GRUDZIEŃ, DZIEWIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ
- Jak ona mogła nam to zrobić? - Iwona siedziała przy stole i w dłoniach miętosiła chusteczkę.
- Spokojnie. Przecież to nie koniec świata. - Emilia, do której wciąż jeszcze nie docierało, co się stało, próbowała załagodzić sytuację. - Proszę. - Postawiła na stole szklankę z herbatą.
- Co ty mówisz? Dziecko! Toż to tragedia. Ile ona ma lat? A co ze studiami, z przyszłością? Wszystko zaprzepaszczone. Tak bardzo nas zawiodła. Tyle wyrzeczeń... Nie to, co ty. - Iwona spojrzała załzawionymi oczami na starszą córkę i pociągnęła nosem. W jej wzroku kryła się mieszanka nadziei, wdzięczności i ogromnego lęku. Emilia poczuła się przytłoczona.
Nie rozmawiała jeszcze z siostrą. Klaudia zniknęła zaraz po wielkiej awanturze spowodowanej nowiną, że jest w ciąży. Ojciec poszedł w jej ślady i również się ulotnił, natomiast matka zadzwoniła do starszej córki i w kilku urywanych zdaniach streściła ogrom nieszczęścia, jakie na nich spadło. Monolog przerywany szlochem zakończyła prośbą o przyjazd.
Emilii nie pozostało nic innego, jak wsiąść do samochodu i spełnić życzenie Iwony. Starała się podejść racjonalnie do tego, co się wydarzyło, ułożyć w głowie jakiś plan ratunkowy, ale na próżno. Mimo to zachowywała się tak, jakby dokładnie wiedziała, co robić.
Kilka godzin później usiadły we dwie w kuchni.
Skąd wzięła na to siłę? Opanowana, zdystansowana wysłuchała raz jeszcze mamy. Dopytała o szczegóły, a potem przejęła stery. Podała ziołowe tabletki na uspokojenie, które znalazła w apteczce, zakręciła się po kuchni, umyła naczynia, wyjęła produkty na obiad. Tymi zwyczajnymi działaniami nadała odrobinę normalności tej nienormalnej sytuacji i zyskała na czasie.
Bez wahania zostawiła swoje wymuskane, niedawno kupione mieszkanko, powiadomiła Piotra, że znika na kilka dni, wzięła urlop, no i tak znalazła się na powrót w domu rodzinnym.
Tutaj nic się nie zmieniło. Nawet mama. Mimo kilku zmarszczek więcej, włosów z widocznym odrostem, zmartwienia wykrzywiającego usta w nieprzyjemny grymas, ciężaru rozczarowania przygniatającego plecy w łuk. Miała na sobie sztruksową brązową spódnicę za kolana, którą kupiła wiele lat temu, rajstopy w cielistym kolorze i zmechacony sweter. Lubiła go zakładać w domu, gdy nikt obcy jej nie widział. Miękki, ciepły, namiastka czułości, której tak bardzo brakowało w tej rodzinie.
- No i co tak dumasz? Co według ciebie powinniśmy zrobić?
- To, co trzeba. Porozmawiać z Klaudią.
- Z tą latawicą? - Mama wyprostowała się i uderzyła pięścią w stół.
- To twoja córka, a moja siostra. Razem powinniśmy coś postanowić. Poszukać najlepszej opcji. - Tak to się robi w normalnych domach, pomyślała, a zaraz uświadomiła sobie, że to nie jest normalny dom i sama uciekła z niego, jak tylko okazało się to możliwe. Boże, jaka była teraz szczęśliwa. Miała wszystko, co sobie wymarzyła. Przede wszystkim spokój. Z Piotrem rozmawiali, nie kłócili się. Rozważali wszystkie za i przeciw. Wiedziała, że co by się nie wydarzyło, poradzi sobie.
Już na studiach zaczęła planować ewakuację. Postanowiła, że nigdy nie wróci do domu. Bez trudu otrzymała stypendium naukowe, w weekendy pracowała i całkiem dobrze się jej wiodło. Im bardziej się uniezależniała od rodziców, tym więcej determinacji w sobie znajdowała.
Na początku ostatniego roku studiów na kierunku zdrowie publiczne została zatrudniona w międzynarodowej firmie, w której wcześniej była na stażu. Najpierw na pół etatu, a po obronie przeszła na cały i otrzymała wymarzone stanowisko doradcy medycznego. Złapała wiatr w żagle. Odważna, błyskawicznie ucząca się, znająca języki i do tego sympatyczna. Szybko odniosła sukces, co zaowocowało kredytem na kupno pierwszego, maleńkiego mieszkania.
Tylko czasami pojawiały się nieproszone wyrzuty sumienia. Zostawiła Klaudię samą. Młodsza od niej, zupełnie inna, nie potrafiła się bronić przed zapędami rodziców, którzy po wyprowadzce starszej córki skupili się na młodszej. Ta jednak w niczym nie przypominała poukładanej i nadającej się do chwalenia przed znajomymi Emilii.
Bunt to była metoda dziewczyny na radzenie sobie ze zbytnią kontrolą. Im rodzice mocniej ją ograniczali, tym więcej głupot robiła. Aż stało się. Pewnego dnia wróciła w ciąży i oznajmiła, że nie wie, kto jest ojcem.
Impreza, jakich zaliczyła już wiele. Nie znała prawie nikogo, gospodarza ledwo, ledwo. Alkohol, muzyka i jakiś chłopak. Klaudia nie odmawiała sobie nowych doznań, o czym świadczyły przybywające tatuaże, kolejne dziurki w różnych miejscach ciała i eksperymenty ze środkami odurzającymi. Tym razem przesadziła, a dobra zabawa przyniosła konsekwencje o wiele poważniejsze niż kac.
Niby siostry, a tak różne.
*
Emi, ratuj. Oni mnie zabiją!
Kobieta odczytała wiadomość, gdy leżała na wąskiej, skrzypiącej wersalce w swoim dawnym pokoju. Ojciec nie wrócił do domu, zadzwonił do matki i powiedział, że nocuje na działce. Musiał być wściekły, bo domek nie nadawał się do mieszkania poza sezonem.
Klaudia odczekała do drugiej w nocy, by obudzić siostrę.
Emilia oparła się o wyblakły plakat z jakimś aktorem. Znajome, a jednocześnie tak obce ściany zdawały się ją dusić. To nie był jej problem, nie ona musiała znaleźć rozwiązanie, a jednak wszyscy zwrócili się do niej, wyczekując cudownej recepty na ogarnięcie bałaganu. Podciągnęła kolana pod brodę. Fala zdenerwowania i przygnębienia przegoniła zmęczenie. Już nie zaśnie. Wciąż trzymała w ręku komórkę. Słyszała, jak mama sapie przez sen, jak się obraca, a stare łóżko trzeszczy pod jej ciężarem. Wyczulone zmysły i cisza wokół potęgowały najmniejszy szelest.
Co chcesz zrobić? - odpisała.
Próbowała ułożyć się wygodniej. Do wczoraj uważała, że jej największym problemem jest to, co zrobią z Piotrem ze świętami. Chcieli w Wigilię odwiedzić obie ich rodziny, a potem zaszyć się w jej mieszkaniu i przez dwa dni dojadać świąteczne smakołyki, oglądając tandetne filmy, i nikomu o tym nie mówić, tłumacząc się koniecznością odwiedzenia krewnych drugiej strony. Plan genialny w swojej prostocie okazał się trudny, gdy każde z nich zastanawiało się, czy potrafią być na tyle przekonujący, by nie wzbudzić podejrzeń u mam.
Teraz delikatnie się uśmiechnęła na wspomnienie ich przekomarzań. Najchętniej wróciłaby do domu.
Poczekać do rana, złapać za niewielką walizkę na kółkach. Nie żegnając się, wsiąść do samochodu i ruszyć w drogę.
Nie zrobi tego. Trwała. Otoczona nocą, snami sąsiadów i niepokojami matki sączącymi się przez niewielką przestrzeń pod drzwiami. Oblepiały ją, pozbawiając wszystkiego, co udało się jej wywalczyć i czego się nauczyła.
Spokoju. Pewności siebie. Radości z odniesionych sukcesów. Dumy z niezależności.
Klaudia już nie odpowiedziała. Przyszedł ranek, ale nie przyniósł żadnego pomysłu, jak pomóc siostrze i rodzicom. Emilia wciąż tkwiła w tym samym punkcie, zastanawiając się, jaka jest jej rola w rodzinnym dramacie, w którym bardzo nie chciała brać udziału. Nikt nie pytał, czy się jej to podoba, czy nie. Postawiono ją przed faktem dokonanym. I tak okazała się bardziej odpowiedzialna niż ojciec.
- Kiedy wróci tata? - zapytała przy śniadaniu, gdy mama wykładała chleb na talerz. Obok niego pojawiło się masło. Blady pomidor pokrojony w cienkie jak bibuła plasterki, jakaś wędlina i ser z dziurami, który pachniał tak intensywnie, że Emilia musiała się powstrzymać, by nie otworzyć okna.
- Nieprędko. Gdybyś tylko go zobaczyła. Bałam się, czy jego serce to wytrzyma. Bezduszna dziewucha.
- Mamo, przecież Klaudia nie zrobiła tego specjalnie ani wam na złość. Wiesz o tym.
- Jak nie? Oczywiście, że tak. Widziałaś, jak teraz wygląda? Wszystko, co robi, robi po to, by nam dopiec. Mści się, jakby ją szatan opętał, ale za co? Nie mogę uwierzyć, że ją urodziłam. Chyba ją w szpitalu podmienili.
- Proszę cię. Sama nie wierzysz w to, co mówisz. Wszystko się ułoży, zobaczysz.
- Ułoży? - Kobieta ciężko klapnęła na taboret. Pod oczami miała sine podkówki, nieumyte włosy wyglądały jeszcze gorzej niż wczoraj. - Nic się samo nie ułoży - wysyczała przez zaciśnięte usta, próbując nad sobą zapanować. - To koniec świata. Koniec. Ledwo zdała maturę. Na studia poszła z łaski. Zaocznie, na lokalnej uczelni. Pedagogika, bo najłatwiejsza. I tak opuszcza zajęcia. Jaka przyszłość ją czekała? A teraz to!
- Nie "to", tylko dziecko - wypaliła Emilia i zaraz tego pożałowała.
- Ona sama jest dzieckiem! - wykrzyknęła matka. - Nieodpowiedzialną gówniarą. Włosy jak u stracha na wróble, wymalowana wszędzie, gdzie się da. Te jej tatuaże jakby w więzieniu się urodziła. Nie żadna dyskretna różyczka na udzie, nie! Wielkie czarne plamy na plecach, rękach, udach... Brakuje jej rogów i ogona, ot co! Wiesz, jak to się ułoży? Zostawi nam dzieciaka i zniknie. Pojedzie szukać wrażeń... nie wiadomo gdzie, a my zostaniemy z problemem na starość. Nie potrafiłam jej wychować, jak mam dać radę z kolejnym? - Zaczęła się kołysać na taborecie, nieuchronnie zmierzając w stronę załamania nerwowego. Głos jej drżał, podszyty tłumionym płaczem, chociaż liczba chusteczek walających się po całym mieszkaniu świadczyła o tym, że już wiele łez popłynęło.
- Mamo, nie zostaniecie z tym sami. - Deklaracja gładko wypłynęła z ust Emilii. Odezwała się córka doskonała, ta, z którą od dawna walczyła Emilia, odebrała jej głos, wcisnęła w najciemniejszy kąt świadomości, a jednak ta się wychyliła na powierzchnię. - Macie mnie. Razem na pewno sobie poradzimy.
- O nie. Mowy nie ma. Nie ty! Nie zgadzam się, nie będziesz na siebie brała tego ciężaru.
To po co tu jestem?, pojawiło się niewypowiedziane pytanie. Nie po to, by ratować? By szukać rozwiązania, uspokoić i załagodzić sytuację? Co ja tutaj robię?
Napiła się gorącej herbaty. Posmarowała kromkę chleba masłem i nałożyła plasterek wędliny. Pierwszy kęs smakował jak trociny. Drugi prawie wypluła.
- Coś trzeba zrobić. Podjąć jakieś decyzje. Może Klaudia właśnie sobie to wszystko układa w głowie. Może właśnie dzięki ciąży zmądrzeje.
Matka prychnęła.
- Ona? Nigdy. Nie wierzę. Zaraz pobiegnie do kolejnego gacha. Nie zrezygnuje z imprez. Za bardzo jej pobłażaliśmy z ojcem. Trzeba było zażądać dokładania się do rachunków, zmusić ją, by poszła do pracy, zarobiła na siebie, studia, a nie... Za dobrze miała. I jak to się skończyło? Jak nam się odwdzięczyła? Naukę ma w nosie, nie pracuje i proszę, niespodzianka. Będę babcią!
- Przecież dzisiaj to nic niezwykłego. Też mam w pracy dwie koleżanki, które same wychowują dzieci.
- Myślisz, że nie wiem? Zdarza się. Ludzie się rozstają, ale są jakieś alimenty, dziecko ma nazwisko, jest to uporządkowane. Po prostu. Zresztą sama mówisz, że to koleżanki z pracy. Pracują! A Klaudia? Mój Boże, za co nas spotkała taka kara? - Znowu zaczęło się lamentowanie.
Emilia nie znała magicznego sposobu na załagodzenie sytuacji, a co dopiero na rozwiązanie problemu. Zresztą jakie rozwiązanie? Będzie dziecko. W przypadkowym momencie, gdy nikt się tego nie spodziewał. Trudno, stało się.
- Mamo, proszę, weź się w garść - zmusiła się, by coś powiedzieć. - Dopóki Klaudia się nie pojawi, nic nie zrobicie. Tata też powinien wrócić do domu. Zamarznie tam.
- Ma farelkę - zadziwiająco przytomnie uświadomiła córkę Iwona.
- No dobrze. Ale ucieczka na działkę to nie jest rozwiązanie. Tata zostanie dziadkiem. Wiesz, ile par stara się o dzieci?
- O czym ty mówisz? - obruszyła się mama.
- O tym, że czasami dzieją się rzeczy, których nie rozumiemy. Uważamy, że to jakaś kara, ale wcale nie musi tak być. Kto wie? A jeśli Klaudia okaże się świetną mamą?
- Co ty w ogóle wygadujesz? Szaleju się najadłaś czy co?
- Po prostu nie uważam, że stała się jakaś tragedia. Daj swojej córce szansę.
- Szansę? No to mnie pocieszyłaś, nie ma co! - Iwona uniosła dłonie i potrząsnęła nimi. Nie płakała już, za to smutek ustąpił miejsca złości. - Puściła się, a teraz zniknęła. To tyle, jeśli chodzi o dawanie jej szansy. Nie zasłużyła na nią!
- Dla niej to też szok. Sama musi się uporać z tym, co ją czeka, zastanowić się, przygotować mentalnie, przetrawić, że zostanie matką, to ogromna zmiana. - Emilia usilnie próbowała pokazać sytuację od innej strony, żeby wlać w serce matki otuchę, pocieszyć i uspokoić. Czy wierzyła w to? Sama nie wiedziała. Zmęczona marzyła o powrocie do domu, ale poczucie obowiązku jej na to nie pozwalało.
Gdy tak trwały w bezruchu, nagle odezwał się telefon. Odruchowo zerknęła na wiadomość.
Mogę się u ciebie zatrzymać? Tylko na kilka dni. Obiecuję już więcej nie broić!
Chociaż w kuchni było uchylone okno, a ona siedziała blisko niego i obmywało ją mroźne powietrze, to zalała ją fala gorąca. Jeszcze bardziej się zmieszała, gdy natrafiła na uważny wzrok matki.
- Reklama - odpowiedziała odruchowo. - Mamo, muszę wracać.
- No tak. No tak. Twój narzeczony się pewnie niecierpliwi. No i praca czeka.
Nie, nie musiała. Załatwiła wszystko. Rzadko brała urlop, więc teraz wzięcie kilku wolnych dni nie stanowiło problemu. Piotr też da sobie radę. Odpoczną od siebie, zatęsknią, tak zażartował, gdy mu powiedziała, że muszą odwołać weekendowe plany. Zapytał tylko, co się stało i czy może jakoś pomóc. Nawet zaproponował, że z nią pojedzie.
- Tak - przytaknęła posłusznie matce.
- A jak ta małpa nie wróci do końca tygodnia, wyrzucę ją z domu. Wydziedziczę. Nie dam złamanego grosza na jej bękarta. - Kobieta gwałtownie podniosła się, niechcący trąciła ręką talerz. W bladym blasku poranka przez moment wyglądała przerażająco i Emilia znowu musiała się zastanowić, czy dobrze robi, wracając. Pełna jak najgorszych przeczuć gorączkowo szukała najlepszego wyjścia. Bezskutecznie.
Dopóki nie opadną emocje, nic sensownego nie wymyśli, ale realizacja groźby wyrzucenia młodszej siostry z domu była jak najbardziej realna. W to jedno Emilia nie wątpiła. Żeby mogła porozmawiać z Klaudią, dowiedzieć się, co ona myśli o tym wszystkim, muszą być tylko we dwie, na neutralnym gruncie. Łudziła się, że jej siostra ma jakiś plan, że podejdzie rozsądnie do perspektywy zostania matką, że otrzeźwieje i wreszcie zmierzy się z konsekwencjami swoich pochopnych działań.
Pokonana przez chwilową niemoc oparła łokcie o stół i zakryła twarz. Musiała się stąd wyrwać, a siostra lada chwila się u niej zjawi. Tylko jak zostawić rodziców?
- Mamo, wrócę do siebie, postaram się skontaktować z Klaudią, odezwę się jutro, najpóźniej za dwa dni, dobrze? - Wyprostowała się i starała się brzmieć zdecydowanie.
- Może uda ci się przemówić jej do rozumu. Ja nie jestem zła za ciążę. Tylko za to, jak nas traktuje!
- Wiem. Nie zasłużyliście sobie na to. Ale nerwy tylko pogarszają sytuację. Przyda wam się chwila oddechu. Dam znać, co udało mi się załatwić. A teraz uciekam - prawie radośnie zakończyła rozmowę.
Mama wepchnęła jej kanapki na drogę, wyściskała, uwieszając się całym ciałem, jakby widziała w córce rycerza ratującego rodzinę przed smokiem.
Emilia wsiadła do samochodu i nie oglądając się za siebie, odjechała.
Po godzinie jazdy skręciła w leśną drogę, zatrzymała się i wysiadła. Mroźne powietrze wniknęło do jej płuc. Narzuciła kaptur na głowę i ruszyła przed siebie. Wokół panowała martwa cisza. Ani jeden ptak nie szczebiotał w oddali. Towarzyszyło jej tylko sine niebo rozciągnięte ponad gałęziami i sosny wyciągające poskręcane konary najeżone igłami.
Pod stopami zgniatała szyszki, strzelały patyki, a niekiedy potykała się o kępę zrudziałego mchu. Trzęsła się z zimna, a oczy jej łzawiły, mimo to szła, aż przewróciła się o wystający korzeń. Uderzyła czołem o pieniek. Dopiero wtedy przyszło otrzeźwienie.
Musi wrócić, ugościć siostrę, porozmawiać z nią, a potem skupić się na swoich sprawach. Życie toczy się dalej. Klaudia zostanie matką, a ona ciocią. Za rok spędzą święta z nowym członkiem rodziny. Wszystko się ułoży. Musi. Rodzicom minie złość, a Klaudia się ustatkuje. Zrozumie, co jest najważniejsze, i skupi się na wychowaniu swojego dziecka.
Na pewno. Będzie dobrze.