglowców, ojciec powracał z dworca zmęczony i małomówny, jedliśmy zupę ziemniaczaną, na drugie danie jedliśmy ziemniaki z kalafiorem, czasem jedliśmy także deser, a potem ojciec szedł do pokoju, włączał "Beethovena" albo "Pioniera", zasypiał przy dźwiękach muzyki albo popołudniowego dziennika; wiedziałem, że kiedy się obudzi, mama znów będzie go wypytywać o ten nieszczęsny wał korbowy i jego podpis, a raczej brak podpisu na projekcie, a wtedy on będzie się złościł, będzie chodził po pokoju wielkimi krokami, wymachując ręką jak kaznodzieja, będzie podnosił głos i ściszał go aż do szeptu, bo wszystko już przecież wytłumaczył - pośpiech dyrektorów, termin wodowania, ten cały szum wokół budowy "Marszałka Żukowa" niewarty funta kłaków, bo statku nie da się zbudować szybciej, niż to możliwe, to samo z projektami rojącymi się od błędów, o czym nikt jednak nie chciał słyszeć, dużo mówiono za to o przyjaźni i podejrzanych elementach, które widać nie chciały tej przyjaźni i opóźniały szybki marsz w cudowny wiek XXI.

- Beze mnie - mówił ojciec na zakończenie przemówienia i często dla poprawienia humoru wyciągał pudło z fotografiami, a wtedy zaczynała się chwila osobliwa, bo przy stole pojawiał się dziadek Karol w mundurze porucznika cesarsko-królewskiej artylerii, obok niego stał baron von Moll w sztylpach i z szablą, którą wbił właśnie w ziemię, obaj trzymali kufle z pienistym piwem, za ich plecami widniała lufa ogromnego działa, a oni uśmiechali się jak dwaj panowie na kuracji w badzie, którym zagrano akurat Marsza Radetzky'ego, aż do następnej fotografii, gdzie dziadek Karol stał już sam na tle spalonych domów, z dystynkcjami nadporucznika i patrzył na nas już nie tak wesoło jak poprzednim razem, pewnie dlatego, że z barona von Molla została tylko bryła bezkształtnego mięsa, choć może i dlatego, że nie trzymał już w dłoni kufla piwa, a za jego plecami płonęło miasto.

- To Gorlice - mówił ojciec - rok 1915, rok ofensywy austriackiej w Karpatach Wschodnich. A to twój dziadek z prezydentem Mościckim - podawał następne zdjęcie - już w wolnej Polsce, kiedy otwierają fabrykę koło Tarnowa.

Patrzyłem na dziadka Karola, który we fraku i cylindrze stał obok prezydenta i chociaż nie trzymał w dłoni kufla z piwem, jego oczy były uśmiechnięte, tak samo jak na zdjęciu z babką Marią, kiedy wychodzili z lwowskiej katedry, on we fraku, ale bez cylindra, a ona w białej sukni i w białym kapeluszu, z bukietem konwalii w prawej dłoni. Jej twarz, pozbawiona zmarszczek, w pełnym słońcu lwowskiego popołudnia, nie była tą samą twarzą, którą znałem z zimowych wieczorów w naszym mieszkaniu, kiedy czytała mi o wędrówkach Odysa albo pięknej Helenie z książki Parandowskiego. Ale zapach konwalii towarzyszył jej zawsze, nieodmiennie, jakby nosiła ten bukiet przez całe życie ukryty w swojej torebce.

Ojciec zamyślał się nad fotografiami. Ich brązowy cień działał na niego melancholijnie. Nigdy nie obejrzał wszystkich do końca, wzdychał, chował je do pudła.

- Następnym razem - mówił cicho i wychodził do kuchni, gdzie palił papierosy i popijał przez cały wieczór herbatę.

Mama ścieliła łóżka, deszcz bębnił o szyby, a ja myślałem o twarzach z fotografii, szczególnie tych nieznanych, których nie opisano kaligraficznym pismem po drugiej stronie pożółkłych kartoników. Mężczyzna w białym fartuchu, który podawał piwo dziadkowi Karolowi i baronowi von Moll, uśmiechał się do mnie porozumiewawczo, jakby słyszał ich rozmowę, jakby wiedział, o czym gadali przed karczmą na Górnych Morawach. Kobieta w czarnym toczku i woalce stojąca za prezydentem Mościckim patrzyła znów na mnie pytająco, jakbym odgadnąć miał jej dalsze albo wcześniejsze losy. Mężczyz­na ze stopni lwowskiej katedry był nieokreślony i daleki, pewnie znalazł się tam przypadkowo i oglądał ślub babki Marii i dziadka Karola tak, jak ogląda się w kościele przypadkowe śluby, choć mógł być również spóźnionym gościem, jednym z tych, którzy spóźniają się zawsze i wszędzie, nawet na własny pogrzeb.

Zasypiałem, widząc te nieznajome twarze, które znikały powoli w ciemności podobnie jak okręty w czeluściach kanalizacyjnej studzienki. Wokół tego miejsca krążyłem nawet we śnie; brodziłem w ciemnozielonej wodzie, przykładałem ucho do niewidzialnej kaskady, wsłuchując się w nieustanny szum, bulgotanie i plusk, i coraz to powstrzymywał mnie przed tym wzrok proboszcza, czujny i uważny, jakby tam, po drugiej stronie, ukrywała się siła, której nie należało poruszać.

I tak, ani ojciec, ani tym bardziej ja, pochylony nad otworami żeliwnej klapy, której nie miałem odwagi podnieść, nic a nic nie wiedzieliśmy o tym, że zbliża się do nas sezon winniczków, że idzie ku nam wielkimi krokami.

Któregoś dnia ujrzałem ojca u wylotu ulicy. Szedł wolno, z opuszczoną głową, torba zwisała mu z ramienia jak pusty worek i kiedy podbiegłem do niego, żeby go zapytać, o czym rozmawiał dzisiaj z robotnikami na rampie towarowej i czemu wraca dzisiaj tak wcześnie z dworca, powiedział:

- Nie będę już więcej zamiatał peronów - ale nie było to wyznanie gniewne czy bohaterskie, nie, ojciec mówił głosem raczej bezbarwnym lub smutnym. I kiedy mijaliśmy kasztany, które w upał dawały przyjemny chłód i wytchnienie, a tego dnia szumiały kroplami deszczu w liściach, więc kiedy mijaliśmy te drzewa, ojciec opowiadał o dwóch mężczyznach, którzy pojawili się rano na dworcu i oświecili zawiadowcę, kim ojciec naprawdę jest, po czym kategorycznie stwierdzili, że jako inżynier nie może tam pracować, bo przecież to jawna prowokacja, "prowokacja wymierzona w postęp i zdobycze, prowokacja zmierzająca w określonym kierunku"; zawiadowca wziął wtedy ojca do siebie i śmiał się rozbawiony: "ależ mnie pan nabrał!" - podskakiwał na krześle - "ależ z pana dowcipniś!" - chichotał - "no, przykro mi bardzo, ale tu nie może pan pracować, sam pan rozumie, inżynierze..."; i ojciec wyjaśnił mi - wchodziliśmy już wtedy do bramy kamienicy - że w ankiecie personalnej Polskich Kolei Państwowych napisał: "robotnik niewykwalifikowany", co było nieprawdą, lecz usprawiedliwioną, bo przecież jako inżynier nie znalazłby nigdzie pracy.

- Skoro tak - mama przybrała ton przedsiębiorczy - emigrujemy do Ameryki! Tam też produkuje się statki i niekoniecznie takie jak "Marszałek Żukow"!

I kiedy głos mamy krążył wokół paszportów, wiz i pieniędzy, kiedy zastanawiała się, jak zdobyć to, co było nie do zdobycia bez odpowiednich wpływów i protekcji, nie mówiąc już o biletach na transatlantyk, który zawieźć nas miał prosto do Nowego Jorku pod Statuę Wolności, ojciec wydawał się jeszcze bardziej opuszczony i samotny niż na dworcu.

Podobnie jak on nie miałem ochoty płynąć do Ameryki; nie chciałem zamieniać mojej ulicy wysadzonej kasztanami na Statuę Wolności czy drapacze chmur, nie pragnąłem żuć gumy, grać w baseball i oglądać filmów z Myszką Miki, za którymi wcale nie przepadałem. Toteż tym bardziej garnąłem się do niego, szukałem z nim kontaktu i stąd też spędzaliśmy długie godziny nad płachtami papieru, na których pewną ręką rysował mi kadłub krążownika "Spalato", sylwetkę pancernika "Kaiser Max" albo fregaty "Radetzky" - najczęściej te właśnie okręty, bo służył na nich ojciec babki Marii, Tadeusz, mechanik Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej Austro-Węgier na Adriatyku.

- "Spalato" - mówił ojciec - pięćdziesiąt pięć metrów długości, osiem metrów szeroki, wyporność: trzy i siedem dziesiątych, do tego wyrzutnie torpedowe i działa Kruppa, popatrz tylko jakie! - I wyciągał z pudła fotografię pradziadka Tadeusza stojącego w mundurze elewa-inżyniera na pokładzie "Spalato", prawdopodobnie gdzieś w Trieście albo Poli, i obejmującego z jednej strony pana Ferdynanda Karolkę, także elewa, a z drugiej mechanika, Juliusa von Petravica, co brzmiało dość osobliwie, bo "von" nie pasowało do "Petravic", nazwiska przecież chorwackiego.

- Tym statkiem - popadał w rozmarzenie ojciec - popłynęli kiedyś do Indii z kontradmirałem Manfronim, chyba w 1889 albo 1890. Trzeba będzie to sprawdzić - dodawał i wyciągał z pudła kolejną fotografię: pradziadek Tadeusz nie miał tu już na sobie munduru CK Marynarki Wojennej, ale wyjściowy surdut i patrzył na nas uważnym, głębokim spojrzeniem. Na dolnym marginesie widniał wklęsły napis pociągnięty srebrzanką: "Atelier Artistique Photographique - Stella". Byłem zachwycony kształtem tych liter, podobnie jak dwugłowym orłem Monarchii, także wklęsłym i srebrnym. "Lwów, 3-go maja 1911-go" - czytałem wolno, a wtedy ojciec pokazywał pocz­tówkę z widokiem politechniki, gdzie były elew wykładał mechanikę i fizykę, gdzie został profesorem, a z czasem tajnym radcą dworu. I zaczynałem go widzieć, jak w tym swoim surducie przemierza Wały Hetmańskie, jak mija pomnik Sobieskiego i jak na siwe, krótko przycięte włosy i klapy surduta opadają mu wolno kwiaty akacji; i widziałem go coraz wyraźniej w tym dziwnym, nieznanym mi mieście, które nazywało się Lwów, Lemberg lub Lwiw, mieście, które miało politechnikę, teatr, dworzec kolejowy, ale nie miało portu ani stoczni, i zrozumiałem nagle, dlaczego ojciec zaraz po drugiej wojnie przyjechał do Gdańska, dlaczego zapisał się na politechnikę i studiował budowę maszyn okrętowych.

Mama wysyłała listy do Warszawy, do biur, urzędów i konsulatów, ale odpowiedź jakoś nie nadchodziła. Tymczasem ojciec przeglądał codziennie rano gazetę, czytał nekrologi, prognozę pogody i ogłoszenia drobne, i właśnie tam, w dziale krótkich anonsów, pośród ofert sprzedaży używanej pralki, zimowego płaszcza z karakułami i rozsady begonii, natrafił na trop winniczków, które czekały na nas od początku tego lata.

- Wysokie ceny skupu - powiedział któregoś razu, uśmiechając się tajemniczo, po czym włożył marynarkę i wyszedł z domu. A kiedy po dwóch godzinach wrócił, jego uśmiech rozświetlił mieszkanie, jakby nagle przestało padać i jakby wszystkie chmury nad naszym miastem i zatoką przepędził wiatr. - Jutro zabieramy się do pracy - oświadczył. - I jeśli mi pomożesz, zarobimy trochę pieniędzy.

- To obrzydliwe - ucięła krótko mama. Nie chodziło jej o pieniądze, tylko o ukryte w trawie i liściach ślimaki, które mieliśmy zbierać. - Jak można to brać do ust!

- Chyba nie można - przytaknął ojciec - jeśli się nie jest Francuzem. - I tłumaczył z zapałem, że winniczki, za które dostaniemy pieniądze, pojadą prosto do Paryża, a tam, odpowiednio przyrządzone, trafią na stół jako przysmak, jako wyszukana zakąska, bo Francuzi to naród wybredny i byle czego do ust nie biorą, jak - nie przymierzając - my, a zwłaszcza Rosjanie.

Tak powiedział i następnego dnia, w kaloszach, w deszczowych płaszczach i z koszykami w dłoni, poszliśmy do lasu, mijając kościół Zmartwychwstańców. A kiedy proboszcz pokiwał nam ręką i krzyknął: "Dobrego grzybobrania!", ojciec odpowiedział mu: "Bóg zapłać!" i w chwilę potem pochylił się nad kitą paproci, by z mokrej trawy wydobyć pierwszego winniczka. Obracał go delikatnie w palcach, oglądał kształt muszli i czułek, po czym włożył ślimaka do koszyka wyścielonego liśćmi i ruszył dalej jak ktoś, kto przez całe życie nie zajmował się niczym innym. Idąc za nim, czułem, że wkraczam w inny świat. Bez żalu porzucałem strumienie i kałuże, a także miejsce, gdzie pod wodą kryła się sekretna furtka do podziemi, bez żalu porzucałem okręty i Cesarsko-Królewską Marynarkę Wojenną Austro-Węgier na Adriatyku, bo od tego momentu, gdy ojciec włożył do koszyka pierwszego winniczka, znalezionego pod krzakiem paproci tuż za kościołem Zmartwychwstańców, nie miałem wątpliwości, że to, co robimy, nie jest zwykłym zarabianiem pieniędzy.

Odtąd codziennie wieczorem ojciec rozkładał na stole ogromną mapę z napisem "Freistadt Danzig" i znaczył na niej palcem koła, mówiąc: - Tu jeszcześmy nie byli - podczas gdy ja sylabizowałem nieudolnie: - Stolzenberg, Luftkurort Oliva, Nawitzweg, Glettkau, Langfuhr - i ze zdumieniem odkrywałem, że te dziwne nazwy znaczą po prostu Pohulankę, Oliwę, Dolne Młyny w Brętowie, Jelitkowo czy Wrzeszcz, a potem spostrzegałem, z jeszcze większym zdumieniem, że niektóre z nich były silniejsze od wojny, przesiedleń i pożarów, zmieniając swoje brzmienie tylko nieznacznie i jakby powierzchownie, jak Ohra - na Orunię, jak Brosen - na Brzeźno, jak Schidlitz - na Siedlce. Lecz w największe zdumienie w tej ślimaczej geografii wprawiały mnie miejsca, których nazwy nie zmieniły się w ogóle, które trwały przy swoich imionach jak starzy ludzie przy utartych ścieżkach. I kiedy szliśmy z ojcem przez pocięte rozpadlinami wzgórza Emaus, skąd widać było zatokę i statki oczekujące na redzie, lub kiedy wyławialiśmy winniczki z gęst­win opackiego parku w Oliwie, myślałem o tej opowieści, w której zamiast zatoki występuje lustro Jeziora Tyberiadzkiego, a zamiast opackiego parku - ogród pełen oliwek.

- Czy sądzisz, że mógł tędy przechodzić? - zapytałem ojca, a wtedy on, zamyślony głęboko, oderwał wzrok od liści, trawy i winniczków i mówił spokojnym głosem, że wszystko jest możliwe; nasze zmysły wprowadzają nas w błąd i szydzą niejednokrotnie z poczucia zdrowego rozsądku, tak więc nie należy zanadto im ufać, równie dobrze można widzieć coś, co nie istnieje, jak nie widzieć czegoś, co właśnie istnieje.

- A zatem - konkludował, unosząc palec w górę - są rzeczy, o których nawet nam się nie śniło i które prze­rastają naszą wyobraźnię, a które niewątpliwie istnieją wokół nas, tyle że bez naszej wiedzy.

Nie zadowalała mnie ta odpowiedź. Pragnąłem, by ojciec odrzekł "tak" albo "nie", to byłoby dużo prostsze. Nie rozumiałem, dlaczego nasze oczy miałyby wprowadzać nas w błąd, podobnie jak słuch i dotyk, i dlatego gdy schodziliśmy ze wzgórza Emaus piaszczystą drogą wzdłuż wysokich lip, zapytałem pełen wątpliwości, czy to, co widzimy i słyszymy i czego dotykamy naszymi rękami, istnieje zatem naprawdę: czerwone dachy domów, stare drzewa, szum deszczu czy fioletowy płaszcz zatoki, który rozciągał się daleko pod naszymi stopami za linią dźwigów i stoczniowych suwnic.

Ojciec pochylił się nad ścieżką, uniósł w palcach winniczka i mówił, przyglądając się muszli:

- Dowieść tego nie można. To nie jest matematyczne równanie. Ale rozumiesz - ślimak powędrował do koszyka i poczułem dłoń ojca na ramieniu - że istnieje ktoś, kto dba, abyśmy nie błądzili. Kto wskazuje drogę.

- Bóg? - zapytałem.

- Tak - odpowiedział cicho i w tym jego stwierdzeniu tyle było pewności, to jego krótkie "tak" było do tego stopnia proste, jasne i oczywiste, że nie pytałem już więcej, jakby nad wzgórzami Emaus i nad całym naszym miastem roztoczyło się nagle niewidzialne spojrzenie, które nie pozwalało nam błądzić, a sprawiało, że wszystko wokół nas było cudownie prawdziwe - winniczki, liście, kałuże i kropla wody spływająca po przeciwdeszczowym płaszczu mojego ojca.

Popołudniami zachodziliśmy do zielonej budy, gdzie pan Kos­terke, kuśtykając na drewnianej nodze, ważył ślimaki, zapisywał coś kopiowym ołówkiem na zatłuszczonych arkuszach, kazał ojcu składać podpis i wypłacał nam pieniądze. Pięciozłotówki z rybakiem ciągnącym sieci, monety z podobizną Tadeusza Kościuszki, a czasem nawet czerwony banknot z twarzą robotnika wędrowały do kieszeni ojca, ja zaś przypatrywałem się panu Kosterke, który miał nos tak samo zadarty jak Tadeusz Kościuszko, mówił twardym, niemieckim akcentem i pachniał machorką i spirytusem. Po transakcji, gdy ślimaki znalazły się już w specjalnej skrzyni wymoszczonej trawą i liśćmi, ojciec przysiadał na koślawej ławce, częstował pana Kosterke papierosem i zaczynali wtedy rozmawiać o pogodzie i skupie ślimaków, po czym rozpędzali się, przeskakiwali granice państwowe i celne, zakładali filie największej w Europie Środkowej firmy skupu winniczków, przeliczali ogromne sumy, zdobywali wciąż nowe rynki, a na koniec otwierali fabrykę ślimaczych konserw o poetyckiej nazwie "Laura", bo tak miała na imię żona pana Kosterke, z którą prowadził przed wojną sklep kolonialny na rogu Hubertusburgerallee.

- Gdzie była ta ulica? - pytał ojciec - chyba nie widziałem jej na moim planie - a wtedy pan Kosterke mówił o skrzyżowaniu przy wyjeździe z miasta i o sklepie, w którym sprzedawał kolonialne artykuły z całego świata. Opowiadał o żonie i córkach, i o tym, że został teraz sam ze swoją drewnianą nogą, tę prawdziwą stracił w roku czterdziestym szóstym, kiedy wlazł na niemiecką minę i pewnie dlatego nie wyjechał do Niemiec, bo nie zdążył na ostatni pociąg, a potem nie chciał już jechać, żeby nie stracić przypadkiem drugiej, zdrowej nogi, i było to wszystko bardzo trudne, kiedy mówiono, że on, Kosterke, jest Niemcem, a przecież był gdańszczaninem, tylko gdańszczaninem, i po polsku mówił prawie tak samo dobrze jak po niemiecku.

- Hubertusburgerallee - zamyślał się ojciec - to piękna nazwa, tak, będę szukał tej ulicy - a wtedy pan Kosterke przynosił, kuśtykając, z głębi budy butelkę spirytusu i dwa kieliszki i obaj wypijali za swoje zdrowie, jak dwaj mężczyźni od dawna ze sobą zaprzyjaźnieni, a ja patrzyłem na ich twarze wykrzywione w ostrym grymasie, patrzyłem, jak zakąszają kiszonym ogórkiem wydobytym ze słoja, w którym pływał koper, liść wiśni i płatek czosnku, i wiedziałem już, że nigdy nie wyjedziemy do Ameryki po wolność i pieniądze, bo dzięki ślimakom mieliśmy przecież co jeść, a przecinając wzgórza Emaus, myszkując w dolinie Strzyży czy przemierzając pagórki oliwskiego lasu, byliśmy z ojcem prawdziwie wolnymi ludźmi.

- Sezon ślimaków niedługo się już skończy - powiedział któregoś razu pan Kosterke - i ja wrócę do butelek i makulatury, a pan, inżynierze?

Ojciec wzruszył ramionami.

- Może zacznę budować łódź żaglową - powiedział, obracając w dłoni pusty kieliszek - i popłyniemy w daleką podróż? To dla mojego syna byłoby lepsze od szkoły. Kanał Kiloński, La Manche, a potem Biskaje, Gibraltar - wyliczał jednym tchem - Morze Śródziemne, Egejskie i na koniec Itaka! Opłyniemy Itakę i wtedy wrócimy do domu, a panu, panie Kosterke, przyślemy pocztówki z Hamburga i z Marsylii. Co pan na to?

Były kupiec kolonialny z Hubertusburgerallee patrzył na nas w milczeniu. I nagle, jak za dotknięciem niewidzialnej dłoni, pasma czasu w rozrzedzonym powietrzu drewnianej budy zaczęły krzyżować się ze sobą i ciemne wnętrze sklepu wypełniło się zapachem kawy, cynamonu, imbiru, muszkatu, zapachem goździków i mozelskiego wina, a pan Kosterke na nowo miał swoją prawdziwą nogę i stał za lśniącym kontuarem z dębowego drewna, stał, paląc papierosa marki Vineta z Danziger Tabak Monopol Aktiongesellschaft, podczas gdy mój ojciec po drugiej stronie lady palił cygaretkę Okassa Zarotto kupioną w składzie Kummera w Zielonej Bramie, palił więc cygaretkę z wrocławskiej fabryki Halpausa i pytał pana Kosterke: "Jak tam interesy?", a wtedy kupiec kolonialny odpowiadał, że nie tak jak dawniej, bo odkąd brunatne koszule opanowały ulice w naszym wolnym mieście, odkąd brunatne koszule opanowały Senat i politykę zagraniczną, odkąd więc brunatne koszule prowadzą wojnę celną z Polską, interesy nie idą najlepiej. Gulden spada na łeb na szyję i chyba on, Kosterke, otworzy sobie konto w jakimś polskim banku w Gdyni, co wprawdzie nie jest do końca legalne, ale jest korzystne, bo złoty polski stoi mocno i ani drgnie, zupełnie jak frank szwajcarski. Ojciec obracał w palcach piaskowe pudełko Okassa Zarotto z podobizną pięknej kobiety, która spoglądała na niego; jej obnażone ramię, jej klasyczny profil i łuki brwiowe, a także pukle czarnych włosów zwieńczone kwiatem orchidei były jak tajemnicze i uwodzicielskie tchnienie Lewantu, i kiedy pan Kosterke, zniżywszy głos, opowiadał o dygnitarzach NSDAP, którzy, jak prezydent Senatu Wolnego Miasta, Rauschnig, wycofali swoje pieniądze z gdańskich banków i ulokowali je w polskich, po tamtej stronie granicy, kiedy oburzony pan Kosterke opowiadał o socjaldemokratach pobitych na wiecu przez brunatne koszule i o chrześcijańskich demokratach zamkniętych w więzieniu, kiedy mówił, już całkiem szeptem, że nadchodzi ciężki czas dla Żydów i Polaków i dla wszystkich porządnych ludzi, ojciec chłonął oczami grecki profil kobiety, smukłą szyję i gładkie policzki, tak jakby medalion z jej podobizną nie był nadrukiem na piaskowym pudełku Okassa Zarotto, tylko miniaturą pędzla Mehoffera, tą samą, która wisiała we lwowskim mieszkaniu przy Ujejskiego nad biurkiem pradziadka Tadeusza i wyobrażała jego młodo zmarłą żonę z węgierskiej rodziny Shegivi.

- Tak, tak - odzywał się ojciec - nadchodzą ciężkie czasy, ale czy kiedyś były rzeczywiście lżejsze?

Zapach imbiru, muszkatu i goździków, zapach turec­kiego tytoniu ulotnił się niepostrzeżenie, podobnie jak niebiesko-żółta paczka papierosów Vineta i piaskowe pudełko Okassa Zarotto, a pan Kosterke, znów o drewnianej nodze, pochylał się nad ojcem i szeptał mu do ucha sekretne informacje:

- Najwięcej ich jest na cmentarzach, tych zarośniętych i nieczynnych, to są cmentarne stworzenia, mówię panu! I nawet wiem dlaczego. Tam krzewy i liście mają specjalny smak, bo ciągną z ziemi trochę lepsze soki, winniczki to czują, proszę pana, i dlatego zanim skończy się sezon, powinniście zebrać ich najwięcej właśnie tam.

Krople deszczu spływały po dachu budy, pan Kosterke odstawił butelkę spirytusu za ladę, a mój ojciec słuchał opowieści o cmentarzach i winniczkach jakby z niedowierzaniem, aż wreszcie przytaknął grzecznie i powiedział, że musimy już iść, bo robi się późno. W jego spojrzeniu odnajdywałem zdumienie pomieszane z irytacją.

- Co wygaduje ten stary! - powiedział, gdy wracaliś­my do domu. - Ślimaki żyją tam, gdzie jest zielono, to wszystko!

Ale następne dni wprawiły nas w zupełne pomieszanie. Wracając z Dolnych Młynów przez Brętowo, zahaczyliśmy o skraj starego cmentarza, gdzie wśród zarośniętych nagrobków z niemieckimi napisami, wśród potrzas­kanych figur aniołów i zmurszałych krzyży oplecionych rdestem natrafiliśmy na prawdziwe królestwo ślimaków. Trzeba było uważać, aby nie rozdeptać skorup ukrytych w wysokiej trawie, i wystarczało uchylić gałąź dzikiego bzu albo kapryfolium, aby odnaleźć całe ich rodziny, całe klany winniczków, sklejonych ze sobą po trzy albo cztery tułowie, jakby obawiały się samotności lub jakby odprawiały jakieś miłosne misterium.

Wypełniliśmy nimi po brzegi nie tylko nasze koszyki, ale i zapasowy worek z szarego płótna. Ojciec milczał, a kiedy pan Kosterke wypłacał nam czerwone banknoty z twarzą robotnika, powiedziałem, że winniczki są chyba wysłannikami świata podziemi.

- Co ty wygadujesz! - rzekł z pewnym rozdrażnieniem ojciec. - Skąd ci taka myśl przyszła do głowy?

Lecz gdy następnego dnia, przechodząc niedaleko politechniki, weszliśmy, zresztą jakby niechcący, na zarośnięte alejki cmentarza, na którym chowano kiedyś Niemców, a teraz chowali się tam tylko pijacy i kloszardzi, i zaraz potem, wśród płaczących wierzb, grabów, czerwonolistnych buków i świerków, znaleźliśmy jeszcze więcej winniczków niż w Brętowie, ojciec nie wytrzymał:

- Rzeczywiście, jest w tym coś dziwnego. Ale czy ma to jakiś związek ze śmiercią?

Nie umiałbym odpowiedzieć na to pytanie. Świat ślimaków był milczący i niedostępny, ich drogi zaś, znaczone srebrną nitką, zdawały się szczególnie tajemnicze. Czy rzeczywiście to, iż przebywały właśnie tu, na cmentarzu, wiązało się jakoś, na przykład, z Hugonem Tollerem, zmarłym w roku 1938, siedemnastego października, we Wrzeszczu? Albo z jakimś doktorem Merzem, muzykiem i dyrygentem, który odszedł do wieczności pod sam koniec wojny, zanim jednak spłonęło Główne Miasto, a domy, spichrze i kościoły obróciły się w proch? Nie, nie umiałbym na to odpowiedzieć, toteż spytałem ojca, co to właściwie znaczy "odejść do wieczności". Czy jest to połączenie z Bogiem? I gdzie jest to miejsce, które nazywamy wiecznością? Nad nami, tam w górze? Czy raczej na dole? A może po prostu gdzieś wokół nas jest ta wieczność, tylko że nie widzimy jej, tak samo jak nie widzimy powietrza, które nas otacza i którym, nawet o tym nie myśląc, oddychamy?

Ojciec układał winniczki w koszykach.

- Wiem tylko, że istnieje Bóg i że wszyscy boimy się śmierci - powiedział po chwili namysłu. - A cała reszta, cała reszta to tylko przypuszczenia.

- A czy ty też obawiasz się śmierci? - zapytałem.

- Ja też - odpowiedział.

- A jak to jest, kiedy się umiera?

Ojciec nie odpowiedział od razu. Ale wyraźnie chciał coś wyjaśnić; wahał się tylko długo, namyślał, jakby trudził się nad ułożeniem równania z kilkoma niewiadomymi.

- Tajemnicą jest ruch, rozumiesz? Ruch cząstek, ciał. Tam, gdzie go nie ma, nie ma też życia. Więc śmierć jest ustaniem wszelkiej zmiany, jest całkowitym zaprzeczeniem ruchu pod każdą postacią. Rozumiesz?

Skinąłem głową, a ojciec, brodząc w wysokiej po kolana trawie, mówił dalej, że śmierć oznacza stan, w którym ustaje wszelki ból i wszelkie cierpienie, a więc z pewnego punktu widzenia może być przez niektórych ludzi rzeczą pożądaną. Jako stan absolutnego spokoju i ciszy, którego nie potrafimy sobie nawet wyobrazić.

Ale ja wyobrażałem sobie tę ciszę. Widziałem ją. Jak wielką płachtę rozpiętą nad naszym miastem, nad zatoką i wzgórzami, płachtę, pod którą śpi dziadek Karol, pradziadek Tadeusz i jego młoda żona, elew Karolka, baron von Moll i trzeci mechanik von Petravic, kobieta w czarnym toczku i woalce, która stała za prezydentem Mościckim, także mężczyzna ze stopni lwowskiej katedry, ci, których nie znałem i nie mogłem znać, wszyscy zatopieni w ogromnej ciszy, wśród której powolnym ruchem pełzły przed siebie winniczki, te z ciemnymi i jasnymi muszlami, wyciągając przed siebie czułki, by wychwytywać nimi głosy umarłych.

Z dnia na dzień ojciec stawał się coraz bardziej milczący. Może dlatego, że sezon skupu dobiegał końca, a może z powodu sąsiadów, którzy zwiedzieli się już o naszym zajęciu i wymieniali między sobą niezbyt mądre uwagi. W każdym razie ostatniego dnia, a był to dzień świętego Jana, ojciec zdradzał oznaki zadowolenia.

- Kończymy ze ślimakami - powiedział - niech teraz martwią się o nie Francuzi.

A kiedy chodziliśmy w okolicach Biskupiej Górki, prze­trząsając krzaki i zdziczałe alejki parku, gdy po raz ostatni szukaliśmy ślimaków pośród liści i trawy, ojciec mówił, że przez wszystkie te dni zarobiliśmy sporo pieniędzy i nie musimy martwić się o następny miesiąc.

- Mógłbym to robić przez cały rok - powiedziałem - mógł­bym tak z tobą chodzić zawsze, a gdyby zabrakło winniczków, moglibyśmy zbierać zioła i suszyć je, a potem sprzedawać chorym ludziom.

- O tak - uśmiechnął się szeroko - to dobry pomysł. Jeśli znów zabraknie nam pieniędzy, na pewno tak zrobimy.

I aby zarobić na ostatnią ślimaczą wypłatę, aby przynieść tego wieczoru kilka czerwonych banknotów i położyć je przed mamą na stole, uwijaliśmy się wśród krzaków jak prawdziwi łowcy, nurkując w gęste tunele zieleni, mokre i wilgotne od początku tego lata, tak że nie zauważyliśmy nawet, jak nadszedł zmrok, a wraz z nim godzina zamknięcia sklepu.

- To nic - powiedział ojciec - wypuścimy je w takim razie na wolność.

Zanim jednak postawił koszyk na ziemi, zobaczyliśmy rzecz niezwykłą. Dziesiątki winniczków wypełzało spod krzaków i opuszczało na naszych oczach swoje kryjówki, udając się w tym samym kierunku - na szczyt wzgórza. Było ich coraz więcej, już nie dziesiątki, ale setki.

- Popatrz tu - krzyknął ojciec. - I tu, i jeszcze tu - ekscytował się jeszcze bardziej - one idą jak na paradzie!

I rzeczywiście, ślimaki jeden za drugim, unosząc pracowicie czułki, pełzły drogą na szczyt, jakby tam wyznaczono im miejsce spotkania.

- Nigdy czegoś takiego nie widziałem, chodźmy - powiedział ojciec - musimy zobaczyć, dokąd one wędrują.

Poszliśmy wzdłuż pełzającej linii ślimaków. Wyglądała niesamowicie. Im bliżej wzgórza, tym więcej winniczków dołączało bocznymi ścieżkami do pulsującej drogi, która u wylotu polany była już całkiem pokryta poruszającymi się skorupami.

- Jak węgorze na Morzu Sargassowym - usłyszałem szept ojca - w tym kryje się jakaś tajemnica.

Ale to, co ujrzeliśmy na szczycie, zaskoczyło nas jeszcze bardziej. Na środku polany wyrastał z ziemi olbrzymi kamień, taki sam, jakich wiele rozrzucił po wzgórzach lodowiec. Wznosił się stromymi bokami na wysokość człowieka i przypominał kształtem łzę, którą uronić mógł jedynie jakiś mityczny stolem. Ostrożnie, niemal na palcach, tak aby nie rozdeptać żadnego ślimaka, podeszliś­my do głazu, a tam stanęliśmy jak wryci, jakbyśmy sami zamienili się w kamienie.

- Boże, co one robią? - powiedział cicho ojciec.

Ślimaki próbowały, jeden przez drugiego, wdrapać się na kamień, próbowały przywrzeć tułowiem do szarej stromizny i wpełznąć na jej szczyt; daremnie jednak: miały przeciw sobie gładką powierzchnię pionowej niemal ściany i siłę grawitacji, która ściągała je w dół. Spadały więc w trawę, w kłębowisko poskręcanych ze sobą tułowi i muszli, które, zgrzytając i szeleszcząc, przypominały to wzbierającą, to znów opadającą falę. Żaden ze ślimaków nie wdrapał się wyżej niż do połowy kamienia, a ślady tych wspinaczek w postaci srebrnych nitek śluzu zdawały się pokrywać powierzchnię bazaltu jak szczelny, choć cienki i przezroczysty pancerz.

Zahipnotyzowani tym ślimaczym kłębowiskiem, nie zauważyliśmy nawet, że przestał padać deszcz i że z czarnych plam krzaków i zarośli zaczęły wyfruwać świetliki. Latały nad całą polaną, a kiedy wreszcie oderwaliśmy wzrok od kamienia, naszym oczom ukazał się widok wirujących ogników, które krążyły w ciemności coraz szybciej w rytm nieznanej muzyki.

- Nigdy nie wejdą na ten kamień - powiedział ojciec, wskazując na ślimaki. - A my nie dowiemy się, dlaczego muszą tam wchodzić. Gdyby któremuś z nich powiodła się taka sztuka, coś musiałoby się zmienić.

- Co? - zapytałem cicho.

- Nie wiem. Ale coś musiałoby się stać.

- Z czym? - zapytałem jeszcze ciszej.

- Być może ze światem. Tego nie wiem - mówił ojciec, opróżniając koszyki. Ale lepiej stąd chodźmy, nie trzeba im przeszkadzać.

I kiedy schodziliśmy ze wzgórza z pustymi koszykami, i później, gdy nad miastem pojawił się już księżyc, a my, jadąc nocnym tramwajem, mijaliśmy pomnik Sobies­kiego i politechnikę, zauważyłem w jego spojrzeniu cień melancholii, ten sam, który pojawiał się w jego oczach, gdy oglądał stare fotografie albo rysował na kartkach papieru sylwetki cesarsko-królewskich jednostek bojowych. I zrozumiałem wtedy, że nigdy nie będziemy już zbierać ślimaków ani też nie wrócimy w rozmowie do polany i wysokiego kamienia, bo na tym, co ujrzeliśmy, kładła się milcząco pieczęć tajemnicy.

Nie oznaczało to jednak, by następne dni upłynęły wyłącznie pod znakiem kałuży i deszczu. Ojciec snuł się po domu i znów przeglądał ogłoszenia prasowe, mama dalej pisała listy, na które nie było odpowiedzi, a ja, gdy tylko znalazłem w ogrodzie winniczka, zrobiłem mu specjalny wybieg ogrodzony czterema cegłami i pod krzakiem porzeczki usiłowałem zgłębić jego ślimacze sekrety. Codziennie rano witałem go świeżym liściem, codziennie ślęczałem w ogrodzie, długo obserwując zachowanie ślimaka i jego ruchy, i nie znając jego języka, owego systemu sygnałów płynących na niewidzialnych falach, które odbierał swoimi czułkami, codziennie przemawiałem do niego moim własnym językiem, w nadziei że wreszcie zrozumie przynajmniej parę słów. I rzeczywiście, po pewnym czasie ślimak reagował na mój głos i nie chował się już do muszli, gdy kładłem go sobie na dłoń, ale to było wszystko, co udało mi się osiągnąć. Był całkiem obojętny na moje starania i świat uczuć winniczków pozostał niezgłębiony.

Pierwsze dni szkoły nie zmieniły wiele w naszych kontaktach. Tak samo jak przedtem przynosiłem mu liście sałaty i próbowałem nawiązać z nim rozmowę. Aż wreszcie którejś nocy spadł ulewny deszcz, a nad samym ranem chwycił ostry przymrozek. Zbiegłem po schodach kamienicy jak szalony i popędziłem przez oszroniony ogród. Ale było już za późno. Pod krzakiem porzeczki białe lustro zamarzniętej kałuży zamknęło się nad ślimakiem jak szklane wieko trumny. Odgarnąłem szron z przezroczys­tej tafli. Tam w dole, jak w kryształowej kuli, spoczywał mój więzień. Był nieruchomy. Martwy. Po jego muszli ślizgał się promień słońca: schodził w głąb kolistego labiryntu coraz niżej i niżej, wirował coraz szybszym ruchem po linii spirali, aż wreszcie niknął w punkcie, którego nie mogło już dostrzec oko.

Nie powiedziałem nikomu o tej stracie. Zresztą dorośli mieli teraz inne sprawy na głowie. "Marszałek Żukow" popłynął na zatokę i w czasie próby pękł wał korbowy. Ojciec wrócił do pracy przy desce, a mama robiła porządki w szafie i szufladach, jak zawsze gdy babka Maria zapowiedziała swój przyjazd.

Słońce roztopiło lód, a silny wiatr od morza, który niósł zapowiedź jesiennych sztormów, osuszył wszystkie kałuże w okolicy. Znów krążyłem wokół kanalizacyjnej studzienki, widocznej nareszcie, w świetle wrześniowego słońca. Patrzyłem na kościół Zmartwychwstańców, na drewnianą dzwonnicę, na czerwone dachy domów, aż w końcu z żeliwnej klapy zacząłem zgarniać zbity, kruszący się piach. Stopniowo ukazywały się pod nim litery, które tworzyły napis: "Kanalisation von Danzig". Nareszcie mogłem podnieść tę klapę i mogłem zajrzeć w głąb, ale teraz nie było to już potrzebne.

Przeprowadzka

Ojciec zamówił pana Bieszke na sobotę na wczesne popołudnie. Ale pan Bieszke odwołał swój przyjazd. Niespodziewanie wypadły mu chrzciny, gdzieś w okolicach Kartuz, na które musiał pojechać z całą rodziną. Dlatego przeprowadzka została odłożona do poniedziałku i w pokoju na piętrze, gdzie mieszkaliśmy od początku, działy się rzeczy okropne. Mama przepakowywała kartony i walizki i była zła, że musi to robić jeszcze przez dwa dni. Ojciec był zły, bo mama była zła. W ten sposób byli źli na siebie, a przy okazji - na mnie. Dlatego wolałem trzymać się od nich z dala i większość czasu spędzałem w ogrodzie. Nie pamiętam już, czy byłem z tego powodu nieszczęśliwy. Chyba nie. Do kolacji mogłem robić właściwie wszystko, na co miałem ochotę. Zabronione były, jak zawsze, tylko dwie rzeczy. Wychodzenie za bramę ogrodu do parku i zabawa na tarasie, skąd przez oszklone drzwi można było zajrzeć do Wielkiego Pokoju. Park znałem dobrze. Jego największą atrakcję stanowiły zdziczałe klomby, zarośnięty staw, nieczynna od lat kaskada, skąd nie spływała ani jedna kropla wody, i kamienny cokół, na którym kiedyś, chyba bardzo dawno temu, stał pomnik króla lub księcia. W gąszczach pokrzyw walały się rozmaite przedmioty. A to zardzewiała wanna z wielką dziurą, a to korba do zapalania motoru, to znów połamany fotel z wyprutą tapicerką i obnażonymi sprężynami. Były też inne rupiecie, których przeznaczenie wydawało się niejasne lub zapomniane. Ale tym razem park jakoś mnie nie pociągał. Może dlatego, że znałem go już dobrze? Co innego taras i Wielki Pokój! Tam działy się sprawy o wiele bardziej ulotne i tajemnicze, do których ojciec ani nawet pan Skiski, nasz sąsiad na piętrze, nie zawsze mieli dostęp.

W Wielkim Pokoju mieszkała pani Greta, dawna właścicielka domu. Pan Skiski nie lubił widać tego słowa, bo zamiast "właścicielka" mówił "dziedziczka", chichocząc przy tym złośliwie. Mój ojciec nazywał ją po prostu panią Hoffmann. Natomiast mama nie mówiła o niej inaczej niż "ta stara Niemra" i nie brzmiało to przyjaźnie. Widywałem ją bardzo rzadko. Unikała nas, jak mogła, i my unikaliśmy jej także.

- Nie wolno ci tam chodzić - ostrzegała mama - ona nie rozumie po polsku.

- Tak, tak - dodawał ojciec - nie trzeba jej przeszkadzać.

Nie widząc pani Grety często, słyszałem ją jednak codziennie. Prawie każdego popołudnia siadała do fortepianu i przez dwie, trzy godziny dom rozbrzmiewał muzyką.

- Dziedziczka klapie na forteklapie - machał ręką pan Skiski.

- Znów niemiecka muzyka - wzdychała mama.

- Po prostu gra - wzruszał ramionami ojciec. - Co w tym złego?

A ja lubiłem jej muzykę. Lubiłem zwłaszcza przed zaśnięciem, gdy ojciec gasił lampę i w naszym pokoju panował półmrok. Dźwięki fortepianu rozpływały się wówczas w powietrzu i czułem na sobie ich aksamitny dotyk. A kiedy pani Hoffmann przestawała grać, odczuwałem żal, jakby mi czegoś brakło.

Nie, nie pragnąłem wcale poznać pani Grety. O czym właściwie mielibyśmy rozmawiać? Pragnąłem tylko poznać to, co jest w środku. A więc znaleźć się kiedyś w Wiel­kim Pokoju. I zobaczyć ją, jak gra.

Obchodziłem dom bardzo wolno. Najpierw minąłem stary klon obrośnięty jemiołą, potem przeszedłem wzdłuż zabitych deskami okien oficyny, aż wreszcie znalazłem się na tarasie, twarzą do szerokich, przeszklonych drzwi. Czasami pani Greta otwierała je i stojąc lub przysiadłszy na drewnianym stołeczku, patrzyła na ogród. Spoglądała wówczas na przypory kamiennego muru, na pędy dzikiego wina albo na kwiaty glicynii i w łagodnym słońcu jej siwa główka przypominała spłoszonego ptaka. Ale takie rzeczy zdarzały się tylko latem. Teraz drzwi były zamknięte, a na kamiennych płytkach tarasu, które przypominały szachownicę, pod moimi butami szeleściły żółte liście.

Przytknąłem czoło do szyby. W Wielkim Pokoju panował półmrok i niewiele mogłem zobaczyć. Jako tako widać było właściwie tylko stół, znajdujący się najbliżej drzwi, całkowicie zastawiony masą przedmiotów. Mój wzrok, gdy przywykł do szarego światła, natychmiast zaczął błądzić w tej gęstwinie, wyławiając z niej rozmaite kształty. Były tam srebrne i mosiężne lichtarze, stosy grubych książek i nut, luźne kartki papieru, porcelanowe puzderka i figurki, szklane naczynia, kawałki materiału na ubranie, szpulki z nićmi, kamionkowe doniczki, para rękawiczek, dziecinne grabki, damskie kapelusze, filiżanki na spodeczkach i bez spodeczków, przyciski z laki i brązu, maleńkie popiersie jakiegoś mężczyzny, srebrna cukiernica, kilka fotografii oprawionych w ramki, wreszcie budzik z wielkimi dzwonkami, młoteczkiem i urwaną wskazówką. Wszystkie przedmioty miały jednak zamazane kontury i rozpływały się jak w nieostrej soczewce. W każdym razie najwięcej było książek i nut. Spiętrzone, przypominały zburzone miasto z wąwozami ulic, z wąskimi przejściami między jedną ścianą a drugą.

Zaspokoiwszy pierwszą ciekawość, czekałem więc teraz, aż zjawi się pani Greta, zasiądzie do fortepianu i zacznie grać. Jeśli nie było jej w Wielkim Pokoju, robiła coś pewnie w kuchni. Ale do kuchni nie można było zajrzeć. Miała okna wysoko, a i te zaklejone były pakowym papierem. Tak, tego wnętrza nie widział nawet nikt z dorosłych. O ile do Wielkiego Pokoju, na krótko i tylko w wyjątkowych wypadkach, zdarzało im się jeszcze zachodzić, o tyle progu kuchni nie przekroczyli nigdy. Pozostałe pomieszczenia w ogóle nie wchodziły w grę. Dwa pokoje, sypialnia i łazienka, podobnie jak te na piętrze, zamknięte były na kłódki i opieczętowane przez urzędników. Nie otwierano ich, odkąd sięgała moja pamięć; ich stropy w każdej chwili groziły zawaleniem. Pani Greta musiała więc siedzieć w kuchni. Gdyby szklane drzwi tarasu nie były zamykane od wewnątrz, mógłbym je uchylić i przez niewielką szparę wślizgnąć się do Wielkiego Pokoju. Mógłbym obejrzeć wszystko dokładnie i wyjść, niezauważony przez nikogo. Lecz gdyby przyłapała mnie na tym? Na pewno pomyślałaby, że jestem złodziejem. I kiedy rozważałem, czy pani Hoffmann poszłaby ze skargą do mojego ojca, kiedy zastanawiałem się, jak brzmi słowo "złodziej" po niemiecku, w Wielkim Pokoju rozbłysło światło i między ogromnym łóżkiem, szafą i fortepianem, które wyłoniły się niespodziewanie z półmroku, ujrzałem jej niewielką, nieco pochyloną do przodu postać. Nie podeszła - jak na to liczyłem - od razu do fortepianu. Postawiła szklankę z herbatą na okrągłym stoliku i usiadła obok, w głębokim fotelu. W chwilę później poczułem nieprzyjemny dreszcz. We wnętrzu Wielkiego Pokoju działo się coś dziwnego. Coś, czego nie mogłem zrozumieć. I nie chodziło tu o język niemiecki.

Pani Greta, popijając herbatę, wyraźnie z kimś rozmawiała. Nie był to przecież monolog. Zadawała pytania, wygłaszała uwagi, kręciła głową, gestykulowała nawet rękami i kłóciła się chyba, bo parę razy usłyszałem podniesiony głos. Tylko z kim rozmawiała? W Wielkim Pokoju nikogo oprócz niej nie było. Kto normalny rozmawia z powietrzem? - pomyślałem. Może jest wariatką? Tak, nie było to wykluczone, ale nie było też wcale takie pewne. Spotkałem kiedyś wariatkę na ulicy Armii Czerwonej: pluła na przechodniów, wygrażała im, była obdarta i brudna, a z ust ciekła jej ślina. Pani Hoffmann natomiast miała na sobie jasną bluzkę, spiętą pod szyją bursztynową broszką, i czarną spódnicę, a jej siwe i niezbyt długie włosy nosiły wyraźny ślad dłoni fryzjera, choć poza targiem w Oliwie i kościołem Cystersów nie odwiedzała żadnych miejsc w mieście. Tak więc po chwili, gdy przyłożyłem ucho do szyby i łowiłem jej pojedyncze słowa, naszły mnie nowe wątpliwości: może ona jednak rozmawia z kimś, kogo widzi, a kogo tylko ja nie mogę zobaczyć? Tym bardziej, że rozmowa wyraźnie się ożywiła. Pani Hoffmann, wymachując rękami, żarliwie coś tłumaczyła, i robiła to tak, jakby ta druga osoba nie mogła tego zrozumieć. Może jednak udawała tylko? Lecz przed kim? I po co? Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Ale obraz tej starej kobiety mówiącej długimi zdaniami w nieznanym mi języku, obraz pani Grety siedzącej w fotelu i rozmawiającej z kimś tylko przez nią widzianym, był tak niezwykły, że nie potrafiłem stamtąd odejść, nie potrafiłem nawet oderwać od niej wzroku.

Nagle rozmowa ucichła. Pani Greta, nie gasząc światła, wyszła ze szklanką do kuchni, po czym wróciła szybko i usiadła przy fortepianie. Nie wiem, jakim sposobem mnie dostrzegła: na dworze zapadał zmierzch, a światło z żyrandola było przecież dość silne. W pewnej chwili podniosła się szybko z taboretu, podeszła do szklanych drzwi i jeszcze prędzej je otworzyła.

- A ty cso tu hobisz? - zapytała.

- Ja?... - próbowałem coś powiedzieć - ja tylko przechodziłem tędy.

- Glodny jestesz?

- Nie, proszę pani.

- A hehbaty chczesz? Chczesz! - odpowiedziała prędko za mnie. - To tu poczekacz masz, gut? - i wyszła do kuchni.

Jej kroki odbijały się echem w długim korytarzu, a ja stałem w Wielkim Pokoju i odkrywałem wiele niezwykłych rzeczy. Na przykład obrazy: wszystkie były bardzo ciemne i bardzo stare, i mnóstwo było na nich koni, dorożek i tramwai konnych - wokół kościoła Marii Panny, przy studni Neptuna i pod Więzienną Wieżą. Albo fortepian: w jego orzechowym drewnie biegły ozdobne litery składające się w napis, który z trudem odcyfrowałem - "Gerhard Richter und Sohnen. Danzig 1932". W bibliotecznej szafie stały z kolei rzędy opasłych tomów o złoconych grzbietach, po których ślizgało się światło. Mnie jednak bardziej interesowały wypchane ptaki - jeden biały, a drugi bajecznie kolorowy - oraz żmija w słoju z cieczą. Była też mała kolekcja fajek i porcelanowych cybuchów z obrazkami. Kiedy wszystkie już obejrzałem, mój wzrok padł na otwartą książkę, która leżała obok pustego wazonu. Dwie kolorowe ilustracje wyobrażały sylwetki kobiety i mężczyzny. W niczym jednak nie przypominały one ojca i mamy. Zamiast skóry, a raczej pod skórą, której tu nie było, kłębiły się zwoje żył, kiszek, naczyń, mięśni i kości. W pewnym sensie nie byli więc nadzy i nie czułem się zawstydzony. Patrzyłem raczej na te dwie postaci z ciekawością pomieszaną z obrzydzeniem. Jeżeli miałem przed sobą ludzi, musiałem w środku wyglądać podobnie.

Kiedy nadeszła pani Greta, zamknąłem książkę. Ona tymczasem, stawiając na stoliku tacę z herbatą, szarlotką i konfiturami, powiedziała:

- Geburtstag mamy. To takie szwiento. Hozumiesz?

Odpowiedziałem, że nie, a kiedy jadłem już ciasto, zapytała:

- Ty lubisz, jak ja gham, phawda?

- Tak - odpowiedziałem - lubię. Ale skąd pani wie?

- Ja widze po twoich oczach.

Zdziwiło mnie to. Przecież nigdy nie patrzyłem jej prosto w oczy, nie spotkałem jej nawet w ogrodzie ani na schodach. Więc pewnie ona sama miała ochotę na muzykę i chciała, żebym przy niej został. Ale kiedy tylko zagrała pierwszy akord, który w Wielkim Pokoju zabrzmiał mocno i czysto, odwróciła się do mnie na taborecie ze śrubą i zapytała:

- A któhą ty melodie lubisz najbahdziej?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie znałem przecież żadnych tytułów. A zanucić niczego bym nie potrafił. Mogłem jedynie mówić w ten sposób: "Niech pani zagra tę melodię na dobranoc. Tę, przy której tak dobrze zasypiam. Albo tę, kiedy padał śnieg, a moja mama stała przy oknie i zawołała mnie, żebym też patrzył, jak wielkie płatki zasypują powoli park, aleję i ogród. Albo jeszcze tę, przy której ojciec naprawiał radio i która mieszała się ze wszystkimi radiostacjami świata". Mogłem więc poprosić panią Hoffmann o "melodię wieczorną", "melodię płatków śniegu" albo "melodię radiostacji całego świata", ale najbardziej pragnąłem usłyszeć "melodię czerwcowego wieczoru":

Ojciec i mama byli pewni, że już śpię. Siedzieli na łóżku, okryci prześcieradłami, i pili wino ze smukłych kieliszków, śmiejąc się co chwila. Potem, gdy butelka była już pusta, ojciec gwizdał cicho na szyjce i znowu się śmiali, bo ten dźwięk miał przypominać syrenę trans­atlantyku, którym zamierzali popłynąć kiedyś w podróż poślubną, ale nie popłynęli, i w ogóle żadnej podróży poślubnej nie odbyli. I wtedy właśnie, przez uchylone na taras drzwi, zaczęły dochodzić z Wielkiego Pokoju dźwięki fortepianu. Pani Hoffmann grała jakąś wolną, smutną melodię i ojciec wziął mamę w ramiona, i tańczyli po całym pokoju, cicho, na palcach, żeby mnie nie zbudzić, a ja widziałem spod przymkniętych powiek ich wirujące sylwetki, patrzyłem na opadające wolno białe skrzydła prześcieradeł, aż w końcu zgasło światło i niczego już nie widziałem, ale muzyka płynęła dalej, wpadała przez otwarte okno naszego pokoju, a wraz z nią mocny, gęsty zapach piwonii z ogrodu.

- Nie wiem, jak to się nazywa - powiedziałem wreszcie. - Pani grała to kiedyś latem.

- No dopsze, to ja zagham po kawałku, a ty mi powiesz wtedy, jak poznasz.

Skinąłem głową i pani Hoffmann zaczęła grać. Chociaż nie była to "melodia czerwcowego wieczoru", słuchałem jej z zachwytem i żałowałem, kiedy wkrótce się urwała - gdy pani Greta zdjęła nagle ręce z klawiatury.

- Ja widze, że to nie jest to, co chciałesz. A czy ty wiesz, co tehaz ghałam?

- Nie.

Tannhäusera, uwehtuhę.

- Tanhojzera...

- Tak.

- Takiego kompozytora?...

Pani Greta spojrzała mi w oczy, po czym wstała od fortepianu, wyjęła z biblioteki książkę i poleciła przysunąć do instrumentu jeszcze jeden taboret. A kiedy usiedliś­my już obok siebie, otworzyła książkę na obrazku z zam­kiem. Byli tam rycerze, piękne panie, pieśniarze, konie, chorągwie i obronne wieże.

- To zamek landghafa Tuhyngii - powiedziała.

I tak zaczęła się jej opowieść.

Ja przewracałem stronice książki, a pani Hoffmann objaśniała następne obrazy i grała kolejne partie Tannhäusera.

A kiedy mieliśmy już za sobą grotę Wenus, turniej śpiewaczy i lament Elżbiety, kiedy doszliśmy do pielgrzymów i drewniany kij zakwitł zielonymi pędami, kiedy palce pani Grety biegały po klawiszach, a ona mówiła: "tehaz uważaj, wchodzą thomby! a tehaz hogi i oboje!", rzeczywiście słyszałem trąby, oboje i rogi, choć dźwięki płynęły przecież tylko z fortepianu Gerhard Richter und Sohnen.

- Czy to wszystko prawda? - zapytałem już w ciszy. - To się rzeczywiście zdarzyło?

Wtedy pani Greta wyjęła album z fotografiami. I zobaczyłem obrazy podobne do tych z książki, a jednak nieco inne. Na dużej scenie, wśród bukowych drzew, stali mężczyźni przebrani w historyczne stroje, trzymając pochodnie w dłoniach.

Die Kunst - powiedziała. - To tylko sztuka. Oni szpiewali to, co ja ghałam. "Beglück darf du nicht, o Heimat!". To byli przedstawienia w wald - opeha, hozumiesz? W Copot. A tu stoi mój monsz.

Na fotografii widniał wysoki mężczyzna w jasnym, pasiastym garniturze. Stał na tle kaskady i stawu obok innego mężczyzny, w czarnym garniturze. Obaj uśmiechali się i wyglądali na przyjaciół.

- Ależ to jest nasz park! - powiedziałem. - Kaskada, schody... I nawet widać dach za drzewami.

- Tak - powiedziała pani Hoffmann - to byl pahk. A mój monsz byl muzyk i kompozytoh. Ten dhugi pan to Maks. On tu wtedy przyjechal z Wiednia. Tannhäusera szpiewacz. Oba już nie żyją. A to - pokazała inną fotografię - jest Erikson. To byl Nohweg z Oslo. I szpiewal w następny sezon Hagena w Götterdämmerung. To byl wspanialy glos!

- A gdzie jest Goterdamerung? - zapytałem. - Też gdzieś w Sopocie?

Pani Greta przyniosła wtedy jeszcze inną książkę, pokazała mi jeszcze inne obrazy, po czym znowu zasiadła do fortepianu i zagrała marsza żałobnego Zygfryda, przy którym ciarki chodziły mi po plecach. A potem zagrała jeszcze "Steuermann lass die Wacht", i "Gesegnet soll Sie schreiten", i "Wach auf, es nahet gen der Tag", aż wszystko zaczęło mi się mieszać w głowie. Parsifal chodził po parku nad wyschniętym stawem, mąż pani Hoffmann przy strasznym wrzasku walkirii i Nibelungów ścigał po scenie opery leśnej w Sopocie Hagena, Erikson stał na tarasie domu pani Grety i z pochodnią w dłoni śpiewał "Beglück darf du nicht, o Heimat!", a marynarze z Latającego Holendra wracali od strony Oliwy, drogą z Sopotu, i śpiewali "Heil! der Gnade Wunder Heil!".

Wszystko to było niezwykłe i porywające. I piękne - jak park na starej fotografii. Słuchałem pani Grety z wypiekami na twarzy, a ona grała wciąż nowe kawałki, już bez opowiadania i pokazywania obrazów z książki, i oboje byliśmy w jakimś dziwnym nastroju, w jakimś transie chyba, bo nie usłyszeliśmy kroków mojego ojca ani nie spostrzegliśmy go, kiedy stanął za naszymi plecami, też jakby zauroczony tą muzyką, a może tą sceną, którą zobaczył w Wielkim Pokoju pani Hoffmann: ona pochylona przy fortepianie i ja, niczym zahipnotyzowany, wpatrujący się w nią lub w jej palce. Urzeczony był zresztą może jeszcze czymś innym, w każdym razie stał za nami dobrych parę minut, nim położył mi dłoń na ramieniu i powiedział spokojnie:

- Musimy już iść.

Pani Hoffmann uderzyła mocny, wieńczący akord i odwróciła się w stronę ojca.

- O, pan Szifbaumajster! A my tu sobie thochę ghamy. Nie gniewa się pan chyba, co?

- Nie, nie gniewam się - powiedział ojciec. - Ale musimy już iść. Dobranoc, pani Hoffmann.

Gute Nacht. Dobhanoc panom, dobhanoc.

Gdy wróciliśmy do pokoju na górę, mama długo nie mogła się uspokoić. Dlaczego tam poszedłem?! Przecież prosiła tyle razy! I co ona z nim robiła, ta stara Niemra?

Ojciec próbował się za mną wstawić:

- Grała mu Wagnera. To wszystko.

Ale w mamę wstąpił zły duch:

- Niemcy! Niemcy! Niemcy! - mówiła coraz głośniej. - Zawsze ci Niemcy! Budują autostrady i maszyny, mają najlepsze na świecie samoloty i najlepsze piece do palenia ludzi. Niemcy grają Wagnera i zawsze czują się doskonale, zawsze są zdrowi i mają dobre apetyty!

Nigdy jeszcze nie widziałem mamy w takim stanie. Krzyczała na ojca, że niepotrzebnie przywiózł ją do tego miasta, że zrobił to chyba tylko po to, aby przez pięć lat mieszkała pod jednym dachem z Niemką.

- Dlaczego ona stąd nie wyjechała?! Dlaczego nie uciek­ła jak inni?

- Uspokój się - próbował wpłynąć na mamę ojciec. - On nie powinien tego słuchać.

Ale zły duch nie opuszczał mamy:

- Dlaczego nie powinien? Kiedyś wreszcie musi się dowiedzieć! - I zaczęła głośno wywoływać różne imiona, imiona dobrze jej znane, ukochane, i przy każdym imieniu odchylała jeden palec, najpierw lewej, a potem prawej ręki, a kiedy odchylone były już wszystkie, płacząc wykonywała ten gest jeszcze wiele razy od nowa, bo zabitych było znacznie więcej niż palców u rąk, a nawet u rąk i stóp razem wziętych.

Tymczasem ojciec, nie mogąc już tego wytrzymać, prosił, żeby przestała, wykrzykiwał, że to nie on ostatecznie wywołał tę wojnę, nie on przesuwał granice, nie on odbierał miasta jednym i dawał je drugim, a ja stałem pomiędzy nimi, rozdarty na dwie części, i widziałem ich ciała, widziałem postać mężczyzny i kobiety jak na barwnej ilustracji, niczym dwie pulsujące i żywe rany.

Ojciec zamilkł wreszcie, po czym wyjął z szafki proszek i podał go mamie razem ze szklanką wody. Mama doszła w końcu do siebie i pogodziła się z nim, a jednak, mimo to, gdy zasypialiśmy już w łóżkach, słowo "Niemcy" długo jeszcze krążyło po pokoju jak ptak obudzony w ciemności.

W poniedziałek rano pan Bieszke przyjechał pod sam fronton domu. Ładowaliśmy cały nasz dobytek na platformę, a konie strzygły uszami, jak zawsze przed drogą. Wreszcie lipową aleją ruszyliśmy w dół, pomiędzy rzędami starych drzew. Patrzyłem na wysuszony staw, na kaskadę, z której nie spływała ani jedna kropla wody, i na pokrzywy, gdzie kryły się przedmioty o niejasnym bądź zapomnianym przeznaczeniu. Dom pani Grety Hoffmann stawał się coraz mniejszy, aż wreszcie zniknął wśród drzew jak brązowy punkt z czerwoną kropką dachu. Kopyta plaskały o bruk. Konie pana Bieszke parskały wesoło, a on sam śpiewał kaszubską piosenkę, która chodziła mu po głowie pewnie jeszcze od chrzcin: "Chcela me so wypyc z tej malutczci buteleczci!". Minęliśmy most i zajezdnię tramwajową. Zaczynały się tu kasztany i ulica Świętego Huberta. Nowy dom, jeszcze nieotynkowany, stał już niedaleko. Kiedy wszedłem do mojego pokoju, poczułem zapach świeżej farby, wapna i klepek parkietu. I wtedy znów pomyślałem o tamtej melodii. Pani Greta nie zdążyła mi jej zagrać. Na pewno była to melodia miłosna. Ale czy napisał ją Ryszard Wagner? Za ścianą, w drugim pokoju, przesuwano meble. A ja pomyślałem, że nigdy się już tego nie dowiem. I nie dowiem się także, z kim rozmawiała pani Greta Hoffmann w Geburtstag, gdy podglądałem ją przez szklane drzwi Wielkiego Pokoju.

Wuj Henryk

Wuj Henryk był żołnierzem Armii Krajowej i za Powstanie Warszawskie odznaczono go Krzyżem Virtuti Militari. Kiedy taki sam order przyznano Leonidowi Breżniewowi za wybitny wkład w wyzwolenie naszej ojczyzny, wuj Henryk wystąpił z organizacji kombatantów i pisał do jej zarządu sążniste memoriały. Nie znałem ich treści, mogłem się jednak domyślać, że było w nich wiele goryczy i gniewu. A jednak mimo przegranego Powstania, mimo przegranej wojny i trudnego życia, wuj Henryk zachowywał się jak dżentelmen i oficer i nigdy nie słyszałem z jego ust narzekań na materialną stronę egzystencji czy polityczną sytuację kraju. Miał swoją własną filozofię, którą dzisiaj określić mogę mianem sztuki przetrwania w skrajnie niesprzyjających warunkach.

- Człowiek musi być silny - powiadał - a ta siła, mój chłopcze, ma tylko dwa źródła: ciało i duszę.

Rzeczywiście, wuj Henryk nie palił, uprawiał biegi i szwedzką gimnastykę, jeździł na nartach i rowerze, każdej zaś niedzieli, bez wyjątku, chodził na mszę i przystępował do komunii. W pewnym sensie przypominał rotmistrza J.K. Blunta z Południowej Karoliny i jeśli tamten zwykł o sobie mówić "Je suis américain, catholique et gentilhomme", to wuj Henryk mógłby tę słynną dewizę z powodzeniem stosować do siebie, tyle że w miejsce américain musiałby wstawiać polonais. Oczywiście, rotmistrz Blunt był postacią literacką i utrzymywał się, jak to ujmował, "z własnej szpady", wuj Henryk natomiast, człowiek z krwi i kości, mieszkał w starym ceglanym domu niedaleko stacji kolejki elektrycznej i posiadał kawałek ogrodu, w którym hodował gruszki, czereśnie i śliwki renklody. Na pewno też nie miał białej broni ani żadnej innej, zważywszy na epokę, w jakiej wypadło mu żyć. Mimo to, a może właśnie dlatego, wuj Henryk sprawiał wrażenie, że wszystkie ćwiczenia fizyczne i duchowe, którym oddawał się z takim zapamiętaniem, służyły jednemu tylko celowi: utrzymywaniu gotowości. Jako człowiek czterdziestosiedmioletni pełen był krzepy i pogody ducha i w każdej chwili stanąć mógł w szeregu. Nie sądziłem, by taki moment miał jeszcze kiedykolwiek nadejść, gdy jednak patrzyłem na jego wysportowaną sylwetkę, w jego jasne i przenikliwe oczy, z łatwością wyobrażałem sobie wuja Henryka z powstańczą opaską na ramieniu wydającego rozkazy podczas obrony ratusza w naszym mieście. Był niezwykle opanowany, powściągliwy w mówieniu i prędki w działaniu. Należał do tego rodzaju mężczyzn, którzy od pierwszego gestu i słowa wzbudzają w człowieku całkowite zaufanie. Za takim dowódcą każdy żołnierz poszedłby w ogień.

A jednak nasze stosunki nie układały się najlepiej. Choć podziwiałem go szczerze za czyny powstańcze i chociaż wuj Henryk wielokrotnie okazywał mi sympatię, trzymałem się od niego raczej z daleka. Nie potrafiłem jakoś sprostać jego oczekiwaniom i zawsze coś wychodziło nie tak. Kiedy na urodziny przyniósł mi hantle i zachęcał do ćwiczeń, podniosłem je zaledwie kilka razy, po czym, znudzony monotonią tego zajęcia, odłożyłem je w kąt. Innym znów razem ofiarował mi sprężyny do rozciągania, abym codziennie rano i wieczorem rozwijał mięśnie rąk; tym razem z kolei okazało się, że trzem sprężynom w żaden sposób nie dam rady - potrafię rozciągnąć zaledwie dwie, a i to nie do końca, i wuj Henryk był wyraźnie rozczarowany.

- Zbyt prędko się zniechęcasz - powiedział wówczas - daleko w ten sposób nie zajdziesz.

Nie wiedziałem, dokąd właściwie miałbym zajść, podnosząc hantle i rozciągając sprężyny, wiedziałem jednak aż nadto dobrze, że moja chuderlawość i fizyczna nijakość bardzo wuja zasmucają.

- Trzeba być zahartowanym, chłopcze - powtarzał wiele razy. - Trzeba być przygotowanym na trudy, a ty nie potrafisz nawet porządnie zrobić mostka czy stójki!

Jeszcze gorzej skończyła się próba ewolucji na trzepaku, specjalnie przystosowanym przez wuja do tego rodzaju ćwiczeń. Po kilku podciągnięciach, kiedy podbródek mój sięgnął drążka i gdy usiłowałem wykonać przewrót, żelazna rurka wyślizgnęła się z moich dłoni i upadłem na trawę jak ciężki, bezwładny worek. Wszystkie drzewa, podobnie jak ziemia i niebo, zawirowały wokół mnie, wuj Henryk szepnął: "Mój Boże, coś takiego!", po czym stojąc nade mną, lustrował mnie spojrzeniem, w którym coraz mniej było nadziei. Jej płomyk nie przestał się jednak tlić w jego duszy; mimo wszystko nie uznawał mnie za skończonego łamagę, całkowicie straconego dla świata prawdziwych mężczyzn. Świadczyły o tym nasze piesze wyprawy.

Dwa albo trzy razy do roku wuj Henryk przygotowywał marszrutę, po czym zaopatrzeni w kompas, mapę, prowiant, śpiwory i masę innych rzeczy ruszaliśmy w drogę. To właśnie za sprawą wuja Henryka poznałem zapadłe kąty Kaszub, gdzie gospodarze zapalali wieczorami naftową lampę, gdzie używano jeszcze kieratu, wypiekano domowy chleb i opowiadano, twardym i chropawym językiem, o diabelskich sprawkach, o upiorach i wampirach, które tu nazywały się - dźwięcznie i melodyjnie - wieszczymi. Słodki zapach sianokosów, chłodny dotyk wody, widok jezior rozrzuconych między wzgórzami, woń rozwieszonych sieci, pagórki, pod którymi ukrywają się zapadłe zamki książąt, strumienie, rzeki, grzywy lasów, diabelskie kamienie i samotne gospodarstwa - wszystko to składało się na cudowną i prawdziwą krainę, którą przemierzaliśmy drogami, nocując w stodołach, stogach siana albo pod gołym niebem przy ognisku. Wuj Henryk nauczył mnie łowienia ryb, posługiwania się kompasem, marszu na orientację, rozniecania ognia bez użycia zapałek, a wieczorami, kiedy na granatowym niebie pojawiły się gwiazdy, objaśniał ich ruchy i pokazywał znaki zodiaku. W ciągu dnia robiliśmy zazwyczaj ponad dwadzieścia pięć kilometrów, ja jednak nie narzekałem na ciężar plecaka, na spiekotę czy deszcz i wuj Henryk potrafił to docenić. Którejś nocy, gdy leżąc w śpiworach przy ognisku, wsłuchiwaliśmy się w trzask palonych badyli i chlupot fali dobiegający znad jeziora, powiedział nagle:

- W porządku, mój chłopcze. Za dwa albo trzy lata zabiorę cię ze sobą w Tatry.

Nie byłem do tej pory w Tatrach, a myśl, że będziemy wędrować co najmniej trzy tygodnie po nieznanych szlakach, że przemierzymy pasma górskie o wiele większe i wyż­sze niż pagórki Kaszub, że usłyszymy szum skalnych potoków i zobaczę pstrągi połyskujące w słońcu, już sama ta myśl była mi nagrodą. Zacząłem nawet żałować, że tak słabo przykładałem się do hantli i sprężyn, że tak beznadziejnie wypadłem na trzepaku, bo przecież w tym jednym zdaniu wuja Henryka tkwiła nie tylko obietnica wspólnej wyprawy na południe, lecz również cicha, ukryta akceptacja. A ta była coś warta.

Nigdy jednak nie poszliśmy razem w Tatry. Dwa lata zmieniły wiele. Chodziłem już do liceum, czytałem List jasnowidza Rimbauda, a jego wiersze wzbudziły w moim sercu płomienny bunt. Postanowiłem zostać poetą i umrzeć. Żeby chociaż za Polskę czy wolność narodu! Nie, ja chciałem umrzeć jak poeta przeklęty - jak bluźnierca, wyrzutek, opuszczony przez wszystkich i zapomniany, najlepiej w oparach alkoholu, tytoniowego dymu, w jakimś zaplutym barze albo podejrzanym hotelu. Świat mojego dzieciństwa, ten świat, w którym pierwszomajowe pochody mieszały się z pielgrzymkami do świętych miejsc, obrzydł mi zupełnie. Paliłem cygara, chodziłem na wagary, a nocą, rzecz jasna przy świecach i butelce wina, pisałem wiersze, by potem, gdy wybiorę już śmierć, zostały po mnie w uchylonej szufladzie biurka. Ojciec i mama uważali, że zwariowałem i że trzeba iść ze mną do lekarza.

- Do lekarza? - grzmiał wuj Henryk. - Do lekarza!! Tu trzeba pasa i dyscypliny! Popatrzcie tylko na jego oczy. Czy to jest spojrzenie zdrowego chłopca? To są oczy nałogowego onanisty! Młody człowiek powinien uprawiać sporty, powinien brać zimne kąpiele, słowem, hartować się! Tak, moi drodzy, hartować ciało i duszę! A on co? Od roku się nie spowiadał... No proszę - wuj Henryk rozłożył ramiona w geście dezaprobaty - to już zupełny brak szacunku!

Wuj nie wyjaśnił wprawdzie, wobec czego albo kogo zdradzałem ten brak szacunku, słyszałem za to wyraźnie, jakie rady daje rodzicom. Trzymać krótko, kontrolować każdy krok, badać każdą myśl i w ten sposób przywrócić zbłąkaną owcę stadu. Jednego wszakże wuj nie przewidział - że następnego dnia ucieknę z domu, skutkiem czego wszystkie te zalecenia staną się nieaktualne. Bo kiedy wróciłem po kilku dniach, głodny i wyczerpany, bez grosza przy duszy, jak syn marnotrawny, ojciec wziął mnie w objęcia i ze łzami w oczach powiedział:

- Jeżeli chcesz, zostań poetą. Tylko wróć do szkoły! Bardzo cię o to prosimy.

O dyscyplinie, zimnych kąpielach i spowiedzi świętej nie było już mowy. Chodziłem na lekcje, dalej pisywałem wiersze, a cygara, owocowe wino i świece (bez których nie może się przecież obejść prawdziwy poeta) wyjmowałem wtedy, gdy rodzice wychodzili na koncert albo do kina. A jeśli nie popełniłem jednak samobójstwa, to dlatego, że nie byłem dostatecznie zadowolony ze swych wierszy. Cóż z tego, że starałem się, jak mogłem, skoro bluźnierstwa i wyzywanie losu nie miały tej siły i świeżości, które nagłą śmierć czynią oryginalną. A umierać bez blasku, nieefektownie, wydawało mi się pomysłem niezbyt szczęśliwym. Po kilku miesiącach, chyba na wiosnę, Rimbaud odpłynął swoim statkiem daleko. Nie szukałem go więcej i nie pisałem już wierszy. Przestałem również pragnąć śmierci.

Następnych kilka lat nie należy do tej opowieści. Wspomnę tylko, że wuj Henryk zniknął po prostu z mojego horyzontu; widywałem go jedynie czasami z okien kolejki miejskiej, jak krzątał się w ogrodzie koło swego domu, i raz do roku na imieninach ojca, gdy przychodził złożyć mu życzenia - jak zawsze sprężysty, ogorzały, pełen godności i umiaru. Nie wypytywał mnie już o stopnie i ćwiczenia sportowe. Byłem studentem, a przy tym sam, z własnej woli, jeździłem często w góry. Czasem jedynie obejmował mnie na moment swoim badawczym spojrzeniem i wtedy czułem, że znów miałby mi wiele do zarzucenia. Jakby nadal widział we mnie podejrzanego chłopca i jakby przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. Nie miałem jednak o to do niego żalu. I nawet na myśl mi nie przychodziło, że mógłbym jeszcze kiedykolwiek wyruszyć z nim na wspólną wędrówkę.

A jednak stało się inaczej. Pewnej zimowej nocy, a właściwie w grudniowe popołudnie, gdy zmierzch nadszedł prędko, ktoś niespodziewanie zapukał do naszych drzwi. Był to wuj Henryk we własnej osobie. Miał na sobie lekką puchową kurtkę i narciarskie spodnie (mniej więcej takie, jakich używano w latach sześćdziesiątych na Ornaku), na ramionach - fiński plecak na wiklinowym stelażu, w rękach trzymał spięte z kijami narty, reszty zaś jego stroju dopełniała wełniana czapka z norweskim wzorem i starego typu skórzane buty narciarskie, ze ściętymi nosami i krzyżującymi się rzemykami.

- Jest świeży śnieg! - huknął od progu. - Nie wybierzesz się, chłopcze, na małą przejażdżkę?

- Na "małą", to znaczy na jaką? - zapytałem.

Wuj Henryk już był w kuchni, zacierał ręce i prosząc o gorącą herbatę, rozłożył na stole sztabową mapę.

- Moglibyśmy iść tutaj - jego palec wędrował od wzgórza 121 przez Kamienną Polanę, Brzozową Aleję, Dolinę Sambora i Głowicę aż do starej kuźni - ta trasa ma swoje zalety. Zważywszy jednak na dzisiejsze warunki klimatyczne - jego palec zataczał nowy krąg - równie dobrze możemy wybrać się tędy. - Tym razem minął szusem Szwedzką Groblę, następnie wziął łagodny zjazd ku Dolinie Ewy, Prochowym Duktem śmignął obok Diabelskiego Kamienia i szerokim łukiem przedostał się przez wzgórza do Jaworowej Doliny w okolicach Sopotu. Stąd, mniej więcej na wysokości Opery Leśnej, sunęliśmy już cicho do pierwszych uliczek, gdzie secesyjne wille i pałacyki tonęły w głębokich czapach śniegu. Wreszcie palec wuja zatrzymał się na stacji kolejowej w Sopocie. - Ostatni pociąg do Wrzeszcza - spojrzał na przygotowaną zawczasu karteczkę - mamy o godzinie zero piętnaście. No i co na to powiesz, chłopcze?

- Wprost nadzwyczajne, wuju - odpowiedziałem.

I tak rozpoczęła się nasza wyprawa.

Deski przypięliśmy na skraju lasu, po czym, podchodząc pracowicie drogą wśród ośnieżonych sosen, świerków i buków, patrzyliśmy na oświetlony stok narciarski, tam gdzie w kontury wzgórz wcinały się wieżowce i gdzie ludzkie postaci sunęły to w górę, to w dół.

- Ten wyciąg przypomina mi tramwaj - powiedział wuj Henryk. - Przystanek w jedną i przystanek w drugą stronę! Czy to jest w ogóle narciarstwo? Jak oni jeżdżą! - zatrzymał się na chwilę. - Podoba ci się taki styl?

Staliśmy na szczycie. Pod nami rozciągał się stok z wyciągiem, dalej, już w granatowej ciemności, rysowały swoje garbate linie wzgórza, a między nimi połyskiwały światła miasta i zatoki. Małe figurki narciarzy spływały w dół zakosami, a potem niczym mrówki zbierały się w dole i jedna za drugą, jak na defiladzie, sunęły po linii wyciągu wolno w górę.

- Kto z nich wykona prawidłowo christianię? Kto umie telemarka? - znów usłyszałem głos wuja Henryka. - Tak, zaginęła już klasyczna sztuka jazdy. Oni tego nie potrafią. To przypomina pingwiny na ślizgawce, ale nie narciarstwo. Byle więcej, byle szybciej! Chodź, chłopcze! - zwrócił się do mnie. - Na szczęście mamy tu jeszcze inne wzgórza!

I pomknęliśmy w dół po przeciwległym stoku, nieoświetlonym, ciemnym, wzbudzając tumany pyłu, które opadały za nami wolno jak we śnie.

- I rrraaz! - krzyczał wuj Henryk, wykonując christianię. - Iii dwaaa! - zahaczył kijkiem o śnieg i brał wiraż. - Iii trzyyy! - wybił się sprężyście na małej muldzie i frunął w powietrzu wychylony do przodu dobrych dziesięć metrów. - I heeej! - zatrzymywał się wreszcie u podnóża góry pięknym, klasycznym telemarkiem z przyklękiem, a miliony białych drobin wyrzucone w górę tym ostatnim wirażem otaczały teraz sylwetkę wuja i czyniły go niewidzialnym na parę sekund, po czym opadały wolno w dół, jak obłok, z którego wyłaniają się niespodziewane kształty.

Pędziłem za nim, wypatrując przetartej ścieżki, ale na muldzie, gdzie wuj wykonał skok, moje narty skrzyżowały się i runąwszy bezładnie w miękki śnieg, przekoziołkowałem kilka razy.

- Nic ci się nie stało? - wuj złapał nartę, która mi uciek­ła, i pochylał się nade mną troskliwie. - Nogi w porządku?

A ja, leżąc w puszystym śniegu i patrząc w gwiazdy, poczułem się nagle bardzo dziwnie, bo czas, zatoczywszy koło, cofnął się w tej chwili: miałem wrażenie, jakbym właśnie spadł z trzepaka obok ceglanego domu, gdzie rosły czereśnie, gruszki i śliwki renklody, i natychmiast poczułem w ustach smak kurzu, który unosił się nad Wrzeszczem kilkanaście lat temu, a był to smak brukowanych ulic, zarośniętych ogrodów, chodników z ubitą ziemią, wędzonych ryb w zatłuszczonej gazecie, dymu z parowozów i smaru tramwajowych zwrotnic; był to smak kurzu pierwszomajowego pochodu, gimnastycznej sali i dnia pierwszej komunii, i nie pamiętam już, co było w nim silniejsze, a co słabiej uchwytne: aromat czarnych porzeczek z ogrodu wuja Henryka czy zapach owego smaru z tramwajowej zwrotnicy.

- Za wcześnie się pochyliłeś - wuj pomógł mi wstać, a kiedy przypinałem nartę, demonstrował prawidłową postawę skoczka. - Tuż przed progiem ciało musi być luźne, a potem, mój chłopcze, w ułamku sekundy powinieneś sprężyć wszystkie siły; wtedy możesz być pewny, że skok się uda.

Ruszyliśmy dalej Samborową Doliną. Mróz tężał z minuty na minutę, pod deskami skrzypiał sypki śnieg, a z naszych nosów buchały obłoki pary. Za wielkim dębem skręciliśmy nieco w prawo. Patrzyłem, jak wuj Henryk wyrzuca przed siebie narty, jak pracuje ramionami, i byłem pełen podziwu dla jego umiejętności. Gdybyśmy rozegrali bieg do Oliwy albo do Matemblewa, na pewno dotarłby tam szybciej niż ja. Ale on nie narzucał zbyt wielkiego tempa i nie mówił tym razem o duchu sportowym. Czekało nas jeszcze sporo podejść i zjazdów, a między nimi około dziesięciu kilometrów zasypanych duktów. W zupełnej ciszy, w której skrzypiał tylko śnieg i nasze buty, słyszałem stuk mojego serca. Był równomierny i dobrze odmierzony. Sunęliśmy dalej jak dwa pochylone cienie. Co wiedziałem o wuju Henryku?

Właściwie tyle tylko, że w czasie Powstania zniszczył trzy niemieckie czołgi i jako jeden z ostatnich wycofał się kanałami ze Starówki; że w tym samym Powstaniu spłonął jego dom, a w nim - cała jego rodzina; i że pozostał sam, jak Hiob, na zgliszczach i popiołach, lecz w przeciwieństwie do człowieka z Us jego język nigdy nie wypowiedział słowa skargi.

Jakie mogły być jego rachunki z Panem Bogiem? Przecież nie stracił wiary. Był jak mało kto bogobojny. Teraz, gdy sunąłem za nim po śniegu, wzbudziło to nagle we mnie podziw. Bo z mego punktu widzenia modlił się do Boga, który nieodmiennie poniża sprawiedliwych, a nad naszym światem pozwala panować łajdakom - w mundurach i bez mundurów. Więc może Bóg wuja Henryka był Bogiem spraw i wojen przegranych, Bogiem ludzi, którym zabrano wolność i nadzieję? Lecz jeśli tak, to dlaczego nazywano Go sędzią sprawiedliwym, Ojcem, Miłością, Niewyczerpaną Łaską?

Takie pytania chodziły mi po głowie, a śnieg unosił się nad nami jak srebrny pył i osiadał na czapkach, ramionach, na rękawiczkach i kurtkach. A potem przyszło mi jeszcze na myśl, że wiele bym dał, aby usłyszeć, jak wuj z Nim rozmawia. Przecież musiał coś do Niego mówić, a może i słyszał coś z tej strasznej, niewyobrażalnej odległości - wtedy gdy modlił się w skupieniu, a potem otwierał usta, wysuwał delikatnie język i przyjmował opłatek. Lecz może było to coś takiego, czego nie pojąłbym w żadnym wypadku? Może wuj Henryk kontaktował się z Bogiem w sposób, o jakim nikt nie miał pojęcia?

Za Doliną Sambora zerwał się nagle wiatr i płatki śniegu wirowały teraz między nami jak gęsta zasłona. Musieliśmy zwolnić i nawoływać co kilkadziesiąt metrów. Postać wuja to pojawiała się, to znów niknęła w białej kurzawie, i wtedy pomyślałem, że podobnie mógł być widziany w czasie Powstania, kiedy paliły się domy, asfalt, ziemia i powietrze, a on właśnie niknął w kłębach czarnego dymu albo tumanach gryzącego ceglanego pyłu, to znów się z nich wynurzał lub wyskakiwał nagle, by oddać strzał w kierunku jakiegoś feldfebla z Monachium lub Ukraińca z dywizji SS; kiedy zaś oni brali go na musz­kę i puszczali serię, na powrót ginął w gęstym obłoku, stawał się znów niewidzialny i wszystkie kule, które miały go zabić, cięły z gwizdem powietrze, bo ściany domów w Warszawie dawno już przecież nie istniały.

- Jeżeli chcesz - usłyszałem nagle głos wuja - możemy zawrócić. Nie spodziewałem się takiej zadymki.

- Trzeba iść do końca! - krzyknąłem pod wiatr. - Jedziemy dalej!

Klepnął mnie po ramieniu i nie powiedział ani słowa. Ruszyliśmy przed siebie, lecz coraz trudniej było przecierać szlak. Wiatr pędził między drzewami tabuny białych chmur, zdawało się, że za chwilę runą na nas wszystkie konary, a na dodatek w zupełnych ciemnościach ledwie odnajdywaliśmy drogę do Szwedzkiej Grobli.

- Tędy! - wołał wuj Henryk. - Tu, na tej krzyżówce w lewo!

- Nie w lewo, tylko w prawo! - krzyczałem jeszcze głośniej. - W lewo jest droga do starej skoczni!

- Do jakiej wyroczni?! Starej?

- Do skoczni, wuju! Do skoczni! - wrzeszczałem mu do ucha. - Skoczni, a nie wyroczni!

- No tak - odpowiadał - oczywiście! Ale wydaje mi się, chłopcze, że na Szwedzką Groblę powinniśmy jednak skręcić w lewo.

I tak kluczyliśmy dobre pół godziny, spierając się na każdym skrzyżowaniu. Mróz osiągnął dobre dwadzieścia stopni i wskutek ostrego wiatru przenikał nas na wylot. A my dalej krążyliśmy wkoło jak potępieńcy, nie mogąc odnaleźć ani Szwedzkiej Grobli, ani drogi powrotnej lub przynajmniej takiej, która wyprowadzałaby z lasów.

- To niemożliwe! - krzyczał wuj Henryk. - To musi być gdzieś blisko, dwa kroki stąd.

Miejsca przypominające do złudzenia Szwedzką Groblę znajdowaliśmy kilkakrotnie, za każdym jednak razem okazywało się, że inny jest tu rozkład dróg. Żadna z nich nie była oznakowana niebieskim szlakiem prowadzącym ku Dolinie Radości ani żółtym - do Sopotu, ani czarnym - do Matemb­lewa. Wreszcie, gdy wspięliśmy się na wzgórze porośnięte bukami, wuj wydał z siebie okrzyk tryumfu:

- Ależ tak, chłopcze! Przez pomyłkę poszliśmy nie w tę stronę!

- Naturalnie, wuju - powiedziałem - to jasne, że zabłądziliśmy.

- Już nie - odchrząknął. - Wiesz, gdzie jesteśmy? Ta góra nazywa się Głowica. Potrzymaj mi latarkę! - I wydobył z plecaka mapę, którą chciał następnie rozłożyć na moich ramionach, lecz silny podmuch wiatru wyrwał mu ją z rąk i wielka płachta poszybowała gdzieś w ciemność.

- Och, to nic - powiedział wuj, nakładając na nowo plecak i rękawiczki. - Wiem już wszystko. Tędy w dół dojdziemy do drogi, która kończy się koło dworu Schopenhauerów. Natomiast tędy - wuj obrócił się o czterdzieści pięć stopni - możemy dojechać do Oliwy na wysokości opackich młynów. Co wybierasz?

Wolałem drogę do dworu Schopenhauerów. Stamtąd było już dwa kroki do ulicy Polanki i przystanku tramwajowego.

- Więc za mną, chłopcze! - krzyknął wuj i skoczył w dół długim szusem, z zadziwiającą łatwością manewrując między drzewami.

Jechaliśmy dość długo coraz węższym gardłem doliny. Znałem tę drogę. Po lewej stronie rósł gęsty zagajnik, teraz tonący w zaspach, a po prawej, na ostrej stromiźnie zbocza strzelały w niebo świerki i sosny. Wicher kołysał koronami drzew, ale tu, niżej, było nieco spokoju. Wypatrywałem pierwszych świateł, lecz gdy zbliżyliśmy się do miejsca, skąd powinienem był zobaczyć dach dworu Schopenhauerów, czyli dach więzienia dla nieletnich, bo taką spełniał od wielu lat funkcję, okazało się, że stoimy pod następnym wzgórzem, jeszcze bardziej stromym i nieprzystępnym niż to poprzednie.

- Dziwne - powiedział wuj Henryk - przecież tu powinno być przejście na drugą stronę. Taki wąski jar. I to jest to miejsce - dowodził - tyle że jakby nieco odmienione.

Nie było innego wyjścia: trzeba było znowu piąć się w górę. Kiedy zaś osiągnęliśmy wreszcie szczyt, tym razem naprawdę już zziajani, naszym oczom - zamiast domostwa Schopenhauerów otoczonego kolczastym drutem - ukazała się następna dolina, a za nią jeszcze wyższa grzy­wa lasu.

- Nie do wiary! - wykrzyknął wuj. - Przecież byliś­my tu już godzinę temu! No, całe szczęście - dodał zaraz - że wiatr jakoś ucichł. Inaczej byłoby z nami całkiem źle.

Zgodziłem się z wujem Henrykiem, że ucichł wiatr i że to dobrze, bo inaczej byłoby z nami całkiem źle, nie byłem natomiast przekonany, że miejsce, do któregoś­my dotarli, jest tym samym, gdzie staliśmy już godzinę temu, czyli gdzieś między Szwedzką Groblą a Doliną Sambora.

Wiatr, który rzeczywiście uspokoił się na kilka minut, dając nam moment wytchnienia, znów uderzył w las, i to ze zdwojoną siłą. Mocno przygięci do ziemi posuwaliś­my się niemal po omacku, jak dwaj ślepcy skazani na siebie. Schodziliśmy po oblodzonym stoku gdzieś w dół, a wokół nas nie tylko już nie było narciarzy, świateł wyciągu i skocznych dźwięków muzyki, nie było tu nawet sosen, świerków i buków, ale jedynie biała wirująca chmura, w której na ułamki sekund pojawiały się czarne dziury ziejące absolutną pustką. Stąpaliśmy coraz ostrożniej i wolniej, a żywioł, który nas otaczał, był groźny i obojętny. Poczułem strach. Wystarczył moment nieuwagi, by puścić narciarski kij, trzymany z drugiej strony przez wuja Henryka, i polecieć w tę pustkę jak bezwolny patyk. Miałem wrażenie, że śnieżna burza, niczym powietrzna trąba, przesuwa się razem z nami, jakby ktoś z góry kierował jej ruchem, i że gdzie indziej nad oliwskim lasem panuje cicha noc jak z niemieckiego obrazka, na oświetlonym zaś stoku dalej gra muzyka i weseli narciarze, ignorując reguły stylu klasycznego, jeżdżą w górę i w dół, a tylko my dwaj schodzimy coraz niżej i niżej w ciemność, jak po drabinie bez końca.

Czasami zdawało mi się, że wuj wykrzykuje coś pod wiatr, i byłem prawie pewien, że jest to werset z psalmu pięćdziesiątego piątego, tego, w którym Dawid mówi o białych skrzydłach gołębicy i o tym, że chciałby na tych skrzydłach ulecieć daleko i odpocząć. Lecz pewnie było to złudzenie, pewnie to ja sam pragnąłem usłyszeć kojące słowa w szalejącej zamieci i poświstach wiatru.

W pewnym momencie poczułem, że nie idziemy już po stromiźnie, a w chwilę później tuż przed nami wyrósł ciemny kształt szopy zbudowanej z grubych bali.

- Musimy odkopać drzwi! - krzyknął wuj Henryk. - Inaczej znajdą nas tutaj na wiosnę.

Nie było to jednak łatwe. Szałas drwali, porzucony po jesiennych wyrębach, ledwie wystawał z zaspy, a drzwi osadzone na ciężkich ćwiekach nie chciały ustąpić. Już bez nart, miarowo napieraliśmy na belki, aż wreszcie, razem z podmuchem wiatru, drzwiami i górą śniegu runęliśmy do środka jak dwaj pijani marynarze.

- Jesteś? - zapytał po chwili wuj Henryk.

- Tak - odpowiedziałem.

- Nic ci się nie stało?

- Nie. Tylko strasznie tu ciemno.

- Jak w trumnie, mój chłopcze - rzekł spokojnie wuj Henryk. - Kiedyś trzeba się przyzwyczaić.

Nad nami huczał wiatr i walił o krokwie dachu, lecz wewnątrz szałasu, gdy po zaparciu drzwi rozpaliliśmy małe ognisko, było całkiem przytulnie. Zapach płonących gałęzi mieszał się ze stęchlizną starych szmat i rękawic, które leżały w kącie, a ja czułem w tym wszystkim zapach minionego lata i jesieni, ową gorzko-słodką woń kory, skupiającą w sobie smaki rozmaitych zjawisk i miejsc: gliniastej i wilgotnej ziemi mokradeł, traw kwitnących na wzgórzu Luizy, i mięty, i koniczyny z Doliny Abrahama. I pomyślałem sobie, że ten właśnie zapach, ten jedyny w swoim rodzaju zapach lasu i bukowych polan, które pamiętały książąt o dziwnych imionach Subisława, Świętopełka i Sambora, które widywały Jana Sobieskiego i Fryderyka Wielkiego, ten zapach drzew i miejsc, które milcząco przyglądały się teraz nam, śmiesznym wędrowcom, co zbłądzili w niedobrą godzinę pod nieszczęśliwą gwiazdą, ten właśnie zapach chciałbym czuć, gdy będę kiedyś leżał w trumnie.

- Która godzina? - zapytał wuj Henryk. - Nie wziąłem ze sobą zegarka.

Spojrzałem na tarczę, gdzie złocone bukwy układały się w pochylony napis MIR, i zobaczyłem, że wszystkie wskazówki są nieruchome. Zatrzymały się na godzinie siódmej, która, na moje wyczucie, dawno już minęła. Ale jak dawno i czy na pewno dawno, nie miałem pojęcia. Było mi to zresztą obojętne. Bo jakie właściwie miało to znaczenie, czy jest dziesiąta, dwunasta, czy druga w nocy? Intrygowało mnie natomiast, z jakiego powodu zegarek przestał chodzić. Zamókł? Uderzyłem go o coś bezwiednie? Był przecież nakręcony.

Tymczasem wuj upierał się, żeby przynajmniej - skoro nie znamy godziny - zorientować się w położeniu. Wyjął więc turystyczny ołówek z metalową skuwką i na papierze po kanapkach próbował nakreślić drogę, którąśmy przebyli. Wyliczał na głos wzniesienia, zakręty i krzyżówki, usiłował odtworzyć wszystkie te skomplikowane meandry, jakie musieliśmy wykonać, ale zatłuszczony papier nie chciał przyjmować linii. Ślad grafitu znikał co chwila jak ślady nart na wyjeżdżonej trasie, kreska urywała się, a wówczas wuj ze zniecierpliwieniem ślinił ołówek, lecz kiedy powracał do kartki, by kontynuować swój wykres, gubił się w nim i zaczynał wszystko od początku. Wreszcie, pochylony nad paleniskiem, wydobył kompas; kiedy jednak zbliżył jego niklową, połyskującą tarczę do migotliwego światła, z największym zdumieniem wykrzyknął:

- Mój Boże! Chłopcze!

Rzeczywiście, czarno-biała wskazówka jakby zwariowała. Kręciła się raz w lewo, raz w prawo, wykonując po kilka obrotów za jednym zamachem, i to w takim tempie, że nie można było oddzielić bieli od czerni. Kolory zlewały się w jedną barwę przypominającą jesienne błoto naszych ulic.

Po chwili wuj Henryk monotonnym głosem wykładowcy zaczął mówić o zjawisku burzy magnetycznej, o pomieszaniu kierunków i zmianie biegunów. Jak wówczas, gdy kometa Halleya zbliżała się do naszej planety, powodując trzęsienia ziemi, powodzie, wybuchy wulkanów i burze ogniowe pędzące przez sawanny z prędkością wiatru. Nie było dla mnie jasne, czy wszystkie te kataklizmy mają również i nas spotkać, a jeśli tak, to czy już zaraz, czy raczej w bliżej nieokreślonej przyszłości, lecz nie mog­łem się zdobyć, aby przerwać wujowi. Zapalał się coraz bardziej i potrząsając kompasem, mówił jednym tchem, że gdyby morze wystąpiło teraz z brzegów, gdyby zalało Jelitkowo, Sopot, Brzeźno, Stogi, Dolne i Nowe Miasto, nie wspominając już nawet o takich dzielnicach, jak Stare Szkoty, Letniewo czy Nowy Port, gdyby więc woda pochłonęła wszystkie okoliczne domy i ludzi, to wówczas tylko my dwaj z całego miasta uszlibyśmy z życiem!

- Czyż nie byłby to widomy znak Opatrzności? - pytał wuj Henryk i nie czekając na odpowiedź, dalej rozwijał swą myśl: jeśli ten straszliwy kataklizm miałby się wydarzyć właśnie tej nocy, a my znajdowaliśmy się mniej więcej sto-dwieście metrów nad poziomem morza, to o świcie mogłoby się okazać, że przebywamy już na wyspie. Dwaj ludzie z miasta, które w jednej chwili przestało istnieć. Jak Sodoma i Gomora, jak Pompeja, jak Port Royal i Lizbona. - Tylko my dwaj... - dodał po chwili. - Rozumiesz, co to znaczy?

Nie wiem, czy rozumiałem dokładnie, co wuj miał właściwie na myśli, pojąłem natomiast wreszcie, że to, czego pragnął naprawdę, na co oczekiwał w każdej minucie swego życia, było łaknieniem sytuacji ostatecznych; takich, w których mógłby zmierzyć się z Losem twarzą w twarz, w otwartej walce. I właśnie teraz, w szałasie drwali, gdzieś w oliwskich lasach między Szwedzką Groblą a domem Joanny Schopenhauer, Los po raz pierwszy od wielu lat zdawał się mu sprzyjać, przychodząc na wyzwanie.

Patrzyłem na wirującą strzałkę. Teraz obracała się nieco wolniej, jakby ktoś z potężnym magnesem krążył na zewnątrz wokół szałasu i przyciągał ją ku sobie, a wuj Henryk pukał w szkiełko kompasu i znów kręcił z niedowierzaniem głową.

- Zwariował. Kompletnie. To niemożliwe, a jednak zwariował. Zatrzyma się wreszcie, czy nie?!

- Wuju - zdecydowałem się jednak coś powiedzieć - a może po prostu trafiliśmy na żelazo? Może pod tą górą jest żyła rudy? Bo magnetyczna burza... sam przyznasz... to nie jest zbyt przekonywające...

- Żyła rudy, powiadasz? Nie, nie, mój chłopcze, to niemożliwe! Lodowiec zostawił w tej ziemi granity i bazalty, nic więcej. Nie słyszałem jeszcze o pokładach rudy w morenie czołowej - stwierdził z lekką ironią. - No, chyba że Niemcy zakopali tu jakiś czołg albo armatę - dodał po chwili - i siedzimy właśnie na tym świństwie.

Tak, to właśnie był cały wuj Henryk! Albo burza magnetyczna i zapowiedź kataklizmu, albo niemiecki czołg zakopany czterdzieści parę lat temu! Żadne prozaiczne przyczyny nie mogły tu wchodzić w rachubę, jako coś poniżej jego miary. Przyrządy, którymi się posługiwał - nóż ze szwedzkiej stali, sztabowa mapa, angielski kompas, chiński termos, nawet metalowa skuwka chroniąca wyostrzony grafit - musiały być niezawodne tak jak on sam i nie miały prawa się zepsuć. Jeśli rzeczywistość nagle wymykała się z rąk, jeśli coś zawodziło, przyczyną nie mogła być lada usterka czy po prostu przypadek. Już raczej wojna, kataklizm albo nawet koniec świata. Cóż mog­łem począć w tej sytuacji? Dokładałem do ognia, mając nadzieję, że wiatr przed świtem ucichnie i wreszcie będziemy mogli stąd wyjść.

Tymczasem wuj Henryk, uczepiwszy się niemieckiego czołgu, dosiadł nagle innego konika.

- Oni zakopywali broń nie tylko przed bolszewikami. Oni zamierzali tu wrócić, a prawdę mówiąc, nigdy takiej nadziei nie utracili. Adenauer, Bismarck, Fryderyk, wszyscy oni śnili ten sam sen, sen o niemieckim zjednoczeniu. A kiedy ten sen stawał się rzeczywistością, kiedy Niemcy budzili się we wspólnym domu, zawsze było już za późno. - Bo Niemcy wstając z łóżek, od razu maszerują, a od tego marszu drży cała ziemia, bo Niemcy nigdy nie maszerują boso, lecz zawsze w dobrych wojskowych butach. - Zobaczysz - wyszeptał wuj Henryk, wykonując zagadkowy ruch głową - oni się jeszcze kiedyś z nimi dogadają.

- Z nimi? - zapytałem. - To znaczy z kim?

A wtedy wuj, w zdaniach szybkich jak z allegro vivace, a chwilami nawet allegro furioso, w zdaniach, w których pobrzmiewały to trąbki pruskich huzarów, to znów harmonia albo bałałajka, w zdaniach kipiących gniewem, obawą i rozpaczą mówił o pocałunkach na wietrze i o uściskach, które uchwycą nas z obu stron jak chirurgiczne kleszcze do spędzania płodu i wyrwą jak chory ząb. I wirowały w tych zdaniach różne postaci, a wszystkie były mi dobrze znane - ze znaczków pocztowych, ze zdjęć w podręcznikach, z gazet i z telewizji; Stalin tańczył z Hitlerem, Adenauer z Chruszczowem, Willy Brandt z Breżniewem, a Kohl z Gorbaczowem. I kiedy tak oddalali się od siebie, to znów przybliżali, wymieniając ukłony, wuj mówił o nowej granicy na Wiśle i o mieście swojej młodości, podzielonym na miasto Wschodnie i Zachodnie, o tym, że na lewym brzegu będzie można kupić piwo i kiełbaski, a potem wylosować bilet do gazu, na prawym zaś otrzymać przydział na chleb, sól i wódkę wraz z kartą pracy gdzieś za Kołem Polarnym.

- I znów trzeba będzie robić konspirację - mówił coraz szybciej - i w obu częściach zony! Bo przecież możemy liczyć tylko na siebie. Francuzi nie będą umierać za Gdańsk, Anglicy za Kraków! Tylko my, mój chłopcze, potrafimy umierać za miasta, których nie widzieliś­my na własne oczy!

Rozkrzyżował ramiona i dalej mówił, jak hipnotyzer, a raczej natchniony jasnowidz, a w miarę, jak się rozkręcał, moje oczy stawały się coraz szersze, aż wreszcie nie dałbym głowy, czy za chwilę z wirujących płatków śniegu, zza tej białej i delikatnej zasłony nie wyłonią się znane postaci i nie wejdą zaraz do szałasu, otrzepując buty: Fryderyk w peruce i z harcapem, Adolf z przepaską na ramieniu, Józef z fajeczką w ustach, Helmut w trochę zbyt obszernym garniturze, Michaił z plamą na czole po chorobach trudnego dzieciństwa, i czy nie powiedzą, podając sobie dłonie przy ognisku: "To przecież nasze! Wynocha stąd, polskie świnie, bękarty pokraczne Wersalu! Precz z naszych oczu, bastardy Poczdamu, wy, skrofuliczne dzieci Jałty! Bo jak nie..." - lecz dalej bałem się już myśleć, bo i czym moglibyśmy ich przywitać? Narciarskim kijem? Płonącą szczapą? Śmierdzącą i zapleśniałą rękawicą drwala?

- Czy wszystko musi się powtórzyć? - usiłowałem oponować.

Lecz myśli wuja i jego słowa wirowały szybciej od wskazówek kompasu i płatków śniegu, myśli wuja krążyły wokół idei cyklu, zgodnie z którym wielkie narody wciąż powracają do pocałunków na wietrze i do uścis­ków, a małe i niepotrzebne nikomu płoną lub zamieniają się od tego w szklistą górę zamarzniętych trupów i szmat.

A potem zaległa cisza. Wuj patrzył w ogień i nic już nie mówił, a ja siedziałem naprzeciw niego i też nic nie mówiłem. Nie wiem, o czym myślał. Być może przeprowadzał kolejne powstanie albo błądził wśród białej przestrzeni, zmieniając się powoli w płatek śniegu uniesiony podmuchem lodowatego wiatru. Patrzyłem, jak płoną drwa, i pocieszałem się, że w najgorszym wypadku posiedzimy przy ogniu do rana, a kiedy wstanie słońce i ucichnie wiatr, znajdziemy drogę - zdumieni, że było tak blisko.

Wuj Henryk drzemał, podpierając podbródek pięściami. Drewna mieliśmy dosyć, a w termosie było jeszcze sporo herbaty.

Czy mogłem przypuszczać, że pośród nocy, w niedalekiej wiosce, zapalają się już cicho światła? Że srebrne ostrogi, oczyszczone popiołem i nasmarowane tłuszczem, błyszczą jak muzułmańskie księżyce? Nie byliśmy przecież na Antylach ani nawet w Prowansji. Padał śnieg i do świąt Bożego Narodzenia pozostawało zaledwie kilka dni. W naszym mieście czerwone dachy gotyckich kościołów wyglądały bardzo pięknie, przykryte białym skrzącym się śniegiem, i gdyby żył jeszcze Tomasz Mann, znalazłby pewnie w tym widoku dowód na nieśmiertelność duchowego piękna, któremu natura wciąż nowych powabów przydaje. Lecz moje myśli nie krążyły długo wokół Tomasza Manna, nie mogły wzlecieć nad oszronione wieże Świętego Mikołaja, Świętej Katarzyny, Najświętszej Marii Panny czy Piotra i Pawła. Widząc zmęczone powieki wuja Henryka i blask ognia migoczący na jego twarzy, ujrzałem drzewa w jego ogrodzie, obsypane tysiącami białych płatków, które opadały zawsze, ilekroć obok płotu przemknął pociąg pośpieszny. I widziałem tam też siebie, jak krążę między drzewami i próbuję złapać taki płatek w usta. Stoję na palcach z głową zadartą w niebo i kiedy ostatni wagon, dudniąc rytmicznie, znika za wysokim parkanem, rozdziawiam gardło i przechylam się we wszystkie strony, bo chodzi o to, aby jeden z płatków nie dotknął ziemi, lecz wpadł mi do ust lub osiadł na wargach; zbieram go wtedy delikatnie językiem i żuję przez chwilę; i jeśli nie przyklei się do podniebienia, odnajduję w nim w końcu smak przyszłych owoców - jeszcze nie słodki, tylko dziwnie gorzki i cierpki.

Tak, czułem, patrząc na zamknięte powieki wuja, że ten chłopiec pod drzewem obok ceglanego domu to zupełnie ktoś inny ode mnie, i nie mogłem obu tych wizerunków ze sobą pogodzić ani złożyć w jeden, bo tak się miały do siebie, jakbym na jednym z nich - w jarzeniowym świetle lamp, trzymając się napiętej liny - jechał powoli do góry, na drugim zaś pędził w ciemności zakosami w dół, podnosząc za sobą chmury białych drobin, niczym pociąg pośpieszny do Krakowa - dziewiętnasta piętnaście z Gdyni, dziewiętnasta dwadzieścia pięć z Sopotu, dziewiętnasta trzydzieści sześć z Wrzeszcza.

Czy miałoby sens zwierzyć się wujowi, że ja to ktoś inny? Obudzony, machnąłby na pewno ręką, mówiąc "eh tam, gadanie!", bo niby jakim sposobem A może być jednocześnie B? Tak, według wuja nasza istota była niezmienna, a niezmienność ta - pewna jak nieśmiertelność duszy. Więc nie obudziłem wuja w tej sprawie.

I pomyślałem wtedy o kogutach - tych, które piały o świcie w ogrodach Wrzeszcza i Oliwy, w krzakach porzeczek i agrestu, wśród tyczek fasoli i owocowych drzew, w nędznych, naprędce skleconych kurnikach, przykrytych dyktą i obitych papą; o kogutach, które dawno już zniknęły z naszego miasta, tak jak gazowe latarnie, konne wozy, tramwaje linii letniej, słupki hydrantów z żeliwnymi łańcuszkami, sklepy z resztkami kolonialnej glazury i suchy piasek podwórek i ulic. A jednak, choć wszystko to odeszło w przeszłość, miasto pozostawało wciąż to samo - jakby posiadało niezmienną formułę; jakby nic nie było w stanie jej naruszyć - pożary, bombardowania i wędrówki ludów, a w ślad za tym zmieniające się języki, obyczaje, nazwy statków, ulic, szepty, miłosne zaklęcia, i jeszcze krój marynarek, sukni, spodni i obcasów. I właśnie, gdy zadawałem sobie pytanie, czy jest coś takiego jak esencja mojego miasta, czy istnieje więc jego dusza, wuj Henryk poruszył się niespokojnie, sapnął, westchnął, po czym otworzył oczy i rzekł:

- Czuję zapach gotowanych ziemniaków. Czy podzielasz to wrażenie węchowe, chłopcze?

Nie czułem tego zapachu, lecz zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wuj krążył już po szałasie z głową uniesioną lekko ku górze, rozdymał nozdrza, głębokimi haustami wciągał powietrze i węsząc w półmroku, zastygał co parę sekund w bezruchu, jak wyżeł, który znalazł trop.

- Ależ tak! - sapał podekscytowany. - Nie może być pomyłki, mój chłopcze! To jest woń kartoflanych łupin, ciepłych, parujących, a to oznacza tylko jedno: że jesteś­my w pobliżu ludzkich siedzib!

Wytężałem węch, jak tylko mogłem. Bezskutecznie. Wuj tymczasem naciągnął szybko czapkę, zawiązał szalik, zarzucił błyskawicznie plecak i mocnym kopnięciem odwalił drzwi szałasu. Tuman śniegu runął do środka, wiatr rozniósł iskry po wnętrzu, a ja, zakładając pośpiesznie narty, chwytając po omacku plecak i kije i widząc, jak wuj znika w białej kurzawie, jak ginie w huczącej wiatrem ciemności, pomyślałem ze zgrozą, że ogarnęło go szaleństwo. To samo, o którym opowiadał czasem ojcu, a więc to, które zabijało wielu - tam, wtedy, przed czterdziestu laty, gdy nagle we śnie poczuli zapach wędzonki, gotowanej kaszy lub, co graniczyło z ekstazą, pierogów z grzybami i mięsem i z krzykiem zrywali się z prycz, i wybiegali z baraku, i jeśli przy przekraczaniu zony nie zastrzelił ich skośnooki Kałmuk, biegli dalej przed siebie, w białą i pustą przestrzeń, aż do utraty tchu, do ostatniego uderzenia serca, które wstrzymywał pocałunek mrozu. Ich ciała znajdowano nazajutrz, czasem dopiero na wiosnę, a czasem nie znajdowano ich wcale.

- Wuju, zatrzymaj się! - krzyczałem za nim co sił w płu­cach. - To niemożliwe! Tu nie ma żadnej wioski!

Do niego jednak zupełnie to nie docierało. Owładnięty jednym, biegł na nartach jak zawsze długimi wyrzutami nóg, nie pozostawiając mi innego wyjścia, jak za nim nadążać.

Nie wiem, jak długo trwała ta osobliwa gonitwa, pamiętam tylko, że przemierzyliśmy dobrych kilka wzgórz i że byłem już u kresu sił, gdy wuj zatrzymał się wreszcie u wrót głębokiej kotliny. Wtedy dopiero spostrzegłem, że nie pada już śnieg i ustała wichura.

Po naszej lewej stronie widniała ciemna sylwetka wiejskiego kościoła, a po prawej majaczył cmentarny murek.

- Dziwne - powiedział wuj Henryk - wygląda na kompletną ruinę. A przecież wioska jest zamieszkana.

Na razie nie widziałem żadnej wioski, lecz kiedy weszliśmy do kościoła przez rozwalone drzwi i patrzyliśmy na zerwany w połowie strop, na potrzaskane ławki w kącie i resztki witraży, które w świetle gwiazd lśniły niczym dżety na aksamitnej sukni tancerki, poczułem się bardzo dziwnie. Jakby ci, którzy brali tu śluby, chrzcili dzieci i modlili się co niedziela, wyszli stąd dosłownie przed chwilą.

- To ewangelicki kościół - usłyszałem głos wuja. - Tylko dlaczego nie przejęli go katolicy? Czemu nie odbudowali jak gdzie indziej?

Pytanie zostało bez odpowiedzi. A gdy mijaliśmy cmen­tarz i spoglądałem na półkoliście zakończone nagrobki przykryte czapami śniegu, wuj Henryk przyśpieszył raptownie kroku, by w chwilę potem, już za zakrętem, krzyknąć:

- No i co? Czyż nie miałem racji, mój chłopcze? Popatrz tylko!

Rzeczywiście, przed nami, po obu stronach drogi, ciągnęła się wieś. Ceglane i drewniane domki przycupnięte w zaspach, małe okna, z których sączyło się światło, siwy dym umykający z kominów w granatowe niebo - wszystko to robiło jak najlepsze wrażenie.

- Niesłychane! - mamrotał pod nosem wuj Henryk, gdy zbliżaliśmy się do pierwszych zabudowań. - Gdzie myśmy właściwie trafili?

- Wa! - usłyszałem głos dochodzący zza naszych pleców. - To je taczi Piękni Poole1.

Za nami stał niewysoki mężczyzna ubrany w roboczą kufajkę, gumowe buty z wojłokiem i czapkę uszankę, taką samą, jaką na filmach nosili sowieccy czołgiści.

- Jak?! Jak pan powiedział? - krzyknął wuj Henryk. - Jak się ta wieś nazywa?

- Piękni Poole - powtórzył mężczyzna i uśmiechnął się do nas uprzejmie - a może bec i Szenfeld. Wasta chodzta ze mną - mówił dalej, nie czekając na dalsze pytania - wy są wanogi, jo, po co se dalej trudzyc?

- Piękne Pole, Piękne Pole... - powtarzał wuj Henryk, zwracając się w moją stronę. - Słyszałeś o takiej miejscowości w naszej okolicy? Nie przypominam sobie niczego takiego z żadnej mapy.

Mężczyzna, nie przestając się uśmiechać, zaprowadził nas do obejścia, a kiedy weszliśmy do sieni i zdjąwszy czapki, ochraniacze i rękawiczki, zaczęliśmy otrzepywać buty i spodnie, krzyknął tubalnym głosem:

- Hankaa! Jesc bandzemy! - A w kuchni powiedział do nas: - Niech siadają.

Usiedliśmy więc za kuchennym stołem.

- O Jezu! - westchnęła gospodyni, spoglądając na nas ukradkiem znad pieca i garnków. - Toż i panom zachciało badziać się w taka zawierucha! Sobakę wygonić trudno, dopieroż człowieka!

- Pleszcze, aby pleszczec! - mężczyzna splunął na rozżarzoną płytę kuchni, która głośno syknęła. - Jesc daje, prandko!

- A czego ty zbiesił sia, a? - kobieta zamachała mu przed nosem drewnianą łyżką. - Niech nie pluji na podłoga, bo jeszcze trocha, a zgniji! Mówiła ja tobie, durnowaty jeden, że jak przyjść mają, to i przyjdą, choćby w najgorsza pogoda, i kartofli z grzybami na ogniu ja trzymała.

- Nie szpulam ja na podłogę - uciął ostro mężczyzna - a taka głupia gadka to se ucinaj z biełkami! Jo!

Gospodyni nie dawała jednak za wygraną.

- Ty durnowaty! A ktoż zbiesił sia? Kto włosy z głowy rwał i krzyczał: "Nie przyjdą! Nie przyjdą!". Toż mówiła, że o czasie odpowiednim pojawią się, bo śniła ja o tym w pierwsza niedziela adwentu.

- O, wa! - mężczyzna spojrzał na nas porozumiewawczo. - Francmasońska gadka! - I puknął się w czoło. - Taci bzdzenie muchy!

Wuj Henryk nic nie powiedział. Lecz kiedy zjedliśmy już ziemniaki, skwarki, grzyby i kawałki duszonego mięsa w gęstym sosie przyprawionym pieprzem, liściem bobkowym, majerankiem, miętą, czosnkiem i czombrem, gdy spałaszowaliśmy kiszone ogórki i marynowane rydze, gdy wypiliśmy już kompot z malin, zapytał wreszcie:

- Czy ktoś na nas czekał?

Kobieta upuściła pokrywkę, która z brzękiem potoczyła się po podłodze. A mężczyzna zacisnął pięści i przestał się uśmiechać.

- Jo jestem Ignac - powiedział po chwili - a to je moja biełka, Hanka...

- Ignac - przerwała mu - ot, spokój byś panom dał. Niech zjedzą zdrowo, bez nerwowania się.

- Jo - zgodził się mężczyzna - niech bandze tam - po czym wstał, narzucił na siebie kufajkę i wyszedł z domu.

Usłyszeliśmy jego skrzypiące na śniegu kroki, które, oddalając się, cichły.

- Kobieto! Co wy z mężem ukrywacie? - zapytał z godnością wuj Henryk. - O co tu chodzi?

- Ot, turbulencję we wsi mamy i na panów czeka­liśmy.

- Na nas? ! - wykrzyknęliśmy razem.

- Na was, a może i nie na was... Kto wie? Ignac poleciał po gospodarzy, znaczy rozpatrzeć się.

Wuj Henryk pocierał czoło nad opróżnionym talerzem.

- No dobrze, pani gospodyni - rzekł po chwili zastanowienia - niech mi pani w takim razie powie, jak stąd do miasta jeździcie. Którędy? Bo my zbłądziliśmy, widzi pani, zadymka taka była...

- A po cóż tak od razu w powrotna droga zbierać sia, a? - zapytała żona Ignaca. - A troszku wywczasować sia nie łaska? Wszystko po bożemu bandze, w kolejności swojej.

- No oczywiście! - przytaknął wuj. - A przystanek tu we wsi macie?

- A czegóż by nie mieli mieć? - oburzyła się gospodyni. - Ot, nie dalij jak pobok Depków chaziajstwa. My do miasta na awtobusie jeździm, ale teraz żaden już nie przyjedzi. Pora zbyt późna.

- A jaka to linia?

- Jaka, jaka! Toż widać, że zwyczajna, czerwona, znaczy się miastowa.

- Ale numer jaki? - naciskał wuj. - Cyferki jakie?

- Ot, panie szanowny, ja prosta kobieta, przez cała ta wojna bez nauki została! A litery to różne są, duże, małe...

Wuj pokiwał głową.

- No cóż - powiedział - w takim razie będziemy się zbierać. Dziękujemy bardzo za gościnę.

Gdy jednak wstał od stołu, Ignacowa rzuciła się do drzwi zastąpić mu drogę. Jednocześnie na dworze rozległ się hałas: do kuchni, niczym groźny potok, wdarły się głosy kilkunastu mężczyzn, którzy po chwili wparowali do środka.

- To ci! - przekrzykiwali się.

- A skąd oni? Z miasta? Miastowe są?

- Miastowe!

- A nadadzą sia? Czy aby sia nadadzą?

- Ignac, no, Ignac, gadaj z nimi prandko!

Ignac wystąpił do przodu.

- Jo jestem Ignac - skłonił się grzecznie - a to moja biełka, Hanka... - głos ugrzązł mu w gardle i nie mógł wykrztusić z siebie nic ponad to, co już powiedział. - Ignac... - powtarzał - Hanka. Hanka... Ignac.

Chłopi zaczęli wyraźnie się niecierpliwić. Wuj Henryk stał z dłonią opartą na stole; jego druga ręka, gotowa w każdej chwili wykonać szybki ruch, zwisała wzdłuż prawego biodra.

- O co wam chodzi, panowie? - zapytał spokojnym głosem.

Do stołu podszedł najstarszy wiekiem gospodarz, przesunął taboret i usiadł. W geście tym było wyraźne zaproszenie i wuj bez słowa uczynił to samo.

Patrzyłem na skupione twarze mężczyzn. Poorane, zmęczone, zdawały się niczego nie wyrażać, były jakby wyzute z wszelkich uczuć, a jednak w głęboko osadzonych oczach, w spojrzeniach, które nam ukradkiem rzucali, można było dostrzec napięcie i niepokój.

- Sędzia nie może być spośród nas - tłumaczył cierpliwie gospodarz. - A Fritz, co mieszkał pod lasem, zmarł - będzie - niedzielę temu i niech odpoczywa w spokoju.

- Amen - powiedzieli chórem chłopi.

- I uradzili my, że pierwszy, co tu się pojawi, jeżeli tylko nie będzie urzędnikiem magistrackim i krewniaków tu nie ma, sędzią być musi.

- Musi! - podchwycili zgodnie chłopi.

- Wasta urzędniki? - zwrócił się do nas gospodarz.

- Nie - odparł wuj.

- A krewniaków tu macie, jo?

- Nie - znowu zaprzeczył wuj.

- To mogą sądzić! - odprężył się uradowany gospodarz. - Sędziami być mogą!

- Czy to jest sprawa honorowa? - zapytał coraz bardziej skonfundowany wuj.

A wtedy chłopi, ruszając z miejsca i zbierając się do wyjścia, jeden przez drugiego krzyczeli, że "honorowa aż strach" i że jeśli, nie daj Boże, odmówimy im tej przysługi, to mogą być z tego okropne kłopoty.

- A zatem idziemy! - zakomenderował wuj. - Szkoda czasu!

Plecaki i narty zostawiliśmy w chałupie. Mężczyźni wzięli nas w środek i gęsty zapach machorki, potu i samogonu otoczył mnie jak chmura. Niektórzy palili skręty, inni pociągali z butelki, zatrzymując się na moment w tyle.

- A może są uzbrojeni... - szepnąłem do wuja.

- Nie - odpowiedział - nie wyglądają na takich.

Niedaleko za wsią stanęliśmy przed ogromną stodołą, położoną blisko lasu.

- Mateusz! - krzyknęli chłopi. - Mateusz! Otwieraj! My są!

Wielkie wrota otworzyły się z jękiem i pośrodku ciemności ujrzeliśmy Mateusza, który zapalał właśnie naftową lampę. Z siwą brodą i długimi włosami białymi jak mleko wyglądał na świętego z ikony.

- Chwała Bogu, że przyszli - mamrotał, zapalając następne lampy, które zawieszał wzdłuż belek na żelaznych hakach. - Chwała Najwyższemu!

- Na wieki wieków - powtarzali chłopi. - Na wieki wieków, amen, Mateuszu.

Tymczasem światło zataczało coraz szerszy krąg, coraz więcej lamp płonęło żółtym, chybotliwym płomieniem i w samym środku klepiska ukazała się naszym oczom mała arena wysypana piaskiem. Wokół niej ustawione były drewniane ławy i krzesło wyścielane pluszem.

- Wygląda to na wiejski cyrk - szepnął z kolei wuj Henryk. - W każdym razie, mój chłopcze, zachowaj czujność. Czujność przede wszystkim!

Dłużej nie dane nam było rozmawiać. Mateusz przyniósł z ciemnego kąta drugie krzesło, trzcinowe, i usadzono nas z wujem obok siebie. Wtedy chłopi, rozpinając kożuchy, kufajki i baranice, rozsiedli się na ławach i gwar rozmów przycichł nieco.

- Palić możecie - rzekł do nas Mateusz - nie ma tu siana ani na lekarstwo.

- Chwileczkę, panowie - wuj Henryk poprawił się na krześ­le - chyba należy się nam najpierw jakieś wyjaśnienie. Co to ma być? Walka na pięści? Na broń białą? A może na pistolety? Jeżeli mamy być, tak jak chcecie, sędziami, musimy coś wiedzieć o walczących stronach. O co poszło? O kobietę? O miedzę? O dług niespłacony? A poza tym, czy nie za mało tu miejsca?

Po ostatnich słowach wuja chłopi wybuchnęli śmiechem. Bili się dłońmi po udach, klepali wzajemnie po plecach, a ci, co mieli za pazuchą butelki, sięgali po nie i z szybkim przechyłem głowy pociągali łyk gorzałki.

- Łi chi chi! - zaśmiewali się gromko. - Łu chu chu! A to powiedział! A to wymyślił! Filozof jaki czy co?

Wuja Henryka powstrzymywały od wybuchu jedynie nienaganne maniery. Czułem jednak, że gotuje się w nim, że jest jak granat, z którego wyciągnięto już zawleczkę, gotowy eksplodować, gdy puści się tylko dźwignię bezpiecznika.

- Chłopy, nie trza, nie trza - uspokajał swoich Ignac. - Jo jestem Ignac, a to są panowie sendziowie. Wasta waszi smijechy weg! Wasta weg!

- A co to, Ignac, śmiać się nie wolno? - odezwał się młody, poczerwieniały na twarzy osiłek i spojrzał na wuja Henryka przekrwionym wzrokiem.

Wuj zderzył się z tym spojrzeniem i nie wiem, co by się stało za chwilę, do czego doszłoby w stodole nieopodal lasu, gdyby w kręgu światła nie pojawił się znów Mateusz - niepostrzeżenie, tak samo jak przed chwilą był zniknął. Na jego widok zapadła zupełna cisza i wszystkie oczy zwróciły się ku niemu.

Mateusz w każdej ręce trzymał wiklinową klatkę. A kiedy postawił je na ziemi i podniósł z nich okrycia, a zwłaszcza gdy wychynęły z nich łebki kogutów, ze wszystkich gardeł wyrwał się krzyk radości.

- Oj, Isia, Kasia, Bernatka, oj, bandze krwawa jatka - zawołał Ignac, a zresztą może i nie Ignac.

- Ci chłopi chyba poszaleli - usłyszałem szept wuja. - Gdzie my trafiliśmy?! Czy nie lepiej zająć pozycje defensywne?

- Nie wiem, gdzie trafiliśmy, wuju - odpowiedziałem również szeptem - ale coś mówi mi, że teraz nie możemy się już wycofać.

- Tak sądzisz, chłopcze?

- Zdecydowanie, wuju. O, już się zaczyna.

I rzeczywiście, kiedy dwaj mężczyźni otwierali klatki i wyjmowali z nich ptaki, Mateusz zbliżył się do nas, dał znak, abyśmy nie wstawali, ukłonił się grzecznie i rzekł:

- Wasze wielmożnoście! Bitwa, którą zaczynamy, surowe ma kondycje. Ptak, co pada przed czasem bez tchnienia, przegrywa. Jeśli jednak minie godzina i każdy kur żyw będzie, do panów sąd należy. Który ma piór więcej, który silniejszy, który krwi mniej stracił - ten zwycięzcą. Co rzekniecie - święte. Ale sprawiedliwie rzec macie. Tym oto chronometrem, panowie wielmożni, czas mierzyć będziecie. Aby dokładnie, aby akuratnie.

Przyjmując z rąk Mateusza zegarek w srebrnej kopercie, wuj Henryk uniósł brew i przełknął ślinę. Ruch grdyki był szybki i gwałtowny. Długi łańcuszek zwisał między jego palcami jak wahadło i zauważyłem, że wskazówki cebuli pokazują cztery minuty przed jedenastą. Tymczasem Mateusz szedł wzdłuż belek i podkręcając knoty naftowych lamp, rozjaśniał światło, aż wreszcie stanął na środku wysypanej piaskiem areny, klasnął w dłonie i zadeklamował śpiewnie:

Zamknijcie drzwi od zapola

i stańcie tu, wokół gumna!

Niechaj ta walka rozsądzi,

zanim minie roku pora,

kto ma słuchać, a kto rządzić,

kto tu głupi, a kto mądry,

aż po przyszłe zimą gody,

dla narodu świętej zgody.

W imię boże, zaczynajmy!

W imię boże, nie zwlekajmy!

Na dźwięk prawdziwie ludowej poezji brew wuja Henryka uniosła się jeszcze wyżej, lecz nie zdążyliśmy wymienić uwag na temat rymów i pochodzenia śpiewki. Ptaki, trzymane do tej pory po przeciwnych stronach areny, natarły na siebie z taką furią, chłopi zaś wrzasnęli z taką siłą gardeł i płuc, że zadrżały deski stodoły, a i - nie będę ukrywał - zadrżało też moje serce.

Nigdy, nawet w najśmielszej fantazji, nie wyobrażałem sobie walki kogutów w ten sposób. Ptaki w niczym nie przypominały bokserów, którzy w pierwszych sekundach starcia tańczą wokół siebie, rozpoznając zręczność przeciwnika. Podobne były raczej do ruskich mużyków, którzy wypiwszy miarkę spirytusu, ruszają do boju po śmierć lub zwycięstwo. Sczepiły się ze sobą i tłukły na oślep dziobami, podnosząc na arenie gęsty tuman kurzu.

- Koguciku, zrób mu zyku! - wrzeszczeli chłopi z lewa.

- To je kur, a nie knur! - odkrzykiwali gospodarze z prawa.

Wuj Henryk, mocno pobladły, spoglądał na srebrną cebulę. A kiedy czarno-czerwony kogut wskoczył na brązowo-czarnego i straszliwy wrzask ptaków zmieszany z rykiem chłopów zdawał się sięgać zenitu, wuj Henryk przechylił się do mnie i powiedział:

- Nie znoszę widoku krwi. Czy wiesz, chłopcze, że tego rodzaju walki zostały zakazane uchwałą parlamentu, dokładnie w 1849 roku?

- Ależ wuju! - zaprotestowałem - w tym czasie nie obradował żaden polski parlament!

- Ja mówię o brytyjskim - dodał zniecierpliwiony - a ty myślałeś, że o jakim?

Tymczasem czarno-czerwony kur wpił pazury w brązowo-czarnego i siedząc na nim jak na worku, tłukł z całych sił przeciwnika po łbie, starał się trafić go w oko i zadawał mu szybkie ciosy w kark. W powietrzu fruwały pióra, a na piasku areny pokazały się ciemne plamy krwi. Wyglądało na to, że to ostatnie chwile brązowo-czarnego. Część mężczyzn wiwatowała już z tej okazji, sięgając po butelki z okowitą. Inni zacis­kali palce w milczeniu lub ogryzali paznokcie. I nagle stała się rzecz niezwyk­ła: kogut brązowo-czarny wykonał błyskawiczny obrót i oswabadzając się z uścisku przeciwnika, zadał mu kilka ciosów w brzuch. Czarno-czerwony, odrzucony z impetem na brzeg areny, nie bardzo pojmował, co się właściwie zdarzyło. Brocząc krwią, stał jak nieprzytomny, a z jego dzioba wydobywało się żałosne rzężenie.

- Huź huź! - krzyczeli mężczyźni. - Teraz go! Teraz! Ale ptaki były wyczerpane i mimo poszturchiwań swoich opiekunów, mimo wrzawy i bojowych zawołań, nie kwapiły się do walki.

- Ostrogi! - krzyknięto z ław. - Czas na ostrogi!

Spojrzałem na wuja Henryka. Jego twarz pobladła jeszcze bardziej. Miał suche, spierzchnięte wargi, co chwila zwilżał je językiem i nerwowo przełykał ślinę. A kiedy założono już kogutom ostrogi i srebrne półksiężyce zalśniły pełnym blaskiem w żółtym kręgu lampy, i gdy ptaki, znów gotowe do walki, pochylając łebki do przodu, przebierały pazurami w piachu, wuj Henryk zasłonił oczy dłonią i zachwiał się na krześle, jakby przez cały ten czas pił z chłopami wódkę i jakby ta wódka podeszła mu do gardła.

- Czy coś nie tak? - zapytałem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Mieszkańcy wioski mówią swoistym dialektem, w którym słowa kaszubskie mieszają się z elementami polszczyzny kresowej.