Szczęście pachnie bzem - Aleksandra Tyl

Kup ebooka

25.60 zł
19.54 zł (19,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czym jest szczęście? Czy to stan, który trwa, dopóki coś go nie zmąci? Czy tyl­ko chwi­la od­czu­wa­na jako błogo­stan lub pod­nie­ce­nie zbyt ulot­ne, by trwało dłużej niż żywot mo­ty­la?

Iza­be­la, za­sta­na­wiając się nad pojęciem szczęścia, mknęła drogą z Po­zna­nia do War­sza­wy. Dojeżdżając do Pa­prot­ni, włączyła kie­run­kow­skaz i skręciła w pra­wo. Nie uprze­dziła ani bab­ci, ani Wik­to­ra o swo­jej wi­zy­cie, po­nie­waż chciała spra­wić im nie­spo­dziankę, tym bar­dziej że apa­rat był pełen zdjęć słod­kich, racz­kujących już bliźniaków - jej przy­rod­nich bra­ci. Bab­cia na pew­no umie­ra z cie­ka­wości, jak wyglądają dzie­ci, a przede wszyst­kim ich mat­ka - nowa wy­bran­ka jej eks-zięcia. Iza­be­la kie­dyś po­ka­zy­wała jej co praw­da fot­ki ze ślubu ojca i Ma­rii, ale bab­cia uznała, że pan­na młoda do­pie­ro po po­ro­dzie pokaże praw­dzi­we ob­li­cze, uty­je, za­nie­dba się, i ta­kie tam inne pro­roc­twa.

Nie myliła się.

Ma­ryl­ka - bo tak na­zy­wał Marię oj­ciec Izy - po po­ro­dzie, choć minęło już od nie­go wie­le mie­sięcy, wyglądała jak dwie, albo na­wet trzy Ma­ryl­ki sprzed ślubu. Albo na­wet i czte­ry Ma­ryl­ki! Albo pięć, przy­zna­wała Iza w du­chu, wiedząc, że zdjęcia ucieszą nie tyl­ko bab­cię, ale i mamę.

Bo choć zarówno pierw­sza, jak i dru­ga życzyły Pio­tro­wi wszyst­kie­go, co naj­lep­sze, i za­rze­kały się, że wszel­kie nie­sna­ski daw­no już zo­stały po­grze­ba­ne, to jed­nak wi­dok Ma­ryl­ki na zdjęciu, na którym przesłania sobą wszyst­ko inne, na pew­no wpra­wi je w do­bry hu­mor.

Iza­be­la za­sta­na­wiała się, czy oj­ciec jest z nią szczęśliwy. Wyglądał na za­an­gażowa­ne­go w po­moc przy bliźnia­kach, ciągle uśmiech­nięty, żar­tujący, ener­gicz­ny. Ma­ry­la za to na szczęśliwą z pew­nością nie wyglądała. Na­rze­kała na wszyst­ko, począwszy od za­rwa­nych nocy po­przez bóle pleców od dźwi­ga­nia dzie­ci, a skończyw­szy na po­go­dzie, która ni­jak się miała do jej na­rze­kań. Bez­chmur­ne nie­bo, słońce, lek­ki wio­sen­ny wie­trzyk - to jed­nak dla Ma­ryl­ki było za mało, wciąż się pociła, wciąż było jej dusz­no i źle.

Dla­te­go właśnie Iza­be­la, choć początko­wo pla­no­wała wrócić w nie­dzielę, spa­ko­wała się i znaj­dując tysiąc wymówek, pożegnała się dzień wcześniej. Po co ko­lej­ny dzień wysłuchi­wać uty­ski­wań Ma­ry­li, sko­ro na świe­cie jest tak pięknie, a wokoło tylu uśmiech­niętych i przy­ja­znych lu­dzi.

Nie za­dzwo­niła do Wik­to­ra, wiedząc, że wy­bie­ra się on, jak co week­end, do Skot­nik. W myślach snuła sce­na­riu­sze po­wi­ta­nia, będąc pew­na, że stęsknił się po ty­go­dniu rozłąki i tak jak ona dzień w dzień od­li­czał go­dzi­ny do spo­tka­nia. Tęskniła za za­pa­chem jego ciała, za brzmie­niem jego głosu, za jego śmie­chem, za pocałunka­mi.

Tak, z Wik­to­rem czuła się szczęśliwa i chciała, aby to szczęście nie oka­zało się chwilą, ale wiecz­nością. Pragnęła kąpać się w nim co­dzien­nie, doświad­czać go każdym po­rem ciała.

Moje szczęście jest tu­taj, uznała w myślach, wjeżdżając w Aleję Bzów. Na wi­dok roz­kwi­tających gdzie­nieg­dzie pączków uśmiechnęła się do sie­bie i zwal­niając, otwo­rzyła okna w sa­mo­cho­dzie, aby lek­kie wio­sen­ne po­wie­trze wypełniło wnętrze. Za­sta­na­wiała się, czy nie ob­wieścić swo­je­go przy­jaz­du klak­so­nem, uznała jed­nak, że byłoby nie na miej­scu mącić tę prze­ty­kaną je­dy­nie ćwier­ka­niem ptaków wiejską ciszę.

Do­je­chaw­szy do pałacu, ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że na pod­jeździe nie ma sa­mo­cho­du Wik­to­ra. Zbliżała się trzy­na­sta, za­zwy­czaj przy­jeżdżał z sa­me­go rana albo już w piątek.

Za­par­ko­wała auto nie­opo­dal bra­my do ogro­du, szyb­ko wy­siadła i po­biegła wprost do drzwi miesz­ka­nia Wik­to­ra. Za­dzwo­niła, ale gdy nikt nie otwo­rzył, po­deszła do okna. Żywe­go du­cha, na­wet Sze­ry­fa - za­wsze za­do­wo­lo­ne­go z życia psa - nie było nig­dzie widać. Za­wie­dzio­na przy­siadła na mur­ku, wyjęła z kie­sze­ni komórkę i wy­brała nu­mer Mo­raw­skie­go.

- Cześć ko­cha­nie! - usłyszała po krótkiej chwi­li jego ciepły głos.

- Cześć - rzu­ciła lek­ko, sta­rając się nie oka­zy­wać roz­cza­ro­wa­nia z po­wo­du jego nie­obec­ności w pałacu. - Co słychać? Gdzie je­steś?

- W Skot­ni­kach. Piękna po­go­da, wszyst­ko roz­kwi­ta, tu­li­pa­ny po­wscho­dziły w kil­ku miej­scach i na­prawdę czuć już wiosnę.

Kłamca, pomyślała zi­ry­to­wa­na. Jak może być w Skot­ni­kach, sko­ro go tu nie ma. Może jest nie­wi­dzial­ny?

- Może je­steś nie­wi­dzial­ny? - spy­tała zja­dli­wie.

- Nie­wi­dzial­ny?

- Tak, bo jakoś cię tu nie widzę, a stoję przed pałacem, drzwi za­mknięte na czte­ry spu­sty. Sko­ro tu je­steś, to może byś mi otwo­rzył?

- Ko­cha­nie, prze­cież miałaś przy­je­chać ju­tro! - wy­krzyknął ucie­szo­ny. - Nie wzięłaś swo­ich klu­czy?

- Nie wzięłam. Gdzie je­steś? - do­py­ty­wała Iza, przy­gry­zając dolną wargę.

- Ogólnie w Skot­ni­kach, już od wczo­raj. A te­raz aku­rat w Te­re­si­nie, w urzędzie gmi­ny, chciałem się do­wie­dzieć co z tym po­zwo­le­niem na re­mont pałacu, ale chy­ba nici z in­for­ma­cji, bo ko­lej­ka na pół dnia, a za­raz za­my­kają. Za­dzwo­nię do nich w ty­go­dniu, nie chce mi się tu ster­czeć, wra­cam. Jak było u taty? Jak bliźnia­ki?

- Wszyst­ko ci opo­wiem. - Iza uśmiechnęła się, od­dy­chając już nie­co lżej.

- Za pół go­dzi­ny po­wi­nie­nem być. Obej­rzyj swo­je tu­li­pa­ny, tu­li­pa­no­wa księżnicz­ko, bra­ma od ogro­du jest otwar­ta, trze­ba ją tyl­ko lek­ko pchnąć.

- Obejrzę. - Iza­be­la całkiem już roz­luźnio­na, wyłączyła te­le­fon i opie­rając się wy­god­niej o mu­rek, wy­sta­wiła twarz do słońca. Prze­sie­działa tak kil­ka mi­nut, de­lek­tując się łaskoczącymi, ciepłymi pro­mie­nia­mi i świeżym za­pa­chem wio­sny. W końcu zde­cy­do­wała pójść do ogro­du. Za­sta­na­wiała się, czy ce­bul­ki tu­li­panów, które sa­dziła późną je­sie­nią, nie zmar­no­wały się i czy wypuściły kwia­ty.

Zgod­nie ze wskazówka­mi Wik­to­ra pchnęła lek­ko bramę, która jak­by tyl­ko na to cze­kała, żeby otwo­rzyć się sze­ro­ko i za­pro­sić do ogro­du. Iza­be­la nie zdążyła jed­nak do nie­go wejść, bo od stro­ny Alei Bzów do­tarł do niej dźwięk nad­jeżdżającego sa­mo­cho­du.

- Tak szyb­ko? - zdzi­wiła się na głos, wy­pa­trując nad­jeżdżającego Mo­raw­skie­go. Od ich roz­mo­wy minęło nie­całe dzie­sięć mi­nut, nie­możliwe, żeby zdążył przez ten czas wyjść z urzędu, wsiąść do sa­mo­cho­du i przy­je­chać tu aż z Te­re­si­na.

Oka­zało się, że to nie Mo­raw­skie­go sa­mochód wyłonił się z ulicz­ki. Za­miast ocze­ki­wa­ne­go przez Izę po­rsche cay­en­ne, jej oczom uka­zał się mały, czer­wo­ny mini co­oper. Pod­jeżdżając wol­no, jak­by nie­zde­cy­do­wa­nie, kie­row­ca zatrąbił dwa razy, po czym za­par­ko­wał tuż obok jej sa­mochodu. Kie­dy drzwi się w końcu otwo­rzyły, Iza nie mogła uwie­rzyć własnym oczom: z sa­mochodu wy­siadł nie kto inny, lecz sama Kla­ra Ro­ma­now­ska - ak­tor­ka, z którą kil­ka mie­sięcy wcześniej prze­pro­wa­dzała wy­wiad i która nie­ste­ty nie była jakąś tam zwykłą ak­torką, ce­le­brytką, ko­bietą. Była TĄ ko­bietą, która przez długi czas mogła mówić o so­bie, że jest na­rze­czoną Wik­to­ra Mo­raw­skie­go. Oczy­wiście, to już czas przeszły, a Iza­be­la prze­cież wie­działa o ich związku. Tym bar­dziej jed­nak wi­dok Kla­ry wy­chodzącej z sa­mochodu wpra­wił ją w zdu­mie­nie. Ko­bie­ta ener­gicz­nie za­trzasnęła drzwi, włożyła ciem­ne oku­la­ry i potrząsając burzą czar­nych loków, rozglądała się wokoło. Izy stojącej przy bra­mie do ogro­du nie do­strzegła. Ta z ko­lei znie­ru­cho­miała ni­czym posąg, a w jej głowie tłoczyły się myśli, które zbiły się w jed­no wiel­kie py­ta­nie: Co ona tu robi? Co ona tu robi? Co-ona-tu-robi?

Ob­ser­wując Klarę omia­tającą swo­im wzro­kiem fa­sadę pałacu, Iza­be­la ner­wo­wo przy­gry­zała usta, za­sta­na­wiając się, czy krzyknąć do niej i się przy­wi­tać, czy może umknąć ci­chut­ko do ogro­du, scho­wać się za ja­kimś krzacz­kiem i cze­kać na rozwój wy­padków do po­wro­tu Wik­to­ra. Po­wi­nien być za ja­kieś piętnaście mi­nut, może Ro­ma­now­skiej do tego cza­su znu­dzi się cze­kanie i od­je­dzie.

Tym­cza­sem Kla­ra po­deszła do głównych drzwi, naj­pierw dzwo­niła, później pukała, a w końcu nie­zrażona do­bi­jała się pięścia­mi, choć prze­cież mu­siała za­uważyć, że w środ­ku nie ma żywej du­szy.

- Halo? - usłyszała na­gle Iza i oblał ją zim­ny pot, gdy za­uważyła, że połyskujące w słońcu szkła ciem­nych oku­larów Kla­ry wy­mie­rzo­ne są wprost na nią. Owo "halo" za­brzmiało ni­czym no­so­we "heloł", na które wy­pa­dałoby się uśmiechnąć i od­po­wie­dzieć tym sa­mym. Iza­be­la jed­nak od­po­wia­dać nie miała ocho­ty. Uśmiechnęła się tyl­ko nie­znacz­nie i grzecz­nościo­wo skinęła głową na przy­wi­ta­nie. Kla­ra nie od razu ją po­znała. Prze­chodząc koślawo po wyłożonym ko­ci­mi łbami pod­jeździe, zbliżała się do Izy, wciąż wtu­lo­nej w bez­pieczną bramę ogro­du.

- Cho­le­ra! - jęknęła na­gle Kla­ra, będąc już kil­ka kroków od Izy. Za­darła jedną nogę do góry i przez ciem­ne szkła wpa­try­wała się w długi ob­cas. Szpil­ka wbiła się chwilę wcześniej w miękkie podłoże ni­czym nóż w masło. - Cho­le­ra! - zaklęła po­now­nie - ory­gi­nal­ne la­bo­uta­iny, prze­cież tego nie do­czyszczę! Nie mogła mnie pani uprze­dzić? - spy­tała z pre­tensją w głosie. - Dla­cze­go tu nie ma chod­ni­ka?!

- Dzień do­bry - wy­du­kała Iza, nie bar­dzo wiedząc, jak in­a­czej mogłaby za­re­ago­wać na ta­kie oskarżenie. Prze­cież każdy nor­mal­ny człowiek za­uważyłby brak ja­kie­go­kol­wiek chod­ni­ka przy wejściu do ogro­du. Ale nie Kla­ra, która za­pew­ne spo­dzie­wała się mar­murów lub co naj­mniej czer­wo­ne­go dy­wa­nu.

- Szu­kam Wik­to­ra Mo­raw­skie­go - wyjaśniła Kla­ra, na chwilę za­po­mi­nając o ob­ca­sie. Zsunęła z oczu oku­la­ry i nałożyła je na czu­bek głowy, robiąc z nich za­ra­zem opaskę na włosy. - Za­raz... - Przyj­rzała się Izie, mrużąc po­wie­ki. - Czy my się nie zna­my?

- No tak... prze­pro­wa­dzałam z panią wy­wiad jakiś czas temu.

- Fak­tycz­nie! - Ro­ma­now­ska klasnęła w dłonie. - No cóż za spo­tka­nie! A co pani tu robi? Gdzie jest Wik­tor? Jak mnie­mam do­brze tra­fiłam, do jego pałacu? - wy­rzu­cała py­ta­nia jed­no po dru­gim, co­fając się na bez­pieczną od­ległość, by po­now­nie nie za­nu­rzyć ob­casów w zie­mi. - Może wyj­dzie­my z tego błota? Z tej gle­by? Muszę mu po­wie­dzieć, żeby coś z tym zro­bił! Tu trze­ba wyłożyć kostką albo czymś, to nie może tak wyglądać! Cho­le­ra, buty pro­sto z No­we­go Jor­ku, do­pie­ro co ku­pio­ne, jak ja to do­czyszczę? Gdzie on jest?

- W Te­re­si­nie, za­raz przy­je­dzie.

- A co pani tu robi? - po­no­wiła py­ta­nie Kla­ra, otrze­pując się ner­wo­wo, cho­ciaż za­bru­dziła so­bie tyl­ko buty.

- Do nie­daw­na tu miesz­kałam... Właści­wie nie ja, tyl­ko moja bab­cia - zaczęła wol­no Iza, gorączko­wo szu­kając w głowie ko­lej­nych słów na opi­sa­nie obec­nej sy­tu­acji. Czy po­win­na po­wie­dzieć, że jest z Wik­to­rem? Ale jak by to za­brzmiało w kon­tekście ich wcześniej­szych re­la­cji za­wo­do­wych? A z dru­giej stro­ny, czy musi się tłuma­czyć przed Klarą? Prze­cież nie są już ra­zem, prze­cież to przeszłość, nie po­win­no jej ob­cho­dzić, z kim jest i co obec­nie robi jej eks.

- Co za zbieg oko­licz­ności - wy­ce­dziła Kla­ra w zamyśle­niu. - No proszę... I tak przez przy­pa­dek tu pani so­bie dzi­siaj... prze­by­wa?

- Nie­zu­pełnie. - Iza­be­la ze­brała się na od­wagę, zdo­by­wając się na­wet na uśmiech. - Dziś je­stem tu ce­lo­wo. Przy­je­chałam do Wik­to­ra.

- Do Wik­to­ra...

- Tak. Tak się składa, że je­steśmy... - za­wie­siła głos Iza­be­la. Nie po­tra­fiła zna­leźć od­po­wied­nie­go określe­nia. Je­steśmy parą? Je­steśmy ra­zem? Każde z nich brzmiało równie idio­tycz­nie. Nie zdążyła jed­nak dokończyć i wy­brać żad­nej z tych opcji, bo Kla­ra par­sknęła śmie­chem, wchodząc jej w słowo:

- Pani z nim? Nie wierzę! To chy­ba z bra­ku laku na tym pust­ko­wiu!

Iza­be­la za­niemówiła, sta­rając się prze­tra­wić jej słowa. Nie do końca ro­zu­miała ich sens, do­cie­rał do niej z wyraźnym opóźnie­niem.

- Proszę mi wy­ba­czyć, nie chciałam pani ob­ra­zić - ciągnęła nie­wzru­szo­na Kla­ra. - Ale niech pani sama przy­zna... No... ra­czej do sie­bie nie pa­su­je­cie...

- Nie ro­zu­miem...

- Wy­star­czy na panią spoj­rzeć. - Ro­ma­now­ska zaśmiała się, marszcząc nos. - To nie w jego sty­lu. To mu­siała być de­spe­ra­cja - za­wy­ro­ko­wała.

Iza­be­la, nieświa­do­ma własnej re­ak­cji, przej­rzała się w szy­bie stojącego nie­opo­dal auta. Nie wi­działa jed­nak nic, co mogłoby spro­wo­ko­wać Klarę do tego typu ko­men­ta­rzy. Była ubra­na zwy­czaj­nie - jak na podróż - w dżinsy i prze­wiewną bluzkę. Do tego ciem­ne tramp­ki, naj­wy­god­niej­sze do pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du. Oczy­wiście da­le­ko jej było do wy­stro­jo­nej ni­czym na ban­kiet Kla­ry, ale nie wyglądała źle. Jej ubiór był sto­sow­ny do oka­zji, pod­czas gdy Ro­ma­now­ska wyglądała jak wyjęta z Dy­na­stii Ale­xis. Fakt, dużo młod­sza Ale­xis, ale jed­nak.

- Nie ro­zu­miem - przy­znała re­zo­lut­nie Iza. - Może nie znam Wik­to­ra tak do­brze, jak pani, ale nie wygląda mi na osobę, która ceni so­bie taki ta­pir - wy­ce­dziła za­do­wo­lo­na, widząc, jak z Kla­ry ucie­ka po­wie­trze.

- Nie ta­pi­ro­wałam włosów! - wy­krzyknęła Ro­ma­now­ska, mi­mo­wol­nie przygładzając fry­zurę.

- Nie?

- A skąd! Widać, że pani się nie zna! O moje włosy dba Kościk. Ten Kościk - pod­kreśliła. - Jak pani może tak pro­fa­no­wać dzieło ar­ty­sty? Ale... - wes­tchnęła na­gle, uspo­ka­jając od­dech - właści­wie to się nie dzi­wię. O tym prze­cież mówiłam. Nie pa­su­je pani do Wik­to­ra. Pani na­wet nie zna Kościka - skrzy­wiła się znacząco.

- Przy­kro mi - wy­szep­tała Iza. Za­sta­na­wiała się w du­chu, jak Wik­tor wy­trzy­mał z tą snobką, o czym w ogóle roz­ma­wia­li, bo chy­ba nie o Kościku? A może?

- Nie­ważne, proszę się na mnie nie gnie­wać. - Ro­ma­now­ska złagod­niała i nałożyła z po­wro­tem oku­la­ry na nos. - Nie chciałam być nie­grzecz­na. Po pro­stu zdzi­wiłam się, słysząc, że pani i Wik­tor. No po pro­stu spo­dzie­wałam się jed­nak kogoś in­ne­go na moje miej­sce... Tak cza­sa­mi coś palnę - roześmiała się - po pro­stu nie znam ni­ko­go, kto nie znałby Kościka. I ni­ko­go, kto cho­dziłby w czymś ta­kim. - Kla­ra skinęła brodą na tramp­ki Izy. - Jesz­cze żeby to były co­nver­sy...

- To już pani zna - burknęła Iza.

Oby­dwie odwróciły się w kie­run­ku alei, skąd do­cho­dził dźwięk nad­jeżdżającego sa­mo­cho­du. Po­rsche cay­en­ne pod­je­chało z im­pe­tem na pod­jazd, wy­ha­mo­wując tuż przed nimi. Wik­tor wy­siadł z sa­mo­cho­du, patrząc zdzi­wio­ny to na Izę, to na Klarę. Tuż za nim wy­sko­czył z sa­mo­cho­du Sze­ryf, który - mniej oszołomio­ny niż jego pan - sko­czył swo­imi łap­ska­mi pro­sto na Izę.

Wik­tor przy­tom­nie pocałował Izę w po­li­czek, po czym zwrócił się do uśmiech­niętej Kla­ry:

- Co ty tu ro­bisz?

- Ach, nie­spo­dzian­ka! - wy­krzyknęła Ro­ma­now­ska. - Mie­liśmy dzi­siaj ple­ner w Kam­pi­no­sie. I tak so­bie pomyślałam, że wpadnę, już daw­no słyszałam, że coś kupiłeś, ale nie sądziłam, że taką ru­derę. - Pokręciła osten­ta­cyj­nie no­sem. - Mar­cel wspo­mi­nał, że Skot­ni­ki, to wrzu­ciłam w na­wi­gację i proszę. Je­stem. Tyl­ko miałam pro­blem z tra­fie­niem do pałacu. Co to za uli­ca właści­wie?

- Ale­ja Bzów - po­spie­szyła z wyjaśnie­niem Iza­be­la, od­su­wając od sie­bie Sze­ry­fa.

- Ale­ja Bzów. - powtórzyła w zamyśle­niu Ro­ma­now­ska. - Nie za­uważyłam ta­blicz­ki.

- Bo to nie­ofi­cjal­na na­zwa - uściśliła su­cho Iza.

- Nie­ofi­cjal­na? - pod­chwy­ciła na­tych­miast Kla­ra, klaszcząc w ręce. - Czy­li że uli­ca ofi­cjal­nej na­zwy nie ma? To wspa­nia­le, Wik­tor, to cu­dow­nie! - ciesząc się, zdjęła oku­la­ry. - Na­zwie­my ją za­tem ulicą Kla­ry Ro­ma­now­skiej!

- Kla­ry Ro­ma­now­skiej? - Mo­raw­ski wy­buchnął śmie­chem, wyciągając z kie­sze­ni klu­cze.

Iza­be­la spoj­rzała na nie­go z wy­rzu­tem, ale zajęty otwie­ra­niem drzwi, nie do­strzegł jej wzro­ku. Była zła o ten śmiech i o to, że tak bez­tro­sko roz­ma­wia z Klarą, że jest uśmiech­nięty i za­do­wo­lo­ny. Ra­czej wolałaby, żeby ją wy­go­nił, żeby wyjaśnił, że nie ma tu cze­go szu­kać, że te­raz Iza jest jego ko­bietą i żadna Kla­ra Ro­ma­now­ska nie jest w Skot­ni­kach mile wi­dzia­na. A jed­nak tego nie zro­bił. Wręcz prze­ciw­nie, otwar­tym ge­stem za­pro­sił je do środ­ka. Cóż z tego, że czu­le objął Izę, gdy we­szli. Cóż z tego, że nie krył się z uczu­cia­mi do niej, sko­ro Kla­ra czuła się co­raz bar­dziej swo­bod­nie, roz­ciągając swo­je wi­zje urządze­nia te­re­nu wokół pałacu. Izy pałacu.

- Uli­ca Kla­ry Ro­ma­now­skiej brzmi wspa­nia­le - roz­ma­rzyła się ak­tor­ka. - To na­prawdę ge­nial­ny po­mysł. I sko­rzy­sta­my na tym obo­je - zwróciła się do Wik­to­ra. - Ja będę miała swoją ulicę, a ty re­klamę. Zo­ba­czysz, nie­ba­wem będą tu tłumy, jesz­cze od­cisnę swoją dłoń w ka­mie­niu przy bra­mie wjaz­do­wej.

- Wolę jed­nak Aleję Bzów - wtrąciła Iza.

- Zbyt po­spo­li­ta na­zwa - sko­men­to­wała Kla­ra, rozglądając się po pałacu. - Zresztą, co tu dużo gadać. Uli­ca Kla­ry Ro­ma­now­skiej z mar­ke­tin­go­we­go punk­tu wi­dze­nia to strzał w dzie­siątkę.

O kurczę, a co to jest? - za­marła na­gle, wpa­trując się w ob­raz wiszący na ścia­nie po le­wej stro­nie ko­min­ka.

- Miej­sco­wy ar­ty­sta - uśmiechnął się Wik­tor. - Ma­rek ostat­nio oprócz ta­len­tu po­etyc­kie­go wy­ka­zu­je również uzdol­nie­nia ma­lar­skie - zwrócił się do Izy, mru­gając okiem. Zro­zu­miała w pół słowa. Ro­ma­now­ska tym­cza­sem przyglądała się dziełu.

- O Boże, myślałam, że to Sa­snal. Nie, to nie­możliwe, że to miej­sco­wy. Prze­cież nie wie­szałbyś so­bie ja­kie­goś ano­ni­ma?

- A skąd! - roześmiał się Mo­raw­ski. - Oczy­wiście, że nie ano­nim. To Ma­rek Kor­tec­ki.

Iza­be­la uśmiechnęła się lek­ko, choć wciąż czuła nie­miły uścisk w żołądku. Od­bie­rała za­cho­wa­nie Wik­to­ra w sto­sun­ku do Kla­ry za zbyt lek­kie. Jak­by wi­dzie­li się całkiem nie­daw­no. Ot, spo­tka­nie po kil­ku dniach nie­wi­dze­nia. Nie było prze­cież żad­nych pytań, co u cie­bie, co po­ra­biasz, z kim je­steś, jak zdro­wie, co­kol­wiek. Tyl­ko to jed­no "Co ty tu ro­bisz?" na sa­mym początku, nic więcej. Czyżby wi­dzie­li się po tym, jak Iza prze­pro­wa­dziła ten nieszczęsny wy­wiad? A może zdążyli spo­tkać się kil­ka­krot­nie? Nie, to nie­do­rzecz­ne, skar­ciła się w myślach. Prze­cież Wik­tor po­wie­działby jej o tym. Ale nig­dy nie roz­ma­wia­li o Kla­rze. Kil­ka zdaw­ko­wych zdań i ko­niec.

Iza ner­wo­wo tar­mo­siła Sze­ry­fa, który łasił się do niej spra­gnio­ny piesz­czot. Kla­ra roz­siadła się wy­god­nie na jed­nej z ka­nap, za­rzu­cając Wik­to­ra py­ta­nia­mi o pałac. A kie­dy jakiś re­mont? A co w ogóle tu pla­nu­je? A dla­cze­go aku­rat Skot­ni­ki? On spo­koj­nie od­po­wia­dał, pod­czas gdy Iza­be­la czuła, jak z każdym ko­lej­nym zda­niem na­ra­sta w niej gniew.

- Nie będę wam prze­szka­dzać - rzu­ciła w końcu. - Muszę je­chać do War­sza­wy.

- Ko­cha­nie, prze­cież do­pie­ro co przy­je­chałaś.

- Wiem, ale wpadłam tyl­ko na chwilę, obie­całam Mo­ni­ce, że przy­jadę i po­mogę jej spa­ko­wać ostat­nie rze­czy. Ona bar­dzo de­ner­wu­je się tą podróżą, chcę z nią trochę pobyć.

Iza­be­la wy­rzu­cała z sie­bie słowa, ciesząc się, że nie musi kłamać. Mo­ni­ka, jej sąsiad­ka i przy­ja­ciółka, na­prawdę de­ner­wo­wała się podróżą. Nie dość, że to miała być jej pierw­sza podróż sa­mo­lo­tem, to jesz­cze podróż nie byle jaka - podróż po zdro­wie jej córki. Podróż życia. Ope­ra­cja za­pla­no­wa­na zo­stała na drugą połowę maja, ale w kli­ni­ce mat­ka z córką miały sta­wić się na niezbędne ba­da­nia, wy­wiad, ob­ser­wa­cje już w środę. Mo­ni­ka bar­dzo de­ner­wo­wała się tym wszyst­kim, a ra­zem z nią Iza­be­la.

- Miałaś wrócić ju­tro, Mo­ni­ka na pew­no da so­bie radę - na­ci­skał Wik­tor. Kla­ra prze­ciągała się ospa­le, udając, że zie­wa.

- Och, nie wątpię, że da so­bie radę, ale to moja przy­ja­ciółka, chcę z nią spędzić trochę cza­su przed jej wy­jaz­dem - tłuma­czyła Iza, kie­rując się do wyjścia. Wik­tor podążył za nią.

- Ona za­raz po­je­dzie, zo­stań - szepnął, wska­zując na Klarę. - Nie mam pojęcia, co jej odbiło, żeby tu przy­jeżdżać, prze­cież jej nie wy­go­nię.

- Ale ja od cie­bie tego nie ocze­kuję - skłamała, siląc się na uśmiech. - Na­prawdę, muszę już je­chać, możecie so­bie spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. Kla­ra na pew­no jest cie­ka­wa wie­lu rze­czy, pew­nie chciałbyś ją opro­wa­dzić po pałacu, po­ka­zać ogród, staj­nie. Ja nie mogę dłużej zo­stać, chcę jesz­cze wstąpić do bab­ci.

- Za­raz się jej pozbędę, daj mi pięć mi­nut - za­de­kla­ro­wał Wik­tor, przy­trzy­mując dłoń Izy.

- Nie trze­ba. I tak mu­siałabym je­chać.

Iza­be­la za nic w świe­cie nie chciała po­ka­zać, że jest za­zdro­sna. Pocałowała Wik­to­ra na znak, że nie musi się o nią mar­twić, i po­biegła do sa­mo­cho­du.

- Przy­jadę do cie­bie ju­tro wie­czo­rem - krzyknął za nią Mo­raw­ski - a we wto­rek ra­zem od­wie­zie­my dziew­czy­ny na lot­ni­sko!

- Do­brze, pa! - od­krzyknęła z uśmie­chem, sa­do­wiąc się w au­cie i od­pa­lając sil­nik.

Gdy minęła ta­blicę z na­pi­sem " Skot­ni­ki ", za­trzy­mała sa­mochód i otwo­rzyła okno. Czuła, że musi za­czerpnąć po­wie­trza i uspo­koić od­dech. Nie była pew­na, czy do­brze zro­biła, zo­sta­wiając Wik­to­ra z Klarą. W pałacu. Sa­mych. Może jed­nak po­win­na była za­cisnąć zęby i zo­stać tam, by trzy­mać rękę na pul­sie? Ale nie zniosłaby dłuższej obec­ności tej pa­skud­nej pla­sti­ko­wej lal­ki. Jak można wy­ra­zić się o kimś w taki sposób, jak zro­biła to Kla­ra, oce­niając wygląd Iza­be­li? "Nie pa­su­je­cie do sie­bie", "Jak można nosić ta­kie buty?". Iza­be­la na samo wspo­mnie­nie tej roz­mo­wy za­zgrzy­tała zębami. Co Wik­tor kie­dyś wi­dział w tej zołzie? To nie­wia­ry­god­ne, że byli ra­zem.

- Je­stem sto razy lep­sza od tej pu­stej idiot­ki - po­wie­działa do sie­bie, uru­cha­miając z po­wro­tem sil­nik.

- O Je­zu­sie, nie­możliwe! Czy to aby na pew­no Ma­ria? - wy­krzy­ki­wała bab­cia, oglądając zdjęcia w apa­ra­cie Izy. - Toż ona wygląda jak słoń, który zżarł biedną Ma­ry­się.

- Jak dwa słonie - cie­szyła się Iza. - Ale nie­ste­ty to na­prawdę ona. Za­rze­ka się, że zrzu­ci zbędne ki­lo­gra­my.

- No wiesz, właści­wie nie ma co się dzi­wić - przy­znała poważnie bab­cia. - W końcu nosiła w brzu­chu dwo­je dzie­ci i już nie była taką młódką. Ile ona ma lat?

- Po­nad czter­dzieści - zamyśliła się Iza. - Masz rację, nie lada wy­czyn dla doj­rzałego or­ga­ni­zmu. Ale i tak wygląda jak słoń.

- A bliźnia­ki ślicz­ne, przesłod­kie - za­chwy­cała się bab­cia, przeglądając ko­lej­ne zdjęcia. - Pio­truś i Paweł, bar­dzo ładne imio­na, pa­sują do nich. Grzecz­ni?

- Grzecz­ni. W ogóle jak­by ich nie było. A Ma­ry­la i tak na­rze­ka, ciągle zmęczo­na, nie­do­spa­na, mimo że oj­ciec po­ma­ga, a przy­najm­niej tak mówił, no i prze­cież mają opie­kunkę.

- A co tam jed­na opie­kun­ka do dwójki dzie­ci. Swoją drogą, tu u nas, nie­da­le­ko, Mar­ko­wej uro­dziły się swe­go cza­su pięcio­racz­ki i dała radę sama. Chłopa nig­dy w domu nie było, za­ra­biał na życie. Ale dzie­ci wy­rosły na porządnych lu­dzi. Każde z nich już ma swoją ro­dzinę. Mat­ce, ojcu po­ma­gają, złego słowa nie można o nich po­wie­dzieć. O, a tu chy­ba w ta­kich sa­mych blu­zecz­kach - za­uważyła, wska­zując pal­cem na ekran apa­ra­tu. - Ja­kie ślicz­ne, to od cie­bie?

- Tak, od razu przy­mie­rzy­li. Trochę za duże, ale Ma­ryl­ka po­wie­działa, że w sam raz na lato będą.

- No tak, szyb­ko rosną dzie­cia­ki, chłopa­ki będą z nich jak dęby.

Przez chwilę przeglądały w ci­szy resztę zdjęć. W końcu bab­cia zdjęła oku­la­ry, prze­tarła oczy i spoj­rzała na Izę.

- A ty dziec­ko chy­ba masz jakiś pro­blem? - spy­tała ni stąd, ni zowąd.

- Ja? - zdzi­wiła się Iza, od­ska­kując na krześle. Nie spo­dzie­wała się, że bab­cia jest aż tak spo­strze­gaw­cza. - Nie mam żad­ne­go pro­ble­mu, skąd ci to przyszło do głowy?

- A, bo taka jakaś mar­kot­na je­steś. Niby się uśmie­chasz, ale myślami je­steś da­le­ko, oj da­le­ko.

- No tak, to chy­ba przez ten wy­jazd Mo­ni­ki i Oliw­ki... - skłamała Iza, wpa­trując się w sku­pie­niu w wy­ga­szo­ny ekran apa­ra­tu. - To już we wto­rek.

- We wto­rek, no tak, pamiętam - wes­tchnęła bab­cia. - A u Wik­to­ra byłaś dzi­siaj? - zmie­niła na­gle te­mat, przy­pa­trując się Izie ba­daw­czo.

- Byłam - po­wie­działa, nie pod­nosząc wzro­ku.

- Oj, coś mi się zda­je, moja pan­no, żeście się pokłócili...

- Nie, nie pokłóciliśmy się. Po pro­stu... Miał dzi­siaj nie­spo­dzie­wa­ne­go gościa - wy­du­kała z tru­dem Iza i na­gle z jej ust popłynął cały po­tok słów. Wyżaliła się bab­ci, opo­wia­dając, jak wyglądało to krępujące spo­tka­nie, ja­kie słowa usłyszała, ja­kie miała prze­myśle­nia. Nie omiesz­kała dodać, że Wik­tor nie spełnił jej skry­tych ocze­ki­wań i nie wy­go­nił Kla­ry gdzie pieprz rośnie.

- A kim ona w ogóle jest, ta Kla­ra? - do­py­ty­wała bab­cia, na­le­wając do filiżanek świeżo za­pa­rzo­nej her­ba­ty.

- Ro­ma­now­ska, ta ak­tor­ka - skrzy­wiła się Iza na samo wspo­mnie­nie o swo­jej ry­wal­ce.

- Ro­ma­now­ska? Ta, co gra w se­ria­lu na dwójce? - Bab­cia aż otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia.

- Ta sama. Byli kie­dyś parą, po­tem się pokłócili i ze­rwa­li. Nie od­zy­wa­li się do sie­bie po­nad rok i po­tem... Po­niekąd prze­ze mnie, bo prze­pro­wa­dzałam z nią wy­wiad, a Wik­tor pomógł mi do niej do­trzeć, ale ja wte­dy nie wie­działam, że to on, i tym bar­dziej, że on i ona... Myślałam, że to mój na­czel­ny ma z nią ro­mans, przy­najm­niej tak su­ge­ro­wała Kaśka, ta z mo­jej re­dak­cji...

- Cze­kaj, cze­kaj, po­gu­biłam się - prze­rwała bab­cia - po­wo­li. Po­go­dzi­li się i wrócili do sie­bie?

- Nie, ale chy­ba za­po­mnie­li o daw­nych ura­zach, sko­ro ona przy­jeżdża dziś, jak gdy­by nig­dy nic... - wystękała Iza nie­co już wol­niej, wbi­jając się ciężko w opar­cie fo­te­la.

- To może na­prawdę tyl­ko go od­wie­dziła? - za­du­mała się bab­cia.

- To do niej nie­po­dob­ne, na pew­no coś kom­bi­nu­je, ostrzy so­bie na nie­go pa­zu­ry. - Iza od­zy­skała werwę i z obłędem w oczach roz­wi­jała naj­gor­sze sce­na­riu­sze.

- A ty ich zo­sta­wiłaś sa­mych so­bie?

- Tak, bo po pierw­sze miałam jej już dość, po dru­gie, byłam zła na Wik­to­ra, że jej nie prze­go­nił, a po trze­cie... Po trze­cie, nie chciałam, żeby wi­dział, że je­stem za­zdro­sna. Zresztą, myślę, że po­win­nam mieć do nie­go za­ufa­nie. Chy­ba. Jak myślisz?

- Nie mam pojęcia. Naj­le­piej z nim po­roz­ma­wiaj. Wte­dy oce­nisz, czy war­to się de­ner­wo­wać.

- Po­wie mi prawdę?

- Wy­czu­jesz. Ko­bie­ty to wy­czu­wają.

Iza­be­la wes­tchnęła. Nie po­tra­fiła po­zbyć się myśli, że Kla­ra pra­gnie na nowo od­zy­skać Wik­to­ra. I choć pragnęła wie­rzyć, że żadna siła nie zmu­siłaby go do po­now­ne­go wejścia do tej sa­mej rze­ki, to jed­nak za­dra spo­wo­do­wa­na jego bez­tro­skim za­cho­wa­niem wbiła się w ser­ce Izy. Dla­cze­go po pro­stu nie wy­rzu­cił Kla­ry? Dla­cze­go był tak miły? - za­sta­na­wiała się w dro­dze po­wrot­nej do War­sza­wy.

Gdy­by kto­kol­wiek mógł opi­sać słowa­mi szczęście, na pew­no byłaby to Mo­ni­ka.

Całą nie­dzielę, gdy tyl­ko Iza­be­la przyszła do niej z sa­me­go rana, nie prze­sta­wała mówić o tym, jaka jest szczęśliwa, że Oliw­ka wresz­cie będzie miała, jakże długo i nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­waną, ope­rację. Mówiła o tym, jaka jest szczęśliwa, patrząc na swoją córkę i myśląc, że już nie­ba­wem będzie całko­wi­cie zdro­wa. I jaka jest szczęśliwa, wiedząc, że ma wokół sie­bie tylu cu­dow­nych lu­dzi. I jaka jest szczęśliwa, patrząc w przyszłość i wy­obrażając so­bie, że już nie będą wi­siały nad nimi żadne czar­ne chmu­ry, gdy za­czną pro­wa­dzić nor­mal­ne życie, ona i Oliw­ka. Jaka jest szczęśliwa, że wresz­cie po­go­dziła się z myślą, iż są tyl­ko we dwie, że nie myśli już o Da­riu­szu i że na pew­no kie­dyś sama również zdoła się jesz­cze w kimś za­ko­chać, dzięki cze­mu i Oliw­ka po­zna smak pełnej ro­dzi­ny.

- Ser­ce mi się kra­je, jak o tym wszyst­kim myślę - po­wta­rzała co chwi­la, ner­wo­wo spraw­dzając, czy aby wszyst­kie spi­sa­ne wcześniej rze­czy zo­stały za­pa­ko­wa­ne. - Boże, jaka ta moja córcia jest ślicz­na, nie sądzisz? - roz­czu­lała się, całując Oliwkę.

- Jest najślicz­niej­sza na świe­cie, najsłod­sza - przy­zna­wała Iza, za każdym ra­zem znaj­dując ko­lej­ny przy­miot­nik za­czy­nający się od "naj": naj­cu­dow­niej­sza, najmądrzej­sza, naj­grzecz­niej­sza, naj­uko­chańsza, naj­piękniej­sza, naj­spo­koj­niej­sza. - W prze­ci­wieństwie do jej mat­ki - dodała, gdy Mo­ni­ka, ciągle w ru­chu, dokładała ja­kieś dro­bia­zgi do wy­pcha­nych już moc­no wa­li­zek - która z pew­nością do naj­spo­koj­niej­szych ostat­nio nie należy. Usiądź na chwilę i posłuchaj, jak two­ja córcia pięknie za­czy­na mówić. Oliw­ka, po­wiedz "mama" - zachęcała chrześnicę Iza.

- Kaka - śmiała się Oliw­ka, bawiąc plu­szową ka­czuszką.

- Po­tra­fi po­wie­dzieć "mama" i "kaka", ale ostat­nio jej ulu­bio­nym słowem jest "lala" - uśmiechnęła się Mo­ni­ka. - Mówi tak na wszyst­ko, co jej się po­do­ba, nie­ko­niecz­nie na lal­ki.

- O, to może i na mnie tak po­wie - roześmiała się Iza. - Oliw­ka, a kto tu sie­dzi? - spy­tała, wska­zując pal­cem na sie­bie.

- Kaka, kaka - po­wta­rzała Oliw­ka, szczerząc kil­ka ząbków.

- No tak, ja jej się chy­ba nie po­do­bam. - Iza­be­la zro­biła smutną minę, wy­dy­mając usta. - Oliw­ka, po­wiedz, że tu sie­dzi lala, no po­wiedz.

- Lala - powtórzyła Oliw­ka, na co Mo­ni­ka z Izą wy­buchnęły śmie­chem.

- Czy­li mogę uznać, że au­to­ry­tet po­twier­dził moją urodę - przy­klasnęła Iza.

- Rzecz względna - dusiła się ze śmie­chu Mo­ni­ka. - Wczo­raj rano na­zwała tak również na­sze­go do­zorcę, bar­dzo go lubi.

- Dziękuję, nie mogłaś za­cho­wać tego dla sie­bie? - Iza­be­la uda­wała urażoną.

Mo­ni­ka zdjęła z półki pudełko klocków i dała je Oliw­ce do za­ba­wy. Mała na­tych­miast zajęła się układa­niem ich w równym rzędzie, co oczy­wiście wzbu­dziło ko­lej­ne za­chwy­ty Iza­be­li i Mo­ni­ki.

- Usiądź wresz­cie - po­na­glała przy­ja­ciółkę Iza. Mo­ni­ka w końcu uległa. Przez chwilę wpa­try­wały się jak za­hip­no­ty­zo­wa­ne w bawiącą się Oliwkę, aż na­gle Mo­ni­ka wy­buchnęła płaczem.

- Co się dzie­je? - spy­tała Iza, do­sia­dając się do przy­ja­ciółki na ka­napę.

- Nic, po pro­stu nie mogę tego wy­trzy­mać. - Mo­ni­ka szlo­chała, ukry­wając twarz w dłoniach.

- Ale cze­go?

- Tych nerwów. Cała chodzę, je­stem kom­plet­nie roz­bi­ta. Boję się.

- Mo­ni­siu - wy­szep­tała Iza, przy­tu­lając przy­ja­ciółkę. - Nie masz się czym de­ner­wo­wać, na­prawdę. Prze­cież wciąż ci po­wta­rzam, wszyst­ko będzie do­brze.

- Wiem, wiem. - Mo­ni­ka łkała, prze­ry­wając swój płacz ner­wo­wym śmie­chem. - Wiem, że będzie do­brze, musi być, je­stem taka szczęśliwa, że to się dzie­je na­prawdę, że aż mnie roz­sa­dza. Ale jed­no­cześnie okrop­nie się boję. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki, im bliżej, tym bar­dziej się boję, że coś się nie po­wie­dzie, że coś się wy­da­rzy, i to wszyst­ko... to wszyst­ko okaże się zwykłym snem...

- Ale Mo­ni­ka, nie możesz tak myśleć. Nic złego się nie wy­da­rzy, we wto­rek wy­la­tu­je­cie, za kil­ka dni Oliw­ka przej­dzie ope­rację. Ta­kich ope­racji robią rocz­nie set­ki, jeśli nie tysiące, dla nich to bułka z masłem, to naj­lep­sza kli­ni­ka, nie masz się o co mar­twić.

- Dziękuję, że ze mną je­steś - wy­szep­tała Mo­ni­ka, wtu­lając się moc­niej w Izę. - Dziękuję, że przy­je­chałaś z Po­zna­nia dzień wcześniej. To niby je­den dzień, a dla mnie tak wie­le, tak wie­le. Wiem, że nie po­win­nam się de­ner­wo­wać, sta­ram się tego nie oka­zy­wać, dla­te­go wciąż tak się kręcę, nie po­tra­fię usie­dzieć na miej­scu. Wiem, że wszyst­ko będzie do­brze. A jed­nak nie mogę się opa­no­wać, te ner­wy są sil­niej­sze ode mnie.

- Ro­zu­miem. Myślę, że czułabym po­dob­nie, gdy­by cho­dziło o moje dziec­ko. To nor­mal­ne. Może przy­niosę me­lisę? Moja bab­cia uważa, że me­lisa jest naj­lep­sza na ta­kie sta­ny i nie­raz miałam okazję prze­ko­nać się, że ma rację.

- Już piłam, to nic nie daje - po­wie­działa z prze­ko­na­niem Mo­ni­ka. - Pokaż le­piej zdjęcia. Robiłaś?

- Robiłam.

Iza­be­la wyjęła apa­rat i prze­su­wała ko­lej­ne ujęcia, tłumacząc Mo­ni­ce, kto jest kim i opo­wia­dając, jak minął jej po­byt w Po­zna­niu. O spo­tka­niu z Wik­to­rem, a zwłasz­cza z Klarą, nie wspo­mniała ani słowem. Uznała, że nie ma co wpro­wa­dzać do­dat­ko­we­go za­mie­sza­nia. Mo­ni­ka była już wy­star­czająco zde­ner­wo­wa­na własny­mi spra­wa­mi. Pro­ble­my Iza­be­li, znacz­nie prze­cież mniej­sze­go ka­li­bru, mogły spo­koj­nie po­cze­kać. Tym bar­dziej że ona sama pla­no­wała o wi­zy­cie Kla­ry po­roz­ma­wiać z Wik­to­rem i wyjaśnić wszel­kie kłębiące się w jej umyśle wątpli­wości.

- Ja też w ciąży przy­tyłam - przy­znała Mo­ni­ka, za­trzy­mując się przez chwilę na zdjęciu ol­brzy­miej Ma­ry­li. - Po­nad dwa­dzieścia kilo.

- Nie­ee - skrzy­wiła się Iza. - Prze­cież kie­dy cię po­znałam, byłaś szczupła, a ro­dziłaś wca­le nie tak daw­no temu.

- Bo kar­miłam pier­sią, a to wszyst­ko wyciąga, mówię ci, ki­lo­gra­my lecą jak z bata strze­lił. Te­raz je­stem chud­sza niż przed ciążą.

- Poważnie? Szko­da, że Ma­ry­la tego nie wie­działa, od razu kar­miła bu­telką, uznała, że to wy­god­niej­sze. W jej przy­pad­ku byłoby chy­ba trud­no kar­mić dwo­je dzie­ci na­raz.

- Może i tak - zamyśliła się Mo­ni­ka. - Ale wiesz co, po­mi­jając już jej tuszę, to jed­nak rysy twa­rzy ma przy­jem­ne. Można po­wie­dzieć, że jest całkiem ładną ko­bietą.

- No wiesz, mój tata coś mu­siał w niej wi­dzieć, sko­ro się z nią ożenił. Cho­ciaż te­raz to nie wiem, czy nie żałuje. Mówię ci, ona cały czas zrzędzi. Dla mnie była miła, nie po­wiem, ale gdy­byś usłyszała, jak ma­ru­dzi mo­je­mu ojcu, że jej za gorąco, że za dusz­no, że jest głodna albo prze­je­dzo­na. Jak­by on miał na to wszyst­ko wpływ.

- No, a co on na to?

- Nic. Z anielską cier­pli­wością in­stru­ował ją, jak­by była dziec­kiem: załóż coś lżej­sze­go, może ci zro­bić ka­napkę, połóż się na chwilę... I ta­kie tam. Cza­sem aż miałam ochotę dodać coś od sie­bie, ale to byłoby ra­czej złośliwe.

- Nie lu­bisz jej. - To było ra­czej stwier­dze­nie niż py­ta­nie.

- Te­raz jest już mi ra­czej obojętna. Cieszę się, że ro­dzi­ce mają nowe ro­dzi­ny, nie muszę się o nich mar­twić. Ma­ry­la jest po pro­stu spe­cy­ficz­na. Może gdy­by tak nie jęczała. Wcześniej tego nie za­uważyłam, może po po­ro­dzie do­padły ją ja­kieś hor­mo­ny jęku, albo co.

Mo­ni­ka za­chi­cho­tała. Iza­be­la ucie­szyła się, że choć na chwilę udało jej się roz­we­se­lić przy­ja­ciółkę. Do końca dnia sta­rała się znaj­do­wać lek­kie, nie­zo­bo­wiązujące te­ma­ty, by­le­by Mo­ni­ka nie myślała już o cze­kającej ją i Oliwkę podróży. Do­pie­ro wie­czo­rem, gdy Iza przy­po­mniała so­bie o za­po­wie­dzia­nej wi­zy­cie Wik­to­ra, żegnając się z Mo­niką, na­po­mknęła o wy­lo­cie.

- Obie­cał, że ra­zem od­wie­zie­my was na lot­ni­sko - po­wie­działa. - Dzi­siaj ma do mnie przy­je­chać, pew­nie zo­sta­nie na noc. Ju­tro, jak tyl­ko pójdzie do pra­cy, zno­wu do cie­bie wpadnę. Wszyst­ko już masz, czy pójdzie­my na za­ku­py?

- Wszyst­ko mam - za­pew­niła Mo­ni­ka, ści­skając moc­no Izę. - Dziękuję ci. Ale ty na pew­no masz też swo­je spra­wy? Za­wra­cam ci tyl­ko głowę, prze­cież ju­tro po­nie­działek.

- Coś ty, nie mam te­raz żad­nych spraw, dla mnie to jak wa­ka­cje. Jak za­cznę nową pracę, to skończy się laba, ale mam jesz­cze pra­wie trzy ty­go­dnie. Dasz wiarę, że oni mi te­raz płacą pół pen­sji za nic­nie­ro­bie­nie?

- Szczęścia­ra.

Kla­ra przy­je­chała do Skot­nik z własnej ini­cja­ty­wy, nie­za­po­wie­dzia­na, nie­za­pra­sza­na - tak twier­dził Wik­tor i Iza­be­la pragnęła mu wie­rzyć. Pół nocy prze­ga­da­li na jej te­mat. So­bot­nia wi­zy­ta zmo­ty­wo­wała Iza­belę do za­da­wa­nia nig­dy nie­za­da­nych pytań. Zaczęła de­li­kat­nie, nie­mal od nie­chce­nia, aby Mo­raw­ski nie ode­brał tego jako atak. Szyb­ko jed­nak do ata­ku przeszła.

- Nie ro­zu­miem, jak mogła w ogóle przy­je­chać? - za­sta­na­wiała się na głos przy ko­la­cji. - Prze­cież wcześniej byliście skłóceni, nie­praw­do­po­dob­ne, że tak szyb­ko za­po­mniała o daw­nych ura­zach.

- Dzwo­niła do mnie jakiś czas temu, za­raz po tym wy­wia­dzie, po­roz­ma­wia­liśmy nie­zo­bo­wiązująco, nie wra­cając do przeszłości. Co było, minęło, nig­dy nie su­ge­ro­wałem jej, że mo­gli­byśmy spróbować po­now­nie. Zresztą, od niej też nie ode­brałem ta­kich sy­gnałów.

- Ja ode­brałam - mruknęła po ci­chu Iza, przy­wołując w myślach wspo­mnie­nie roz­mo­wy z Ro­ma­nowską w cza­sie wy­wia­du. Nie po­wie­działa jed­nak tego głośno. Wy­ko­rzy­stała mo­ment, by pod­py­tać go o to, co właści­wie między nimi było.

- Nie roz­ma­wia­liśmy wcześniej o was. - za­gadnęła, do­le­wając zie­lo­nej her­ba­ty do jego kub­ka. - Właści­wie nig­dy mi nie po­wie­działeś, dla­cze­go się roz­sta­liście.

- A, nie ma o czym gadać - machnął ręką Mo­raw­ski, ale Iza ciągnęła da­lej:

- Ko­chałeś ją?

- Wiesz... - zamyślił się Wik­tor - ona była kie­dyś zupełnie inna. Gdy się po­zna­liśmy, była początkującą ak­torką, miała angaż w Ate­neum, skrom­ne upo­sażenie i głowę pełną ma­rzeń o wiel­kiej sztu­ce, o am­bit­nych ro­lach. Wyglądała wte­dy in­a­czej, rude, za­wsze roz­trze­pa­ne włosy, dżinsy, buty na płaskim ob­ca­sie. Śmiać mi się chce, gdy widzę ją te­raz, jak pa­ra­du­je w szpil­kach. Pamiętam, jak za­rze­kała się wie­lo­krot­nie, że ona cze­goś ta­kie­go nig­dy nie włoży; "ki­czo­wa­ta nie­wy­go­da", ma­wiała, "buty muszą być wy­god­ne, no chy­ba że miałabym za­grać pro­sty­tutkę, to założę szpi­le".

- Nie do wia­ry! - wy­krzyknęła Iza. - A kry­ty­ko­wała dzi­siaj mój strój, również buty, które założyłam spe­cjal­nie do sa­mo­cho­du.

- Ech, bo to już nie jest ta sama Kla­ra. Tam­tej Kla­ry już nie ma.

- Ale skąd tak dra­stycz­na zmia­na?

- Życie na niej wy­mu­siło. Cho­ciaż nie... - przy­mrużył oczy - prze­cież gdy­by nie miała tego w cha­rak­te­rze, ra­czej aż tak by się nie zmie­niła. Po pro­stu pod wpływem różnych sy­tu­acji mu­siała się u niej zak­ty­wi­zo­wać jakaś część mózgu - roześmiał się. - Ta wcześniej moc­no skry­wa­na.

- Ja­kie sy­tu­acje? - do­py­ty­wała z niekłamaną cie­ka­wością Iza.

- Zaczęło się od angażu w se­ria­lu. Początko­wo nie chciała przyjąć tej roli. Długo się wahała, pragnęła two­rzyć coś więcej niż tyl­ko kre­ację se­ria­lową. Ale w końcu, za na­mową ja­kiejś koleżanki, spróbowała. Se­rial szyb­ko stał się hi­tem, ona stała się gwiazdą. A po­tem to już poszło błyska­wicz­nie. Za­pro­sze­nia na ban­kie­ty, im­pre­zy, rau­ty, nie­ko­niecz­nie związane ze sztuką, często kom­plet­nie ode­rwa­ne od jej pro­fe­sji, ale cho­dziła wszędzie, na­wet na de­gu­stację kra­kersów. Ważne, żeby byli fo­to­gra­fo­wie i pa­pa­raz­zi. To też do­ra­dziła jej koleżanka. Kla­ra tłuma­czyła so­bie, że musi być zna­na, roz­po­zna­wal­na, musi być na świecz­ni­ku, aby do­sta­wać lep­sze role, aby pra­co­wać. Po części to była praw­da. No, ale jak już zaczęła bywać, jak już jej zdjęcia zaczęły po­ja­wiać się we wszyst­kich ser­wi­sach plot­kar­skich, to spłynęła na nią fala kry­ty­ki. A to, że w czymś wygląda nie­ko­rzyst­nie, a to, że fry­zu­ra nie taka, a to, że su­kien­ka dwa razy pod rząd ta sama. Dla idiotów z mediów stała się łatwym łupem. W obłędzie tych wszyst­kich im­prez, tych do­nie­sień pra­so­wych, tych tekstów w bul­warówkach i In­ter­ne­cie nie miała cza­su na­wet pomyśleć, zaczęła działać jak au­to­mat. Przej­mując się każdą złą opi­nią, chciała się do­sto­so­wać, być taką, jaką chcą ją wi­dzieć. I na nic się zdały moje tłuma­cze­nia, że to nie­ważne, żeby dała so­bie na wstrzy­ma­nie, że prze­cież zna swoją war­tość i nie musi ko­niecz­nie ku­po­wać suk­ni od Dio­ra, aby po­do­bać się dru­gorzędnym dzien­ni­ka­rzom. "Oko" jako je­dy­ne pisało wte­dy o jej ro­lach, które rze­czy­wiście zaczęła do­sta­wać, również w fil­mach ki­no­wych. Cała resz­ta ma­ga­zynów kon­cen­tro­wała się na jej wyglądzie.

- No proszę, wyglądała mi na taką, która całe życie przy­wiązywała wagę do wi­ze­run­ku.

- Ale nie do ta­kie­go - uśmiechnął się Wik­tor. - Dziś już za­po­mniała o te­atrze, od czte­rech lat nie za­grała na de­skach na­wet gościn­nie. Obec­nie przyj­mując rolę, kie­ru­je się nie sce­na­riu­szem, ale zwykłą eko­no­mią. Jeśli do­brze zapłacą, będzie miała na ko­lej­ne stro­je od uzna­nych pro­jek­tantów. Jeśli będzie do­brze wyglądać i zwra­cać na sie­bie uwagę fo­to­re­por­terów, do­sta­nie do­brze płatne role. Kółko się za­my­ka.

- Ale za­grała w Dwóch sio­strach, to całkiem do­bry film.

- I jak mi przy­znała, ostat­ni tego typu. Zdo­był do­bre re­cen­zje, ale nie ze­brał tłumów w ki­nach. Ko­mer­cyj­na kla­pa.

- A dla­cze­go się pokłóciliście? Skąd roz­sta­nie?

- Ach, kil­ka rze­czy na­raz się ze­brało. Ona roz­chwy­ty­wa­na, wciąż za­pra­sza­na na ja­kieś im­pre­zy, mnie się to szyb­ko znu­dziło. Miała pre­ten­sje, że nie do­trzy­muję jej kro­ku. W domu ciągle tyl­ko na­wi­jała o tym, kogo po­znała, z kim się bawiła, kto jak był ubra­ny i co ona ma za­miar so­bie kupić na ko­lejną im­prezę. Naj­ważniej­szym py­ta­niem w pew­nym mo­men­cie było: "O Boże, co ja na sie­bie dzi­siaj włożę". - Wik­tor naśla­do­wał pi­skli­wy głosik, Iza­be­la par­sknęła śmie­chem. - "Wik­torku, mu­si­my po­je­chać do Lon­dy­nu na za­ku­py, ko­niecz­nie, ko­niecz­nie". O ile wcześniej mie­liśmy wie­le te­matów do rozmów, to po­tem z dnia na dzień za­czy­nały się one kur­czyć. Kla­ra prze­stała in­te­re­so­wać się właści­wie wszyst­kim, nie czy­tała nor­mal­nej pra­sy, nie słuchała wia­do­mości, stra­ciła orien­tację w sy­tu­acji po­li­tycz­nej, stra­ciła ochotę na książki, na­wet na podróże, o ile nie były powiązane z za­ku­pa­mi. Zaczęła szy­dzić z daw­nych przy­ja­ciółek, które zo­stały w te­atrze, bo nie były sławne, tak jak ona. Uznała się za ko­bietę suk­ce­su. A suk­ces mie­rzyła ilością swo­ich zdjęć po­ja­wiających się w in­ter­ne­to­wych ser­wi­sach plot­kar­skich.

- Szko­da, że ja ich nie czy­tuję, wie­działabym wte­dy o niej więcej. Pew­nie i o to­bie, na pew­no załapałeś się na ja­kieś zdjęcie - roześmiała się Iza.

- O, swo­je­go cza­su z pew­nością prze­wi­jałem się tu i ówdzie, ale nie śle­dziłem tego. Nie na­daję się na ce­le­brytę. W każdym ra­zie przy­szedł taki mo­ment, na­wet trud­no mi po­wie­dzieć kie­dy dokład­nie, gdy już byliśmy moc­no od­da­le­ni od sie­bie... o Kla­rze pi­sa­no co­raz mniej, po­ja­wiły się ko­lej­ne ce­le­brytki, skan­da­list­ki przy­ku­wające uwagę, Kla­rze zaczęła spa­dać po­pu­lar­ność, wpadła w pa­nikę. Zmie­niła ko­lor włosów, zro­biła so­bie nowy nos, na­pom­po­wała usta, dra­ma­tycz­nie pragnęła znów sku­piać na so­bie wzrok fo­to­grafów. Wzięła udział w ja­kimś show, ale i tak nie­wie­le to po­mogło. I wte­dy zaczęła wy­ma­gać ode mnie, żeby "Oko" umieściło ją na okładce, żeby pi­sa­li o niej co ty­dzień. Wytłuma­czyłem jej, że "Oko" ma swój własny nurt, że ja na­wet się w to nie wtrącam, że sko­ro o niej nie piszą, to naj­wy­raźniej po pro­stu ich nie in­te­re­su­je. No i wte­dy, jak się domyślasz, wy­buchła bom­ba.

- Miała pre­ten­sje - spy­tała re­to­rycz­nie Iza.

- A, pre­ten­sje to mało po­wie­dzia­ne. Uznała, że to moja po­win­ność, że sko­ro mam taką ga­zetę, to muszę lan­so­wać w niej swoją na­rze­czoną. Odmówiłem. Wku­rzyła się, spa­ko­wała, oświad­czyła, że w ta­kim ra­zie z nami ko­niec, sko­ro nie chcę jej pomóc i że jej twarz nig­dy więcej się w "Oku" nie ukaże. Za karę. Trzasnęła drzwia­mi i so­bie poszła. A mnie ulżyło. To mu­siało tak się skończyć. Aż dziw, że wy­trzy­ma­liśmy tak długo.

- Tęskniłeś? - Iza­be­la nie mogła się po­wstrzy­mać.

- Żar­tu­jesz? - Wik­tor od­chy­lił się na krześle. - Chodź tu do mnie. Mam na­dzieję, że ty nie masz ocho­ty zo­stać ce­le­brytką.

- Ja ce­le­brytką? - roześmiała się Iza, sia­dając mu na ko­la­nach. - Na szczęście je­stem już za sta­ra, żeby zo­stać ak­torką.

- Ach, to nic nie zna­czy, nie trze­ba być ak­torką. Będziesz te­raz na­czelną, też za­czną spływać za­pro­sze­nia, nie będziesz miała dla mnie cza­su, za­czniesz bywać tu i tam, może po­znasz kogoś in­te­re­sującego.

- Ty je­steś dla mnie in­te­re­sujący.

- To może w końcu wy­pro­wa­dzisz się stąd i za­miesz­kasz u mnie? - uśmiechnął się łobu­zer­sko i ugryzł ją w ramię.

- Za wcześnie - spo­ważniała Iza. - Nie­ba­wem od­bie­ram swo­je pierw­sze własne miesz­ka­nie i chcę się nim na­cie­szyć jako jed­nost­ka au­to­no­micz­na - pod­niosła wy­so­ko brodę.

- Jed­nost­ka au­to­no­micz­na, no tak - skrzy­wił się Wik­tor.

- A poza tym... jakoś nie spie­szy mi się, żeby miesz­kać z tobą w domu, w którym re­zy­do­wała wcześniej Kla­ra.

- A gdy urządzę nam gniazd­ko w Skot­ni­kach?

- Prze­cież miałeś tam robić ho­tel?

- Ho­tel ho­te­lem, ale prze­cież możemy wy­kroić z nie­go apar­ta­ment pry­wat­ny...

- Su­per by było...

- Ślub weźmie­my w ba­zy­li­ce w Nie­po­ka­la­no­wie, a we­se­le urządzi­my u sie­bie, w sali ba­lo­wej. Na­szym dzie­ciom zbu­duję do­mek na drze­wie z tyłu ogro­du, już mam upa­trzo­ne miej­sce.

- Trze­ba będzie zna­leźć jakąś na­rze­czoną dla Sze­ry­fa, żeby nie było mu smut­no.

- Znaj­dzie­my.

Rany, czy on po­wie­dział ślub? Dzie­ci? - za­sta­na­wiała się Iza, gdy po chwi­li do­tarł do niej sens tej roz­mo­wy. Bała się jed­nak za­py­tać, po­pro­sić o powtórze­nie. Może tyl­ko żar­to­wał, prze­cież to nie oświad­czy­ny, pomyślała. Ale zro­biło się jej ciepło w brzu­chu, znów po­czuła sza­lo­ne, nie­po­skro­mio­ne mo­ty­le i ma­rzyła, aby Wik­tor wrócił do roz­poczętego wątku. Nie­ste­ty, po tych kil­ku krótkich zda­niach roz­mo­wa zeszła na Sze­ry­fa, który stra­cił ostat­nio ape­tyt.

- Może fak­tycz­nie po­trze­bu­je na­rze­czo­nej albo się już za­ko­chał i dla­te­go nie może jeść - za­sta­na­wiał się Wik­tor.

Cho­le­ra, dla­cze­go zaczęłam mówić o Sze­ry­fie, miała do sie­bie pre­ten­sje Iza. Po­win­nam była ciągnąć wątek ślubu. Czy on mówił o tym poważnie? Czy właści­wie je­stem go­to­wa na ślub? Czy chciałabym zo­stać jego żoną? Tak, chciałabym, bar­dzo. Czy to były oświad­czy­ny?

Iza­be­la nie mogła prze­stać o tym myśleć. Miała na­dzieję, że wkrótce wrócą do tej roz­mo­wy. A właści­wie miała na­dzieję, że za­miast roz­mo­wy Wik­tor przej­dzie do czynów i oświad­czy się jej na ko­la­nach i z pierścion­kiem w ręku, tak po sta­roświec­ku.

Oliw­ka z błyskiem w oczach rozglądała się po lot­ni­sku. Cie­ka­wiło ją wszyst­ko. Gdy­by nie to, że była przy­pięta do wózka, z pew­nością zwie­dziłaby ter­mi­nal na własną rękę.

- Mała podróżnicz­ka - pod­su­mo­wała Iza, sta­rając się wy­do­być ze zde­ner­wo­wa­nej Mo­ni­ki choć cień uśmie­chu.

W po­bliżu sta­no­wi­ska od­praw cze­kały na pielęgniarkę, która miała z nimi le­cieć. Wik­tor zo­stał od­de­le­go­wa­ny po kawę na wy­nos. Zbliżała się siódma rano, na­wet na śnia­da­nie było za wcześnie.

- Ja i tak ni­cze­go nie przełknę - wy­szep­tała przez ściśnięte gardło Mo­ni­ka. - Do­brze, że cho­ciaż Oliw­ka ma ape­tyt. Ład­nie rano wstała, zjadła kaszkę, wypiła całą butlę mle­ka.

- Wik­tor kupi ci ro­ga­li­ki do sa­mo­lo­tu, zresztą będą da­wa­li jakiś obiad, tyle go­dzin lotu, na pew­no coś dadzą.

Mo­ni­ka nie od­po­wie­działa. Bla­da jak ścia­na, wyglądała pielęgniar­ki. Umówiły się na siódmą, ale ko­bie­ty nie było jesz­cze widać.

- Zdąży, nie martw się, prze­cież do od­lo­tu jesz­cze spo­ro cza­su. Nie de­ner­wuj się.

- Nie de­ner­wuję się - wyjąkała drżącym głosem Mo­ni­ka, ner­wo­wo prze­su­wając wózek tam i z po­wro­tem.

- Aku­rat. Od­dy­chaj głęboko, bo za­raz ze­mdle­jesz. Je­steś zie­lo­na. Wik­tor przy­nie­sie kawę, może to po­sta­wi cię na nogi.

- Boję się.

- Ale cze­go?

- Wszyst­kie­go.

- Kurczę, żałuję, że nie mogę z tobą le­cieć, byłoby ci raźniej. Ale ta pielęgniar­ka, jak ona ma na imię?

- Re­na­ta.

- Ta Re­na­ta na pew­no też będzie po­moc­na. Bar­dzo do­brze, że udało się to załatwić, będzie ci lżej, ona wszyst­ko na miej­scu pozałatwia, będzie twoją tłumaczką, nie mu­sisz się ni­cze­go oba­wiać.

- Nig­dy nie le­ciałam sa­mo­lo­tem...

- To nic wiel­kie­go.

- A jak spad­nie­my?

- Do­bre so­bie! Ależ ty masz po­mysły!

- Boję się.

- Nie ma cze­go.

- Muszę do to­a­le­ty - wy­du­kała Mo­ni­ka i nie cze­kając na od­po­wiedź, prze­ka­zała wózek Izie i po­biegła do naj­bliższej łazien­ki. Wróciła po dzie­sięciu mi­nu­tach równie bla­da, jak i wcześniej. W tym mo­men­cie po­deszła do nich zdy­sza­na pielęgniar­ka, prze­pra­szając za spóźnie­nie. Po­ja­wił się również Wik­tor z tacą, na której pa­ro­wały trzy kawy. Na zgięciu łokcia miał za­wie­szoną torbę z pachnącymi cro­is­san­ta­mi.

- Za­pra­szam na kawę, dro­gie pa­nie - za­pro­po­no­wał dy­plo­ma­tycz­nie, za­uważyw­szy Re­natę. Iza­be­la była prze­ko­na­na, że za­po­mniał o pielęgniar­ce i że jed­na kawa była prze­zna­czo­na dla nie­go. Pielęgniar­ka z wdzięcznością przyjęła poczęstu­nek, przy­znając, że nie zna­lazła rano cza­su na szyb­kie na­wet śnia­da­nie.

Po krótkich przy­wi­ta­niach i wza­jem­nej pre­zen­ta­cji, Iza­be­la od­niosła wrażenie, że Mo­ni­ka nie mogła tra­fić pod lep­sze skrzydła. Re­na­ta była młoda, drob­na, ale bar­dzo ener­gicz­na, o nie­zwy­kle przy­ja­znym, ja­snym spoj­rze­niu. Mówiła szyb­ko i z uśmie­chem, prze­syłając co chwi­la bu­zia­ki do wiercącej się w wózku Oliw­ki.

- Ojej, już wpół do ósmej, mu­si­my le­cieć - zo­rien­to­wała się na­gle, patrząc na wiel­ki wyświe­tlacz. Mo­ni­ka złapała się za brzuch.

- To ja jesz­cze do łazien­ki - krzyknęła i po­biegła.

- De­ner­wu­je się - wyjaśniła Iza­be­la.

- Jak każda mat­ka - przy­znała pielęgniar­ka.

Mo­ni­ka wróciła po kil­ku mi­nu­tach, po­cie­rając o bluzkę mo­kre ręce.

- A może jesz­cze raz pójdę, prze­pra­szam, ale muszę - po­wie­działa, wywołując uśmiech na twa­rzach po­zo­stałej trójki.

- Spo­koj­nie - chwy­ciła ją pod ramię Re­na­ta. - Weźmie­my bagaże, od­pra­wi­my się i będzie­my miały jesz­cze spo­ro cza­su do od­lo­tu. Po dru­giej stro­nie też są łazien­ki. I w sa­mo­lo­cie też, będziesz mogła so­bie bie­gać, ile chcesz, ale te­raz mu­si­my już iść.

Mo­ni­ka po­ki­wała głową. Chwy­ciła wózek w jedną rękę, w drugą złapała wa­lizkę.

- Ja to wezmę - za­pro­po­no­wała pielęgniar­ka. - Dam so­bie radę z dwie­ma. Ty pil­nuj tor­by podręcznej i Oliw­ki.

Iza­be­la spoj­rzała z wdzięcznością na Re­natę. Tak, zde­cy­do­wa­nie Mo­ni­ka jest w do­brych rękach.

- Po­cze­kaj, niech was uści­ska­my - krzyknął Wik­tor, prze­ka­zując tackę z pu­sty­mi kub­ka­mi po ka­wach przy­pad­ko­we­mu mężczyźnie, który stał obok. Ten bez słowa przyjął tacę, nie spusz­czając oczu z ta­bli­cy od­lotów. Naj­wy­raźniej na­wet nie za­uważył, że ma coś w rękach.

Iza­be­la wycałowała Oliwkę, Mo­nikę, nie szczędziła również ciepłego bu­zia­ka Re­na­cie. Wik­tor po­prze­stał na moc­nym uściśnięciu dłoni tej ostat­niej. Stojąc jesz­cze przez chwilę, pa­trzy­li na od­da­lające się do sta­no­wi­ska od­praw syl­wet­ki.

- Niezła ko­lej­ka, co? - za­gadnął Wik­tor, od­bie­rając od nieświa­do­me­go mężczy­zny tackę.

- Z dziec­kiem w wózku mają i tak pierw­szeństwo - za­uważyła Iza. - Napiłabym się jesz­cze kawy.

- To idzie­my, dadzą so­bie radę.

- Po­cze­kaj, jesz­cze im po­ma­cham, jak będą prze­cho­dziły przez bram­ki.

Re­na­ta spraw­nie ko­or­dy­no­wała całą akcją. Zwin­ny­mi ru­cha­mi prze­dzie­rała się przez tłum, to­rując drogę Mo­ni­ce z wózkiem. Gdy do­tarły w końcu do bra­mek, Mo­ni­ka odwróciła się jesz­cze raz i wte­dy Iza do­strzegła w jej wzro­ku coś, co spra­wiło, że po ple­cach prze­szedł ją dreszcz.

- Mówię ci, to było coś strasz­ne­go, taka mie­szan­ka lęku, ja­kie­goś dziw­ne­go smut­ku i cze­goś... nie wiem na­wet, jak to na­zwać - tłuma­czyła Wik­to­ro­wi, gdy sie­dzie­li już w sa­mo­cho­dzie.

- A tam - wzru­szył ra­mio­na­mi i od­pa­lił sil­nik. - Była da­le­ko, choćbyś chciała, to nie mogłabyś nic do­strzec, wy­da­wało ci się na pew­no. Nie­po­trzeb­nie się nakręcasz. Mo­ni­ka była zde­ner­wo­wa­na, to zro­zu­miałe, ale to­bie nie musi się udzie­lać.

- Na­prawdę, wi­działam coś w jej oczach - iry­to­wała się Iza­be­la, czując na­ra­stające po­de­ner­wo­wa­nie. - Cho­le­ra, te­raz będę o tym myślała. Naj­gor­sze, że Mo­ni­ka mówiła mi, że ma złe prze­czu­cia.

- Daj spokój. Wy, ko­bie­ty, za dużo myśli­cie, wszyst­kim się przej­mu­je­cie, szu­ka­cie wszędzie ukry­tych zna­czeń. Ja­kie prze­czu­cia, ot, zwykłe ner­wy.

- To samo jej mówiłam! Ale te­raz. O Boże, mam na­dzieję, że wszyst­ko będzie do­brze, że ta ope­ra­cja się uda. O Boże, żeby tyl­ko wszyst­ko poszło do­brze.

- Pójdzie do­brze, mała, do góry bro­da! Ja nie mam żad­nych złych prze­czuć.

- Bied­na Mo­ni­ka... - zamyśliła się Iza­be­la, pociągając no­sem. Z to­reb­ki wyjęła paczkę chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych. Jedną z nich otarła na­brzmiałą w oku łzę. - Jest sama. Tak so­bie myślę, że to cho­ler­nie trud­no być w ta­kim mo­men­cie sa­mej. O wie­le prościej by jej było, gdy­by miała przy so­bie męża, to zna­czy ojca Oliw­ki. No oczy­wiście nie w obec­nej sy­tu­acji, tyl­ko gdy­by byli ra­zem, gdy­by miała kogoś.

- Jest Re­na­ta - po­cie­szał ją Wik­tor, głaszcząc po dłoni. - Wyglądała mi na świet­nie zor­ga­ni­zo­waną młodą osóbkę.

- Po­do­ba ci się? - mi­mo­wol­nie za­py­tała Iza, marszcząc brew.

- Całkiem niezła - przy­taknął Wik­tor z uzna­niem. Iza­be­la za­cisnęła usta. - Ale nie w moim ty­pie - dodał, wzru­szając ra­mio­na­mi.

- Masz szczęście.

Roześmia­li się, co sku­tecz­nie oczyściło at­mos­ferę. Wszel­kie złe prze­czu­cia i łzy poszły w nie­pa­mięć.

Po­nie­waż Wik­tor miał umówio­ne spo­tka­nie w sie­dzi­bie wy­daw­nic­twa do­pie­ro na dzie­siątą, za­pro­po­no­wał, że od­wie­zie Iza­belę do domu. Ona jed­nak po­pro­siła go o podwózkę do re­dak­cji "Oka". Chciała od­wie­dzić sta­rych zna­jo­mych, a przede wszyst­kim po­gra­tu­lo­wać Jac­ko­wi zdo­by­cia sta­no­wi­ska sze­fa działu kul­tu­ry.

- Poza tym muszę ode­brać świa­dec­two pra­cy, bo pew­nie na mnie cze­ka, i usta­lić, kie­dy mam oddać lap­top służbowy. Mam na­dzieję, że dadzą się ubłagać, żebym mogła za­trzy­mać go jesz­cze na jakiś czas, bo prze­cież nie mam na ra­zie in­ne­go. Całe szczęście, że te­le­fon jest mój pry­wat­ny, bo szko­da by mi było roz­sta­wać się z tym nu­me­rem. Poza tym muszę po­plot­ko­wać z Kaśką.

- No tak, ostat­nie naj­ważniej­sze - roześmiał się Wik­tor.

- Żebyś wie­dział - odpowie­działa twar­do.

Do­je­chaw­szy do re­dak­cji, Iza­be­la już całko­wi­cie od­zy­skała doby hu­mor. Mi­jając zna­jo­me, nie­zbyt ładne ko­ry­ta­rze, cie­szyła się jak dziec­ko, że sama już nie­ba­wem będzie sie­dzieć przy dużym biur­ku w no­wo­cze­snym biu­row­cu, w ga­bi­ne­cie z wi­do­kiem na Wisłę. Wchodząc jed­nak do swo­je­go sta­re­go po­ko­ju, gdzie na nie­wiel­kiej po­wierzch­ni gnieździło się kil­ka sta­no­wisk pra­cy, po­czuła cień no­stal­gii. Tu prze­cież za­czy­nała, tu od­no­siła swo­je pierw­sze suk­ce­sy, tu czuła się jak u sie­bie, mimo że ostat­nie chwi­le poświęcone wal­ce o awans nie przy­woływały przy­jem­nych wspo­mnień. A jed­nak po­czuła ukłucie w ser­cu na wi­dok po­sza­rzałych od ulicz­ne­go smo­gu okien i przy­bru­dzo­nej, wy­blakłej, nie­bie­skiej nie­gdyś wykładzi­ny.

- Iza? - krzyknęła z nie­do­wie­rza­niem Ju­sty­na, se­kre­tar­ka, stojąca aku­rat przy biur­ku Kasi, wpa­trzo­nej w ekran mo­ni­to­ra.

- Iza? - zdzi­wiła się nie mniej Ka­sia, na­tych­miast po­rzu­cając swo­je zajęcie. - Ko­cha­na, no proszę, wpadłaś na sta­re śmie­ci! Już myślałam, że w ogóle cię nie zo­baczę, nie od­wie­dzasz nas, nie dzwo­nisz.

- Sama też nie dzwo­nisz - odcięła się z uśmie­chem Iza.

- No proszę, a tak się przy­jaźniłyście - wy­krzy­wiła twarz Ju­sty­na, zbie­rając ja­kieś pa­pie­ry z biur­ka Kasi.

- Żar­tu­je­my! - wy­buchnęły śmie­chem dziew­czy­ny. - Ale fakt, ostat­ni raz roz­ma­wiałyśmy ja­kieś dwa ty­go­dnie temu - przy­znała Iza­be­la - jesz­cze przed moim wy­jaz­dem do Po­zna­nia.

- Ale już ci mówiłam, kto jest te­raz na­szym sze­fem? - próbowała przy­po­mnieć so­bie Ka­sia.

- No Ja­cek, no prze­cież, dum­ny i bla­dy pew­nie, co? Za­raz go od­wiedzę w jego ga­bi­ne­ci­ku.

- Nie­ste­ty, dziś go nie ma - rzu­ciła Ju­sty­na, szu­kając po kie­sze­niach dzwo­niącej komórki.

- Ważne spra­wy na mieście - wyjaśniła Ka­sia, mru­gając po­ro­zu­mie­waw­czo do Izy.

- No tak, te­raz to on będzie miał same ważne spra­wy.

- Jego żona ma dzi­siaj USG, spo­dzie­wają się ko­lej­ne­go dzi­dziu­sia - mruknęła Ju­sty­na, znaj­dując w końcu te­le­fon, który prze­stał dzwo­nić. - Lecę, to Guc chy­ba, cho­ler­nik nig­dy się nie wyświe­tla, a po­tem ja się stre­suję, że będzie miał pre­ten­sje, bo nie ode­brałam na czas. A oddzwo­nić nie mogę, bo nie mam pew­ności, czy to on - uty­ski­wała Ju­sty­na, od­chodząc szyb­kim kro­kiem w kie­run­ku win­dy.

Ka­sia obróciła się na krześle, omia­tając wzro­kiem Iza­belę. Po­chwa­liła jej fi­gurę, po­mi­mo iż Iza nie schudła ani nie utyła od cza­su, gdy się ostat­ni raz wi­działy. Iza­bela z uśmie­chem po­dziękowała jed­nak za kom­ple­ment i ki­wając na­około głową, witała się z resztą daw­nych ko­legów.

- Chodź na kawę - za­pro­po­no­wała Ka­sia, szu­kając to­reb­ki.

W kil­ka se­kund zna­lazły się w win­dzie, zjeżdżając do re­dak­cyj­ne­go bu­fe­tu.

Le­d­wie zamówiły kawę i ob­la­ny lu­krem ape­tycz­ny ser­nik, Iza­be­la usłyszała wi­brującą w to­reb­ce komórkę. Ode­brała niechętnie, dając Kasi ru­chem ust znać, że nu­mer nie­zna­ny, a za­tem może ktoś z no­wej pra­cy, wiec musi ode­brać. Ka­sia nie­cier­pli­wie pokręciła głową i wbiła wi­del­czyk w ser­nik. Po chwi­li jed­nak wpa­try­wała się w Izę z na­ra­stającym napięciem, widząc, jak tam­ta pod­czas roz­mo­wy co­raz sze­rzej otwie­ra oczy ze zdu­mie­nia.

- Ale jak to? Już? - do­py­ty­wała Iza, nie­mal krzycząc w słuchawkę. - Prze­cież mie­liście od­da­wać po wa­ka­cjach, taka in­for­ma­cja była na stro­nie in­ter­ne­to­wej... Tak? To nie do­czy­tałam... Oczy­wiście, bar­dzo się cieszę. Aha... Kie­dy? Na­prawdę? Tak, oczy­wiście, przy­jadę. Nie, nie trze­ba, ja oso­biście. Tak, tak. Może na­wet dzi­siaj. A do której państwo... Aha, świet­nie, go­dzi­na mi pa­su­je. To wspa­nia­le, na­prawdę, za­sko­czyła mnie pani, dziękuję... Do wi­dze­nia. Dziękuję. Do wi­dze­nia. - Wyłączyła te­le­fon, od­su­wając od sie­bie ciast­ko. Z pod­eks­cy­to­wa­nia stra­ciła ape­tyt.

- Kto to? - Ka­sia wpa­try­wała się w Izę ni­czym sro­ka w gnat. Nie na tyle jed­nak zachłan­nie, by nie za­uważyć od­su­niętego przez koleżankę ser­ni­ka. Na­tych­miast prze­sunęła sma­kołyk w swoją stronę i nie spusz­czając wzro­ku z Izy, wpa­ko­wała so­bie do ust ko­lej­ny ape­tycz­ny kawałek.

- De­we­lo­per. Moje miesz­ka­nie jest już do od­bio­ru. Nie mogę uwie­rzyć.

- O kułczę, to fan­ta­stycz­nie - wy­ce­dziła Ka­sia z pełnymi usta­mi.

- Chy­ba tak... Nie spo­dzie­wałam się. Spraw­dzałam postępy na ich stro­nie, ale oka­zało się, że to nie mój blok jest na zdjęciach. Oglądałam jakiś ko­lej­ny bu­do­wa­ny na tym osie­dlu. Mój był już daw­no wykończa­ny. Mogę się wpro­wa­dzać.

- Pa­ra­petówa będzie! - ucie­szyła się Ka­sia, za­cie­rając ręce.

- Będzie, będzie. Jak się urządzę. Na ra­zie muszę spraw­dzić, czy nie ma ja­kieś fu­szer­ki, po­kwi­to­wać odbiór.

- Załatwić hy­drau­li­ka, gla­zur­ni­ka, ma­la­rza, wiem, wiem, jesz­cze to trochę po­trwa.

- Otóż to... Poza tym po­zo­sta­je spra­wa obec­ne­go miesz­ka­nia, Jo­an­ny nie ma, kto opłaci ra­chun­ki? - za­sta­na­wiała się głośno. - Niby to jej miesz­ka­nie, odzie­dzi­czyła je po bab­ci, ale czynsz i tak trze­ba płacić. Będę mu­siała do niej na­pi­sać, niech te­raz ona się po­mar­twi. No nic, dziś jadę obej­rzeć swo­je miesz­kan­ko, na­wet nie wiesz, jak się cieszę. A po­wiedz, co w re­dak­cji? Dużo się zmie­niło po odejściu Kryp­skie­go? Jest ktoś na moje miej­sce?

- Tak, nie­daw­no Ja­cek za­trud­nił twoją następczy­nię, Ber­na­det­ta Mańczyk, do­pie­ro ją po­zna­je­my, ale wy­da­je się być nor­mal­na, wiesz, co mam na myśli. - Ka­sia puściła oko.

- Ach, no właśnie, a jak tam na­sza re­dak­cyj­na zołza?

- Mar­ta? Prze­cież już tu nie pra­cu­je, nie mówiłam ci?

- Skąd! Nic nie mówiłaś. Ob­ra­ziła się, że nie zo­stała sze­fową działu?

- Nie tam, to zupełnie inna spra­wa. Kryp­ski jesz­cze przed swo­im odejściem za­trud­nił ją na etat, dasz wiarę? Bał się pew­nie, że Ja­cek, gdy już było wia­do­mo, że to on jest pew­nia­kiem, nie zo­sta­wi jej po tym stażu. No i fak­tycz­nie, Ja­cek miał po­tem pro­blem, ale tyl­ko przez kil­ka dni.

- Jak to?

- Ano, wydało się, że większość jej wy­wiadów była sfin­go­wa­na. Je­den z ak­torów za­dzwo­nił zdzi­wio­ny, skąd mamy z nim roz­mowę, sko­ro z nami nie roz­ma­wiał. No i się wydało. Oczy­wiście nie wszyst­kie jej wy­wiady były zmyślone, po­wie­działabym na­wet, że mniej­szość, jakaś jed­na piąta wszyst­kich, które prze­pro­wa­dziła. Tłuma­czyła się, że bar­dzo jej zależało, że prze­cież dla tych jej rozmówców to także re­kla­ma, że nie było w tym nic obraźli­we­go. Część in­for­ma­cji wzięła z netu, a część zmyśliła. Dla niej to nie był pro­blem. Gdy­byś ją wi­działa, jak skręca się przed Jac­kiem i Gu­cem. Całe szczęście, że nikt nie wniósł spra­wy do sądu. No, ale nie­smak po­zo­stał, Ja­cek tak się wściekł, że wy­le­ciała z dnia na dzień, nie zdążyła na­wet uporządko­wać swo­je­go biur­ka.

- Hi, hi, należało jej się! Czy­li co, bez­ro­bot­na te­raz gry­zie pa­zu­ry w domu?

- No wiesz... - zamyśliła się Ka­sia. - Aż tak wspa­nia­le to nie jest. Już zdążyła kil­ka dni temu wpaść, niby mi­mo­cho­dem, po coś tam, cze­go wte­dy nie wzięła, i po­chwa­lić się, że ma nową pracę... W ja­kimś bru­kow­cu pra­cu­je. Ta­kie jak ona za­wsze spa­dają na czte­ry łapy.

- Ta... - wes­tchnęła Iza. - Tyl­ko tam się na­da­je. Niech so­bie pra­cu­je, zmyśla, ile wle­zie, ważne, że wam już nie psu­je krwi i wi­ze­run­ku pi­sma.

- A co tam u Mo­ni­ki, w tym ty­go­dniu chy­ba lecą na ope­rację? - zmie­niła te­mat Ka­sia, zbie­rając z ta­le­rzyków okrusz­ki ser­ni­ka.

- Dziś po­le­ciały. Mówię ci, ale była zde­ner­wo­wa­na.

- Wca­le się nie dzi­wię.

Dziew­czy­ny jesz­cze chwilę roz­ma­wiały. Gdy jed­nak na­deszła pora lun­chu i do bu­fe­tu zaczęli napływać gru­pa­mi lu­dzie, Iza­be­la pożegnała się, obie­cując koleżance, że przy naj­bliższej oka­zji zno­wu wpad­nie na kawę.

- Cie­ka­we, kie­dy ta oka­zja się zda­rzy - kręciła no­sem Ka­sia. - Nowa pra­ca, urządza­nie miesz­ka­nia, chy­ba nieprędko cię zo­baczę.

- Za­wsze ty możesz mnie od­wie­dzić - uśmiechnęła się Iza i cmoknęła koleżankę w po­li­czek. Myślami była już jed­nak w swo­im no­wym miesz­ka­niu. Za­sta­na­wiała się, czy nie za­dzwo­nić do Wik­to­ra, aby to właśnie z nim po raz pierw­szy prze­kro­czyć próg no­we­go lo­kum. Uznała jed­nak, że wszyst­ko załatwi sama, a jego za­pro­si do­pie­ro na pa­ra­petówkę. Pragnęła sama so­bie udo­wod­nić, iż na­prawdę jest jed­nostką au­to­no­miczną, ko­bietą za­radną i sa­mo­wy­star­czalną. Była pew­na, że bez ni­czy­jej po­mo­cy da so­bie radę z de­we­lo­pe­rem, ro­bot­ni­ka­mi, a po­tem hy­drau­li­ka­mi, ma­la­rza­mi i in­ny­mi. Wik­tor za­pew­ne moc­no by się wtrącał we wszyst­ko. Fa­ce­ci za­zwy­czaj uważają się za mądrzej­szych w tego typu spra­wach. O nie, Iza­be­la aż się wzdrygnęła na myśl, że mógłby ją po­uczać. Po­sta­no­wiła, że sama od­bie­rze miesz­ka­nie, sama je urządzi, a gdy zaj­dzie taka po­trze­ba, to również sama wbi­je gwoździe, żeby po­wie­sić ob­ra­zek, który przed wy­jaz­dem do­stała od Mo­ni­ki.

O usta­lo­nej po­rze z de­we­lo­pe­rem po­ja­wiła się przed blo­kiem, z cie­ka­wością rozglądając się do­okoła. Trzy czte­ro­piętro­we blo­ki o żółtej ele­wa­cji, obok których wy­ra­stały już następne bliźnia­czo po­dob­ne bu­dyn­ki, pach­niały może nowością, ale nie pięknem. Obiek­tyw­nie nic tu nie było piękne, ale umysł Izy upiększał każdą na­wet naj­mniejszą rzecz. Cie­szyła ją kałuża przy wejściu do bu­dyn­ku czy wijące się pod no­ga­mi gru­be ka­ble. Cie­szyła ją hałda pia­chu usy­pa­na w miej­scu, gdzie w przyszłości za­pew­ne będzie plac za­baw. Wszyst­ko ją cie­szyło.

Kie­dy ra­zem z przed­sta­wi­cie­lem de­we­lo­pe­ra i sze­fem robót bu­dow­la­nych do­tarła do swo­je­go miesz­ka­nia, cała już była ucie­szo­na i roześmia­na.

- Pięknie, praw­da? - za­py­tała, wywołując tym py­ta­niem nie­małe zdzi­wie­nie w oczach dwóch mężczyzn. Za­zwy­czaj nowi lo­ka­to­rzy z dużą powściągli­wością oglądali każdy kąt, do­pa­trując się wszel­kich, na­wet tych nie­wi­docz­nych, uste­rek. Tym­cza­sem Iza­be­la, za­miast zmie­rzyć czy podłoga jest w po­zio­mie, po­stu­kać w ścianę, spraw­dzić, czy do­my­kają się okna, na wszyst­ko re­ago­wała en­tu­zja­zmem i uśmie­chem.

- Tak, pięknie... - przy­taknęli mężczyźni nie­pew­nie, patrząc je­den na dru­gie­go z wy­cze­ki­wa­niem, kie­dy wresz­cie Iza­be­la do cze­goś się przy­cze­pi. W końcu kie­row­nik bu­do­wy nie wy­trzy­mał.

- Okno bal­ko­no­we jest nie­szczel­ne, przy większym desz­czu do miesz­ka­nia wle­wa się woda. I tu, po le­wej stro­nie w przed­po­ko­ju trze­ba by po­pra­wić ścianę, wi­dzi to pani?

- A co z nią nie tak? - zdzi­wiła się Iza.

- Jest krzy­wa - wyjaśnił mężczy­zna. Pra­cow­nik de­we­lo­pe­ra przy­gryzł war­gi. - Pani tego nie wi­dzi?

- Ale to prze­cież pan jest kie­row­ni­kiem tych robót - za­uważyła. - To pana pra­ca, ja nie muszę tego wi­dzieć. Ważne, że pan to wi­dzi i przy­pil­nu­je swo­ich ro­bot­ników, żeby na­pra­wi­li, praw­da?

- No... tak... - przy­znał zmie­sza­ny kie­row­nik. - Muszą jesz­cze pociągnąć kon­takt do kuch­ni, bo za­po­mnie­li, i na­pra­wić próg od drzwi wejścio­wych, bo jest szpa­ra - wy­li­czał przejęty.

- Do­brze, że pan tu dzi­siaj jest - wes­tchnęła. - Bo prze­cież ja się nie znam, ode­brałabym miesz­ka­nie z nie­doróbka­mi... Czy mogę na pana li­czyć? Pan jest spe­cja­listą...

- Je­stem! Oczy­wiście, że może pani na mnie li­czyć. Przy­pil­nuję wszyst­kie­go. Widzę każdą fu­szerkę. O, niech pani spoj­rzy w górę... Co za młokos robił ten su­fit! Wi­dzi pani, wszyst­kie­go trze­ba pil­no­wać - chrząkał, wciągając mi­mo­wol­nie brzuch. - Jesz­cze sprawdzę ba­rier­ki na bal­ko­nie, czy do­brze przykręcili... - po­wie­dział i udał się na ta­ras, a za nim błyska­wicz­nie wy­biegł młodzie­niec od de­we­lo­pe­ra.

- Pa­nie, co pan? - Izie udało się usłyszeć, jak chłopak robi wy­rzu­ty bu­dow­lańcowi. - Prze­cież w ten sposób to będzie­my w nie­skończo­ność się bujać. W każdym miesz­ka­niu są nie­doróbki, nie trze­ba od razu wska­zy­wać pal­cem, może by nie za­uważyła.

- Jak źle zro­bio­ne, to po­pra­wić trze­ba - grom­ko od­po­wie­dział maj­ster. - Ba­rier­ki w porządku - przy­znał z za­do­wo­le­niem.

- Do­pie­ro co wykłócał się pan z po­przed­nim lo­ka­to­rem o ścianę, a ewi­dent­nie była krzy­wa... - ce­dził przez zaciśnięte zęby. - A te­raz? Po­ka­zu­je pan ba­bie, co trze­ba po­pra­wić? Prze­cież to kosz­ty dla nas.

- Raz-dwa zawołam chłopaków i zro­bią, już się pan nie pluj - za­or­dy­no­wał maj­ster i wrócił do miesz­ka­nia, błyskając zębami w kie­run­ku Iza­be­li. - Wszyst­ko gra, bal­kon pierw­sza kla­sa. A całą resztę po­pra­wi­my jesz­cze w tym ty­go­dniu, moja w tym głowa.

- Dziękuję. - Iza­be­la uśmiechnęła się nie­znacz­nie, wciąż oszołomio­na miesz­ka­niem. W głowie już pla­no­wała, gdzie sta­nie ka­na­pa, gdzie stół, gdzie znaj­dzie się miej­sce na półki z książkami.

- Czy możemy się umówić za ty­dzień o tej sa­mej po­rze? Do tego cza­su wszyst­ko będzie zro­bio­ne na cacy - spy­tał bu­dow­la­niec.

- I wte­dy będę mogła ode­brać miesz­ka­nie i do­stanę klu­cze?

- Tak, jeśli wszyst­ko będzie w porządku, to po­kwi­tu­je pani odbiór - wyjaśnił chłopak od de­we­lo­pe­ra.

- Jesz­cze po­lecę do łazien­ki, sprawdzę, czy tam porządnie zro­bio­ne - prze­rwał mu maj­ster.

- Tak, oczy­wiście, możemy się umówić za ty­dzień - po­wie­działa, ciesząc się, że kie­row­nik robót ogląda każdy kąt z tak wiel­kim za­an­gażowa­niem. - Ma pan mój nu­mer te­le­fo­nu, proszę za­dzwo­nić, gdy­by coś się zmie­niło.

- Oczy­wiście - jęknął młodzie­niec.

Z łazien­ki słychać było prze­kleństwa maj­stra.

- Kurczę - wes­tchnęła nasłuchując. - Wygląda na to, że w każdym po­miesz­cze­niu jest coś do po­pra­wy... Przy­najm­niej tak uważa maj­ster..

- Cze­pia się - wy­ce­dził chłopak. - Zwy­czaj­nie się cze­pia.

Iza­be­la z tru­dem doszła do przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go. Żałowała, że nie przy­je­chała sa­mo­cho­dem. Co praw­da usłużny maj­ster za­pro­po­no­wał jej podwózkę do cen­trum, ale przy­tom­ny pra­cow­nik de­we­lo­pe­ra przy­po­mniał mu, że cze­ka na nich ko­lej­ny klient po odbiór miesz­ka­nia.

Przy­sta­nek nie znaj­do­wał się da­le­ko od bu­do­wa­ne­go osie­dla, ale dro­ga, która do nie­go pro­wa­dziła, nie była ani łatwa, ani przy­jem­na. Zabłoco­na, usia­na dziu­ra­mi ulicz­ka skręcała obok po­nu­ro wyglądającego usy­pi­ska gru­zu, a jesz­cze da­lej zmie­niała się w praw­dzi­we ba­jo­ro. W tę stronę Iza­be­la przy­je­chała taksówką, nie zwra­cając uwa­gi na wa­run­ki do­jaz­du. Z po­wro­tem jed­nak za­pragnęła po­znać bliżej oko­licę, w której już nie­ba­wem miała się osie­dlić.

Wi­dok po­zo­sta­wiał wie­le do życze­nia. Gdzie okiem nie sięgnąć - bu­do­wy, be­to­niar­ki, dźwigi, zwały pia­sku i po­je­dyn­cze osnu­te bu­dow­la­nym pyłem drze­wa.

A jed­nak kie­dyś będzie tu ład­nie, pomyślała Iza­be­la. Gdy już wszyst­ko się wy­bu­du­je, gdy po­wstaną uli­ce, chod­ni­ki, skle­py, pla­ce za­baw. Zie­lo­ne skwe­ry z ławecz­ka­mi, może na­wet park. Kie­dyś na pew­no będzie tu ład­nie. Ale czy kie­dykolwiek po­ko­cham to miej­sce tak, jak Aleję Bzów? Czy kie­dykolwiek miesz­ka­nie w tym blo­ku nazwę swo­im do­mem? - za­sta­na­wiała się Iza­be­la.

Kie­dy do­tarła na przy­sta­nek, au­to­bus właśnie pod­jeżdżał. Szczęśliwa, że nie mu­siała długo cze­kać, usa­do­wiła się na po­je­dyn­czym miej­scu za kie­rowcą. Tuż za nią, na podwójnym sie­dze­niu drze­mała młoda dziew­czy­na, opar­ta głową o szybę. Iza­be­la też po­czuła zmęcze­nie całym dniem i gdy­by nie dźwięk komórki, za­pew­ne przyłożyłaby głowę do okna i odpłynęła w sen.

Dzwo­nił Wik­tor. Za­pro­po­no­wał ko­lację na mieście. Do­pie­ro wte­dy Iza­be­la po­czuła de­li­kat­ne ssa­nie w żołądku; od rana nic nie jadła. Zgo­dziła się, pod wa­run­kiem że nie będzie jej za­da­wał żad­nych pytań co do tego, gdzie była i jak spędziła dzień.

- A cóż to za ta­jem­ni­ce? - zdzi­wił się Wik­tor. - Gdzie byłaś? Od­wiozłem cię prze­cież do re­dak­cji... Gdzie po­tem po­je­chałaś?

- No właśnie tego nie chcę ci po­wie­dzieć. Do­wiesz się w swo­im cza­sie.

- Iza­be­lo! Gdzie byłaś?

- Nie po­wiem. Jeśli chcesz, żebyśmy się dzi­siaj zo­ba­czy­li, to nie za­da­waj pytań. W prze­ciw­nym ra­zie jadę do sie­bie.

- Do­brze, nie będę za­da­wał pytań. Gdzie je­steś? Przy­jadę po cie­bie.

Iza­be­la wyj­rzała przez okno, au­to­bus mijał właśnie ron­do Sta­rzyńskie­go.

- Spo­tkaj­my się przed głównym wejściem do zoo.

- Byłaś w zoo?

- Niedługo obok nie­go będę, jadę te­raz au­to­bu­sem. Spo­tkaj­my się za dzie­sięć, piętnaście mi­nut.

Kie­dy Iza­be­la do­tarła na umówio­ne miej­sce, Wik­to­ra jesz­cze nie było. Sa­mo­cho­dy jadące wzdłuż Wisły le­d­wie się po­su­wały. Szyb­ciej byłoby na pie­chotę, pomyślała, żałując, że wy­brała ta­kie nie­for­tun­ne miej­sce spo­tka­nia. A jed­nak szyb­ko od­zy­skała hu­mor, ob­ser­wując wy­chodzące z zoo uśmiech­nięte dzie­ci. Już nie­ba­wem przyj­dzie tu z Oliwką, kupi jej ko­lo­ro­wy ba­lo­nik i watę cu­krową, pokaże hi­po­po­ta­ma i małpy, a po­tem wspólnie z Mo­niką usiądą na ławce w po­bli­skim par­ku i będą ob­ser­wo­wały bie­gającą, ra­dosną Oliwkę. Już nie­ba­wem...

- Strasz­ne kor­ki - usłyszała głos Wik­to­ra tuż za sobą. - Ja­kie mamy pla­ny?

- Głodna je­stem - przy­znała, całując go na przy­wi­ta­nie. - Może zje­my za­pie­kankę? - Spoj­rzała roz­ma­rzo­nym wzro­kiem w stronę bud­ki na­prze­ciw­ko.

- Za­pie­kankę? Wolałbym porządny stek.

- Ale ja je­stem na­prawdę głodna, a przez te kor­ki możemy stra­cić wie­le cza­su, nim gdzieś do­je­dzie­my, mogę umrzeć z głodu... Na pew­no umrę z głodu. Chcę za­pie­kankę. Proszę, proszę...

- No do­brze. Te­raz za­pie­kan­ka, a po­tem porządna ko­la­cja. Może wy­duszę z cie­bie, gdzie byłaś.

- Miałeś nie pytać!

- Nie bądź dziec­kiem! Ro­bisz ta­jem­ni­ce, a prze­cież ja nie mam przed tobą żad­nych.

- Czyżby?

Wik­tor wes­tchnął, kręcąc głową.

- No do­brze - zgo­dziła się w końcu. - Po­wiem ci. Byłam oglądać swo­je nowe miesz­ka­nie.

- Już wy­bu­do­wa­li?