Dawno temu pewien znajomy zwrócił moją uwagę na fakt, że w anglosaskim świecie wydawniczym istnieje ładna tradycja zamieszczania przez autora podziękowań na końcu książki. Zazwyczaj wymienia tam swojego agenta i całą litanię osób z wydawnictwa, które na kolejnych etapach procesu przyłożyły rękę (he, he) do jego tekstu.
U nas jest to chyba rzadkością. Być może dlatego, że proces wydawniczy wygląda zupełnie inaczej. Podobno w większości wydawnictw nie ma czasu na spokojną i wnikliwą pracę z redaktorem nad tekstem. Nie wiem. Nie miałem okazji się o tym przekonać - Szczęśliwa ręka jest moim debiutem i mogłem doświadczyć tego procesu tylko we współpracy z Biurem Literackim.
Chciałem podziękować przede wszystkim Biuru jako instytucji - za dostrzeżenie mojej książki i danie jej, a także mi jako jej autorowi, przestrzeni na zaistnienie. Dziękuję Arturowi Burszcie za cierpliwość, pomoc i rady na samym starcie naszej współpracy, które w ogromnym stopniu wytyczyły kierunek rodzącej się dopiero historii.
Dziękuję Przemkowi Owczarkowi za świetną pracę nad tekstem, pomoc w uzyskaniu bardziej wiarygodnego głosu zwierzęcych narratorów, a przede wszystkim za wywalenie tych wszystkich zbędnych słów, bez których moja książka jest o wiele lepsza.
Dziękuję Asi Mueller za przenikliwe pytania, dzięki którym byłem w stanie zweryfikować swoje wybory - i zakwestionować część z nich.
Dziękuję Oli Olszewskiej za cudowny kontakt i wielkie wsparcie w trakcie całej współpracy z Biurem.
Dziękuję też tym wydawcom, którzy nie chcieli wydać moich wcześniejszych tekstów, jakie od czasu do czasu słałem świat. Dzięki nim byłem zmuszony napisać Szczęśliwą rękę - i mam wrażenie, że całkiem nieźle na tym wyszedłem.
Dziękuję Mateuszowi Kołkowi i Pat Guzik za ośmiornicę. Dziękuję im w duecie, bo wszystko zaczęło się od urodzinowego prezentu niespodzianki, czyli koszuli zaprojektowanej przez Pat, na której widnieje ośmiornica narysowana przez Mateusza. Ośmiornica pochodzi z pracy "Octopus girl", niepokojąco podobnej do tego, co dzieje się w mojej "Mądrości sepii". Dałbym sobie rękę uciąć, że przed napisaniem tego opowiadania nie widziałem ilustracji Mateusza. Ale może wtedy byłbym dziś bez ręki? Kto wie?
Dziękuję mojej mamie, która na wszystkie możliwe sposoby okazała mi mnóstwo wsparcia.
Dziękuję też przyjaciołom.
Krzysiowi Pietraszewskiemu, który przez cały czas miał więcej wiary we mnie niż ja sam. I tą wiarą cały czas mnie zarażał.
Uli Chwalbie, która doradziła i podpowiedziała wiele mądrych rzeczy.
Magdzie Derezińskiej-Osieckiej i Kubie Osieckiemu, których poznanie zmieniło moje życie.
Łukaszowi Naprawskiemu i Jankowi Jankowskiemu, którzy są w moim życiu niezmiennie od 20 lat.
Dziękuję tym, którzy jeszcze przed publikacją zechcieli przeczytać moją książkę i wesprzeć ją słowem zachęty.
Łukaszowi Wojtusikowi, który jeszcze na dobre nie zajrzał do książki, a już oznajmił mi, że powie o niej w swoim podcaście.
Georginie Gryboś, która totalnie mnie nie znając, okazała wielką życzliwość - i podobno świetnie się bawiła, czytając mój tekst. Trudno o lepszy komplement od czytelniczki.
Michałowi Kozie, który z ogromną życzliwością napisał dla mnie recenzję.
Dominice Słowik za cenne uwagi i ciepłe przyjęcie książki.
Dziękuję Kubie Wojtali za przyjaźń rozpoczętą wraz z Połowem - mam nadzieję, że potrwa długie lata i z dumą będę obserwował kolejne literackie dokonania Kuby.
Na koniec muszę napisać o postaci, która kryje się pod inicjałem A. Jej historia zaczyna się od starego wydania miesięcznika "Shinkenchiku", które znalazłem w sieci. Numer z listopada 2003. Natrafiłem na relację z wyników Central Glass International Architectural Design Competition. Wśród wyróżnionych była Polka, A.N. Jej projekt: "Biblioteka ciszy". Notka zawierała krótką wypowiedź: "Architektura nie polega na wznoszeniu murów, ale na projektowaniu pustki, która nadaje im sens". Dołączono zdjęcie: kobieta o ostrych krawędziach, włosy spięte w niedbały kok. W obiektyw patrzyła z mieszaniną dumy i znużenia. Zacząłem szukać jej śladów. Jedyne, co znalazłem, to komunikat informujący o tragicznym wypadku narciarskim w lasach Kolumbii Brytyjskiej, w legendarnym puchu Revelstoke. Śmierć poniosła obiecująca polska architektka.
A potem już tylko cisza. Wtedy pomyślałem, że to nie jest historia do opisania. To historia, której trzeba dopisać nowy finał. To była dziwna praca: próba przeszczepienia fragmentu prawdziwej osoby do fikcyjnego świata w nadziei, że literacki transplant się przyjmie. Czasem wydaje mi się, że się udało, że postać jest bardziej prawdziwa niż ktokolwiek, kogo znam. Jedno jest pewne: zaczęła żyć własnym życiem. Przeszczep nie tylko się przyjął, ale w jakimś stopniu zawładnął biegiem wydarzeń. Brzmi znajomo, prawda? Końcowa decyzja A. nie była przeze mnie zaplanowana - można powiedzieć, że podjęła ją sama, w zgodzie ze swoim sumieniem.
Tak więc dziękuję Tobie, A.N., kimkolwiek byłaś. Pożyczyłem Twoją historię i spróbowałem dać Ci drugie życie. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Jeśli chodzi o samą rękę - długo zastanawiałem się, jak wpadłem na ten pomysł. Mam dwa tropy, o których napisałem zresztą w powieści: Cendrars i Cervantes. Obaj stracili rękę (lub władzę w ręce) na wojnie. O ręce Cervantesa dowiedziałem się, odwiedzając dawno temu greckie Naupaktos. Cendrarsa poznałem dwa lata później, gdy zaczytywałem się w Wielkanocy w Nowym Jorku i Prozie kolei transsyberyjskiej w drodze autostopem do Aten, by razem z Bartkiem Wróblewskim (dziękuję za tę i inne wspólne podróże!) spędzić tam Wielkanoc. Zatem i tu Grecja - ciekawy zbieg okoliczności. Może wtedy, 20 lat temu, myślałem sobie: historycy literatury zbadali dalsze losy Cendrarsa, ale nikt nie zainteresował się tym, co stało się z jego ręką. Zdanie to trafiło zresztą do mojej powieści.
Dziękuję swoim mistrzom. Tym, których nazwiska pojawiają się w Szczęśliwej ręce - i tym, których dyskretnej obecności można się tylko domyślać.