Chciałbym zadedykować tę książkę wszystkim, którzy choć raz w życiu usłyszeli: "ty ćpunie pierdolony". Tym, od których odsunęli się najbliżsi, tym, którzy zostali skreśleni, wykluczeni z bycia człowiekiem, być może okradzeni. Nie tylko z godności, ale też fizycznie z kasy. Przez "przyjaciół", przy których najbardziej wyrafinowani w wyrachowaniu dilerzy narkotykowi to dalej dystyngowane ostoje moralności. Kiedy ludzie stawiają na tobie krzyżyk, skreślają cię i czekają, aż zaćpasz się na śmierć, twój nałóg jest im na rękę. Kiedy umrzesz, nikt nie dowie się o ich kurestwie. Dragi (w tańszej i przystępniejszej wersji - alko) to próba pójścia na skróty w jednym konkretnym celu podróży zwanej życiem. Szczęście. Szczęście to cel każdego człowieka na ziemi. Ej, stara albo stary - nie budzisz się przecież rano z myślą: "Spierdolę sobie dziś życie". Otwierasz oczy bardziej z nadzieją, że to właśnie dziś jest ten dzień, w którym wszystko się zmieni i będzie tak, jak wyobrażasz sobie szczęście. Rodzina, stabilizacja, miłość, kariera, zdrowie, Porsche, dom pod miastem albo apartament pod topowym adresem w mieście. Stado rasowych psów albo jeden ze schroniska. Ile ludzi, tyle definicji albo combo w postaci kilku naraz. Także mam swoją wersję. Dość jasną i konkretną. Walka o szczęście jest cholernie trudna, a ja byłem takim idiotą, że w porę się nie zorientowałem, że brak szczęścia naturalnego zastępuję szczęściem syntetycznym. Chemicznym. Sztucznym. Podstępne szatańskie gówno. Gówno, które obróci twoje życie w popiół.
W Nowym Jorku jestem krótko. Pierwszego dnia mieszkania w Chelsea na Manhattanie poznaję Polę. Pola wygląda jak modelka - może dlatego, że w sumie to... jest modelką. Taką chyba nawet topową. Mieszka tu od 16. roku życia z przerwami na wypady do innych światowych stolic mody. Mediolan, Paryż, Singapur czy inne takie miejsca, gdzie piękna, wysoka i chuda dziewczyna musi założyć na siebie kieckę po to, żeby inna dziewczyna stojąca na przystanku autobusowym i patrząca na reklamę z Polą pomyślała, że w takiej samej sukience też będzie wyglądać tak wspaniale jak ona. Chodzi również oczywiście o zazdrość koleżanek, bo po co innego kupuje się drogie ciuchy? Jest zaledwie cztery lata młodsza ode mnie, a do dziś robi kampanie dla dość znaczących światowych marek. Moja ekstrawertyczna natura nie pozwoliła mi nie opowiedzieć jej o tematyce książki, którą tu kończę. Domyślasz się, że Pola mogłaby zrobić profesurę na podstawie obserwacji upadku kolejnych karier przez nienajlepsze decyzje podjęte o 6:00 nad ranem pod wpływem tego szajsu. Na Williamsburgu w jednej z hipsterskich knajp słuchałem jej opowieści o ludziach, których nie mam prawa znać, a jednak znam tak doskonale.
Każda kolejna historia o manii prześladowczej była moja. O tym, jak wydaje ci się, że ktoś cię śledzi, co w pewnym momencie doprowadza cię do obłędu. O tym, jak skrajnie zdenerwowany szukasz kamer, które cię obserwują, i agentów, którzy obserwują twój dom. Agentów czego? Jakiej organizacji? A cholera wie. Wywiad, Policja, Interpol, mózg może stworzyć tak kosmiczne ciągi przyczynowo-skutkowe, że sam Steven Spielberg byłby pod wrażeniem. Agent w twoim nietrzeźwym łbie może też być prywatnym detektywem, wynajętym przez kogoś, kto cię nie lubi. Na przykład twoją xx, która zbiera dowody po to, żeby cię skompromitować. Ćpanie samo w sobie jest nielegalne, więc budzi lęk. Substancja ten lęk podbija, a z twojej pamięci, niczym genialny bibliotekarz, wyciąga realne lęki i traumy, łącząc je z kosmicznymi teoriami na temat tego, co aktualnie dzieje się dookoła ciebie, kiedy jesteś naćpany. Stojąca przed twoim oknem stara baba, która złowieszczo się rozgląda, raz po raz zerkając w twoje okno, dla twojego mózgu staje się policjantką pracującą undercover. Jej cel to rozpracowanie cię i zamknięcie do pudła, co oczywiście zrujnuje twoje życie. Ta baba w realu rozgląda się kompletnie bez sensu, bo w rzeczywistości wyprowadza psa, który aktualnie sra, i czymś musi zabić czas, więc patrzy w prawo i lewo. I wcale nie ma w uchu tajnej słuchawki, dzięki której łączy się z jakimś Rambo z bazy, tylko drapie się po uchu, bo ją coś swędzi... Ty wiesz jednak swoje i nic cię nie przekona, że jest inaczej. Nasłuchujesz w nocy dźwięków w twoim bloku. Szmerów, kroków, każdy cię przeraża. Do tego jesteś przekonany, że twoja dziewczyna zdradza cię z twoim najlepszym przyjacielem, a telefon ma zainstalowane oprogramowanie, które ściąga twoje wiadomości. W krytycznym momencie widzisz już na nim lecące niczym tsunami z góry do dołu cyfry w ciągach zero-jedynkowych. Dokładnie jak w matriksie, a to dlatego, że widziałeś kiedyś film Matrix, a twój mózg napędzany tablicą Mendelejewa z białej krechy właśnie teraz uruchamia ten malutki detalik i wrzuca go na ekran smartfona, który w rzeczywistości dalej wyświetla tapetę z twoją dziewczyną. Ale ty widzisz matrix i wiesz, że ta dziewczyna w tej chwili się puszcza, i to z twoim najlepszym kumplem. To jest kokaina, to jest ten szajs, kiedy przestaje być miło! A przestaje bardzo szybko.
Nawet nie wyobrażasz sobie, jak kosmicznym momentem jest zdanie sobie sprawy, że to, co widzisz, ale tak, kurwa, namacalnie, tak jak widzisz tę książkę, którą czytasz, albo to, co dzieje się przed maską twojego cholernego samochodu, kiedy słuchasz tego audiobooka, jest fikcją! Nie wiem, czy potrafię znaleźć słowa, które mogą oddać 5 procent tego, co wtedy czujesz. Myślę sobie, że gdyby w czasach, kiedy wyskakiwałem z autobusu, by przesiąść się do tramwaju tylko po to, żeby po kokainie zgubić pościg (sic!), ktoś dał mi tę książkę, to o wiele wcześniej zorientowałbym się, że z moją głową jest już źle. Uznajmy, że mi odpierdoliło po to, żeby tobie nie musiało. Jest to jakaś wartość dodana? Na przykład taka, która uratuje życie tobie albo komuś ci bliskiemu. A propos kogoś bliskiego: pamiętam pewną scenę. Jestem wielkim fanem rolek, nie tych z Instagrama, ale do jazdy. Wiesz - łyżwy latem. Zawsze wożę je w bagażniku, a gdy tylko mam chwilę między spotkaniami, natychmiast wykorzystuję czas na jeżdżenie. Mam swoje ulubione miejsca w Warszawie, gdzie można idealnie spędzać tak czas. Warszawa jest pod tym względem wspaniała. Jedną z moich ulubionych tras jest okolica Belwederu i Parku Łazienkowskiego. Wkładam więc moje rolki na przystanku obok Pomnika Piłsudskiego i widzę, że obok siedzi bardzo eleganckie starsze małżeństwo. Jest piękny, niemal tropikalny lipcowy wieczór. Mimowolnie przysłuchuję się ich rozmowie.
- Zupełnie nie wiem, co się dzieje z Tomkiem - mówi zatroskana starsza pani. Z kontekstu rozmowy zrozumiałem, że Tomek to mąż ich córki. - Ostatnio zrobił taką awanturę! A kiedy ona powiedziała, że się wyprowadzi, zaczął być agresywny, rozrzucał rzeczy, później wyrwał kable od modemu i z telewizora.
"Oho, no to jesteśmy w domu", pomyślałem sobie, bo zrywanie kabli brzmiało bardzo znajomo. Później usłyszałem historię o tym, że Tomek zarzuca swojej żonie liczne zdrady, śledzi ją, a ona nie za bardzo wie, jak ma się przed tym bronić.
Dokończyłem wiązać rolki, podszedłem do nich i mówię:
- Drodzy państwo, mam na imię Filip i chcę tylko powiedzieć, że wasz zięć jest uzależniony od narkotyków.
- To niemożliwe! Nie nasz Tomek! - odpowiedzieli mi zaskoczeni i trochę oburzeni moją sugestią.
W kilku zdaniach opowiedziałem o sobie, wytłumaczyłem, że Tomek potrzebuje natychmiastowej pomocy. Robi schematyczne rzeczy, charakterystyczne dla każdego narkomana.
Mam nadzieję, że Tomek już jest na terapii, bo ten obłęd może skończyć życie. Nie dlatego, że siądzie ci pikawa. Moja udowodniła, że to dość odporna maszyna. Mówiąc wprost, w pewnym momencie tak ci odjebie, że wyskoczysz z okna przez swoją własną histerię doprowadzoną do granicy życia i śmierci. Co na chwilę przed skokiem z balkonu czuł Liam Payne z One Direction? Jaka była jego motywacja do śmiertelnego kroku nad barierkę prosto w kierunku betonowego tarasu na dziedzińcu hotelu w Buenos Aires? Czuł, że ktoś go goni? Że odkrył jego mroczne sekrety, a może poczuł się skrajnie niekochany i nieszczęśliwy? W trzeźwej głowie byłoby mu przykro, po alkoholu byłoby mu bardzo przykro, a później by zasnął. Po dragach wyskoczył z okna. To gówno go zabiło. Ja się powiesiłem. On wyskoczył. Mój sznur pękł w ostatniej chwili, on nie miał poduszki ratunkowej.
Jeśli nie wierzysz w Biblię, Boga, a więc i w piekło, to pomyśl o kokainie. Stawiam wszystkie swoje pieniądze, że musiał wymyślić ją osobiście sam szatan, bo to, co ta substancja robi z twoją głową, to praktycznie biblijne piekło jeden do jednego, a zaczyna się tak niewinnie. Właśnie od szukania szczęścia. Proste, prozaiczne marzenie każdego człowieka na ziemi. Wtem Ewa daje ci jabłko - ładne, piękne, rajskie - i jest jak w raju. Ten raj nie wygląda jak rysunkowe obrazki z grubej świętej książki. Przecież twój raj jest całkiem inny. Współczesny. Z głośników sączy się głęboki bas, purpurowe światło klubowych reflektorów zamienia pomieszczenie w przestrzeń z innej galaktyki i ty też tam zaraz będziesz razem z pierwszym pociągnięciem sproszkowanego szczęścia. Gdyby genialny Banksy miał gdzieś na świecie namalować na murze biblijną scenę z Adamem i Ewą, to jabłko powinna zastąpić przezroczysta mała torebka z białymi grudkami w środku. Kokaina uwodzi od pierwszego zaciągnięcia się na imprezie w kiblu, w biurze, przy stole na domówce i mnie także uwiodła... Na krótko, ale za to bardzo intensywnie. Psychologowie czy psychiatrzy badający mój przypadek uważają, że jest on bardzo nietypowy. Wyobraź sobie, że kiedy sreberko z białym proszkiem trafiło do mojej dłoni w telewizyjnym korytarzu, miałem 35 lat i nigdy wcześniej nie widziałem tego na oczy. To znaczy, widziałem w filmach lub serialach. Wiedziałem, że coś takiego istnieje, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mógłbym tego potrzebować. Biblijnym wężem okazał się ktoś, kogo znałem i komu ufałem. Ten ktoś powiedział, że widzi mój strach i lęk przed światem. Tak faktycznie było. Trafił w sedno. Kolejne fale hejtu zmiatały mnie miarowo z planszy. Praca na topowym stanowisku prezenterskim topowej stacji telewizyjnej robi z ciebie genialny obiekt do obrzucania gównem. Najgorsze nastąpiło, kiedy jacyś idioci postanowili mnie zniszczyć, masowo wysyłając mi zdjęcia rozbitego auta, w którym leżał mój nieżyjący syn. Nigdy wcześniej nie widziałem tego obrazu. Niszczyłem wszystkie listy w tej sprawie. Z policji, prokuratury, sądu. Nie potrafiłem wziąć ich do ręki. Robiłem wszystko, żeby tego nie zobaczyć. Nagle to zdjęcie powielone setki razy. Wszędzie. I komentarze. "Dobrze ci tak", "Patrz na truchło swojego bachora". To był ten moment. Zabrałem to sreberko do domu. Rozpakowałem. Zgodnie z instrukcją mojego przyjaciela rozdrobniłem zawartość kartą płatniczą i wciągnąłem przez słomkę lewą dziurką nosa. Ból, cierpienie, nerwy, złość w kilka sekund zostały zastąpione przez błogość. Szatan wiedział doskonale, że to jest dokładnie ten moment. Moment, który miał zaprowadzić mnie do śmierci w męczarniach. Bo tylko o to mu chodzi.
Zanim zaczniemy, muszę cię tylko uprzedzić o czymś, co pewnie już dało się zauważyć - ta książka ma ADHD, tak samo jak ja je mam. Oficjalnie zdiagnozowane na początku lat 90. Wątki będą podziurawione dygresjami wielkości dziur w ementalerze - to szwajcarski ser, który ma największe otwory w serowym monolicie. Chociaż umówmy się, akurat ten serowy wtręcik był bardziej jak dziurka w goudzie. Malutka. Zaczynamy.