ISzczęście ma na imię... Małpa!
W sklepiku Neon-Zoo śmierdziało. Przegniła ziemia, zafajdane trociny i parująca woda z akwariów i terrarium tworzyły mikroklimat prawie tropikalnej dżungli. Światło marnej lampki nad biureczkiem Łysego, właściciela lokalu, który prowadził wspólnie z żoną, ginęło w aurze świetlówek oraz promienników cieplnych nad zbiornikami i klatkami. W płytkich kuwetach na ladzie kotłowały się czerwone robaki, grube i błyszczące od śluzu. Akwaria były pełne rybiego drobiazgu, wśród którego sunęły majestatycznie skalary. Na jednej ścianie wisiało kilka klatek z kolorowymi ptakami, których świergot układał się w monotonny szczebiot, współgrając z pracą kompresorków tłoczących powietrze dla żyjątek wodnych. Słoje, kuwety z pijawkami i ślimakami. Regały z torebkami pokarmu dla tego całego towarzystwa. Na podłodze klatki ze świnkami morskimi, chomikami i myszkami. W oknie wystawowym dwa wyjątkowe eksponaty: klatka z osowiałą czerwono-żółtą sporą papugą, która mimo naszych wysiłków nie chciała niczego powiedzieć, oraz druciany domek dla małpki. Choć małpiątko było niewielkie, to właśnie ono przykuwało uwagę zarówno kupujących, jak i przechodniów z Grochowskiej. Akwaria bulgotały miarowo. Marzyły nam się jaskrawe bojowniki z Sumatry, majestatyczne skalary i welony z płetwami jak firanki, ale ze skromnego kieszonkowego starczało nam ledwie na zwykłe gupiki. Czasem Łysy za grosze odkupował od nas nadmiar narybku. Kiedyś przyczaiłem się za drzwiami i podpatrzyłem, co z nim robi. Wlał nasze gupiki do mrocznego, zasłoniętego zbiornika na zapleczu. Woda nagle zakipiała, z dna wystrzeliły jakieś cienie. Na podwórku od razu poszła fama, że Łysy trzyma w ukryciu amazońskie piranie!
Smutna małpka z wystawy gapiła się żółtymi ślepkami na chodnik, leniwie drapiąc się po tyłku. Na szybie od strony ulicy wisiała przyklejona plastrem duża kartka: "Nie drażnić małpy!!!". Pokazywaliśmy ją sobie palcami, a jak ktoś chciał komuś pojechać po całości, rzucał krótko: "Ryja masz jak ten rezus od Łysego".
Był koniec kwietnia. Staliśmy przed witryną sklepiku Neon-Zoo. Łysy kręcił się wewnątrz przy wystawie. Zabrał wypchanego bażanta, a na jego miejsce z namaszczeniem wstawił portret Gomułki, tego z łysiną i krzaczastymi brwiami. Obok wetknął dwie papierowe chorągiewki na patykach i tekturę z wykaligrafowanym napisem: "Niech się święci 1 Maja!!!". Małpa w klatce obok przestała gryźć jabłko i ciekawie łypała na czerwoną bibułę.
W odbiciu szyby zamajaczył za nami granatowy cień, zazgrzytały podkute buty. Dzielnicowy. Gruby, rozlany, w opiętym mundurze. Stanął, kiwnął z uznaniem głową, patrząc na portret i chorągiewki, po czym omiótł wzrokiem całą wystawę. Zastygł. Szczęka mu opadła. Zrobił krok w tył, a jego twarz w sekundę nabrała koloru rozgotowanego buraka. Znaliśmy ten grymas. Wycofaliśmy się szybko w chłodny cień muru najbliższej bramy. Dzielnicowy drżącymi paluchami odpiął skórzany pasek czapki i z wysiłkiem zaciągnął go sobie pod potrójnym podbródkiem. To był sygnał – ze zwykłego, spoconego gliny zmieniał się we wściekłego psa. Pchnął drzwi sklepiku tak, że aż zadzwoniły w nich szyby.
– Ja wam dam, prowokatorzy! Zobaczycie!!! – ryknął, będąc już w środku.
Wychyliliśmy się zza muru. Łysy wpadł w panikę, cofał się do ściany, bezradnie machając chudymi ramionami. Zza grubych szkieł okularów jego oczy wyglądały jak dwa spodki.
– Panie władzo... – zapiszczał cieniutkim, trzęsącym się dyszkantem. – Dzieciaki mi drażnią rezuska... dlatego ja tę kartkę... ona dla dzieci!
– Kogo... wam drażnią?! – zagrzmiał sierżant, plując śliną. – Jakiego... Jezuska?! Ja wam dam Jezuska!!!
Sięgnął do pasa. Biały banan gumowej pały ze świstem przeciął powietrze. Smagnął Łysego równo przez ramię. Ten pisnął, zwinął się w kłębek, zasłaniając dłońmi twarz z okularami. Sierżant szarpnął go za kołnierz kurtki, zaciągnął pod regały z ptaszkami i wykręcił mu do tyłu ręce. Chrzęst, zgrzyt – na nadgarstkach Łysego zatrzasnęły się kajdanki.
– Stać spokojnie... Nie ruszać się – wysapał milicjant.
Zostawił Łysego pod ścianą, cofnął się do wejścia, wypełniając całe przejście swoim wielkim brzuchem. Sięgnął do kieszeni na piersi po gwizdek na rzemyku. Fiiii-fiiiit! Dął w niego zapamiętale. Po minucie czy dwóch z klatki schodowej obok wypadli trzej faceci. W biegu naciągali na ramiona opaski ORMO. Jeden chyba wyskoczył prosto z wyra, bo miał na stopach zdeptane kapcie, drugi w pośpiechu coś przeżuwał, z ust kapał mu tłuszcz z niedojedzonego obiadu. Stanęli na baczność przed dzielnicowym, dysząc ciężko. Ten zmierzył ich krytycznym wzrokiem. Wyciągnął gruby palec i dźgnął w klatkę piersiową trzeciego, który wyglądał w miarę normalnie.
– Biegiem na Grenadierów! Niech przyjedzie patrol!
Ormowiec stuknął butami na "tak jest!" i potruchtał wzdłuż Grochowskiej.
– Stać i pilnować tego tam, w środku! – warknął sierżant do Żującego i Kapciowego.
Przed sklepikiem zaczęli gromadzić się przechodnie. Szeptali, wskazywali palcami postać w środku. Przyczłapał Muniek, nasz dozorca, ciągnąc za sobą rachityczną brzozową miotłę, i zaczął gorączkowo zamiatać chodnik, zezując do sklepiku.
Po kwadransie zza rogu Modrzewiowej wyjechał szaroniebieski gazik pod plandeką, z napisem MO na drzwiach. Kogut rzucał na mury niebieskie błyski. Ze środka wylazł oficer. Zamiast paska pod brodą miał krawat pod rozpiętym mundurem, a na pagonach widniały po trzy gwiazdki. Dzielnicowy wyprężył się jak struna, aż mu brzuch wywaliło jeszcze bardziej do przodu. Trzasnął obcasami.
– Obywatelu poruczniku! – zaryczał, salutując. – Melduję, że doszło do... obrazy władzy! – Dźgnął palcem w witrynę.
Porucznik leniwie odmachnął ręką. Podszedł do szyby. Spojrzał na małpę, która ze stoickim spokojem przeżuwała ogryzek, postukał knykciami w szkło. Małpa zmierzyła go obojętnym wzrokiem i odwróciła się do niego różowym zadkiem. Oficer ściągnął brwi, odwrócił się do dzielnicowego.
– Jaka obraza? O co wam chodzi, sierżancie? – zapytał z irytacją w głosie. – Co... małpa teraz obraża władzę, bo... żre jabłko? – Podszedł do dzielnicowego na wyciągnięcie ręki. Nachylił się i głośno wciągnął powietrze nosem. – Piliście coś? – zapytał cicho.
– W życiu, obywatelu poruczniku! – wrzasnął sierżant, prężąc się jeszcze bardziej. – Jestem po służbie, a poza tym to ja jestem niepijący!
Tłumek gapiów ryknął śmiechem. Sierżant łypnął na ludzi z taką wściekłością, że rechot ucięło jak nożem.
– Obywatelu poruczniku – syknął konspiracyjnie przez zaciśnięte zęby, wskazując na szybę. – Niech obywatel zauważy: tu portret towarzysza Wiesława, a wyżej... ta kartka!
Porucznik podszedł bliżej. Spojrzał na portret Gomułki. Potem uniósł wzrok. Nad ćwokowatą twarzą Gomułki wisiała kartka: "NIE DRAŻNIĆ MAŁPY!!!".
Oficer wypuścił powietrze przez zęby. Przetarł twarz dłonią.
– No... – mruknął w końcu. – Dziada do wozu, a kartkę... zerwać!
Ormowcy wyprowadzili Łysego. Facet zapierał się chudymi nogami o próg.
– A co ze zwierzętami?! Żona wyjechała, a one... muszą...! – Próbował jeszcze coś powiedzieć, ale kopniak ormowca zatrzymał dalsze słowa.
Oficer nawet nie mrugnął. Wsiadł do gazika.
– Rozpędzić gapiów. Sklep niech zabezpieczy dozorca! – rzucił przez okno i odjechali w tumanie spalin.
Dzielnicowy wszedł do sklepu, zdarł kartkę z szyby i pogasił światła. Złapał Muńka za ramię.
– Klucz jest w drzwiach. Pozamykaj ten bałagan, bo jeszcze małpa ucieknie... – zarechotał i odszedł, kołysząc się na boki.
Muniek przekręcił klucz w zamku, wyjął go i schował do kieszeni drelichowych spodni. Przez wystawową szybę wpatrywał się w małpę. Tłumek gapiów rozpłynął się w wieczornej szarówce. Zostaliśmy tylko my. W gardle miałem sucho jak wiór, ale wyszliśmy z cienia bramy i odważyłem się powiedzieć do milicjanta:
– Panie dzielnicowy... – zacząłem niepewnie.
Glina odwrócił się ciężko.
– Czego tu szukacie?! Do domu marsz! – warknął.
– Mamy sprawę.
Dzielnicowy przymrużył oczy.
– Co jest? – zapytał podejrzliwie.
– Bo to jest tak. Te ryby w akwariach muszą mieć włączone pompki, bez nich wyzdychają do rana... Małpa też musi jeść... Ptaki... chomiki i te myszy też nie wyrobią. A Łysy, no właściciel, szybko wróci?
Sierżant nabrał powietrza, żeby nas znowu opierniczyć, ale jakby się zaciął. Wypuścił głośno wiatr z płuc. We łbie wyraźnie ruszyły mu tryby. W końcu sam miał za blokiem spory gołębnik, a w nim ze dwadzieścia ptaków.
– Taaa – mruknął, drapiąc się po podbródku. – Fakt, zwierzaki nic nie zrobiły. Szkoda by było, żeby to wyzdychało. W końcu to jednak nie ich wina, a jak zdechną to i... smród się zrobi. Dacie radę o to zadbać? – zapytał.
– Sie wie! – wrzasnęliśmy chórem.
– Dobra, klucz ma Muniek. Będziecie brali go od niego, robicie, co trzeba i klucz z powrotem do niego. Zrozumiano?! – Nachylił się nad nami. – Ja was poznaję, wy z Aptecznej jesteście. Jakby co... to was znajdę!
Odwrócił się na pięcie, ale w jego głosie ewidentnie słychać było ulgę.
Przez cały tydzień rządziliśmy w sklepiku Neon-Zoo. Karmiliśmy narybek, dosypywaliśmy ziarna myszom. Wydzielaliśmy małpie jabłka i marchewkę. Zajrzeliśmy też z wypiekami na twarzy do mrocznego zbiornika na zapleczu. Żadnych piranii tam nie było – tylko wielkie, leniwe raki, które kłapały szczypcami w mętnej wodzie.
Po tygodniu Łysy wrócił. Stanął za ladą trochę chudszy, blady jak kreda, a dłonie trzęsły mu się tak, że nie mógł zapiąć równo kurtki. Stolik z małpą przesunął w najgłębszy, ciemny kąt sklepu, żeby nikt z ulicy nie mógł na nią patrzeć. Gdy nas zobaczył przez szybę, ożywił się. Zapukał w szkło i gwałtownie zamachał ręką, zapraszając do środka. Podeszliśmy do lady. Stało na niej białe tekturowe pudełko. Łysy rozwinął papier i uchylił wieczko. W środku leżało dziesięć rurek z puszystą bitą śmietaną. Najlepszych na świecie, prosto z Wiatraka. Łysy popatrzył na nas, poruszył bezgłośnie ustami, licząc. Wziął jedną dla siebie.
– Żeby było sprawiedliwie. Jest was trzech, więc po trzy na głowę – powiedział ciepłym głosem. Wsunął dłoń do kieszeni. Wyciągnął garść monet. – I jeszcze to się wam należy... Za opiekę nad nimi. – Ogarnął ręką wnętrze sklepiku. – Przepraszam, że tak niewiele, ale wiecie, ostatnio nie handlowałem. – Położył na ladzie monety. Wielkie, ciężkie dziesięciozłotówki, z profilem Kościuszki. – Dla każdego po dwie! Dziękuję wam, bardzo, bardzo wam dziękuję... – powtarzał, a oczy mu się jakoś dziwnie zaszkliły.
Wypadliśmy na zewnątrz oszołomieni. Dwie dychy! Słońce oślepiało, w ustach mieliśmy smak bitej śmietany, a w kieszeniach ciążył nam absolutny MAJĄTEK.
– Szczęście, szczęście ma na imię... Małpa! – wrzasnął Grucha na całe gardło.
Śmiejąc się do rozpuku, pognaliśmy chodnikiem przed siebie. Małpy od tamtego dnia nigdy już nie drażniliśmy. Była "nasza". Między sobą nazywaliśmy ją... "Jezusek".
Sklep trwa do dziś, choć małpy dawno już nie ma.
I jednej. I tej drugiej.