*
Pierwszy dzień szkoły po wyjątkowo w tym roku długich feriach świątecznych oznaczał jedno - koszmar. Dzieciaki nafaszerowane Bóg wie jakimi konserwantami, cukrem i sztucznymi barwnikami dosłownie kipiały od nadmiaru energii. Oczywiście były nieprzygotowane do lekcji, bo kto by sobie w Trzech Króli zadał trud zajrzenia do zeszytu, aby sprawdzić, o czym to mówili na języku polskim w grudniu.
Tylko spokojnie. Przecież to lubię, pomyślała Ewa, patrząc w swoje niewyspane odbicie w lustrze szkolnej toalety. Lubię uczyć i lubię moich uczniów. Wszystko wróci do swojego rytmu.
I właśnie wtedy została dokumentnie wybita z rytmu, bo do łazienki wszedł obcy mężczyzna. W pierwszej chwili Ewa pomyślała, że to nowy wuefista, o którym wspominała dyrektorka jeszcze przed świętami. Tyle że tamten miał dołączyć do grona dopiero w drugim półroczu, a ponadto ten tutaj zdecydowanie nie wyglądał na nauczyciela. Raczej na... Sama nie wiedziała. Woźnego? Hydraulika?
- Dzień dobry. Pani Krasicka? - zaburczał.
- Tak - odparła Ewa ostrożnie. - Dzień dobry.
- Wćk.
- Słucham?
- Wójcik.
- Aaa. Tata Sławka Wójcika?
Pokiwał głową. Wysoki, szpakowaty na skroniach, ubrany w ciemne sztruksy i marynarkę. Właściwie całkiem niezły facet. W każdym razie tak można by go ocenić, gdyby się ogolił. To przez ten kilkudniowy zarost - i może jeszcze przez cienie pod oczyma - wydał jej się na początku jakiś niechlujny.
Sytuacja była dość niecodzienna, Ewie raczej rzadko zdarzały się spotkania w toalecie, zwłaszcza z rodzicami uczniów.
- Chce pan... skorzystać? - zapytała.
Właściwie istniała taka możliwość, bo szkoła nie dysponowała osobną łazienką dla rodziców.
- Nie, nie - stropił się Wójcik. - Absolutnie. Ja... Syn mi powiedział, że pani tu weszła, a ja nie wiedziałem, że to ubikacja. A może pani jeszcze...? - Teraz on wskazał dłonią na drzwi, za którymi znajdował się klozecik.
Robiło się coraz bardziej interesująco. Może powinnam przytaknąć, pomyślała Ewa, a on by tu poczekał i potrzymał mi drzwi. W końcu jesteśmy w podstawówce.
- Przyszedł pan porozmawiać o ocenach Sławka? - zapytała, aby odpędzić tę wizję. Kiedy skinął głową, wskazała drzwi na korytarz. - W takim razie zapraszam na piętro, weźmiemy z pokoju mój laptop i pójdziemy do klasy, tam będzie trochę ciszej.
Mężczyzna wydawał się równie skrępowany jak ona, kiedy wyszli we dwójkę z toalety i skierowali się na piętro. Ewa starała się nie zauważać zdziwionych spojrzeń dziewczynek ze starszych klas.
Sławek Wójcik był jednym z tych uczniów, których oceny Ewa mogłaby podać, nawet nie otwierając dziennika. Po prostu stawiano mu prawie same jedynki. Chciała jednak zajrzeć do zakładki z uwagami, bo w niej znajdowały się - zanotowane przez nauczycieli - informacje o wybrykach chłopca. Plucie na dzieci i pedagogów (wychylał się za barierkę z ostatniego piętra i czekał, aż ktoś się pojawi na dole), wulgaryzmy, filmiki porno w telefonie, kradzież słodyczy jakiemuś dziecku z drugiej klasy...
Oczywiście uwagi odczytywała na bieżąco matce. Ta jednak - kobieta o skórze spalonej w solarium, olśniewających porcelanowych zębach i różowych paznokciach długich na trzy centymetry, a przy tym tak chuda jak jedna noga Ewy - robiła tylko buzię w ciup i mówiła:
- No ja już nie wiem, kompletnie sobie z nim nie radzę. Niech się wreszcie ojciec zajmie wychowywaniem, bo ja zupełnie nie mam na tego dzieciaka wpływu. Do ośrodka jakiegoś go oddać czy co?
Szczerze mówiąc, Ewa też nie miała żadnego wpływu na Sławka, tym bardziej że trafił do jej klasy niedawno. Został przeniesiony na początku listopada - po tym, jak pobił dziewczynkę z szóstej a. Ponieważ był to kolejny jego wybryk, dyrekcja uznała, że czas na poważniejsze konsekwencje niż tylko nagany. W statucie szkoły jako wyższą niż nagana karę przewidziano właśnie przepisanie ucznia do równoległego oddziału, potem zostawało już tylko przeniesienie do innej szkoły. W skrytości ducha Ewa marzyła o tym ostatnim, odkąd chłopak po raz pierwszy pojawił się na jej lekcji. Był arogancki, zimny, ostentacyjnie obojętny i zbuntowany. Już po tygodniu, kiedy zorientowała się nieco w temacie, zaprosiła do szkoły jego matkę - na tę właśnie rozmowę, z której kompletnie nic nie wynikło.
W drodze do klasy, próbując przekrzyczeć straszliwy wrzask setki dzieciaków, Ewa opowiedziała panu Wójcikowi o tamtym spotkaniu oraz o kolejnej wywiadówce, na której mama chłopca się pojawiła, by znów stroić zatroskane miny. Ale tu przecież nie o jej miny, do diabła, chodziło.
- Może powinni państwo przyjść razem - zaproponowała Ewa, kiedy wreszcie weszli do sali i mogła mówić normalnym tonem. - Poprosilibyśmy Sławka, żeby usiadł z nami. Trzeba spróbować się porozumieć.
- Porozumieć, mówi pani - mruknął Wójcik sceptycznie.
Uruchomiła laptop, zalogowała się i wyświetliła zestawienie ocen chłopca. Mężczyzna przez kilka sekund wpatrywał się w cyfry: ciąg jedynek z matematyki, to samo z języka polskiego. Ewa zaczęła się niepokoić, bo za chwilę miał zadzwonić dzwonek, a ona bardzo nie chciała, żeby była to jeszcze jedna bezowocna rozmowa o tym, jak to nikt sobie nie radzi z dzieckiem.
- Rozumiem, że nie znał pan stopni syna? Nie logował się pan na konto rodzica?
A ponieważ pokręcił głową, wskazała mu myszkę.
- Proszę, może pan najechać kursorem - zademonstrowała - i sprawdzić, z czego są poszczególne oceny.
Tak też uczynił i znów przez kilka sekund milczał.
- To nawet z czytania ma jedynkę? Jakby wcale nie umiał czytać? - zapytał nagle, wskazując palcem ocenę opisaną jako "głośne czytanie".
- Nie mogłam ocenić, czy umie. Odmówił.
- Co takiego?!
- Odmówił czytania. Rozumie pan, pytam wszystkich uczniów. Nawet w czwartej klasie mają jeszcze kłopoty z płynnością, teraz technika czytania wśród dzieci leży... A Sławek powiedział, że nie będzie czytał na głos, bo nie potrafi.
- Ale dlaczego?
- Liczyłam na to, że pan mi to wyjaśni. Może rzeczywiście nie umie, niektóre dzieci jakimś cudem prześlizgują się do czwartej klasy, choć nie opanowały tego, co powinny. Ja tak naprawdę dopiero poznaję pańskiego syna, jestem jego wychowawczynią raptem od dwóch miesięcy. Ta jedynka nie jest karą, proszę tego tak nie traktować. Stanowi tylko informację, że chłopiec nie czyta.
- Rozumiem. - Wójcik zamilkł na długo. Zamyślony, pocierał dłonią nos. - Ale on umie, zapewniam panią. Umie czytać. Jest wielkim fanem Harry'ego Pottera i Percy'ego Jacksona. Wręcz pochłania kolejne tomy.
Ewa za wszelką cenę starała się nie okazywać po sobie zdumienia. Odnosiła wrażenie, że zaszła jakaś pomyłka. Chyba mieli na myśli dwóch różnych chłopców. Sławek, którego uczyła, nie wyglądał na kogoś, kto przeczytał w życiu choć jedną książkę. Nie chciała tego mówić siedzącemu naprzeciw mężczyźnie, który tymczasem odwrócił wzrok od ocen syna, ale głowę miał wciąż pochyloną, jak człowiek pozbawiony sił, by ją dźwignąć.
- Wracając do pani propozycji - rzekł po chwili milczenia. - Żebyśmy się spotkali wszyscy razem. Widzi pani, to raczej niemożliwe. Moja żona właśnie wyjechała. Zostawiła list... I wyjechała.
Ewa odniosła wrażenie, że Wójcik mówi o tym z jakąś mściwą satysfakcją. Dziwne to musiało być małżeństwo, zresztą matka chłopca także była według Ewy dziwna. Ojciec z kolei - teraz, gdy minęło pierwsze negatywne wrażenie - wydawał się w porządku, z gatunku tych rozsądnych, no ale gdzie, do cholery, podziewał się przez te lata; Sławek był już w czwartej klasie, a kłopoty sprawiał chyba od zawsze. W dokumentacji klas początkowych odnotowano, że matka kontaktowała się z wychowawczynią systematycznie, była jednak kompletnie niewydolna wychowawczo, nie skorzystała z zajęć "Szkoły dla rodziców", nie chciała także przebadać dziecka w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Jedyne, czego Ewa nie sprawdziła, to dlaczego poprzednia wychowawczyni nie zaprosiła na spotkanie właśnie ojca.
- Szkoda, że żona akurat wybrała się w podróż - odezwała się wreszcie. - Ale czy mogę zapytać, dlaczego dotąd nie kontaktował się pan ze szkołą?
- Ja? - Wójcik zaśmiał się dziwnie, jakby zakaszlał. - Ja, proszę pani, jestem od zarabiania pieniędzy. Pracowałem w Irlandii. Żaneta zawsze chciała więcej: a to mieszkanie za małe, a to nowy samochód jej potrzebny... Od pięciu lat mój dom był tam, a ona nie zamierzała się do mnie przenieść, mówiła, że byłby problem, bo dzieciak przecież musi chodzić do szkoły, a języka nie zna i będzie miał jeszcze większe kłopoty z nauką, niż ma tutaj. Przyjeżdżałem tylko kilka razy w roku, a do siebie zabierałem Sławka podczas wakacji. Ale wtedy jest najlepszy sezon w mojej robocie, wie pani, więc nie mogłem go brać na całe dwa miesiące, raptem na tydzień czy dwa...
- A czym się pan zajmuje?
- Jestem... głównie fliziarzem - przyznał z jakimś dziwnym wstydem. - Kafelki kładę.
Chciała mu powiedzieć, że to niezły zawód, ale zadzwonił dzwonek i Wójcik zerwał się jak oparzony.
- Przepraszam. Przeze mnie pani w ogóle nie miała przerwy.
Rozbawił ją tym i ujął jednocześnie.
- To miłe, że pan o tym pomyślał. Pracuję tu od dwudziestu lat, rodzice od zawsze traktują przerwy jako czas na wywiadówki, ale jak dotąd nikt nigdy nie zauważył...
- Moja mama była nauczycielką - wszedł jej w słowo. - Pamiętam, jak wyglądała, kiedy wracała do domu po ośmiu lekcjach i dyżurze. Jak wyżęta ściereczka. Ale wracając do Sławka, kiedy moglibyśmy dokończyć tę rozmowę? My obaj... Naprawdę potrzebujemy pomocy.
Coraz bardziej jej się podobało jego nastawienie.
- Kończę o piętnastej dwadzieścia - odparła. - Jeśli znajdzie pan czas o tej godzinie, proszę czekać pod pokojem nauczycielskim.
Kiwnął głową, pożegnał się i wyszedł szybko. Ewa zdążyła jeszcze zauważyć, że ma ładnie wykrojone usta i ciemny od zarostu dołek w brodzie. Potem wpuściła dzieciaki do klasy i zapomniała o męskich podbródkach oraz innych częściach ciała, ponieważ przez kolejne czterdzieści pięć minut usiłowała wtłoczyć do uczniowskich głów, co to jest podmiot, a co - orzeczenie.
Ojciec Sławka nie przyszedł o piętnastej dwadzieścia pod pokój nauczycielski. Dla przyzwoitości Ewa odczekała jakieś pół godziny, przy okazji sprawdziła kartkówki z czasownika - do domu zostało jej jedynie kilkanaście wypracowań, komplet sprawdzianów ze słowotwórstwa, przygotowanie kart pracy do lektury na jutro i zaległy protokół z rady pedagogicznej. Damy radę, pomyślała. Zawsze dajemy.
Przypomniała sobie, że miała zadzwonić do mamy, dawno się do niej nie odzywała. Odbębniła telefon, jak zwykle tłumiąc schowane gdzieś głęboko poczucie winy, że matka mieszka sama. Jej głos może nie brzmiał smutno, ale Ewa wiedziała swoje. To wieczne "wszystko w porządku, córeczko" wypadało tak cierpiętniczo. Tymczasem Ewa wolałaby, żeby mama wygarnęła jej wszystkie swoje żale, zamiast bohatersko milczeć.
Ponieważ dochodziła czwarta, a Wójcik się nie zjawiał, uznała, że albo wydarzyło się coś naprawdę ważnego, albo ona jednak kompletnie nie zna się na ludziach. Tak czy owak, poszła do domu, choć mówiąc szczerze, wcale nie miała na to ochoty. Ostatnio coraz częściej odkrywała, że lepiej czuje się w pracy niż we własnym domu, z własną córką.
Gdyby wiedziała, że dziś zastanie także Mirka, pewnie przesiedziałaby do wieczora i posprawdzała te wszystkie sprawdziany w szkole.
Ciąg dalszy w wersiji pełnej