Szczęście w cichą noc - Anna Ficner-Ogonowska

-
Proszę czekać

- Szczęście... Moje Szczęście... Już dobrze... Śpij już... - szeptała.

Szczęście było coraz spokojniejsze. Szykowało się do odpoczynku, podczas gdy ona wciąż uśmiechała się do najcudowniejszych odczuć, jakie ją do tej pory w życiu spotkały. Również myśli sprawiały, że uśmiechała się prawie bez przerwy. Myśli, które regularnie wyprowadzały jej uczucia na spacer pośród spojrzeń i słów mamy.

- Tradycja... Taka właśnie będzie nasza rodzinna tradycja...

Mimo donośnych pohukiwań mroźnego wiatru rozdmuchującego na zewnątrz hałdy sypkiego śniegu słowa mamy słyszała doskonale. Nic nie było w stanie ich zagłuszyć. Nic ani nikt. Ani mrozem mruczący wiatr. Ani inny głos. Całkiem inny od głosu mamy. Zdecydowany, autokratyczny, nacechowany obrażalską nutą.

- Traaadycja!!! Ty już chyba, Lerska, to znaczy Starska - szybko poprawiła się Dominika - do reszty zbaraniałaś!!! Lepiej będzie, jak to sobie przemyślisz! Dziecko w brzuchu ci rośnie, więc może byłoby lepiej nie fundować sobie takiej orki!

Hanka cieszyła się, że, dzięki Bogu, słowa mamy, choć o wiele cichsze, spokojniejsze i odległe, zwyciężały w tej potyczce na głosy.

To w nie wsłuchiwała się z łapczywością głodnego dziecka. Była spokojna. Bardzo spokojna. Opierała dłonie na swoim powiększającym się z dnia na dzień Szczęściu. Od czasu do czasu czuła wyraźnie podskórne harce i ciesząc się z każdego, nawet najdelikatniejszego ruchu, wciąż wsłuchiwała się w głos mamy.

- Tak właśnie kiedyś będzie... - dawno temu mówiła mama. - Ułożycie sobie życie. Ty i Dominika. Będziecie miały mężów, dzieci i choćby nie wiem co się działo, to zawsze będę chciała, żebyście do nas, do tego domu na wigilię przychodziły albo przyjeżdżały, jeśli się okaże, że los rzuci was w jakąś odległą stronę... Widzę doskonale nasze przyszłe święta. Nawet oczu zamykać nie muszę...

Widocznie z mamą było całkiem inaczej. Ona nie musiała zamykać oczu. Miała doskonałą wyobraźnię. Wyobraźnię, która pomagała jej w życiu. Mama była niepoprawną optymistką. Nie zamykając oczu, zawsze widziała przed nimi to, co dobre.

Od jakiegoś czasu Hanka, co prawda przy zamkniętych oczach, też przyglądała się czekającej ją przyszłości. Widziała wszystko. Teraz miała pod powiekami oczy mamy. Płonące oczekiwaniem na wszystkie gwarne, spędzane wspólnie Wigilie. Wtedy gdy rozmawiały, tamte marzenia mamy odbierała jako zwykłe, przyziemne, jako najnormalniejsze marzenia. Dziś było inaczej. Dziś już wiedziała, że marzenia mamy były bardzo odważne. Chociaż były marzeniami na wyrost i chociaż mamy nie było już w tym domu ciałem, bo jej duch skrywał się w każdym jego zakamarku, nie opuścił tego domu nigdy, to Hanka wierzyła, że tamte marzenia miały szansę się spełnić.

Dlatego nie zamierzała brać sobie do serca wrzasków Dominiki, która gdyby potrafiła, to przez telefon ugryzłaby ją teraz w ucho.

- W dodatku taka czereda! Kto to wszystko ogarnie!? Ty z brzuchem, a ja wiecznie z nosem przy podłodze. Wczoraj Tomaszek oblizał klapki basenowe Przemka, i to w momencie gdy wyłączyłam się z pogoni dosłownie na sekundę, bo mi się jak normalnemu człowiekowi siku zachciało!

Hanka się uśmiechnęła, a raczej kontynuowała uśmiech, myśląc tym razem o swoim siostrzeńcu, który po rodzicach odziedziczył nie tylko urodę, ale i energię.

Życie Dominiki nigdy nie należało do spokojnych, lecz odkąd Tomaszek zaczął chodzić, przyspieszyło niemiłosiernie. Tomaszek był sympatycznym i charakternym - po matce - żywym srebrem, bez przerwy pokazującym w uśmiechu swoje bielusieńkie ząbki. Mimo nadmiernej ruchliwości wciąż zachowywał, jak to poetycznie określała jego mama, "parówkowate kształty kończyn", zarówno górnych, jak i dolnych. Był ciekawym świata zuchem, którego uwagi nigdy, przenigdy nie umykało to, że ktoś w jego towarzystwie akurat coś jadł i nie chciał tym czymś z nim się podzielić. Tomaszek bardzo przypominał Dominikę, w której mała żarłoczna dziewczynka mieszkała do dziś. Życiowy łasuch, wiecznie spragniony słodyczy, wygody i wypełnionych tylko przyjemnościami dni.

Dominika i Tomaszek byli nierozłączni. Co prawda, Dominika często utyskiwała, opowiadała, jak to ma przerąbane, i przy każdej nadarzającej się okazji skarżyła się, że jeszcze nie zdąży postawić stopy za progiem domu, a już dobiega ją tęskny wrzask. Jednak ten tęskny wrzask cieszył ją jak nic innego na świecie. Za każdym razem gdy Tomaszek obwieszczał światu swe niezadowolenie wynikające z faktu, że mama akurat musi rozstać się z nim na kilka dłuższych bądź krótszych chwil, Dominika martwiła się, jednocześnie promieniejąc na myśl, że jest dla synka całym światem. I chociaż maluchowi zdarzało się ją podgryzać podczas karmienia piersią, nazywanego przez Dominikę "uprawianiem cyganerii", której końca na razie nie było widać, chociaż przez Tomaszka musiała zrezygnować z życiowej niefrasobliwości, ze spania do południa, z imprezowania do północy, z trybu last minute w podejściu do wszystkich życiowych obowiązków, to Dominika kochała swoje życie, całkiem nowe i całkiem inne od dotychczasowego.

Nie przeszkadzało jej, że musi codziennie gotować, prać, robić zakupy, ogarniać domowe ognisko, a po tym wszystkim znajdować jeszcze czas dla zwykle stęsknionego i niedopieszczonego męża.

W ciągu ostatnich dwóch lat, to znaczy odkąd Dominika poznała Przemka, jej życie całkiem się zmieniło, ale kochała je coraz mocniej. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej, gdyż każdy kolejny dzień ofiarowywał jej nową historię wzbogacającą matczyne doznania, którą zwykła w trybie natychmiastowym dzielić z siostrą. "Co robisz?" - zawsze tak samo zaczynała rozmowę telefoniczną i nie czekając na odpowiedź, pospiesznie zdawała relację z synowskich osiągnięć na każdym możliwym polu.

"Normalnie kotleta mi zrywał z widelca, mocarz jeden!"

"Starska! Nie uwierzysz! Trzyma się szczebelków w łóżeczku i tak tańczy, że zaraz pampersa zgubi! Hołubce wywija! Nagrywam go! Tomaszek! Tomaszek! Popatrz na mamcię! Tany! Tany! Przyjeżdżaj tu do nas, ciotko, natychmiast, bo imprę mamy taką, że najlepsza imprezownia w mieście przy nas wymięka! Jak razem zatańczymy, to ci się, ciotka, wody płodowe spienią!"

"Nie uwierzysz! Baba! Normalnie "baba" powiedział! Żeby tylko jakiś seksista z niego nie wyrósł! Ale tak wyraźnie to powiedział, że szczęka opada!"

Każda radość w głosie Dominiki była także radością Hanki.

Miała mnóstwo powodów do radości, choć za oknem wiał wiatr, a sroga zima, która w tym roku zaczęła się przedwcześnie, i tak nie dała mu się przegonić. Rozpanoszyła się na dobre. Hance jednak to nie przeszkadzało, bo nosiła w sobie wewnętrzne ciepło, sprawiające, że chwilami zapominała o tym, iż jest zima.

Drewno w kominku się dopalało. Lasagne dopiekało się w piekarniku. Czas do powrotu Mikołaja z pracy, choć kapał leniwie, nie dłużył się jej wcale. Była zrelaksowana i szczęśliwa. Bardzo spokojna. Cierpliwa. Oczekiwała przyjścia na świat swego Szczęścia. Miała teraz w życiu mnóstwo "szczęść". Tylko na nich się skupiała.

"Baba! Baba!", powtarzała w myślach słowo preferowane ostatnimi czasy przez Tomaszka.

Gdyby mama żyła, byłaby szczęśliwa, wiedząc, że jej marzenie może się spełnić.

To właśnie dla mamy chciała zorganizować święta w tym roku. To dla niej chciała to zrobić. To dla mamy, wbrew sugestiom Dominiki, nie chciała pójść na łatwiznę i "kopsnąć się na święta do pani Irenki albo gdzie indziej na bezmięsną wyżerkę". Chciała, by ich pierwsze wspólne święta z Mikołajem były urzeczywistnieniem marzenia mamy. Czuła, że chce rozpocząć tworzenie rodzinnej tradycji, o jakiej opowiedziała jej kiedyś mama. Chciała dołączyć do wciąż żyjącego w niej matczynego głosu inne odgłosy. Świąt, kolęd i radości, radości takiej jak kiedyś. Jak za życia rodziców. Chciała powrócić do czasu, kiedy to właśnie święta były najpiękniejszym okresem w roku. Nic nie mogło mu dorównać. Nawet nastrój nadmorskich wakacji. Dzień Wigilii zaczynający się od stękania taty osadzającego choinkę w przedpotopowym stojaku z trzema niezbyt artystycznie ozdobionymi nóżkami mógł przecież powtarzać się rok w rok. W tym domu. Mogło wydarzać się wszystko, o czym mówiła i czego chciała mama. Dorosłe, usamodzielnione córki. Przystojni, mądrzy, dobrzy i co najważniejsze rozkochani w żonach zięciowie. I dzieci. Oczywiście dzieci. Błyszczącymi oczami patrzące na choinkowe ozdoby i entuzjastycznie szepczące na widok tego, co skrywa pod swą zielono-złotą sukienką bożonarodzeniowe drzewko. Pakunki i pakuneczki. Wielkie i małe dowody miłości, sympatii i wiary w to, że w ten najbardziej magiczny wieczór w roku człowiek może otrzymać przede wszystkim to, do czego został stworzony, na wzór i podobieństwo... stworzony do miłości... Zamkniętej w spojrzeniu, dotyku... maleńkim albo dużym pudle skrywającym coś wyjątkowego... albo po prostu w cichym słowie...

- Dobry wieczór, kochanie...

Poczuła na policzku miękki i chłodny pocałunek. Wtuliła się w gotowe do objęć ramiona i nie otwierała oczu. Było jej dobrze. Tak dobrze jak kiedyś. Jej życie zatoczyło koło. Było znów bezpieczne i wypełnione ciepłem.

Szczęście, jakby wyczuwając obecność taty, zatańczyło radośnie. Do jej dłoni spoczywającej na ciepłym owalu ciała dołączyła chłodna dłoń Mikołaja.

- Dobry wieczór, kochanie - powtórzył powitanie skierowane tym razem nie do niej.

- Witamy - odparła, a raczej wymruczała rozleniwionym głosem.

- Jak wam minął dzień? - zapytały coraz cieplejsze usta pełzające po jej policzku.

- Na myśleniu... - odpowiedziała zagadkowo.

- I wymyśliliście coś ciekawego?

- A może wymyśliłyście? - rzekła bez śladu chęci sprzeczki w głosie.

- Czy to ważne? - pytały wciąż wędrujące usta, uwalniające łagodny, ale niestety zmęczony głos.

Było już późno. Nie wiedziała, która jest godzina. Odkąd na wyraźne polecenie doktor Bożenki przestała pracować, zegar już nie rządził jej życiem. Rządy przejął spokój mieszający się z oczekiwaniem. Z oczekiwaniem na Mikołaja i dni niezbędne do tego, by ich Szczęście powoli wzrastało.

- Zupełnie nieważne. - Uśmiechnęła się radośniej niż do tej pory.

- To może lepiej powiedz, co takiego ważnego wymyśliłaś?

- Tradycję - odparła bez zastanowienia.

- Tradycję? - zapytał Mikołaj z uwielbieniem w głosie.

- Tak - potwierdziła z przekonaniem.

- Tak sama? - Mikołaj udawał zdziwionego.

- Od jakiegoś czasu nigdy nie bywam sama - zauważyła błyskotliwie.

- W takim razie niezła z was parka. Wymyślić tradycję to przecież nie w kij dmuchał.

- Tradycji jednak chyba nie da się wymyślić - podała w wątpliwość swe wcześniejsze słowa.

- To skąd się...? - zaczął Mikołaj, choć było jasne, że teraz to nie tradycja interesowała go najbardziej.

- Ona tworzy się sama... - wyszeptała, nie pozwalając Mikołajowi dokończyć pytania.

- Aha...

Tradycja już całkiem zeszła na dalszy plan.

- Muszę ci się jeszcze do czegoś przyznać. - Mimo coraz wyraźniejszego rozkojarzenia postanowiła kontynuować wątek. - Ktoś mi w tym dzisiejszym myśleniu bardzo pomógł.

- Przecież wiem.

- Tylko że teraz mam na myśli kogoś całkiem innego.

Wywnioskowała, że oboje mieli bardzo podzielną uwagę, ponieważ działo się coraz więcej, a jednak wciąż z sobą rozmawiali.

- Kogo?

- Mamę.

- Tak właśnie przypuszczałem.

Czekała na dalsze pytania, ale nie padały. Mikołaj był coraz bardziej zajęty, ale ona nie chciała kończyć bardzo przyjemnej, z wielu względów, rozmowy.

- Nawet nie zapytasz, co to za tradycja?

- Nie zapytam.

- Dlaczego? - zdziwiła się.

- Bo już wszystko wiem.

- Jak to wiesz? - zdziwiła się jeszcze bardziej. - Od kogo? - W końcu otworzyła oczy.

Miała nad sobą uśmiechnięte oczy Mikołaja.

- Zgadnij...

Błękit oczu, tak jak uśmiech, był coraz wyraźniejszy. Już wszystko wiedziała.

- Ta to się nigdy nie ugryzie w ten przydługi, żmijowaty jęzor - wysyczała, mając na myśli jeden z najważniejszych organów aparatu mowy szanownej siostruni.

- Nie dosyć, że się nie ugryzła w język i wszystko mi dziś wypaplała, to jeszcze usiłowała na mnie wymóc, żebym ci wybił z głowy ten poroniony świąteczny pomysł i żebym nie dał się nabrać na twoje zamydlanie oczu jakąś idiotyczną tradycją.

Słuchała Mikołaja, wiedząc, że udawało mu się dość dokładnie zacytować Dominikę.

- I co ty na to? Kogo posłuchasz? - droczyła się.

- Ja? - Mikołaj potrafił się droczyć z jeszcze większym niż ona wdziękiem. - Ja jestem jak wierny pies. Słucham tylko tej pani, która daje mi... jeść.

Ta dwuznaczność nad wyraz jej się spodobała.

- Niech zgadnę. Chodzi ci o lasagne? - Znów zamknęła oczy.

- Droga pani Starska - zrobił wstęp jak do dłuższej przemowy - lasagne nie ma tu nic do rzeczy.

- To o co ci chodzi? - zdziwiła się, nie rozumiejąc już prawie niczego.

- O miłość - pospiesznie wypowiedział bardzo przyjemną deklarację.

- Ja to mam szczęście - szepnęła z radością, wyczuwając, że Mikołaj chyba nie zamierzał odwodzić jej od związanego ze świętami pomysłu.

- Ja też...

Ich wspólne Szczęście chyba spało, dlatego nie mogło usłyszeć najpierw miłości, a później dalszej części miłosnej sprzeczki rodziców, którą kontynuowali, jedząc wyśmienite lasagne i spierając się, które z nich ma większą słabość do tradycji.

- Wiem, Hanuś, wiem... To jeszcze całe dwa tygodnie, wiem... - powtarzała pani Irenka. - Ja to wszystko wiem. Ale czy ty, dziecko, jesteś pewna, że tak będzie najlepiej?

- Pewna i przekonana. - Przekonania w swym głosie miała co najmniej tyle, ile Dominika, gdy powtarzała, że Tomaszek jest najpiękniejszy na świecie.

- Hanuś, a może ty się po prostu źle czujesz i nie chcesz tu do mnie przyjechać...

- Pani Irenko - przerwała starszej pani zupełnie niepoirytowanym głosem.

- Dobrze... już dobrze...

Powtarzane przez panią Irenkę słowa utwierdzały ją w przekonaniu, że pomysł, by w tym roku ogromna, jednocząca wszystkie bliskie jej osoby wigilia odbyła się w jej rodzinnym domu, jej i Dominiki, był doskonały.

- Pani Irenko, obiecuję... obiecuję pani, że będzie cudownie.

- Ale ja to przecież, Hanuś, wiem dobrze. Wczoraj się przecież nie urodziłam. Myślę sobie tylko, jak to u mnie wszystko ogarnąć. My przecież zawsze tutaj... A i u ciebie też łatwo nie będzie, bo ludzi dużo, to i pracy dużo będzie...

- Pani Irenko... - znów łagodnie weszła w słowo swojemu aniołowi, który zapewne stał w tej chwili przy maleńkiej półeczce na pograniczu korytarza i kuchni, patrząc w kuchenne okno wpuszczające do pomieszczeń ostatnie blaski kończącego się wcześnie zimowego dnia. - Przecież damy radę... - Jak podczas każdych negocjacji z aniołem, używała języka anioła właśnie.

- Skoro tak mówisz, to co ja, biedna, mam na to powiedzieć? Nic tylko się zgodzić wypada. Oj, wybrałaś ty sobie, dziecko, czas dobry na takie odważne zapraszanki, wybrałaś... Toż przecież tobie, dziecko, teraz nawet sam papież niczego by odmówić nie mógł. I chociaż w moim domu myszy to by się tylko niestrawności nabawiły, bo tu wszystko stare, to znaczy wszystko niezbyt świeże, a i korniki niektórych rzeczy bez walki by nie oddały, to już nic innego nie wypada mi zrobić, tylko przyjąć to twoje, Hanuś, zaproszenie muszę. A żeby, Hanuś, tak całkiem na twoją modłę nie było, to musisz mi obiecać, że przyjmiesz nas wszystkich, co prawda bez Marka, bo w tym roku to on znowu w Wadowicach będzie Dzieciątko Boże witał, ale Wadowice to przecież takie miejsce na ziemi, że i ja wcale zazdrosna nie jestem, że tam mojego jedynego syna los zaprowadził... - Pani Irenka na moment zamilkła. - Ale co to ja, dziecko, mówiłam? Bo mi jakoś myśl uciekła. Zobacz, Hanuś, zapatrzyła się stara baba na wróbelka, który gdyby tylko uszy mógł mieć, toby mu się one teraz trzęsły, że ho, ho! Chuchro takie szarutkie, piórka wiatr mu rozwiewa, mało mu ich nie powyrywa, a on twardo od czasu już jakiegoś szufluje dzióbkiem w moim karmniku, jakby się chciał na zapas nachapać. Tylko jak tu jakiś zapas zrobić, jak żołądeczek pewnie wielkości pestki z jabłka. Chyba jakiś strasznie zdrożony ten mój karmnikowy gość...

Z trudną do opisania przyjemnością wsłuchiwała się w tę karmnikową pieśń pani Irenki, ponieważ była bardzo głodna jej słów. Zupełnie jak szary wróbel.

Pani Irenka umilkła. Niestety.

- Mówiła pani, pani Irenko - starała się utrzymać śpiewne tempo mowy swojej rozmówczyni - że nie wypada mi odmawiać, dlatego zaproszenie na święta pani przyjmuje. - Kuła żelazo, póki gorące.

- Przyjąć muszę, nie inaczej, ale i ty, Hanuś, teraz coś obiecać mi musisz. Nie martw się tylko, bo to rzecz mała, nic ważnego.

- Słucham... - Radośnie otworzyła się na świąteczny warunek pani Irenki.

- Obiecać mi, Hanuś, musisz, że pomóc sobie pozwolisz, bo ja to tak widzę, że wszyscy przyjezdni do roboty się wezmą, rękawy zakaszą, a ty tylko siedzieć sobie będziesz i komenderować nami, i spraw doglądać z kanapy, co to u ciebie w salonie przy niej stolik stoi.

- Nie wiem, czy mogę to obiecać - odpowiedziała natychmiast, ponieważ miała inne plany.

Gdy zatliła się jej w głowie myśl o gromadnej wigilii, założyła zeszyt z myślą, że to w nim będzie zapisywała wszystko, co powinna zrobić.

- Hanuś! - Gdyby nie żarłoczny wróbel, pani Irenka z pewnością tupnęłaby nóżką.

Jednak podniesiony anielski ton wystarczył, by Hanka zrozumiała, że pozbawienie pani Irenki możliwości pracy było tożsame z zamknięciem szarego wróbla w złotej klatce. Nie chciała tego robić.

- Dobrze, już dobrze, pani Irenko - wyraźnie spuściła z tonu. - Będziemy musieli sobie jakoś poradzić, jak zwykle zrobimy to wspólnymi siłami. Za chwilę zatelefonuję do Iwonki, żeby ją zaprosić. Mam nadzieję, że się...

- Zgodzi się, zgodzi... Znam ją, Hanuś. Z radością się zgodzi. Nie dosyć, że się zgodzi, to jeszcze się ucieszy, że dziewczynki znowu będą się mogły z wami spotkać. Ostatnio tu u mnie na Wszystkich Świętych byli. Nawet na cmentarzu u Karola długo nie postaliśmy, bo nie dosyć, że ziąb był nie do wytrzymania, to jeszcze deszcze padały i wiatry takie, Hanuś, duły, że znicza nie sposób było zapalić. Przesiedzieliśmy więc prawie cały dzień w domu, a Zuza tylko wciąż marudziła, że bez cioć to do kitu jest. I tak kaprysiła, tak kaprysiła, że aż musiałam masy solnej namieszać, żeby dziecko się uspokoiło. Ula lepiła anioły, a nasza Zuzanka jakieś takie kościotrupy, czachy i inne paskudztwa. Mówię ci, Hanuś, przygotuj się, bo radość taką usłyszysz, że aż cię uszy zabolą. Ale co ja ci, Hanuś, przedkładała będę, zadzwonisz do Iwonki, to sama się przekonasz. Nic, Hanuś, nie mówisz, ale i jak mówić masz, skoro ja, jak zwykle, ni słówka ci w tę naszą rozmowę wtrynić nie pozwalam.

- Jak zwykle, pani Irenko... jak zwykle... - skarżyła się z nieukrywaną radością.

- Oj, już nie opowiadaj, Hanuś, nie opowiadaj - roześmiała się pani Irenka. - A tak sobie, Hanuś, myślę, że lepiej będzie, jak ja już słuchawkę na widełki odłożę, to będziesz mogła z Iwonką na spokojnie porozmawiać. Młode jesteście. Lepiej będzie, jak między sobą się domówicie co i jak, kiedy przyjechać mamy, co przywieźć, żeby wariactwa w ostatniej chwili nie było, ale też żeby się nie okazało, że nadużycie gościnności wypadło.

- Dobrze, pani Irenko - zgodziła się. - Porozmawiam z Iwonką i tak to zaplanujemy, żeby wszystkim było miło i wygodnie.

- A już w to to ja, Hanuś, nie wątpię...

Rozmowa zwalniała tempo. Jak zwykle gdy jej koniec był bliski.

- To jeszcze mi tylko, Hanuś, podpowiesz, jak już wszystko wiedziała będziesz, kto z nami przy białym obrusie będzie siedział, żebym wiedziała, jak Świętemu Mikołajowi pomóc...

- Ale nie trzeba... pani Irenko... - Chciała zapobiec wydatkom.

Niestety, nie udało się jej, bo pani Irenka nie zamierzała dopuścić jej do głosu.

- Wcale nie słucham, co do mnie mówisz, bo ty, Hanuś, to jak zwykle ze świętym się dogadasz, więc i mnie nie próbuj nawet niczego zabraniać.

- Ale, pani Irenko.... - znów odezwała się prosząco.

- Już ty sobie, Hanuś, głupotami głowy nie zaprzątaj. U mnie, Hanuś, święta to święta! Nawet w stanie wojennym prezenty były. Żebyś wiedziała, jaka w moim domu rodzinnym piszcząca bieda bywała, a Mikołaj i tak do nas zaglądał, chociaż bywały takie lata, że nijak się na wigilijnym stole dwunastu potraw doliczyć nie mogłam. Więc zrozum, Hanuś, dla mnie to radość wielka, że czasów takich doczekałam, że mogę każdemu coś od siebie dać, a na twarzach bliskich uśmiech zobaczyć, bo dla mnie właśnie to jest największy prezent.

- Dobrze - odrzekła dobitnie, przyjmując z ogromnym szacunkiem każde słowo z wygłoszonej przed chwilą argumentacji. - Nie zamierzam już więcej marudzić, pani Irenko, i obiecuję odzywać się do pani częściej, bo coś mi się wydaje, że się pani w tym zimowym czasie za ludźmi coraz bardziej ckni. - Pozwoliła sobie na szczerość, jak zwykle w rozmowie z panią Irenką.

- A to, Hanuś, nowość żadna, że zimą każde usłyszane od ludzi słowo radość mi wielką przynosi. Ale i ja się już tak nagadałam, że nawet w gardle mi zaschło, więc dzwoń już, Hanuś, do Iwonki, a ja całkiem po cichu zacznę się z tego cieszyć, co ma już za niedługo nastąpić.

- To dobranoc, pani Irenko - pożegnała się cichym głosem, przytulając się w myślach do pani Irenki.

- Dobranoc, dziecko moje... dobranoc...

- I bardzo dobrze!!! - podniosła głos Dominika.

Hanka wolała nie wchodzić siostrze w słowo, bojąc się skierowania jej głosu na jeszcze wyższy poziom dźwięku.

- Widzisz! Przynajmniej za oceanem twoja tyrania nie ma szans. I masz teraz karę, że mnie nie posłuchałaś. Nie lepiej było zrobić tak, jak mówiłam? Ja do swoich teściów, ty do swoich, a po wyżerce razem w domciu przed kominkiem!

Patrząc na Dominikę, bez trudu wyobraziła sobie wieczór wigilijny polegający na przybraniu pozycji leżącej przed kominkiem, gdyż od jakiejś godziny Dominika leżała na kanapie, ciesząc się, że może z nogami wyciągniętymi do góry, na oparcie kanapy, odpoczywać po sutym obiedzie i zażywać przyjemnej samotności. Przyjemnej, bo świadomej tego, że jej mężczyźni, duży i mały, również odbywali poobiednią drzemkę, z tym że w pokoju gościnnym.

- Nie nazwałabym tego tyranią - szepnęła, sugerując siostrze ściszenie głosu.

- A jak? - zapytała już ciut ciszej Dominika.

- To po prostu gościnność.

- Chyba brak wyobraźni - ofuknęła ją natychmiast Dominika.

- Jak zwykle jesteś w błędzie.

- Może skończ z tym poprawianiem błędów, co? Przecież nie chodzisz już do szkoły, więc odpuść sobie. Ani się obejrzysz, jak brzuch zgubisz, laba ci się skończy i dopiero wtedy zrozumiesz, o co mi chodzi.

- Kłócicie się? - W salonie pojawił się Mikołaj. - Znowu?

- To ona się kłóci! - odparowała Dominika z charakterystycznym dla niej jadowitym uśmieszkiem na twarzy.

- Czyżbyście omawiały temat wigilii?

- Jakbyś zgadł! - odpowiedziała Dominika.

Hanka dałaby głowę, że pytanie Mikołaja było skierowane do niej, nie do Dominiki, ale nie mogła mieć stuprocentowej pewności.

Leżała na kanapie z zamkniętymi oczami i gdyby nie to, że gdy pojawił się Mikołaj, nieoczekiwanie poczuła bardzo przyjemne głaskanie na dłoni, którą opierała o swój brzuch, z pewnością byłoby jej bardzo przykro, że ciotki Anny zabraknie na wigilii. A wszystko przez miłość, a raczej zakochanie. Steven od czterech miesięcy nosił w sercu strzałę Amora i postanowił przedstawić swą ukochaną rodzicom akurat w dniu Bożego Narodzenia. To dlatego na wigilii miało zabraknąć ciotki Anny.

Na szczęście czuła dotyk dłoni Mikołaja. Miała ten dotyk, należał tylko do niej i łagodził wszystko, ponieważ był dla niej wszystkim.

- A wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? - Przewrotności w głosie Dominiki nie dało się nie usłyszeć.

- Co? - zapytał Mikołaj bardzo spokojnym, zrelaksowanym tonem.

- Że z nią ostatnio nie da się nawet porządnie pokłócić. To znaczy, dla jasności, kiedyś też tak było, ale przynajmniej mogłam ją kilkoma dobrze dobranymi słowami wyprowadzić z tej nudnej równowagi. A teraz zobacz, szwagier, ja jej mówię, że nie ma wyobraźni, a ona mi na to, że jestem w błędzie, w dodatku ze spokojem i jak na nią to z dość bezczelnym uśmiechem.

- To nie jest bezczelny uśmiech - zauważyła Hanka, wtrącając się do rozmowy i oczywiście nie zmieniając wyrazu twarzy ani na jotę.

- Sam widzisz! Podłość ludzka nie zna granic!

- Chyba przesadzasz - rzekł Mikołaj prawie szeptem.

- Jeżeli ktoś w tym towarzystwie przesadza, to ta twoja uśmiechnięta i nieco brzusznie podpuchnięta gwiazdeczka! Nie wiem, czy wiesz, ale ona już wszystkich zwołała na wigilię do tego domu, i czy ci się to podoba, czy nie, będziesz musiał zasuwać, bo ona przecież nie jest na tym zwolnieniu dla wygody. Przecież Bożenka powiedziała jej wyraźnie, że musi odpoczywać i polegiwać, nie męczyć się, bo jej macica twardnieje, a to nie jest dobry znak.

Otworzyła oczy. Natychmiast. Również natychmiast natknęła się na ocean błękitnego niepokoju.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - od razu zapytał Mikołaj.

- I komu tu brakuje wyobraźni? - Dominika jak zwykle nie zapominała języka w gębie.

Miała ochotę ją udusić. Gołymi rękami.

- Już wstaliśmy - obwieścił Przemek trzymający na rękach uśmiechniętego promiennie Tomaszka. - A wy co wszyscy macie takie niewyjściowe miny? - zapytał, jakby było mało doskonałych przeżyć.

- Dominika, proszę cię, nic nie mów, już nic nie mów! - Hanka groziła, zamiast prosić.

- A kto ma mu to powiedzieć, przecież tobie się jakoś nie udało, ale w wigilijny pomysł to udało ci się go wtajemniczyć, a ja wciąż twierdzę, że to głupota. Przede mną bohaterki nie uda ci się zgrywać, bo widzę, jak grzecznie od tygodnia polegujesz. Ty wydzwaniałaś do Bożenki, jak ja byłam w ciąży, to przecież ja mogę sobie do niej dzwonić teraz, i to tyle razy, ile mam ochotę. Ode mnie Bożenka zawsze odbiera.

- Dlaczego mi nic nie powiedziałaś? - Mikołaj powtórzył pytanie, jakby nie słyszał natarczywych ataków Dominiki.

- Nie chciałam cię martwić - odpowiedziała najidiotyczniej jak mogła, chociaż z prawdą się nie mijała.

Nie było aż tak źle, jak mówiła Dominika, która miała skłonności do urządzania burzy w szklance wody. To fakt, tydzień temu Hanka poczuła się trochę gorzej, ale gdy tylko zwolniła tempo, wszystko wróciło do normy, a zwolnienie było tylko rodzajem dmuchania na zimne. Niepokojące objawy zniknęły jak ręką odjął. Naprawdę nie chciała martwić Mikołaja.

- Nie chciałaś mnie martwić?

Mikołaj nie denerwował się często. Mikołaj nie denerwował się prawie wcale, ale dziś zobaczyła, jak nerwowo chodzą mu szczęki. Był na nią wściekły. A ona była wściekła na Dominikę.

- Moja mama też uznała, że ten pomysł z wigilią nie jest najlepszy, biorąc pod uwagę twój stan.

Ton Mikołaja był chłodny. Wystraszyła się go, ale nie dała niczego po sobie poznać. Przynajmniej taką miała nadzieję. Usiadła na kanapie. Ciążyło jej, że wszyscy patrzyli na nią z góry. Nawet Tomaszek, na którego buźce wciąż zakwitał szczery dziecięcy uśmiech. To właśnie on dodał jej odwagi.

- Wigilia będzie u nas. I koniec - powiedziała, za nic mając spojrzenia wszystkich patrzących właśnie na nią dorosłych.

- Widzisz? - Dominika, jakby nie rozumiejąc jej stanowiska, nie zamierzała skończyć z jątrzeniem.

- Dobrze. - Głos Mikołaja był zupełnie spokojny.

Spodziewała się, że za chwilę usłyszy przyprawiające ją o zdenerwowanie nawoływanie do rozsądku albo chociaż krzty racjonalizmu.

- Wytłumacz mi tylko, dlaczego tak się przy tym upierasz? - zapytał wprost Mikołaj.

Pomyślała, że jedynie bezpośredniość może ją wybawić z kłopotu, w jakim się znalazła. Musiała być bezpośrednia i pewna siebie.

- Bo tego chciałaby moja mama - odpowiedziała szybko, a tęsknota, którą poczuła w sercu, w całej sobie, sprawiła, że zapodziała gdzieś swą siłę i została jej tylko żałość. Ogromna.

Wstała z kanapy i rozpłakała się. Odrobinę za wcześnie. Zaplanowała, że zrobi to dopiero w swojej sypialni. W samotności. Ale łzy kapały z oczu już teraz. Może nawet zwilżały schody, po których właśnie dość powoli stąpała, słysząc głos Dominiki:

- I co ty na to?

Nie usłyszała, co Mikołaj na to. Nie chciała usłyszeć zdania Mikołaja w sprawie, która była dla niej teraz bardzo ważna. Weszła do sypialni. Za oknem zaczynał zapadać zmrok, dlatego zaświeciła lampkę. Pokój zalała przyjemna dla oczu ciepła barwa. Obok czarno-białego zdjęcia dostrzegła zeszyt, brulion w sztywnej okładce, na której na małe rysujące się gdzieś w zimowej oddali domki obficie padał śnieg. Domki były mniejsze nawet od tych ze Złotej Uliczki w Pradze. Ich dachy wyglądały jak kapelusze dorodnych pieczarek, a w małych okienkach migały kolorowe światełka, z pewnością upiększające świąteczne drzewka. Otworzyła zeszyt, przewróciła kilka stron, po czym wzięła leżący obok zeszytu cienkopis i napisała jedno zdanie. Zaczynające się nieszczególnie, od wyrazu "bo", ale zdanie, które dogłębnie tłumaczyło jej przedświąteczny upór, a może i zarzucany jej brak wyobraźni.

"Bo tego chciałaby Mama..."

Zamknęła zeszyt i odłożyła na komodę razem z cienkopisem. Spokój gdzieś uleciał. Powróciła zaś wściekłość na Dominikę. Siostra jak zwykle powiedziała kilka słów za dużo, nadając im zbyt wielką wagę. To przez te zupełnie niepotrzebne słowa teraz dobiegały do jej uszu odgłosy niezbyt spokojnej rozmowy. Nie miała ochoty się w nią wsłuchiwać, ale natarczywe słowa i tak do niej docierały.

- Odpuśćcie jej. - Głos Przemka był najdonośniejszy.

Zerknęła raz jeszcze na okładkę zeszytu, odrzuciła białą kapę zaścielającą łóżko i wśliznęła się pod kołdrę. Nakryła się nią po uszy. Chciała mieć spokój i ciszę. Przynajmniej tyle. Ponieważ cała radość, którą odnalazła w sobie, układając świąteczny plan, gdzieś czmychnęła, identycznie jak kocim miauczeniem wystraszona mysz.

Wzięła głębszy oddech i... jak zwykle gdy kładła się do łóżka, jej Szczęście się uaktywniało. Czuła, jak się poruszało. Lubiło to robić, gdy miało ciszę i matczyny bezruch. Spokój. Może dlatego właśnie się poruszało... a może poruszało się wciąż, ale gdy ona nie miała spokoju, to nie czuła tych najukochańszych drgnień. Teraz wyczuwała je doskonale. Wyraźnie. Marzyła o tym, by móc zapamiętać je na zawsze. By o nich nie zapomnieć. Dlatego że darowały jej spokój. Uspokajały, koiły. Pozwalały zapominać o pojawiającym się znienacka niepokoju. Wiedziała, gdzie tkwiło jego źródło. Choć doktor Bożenka tego nie zaleciła, to Hanka i tak ostatni tydzień prawie wciąż polegiwała w łóżku. Tym polegiwaniom towarzyszyły rozmyślania. Dziwiło ją, że choć za oknem panowała aura sprzyjająca snom, jej myśli, zupełnie wbrew temu, czego chciała, krążyły wciąż wokół sierpniowego, rozgrzanego wschodzącym słońcem poranka. Nie rozumiała, dlaczego tamten dzień znów do niej powracał. Przecież już wszystko przeżyła, przepłakała, przemyślała na różne, nawet najbardziej niedorzeczne sposoby. Przemyślała już przeszłość i teraz, kiedy pragnęła wszystkie swe myśli skierować tylko ku Mikołajowi i ku łączącemu ich Szczęściu, tamten dzień pojawiał się nie wiadomo skąd i dlaczego, budząc lęk zupełnie niepasujący do pogody panującej w jej sercu. Od dnia, w którym została żoną Mikołaja, poślubioną znienacka, ale w pięknym stylu, było jej w życiu dobrze. Z każdym upływającym dniem było jej coraz lepiej. Ale pojawił się sen. On był wszystkiemu winien. Jeden budzący obawy sen. Może nieprzypadkowy... Pojawił się w pierwszą noc po wizycie u doktor Bożenki. Ta wizyta trochę ją wystraszyła, ale tylko trochę... Bezpieczeństwo jej Szczęścia nie było przecież zagrożone. Ale lęk rósł w niej szybciej niż Szczęście. Może dlatego powracały złe wspomnienia i dziwne przeczucie, że los i tak może robić, co mu się tylko spodoba. Tamtego wieczoru, gdy wróciła od doktor Bożenki, Mikołaj przyszedł bardzo późno. Widziała wyraźnie, że miał za sobą pracowity i trudny dzień. Nie chciała mu dokładać zmartwień. Była pewna, że pożegnanie ze szkolnymi obowiązkami sprawi, iż wszystko będzie dobrze, że Szczęście znów będzie bezpieczne. I tak też się stało. Dwa dni wystarczyły, by wszystko wróciło do normy. Jednak te dni oddzieliła noc, podczas której Hankę nawiedził sen. Miała ochotę opowiedzieć o nim Mikołajowi... Czyżby potrzebowała jego pomocy...?

- Mogę? - Przez szczelinę w drzwiach przedostało się do ciszy sypialni pytanie Dominiki. Dość niepewne pytanie.

- Nie! - zaprotestowała, nie pozbywszy się jeszcze złości.

- To wchodzę! - Niepewność w głosie Dominiki odeszła do przeszłości.

Hanka zamknęła oczy. Jak zawsze gdy chciała się odgrodzić od świata. To była bardzo skuteczna metoda, pod warunkiem że w świecie, przed którym chciała uciec, nie panoszyła się jej siostra.

- Otwórz oczy. - Głos Dominiki był nijaki, ani proszący, ani rozkazujący.

- Nie! - sprzeciwiła się wcale nie nijako, tylko bardzo zdecydowanie.

- Ty! Lerska! A raczej Starska! Ty lepiej nie bądź taka wredna, bo jeszcze dziecko się od ciebie zarazi!

- Ja? - Otworzyła oczy. - Ja? Wredna? Nie powiedziałabym!

- Może i nie wredna, ale od kilku dni wyraźnie jakaś dziwna.

Dominika przestała ją wkurzać. Może dlatego, że trafiła w sedno.

- Bo mam kłopot - odrzekła bez zastanowienia.

- Tęsknisz za szkołą? - W głosie Dominiki znów rozgościła się drwina.

- Nie!

- To co? Rozumiem, że nie podoba ci się mój wigilijny opór.

Milczała, bo w wypadku kpiarskiego tonu Dominiki milczenie było najlepszym wyjściem.

- No dobra! Niech będzie po twojemu. Przecież już wiem, że Irenka zorganizowana, Iwonka też, teściowie też zrobią dla ciebie wszystko. No to zaproszę też moich i zrobi się rozkoszny komplecik. Jeszcze tylko Florę poinformuję, że nie musi na święta zwiewać do tego swojego Paryża, i ta na pewno też się ucieszy. No może by się waćpanna, o, przepraszam, waćpani w końcu odobraziła.

Waćpani milczała. Bo co miałaby powiedzieć? Że rozmawiała już z Danusią, którą propozycja wspólnego spędzenia świąt zaskoczyła, wzruszyła i wprawiła w stan bardzo specyficznego zakłopotania?

- No nie bądź taka zacięta. Siostra... Przecież wiem, że masz ochotę oczy mi wydrapać za to, że sypnęłam twoją spinającą się za bardzo macicę, ale przecież mnie znasz. Co w sercu, to na języku. A ja cię też znam i wiem, że zawsze wybaczasz mi wszystkie moje potknięcia. Chlapnięcia też. To co? Już wybaczone, zapomniane, ad kosz wrzucone?

- Już - skłamała z wprawą godną swej siostry i znów zamknęła oczy.

Czuła, że Dominika wlepia w nią oczekujące rozgrzeszenia spojrzenie.

- Tooo oooczki oootwórz...

Gdy Dominika czegoś naprawdę chciała, to potrafiła pięknie prosić, wydobywając z siebie bardzo ugodowo brzmiące głoski.

- Proszę. - Otworzyła oczy i spojrzała na twarz siostry, na której, o dziwo, nie zobaczyła ani śladu triumfu z odniesionego zwycięstwa. Zobaczyła za to zatroskany wzrok.

- To teraz powiedz, co ci leży na wątrobie.

- Z wątrobą wszystko w porządku.

- Czyli główka szwankuje - wydedukowała szybko i trafnie Dominika.

Hanka milczała, choć nie było dla niej żadną nowością, że Dominika potrafiła w mig zlokalizować źródło jej podłych nastrojów.

- A może Bożenka zakazała wam, jak by to poetycznie nazwać, intymnych zbliżeń?

- Nie zakazała - odpowiedziała, ciesząc się w duchu, że mogli się do siebie zbliżać z Mikołajem bez ograniczeń, zwłaszcza że rozsmakowywali się w tych zbliżeniach coraz bardziej.

- No to wal śmiało, nawet możesz między oczy. Czego to się nie robi, żeby oczyścić atmosferę. No mów, bo widzę, że bez tego ani rusz.

Dominika nachyliła się nad nią, by z małej odległości zaglądać jej w oczy.

- Czujesz, że coś tu jest między nami - rzekła odkrywczo.

- Czuję...

- No to gadaj, bo niedługo święta, to może nawet do spowiedzi się wybiorę i co powiem: że siostrę wkurzyłam, ale do końca nie wiem czym!

- Ale to nie chodzi o ciebie. - Hanka była poważna.

- Jak to nie o mnie? - zdziwiła się Dominika. - Od kilku dni mnie zbywasz. Buzię ledwie do mnie otwierasz. Myślałam, że się o coś nabzdyczyłaś. Dwa razy do mnie nie oddzwoniłaś. O, przepraszam! Nieodtelefonowałaś! Byłam pewna, że... A dziś, jak przyjechaliśmy, to nie zdążyłam cię na tę okoliczność przemaglować i tak mi się jakoś z tą Bożenką wyrwało, bo trochę zła na ciebie byłam, że nie dosyć, że nadmuchana jesteś, chociaż z tym brzuchem to ci nawet do twarzy... Hanka, ja wiem, że ze mnie taki chlapacz jest, że czasami ręce opadają, ale jakby świat był taki pod szyję zapięty, taki zasznurowany jak te twoje cudne usteczka, to ludzkość by się w ogóle nie posuwała. - Tu Dominika zrobiła wiele mówiącą i obrazową pauzę, oczywiście rozmyślnie, po czym, oczywiście od niechcenia, dodała: - Naturalnie o posuwanie się do przodu mi chodziło. Co tak krytycznie na mnie patrzysz?

- Nie patrzę krytycznie. - Hanka złagodziła spojrzenie.

- Jak nie krytycznie, to gadaj, o co kaman, i miejmy to już za sobą.

- Miałam ostatnio zły sen. - Hanka bardzo uogólniła swój problem.

- To co? Umówię cię do wróżki, dam jej w łapę, żeby opowiedziała ci o twojej świetlanej przyszłości z gromadą dzieci i z wciąż śliniącym się na twój widok Mikołajem, i będzie po problemie.

- Nie żartuj - sapnęła, z niemałym wysiłkiem pozbywając się powietrza nagromadzonego w płucach.

- To porozmawiaj ze mną uczciwie! - Dominika podniosła głos. - A tu muszę z ciebie wszystko wyciągać, jakbym była jakimś skurczysyńskim esesmanem.

- Śnił mi się wypadek. - Hanka zlitowała się nad zdenerwowaną siostrą.

- Co?

Nie spodziewała się usłyszeć takiej paniki w głosie siostry.

- Wypadek - powtórzyła cicho.

- To po jakiego grzyba do tego wracasz?

Dominika musiała się wystraszyć wcześniejszego brzmienia swojego głosu i przywołała się do porządku.

- W tym właśnie tkwi problem. Ja do tego nie wracam... to samo... - Nie umiała dokończyć myśli.

- No to trzeba coś z tym zrobić, i to szybko.

Dominika rozkazywała, jakby zapominając, że sny nie podlegają żadnym rozkazom.

- Tylko co? - zapytała bezwiednie i bezradnie.

- Umówię cię do Flory.

Myślała, że się przesłyszała. Ale nie. Co więcej, Dominika nie żartowała. Taka powaga nie zdarzała się jej często.

- No nie patrz tak na mnie. Pamiętasz, jak cię kiedyś, dawno, namawiałam na takie rozwiązanie. Wtedy nie posłuchałaś, to teraz posłuchasz i pójdziesz. A skoro mamy Florę na podorędziu, to nie będziemy innych bogów szukać. Powiesz jej, o co chodzi, a ona na pewno coś poradzi. W końcu siedzi w tym nie od dziś.

- W tym... to znaczy w czym?

- No... w różnych, za przeproszeniem, powalonych historiach.

- Dominika!

- Nie dominikuj! Dziś wieczorem do niej zadzwonię!

- Ale...

- Żadnego ale! Cicho bądź! I tak miałam dzisiaj do niej dzwonić, bo jutro ma dyżur w pałacu bez okien, to ja odbieram Tomka ze szkoły i obiecałam mu, że skoczymy razem do Maca. Będzie też u nas spał. Będę z nią gadać, to zapodam jej jeszcze kilka spraw. Przecież mogę.

- Możesz - zgodziła się. - Ale co to znaczy kilka?

- Nie musisz wszystkiego wiedzieć!

- Tym się właśnie różnię od ciebie - zaatakowała, bo właśnie chciała wszystko wiedzieć.

- Nie awanturuj się, jak masz dziecko w brzuchu, bo jeszcze ci się awanturnik urodzi.

- Zapomniał wół... - zaczęła, ale nie skończyła.

- Co proszę!?

- Przypomnij sobie, co mówiłaś, jak miałaś Tomaszka w brzuchu.

- Co mówiłam?

- Że możesz robić, co chcesz, a jeżeli komuś się to nie podoba, to niech wskakuje na drzewo, bo jego miejsce jest tam, gdzie przesiadują wszystkie małpy.

- Ale ja to ja, a ty to ty - zgrabnie wykręciła się od odpowiedzialności za słowo Dominika.

- No właśnie - zauważyła Hanka półgębkiem.

- Skromności trochę! Poproszę!

- I tak nie wiedziałabyś, co z nią zrobić...

- Już ty się o mnie nie martw. Najważniejsze, że wiem, co z tobą zrobić. Pójdziesz do Flory. Powiesz jej, o co chodzi. Pogadasz. Nawet nie będziesz się musiała jakoś szczególnie wywnętrzać, bo przecież Flora zna sprawę. Na pewno coś ci poradzi. To mądra babka. Zresztą jak każda w naszej rodzinie.

- Jak każda? - zapytała Hanka z powątpiewaniem w głosie.

- Udam, że tego nie słyszałam. I żeby ci udowodnić, że przejmuję się twoimi fochami i świątecznymi fanaberiami, nadam jej dziś wigilijną akcję. A ty już zacznij się do niej przygotowywać. Chcesz bożonarodzeniowej szopki? To ją będziesz miała! Odstawimy tu takie ruchome widowisko, że hej! Tylko nie myśl sobie, że to my będziemy w nim osłami. Osobiście zapędzę wszystkich do roboty. Ty robisz listę, co ma być na stole, bo przecież ci wszyscy nasi goście nie napchają się sianem spod obrusa, trzeba na stół żarła trochę przygotować. Więc ty to żarło wymyślisz, a ja powiem, kto co ma zrobić, i tym sposobem będziemy wszystko miały, a same się specjalnie nie narobimy.

Hanka krzywo spojrzała na siostrę, a ta szybko wymyśliła, jak z wdziękiem zatuszować swą skłonność do lenistwa.

- Źle to ujęłam. Narobimy się najwięcej ze wszystkich, bo obie będziemy się zajmować bardzo ważnymi sprawami. Ty będziesz panią od organizacji, a mnie w udziale przypadnie zarządzanie. Zobacz, nie wiadomo, która z nas będzie ważniejsza. Zgadzasz się?

- A mam coś do powiedzenia, skoro to ty jesteś od zarządzania? - zapytała ulegle.

- No właśnie nie masz! - Dominika nadawała się na kadrę zarządzającą jak mało kto. - A jutro zadzwoni do ciebie Flora i ani mi się waż wysyłać ją na drzewo. Jak to zrobisz, to narazisz się na moją psychoanalizę, a ona może nie być taka przyjemna jak ta u Flory.

- Mogę? - Tym razem w drzwiach ukazała się twarz Mikołaja.

Był zmartwiony, ale na szczęście zdołał się już uporać ze zdenerwowaniem.

- Tak, tak, wchodź - zapraszała go Dominika, zupełnie jakby biała sypialnia była tylko i wyłącznie jej terytorium. - Ja już powiedziałam wszystko, co miałam powiedzieć. To teraz ty się nią zajmij. Zasugeruję tylko, że jak na moje oko, to ta twoja żona chyba najbardziej potrzebuje teraz udobruchania! To pa!

Dominika się ulotniła, pozostawiając za sobą tylko radosny nastrój. Na szczęście radosny.

- To od czego zaczynamy? - zapytał Mikołaj, zanim na schodach ucichły kroki Dominiki.

- Od czego chcesz...

Hanka jak zwykle była spolegliwa, ale wyczuwał jej napięcie. Jednak różniło się od tego sprzed kilku dni. Wiedział, że coś się dzieje, ale nie pytał. Czekał. Tak bardzo chciał, żeby zaczęła mówić sama. Bez nacisków. Może gdyby nie dzisiejszy występ Dominiki, tak by się stało, ale nie miał się o tym przekonać.

- To może zaczniemy od udobruchania. Dominika czasami ma fajne pomysły.

Mówiąc to, położył się obok Hanki, a jego dłoń automatycznie, już z przyzwyczajenia odszukała krągłość, pod którą krył się ich wspólny Cud.

Oczy Hanki były zamknięte.

- Śpicie? - zapytał cicho, wpatrując się w twarz ukochanej.

- My, jak zwykle, na zmianę. Kiedy ja śpię, Szczęście buszuje. Kiedy Szczęście śpi, buszuję ja.

- To może pobuszujemy razem? - zapytał, mając coraz większą ochotę na buszujące swawole.

Hanka wyglądała uroczo. Ciąża jej służyła. Przytyła nieznacznie, ale to wystarczyło, by jej zwykle blade policzki nabrały odcienia urzekającego różu. Prawie cały czas się uśmiechała. Nawet wtedy gdy ogarniało ją zamyślenie, które znał już od dawna. Od momentu, w którym się poznali.

Od tamtego dnia Hanka bardzo się zmieniła. Od tamtego dnia zmieniło się wszystko. Na dobrą sprawę zmienił się cały świat. Ale najbardziej ze wszystkiego zmieniły się oczy Hanki. Już nie były wystraszonymi oczami sarny, która obawia się każdego ruchu i dźwięku. Oczy Hanki za każdym razem, gdy w nie spoglądał, niezależnie od pory dnia lub nocy hipnotyzowały go radością i spokojem. Ich zagadkowość natomiast nie zmieniła się ani trochę, wciąż mieszkało w nich to, co go kiedyś onieśmielało i przyprawiało o zawrót głowy, którego wynikiem było nienasycenie, nienasycenie Hanką. Nie potrafił jednoznacznie ocenić, co to było.

Teraz w jej oczach również natykał się na zagadkę. Z jednej strony chciał ją rozwiązać, z drugiej zaś miał ochotę na zmagania, które miały mało wspólnego z gimnastyką umysłu. Chodził mu po głowie zupełnie inny rodzaj aktywności.

- Mam na ciebie straszną ochotę - wyszeptał gotowy na miłość.

- To może poprzestańmy na przytulankach - jęknęła zmysłowo Hanka - bo mam już dosyć strasznych akcji mających miejsce tego wieczoru.

- Ale strach przy mnie posmakuje ci na pewno bardziej niż przy Dominice.

- Skąd ta pewność?

Zmysłowy szept Hanki działał na niego obezwładniająco.

- Bo przy niej się dziś strasznie spięłaś, a przy mnie się strasznie zrelaksujesz.

- To byłoby nawet zgodne z zaleceniami lekarza.

- Właśnie. - Spoważniał.

- Przepraszam, że ci nic nie powiedziałam - Hanka też zrobiła się poważna - ale wiem, że miałeś trudny tydzień w pracy.

- Posłuchaj mnie teraz. Uważnie - podkreślił. - Zapamiętaj, że moje życie to wy, a nie praca. Więc nie myśl nigdy o mnie ani tym bardziej o mojej pracy.

- Mam nie myśleć o tobie?

Jak zwykle złapała go za słowo.

- Wiesz, że tego nie lubię.

- Czego? - Hanka wiarygodnie udawała blondynkę, która przywędrowała z dowcipu.

- Koniec tych słownych gierek - rzekł ostro. - Nakazuję ci mówić mi o wszystkim, co cię niepokoi. Rozumiesz? Mów mi, bo jeżeli jeszcze raz się dowiem o takiej historii jak ta dzisiejsza, to sam raz na tydzień będę się kontaktował z panią doktor.

- Jeszcze czego. - Hanka obruszyła się całkiem poważnie.

- Wszystko w twoich rękach. - Udało mu się wykazać błyskotliwością.

- Jak zwykle.

Cierpiętniczy ton ukochanej znów pobudzał go do tańca godowego.

- To co? Umowa stoi? - zapytał.

- Też - odrzekła dwuznacznie.

Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

- Czyli o wszystkim mi mówisz? - rzekł poważnie.

- Tak - zgodziła się przymilnie Hanka.

- Czyli rozumiem, że wigilia jest w naszym domu i że to już postanowione - powiedział, mając na myśli dom rodziców Hanki.

Hanka leżała obok niego. Miała zamknięte oczy.

To dzięki niej miał wrażenie, że mieszkał w tym domu od zawsze. Były w nim miejsca, w których bez skrępowania dotykał wszystkiego, lecz były też takie, na które jedynie patrzył, naśladując zachowanie Hanki. Najbardziej w całym domu lubił salon i sypialnię, w której właśnie przytulał ukochaną, od czasu do czasu wyczuwając kwitnące pod jej skórą życie.

Będąc w salonie, zawsze przyglądał się fotografiom na kominku. Głównie ślubnym. Widział rodziców Hanki, Dominikę z Przemkiem i Hankę. Jedyną ślubną bohaterkę powtarzającą się na dwóch różnych zdjęciach. Na to starsze spoglądał ukradkiem. Zwykle dłużej zatrzymywał wzrok na Mikołaju. Przyglądał się jego szczęściu i zaprzyjaźniał się z facetem, o którym kiedyś myślał z dużo mniejszą sympatią niż obecnie. Z dystansem, ale przyjaznym, przypominał sobie słowa Dominiki, która powiedziała kiedyś: "Gdybyś go znał, to na pewno byś go lubił".

W ślubną fotografię, na której Hanka patrzyła mu w oczy, mógłby się wpatrywać godzinami, gdyby tylko miał czas. Lubił przebywać w salonie, bo ostatnio to w nim Hanka najczęściej odpoczywała. Uwielbiał na nią patrzeć, kiedy spała na kanapie. Spała albo czytała książki. Siadał obok niej, a ona natychmiast kładła głowę na jego kolanach. Gdy spała, patrzył to na ich ślubne zdjęcie, to na jej zamknięte oczy i wsłuchiwał się w jej miarowy oddech. Obserwował, jak zmieniało się teraz jej ciało, posłusznie wykonujące rozkazy nowego życia. Gdy czytała książki, najczęściej trzymała je nad głową. Wówczas nie widział wyrazu jej oczu. To dlatego stęsknionym wzrokiem odszukiwał te oczy na ślubnej fotografii. Ich zdjęcie było najradośniejsze z fotografii ozdabiających kominek. Śmiali się na nim wszyscy, bez wyjątku. Hanka, pani Irenka, ciotka Anna, w tle jego rodzice. Nawet Dominika się śmiała, chociaż Tomaszek podczas chrztu dał się jej mocno we znaki, jej i wszystkim zebranym w kościele. Najszczęśliwszą osobą na zdjęciu był on sam. Śmiejąc się, witał się ze szczęściem, które nareszcie przestało przed nim uciekać, a żegnał stres towarzyszący mu podczas przygotowań do ceremonii.

Mieli piękny ślub. Kameralny, spokojny, będący urzeczywistnieniem jego wszystkich marzeń. Przypominał sobie, jak kojąco spokojnym głosem Hanka wypowiadała słowa przysięgi małżeńskiej. Nawet te, których z pewnością bała się najbardziej. Te, których bali się oboje, pewnie w równym stopniu. Podczas ślubu wszystko przeżywali razem. Radość i stres. Lubił patrzeć na zdjęcie dokumentujące tamten dzień, ponieważ na nim widoczna była tylko radość będąca następstwem tego, że przysięgli sobie z Hanką dozgonną miłość. Radość i śmiech uchwycone w ułamku sekundy były prawie słyszalne. Patrzył i przypominał sobie odgłos ryżowego deszczu uderzającego delikatnie o ich rozradowane twarze. Deszczu, którego kilka ryżowych kropel znalazł w biustonoszu Hanki nad ranem, na plaży, tuż po wschodzie słońca wyłonionego z zimnej toni morza, przynoszącego ziemi niezbędne ciepło i jasność.

- Zasnęłaś? - zapytał, kończąc swe ślubne wspomnienia.

- Nie - odpowiedziała po chwili Hanka. - Zamyśliłam się. Jak to cudownie brzmi: "w naszym domu". To doskonale brzmi: "wigilia w naszym domu".

- Czyli to już postanowione. - Chciał teraz w miarę płynnie przejść do tego, co ostatnio spędzało Hance sen z powiek. Dominika zdążyła mu w przelocie szepnąć co nieco.

- Postanowione. - Zadowolenie Hanki nie miało granic.

Przepadał za jej uśmiechem. Uległym, a jednocześnie zaczepnym, nieśmiało erotycznym.

- Idziemy spać? - zapytał właśnie erotycznie, ale nie nieśmiało.

- A Dominika z chłopakami?

- Pobawią się przed kominkiem i jak znam życie, zalegną w gościnnym.

- W takim razie możemy chyba się zdrzemnąć.

Hanka przewróciła się z pleców na bok i patrząc mu w oczy, pocałowała go w usta. Powoli, delikatnie, nie zamykając oczu.

- Zamknij oczy - poprosiła.

- Jeszcze nie teraz.

- Dlaczego? - zdziwiła się.

- Bo powinnaś mi powiedzieć, czym się martwisz, skoro odbiło się to nie tylko na twoim samopoczuciu, ale i na zdrowiu. Znam cię już tak dobrze, że wiem, kiedy...

- Miałam zły sen.

Nie spodziewał się, że pójdzie mu tak łatwo.

- Na początku tygodnia? - zapytał od razu.

- Tak.

- Co ci się...

- Wypadek.

Zamilkł, słysząc odpowiedź na swe niedokończone pytanie. Przytulił Hankę, widząc, jakim wzrokiem na niego patrzyła. To był wzrok szukający ratunku.

- Co mam zrobić? - zapytał szybko. - Jak ci pomóc? - Całował jej czoło.

- Dominika uważa, że powinnam porozmawiać o tym z Danusią.

- A ty co uważasz? - Znów wyrwało mu się pospieszne pytanie.

- Zastanawiam się, czy to, że dużo o mnie wie, może zadziałać na moją korzyść.

- Jestem przekonany, że tak.

- Skąd wiesz?

- Bo nie będziesz musiała jej niczego opowiadać, do niczego wracać. Poza tym poczytałem sobie kiedyś o niej w internecie i jest mnóstwo doskonałych opinii na jej temat. To sława w swoim fachu. Jest biegłym sądowym. Jak pokazałem Przemkowi jej dokonania, nie tylko naukowe, to był w szoku. Byle kogo nie biorą do uczenia studentów. Przemek wydedukował jeszcze, że błyskotliwość i inteligencja Dominiki nie są przypadkowe.

Umilkł i patrzył Hance w oczy. Milczała.

- Umów się z nią.

Spojrzenie Hanki stało się dziwnie zagubione. Nie wiedziała, co powiedzieć.

- Umówisz się? - prosił łagodnie.

- Hmm... - zamruczała niezdecydowanie.

- Obiecaj, że to zrobisz.

Widocznie to on musiał podjąć tę trudną decyzję.

Hanka milczała długo, ale jej nie ponaglał. Wiedział, że czas działał na jego, na ich korzyść. W ogóle w życiu czas zwykle chyba działa na korzyść.

- Dobrze - rzekła w końcu.

Cierpliwość się opłacała.

- Obiecaj, że zrobisz to jutro. - Musiał wykorzystać chwilową odwagę żony.

- Dobrze - powiedziała znów, prawie od razu.

- A teraz mogę zrobić z tobą, co zechcę?

Chciał tym pytaniem zakończyć trudny temat. Poza tym myślał, że pokorność poprzednich odpowiedzi Hanki będzie trwała nadal.

- No, nie wiem...

Niestety, niezdecydowanie wygryzło pokorność z posady. Usłyszał nie to, czego oczekiwał.

- A jeżeli obiecam ci, że będzie ci dobrze...

- Dobrze...

Udało się. Otrzymał zgodę. Uśmiechnął się i zaczął odpinać duże guziki pomarańczowego swetra Hanki, by dobrze zacząć obiecane dobrze...

Siedziała na kanapie pokrytej tkaniną w róże i czekała. Danusia się spóźniała. Hance jednak to nie przeszkadzało. Przyglądała się, z jaką dokładnością Tomek ozdabiał plastikowe bombki: najpierw nakładał na nie wąskie ścieżynki kleju, na które następnie wysypywał mieniący się czerwienią i granatem brokat.

- To co, Tomuś? Zostaniesz z panią Hanią, bo mój mąż już po mnie przyjechał? - zapytała pani Halinka.

Widocznie skończyła porządki, ponieważ szykowała się do wyjścia.

Mąż przyjechał po panią Halinkę pewnie z powodu bardzo złej pogody. Mróz, wiatr, zawieja śnieżna. Identyczne warunki pogodowe panowały już od kilku dni. Tegoroczna zima zaczęła się bardzo wcześnie. Zawitała w jesienne progi dokładnie w dniu Wszystkich Świętych. To właśnie tamtego dnia spadł pierwszy śnieg i utrzymywał się do teraz. Warszawa przypominała zimową stolicę Polski. Oklejone hałdami szaroburego śniegu miasto wciąż było zasypywane świeżym, bielusieńkim śniegiem, który zaraz po zetknięciu się z ziemią tracił swą delikatność i biel. Zamieniał się brudną maź oblepiającą każdy fragment miejskiego świata. Co gorsza, słońce udawało, że mieszka gdzieś z dala od tego świata. Chowało się za górami i lasami.

Świat, na który ostatnio patrzyła, przypominał mroczny film wyświetlany na kinowym ekranie i ograniczony ciemnoszarą panoramą śniegu na dole, a na górze wiecznie brudnym pasem utworzonym przez ciężkie chmury. Tęskniła za słońcem, a ono ani myślało odbijać się od zmrożonych kryształów śniegu, który swą biel zachowywał chyba tylko w jej ogrodzie.

Nie dziwiło jej, że Danusia się spóźniała. Sama obiecała ciotce Dominiki, że odbierze dziś Tomka ze szkolnej świetlicy, i miała to zrobić około piętnastej, a mimo swego umiłowania punktualności udało jej się spełnić obietnicę kwadrans przed szesnastą, ponieważ ruch uliczny z każdym kolejnym dniem zapadał w coraz większy marazm. Zimowa depresja dopadała wszystkich. Sroga zima pożarła słońce i rozdawane przez nie darmowe endorfiny. Hanka coraz częściej odnosiła wrażenie, że gdyby nie rozwijające się w niej Szczęście, to niechybnie zapadłaby w sen zimowy, by nie męcząc się, doczekać słońca i obrazu rozświetlonego nim świata.

- To ja w takim razie uciekam, pani Haniu, jutro jestem u pani.

- Do widzenia, pani Halinko - odpowiedziała, nie odrywając oczu od pracy swego młodszego brata.

Tomek był bardzo dokładny. Spod jego zręcznych palców wydobywały się kolorowe motywy świąteczne. Na złotym plastiku bombek tworzył gałązki przypominające suknię choinki. Nieskomplikowana forma drzewka była wykonana bardzo symetrycznie. Obserwowała spokojną pracę brata i bardzo jej się ona podobała. Uśmiechała się do siebie. Tomek był do niej podobny. Gdy pracował, dostrzegała w nim swoje cechy. Podobnie jak on podchodziła do wszystkich swoich powinności: bez pośpiechu, który był najpoważniejszym zagrożeniem dla dokładności.

- Dlaczego tak patrzysz? - zapytał Tomek, nie patrząc w jej stronę.

- Bo bardzo ładnie pracujesz - odpowiedziała, również nie odrywając wzroku od wolno poruszających się dłoni brata.

- To na jutro. Do szkoły. Pani chciała, żeby był też zielony brokat, ale mama mi nie kupiła, bo w sklepie nie było, a nie miała czasu iść do innego. Ostatnio dużo siedzi w szpitalu, bo znowu wrócili żołnierze z jakiejś wojny i musi im pomagać.

- Pomagać? - zapytała zaszokowana powagą, z jaką o pracy swej matki wypowiadał się Tomek.

- No tak. Mama mówi, że jest jej ich bardzo szkoda, bo jak jechali na wojnę, to nikt im nie powiedział, że to, że się umie strzelać, to nie wszystko.

Obserwowała, jak Tomek dmucha na zrobione już bombki, i wiedziała, że nie powinna go dalej o nic wypytywać. Przed oczami miała Danusię stojącą przed powinnością pomocy mężczyznom z objawami stresu wojennego.

- Mama wróciła! - ucieszył się nagle Tomek, przerywając na moment odmuchiwanie bombek.

- Skąd wiesz?

- Bo brama zaskrzypiała. Lubię, jak wraca.

- Wiem - powiedziała, zdając sobie sprawę, że ona prawie nigdy nie czekała na mamę, bo ta zawsze była w domu. To mama zawsze na nie czekała. Na nią i Dominikę.

Westchnęła.

- To może pokroimy ciasto, które przyniosłam? - zaproponowała, gdyż to Tomek chciał poczekać z poczęstunkiem właśnie na mamę.

- Dobra. Teraz już możemy. Jak mama je zobaczy, to może nie będzie zła, że się przeniosłem z lekcjami do salonu. Mama tego nie lubi. Mówi, że tu to się na pewno nie skupię tak dobrze jak przy biurku w moim pokoju. Ale ja wolę być tu, tu jest fajniej niż przy biurku.

Hanka poszła do kuchni pachnącej ciastem drożdżowym, które upiekła rano, myśląc o zbliżającej się wieczornej rozmowie.

- To może ja nastawię wodę na herbatę? - Do kuchni wszedł Tomek.

- Dobry pomysł.

Tomek nalewał wody do czajnika.

- Jak mama wraca ze szpitala, to zawsze mówi, że jest nieżywa.

- Nic dziwnego - rzeczywiście, nie zdziwiła się wcale - twoja mama ma bardzo trudną i odpowiedzialną pracę.

- No, kiedyś to nawet wróciła z pracy z siniakiem na twarzy, bo ją jakiś pacjent...

Tomek urwał, bo w drzwiach stanęła Danusia. Nie miała, co prawda, siniaków na twarzy, ale wyglądała na bardzo zmęczoną.

- Dobry wieczór, kochani. Bardzo przepraszam za spóźnienie, ale dziś wszystko, co mogło pójść nie tak, tak właśnie poszło.

Spotkały się wzrokiem. Uśmiechnęły do siebie. Hanka stała oparta o biały kuchenny blat. Za sobą miała parapet, na którym, gdy była w tym domu pierwszy raz, stały jasne doniczki z różnymi ziołami. Teraz z racji pory roku na parapecie stał tylko adwentowy świecznik rozświetlający już bardzo ciemną powierzchnię okna.

Danusia podeszła do Tomka i z ogromną czułością pocałowała jego teraz nieruchomy czubek głowy, ponieważ chłopiec z lubością wpatrywał się w pokrojone już ciasto.

- Pięknie wyglądasz - powiedziała do Hanki.

W ślad za komplementem szło bardzo miłe przytulenie, trwający dość długo powitalny uścisk, bardzo przyjemny uścisk.

- Dziękuję. - Hanka ucałowała jeszcze chłodny policzek Flory.

- A jak się czujesz?

- Dobrze i bardzo mnie cieszy perspektywa świąt.

- Dziękuję za zaproszenie. - Danusia, choć zmęczona, uśmiechnęła się, ale jej uśmiech nie trwał zbyt długo. - Jednak...

- Nie... Proszę cię, tylko nie mów, że was nie będzie... - przestraszyła się Hanka.

- Będę z tobą szczera. - Głos Danusi był bardzo zmęczony. - Sama nie wiem, co robić. Odkąd urodził się Tomek, każde święta spędzamy w Paryżu... Ale nie mówmy o tym teraz. Co pijemy? Jeżeli ciasto smakuje tak, jak wygląda, to nie czekajmy z jedzeniem już ani chwili.

- Starałam się - uśmiechnęła się Hanka. - Herbata? - zapytała tak swobodnie, jakby już wiele razy przygotowywała herbatę w tej kuchni.

Jednak nie znała tej kuchni. Nie wiedziała, w której szafce Danusia trzyma herbatę, cukierniczkę, filiżanki... Jedyne, co teraz wiedziała, to to, że Danusia była wykończona, w dodatku robiła wrażenie zagubionej. Hanka patrzyła na nią z czułością i przez moment w pięknych zielonych oczach dostrzegła coś, co musiało w nich gościć bardzo często. Była to niemoc i trudna do objęcia rozumem przez osoby postronne niechęć do życia.

Hanka była pewna, że Danusia przyniosła dziś do domu sporą część pracy, ponieważ nie udało się zostawić jej za murami szpitala, i teraz przytłaczały ją nie tylko osobiste smutki i pojawiające się wątpliwości, ale i wszystkie trudne przeżycia innych ludzi.

- A może najlepiej będzie, jak wszyscy napijemy się kakao? Pasuje do ciasta? - zapytał Tomek, szeroko ziewając.

- Pasuje! - odpowiedziała dziarskim głosem Danusia, jakby na przekór wszystkiemu, i z werwą wypoczętej sportsmenki zaczęła przygotowywać to, co było niezbędne do kakaowej uczty.

Tomek uśmiechał się pod wąsem, którego jeszcze nie miał, a Hanka układała pokrojone ciasto na dużym kryształowym talerzu. Wiedziała, że pod żadnym pozorem nie poruszy trapiącego ją tematu złego snu. Postanowiła, że jedynym elementem wniesionym dziś przez nią do tego domu, którego mury wiele widziały, będzie słodycz ciasta, które właśnie kończyła układać.

Kuchnia rozświetlona tylko bocznym światłem zapachniała słodkim kakao.

Nie przeszli do salonu. Tu, gdzie byli, było im dobrze. Danusia usiadła naprzeciwko Tomka i patrzyła, jak chłopiec z apetytem wgryza się w słodką poduszkę z ciasta przystrojonego śliwkami węgierkami przywodzącymi na myśl sam środek pogodnego lata.

Hanka widziała, jak powoli dzięki miękkości ciasta Danusia odzyskiwała spokój i wewnętrzną równowagę, z którymi z pewnością nie lubiła się rozstawać.

- Zgłodniałeś - zauważyła, wpatrując się już całkiem radosnym wzrokiem w Tomka pochłaniającego któryś z kolei kawałek ciasta.

- Mogę masła? - zapytał z pełnymi ustami chłopiec, podrywając się od stołu.

- A teraz zobaczysz, Haniu - Danusia spojrzała w jej stronę - jak Tomek będzie pożerał twoje ciasto w iście francuskim stylu.

Rzeczywiście, Hanka patrzyła na brata, który grubą warstwą masła posmarował ciasto, po czym maczał je w kakao i z lubością wkładał do ust to coś, co wyciągał z filiżanki.

Danusia patrzyła na syna z rozrzewnieniem.

- Zobacz, mamo, a teraz zgadnij, jak jem?

- Co to znaczy: jak jem? - zapytała Danusia ustami pełnymi ciasta, a oczami pełnymi miłości przyglądała się, jak Tomek szarpie zębami małe kawałeczki drożdżowego ciasta.

- No, kto tak je? - uściślił pytanie Tomek.

Flora parsknęła śmiechem.

- Teraz jesz jak Charlotta - zgadła od razu i od razu też wytłumaczyła: - Charlotta to moja przyjaciółka, pracowałyśmy razem, gdy trafiłam do Paryża. Bardzo mi pomogła, gdy urodził się Tomek. Wiele jej zawdzięczam. To cudowna kobieta. Może trochę ekscentryczna, nawet jak na paryskie warunki, ale ją uwielbiam. Tomek zresztą też.

Hanka uwielbiała słuchać Danusi, ponieważ ta miała ogromną umiejętność opowiadania o ludziach i sytuacjach, która to umiejętność pozwalała słuchaczowi od razu wyobrazić sobie obrazy i osoby, o których opowiadała.

- No! - potwierdził natychmiast swą sympatię do Charlotty Tomek. - Charlotta jest super i często zmienia kolor włosów. Mamo! Mamo! - Chłopiec domagał się uwagi Danusi, był w tym domaganiu się bardzo zaborczy, nawet przypominał trochę Dominikę. - Maaamooo!

- Już, kochanie... Już patrzę...

Teraz Tomek posmarowany masłem kawałek ciasta prawie cały wkładał do ust i zabawnie pocierał z pewnością słodkie od kakao kąciki ust.

- A teraz jesz jak Charles - rozanieliła się Danusia. - Charles to młodszy brat Charlotty - wytłumaczyła.

- I zaleca się do mamy - dodał Tomek i miał zamiar kontynuować francuską udawankę. - A teraz...

- A teraz to najlepiej będzie, jak przestaniesz - przerwała chłopcu mama - bo zjadłeś już cztery kawałki ciasta i prawie pół kostki masła. Więc myślę, że już wystarczy tego dobrego. Lekcje odrobione?

- Maaamooo!!! - zaskrzeczał z niesmakiem Tomek. - Jutro ostatni dzień przed wolnym...

- Odrobione? - upierała się przy swoim Flora.

- Odrobione! Bombki pomalowane! - Tomek zamieniał się w żołnierza, choć robił to z nieukrywaną niechęcią.

- I co? Udało się bez zielonego brokatu?

- Musiało się udać! - padła poważna odpowiedź na równie poważne pytanie.

- Mieliśmy tu wczoraj rodzinną awanturę z powodu zielonego brokatu, a raczej z powodu jego braku.

- Mamo! Nie opowiadaj!

- A dlaczego mam nie opowiadać? - zapytała tracąca swą powagę Danusia, uruchamiając proces pedagogizacji młodego człowieka.

- Bo to wstyd - przyznał od razu Tomek.

- Dobrze, już dobrze... - Proces zakończył się matczynym uśmiechem. - Kończ już to jedzenie i śmigaj się myć.

- Mogę tylko zęby?

- Pod warunkiem że już nigdy w życiu nie będziesz się awanturował o zielony brokat.

- Nie będę - obiecał natychmiast Tomek, bardzo zmęczony Tomek.

- To w drodze wyjątku możesz tylko zęby.

- A przyjdzieeesz? - poprosił tym razem bardzo zmęczony i jeszcze całkiem mały chłopiec.

- Umówmy się na jutro - zaproponowała mama.

- No dobra - zgodził się, najwidoczniej w drodze wyjątku, chłopiec. - To dobranoc.

- Dobranoc...

Hanka przysłuchiwała się dość dynamicznej wymianie zdań bardzo bliskich sobie osób. Poczuła na policzku tłusty od masła pocałunek. Zrobiło jej się błogo. Zapach i smak kakao przywodziły na myśl słodką dziecięcą beztroskę. Położona pod biustem dłoń wyczuwała wieczorne drgnienia Szczęścia. Czując na podniebieniu owocową słodycz śliwki, myślała o mamie i pani Irence. Danusia odprowadzała wzrokiem syna, który oddalał się tak powoli, że wieczorne mycie zębów chyba stało pod wielkim znakiem zapytania.

- Zmęczony - Hanka podsumowała jednym słowem to, co widziała.

- Zmęczony - potwierdziła jej obserwacje Danusia, patrząc na okruchy leżące przy talerzyku Tomka.

- Ty też jesteś zmęczona - odważyła się zauważyć Hanka.

- Mam ostatnio bardzo pracowite dni - przyznała Danusia.

- A ja ostatnio leniuchuję na całego. To znaczy leniuchujemy.

Opuściła w dół rozkochane spojrzenie, jednocześnie ściszając głos, bo Szczęście chyba właśnie zasypiało.

- Z jednej strony lenistwo z pewnością ci służy, ale biorąc pod uwagę to, o czym mi wczoraj opowiedziała Dominika, myślę, że twoje ciało wypoczywa, lecz głowa nie potrafi dostosować się do ciała.

Hanka popatrzyła na Danusię i zrozumiała, że ta, choć była bardzo zmęczona, to swym pełnym wyrozumiałości i sympatii spojrzeniem wyrażała gotowość do rozmowy. Widocznie Dominika miała rację, mówiąc, że tylko Flora jest w stanie jej pomóc. Patrząc w oczy Danusi, uwierzyła w to w jednej chwili, dlatego zaczęła mówić.

- Zupełnie tego nie rozumiem. To się dzieje jakby poza mną. Nie mam pojęcia, co zrobić. Nie chcę, żeby to mnie teraz przytłaczało, bo jestem taka szczęśliwa... Mam Mikołaja, mamy nasze Szczęście, odnalazłam się w życiu, znów złapałam wiatr... i wszystko byłoby jak w bajce, gdyby nie ten jeden przerażający sen...

Jadąc tu, myślała, że będzie jej bardzo trudno o tym mówić, tymczasem słowa wypływały z niej same. Nie miały żadnego przeciwprądu utworzonego z emocji czy też strachu. Kiedyś Mikołajowi nie była w stanie niczego opowiedzieć, a teraz Danusi była gotowa opowiedzieć wszystko. Nawet sen, którego dźwięki mroziły jej krew w żyłach, podczas gdy chciała, by ta krew była tylko ciepła i by płynęła w odpowiednim tempie, ponieważ marzyła o tym, żeby początek życia jej Szczęścia był dobry, bardzo dobry. Chciała, by życie rozwijającego się w niej życia było czystą kartą, pozbawioną rzutującej na wszystko przeszłości.

- Co ci się śniło? - zapytała wprost Danusia.

- Wypadek - odpowiedziała też wprost. - Tak naprawdę to od tamtej nocy prześladują mnie dźwięki i obrazy. Tyle że obrazy w tym śnie były bardzo niewyraźne, a dźwięki tak realne, że w życiu nie słyszałam czegoś bardziej przerażającego. Pisk opon, odgłos tłukącego się szkła, skowyt samochodowych blach i krzyk. Straszny, paniczny... coś okropnego...

- Wystarczy...

Na swych zaciśniętych na serwetce dłoniach Hanka poczuła zimny, prawie lodowaty dotyk dłoni Danusi.

- Nie musisz już niczego więcej mówić.

- Jak mam sobie z tym poradzić? - zapytała Hanka bezradnie. - Bardzo chcę sobie z tym poradzić. Gdyby te dźwięki prześladowały mnie wtedy... nie poradziłabym sobie na pewno... ale teraz... - Zabrakło jej słów, bo przecież nie odwagi. Ją miała, choć nie dzięki sobie, tylko dzięki oczom, które patrzyły na nią tak, jakby nic nie było w stanie ich zdziwić.

- Ale teraz... - Oprócz oczu pomagał jej też spokojny i zupełnie niezmęczony głos.

- Teraz... - Usiłowała odnaleźć w sobie radość z tego, że może się w końcu przed kimś wygadać. - Teraz kiedy przytulamy się z Mikołajem i wsłuchujemy w nasze nowe życie, wiem, że to, co mnie spotyka, sprawia, że mam świadomość, iż nie mogę odkładać swojego życia na później. Jesteśmy szczęśliwi i nie mogę pozwolić, by coś nam to szczęście utrudniało. Ja nie mogę mieć teraz złych snów. Po prostu nie mogę - powtórzyła z determinacją. - Co mam zrobić? Powiedz, proszę...

Danusia patrzyła na nią bardzo uważnie.

- Powiedz, że wiesz... - Hanka błagała o mądrość.

- Wiem - uśmiechnęła się Danusia.

- Co? - Chciała to wiedzieć natychmiast.

Danusia nie zwlekała z odpowiedzią.

- Kiedy człowieka spotyka coś złego, nieszczęście, jakaś trauma, to skupia się tylko na tym, na tym, co się stało, i na tym, jak z tym dalej żyć. Nieszczęście staje się drogą życia, z której przez bardzo długi czas nie można zboczyć. Gdy ten czas mija, człowiekowi zaczyna się wydawać, że ma to swoje nieszczęście pod kontrolą, że już nic nie może go zaskoczyć, nic nie może go złamać. I wtedy okazuje się, że to skupienie na zwykle krótkiej chwili zamieniającej naszą przyszłość w rzeczywistość, w której nie jesteśmy w stanie normalnie się poruszać, sprawia, że zapominamy o najważniejszej sprawie decydującej o naszym dalszym życiu.

Danusia przerwała na chwilę.

- O czym zapominamy? - ponagliła ją Hanka, chociaż nie chciała, by rozmowa przyspieszała.

Danusia upiła łyk kakao, odstawiła filiżankę na spodek i zanim wypowiedziała kluczowe zdanie, spojrzała jej głęboko w oczy.

- Zapominamy o wybaczeniu.

- O wybaczeniu? - powtórzyła Hanka.

- Tak - odparła bardzo zdecydowanie Danusia. - Tylko się nie przerażaj.

Hanka odetchnęła, gdy to usłyszała, bo bardzo potrzebowała teraz poczucia bezpieczeństwa.

- W twoim wypadku wybaczenie nie jest takie trudne - kontynuowała terapię Danusia. - Najtrudniejsze jest wtedy, gdy człowiek musi wybaczyć coś sobie. To się udaje, ale bardzo rzadko. Ty jesteś tym łatwiejszym przypadkiem. Tym, który musi wybaczyć...

- On nie żyje... - szepnęła Hanka, w sekundę rozszyfrowując sens całej rozmowy.

Czuła, jak zamiera w niej serce na myśl o chłopaku, o którym nigdy nie chciała myśleć. Nie chciała tego robić, ponieważ bała się, że myślenie o nim ją zatruje. Że doszczętnie zniszczy nie tylko jej życie, ale ją samą. Nie chciała do tego dopuścić, dlatego wyrzuciła "tego chłopaka" - tak o nim myślała - z własnej świadomości z głębokim przekonaniem, że dobrze robi. Przecież zapłacił za to, co zrobił. Najwyższą cenę. Otrzymał najsurowszą karę. Idiotyczny wybryk kosztował go życie. Bardzo młode życie. Jego wybryk kosztował kilka istnień. Ze wszystkimi wciąż się żegnała. Codziennie. Jednak z biegiem czasu, z dnia na dzień, jej serce coraz spokojniej i coraz mniej boleśnie wybijało niekończącą się pieśń o nieobecności.

- Wiem, że on nie żyje - ze spokojem opisała istniejący stan rzeczy Danusia.

- To jak mam mu wybaczyć? - zapytała Hanka, nie znajdując sposobu i roniąc łzy na myśl o przestępstwie, którego chyba nie potrafiła wybaczyć.

- Pomyśl o tym - Danusia ściszyła głos, z pewnością celowo - że on twoich bliskich zabrał z sobą, a swoich zostawił tutaj. W innym świecie. Oni też muszą żyć. W innej tragedii. Innej niż twoja. O ile w ogóle można pokusić się o stopniowanie i wartościowanie ludzkich tragedii. W mojej pracy jest to jeden z wielu problemów, z którymi trudno jest mi sobie poradzić. Słyszałam już tyle opowieści strasznych i jeszcze straszniejszych i nigdy nie wiem, czy można dokonać ich... sama nie wiem... ich gradacji... chociaż znam tabele usiłujące zmierzyć poziom ludzkiego stresu, ale wiem przecież, że nie można tego robić w oderwaniu od osobowości, odporności psychicznej tego, w kogo uderza grom z jasnego nieba.

- To co mam zrobić? - zapytała Hanka bez sensu, bo przecież już wiedziała, po jaką radę tu dziś przyszła.

- Powinnaś postarać się im wybaczyć. Rodzicom tego chłopaka. Twoje wybaczenie jest im bardzo potrzebne. Kiedy uda ci się to zrobić, poczujesz ulgę i dopiero wtedy zrozumiesz, że ono było bardzo potrzebne także tobie. Ulga, którą poczują ci ludzie, sprawi, że przestaną przywoływać cię w swoich myślach, a ty poczujesz się na swój sposób wolna.

- Myślisz, że im jest gorzej? - zapytała Hanka z przestrachem.

Dotarło do niej, że bez pomocy, sama, nigdy nie potrafiłaby spojrzeć na tragedię, która ją spotkała, przez pryzmat innych ludzi w nią uwikłanych. W niej uwięzionych. Podobnie jak ona. Już na zawsze.

- Tego nie wiem. Mogę się tylko domyślać.

- Ale ja nie wiem, kim oni są. Wtedy... na policji... była tylko Dominika... ja...

- Jeżeli chcesz czegoś o nich się dowiedzieć, mogę...

- Możesz? - zdziwiła się Hanka.

- Tak. Czasami współpracuję z policją. Wystarczy jeden telefon, ale to ty powinnaś być pewna, że chcesz, abym go wykonała.

- Chcę - odpowiedziała Hanka, nie mając wcale pewności, czy dobrze robi, czy nie oszukuje samej siebie.

Nie wiedząc, nie zastanawiając się, czy będzie potrafiła wybaczyć, zapragnęła zrobić pierwszy ważny krok ku wybaczeniu, które gdy patrzyła w oczy Danusi, wydawało się możliwe.

- Dowiem się. Jutro będziesz wiedziała.

- Dobrze. Dziękuję - odpowiedziała, nie obawiając się jutra.

- Mogę cię o coś poprosić?

- Tak. - Była gotowa na prośbę.

- Jeśli się okaże, że to ktoś stąd, że ci ludzie mieszkają gdzieś blisko, to postaraj się zrobić to przed świętami...

Hanka kiwnęła głową.

- Święta to dobry czas na wybaczenie - dokończyła Danusia, a jej oczy posmutniały.

- A ty umiesz wybaczać? - zapytała Hanka, skupiając się na smutku, który widziała w lubianych przez siebie zielonych oczach.

Danusia zacisnęła usta w prostą, bladą, cienką linię i choć ten grymas wystarczyłby za odpowiedź, powiedziała:

- Ja muszę wybaczyć przede wszystkim sobie, jestem tym trudniejszym przypadkiem. - Uśmiechnęła się gorzko. - Więc... - Nie dokończyła zdania, choć chyba chciała rzec: "marne szanse".

- Przecież ty tak dobrze to wszystko rozumiesz - zdziwiła się Hanka.

- I to "dobrze", i to "wszystko" - podkreśliła Danusia - najbardziej mi przeszkadza.

- Ale może kiedyś przestanie... - powiedziała Hanka z nadzieją w głosie.

- Może...

W głosie Danusi nie było nadziei, dlatego Hanka postanowiła zmienić temat, by chociaż oczy, w które teraz spoglądała, odzyskały spokój.

- Ale będziesz u nas na wigilii? - powiedziała prosząco.

- Może... - Danusia się uśmiechnęła i tym razem to jej "może..." zabrzmiało dużo bardziej prawdopodobnie niż poprzednie.

Hanka, słysząc tę optymistyczną zmianę, uśmiechnęła się. Wierzyła, że będą miały okazję znów się przytulić podczas wigilii i pokonać bariery, które były wynikiem ich pierwszych spotkań.

Teraz najważniejsze wydało jej się to, że wiedziała, co powinna zrobić. Mama chciałaby, by to zrobiła. Dlaczego? Przecież to właśnie mama nauczyła ją wybaczać. To mama nauczyła ją wielu życiowych umiejętności, po to by przydawały jej się w życiu i czyniły je łatwiejszym. Teraz gdy uśmiechała się do Danusi, wierzyła, że sztuka wybaczania pozwala odmieniać życie. Na lepsze.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej