O tych właśnie podwórkowych, zamierzchłych i beztroskich czasach myślała Łucja, stojąc przy oknie i podążając palcem po szybie w ślad za kroplą deszczu. Marzył jej się cudowny powrót do przeszłości. Ileż by dała, by choć na chwilę znów znaleźć się pod blokiem, wśród podwórkowej zgrai dzieciaków. Żeby znów mieć jakieś dziesięć, dwanaście lat, bawić się w podchody, grać w klasy, komponować przepiękne widoczki z kwiatków i listków przykrytych kawałkami kolorowych szkiełek albo wywoływać duchy, drżąc ze strachu i emocji w mrocznych piwnicznych korytarzach. Ich podwórko było pod tym względem wyjątkowe. Blok był zamieszkany przez starszych ludzi, ich dorosłe już dzieci podrzucały dziadkom pod opiekę wnuki, które mieszkańcy wychowywali na starą modłę. Podczas gdy gdzie indziej wykwitały w hurtowych ilościach tabliczki z nakazami i zakazami, na ICH podwórku nadal słychać było uderzenia piłki odbijanej od ściany bloku w trakcie gry w króla skoczków, chodniki pałały jaskrawymi odcieniami kredy, dziewczynki skakały w gumę, a wieczorami, wrzeszcząc niemiłosiernie i radośnie kwicząc, ganiały się z chłopakami w berka. I nikomu to nie przeszkadzało. Ani kopanie piłki, ani rozstawianie namiotów na trawnikach, a już tym bardziej śmiechy i głośne przekomarzania. Tu, w tej enklawie dawnego, spokojnego czasu, czasu szczęśliwych trzepaków, obleganych przez dzieciarnię robiącą na nich akrobacje, czasu, gdy wspinano się po drzewach i biegano po piwnicach, czasu, który nawet jeżeli niezupełnie się zatrzymywał, to tu zwalniał, nadal uważano, że dzieciakom trzeba dać się wyszaleć, wybiegać i wybrudzić.
Tak, niewątpliwie Łucja miała szczęście, że jej dziadkowie mieszkali właśnie tam i tam upłynęła jej większość dzieciństwa. W ostatnich dniach często wracała wspomnieniami do tych szczenięcych lat, do ciepłej babcinej kuchni, do podwórkowej wspólnoty. Do tak naturalnego wtedy poczucia, że wszystko jest przed nią i że wszystkiemu podoła. I zapewne na tej fali wspomnień podjęła pewną decyzję. Zdała się na los, tak jak kiedyś robiła to wspólnie z dziewczynami. Ot, na przykład Miłka (pełnego imienia, Bogumiła - tak samo jak i Apolonia - nikt nie używał) mówiła:
"Jeżeli jutro mąż dozorczyni będzie miał czapkę na bakier, nie idziemy do szkoły, jak prosto, to idziemy, bo matematyczka na bank zachoruje i szkoda innych godzin".
Łucja szczególnie dobrze zapamiętała właśnie ten konkretny przypadek, bo wtedy pan Józek wyciął im niezły numer. Po raz pierwszy i chyba ostatni w życiu pojawił się pod blokiem bez nieodłącznej czapki i czające się pod jego klatką dziewczyny miały niezły dylemat. W końcu uznały, że nie ma wyjścia, gra z losem została podjęta, widać przeznaczenie chciało im coś dać do zrozumienia. Nastąpiła burzliwa narada, podczas której zgodnie zadecydowano: krakowskim targiem pójdą na pierwsze godziny. Z ostatnich, do których zaliczała się znienawidzona matematyka, się zerwały. Potem okazało się, że na matematyce było zastępstwo, nauczycielka zachorowała, ale podczas wagarów poznały kilku chłopców z sąsiedniego liceum, a wśród nich Dawida. Wielką, odwzajemnioną miłość Miłki, choć wtedy, rzecz jasna, jeszcze o tym nie wiedziały ani one, ani Dawid, ubrany w skórzaną czarną kurtkę, z dredami do pasa, tupiący na świat ciężkimi glanami, buntownik. Na pierwszy rzut oka niepasujący w ogóle do jasnowłosej, wręcz eterycznej, preferującej zwiewne koronki Miłki. A jednak stało się. Tych dwoje przestało poza sobą widzieć świat. Pan Józek nigdy się nie dowiedział, że mocno zakrapiana impreza, na której zgubił swoje nieodłączne nakrycie głowy, zapoczątkowała piękną historię miłosną. Przypadek? Łucja na to wspomnienie potrząsnęła głową i lekko się uśmiechnęła. Nie wierzyła w przypadki. To było przeznaczenie. A skoro tak, skoro ufała znakom i losowi, ba! skoro miała potwierdzenie tej wiary w postaci Miłki i Dawida, którzy do dziś byli nierozłączni, to czemu była tak bardzo przerażona odpowiedzią od losu, którą właśnie otrzymała?
Gdyby mogła cofnąć czas, niedużo, ot, z trzy godziny, tak do dziesiątej, gdy okazało się, że jej ostatnia deska ratunku zawiodła i gdy właśnie na fali rozpaczy postanowiła tak jak kiedyś, za dawnych czasów, zdać się na los i wypowiedziała na głos to, co miało zadecydować o jej przyszłości, z całą pewnością uczyniłaby czary i przesunęła wskazówki zegara wstecz.
A brzmiało to tak niewinnie!
- Jeżeli zapowiadana od trzech dni burza nadejdzie... Powiedzmy, w ciągu godziny, to pieprzę to wszystko! Stawiam na jedną kartę, a potem niech wali się świat! - wygłosiła w kierunku gładkich błękitnych niebios bez ani jednej chmurki.
W końcu skoro i tak stała przed podjęciem przerażających decyzji, spokojnie mogła zdać się na odpowiedź losu.
Fakt faktem, trochę to było nieuczciwe. Nawet rzucenie monetą i zdanie się na orła lub reszkę byłoby bardziej brawurowe. Bo tu gołym okiem było widać, że burzy nic a nic nie zapowiadało, nawet najlżejszy powiew wiatru, najmniejszy obłoczek. A więc odpowiedź losu była niejako do przewidzenia. Ale czy to istotne? Najważniejsze, że próbowała! Nie stchórzyła, nie wycofała się rakiem, gdy tylko na horyzoncie pojawiło się ryzyko. A to właśnie zawsze zarzucały jej dziewczyny. Nadmierną ostrożność i asekurację. To proszę bardzo, niech mają! Zaryzykowała w starym dobrym stylu. Dała szansę losowi. A że wyszło, jak wyszło... - Bezwiednie wzruszyła ramionami. - O to już nie można było mieć do niej pretensji, bo przecież gdyby ów los albo inna siła wyższa chciały...
I być może pomyślała to w nieodpowiednim momencie. Albo dodała o jedno zdanie za dużo. Tego miała się nigdy nie dowiedzieć. Dość, że los tudzież siła wyższa, jak zwał, tak zwał, poczuły się wywołane do tablicy. Otrząsnęły się z upalnego bezruchu i zechciały zechcieć. W ciągu kolejnych piętnastu minut Łucja z osłupiałym niedowierzaniem obserwowała, jak zrywa się wiatr i zaciąga niebo ciężką szarością, która doprawdy wzięła się znikąd, i w oniemiałym zdumieniu patrzyła, jak ta szarość zamienia się w grafitową czerń, którą raz po raz przecinają błyskawice poprzedzane groźnymi pomrukami. A potem lunęło.
A Łucji przemknęło przez głowę, że po pierwsze, wyraźniejszej wskazówki co do swojej przyszłości nie mogła otrzymać, a po drugie, zanotowała sobie w pamięci, by nigdy, przenigdy nie lekceważyć przepowiedni pogodynek. Dotarło do niej, nieco poniewczasie, że każda zapowiedziana burza, nawet jeżeli się spóźni, to i tak wcześniej czy później nadejdzie.
Dzwonek telefonu przerwał Miłce komponowanie autorskiej wiązanki przekleństw pod adresem idiotów, którym inni idioci dali prawo jazdy, tym samym wtrącając do drogowego piekła normalnych użytkowników drogi.
- No i czego trąbisz, palancie, imbecylu jeden - parsknęła, spoglądając na samochodowy wyświetlacz, na którym migało: Łucja. Nacisnęła guzik połączenia. - No, co tam? Co za debilka skończona - powiedziała nerwowo, widząc, że za kierownicą mijającego ją samochodu siedzi kobieta i pokazuje jej środkowy palec. - To nie do ciebie, rzecz jasna - dorzuciła na użytek przyjaciółki.
- A szkoda, bo pasuje. - Głos Łucji tchnął czystą rozpaczą i wyraźnie słychać było w nim mokre nuty.
Miłka musiałaby kompletnie ogłuchnąć, by nie wychwycić tych mało subtelnych objawów, a że słuch miała doskonały, z miejsca straciła zainteresowanie samochodowym beztalenciem, co to przed momentem o mało co nie wjechało w zgrabny kuper jej mazdy, i skoncentrowała uwagę na przyjaciółce.
- Ej, co się dzieje? - zapytała, zwalniając i marszcząc brwi.
- Tak krótko i na temat? To wywalili mnie z roboty, z kolei ja wywaliłam wszystkie pieniądze przeznaczone na ten miesiąc na składniki do wypieków. Wielkie zamówienie, wielki tort, wielka góra ciastek i babek, muffinek... I równie wielka klapa. Wszystko to właśnie stoi u mnie w kuchni, obsycha albo się rozpływa. Porzucone i nieodebrane z powodu nieprzewidzianego zbiegu okoliczności...
- Czekaj, stop! - przerwała jej Miłka oszołomiona mnogością informacji. - Jak to wyrzucili cię z roboty? Zresztą nie mów, bo to nie jest rozmowa na telefon! Opowiesz, jak przyjadę. Zaraz będę! I niech cię ręka boska broni ruszać tort! Słyszysz? Odłóż łyżkę jak najdalej od siebie! - dorzuciła, rozłączyła się i zawróciła z piskiem opon.
Łucja zaś zamrugała gęsto i zdumiona odsunęła komórkę od ucha. Wpatrywała się w nią przez chwilę, po czym przeniosła wzrok na trzymany w drugiej dłoni sztuciec.
- Ki czort? Cholera, skąd wiedziała? - mruknęła z wszechogarniającym podziwem i delikatnie położyła łyżkę tuż obok tortu. I na wszelki wypadek, by uniknąć pokus, poszła do łazienki.
Zanim dźwięk dzwonka zwiastujący przybycie Miłki poniósł się po pachnącym słodko przedpokoju, zdążyła umyć się pobieżnie. Korzyść była z tego taka, że nie kleiła się do wszystkiego, czego dotknęła. Choć na eleganckiej zamszowej marynarce przyjaciółki i tak zostawiła białe ślady. Ale uczciwie trzeba dodać, że nie miała na to wpływu, bo Miłka po przekroczeniu progu, nie pytając o nic, po prostu mocno ją do siebie przytuliła. W następstwie czego Łucja rozkleiła się i dała upust łzom, które spłynęły jej po niezbyt dobrze umytych policzkach, żłobiąc słone ścieżki wśród resztek słodkiego lukru.
No dobra, zredukowali cię. - Miłka, wysłuchawszy nieco chaotycznej historii, pokiwała z frasunkiem głową. - Powinnam ci nakopać do tyłka, że wcześniej nic nie powiedziałaś. Może wspólnie byśmy coś z dziewczynami wymyśliły. A nawet jeżeli nic bardzo konstruktywnego by nam nie wpadło do głów, to nie pozwoliłybyśmy ci się zamartwiać w samotności. Ale skoro to już pieśń przeszłości, to zmywanie ci teraz głowy przypominałoby kopanie leżącego. Miłosiernie ci daruję. Za to tego - sugestywnie zatoczyła ręką po kuchni - za nic nie odpuszczę.
- W sensie wypieków?
- Nie udawaj Greka, Łucja! To, że hobbistycznie pieczesz i sobie dorabiasz, to żadna nowina. Tak samo zresztą jak to, że grono wielbicieli tej twojej domowej cukierniczej i NIELEGALNEJ - Miłka wymówiła to słowo z zabójczą dokładnością - manufaktury wciąż rośnie. Ale czemu, na litość wszystkiego, przy tak ogromnym zamówieniu nie wzięłaś zaliczki? Przynajmniej ta cała Helena jest twoją stałą klientką? Powinna zwrócić chociaż koszt składników! Mam nadzieję, że wiesz, gdzie ją znaleźć... - Miłka zawiesiła oczekująco głos.
- Niestety, cztery dni temu widziałam ją po raz pierwszy i ostatni. - Łucja zagryzła dolną wargę. - Przyszła z polecenia pani Jadzi. Tej z osiedlowej piekarni... Myślałam, że skoro się na nią powołuje, to zapewne dobrze ją zna. W sensie panią Jadzię.
- I co? Nie znała - bardziej stwierdziła, niż spytała Miłka.
- Nie znała. Wiem, bo wprawdzie poniewczasie, ale zapytałam. Zadzwoniłam do pani Jadzi, jak dostałam esemesa z informacją, że zamówienie nie zostanie odebrane. Biedna pani Jadwinia od razu wyczuła, że coś jest nie tak. I gdy napomknęłam o nieodebranych wypiekach, to tak się przejęła, że aż musiała usiąść. Wiem, bo słyszałam, jak ciężko oddycha i opada na stołek. On zawsze tak specyficznie zgrzyta, gdy się na nim siada, jakby wydawał ostatnie tchnienie. - Łucja aż się wzdrygnęła. - A pani Jadzia ma kłopoty z sercem, niedawno tak jej kołatało...
- Że o mało z piersi nie wyskoczyło. Wiem, każdy, kto choć raz przekroczył próg piekarni pani Jadzi, o tym słyszał. To jest jedno z jej największych hobby. Opowiadanie ze wszystkimi szczegółami o dolegliwościach i chorobach, które dotknęły albo z pewnością dotkną ją oraz jej rodzinę, znajomych i znajomych znajomych. - Miłka machnęła ręką. - Większość z tego jest wyssana z palca oraz bujnej wyobraźni naszej piekareczki. Więc o jej serce nie zamierzam się martwić, natomiast o twoją głowę jak najbardziej! Oszalałaś zupełnie? W sytuacji, gdy masz wyliczoną kasę, budżet napięty, jak nie przymierzając naciągnięta guma w gaciach, nie bierzesz zaliczki? Żeby to jeszcze był ktoś, kogo dobrze znasz! Ale widziana pierwszy raz jakaś tam Helena...
- No właśnie, cały szkopuł w tym, że nie jakaś - jęknęła Łucja, opadając na pokryty warstwą mąki taboret. - Ale Kurcewicz! I tu jest pies pogrzebany!
- Jeżu malusieńki ze stadem jeżątek, co z tego, że Kurcewicz? - zapytała coraz bardziej oszołomiona Miłka.
- A co ty, Trylogii Sienkiewicza nie pamiętasz? Ja niestety znam na pamięć i dlatego padłam ofiarą miłości do naszej rodzimej literatury. Pokojarzyła mi się zwyczajnie z Heleną Kurcewiczówną, tą od Skrzetuskiego. Wiesz, że ja ją zawsze pasjami lubiłam. A Helena była uczciwa i jak kochała, to na zabój! Jak mówiła, to mówiła. I widać podświadomość zadziałała i Helena Kurcewicz od naszej pani Jadzi automatycznie wydała mi się godna zaufania. I to jest po prostu niesprawiedliwe! Nie mogła zamiast Heleny przyjść do mnie Izabela Łęcka? Od tej to bym nie tylko wzięła podwójną zaliczkę, ale i policzyłabym ją odpowiednio. Z zemsty za Stasia!
- Staś sam był sobie winny, bo durny i ślepy i na siłę próbował udowodnić, że nie jest wielbłądem - Miłka nie wiedzieć kiedy dała się wciągnąć w tę trącącą absurdem rozmowę. - To po pierwsze, a po drugie, ciemnoto jedna, skoro już musiałaś mieć literackie skojarzenia, to raczej powinnaś wiedzieć, że Helena już nie jest Kurcewiczówną, tylko Skrzetuską! I powinna ci się zapalić czerwona lampka! To była zwyczajna oszustka...
- Taaa, znająca moje obsesyjne przywiązanie do klasyki...
- Kto wie. Różne świry chodzą po ziemi. A ta jeszcze dodatkowo była niedouczona, bo nie doczytała do końca i nie wiedziała, co i jak z nazwiskiem. A wracając do rzeczywistości, to wszem wobec wiadomo, że niejednemu psu Burek, to po pierwsze, po drugie, nie wiem, dlaczego nie zostałaś polonistką albo, jeszcze lepiej, profesorką filologii polskiej. Biorąc pod uwagę twoje zamiłowanie do literatury, to byłby sto razy lepszy wybór niż historia sztuki i praca w muzeum. Obie fuchy tak samo słabo płatne, a przynajmniej robiłabyś coś, co naprawdę lubisz.
- Ale w muzeum nie musiałam użerać się z oporną i zbuntowaną młodzieżą. Nie bez kozery jedno z najgorszych przekleństw brzmi: bodajbyś cudze dzieci uczył! A poza tym to akademicka dyskusja, bo jakbyś przypadkiem zapomniała, muzeum też już jest nieaktualne. W przeciwieństwie do tego wszystkiego - mówiąc to, posłała pełne rozgoryczenia spojrzenie w kierunku tortu i stojących wokół niego blach wypełnionych muffinkami. - Jak wiesz, wydałam kasę, która miała mi starczyć do końca miesiąca. Niechybnie umrę z głodu.
- Nie umrzesz, nie umrzesz. Jak to mówiła Maria Antonina, zanim całkiem straciła głowę, nie masz chleba, jedz ciastka - zabłysnęła czarnym humorem Miłka. - Tu masz prowiant na co najmniej dwa, jeżeli nie na trzy tygodnie. A jeżeli wierzyć starym hasłom, że cukier krzepi, to jeszcze zostaniesz podniesiona na duchu.
- Ha, ha, ha. Naprawdę ubawiłam się jak norka. Kpij sobie do woli. Należy mi się. Ale przy torcie. Szkoda go, żeby tak marniał, po to między innymi do ciebie zadzwoniłam. Żeby jedząc wespół w zespół, wypłakać ci się w mankiet i poinformować, że jeżeli chciałabym zdać się na los, to powinnam właśnie tym się zająć. Pieczeniem. Tak jak zawsze marzyłam. Ze szczególnym uwzględnieniem tortów. To byłaby moja specjalność - dorzuciła i głęboko odetchnąwszy, opowiedziała Miłce o tym, jak sprowokowała przeznaczenie i wywołała burzę.
- Burza była jak złoto, porządna i nie do przeoczenia, więc dostałam jednoznaczną odpowiedź - zakończyła.
- Krótko mówiąc, siła wyższa - mruknęła Miłka. - A więc niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.
- Ty mnie tu nie bierz pod włos cytatami. Nic z tego nie będzie. Nie wiem, co mnie napadło, żeby wracać do tej starej zabawy, ale na pewno nie będę się tym kierować w życiu. Można było ryzykować pójście na wagary, ale na pewno nie wszystkie oszczędności, których i tak by nie wystarczyło. Musiałabym podeprzeć się pożyczką, której nie dostanę, bo bezrobotnym bank nie ufa. I wcale się nie dziwię, sama sobie bym złamanego grosza nie dała i za nic na świecie nie poręczyła. Chcesz łyżkę czy widelec? - dorzuciła, wstając ze stołka i odsuwając szufladę ze sztućcami. - Zawsze chciałam to zrobić, zjeść tort jak barbarzyńca, bez krojenia i...
- Ani mi się waż! - ryknęła w tym momencie Miłka nie swoim głosem, zrywając się z krzesła i osłaniając piętrowy wypiek własną piersią. - Nadal możesz marzyć o byciu barbarzyńcą, bo jak na razie ci się nie spełni. Przecież przez telefon już ci mówiłam, że masz go nie tykać! Jeżeli chcesz odzyskać chociaż część kasy, którą tu włożyłaś, tort musi pozostać nienaruszony. No i musisz pomóc mi go zapakować. Organizuję przyjęcie powitalne dla rektora jednej uczelni. Wraca po długiej nieobecności. Wprawdzie tort zrobiła własnoręcznie jego sekretarka, Ilonka, coś mi się wydaje, że ma chrapkę na pana rektora, bo jak o nim mówi, to oczy jej się robią takie płynno-maślane. Ale mniejsza o większość. Zrobiła, to zrobiła, od przybytku głowa nie boli i będą dwa. Rektor ponoć jest znanym łasuchem, więc doceni. Powiedz tylko, ile za to cudo trzeba ci przelać...
- Ale jak to - wyjąkała oszołomiona Łucja.
- Tak to, kupuję go od ciebie. I policz uczciwie, jakbym była Łęcką. - Miłka szelmowsko się uśmiechnęła.
- Ale ja nie mam jak wystawić ci faktury, przecież to wszystko jest robione na lewo...
- A tym się nie martw, fakturę sobie załatwię, nomen omen, również na lewo. A teraz dawaj, pakujemy tego giganta, mam nadzieję, że wiesz, jak to zrobić. A dodatkowo wezmę muffinki i połowę ciastek. Na powitalnym przyjęciu rektora rozpuszczę wici, kto piecze te wszystkie pyszności.
- Ale przecież ja nie mogę...
- Wiem - przerwała jej Miłka i pokiwała głową. - Wiem, że nie możesz przyjmować zamówień. Więc zrób tak, żebyś mogła. Odkąd pamiętam, chciałaś robić dwie rzeczy, co więcej, robiłaś je. I to z pełnym oddaniem i świetnymi rezultatami. Czytałaś obsesyjnie wszystko, co ci w ręce wpadło, a jak opowiadałaś o tym, co właśnie przeczytałaś, to inni lecieli do księgarni albo biblioteki gnani żądzą poznania historii, którą właśnie usłyszeli. A jak robiłaś przerwę w czytaniu, piekłaś. I tak zostało do dziś. Czytasz i pieczesz. Twoje torty nie mają sobie równych. Gdy skosztuje się napoleonek, które wyszły spod twoich rąk, chce się płakać ze szczęścia, a gdy zrobisz sernik, szczególnie pistacjowy i migdałowy, gdy masa rozpuszcza się na podniebieniu, to ma się deserowy, sernikowy orgazm. I tak jest ze wszystkim, co wymieszasz, ubijesz, ukręcisz. Pora zacząć czerpać z tego realne korzyści. A jakby moje zdanie nie było dostatecznie przekonujące, to dziś dostałaś potwierdzenie od losu. Wywołałaś burzę i uratowałaś reputację wszystkich nieszczęśników przepowiadających pogodę. Jacyś bogowie od aury pochylili się nad tobą i powiedzieli jasno co i jak. I teraz nie masz wyboru. Bogów nie należy lekceważyć i drażnić. Więc zamiast siedzieć i użalać się nad sobą, zrób to, co trzeba. Znajdź odpowiedni lokal, załóż firmę... Pierwszych klientów będziesz miała od razu. W końcu masz już trochę stałych odbiorców. Ja na swoje imprezy też będę w końcu mogła zamawiać słodkości u ciebie. Wiesz, ile ciastek schodzi na urodzinach dla dzieci? Albo na przyjęciach rocznicowych? Tony! No i Zyta podeśle ci kolejnych...
- Zyta? - wyjąkała oszołomiona Łucja, która z trudem nadążała za swoim na nowo i naprędce organizowanym życiem.
- Zyta, Zyta, a kto? W końcu ma salon sukien ślubnych, a na czym, jak na czym, ale na weselach tortów nie może zabraknąć - wyłożyła jej cierpliwie Miłka. - Będzie cię polecać. Przyszli nowożeńcy będą do ciebie walić drzwiami i oknami. A potem, znając życie, będą wracać po bardziej codzienne wypieki i przysyłać swoich znajomych. Trzeba będzie jeszcze założyć stronę internetową, Instagrama i Facebooka. W dzisiejszych czasach bez tego się nie obejdzie. Ale o to też trzeba Zytę podpytać. Ona ma świetną dziewczynę od tego. Bo u mnie to ostatnio działa siłą rozpędu. Strony są prowadzone od lat, a to zupełnie co innego, niż dopiero zaczynać. Zadzwonię do Zyty pod wieczór i zapytam, czy ta jej specjalistka od social mediów nadal przyjmuje zlecenia. Zadzwoniłabym od razu, ale Zytka w nocy wróciła z Wenecji i teraz pewnie odsypia. Ale jestem pewna, że pomysł z pieczeniem jej się spodoba. Będzie mogła dorzucić dodatkowy punkt do swojej oferty. Większość dziewczyn marzy o sukni ślubnej od niej, a teraz do tego będą śnić o twoich wypiekach. Zobaczysz, w ciągu trzech miesięcy będziesz miała wypełniony kalendarz na resztę roku i przynajmniej połowę kolejnego. Tak więc, kochana, pociesz się jeszcze trochę tym bezrobociem, bo coś mi mówi, że za moment nie będziesz wiedziała, w co ręce włożyć. Jak wszystkie weźmiemy cię w obroty, to...
- To strach się będzie bać - przerwała jej Łucja, krzywiąc się szpetnie. - I właśnie dlatego mówię stanowcze: nie!
- Co nie? - Miłka odwróciła się do niej jak na dobrze naoliwionej osi. - Łucja, nie bądź tchórzem! Pamiętasz nasz ulubiony film? Jak to szło? Czasem spotykasz wypalonych ludzi i zadajesz sobie pytanie, jak to się stało. Każdy z nich stanął kiedyś na rozdrożu, mogli pójść w lewo albo w prawo. Nie bądź tchórzem! - powtórzyła, a w jej głosie zadźwięczały stalowe nuty.
- Nie jestem! Że tak ci odpowiem dokładnie słowami Franceski z Pod słońcem Toskanii, które mi tutaj cytujesz! I tak, pamiętam, co było dalej, to powinna być twoja kwestia, ale cię wyręczę: obiecaj, że się zastanowisz! No więc odpowiem ci, że tak. Nie tylko się zastanowię, ale wyobraź sobie, że myślę o tym od momentu, gdy wyszłam z muzeum z kartonikiem z moimi rzeczami i drzewkiem oliwnym, które buchnęłam na pożegnanie z holu.
- Matko, ledwo straciłaś pracę, a już weszłaś na drogę przestępczą! Jestem przerażona! - Miłka teatralnie zrobiła wielkie oczy. - O patrz, nie zadziałało! - dodała, natychmiast rozkładając ręce. - Wiem, co kombinujesz, usiłujesz tą kradzieżą odwrócić moją uwagę od głównego tematu.
- To była wyższa konieczność, bo o drzewko nikt poza mną nie dbał, a więc, moja droga, to nie kradzież, a ratowanie życia. I to ty powinnaś wiedzieć z racji wykształcenia. I znajomości, które podtrzymujesz - wytknęła jej Łucja.
- Kochana, ja jestem z wykształcenia psychologiem więziennym, a nie prawnikiem. A to zupełnie inna bajka. Choć rzeczywiście pogawędki z adwokatami, prokuratorami i sędziami to nadal moja codzienność. Czasem w przerwach w organizowaniu urodzin dla smarkaczy łapię jakąś fuchę z tamtej strony. Tak żeby nie wypaść z wprawy, ale najczęściej jestem takim kołem ratunkowym, gdy brakuje ludzi. Wtedy mnie zatrudniają. Powiem ci, że bardzo to lubię, ale zajmować się tym na co dzień bym nie chciała. Pracując z ludźmi zza krat, w pewnym momencie masz wrażenie, że świat to piekło, a dobro nie istnieje. Ale wracając do ciebie, kontakty nadal mam i to szerokie, więc pamiętaj, jakby sprawa oliwki wypłynęła, to polecę ci kogoś, kto wybroni cię z palcem w nosie. I jeszcze wywalczy odszkodowanie, udowadniając, że winę za to ponoszą ci, którzy cię zwolnili. Choć tutaj dobrze by było, żebyś najpierw zaliczyła kilka wizyt u psychiatry, tak dla potwierdzenia tego, jak bardzo jesteś załamana i jak nie radzisz sobie ze stratą pracy... Tak bardzo, że aż musiałaś kawałek jej zabrać ze sobą do domu...
- Dobrze, że padło na oliwkę i że to z nią nie mogłam się rozstać, a nie na przykład z którymś ze średniowiecznych eksponatów. Gdybym do któregoś z nich się tak bardzo przywiązała, trudniej by było mnie uniewinnić. - Łucja parsknęła krótkim śmiechem. - A co do psychiatry, to bez sensu, zdjęcia z mojej kuchni powinny wystarczyć. - Łucja uniosła sugestywnie brwi. - To, co tu się dzieje, jest najlepszym dowodem niepoczytalności.
- Ale i świadectwem przestępstwa, bo pieczesz nielegalnie. Bez zgody sanepidu i dodatkowo nie odprowadzasz podatków, u nas w kraju z urzędem skarbowym się nie zadziera. Lepiej wydać kasę na wizyty u lekarza. A teraz koniec tej darmowej porady prawnej i wracamy do tematu. I mów jak na spowiedzi, bo jak na razie kręcisz. Najpierw twierdzisz, że nic z tego nie będzie i żaden los nie będzie za ciebie decydował, a potem jednak zmieniasz diametralnie zdanie i mówisz, że myślisz nieustająco, jak to ugryźć. A gdy przychodzi co do czego i chcę ci pomóc, mówisz nie! To się wszystko kupy nie trzyma!
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej