Szczęściara. Moje życie z Shirley MacLaine, a raczej bez niej - Sachi Parker


Reflow text when sidebars are open.
Ojciec i Miki rzadko siedzieli w domu, ale podczas tych nielicznych okazji uprawiali zabawną gierkę. Na telefon z Ameryki reagowali udawanym przerażeniem:
- Dzwoni Smoczyca! - Smoczyca, czyli moja matka. - To znowu Smoczyca!
Chyba robili to po trosze dla mnie, nie bardzo rozumiałam dlaczego, ale skoro mnie karmili i dbali o zaspokojenie moich podstawowych potrzeb, instynkt samozachowawczy nakazywał mi przyłączenie się do spisku:
- Och, nie, to Smoczyca! - jęczałam, ze strachu kuląc się przy telefonie.
Miałam patrzeć na matkę z mieszaniną przerażenia i lekkiego rozbawienia, połączoną z protekcjonalizmem. Była takim zamorskim potworem, odrażającym i budzącym strach, na szczęście ukrytym w podwodnej jaskini gdzieś daleko stąd.
Mimo to kochałam mamę, a kiedy ją odwiedzałam, wcale nie była taka zła, prawdę mówiąc, okazywała się całkiem zabawna.
Zaczynało się już na lotnisku w Los Angeles; widowiskowy numer: mama podbiega do mnie, do wyjścia, obejmuje mnie i tuli w ramionach, wykrzykując:
- Tak bardzo za tobą tęskniłam! Pokaż, jak urosłaś! - I idziemy przez halę, trzymając się za ręce, radośnie machając nimi w przód i w tył. Wsiadamy do samochodu i mama mówi:
- No, to może teraz się zabawimy?
I bawiłyśmy się.
Uwielbiała kupować mi ciuchy do szkoły. I chodzić do kina. I spacerować wzdłuż plaży.
Pamiętam, że włóczyłyśmy się godzinami po plaży w Malibu, wypatrując jeziorek, tworzonych w piasku przez fale. Wyciągała jeżowce, lekko dotykała palcem, a one zamykały się wokół niego. Piszczała jak dziecko, zaskoczona za każdym razem.
Po długim spacerze, wracając do domu, zatrzymywałyśmy się w lodziarni sieci Wil Wright w Encino. Chodziłyśmy tam chyba codziennie, mama uwielbiała lody i czułam, jaką przyjemność sprawia jej pochłanianie lekko roztopionego deseru lodowego z ciepłą polewą krówkową. Wiadomo, że dzieci potrafią rozsmarować czekoladę po całej buzi, niemal wbrew prawom fizyki. Mama też umiała. Spoglądała na mnie z łobuzerskim uśmiechem, pokazując ciemne od czekoladowych lodów zęby.
Niekiedy jeździłyśmy do supermarketu Piggly Wiggly i jadłyśmy darmowe ciasteczka wystawione przy stoisku z pieczywem. Zwracam uwagę, że nikt ich nie oferował za darmo, ale mama bez żenady częstowała się słodyczami wyłożonymi na tacach. Jeśli jej smakowały, kupowała trochę do domu, ale jeśli nie, to szła dalej. Nikt nie zwracał jej uwagi, w końcu była gwiazdą.
Czasami po prostu siedziałyśmy w jej domu w Encino, grałyśmy w gry, jadłyśmy popcorn i inne pyszności. Robiła najlepsze na świecie kanapki z masłem orzechowym i galaretką. Brała dwa kawałki chleba tostowego - w Japonii nie mieliśmy takiego - i smarowała je masłem orzechowym. Potem łyżeczką robiła wgłębienia i wypełniała je galaretką. Niebo w gębie.
Jeśli w nocy rozpętała się burza, mama pozwalała mi wskakiwać do swojego ogromnego łoża. Potem rozsuwała niebieskie aksamitne zasłony, odsłaniała ogromne, zajmujące całą ścianę okno, wychodzące na San Fernando Valley. Widok zapierał dech w piersiach. Kiedy już przygotowała scenę, wracała do łóżka, wskakiwała pod kołdrę, przytulałyśmy się i obserwowałyśmy, jak burza przetacza się nad doliną.
Opowiadała mi bajkę o Księżniczce Błyskawic. Nie wiem, skąd ją wzięła - myślę, że wymyśliła - ale mówiła z takim przekonaniem, tak wspaniale wykorzystując cały swój talent aktorski, że wszystko ożywało. Chyba wtedy zaczęłam rozumieć magię opowiadania bajek.
- Dawno, dawno temu - zaczynała z takim zapałem, że wręcz było widać, jak bardzo brakowało jej cowieczornego opowiadania jedynej córce bajek na dobranoc, powracania do historyjek o Jasiu i łodydze fasoli, Czerwonym Kapturku czy Jasiu i Małgosi.
Dawno, dawno temu żyła sobie piękna księżniczka, która mieszkała na szczycie najwyższej góry świata. Wszyscy znali ją jako Księżniczkę Błyskawic. Kiedy była szczęśliwa, śmiała się radośnie, a przez niebo przelatywała jasna błyskawica. Jednak kiedy była zła, jej twarz wykrzywiał grymas, a wtedy niebo przecinały groźne pioruny.
Kiedy nad dolinę nadciągała burza, potężni Książęta Grzmotów, którzy kochali się w Księżniczce, wołali ją znad ciemnych chmur, błagając o pocałunek, taka była piękna. - Pocałuj mnie, Księżniczko Błyskawic - prosili.
Nigdy się nie zgadzała. Czasem wybuchała śmiechem, oślepiając ich radosnym błyskiem światła, niekiedy marszczyła czoło i z wściekłością przeganiała ich rozdzierającym uszy piorunem! Trzask! Trzask! Trzask! Zatem kiedy słyszysz grzmot, to znaczy, że przerażeni książęta uciekają przed jej gniewem. Nikt nigdy nie zdołał zdobyć serca zadziornej, niezależnej Księżniczki. (Już wtedy mama przygotowywała mnie na rewolucję feministek).
Potem błyskawice rozświetlały niebo, a mama piszczała z zachwytu:
- Patrz, Księżniczka się śmieje! Śmieje się! - I obydwie zasłaniałyśmy uszy, żeby nie słyszeć donośnego grzmotu.
Przy niej czułam się taka bezpieczna.
Na początku lat 60. mama dotarła na światowe szczyty show-biznesu: cieszyła się międzynarodową sławą, była znaną aktorką, słynną artystką, krótko mówiąc - gwiazdą. Pierwsze sukcesy odnosiła już pod koniec lat 50. Film nosił tytuł Garsoniera, mama zwróciła uwagę krytyków i ugruntowała swoją pozycję. Po raz drugi została nominowana do Nagrody Akademii i zasługiwała na nią.
- Zdobyłabym Oscara - powtarzała - gdyby Elizabeth Taylor nie przeszła tracheotomii.
Liz Taylor zagrała owego roku call girl w Butterfly 8, filmie niezłym, ale nie wybitnym. Zasłużyła na nominację, ale nie spodziewano się, że przypadnie jej statuetka, dopóki nie zapadła na ostre zapalenie płuc, wymagające natychmiastowej operacji. Fala współczucia wyniosła ją na szczyt, i to ona, a nie mama, wróciła do domu z Oscarem.
Może to było szczęście w nieszczęściu. Mama uniknęła przerażającej klątwy oscarowej i zagrała w wielu filmach, które zapadły w pamięć. Z kolei Elizabeth Taylor stała się etatową sławą i nigdy już nie miała w sobie tej przebojowości i ekspresji, jaką zachwycała przed Butterfly 8. (Odniosła potem wielki sukces, zwieńczony Oscarem, grając w Kto się boi Virginii Woolf?, lecz to - wyjątek potwierdzający regułę - pojedynczy przypadek wśród takich gniotów jak Kleopatra, Z życia VIP-ów i innych).
Z kolei mama kroczyła od sukcesu do sukcesu, bo ciągle była nienasycona sławy. Bez ostatecznego uznania ze strony przemysłu filmowego wciąż miała cel i wciąż za nim goniła. Wziąwszy pod uwagę jej wewnętrzny głód sukcesu i zachłanność, może Oscar nie sprawiłby różnicy, a może by nieco zwolniła tempo i więcej przebywała z rodziną. Kto wie?
Doraźną korzyścią dla mnie był fakt, że spędzałam sporo czasu na planie filmów, w których grała. Czułam się jak w niebie. Dla małej dziewczynki przebywanie w tym świecie ułudy, pełnym światła, muzyki i dziwnych, ale przyjaznych postaci, było niczym życie w Krainie Baśni. Chyba to jasne.
- Witaj, Sachi! - wołał każdy z ekipy, wszyscy gromadzili się wokół mnie, nie tylko dlatego, że byłam taka cholernie urocza, ale przede wszystkim dlatego, że byłam córką gwiazdy. Charakteryzatorzy nakładali mi makijaż, garderobiane stroiły mnie w miniaturowe, lalkowe suknie... Byłam Małą Księżniczką, a plan filmowy był moim królestwem. Tkwiłam tam w kokonie bezpiecznym, ciepłym, miękkim. Nic złego nie mogło mi się przytrafić.
Na planie Dwojga na huśtawce działo się dużo dobrego - dla mojej mamy. Nie tylko capnęła smakowitą główną rolę i pracowała ze zdobywcą Oscara Robertem Wise'em, to jeszcze przeżywała ognisty romans z Robertem Mitchumem, który jej partnerował. Oczywiście wówczas nikt o tym nie wiedział, a ja się nie zorientowałam podczas krótkich wizyt na planie. Naturalnie widziałam, że mister Mitchum ciągle snuje się w pobliżu, ale dla mnie był po prostu pętającym się koło mojej mamy wielkim facetem o sennym spojrzeniu i niskim, chrapliwym głosie. Nawet mi do głowy nie przyszło, że między nim a moją matką coś się dzieje. A czemu miałoby przyjść? Przecież byłam dzieckiem. Według mamy ich związek był mocny i głęboki. Trwał dobre trzy lata, podążali za sobą po całym świecie. Kiedy pomyślę, że leniwy i ociężały mister Mitchum wskakuje do samolotu, żeby gdzieś w hotelu w Afryce Wschodniej spotkać się z moją mamą na figle-migle, wydaje mi się to dziwne, ale mama utrzymuje, że tak naprawdę było.
Mama publicznie głosiła, że ona i ojciec zgodzili się na otwarte małżeństwo. Pozwolili sobie na inne związki, które nie zagrażały jednak ich głębokiej i najważniejszej dla obydwojga miłości. Nie do końca jestem pewna, jak to funkcjonowało, zwłaszcza na początku, bo mama nigdy nie obnosiła się ze swoimi romansami (wtedy jeszcze istniało coś takiego jak zła reklama). Mama twierdzi, że zgodnie z zasadą otwartości powiedziała ojcu o przygodzie z Mitchumem, ale nie wiem, czy to prawda. Wiem natomiast, że swój naprawdę poważny związek z Miki tata ukrywał przed mamą przez jakieś trzydzieści lat. Wydaje mi się, że miał jej przyzwolenie na romanse z innymi kobietami, pod warunkiem że nie chodziło o Jedną Inną Kobietę.
Na planie filmu Słodka Irma panowała inna atmosfera niż dotąd. Mama grała damę w bardzo obcisłej sukni, a jej partner, Jack Lemmon, był policjantem w śmiesznym kapeluszu. Nie miałam pojęcia, co oznaczały śmiałe sytuacje i wyszukane riposty, ale obydwoje świetnie się bawili. Może dlatego, że nie romansowali. Mama zawsze powtarzała, że Jack Lemmon jest uroczy, że to przemiły facet - a tacy nie byli w jej typie. Zatem zaprzyjaźnili się po prostu i tak już zostało.
W owym początkowym okresie i na planie, i u nas w domu pojawiały się tabuny gwiazd. Mama grała z Deanem Martinem, Audrey Hepburn, Cliffem Robertsonem, Laurence'em Harveyem. Do grona jej przyjaciół zaliczali się Danny Kaye i wszyscy z Rat Pack. Jeden z młodych aktorów liczył się dla mnie szczególnie i wyróżniał na tle innych.
Był młody, nieskończenie przystojny, obezwładniająco czarujący i otaczała go niezwykła aura. Gdy wchodził do pokoju, wszystkich porażał prąd.
- Przywitaj się z Warrenem - mówiła mama.
Warren był moim wujkiem. Trzy lata młodszy od mamy, przyjechał za nią do Hollywood. Obydwoje uciekli przed duszną atmosferą rodzinnego domu w Wirginii. Dziadkowie byli zagorzałymi baptystami i równie zagorzałymi alkoholikami - to nie najlepsza kombinacja. Niewiele wiem o dzieciństwie mamy - nie opowiadała o tym - ale było nieszczęśliwe i pełne emocjonalnego bólu, więc wyrwała się stamtąd jak najszybciej.
Przypuszczam, że wujek Warren czuł się tak samo. Oczywiście znałam go z wcześniejszych wizyt w domu. Chciał się zaczepić w show-biznesie, próbował sił w telewizyjnych programach, takich jak Dobie Gillis czy Playhouse 90. Przez lata wielki sukces omijał go jednak z daleka.
I wreszcie nadszedł jego czas. Wujek zaczął zachowywać się inaczej, był bardziej pewny siebie, zdawał sobie sprawę z nadchodzącej sławy, stał się nieodparcie pociągający, a zarazem trzymał dystans. Jego pierwszy film, Wiosenna bujność traw, właśnie wchodził na ekrany, a już dużo mówiło się o znakomitej roli. Nawet gdyby nie była taka wspaniała, Warren umiałby zrobić szum wokół siebie. Powietrze wokół niego wręcz iskrzyło.
Pod wieloma względami Warren sam wciąż był dzieciakiem, ale podejścia do dzieci nie miał. Wcale go nie interesowały, dopóki nie skończyły jakichś dwudziestu lat. Zawsze widywałam go z piękną kobietą u boku, niekiedy z dwiema czy trzema. Ich obecność uznawał za coś naturalnego, pozwalał, by zwisały mu z ramienia jak sportowa marynarka w upalny dzień.
Muszę przyznać, że jako mała dziewczynka miałam fioła na jego punkcie. A któż by nie miał? Nigdy nie myślałam o nim jak o wujku ani o kimś w jakikolwiek sposób spokrewnionym. Był obcą siłą, czarującym uwodzicielem, który samym spojrzeniem rzucał urok na każdego i równie szybko zdejmował zaklęcie.
Czułam jego magnetyzm, mimo że byłam dzieckiem, ale nie podbiegałam do niego, nie obejmowałam muskularnych nóg. Chociaż obdarzał mnie zabójczym spojrzeniem, a w jego oczach migotały obiecujące błyski, coś w nim ostrzegało: "Nie zbliżaj się za bardzo". Więc się nie zbliżałam.
W 1961 roku kompletowano obsadę kinowej wersji Zabić drozda. Książka Harper Lee była bestsellerem i wszyscy spodziewali się, że film będzie kandydował do Oscara. Każdy aktor w Hollywood chciał w nim zagrać. Gregory Peck szybko dostał rolę Atticusa Fincha - był bezkonkurencyjny - ale inne smakowite partie wciąż były do wzięcia, w tym dwojga dzieci narratorów całej fabuły.
Ni stąd, ni zowąd mama zdecydowała, że powinnam starać się o rolę Scout, córki Atticusa Fincha. Nie wiem, skąd jej to przyszło do głowy. Nigdy nie mówiłam, że chcę być dziecięcą gwiazdą. Nie bałam się występować przed innymi, miałam mnóstwo zdjęć na planie, razem z mamą, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mogę zostać aktorką.
Mama jednak miała taką wizję, a kiedy już przystępowała do działania, nie było siły, żeby ją powstrzymać. Zorganizowała przesłuchanie w swoim domu w Los Angeles. Kilka dni wcześniej przyniosła scenariusz i scena po scenie przerobiłyśmy całą historię. Mama pokazała mi, jak mówić z południowym akcentem - "ale nie za bardzo południowym", zaznaczyła - i szczegółowo ustawiła cały epizod, dając mi wskazówki dotyczące motywacji, skupienia, zachowania i tak dalej. To była moja pierwsza lekcja gry aktorskiej i starałam się przyswoić jak najwięcej. Na koniec mama dorzuciła:
- A teraz się odpręż.
Kiedy nadeszła pora, zawołała mnie do salonu. Było tam pełno ludzi z ekipy, z reżyserem Robertem Mulliganem włącznie. Przyszedł Alan J. Pakula, producent, i odtwórca głównej roli Gregory Peck. Gdybym wiedziała, jak wielką sławą był już wówczas mister Peck i że po Zabić drozda stanie się ikoną kina, pewnie bym zwymiotowała i szybko wybiegła z pokoju. Ale dla mnie był po prostu wysokim, miłym panem o ciepłym uśmiechu. Wcale się nie denerwowałam obecnością znakomitości. Przecież miałam tylko trochę poudawać.
Mama podała mi scenariusz, stanęłam w zaznaczonym miejscu pośrodku salonu i weszłam w rolę.
- Hej, panie Cunningham! - czytałam tekst, starając się nie trzymać go przed oczami, jak uprzedziła mnie mama. - Pan mnie sobie nie przypomina, proszę pana? Jestem Jean Louise Finch. Pan jednego razu nam przywozi orzechy hikorowe, nie przypomina pan sobie?2
Poszło mi dobrze. Nawet mając sześć lat, mogłam ocenić, że podbiłam ich serca. Wszyscy prawili mi komplementy, Gregory Peck uśmiechał się po ojcowsku, aż mu oczy błyszczały. Mama promieniała, oczywiście trochę grając:
- Prawda, że mam zdolną córkę?
Atmosfera była pełna ciepła i życzliwości, świat show-biznesu przedefilował przede mną, byłam ogromnie podekscytowana i cieszyłam się na przyszłość:
- Udało mi się, prawda, mamo? Kiedy zaczynamy film? Dużo mi zapłacą? Będę musiała opuszczać szkołę?
Mama uśmiechnęła się kpiąco i rzuciła tonem, który według niej brzmiał łagodnie:
- Sachi, nie zagrasz w tym filmie.
Wspaniały humor od razu mnie opuścił.
- Jak to?
- Po pierwsze, jesteś za młoda do tej roli. Po drugie, chyba nie wyobrażasz sobie, że jesteś Shirley Temple? To miało być dla ciebie nowe doświadczenie, żebyś nauczyła się znosić odrzucenie.
Aha.
Okazało się, że nie muszę od razu przerabiać tej cennej lekcji, ponieważ wbrew wszystkiemu i mimo chłodnego pesymizmu mamy zaproponowano mi tę rolę. Eguchi-san, która przyjechała i dowiedziała się o wszystkim, gorąco zaprotestowała. Uznała, że byłoby to dla mnie zbyt bolesne doświadczenie: ja - dziecko wychowane w tradycji japońskiej, potulne i skromne - miałabym dostać się w tryby hałaśliwego i zepsutego Hollywood. To by mnie naznaczyło na zawsze. Mama okazała symboliczny sprzeciw, a w końcu niby niechętnie zgodziła się z Eguchi-san.
Zatem ustąpiłam. Rola przypadła Mary Badham, która zagrała rewelacyjnie i dziś trudno sobie wyobrazić kogoś innego na jej miejscu.
Kiedy lato 1961 roku dobiegło końca, wróciłam do Japonii z Eguchi-san i z bonusem: tym razem towarzyszyła nam mama. Kręciła w Tokio film Gejsza. Producentem był nie kto inny jak mój ojciec, Steve Parker. Zależało mu na zdobyciu pozycji w Hollywood.
Była to typowa lekka komedia z lat 60., a mama grała amerykańską aktorkę, która udaje gejszę, żeby zdobyć rolę w filmie reżyserowanym przez własnego męża (odległe echo sytuacji moich rodziców).
Byłam zachwycona, że mama jest w Japonii. Zamieszkała z nami w Tokio (a Miki dyskretnie wyniosła się do domu, który ojciec jej kupił) i każdego dnia, kiedy wracałam ze szkoły, czekała na mnie. To było ekscytujące. Zwykle codziennie po lekcjach jeździłam konno - to była moja wielka pasja - ale z radością zarzuciłam ten zwyczaj, żeby spędzać więcej czasu z mamą.
Mama była jeszcze bardziej zachwycona, przynajmniej tak myślę, ale raczej tym, że może spędzać czas z grającym u jej boku Yves'em Montandem, z którym miała wtedy romans. W owym czasie żoną Montanda była wspaniała Simone Signoret, ale jeszcze bardziej rzucało się w oczy to, że na miejscu producenta siadywał tata. (Chociaż nie jestem pewna, ile czasu ojciec poświęcił temu wyzwaniu ani czy w ogóle dbał o to, jak idzie produkcja. Ojciec był typem kombinatora zadaniowca i kiedy już wprawił w ruch poszczególne elementy układanki, ruszał stawić czoło nowym wyzwaniom).
Yves Montand właśnie zakończył romans z Marilyn Monroe i traktował mamę bardzo obcesowo. Kiedy czekała na lotnisku w limuzynie z szampanem, on zupełnie ją ignorował. Mama, przy całej swojej sile charakteru i niezależności, nie umiała się oprzeć takim samolubnym draniom.
W jednej ze swoich książek zwierza się, że związała się z Montandem w Tokio, ponieważ obydwoje czuli się zagubieni w obcym, egzotycznym świecie. "Obcym", akurat! On wcześniej objechał Japonię z występami, a mama bywała tu wielokrotnie z ojcem.
Pod koniec zdjęć mama odkryła, że Montand z nią romansował, bo założył się z ojcem, że ją poderwie przed zakończeniem filmu, i wygrał bez trudu. W pewnym sensie tata też wygrał. Mama była zajęta Montandem, a on mógł spokojnie kontynuować własny romans. Typowo francuski układzik.
Swoją drogą, ciekawie wygląda czołówka: Shirley MacLaine i Yves Montand w filmie Steve'a Parkera Gejsza. Tata naprawdę zasłużył na honorowe miejsce: stworzył nie tylko film, ale też romans. (Nigdy się nie dowiem, jakim cudem ojcu, który nigdy wcześniej nie miał nic wspólnego z filmem, udało się umieścić swoje nazwisko przed tytułem, jakby był samym Davidem O. Selznickiem, ale wcale mnie to nie dziwi).
Film się skończył, romans także, a mama z powrotem wylądowała w Los Angeles. Byłam zaskoczona, bo zdążyłam zapomnieć, że mój dom nie jest jej domem. Naprawdę przywiązałam się do niej w ciągu tych kilku miesięcy. Mieszkała z nami i wspaniale było patrzeć na ojca i mamę razem. Kiedy widziałam, jak rozmawiają, uśmiechają się do siebie, trzymają za ręce, zaczynałam rozumieć, jak może wyglądać życie normalnej rodziny. Kiedyś weszłam do ich sypialni, leżeli przytuleni. Szybko się wycofałam, żeby nie naruszać ich prywatności, ale dało mi to słodkie przeświadczenie, że cieszą się intymnością. (Oczywiście nie wiedziałam, że mama rozkoszuje się podobną intymnością z monsieur Montandem).
Myślę, że w Japonii mama odnalazła spokój. Godzinami patrzyła na staw Koi na podwórzu. Uwielbiałam przyglądać się jej, kiedy była taka wyciszona. Tata gotował i przyrządzanie posiłków dla mamy sprawiało mu ogromną radość. Potem razem zasiadaliśmy do stołu. Chyba wtedy ostatni raz tworzyliśmy rodzinę. Byłam zachwycona atmosferą i tym, że mam mamę przy sobie. Myślałam, że już zawsze tak będzie.
Kiedy wyjechała, wróciła rutyna: szkoła, potem jazda konna, dni z Eguchi-san, samotne wieczory i cytryny.
Przy specjalnych okazjach tata i Miki zabierali mnie ze sobą do modnych klubów nocnych. Dzięki temu miałam rzadką okazję poznawania wyrafinowanego "świata dorosłych". Ojciec i Miki stroili się na maksa, ze mnie robili słodką laleczkę w niedzielnej sukience, zatrzymywaliśmy taksówkę i zajeżdżaliśmy do klubu. Portier otwierał drzwi samochodu i po puszystym dywanie wkraczaliśmy do innego świata.
W latach 60. nocne kluby Tokio nie różniły się specjalnie od ich amerykańskich odpowiedników. Grano w nich zachodnią muzykę i jazz, pokazywały się tam piękne kobiety i było pełno dymu. Alkohol lał się strumieniami, biżuteria błyszczała, tancerze wirowali na parkiecie.
Kiedy ojciec stawał w drzwiach, wszystko zdawało się zamierać. Rządził salą. W filmach to taki facet, na widok którego maître strzela palcami, kelnerzy dwoją się i troją, żeby przygotować dla niego specjalny stolik. Steve'a Parkera znali wszyscy. Kroczył od stolika do stolika z cygarem w dłoni, witając się i machając ręką znajomym. Z każdym coś go łączyło. Był kimś.
Zajmowaliśmy miejsca, zamawialiśmy coś do picia i zaczynała się zabawa. W nocnych klubach zawsze występowali znani artyści i każdy z nich znał ojca. Piosenkarki często z nim flirtowały, siadały mu na kolanach w przerwie między kolejnymi numerami. Miki nie zwracała na to uwagi - wszystko mieściło się w ramach rozrywkowej atmosfery miejsca, a ona uwielbiała dobrze się bawić.
Pewnego wieczoru ojciec zabrał mnie do klubu innego rodzaju, z dala od utartych szlaków. Lokal znajdował się na piętrze, był nieduży i przytulny, przypominał salon; wszyscy siedzieli w fotelach i panowała miła atmosfera. Jedzenie było wyborne: drobne przystawki - smażony na oleju sezamowym chleb czosnkowy, delikatna tempura, solone kalmary w sosie własnym. Nie było tam żadnych kobiet, sami mężczyźni. Kelnerzy, również tylko płci męskiej, byli całkiem nadzy. To pozwalało im na wyjątkową obsługę: kiedy ojciec zamawiał whisky z wodą, trzymali drinka na poziomie krocza i mieszali penisem przed podaniem. Byłam tym zafascynowana. Zastanawiałam się, czy to poprawia smak. Oczywiście zachowywali się tak, tylko podając zimne napoje; gorąca sake wywołałaby pewien dyskomfort. Zdarzały się wyjątki, kiedy kelner przyniósł mój koktajl Shirley Temple, ojciec ostrzegawczo podniósł rękę: żadnych fiutków w piciu dla mojej córki. Doceniałam tę delikatność.
Rajzy po egzotycznym świecie prywatnych klubów bywały dosyć zabawne, jednak przez większość czasu nudziłam się potwornie. Na początku przebywanie w samym środku pełnego energii świata dorosłych było ekscytujące, ale przesiadywanie tam godzinami i przyglądanie się, jak piją, stawało się potwornie nużące. Często zdarzało się to w tygodniu i marzyłam, by położyć się do łóżka, żeby następnego dnia nie przysypiać na lekcji. Wszyscy, dosłownie wszyscy, palili: powietrze było gęste od dymu, który gryzł mnie w oczy. Błagałam o lody kawowe, żeby tylko nie usnąć.
Z pewnością zakładano, że taki styl życia jest cool. Cool powinno być to, że miałam zaledwie siedem czy osiem lat, cool powinno być poznawanie eleganckiego świata, w który wprowadzał mnie ojciec, cool powinno być traktowanie tego z typową dla złotej młodzieży pewnością siebie. Kiedy obce kobiety zasypywały ojca pocałunkami i ocierały się pośladkami o jego kolana, przyciskając mu do policzka podniesione przez chirurgów piersi, miałam nie tylko to akceptować, ale wręcz podchodzić do tego z entuzjazmem.
Eguchi-san nie była taka cool. Była oburzona. Skandal! Brak odpowiedzialności! Ciąganie dziewczynki w wieku szkolnym po tych siedliskach grzechu! "Po Miki bym się tego spodziewała, była służącą w pijalni herbaty, ale co sobie myśli twój ojciec?" mawiała.
I to właśnie było pytanie zasadnicze: Co sobie myślał mój ojciec?
Kochałam ojca i przeraźliwie się go bałam. Był zmienny, humorzasty, a ciągłe picie sprawiało, że był nieprzewidywalny. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwa wydarzenia z tego okresu. Jedno z nich to Afera z Ptysiami.
Ptysie były w Japonii wyjątkowym przysmakiem. Podobnie jak w przypadku chleba tostowego nie mieliśmy żadnego świeżego nabiału, ani masła, ani sera. Piliśmy mleko z proszku.
W świecie bez śmietany oczywiście ptysiów nie było. A przynajmniej nie było o nie łatwo. Jednak tata je uwielbiał, a ponieważ zwykle dostawał to, czego chciał, często kupował wykwintne, przepyszne ptysie na targu.
Niekiedy sam je robił. Pewnego popołudnia, tak dla własnej przyjemności, ubił w kuchni sporą porcję śmietany. Wziął okrągłe ptysie, wypełnił je i przybrał bitą śmietaną. Bardzo ekstrawagancki kaprys.
Gotowe ptysie czekały na kuchennym stole, kiedy wróciłam do domu. Na talerzu było ich chyba osiem i wyglądały rozkosznie apetycznie. Wiedziałam, że wieczorem nie spodziewamy się gości - z nikim nie trzeba będzie dzielić się tymi przepysznymi cudami. W takim razie czemu nie zjeść jednego? Albo dwóch?
Zjadłam trzy. Zostało pięć.
Mniej więcej godzinę później, kiedy siedziałam sobie w salonie, wszedł tata. Na moment zatrzymał się w progu - nawet nie podniosłam wzroku, ale wiedziałam, że tam stoi - i wiedziałam dlaczego.
Po wystudiowanej pauzie rzucił w zamyśleniu:
- Ciekaw jestem, co się stało z ptysiami...
Zesztywniałam. Wiedziałam już, że lepiej nie odpowiadać.
- Pamiętam, że było więcej niż pięć - ciągnął ojciec. - Cóż mogło się przytrafić pozostałym?
Choć można by sądzić, że się wygłupia, w jego słowach nie było cienia humoru. Mówił głosem, w którym aż się gotowało od gniewu, jakby był szefem mafii, który trzyma za plecami kij bejsbolowy i zastanawia się, gdzie zniknęła forsa.
Czekał. Ja też czekałam. Usiadł i zaczął się we mnie wpatrywać. Wiedziałam, że mnie oskarża, ale nie miał zamiaru powiedzieć tego otwarcie. Chciał się mną pobawić.
- Nie mogły tak po prostu zniknąć - mówił dalej. Głęboko nabrał powietrza, jak gdyby nagle coś mu przyszło na myśl. - Może ktoś obcy wszedł do domu i je zabrał? - Pozwolił, żeby pytanie zawisło w powietrzu. - Myślisz, że tak było?
Zobaczyłam możliwość ratunku i chwyciłam się jej kurczowo:
- Tak, tatusiu, myślę, że ktoś mógł wejść - rzuciłam skwapliwie.
Chętnie podchwycił i wychylając się do przodu, zapytał:
- Widziałaś tego kogoś?
- Ttttak...
- Wszedł głównym wejściem czy od tyłu?
Czułam, że sama pakuję się w pułapkę, więc lekko wzruszyłam ramionami i nic nie odpowiedziałam.
Ojciec ciągnął w zamyśleniu:
- Może to był któryś z sąsiadów?
- Może.
Zmarszczył brwi.
- Ale czemu sąsiad miałby wchodzić do nas bez pukania i kraść trzy ptysie? Nie, to niemożliwe. - Zastanawiał się chwilę: - Może źle je policzyłem? Może po prostu zrobiłem tylko pięć?
Znów uchwyciłam się tej wersji:
- Chyba masz rację, tatusiu. Było tylko pięć.
Zacisnął usta i zmarszczył brwi.
- Ale czemu miałbym robić tylko pięć ptysiów? No nie, jestem prawie pewny, że zrobiłem osiem. Jestem prawie pewny. - Znów wbił we mnie wzrok.
I tak to trwało. Rzucał pomysł za pomysłem, rozważał różne możliwości, ja kłamałam, żeby je uprawdopodobnić, po czym on wszystko odrzucał. Bawił się mną, manipulował, zdawałam sobie z tego sprawę i doprowadzało mnie to do szału.
W końcu pękłam:
- Ja to zrobiłam, tato! Ja! To ja zjadłam ptysie! - i wyznając grzech, zalałam się łzami.
Można by pomyśleć, że słysząc to, tatuś uśmiechnie się wyrozumiale, pogłaszcze mnie po główce i doda: "Wiem, skarbie. Wiem, że zjadłaś ptysie. Chciałem tylko, żebyś się przyznała".
Nic z tych rzeczy. Wpatrywał się we mnie z coraz większym natężeniem:
- Ty to zrobiłaś? - rzekł głosem pełnym tłumionej wściekłości. - Ty? To straszne. Czemu tak postąpiłaś?
Nie miałam nic na swoją obronę.
- Nie wiem. Przykro mi. - Wyszeptałam skruszona.
- Przykro ci? Gdyby miało być ci przykro, nie zjadłabyś ptysiów. Twoje były? No mów, twoje?!
- Nie.
- To czemu je zjadłaś? Czemu zrobiłaś coś tak okropnego? A potem dlaczego kłamałaś? Jesteś kłamczuchą, tak?
Wciąż było mu mało, dobijał mnie bezlitośnie. Potem przymknął oczy, pokręcił głową, oblizał wargi i westchnął głęboko, jakbym go rozczarowała do reszty.
Nie mogłam przestać płakać, ale przez cały czas myślałam: Przecież to były tylko ptysie!
Od tamtej pory bałam się cokolwiek zjeść w jego domu.
Ta manipulacja połączona z zastraszaniem, choć może się wydawać nieistotna, była niezbędnym wstępem do Afery z Aparatem.
Kiedy miałam dziewięć lat, nosiłam ruchomy aparat na zęby, a nie klamerki założone na stałe. Pewnego dnia wyjęłam go - nie pamiętam już dlaczego - i zgubiłam. Dziewięcioletnim dzieciom to się zdarza.
Tata widział to inaczej.
- Czy masz pojęcie, ile takie coś kosztuje?! - ryknął. - Jak mogłaś zgubić coś tak ważnego?! Nie mogłaś po prostu trzymać tego w gębie? Co jest z tobą nie tak? Idiotka!
Z ogromną niechęcią kupił mi nowy aparat i jasno dał do zrozumienia, że lepiej będzie dla mnie, jeśli nigdy go nie zgubię. Nigdy.
Obiecałam sobie, że nie zgubię.
Kilka miesięcy później razem z Eguchi-san pojechałam do jej rodziny na wieś. Chciała odwiedzić swoją prywatną świątynię.
Posiadanie własnej świątyni było dość typowe dla japońskiej klasy średniej. Takie świątynie z reguły są małe i urządzone prosto, choć na swój sposób ozdobne, całe w złocie i czerwieni. Eguchi-san już wcześniej zabierała mnie do rodzinnej świątyni. Jej niezbyt starannie skrywany plan zakładał, że pewnego dnia przejdę na szintoizm.
Nie zostałam wychowana w duchu jakiejkolwiek religii (co może wydawać się dziwne, jeśli weźmie się pod uwagę ogromne zainteresowanie sprawami duchowymi otwarcie okazywane przez mamę). Żadne chrześcijaństwo ani buddyzm, ani panteizm, nawet nie ateizm. Byłam jak niezapisana tabliczka. Eguchi-san dojrzała świetną sposobność, by mnie nawrócić: oddałaby wszystko, żeby tylko mnie wciągnąć do stadka.
A zatem regularnie woziła mnie do świątyni, mając nadzieje, że doznam oświecenia. Musiała zakładać, że ogromne posągi bóstw-lisów, stojące po obu stronach wejścia, przepełnią mnie bogobojnym lękiem. W rzeczywistości wywoływały we mnie dzikie przerażenie.
Do domu Eguchi-san i świątyni było około ośmiu kilometrów, a ponieważ szłyśmy tam pieszo, musiałyśmy wyruszyć wcześnie rano. W południe znalazłyśmy się już blisko, ale ponieważ trochę zgłodniałyśmy, zatrzymałyśmy się w barze sushi na lunch.
Nie chciałam, żeby te wszystkie gumowate ryby przyczepiły się do mojego nowego aparatu, więc delikatnie go wyjęłam, dla bezpieczeństwa owinęłam serwetką i położyłam tuż obok siebie. Nie spuszczałam go z oka.
Chyba jednak musiałam spuścić go z oka, bo kiedy skończyłam jeść, aparatu nie było.
Nie było ani aparatu, ani serwetki, niczego!
Zdrętwiałam, wpadłam w panikę, w wyobraźni ujrzałam czerwoną z wściekłości twarz ojca. "Zgubiłaś aparat?! Znowu?!", będzie wrzeszczał.
Gorączkowo zastanawiałam się, gdzie się podział. Może spadł na podłogę? Może wsadziłam go do kieszeni? Biegałam po całej restauracji, sprawdzałam pod każdym talerzem i każdą serwetką. Ktoś go wyniósł? Ale kto by ukradł cudzy aparat na zęby? Nie, na pewno gdzieś tu jest. Musi być!
Kiedy nie znalazłam aparatu na sali, wpadłam do kuchni, gdzie zauważyłam wielki pojemnik na odpadki. Po brzegi wypełniały go rybie głowy, ości, wnętrzności. Ohyda! Nagle nabrałam przekonania, że mój aparat jest właśnie tam. Nie zastanawiając się, wsadziłam ręce w obrzydliwe resztki i przekopywałam oślizgłą maź, wyciągając ości, puszki i wszystko, co choć w najmniejszym stopniu mogło przypominać w dotyku aparat.
Na próżno. Stałam z pustymi rękami i rozglądałam się dokoła z rozpaczą. Może są jeszcze inne kubły na śmieci, które mogłabym przegrzebać?
Poczułam, że Eguchi-san ciągnie mnie za rękaw:
- Sachiko-san, musimy iść, już późno.
- Eguchi-san, mój aparat!
- Rozumiem, ale musimy dojść do świątyni, a później wrócić, zanim będzie ciemno. Pamiętaj, nie łap dwóch srok za ogon...
Wiedziałam, wiedziałam, że wtedy nie złapię żadnej, ale tym razem musiałam złapać tę właściwą! A jednocześnie musiałam przyznać, że sytuacja robi się beznadziejna. Zrozpaczona i śmierdząca jak kuter rybacki wyszłam z baru i pomaszerowałam z Eguchi-san do jej domu. Nie obchodziło mnie uniesienie duchowe, które tam czekało, bo jutro o tej porze pewnie już będę martwa.
Rozpłomieniona wiarą Eguchi-san nawet mnie nie słuchała. Zawsze miała nadzieję:
- Nie martw się, Sachiko-san. Jeśli pomodlisz się do bogów-lisów, może zwrócą ci aparat.
- Naprawdę tak myślisz?
Eguchi-san z powagą skinęła głową.
- Bogowie są bardzo potężni. Wszystko mogą. Ale musisz się naprawdę gorąco modlić.
Wyciągnęła swoje gładkie koraliki z drewna sandałowego. Byłam gotowa spróbować wszystkiego, więc sięgnęłam po nie i modliłam się, modliłam i modliłam, po cichu składając śluby, w które wierzymy z całego serca, a jednocześnie mamy nadzieję, że nie będziemy musieli ich spełnić:
- Błagam, czcigodni bogowie-lisy, oddajcie mój aparat, a zawsze będę was czcić!
Modliłam się przez całą drogę do domu Eguchi-san. Kiedy doszłyśmy na miejsce, byłam tak zdenerwowana, że wpadłam do środka, żeby zrobić siusiu, co zabrało trochę czasu, jako że miałam na sobie siedem par brązowych majtek.
Eguchi-san czekała na zewnątrz i kiedy wróciłam, wręczyła mi ofiarę dla bogów-lisów: małą torebeczkę suchego ryżu. Wzięłam ją, czując, że to bardzo skromna ofiara w porównaniu z cudem, jakiego oczekiwałam, ale Eguchi-san rozumiała potrzeby bogów znacznie lepiej niż ja.
Aby dotrzeć do świątyni, musiałam przejść pod drewnianym łukiem, dalej iść ścieżką między kwitnącymi chryzantemami i minąć obie przerażające figury bogów-lisów. Kiedy przechodziłam obok nich, nieśmiało bąknęłam:
- Dar dla was, tylko zostawię to w środku - i wyciągnęłam przed siebie torebeczkę z ryżem.
Weszłam do wnętrza małego czerwono-złotego budyneczku i zbliżyłam się do domowego ołtarzyka. Drżącymi rękami otworzyłam małe drzwiczki, żeby złożyć ofiarę...
Gapiłam się, kompletnie zaskoczona. W środku, na czerwonej jedwabnej poduszce, leżał... mój aparat!
Znalazł się! Zdarzył się cud! Chwyciłam aparat, rzuciłam torebeczkę ryżu na miejsce i pognałam ze świątyni ścieżką wśród chryzantem, prosto w ramiona Eguchi-san:
- Patrz, patrz! Mój aparat! - wrzeszczałam.
Eguchi-san uśmiechnęła się wyrozumiale. Wcale nie była zdziwiona:
- Widzisz, bogowie-lisy uśmiechnęli się do ciebie.
Na pewno. Spojrzałam na drugi koniec ścieżki, na ogromne posągi. Chociaż ich granitowe twarze nadal były ponure i budziły grozę, wydawało mi się, że dostrzegam lekki uśmiech. Przypomniałam sobie moje przyrzeczenie i z całego serca chciałam go dotrzymać. Od teraz będę wyznawać szintoizm!
Gdybym miała choć trochę rozumu, nawet nie wspomniałabym ojcu o tej historii, bo choćbym nie wiem jak odwracała kota ogonem, zawsze wychodziło na to, że jednak znowu zgubiłam aparat. Byłam jednak tak przejęta całą tą historią, że musiałam mu wszystko opowiedzieć. Wszystko!
Tata wysłuchał spokojnie, łyknął whisky i spojrzał na mnie w zamyśleniu.
- Chwileczkę - powiedział w końcu, powoli ogarniając całą tę historię z cudem. - To znaczy, że zgubiłaś aparat w barze sushi?
Z zapałem pokiwałam głową, z rozkoszą się obwiniając:
- Owinęłam go w serwetkę, a kiedy się odwróciłam, już go nie było. Szukałam na podłodze, w śmieciach. Wszędzie!
- A potem odnalazłaś go kilometr dalej, w świątyni?
- Tak, bo się bardzo modliłam i bogowie-lisy odnaleźli go dla mnie, zupełnie tak, jak przepowiedziała Eguchi-san!
- Eguchi-san tak mówiła?
- Tak! - Byłam tak dumna z tego, że wiara starej kobiety ma taką cudowną moc, że chciałam, aby cały świat o tym się dowiedział.
Tata skinął głową. Powoli, bardzo powoli.
Nie wiem, co stało się potem, ale Eguchi-san już nigdy więcej nie pokazała się w naszym domu.
Karesansui to rodzaj japońskiego ogrodu zen, wymyślony przez buddyjskich mnichów. To skalny lub suchy ogród; nie ma w nim kwiatów, jedynie piach i mech. Tradycyjnie w takim ogrodzie układa się piętnaście kamieni, tak aby z dowolnego miejsca w ogrodzie można było dostrzec jedynie czternaście z nich. Piętnastego kamienia nigdy nie widać. Ale wiadomo, że gdzieś jest.
Przeprowadziłam się do Japonii, kiedy miałam dwa lata.
To nie podlega dyskusji - tak faktycznie było. Jednak w następstwie dziwnych, błędnych informacji (których moja matka nigdy nie sprostowała, a nawet je wielokrotnie potwierdzała) większość źródeł w internecie podaje, że trafiłam tam w wieku sześciu lat.
Zamieszanie wynikło być może z tego, że w 1962 roku, kiedy skończyłam sześć lat, mama kręciła w Japonii film Gejsza i być może zakładano, że tak zakochała się w tym kraju, iż postanowiła mnie tam pozostawić, abym nasiąkła jego niezwykłą kulturą.
Ja jednak mieszkałam już wówczas w Japonii od dawna. Przyjechałam w 1959 roku. Na jednej z fotografii widać, jak wysiadam z samolotu na lotnisku w Tokio. Niewątpliwie mam dwa lata, co powinno rozstrzygnąć spory.
Pojechałam do Japonii, by zamieszkać z ojcem, Steve'em Parkerem, biznesmenem prowadzącym interesy w Tokio.
Mama została w Los Angeles, jako że, powiedzmy, była zajęta. Właśnie dostała nominację do Oscara za rolę w filmie Długi tydzień w Parkman i szykowała się do zagrania u Billy'ego Wildera w Garsonierze u boku Jacka Lemmona. W tym samym czasie pracowała na planie Kankana, musicalu Cole'a Portera, z Frankiem Sinatrą i Maurice'em Chevalierem. Nie był to wielki film, ale wzbudził zainteresowanie. Być może dlatego, że podczas pamiętnej wizyty Nikity Chruszczowa na planie mama zatańczyła kankana, powiewając tyłem spódnicy przed twarzą przywódcy sowieckiego imperium. A on uznał, że to niemoralne. "Twarz ludzkości jest piękniejsza niż jej odwrotna strona" - oświadczył nadęty. Ja jednak wątpię, czy miał na myśli moją matkę, która miała wówczas dwadzieścia cztery lata i wyglądała wspaniale z każdej strony.
Tak czy siak była zajęta: szybko stawała się gwiazdą i trudno było przypuszczać, że nagle rzuci wszystko i przeniesie się do Tokio z ojcem i ze mną. Tyle mogłam zrozumieć, ale dlaczego tak łatwo mnie zostawiła? To była wielka tajemnica, zwłaszcza w epoce przed feministkami, kiedy zakładano, że matki będą tkwić przy dzieciach wiernie i nieustępliwie jak lwice broniące młodych.
Czy byłam dzieckiem szczególnie trudnym do opanowania? Raczej nie. Mam wrażenie, że było nam dobrze razem. Na zdjęciach dla magazynu "Life" widać nas obie, mamę i mnie, w zabawnych pozach, także na tym pamiętnym, które trafiło na okładkę: obie mamy sznury pereł na głowach i nadymamy policzki. Jesteśmy podobne jak dwie krople wody. Taka budząca zazdrość para z show-biznesu. W towarzyszącym zdjęciom wywiadzie mama rozwodzi się nad urokami macierzyństwa: nic nas nie może przygotować na uczucie takiego spełnienia, przypływ tak głębokich emocji, i tak dalej, i temu podobnie.
Wobec manifestacji takiej rodzicielskiej dumy wydaje się jeszcze dziwniejsze, że mnie wysłała tak daleko. Oczywiście, miała wielkie zaufanie do zdolności wychowawczych mojego ojca, ale musiał być jeszcze inny powód.
No więc historia trzymana w tajemnicy - przynajmniej do 1995 roku, kiedy ukazały się wspomnienia mamy z Hollywood Moje szczęśliwe gwiazdy1 - mówi o tym, że trzeba było wywieźć mnie z kraju ze względów bezpieczeństwa, ponieważ moja wolność, a może nawet życie były zagrożone.
W owych czasach mama była honorowym członkiem legendarnej grupy Rat Pack: tworzyli ją Frank Sinatra, Dean Martin (z którymi grała w filmie Długi tydzień w Parkman), Sammy Davis Junior, Peter Lawford - paczka dobrych kumpli. Bywała z nimi w całym Las Vegas, traktowali ją jak maskotkę (w przeciwieństwie do kobiet, które prowadzali ze sobą dla szpanu bądź romansowali z nimi). Występowali razem, bawili się razem, a przy tym mamie udało się zachować opinię niewinnej panienki. Niezłe rozwiązanie: korzystała z wszelkich przywilejów zarezerwowanych dla mężczyzn, a nie kojarzono jej z negatywnymi stronami ich swobodnego stylu życia.
Wszystkie jednak beztroskie zabawy mają swój kres. W pewnym momencie mister Sinatra prawdopodobnie podpadł mafii. Gdzieś kiedyś kogoś spotkał, przy okazji interesów lub występu, a może przy zielonym stoliku obraził żonę któregoś z mafijnych bossów, w każdym razie rozeszła się wieść, że mafia planuje zemstę. Jedna z plotek głosiła, że córka Shirley MacLaine jest w niebezpieczeństwie - mogą ją porwać.
Mieli mnie porwać! Aby nie ryzykować, wywieziono mnie do Japonii. Mama z bólem serca musiała się ze mną rozstać, w końcu chodziło o moje bezpieczeństwo. Poświęciła się, choć pod pewnymi względami nigdy się z tym nie pogodziła. Taka przynajmniej była jej wersja.
Byłam nastawiona lekko sceptycznie do tej opowieści. W końcu mafia wiedziała, gdzie leży Japonia, gdyby naprawdę chciała mnie odnaleźć... I niby dlaczego Frank Sinatra miałby dbać o to, że ktoś chce mnie porwać? Nigdy tego nie rozumiałam. Przy jego luzackim nastawieniu do życia myśl, że mafia może mnie porwać, raczej nie zaprzątałaby mu głowy ani tym bardziej nie zniszczyłaby jego psychiki.
W każdym razie zagrożenie minęło, wszystko się ułożyło, wkrótce Frank Sinatra pośredniczył w interesach między Samem Giancaną a JFK, świat kręcił się jak wcześniej, tylko nikt jakoś nie pomyślał, żeby sprowadzić mnie z powrotem. Mieszkałam w Japonii przez kolejne dziesięć lat, a z mamą spędzałam tylko wakacje.
Mama i tata poznali się w Nowym Jorku w 1952 roku. Mama opowiadała, że gdy ojciec wszedł do baru na 45. Zachodniej, w którym balowała wraz z chórzystkami z musicalu Me and Juliet, od razu ją zauroczył jego wygląd i zachowanie. Nie był wysoki - miał niespełna 180 centymetrów- więc postanowiła zdjąć buty na niebotycznych obcasach, żeby nad nim nie górować. Nie przypominam sobie, aby mama kiedykolwiek komuś w czymkolwiek ustąpiła, a jednak chciała być niższa od Steve'a Parkera.
Pogadali, wypili kilka drinków i tego samego wieczoru oświadczył się jej. Przyjęła oświadczyny dopiero następnego dnia. Byli jednak tak bardzo zajęci, że do 1954 roku nie mogli znaleźć czasu, żeby połączyć się węzłem małżeńskim. Wzięli ślub między porannym a wieczornym spektaklem The Pajama Game, w którym mama występowała na Broadwayu. Ślubu udzielił im sam charyzmatyczny pastor Norman Vincent Peale.
Mama twierdziła, że nikt nie wpłynął na jej życie w takim stopniu jak ojciec. Był jej mentorem, motywował ją, mówił prawdę i dzielił jej marzenia. Podsycał ambicje i prowadził na drodze do samopoznania.
Być może jego najważniejszym i mającym dalekosiężne skutki wkładem w jej życie była książka, którą otrzymała od niego na planie filmu Kłopoty z Harrym na początku kariery. Nosiła tytuł A Dweller on Two Planets [Mieszkaniec dwóch planet], została napisana pod koniec lat 80. dziewiętnastego wieku przez Fredericka S. Olivera, który jak się wydaje, był zwiastunem nadchodzącej mody na mistycyzm New Age. Oliver twierdził, że dzięki tunelowi w czasie ma wizje i doświadcza automatycznego pisania, które pozwala mu przekazywać słowa starożytnego ducha o imieniu Phylos Tybetańczyk. Phylos był mieszkańcem Atlantydy, żył setki lat wcześniej i opowiadał o osiągnięciach atlantydzkiej kultury, mających odzwierciedlenie we współczesnym Oliverowi świecie.
Książka napisana kwiecistym biblijnym stylem traktuje o karmie i reinkarnacji, a zatem o tematach bardzo ważnych dla filozofii życiowej mojej matki. Po lekturze A Dweller on Two Planets mama naprawdę zainteresowała się spirytualizmem. Nie wiadomo, dlaczego ojciec postanowił ofiarować jej właśnie tę książkę, ale mama twierdziła, że zawsze był ekspertem w odczytywaniu oczekiwań innych ludzi. Znakomicie wyczuwał, na co zareagują, i dlatego odnosił takie sukcesy w biznesie.
Wkrótce potem rodzice przeprowadzili się do Hollywood, a kiedy kariera mamy zaczęła nabierać rozpędu, ojciec także nie siedział bezczynnie. Nie podobało mu się, że jest znany jedynie jako mąż Shirley MacLaine, a ponieważ wcześniej prowadził interesy w Japonii, postanowił tam wrócić. I zdecydowali, że będą żyć oddzielnie.
Ta separacja i zgoda na to, że będą "otwartym związkiem", nie umniejszyły miłości mamy do ojca. Mogę powiedzieć, że kochała go tak głęboko jak nikogo innego. Był jej prawdziwą bratnią duszą, mimo że niemal przez cały czas małżeństwa mieszkali w różnych krajach.
Moje najwcześniejsze świadome wspomnienie wiąże się z lotem nad Oceanem Spokojnym. Nie jestem pewna, czy chodzi o ten pierwszy przelot, czy o następny, ponieważ wielokrotnie latałam tam i z powrotem w odwiedziny do mamy, do Los Angeles (prawdopodobnie musiałam przekradać się w nocy do miasta, żeby nie przyuważyli mnie ci okrutni mafiosi kidnaperzy).
Wspomnienie samego lotu jest bardzo żywe. Podróżowałam odrzutowcem, liniami Northwest Orient, prawie trzy dni. Mieliśmy międzylądowania na kilku wyspach Pacyfiku: Wake i Guam. Tam tankowaliśmy paliwo. Pamiętam spacer po plaży na wyspie Wake, ciepły powiew znad oceanu, zachwycające egzotyczne muszle i wrażenie, że znalazłam się w raju. Nie widziałam śladu wojennych zniszczeń, wyrządzonych ledwie piętnaście lat wcześniej, na przesiąkniętych krwią plażach. Potem znowu do samolotu. W owych czasach na lotach międzykontynentalnych były łóżka przypominające koje. Kiedy szliśmy spać, musieliśmy zapiąć pasy. Nie wyświetlano też filmów, nawet mowy nie było o indywidualnych telewizorach, więc trzeba było zapewnić sobie rozrywkę na własną rękę. W moim przypadku były to piosenki. Śpiewałam wszystkim w samolocie. Dzisiaj pewnie byłoby to natręctwo nie do przyjęcia: gdyby jakieś dziecko śpiewało i tańczyło w przejściach między siedzeniami; pewnie niejeden pasażer zacząłby się rozglądać za wyjściem ewakuacyjnym. Jednak pod koniec lat 50. dwudziestego wieku musiało to wyglądać uroczo, rozbrajająco i stanowiło odzwierciedlenie młodego amerykańskiego ducha.
Nikt nie mógł mi przeszkodzić w występach. Latałam sama. Bez ochroniarzy i przyzwoitek. Podobno byłam najdzielniejszą z dzielnych małych podróżniczek. Chwilami musiałam jednak czuć się samotna i przerażona, bo pamiętam, jak stewardesa tuliła mnie w ramionach i godzinami kołysała. I nie był to ostatni raz, kiedy ktoś obcy przyszedł mi na ratunek, podczas gdy nikogo z moich bliskich nie było obok.
Pamiętam, jak w końcu wylądowałam w Japonii. Ojciec czekał na mnie na płycie lotniska. W eleganckim garniturze i z zabójczym wąsikiem a la Clark Gable wyglądał jak gwiazdor filmowy. Nie przesadzam - naprawdę otaczał go splendor wielkiego świata. Miał nieodparty urok, był ciepły, a zarazem bardzo męski, zawsze ściskał dłoń bądź poklepywał po plecach na powitanie. Im więcej pił (a pił dużo), tym bardziej czarował. Życie było dla niego nieustającą zabawą, do której mnie właśnie zaprosił.
Pobiegłam do niego i z radością wpadłam w jego silne ramiona. Nareszcie byłam w domu! W domu, choć nie znałam ani jednego słowa po japońsku. Oczywiście z wyjątkiem mojego imienia - Sachiko.
Skąd u mnie japońskie imię, skoro nie urodziłam się w Japonii ani nie miałam japońskich przodków? Naprawdę nazywam się Stephanie Sachiko Parker. Stephanie jest żeńską odmianą Steve'a - imienia mojego ojca. A Sachiko... No cóż, tata opowiedział mi to, kiedy jechaliśmy do niego do domu.
Po wojnie stacjonował w Japonii, niedaleko Hiroszimy. Była tam mała dziewczynka, która często przychodziła w pobliże koszar.
Miała może dwa latka, bawiła się na pustym placu, zawsze sama. Była ubrana w jakieś łachmany, potargana, kapało jej z nosa. Wyglądała na zupełnie samotną.
Popytałem trochę i dowiedziałem się, że nie ma żadnej rodziny. Obydwoje rodzice zmarli na chorobę popromienną. Tragiczny skutek bomby atomowej.
Dziecko musiało radzić sobie całkiem samo. Zabrałem ją do koszar, wraz z kolegami niemal ją zaadoptowaliśmy, była taka urocza, wszyscy ją pokochaliśmy. Zdecydowałem się ją adoptować naprawdę, miała zostać moją córeczką. Załatwiałem formalności, zapowiadało się, że wszystko pójdzie gładko, kiedy zaczęła chorować. Choroba popromienna. Biedne dziecko. Wkrótce zmarła.
Wziął głęboki wdech, zapadła dramatyczna cisza. Zakończył:
Miała na imię Sachiko.
W domu, w dzielnicy Tokio zwanej Shibuya, czekała na mnie niespodzianka. Miała na imię Miki. Była japońską "przyjaciółką" ojca. Przyjaciółką, która - dokładnie mówiąc - razem z nim mieszkała. Byli razem od wielu lat i moje pojawienie się w rodzinie przyjęła z serdecznością boa dusiciela. Kiedy stanęłam w drzwiach, bez słowa zmierzyła mnie zimnym spojrzeniem, pełnym zazdrości i lodowatej niechęci.
Miki i ojciec poznali się wiele lat wcześniej w pijalni herbaty. Pijalnie herbaty w Japonii to miejsca, gdzie biznesmeni przychodzą się odprężyć i zabawić w towarzystwie gejsz. Nie są burdelami, jak mógłby pomyśleć przybysz z Zachodu. Wszystko jest czyściutkie i cywilizowane. Gejsze są traktowane z najwyższym szacunkiem. Jeśli przypadkowo między zainteresowanymi stronami przeleci iskra, mogą dyskretnie udać się na górę, ale co tam będą robić, to już wyłącznie ich sprawa.
W pijalniach herbaty zadanie gejszy to dotrzymanie towarzystwa gościom, otoczenie uwagą i dostarczenie im rozrywki. Śpiewają, tańczą, podają drinki, podtrzymują konwersację. Zawsze pochodzą z bardzo dobrych rodzin, są świetnie wykształcone, przeważnie władają kilkoma językami. Gejsza ma klasę, styl, maniery, a przy tym jest bardzo elegancka.
Miki nie była gejszą. Była służącą. Zaczęła pracować w pijalni herbaty, kiedy była dzieckiem. Ojciec poznał ją, gdy miała dwanaście lat, było to jeszcze przed wojną, kiedy mój dziadek, którego nigdy nie poznałam, prowadził w Japonii interesy związane z transportem morskim. Ojciec miał wtedy dwadzieścia kilka lat i cieszył się życiem beztroskiego poszukiwacza przygód. Zaprzyjaźnił się z małą Miki, a gdy dorosła, zaprzyjaźnili się jeszcze bliżej. Nie wiem, kiedy zostali kochankami, ale gdy ojciec wrócił do Japonii po wojnie, Miki czekała na niego i odnowili znajomość w punkcie, w którym kiedyś ją przerwali.
Niestety, punkt, w którym znajomość przerwali, w najmniejszym stopniu nie obejmował mnie. Różnica między stylem życia ojca i Miki a moim była dosyć znacząca. Ciągle wychodzili, uwielbiali modne restauracje, teatr, pływali na jachcie ojca na jego prywatną wyspę, latali na Hawaje, do Włoch. Mieli dla siebie cholernie dużo czasu.
Muszę zaznaczyć, że mama wiedziała o Miki. Jak już wspominałam, ustalili z ojcem, że będą otwartym małżeństwem, i w pełni akceptowali przygodne związki z innymi. Mama uważała, że to był właśnie jeden z takich przelotnych związków, taka miłostka ojca. Nie podejrzewała, że Miki była w rzeczywistości drugą żoną taty. Żoną, z którą na dodatek świetnie się bawił.
Gdy tata i Miki oddawali się rozrywkom, ja nie siedziałam sama. Miałam guwernantkę, Eguchi-san, która opiekowała się mną i zaszczepiła mi cnoty kobiety japońskiej: pokorę, uległość, poddanie.
Eguchi-san pod żadnym względem nie była atrakcyjna. Pamiętam, że wyglądała trochę jak ropucha, a raczej - by oddać jej należną cześć - jak amerykańska żaba rycząca. Była niska, przysadzista, garbata, a jej pomarszczona i pobrużdżona twarz świetnie pasowała do reszty. Była też bardzo stara. A przynajmniej mnie wydawała się bardzo stara.
- Pamiętaj, Sachiko-san - powtarzała, a w jej skrzeczącym głosie rozbrzmiewała mądrość wielu pokoleń - gwóźdź, który wystaje ponad inne, zawsze dostanie młotkiem. - Lubiła stare japońskie mądrości, które zamykały doświadczenia całego życia w kilku trafnie dobranych słowach.
"Żaba w studni nic nie wie o morzu".
"Nie łap dwóch srok za ogon".
"Nigdy nie obgaduj innych, bo ich duchy będą cię ścigać".
Uwielbiałam ją. Nie była ciepła, nigdy mnie nie przytulała. Jako tradycyjna i skrajnie surowa guwernantka uważała, że wszelkie zasady są święte i nigdy nie wolno ich naruszać. Dało mi to mocne i bezcenne poczucie bezpieczeństwa. Przy niej wiedziałam, na czym stoję. Nigdy mnie nie pocałowała, nigdy nie objęła, ale nie musiała tego robić. I tak wiedziałam, że mnie kocha.
Wiedziałam też, że nienawidzi Miki. Nigdy nic nie powiedziała, ale i tak wiedziałam. Eguchi-san tak samo wyczuwała moją niewypowiedzianą wrogość wobec Miki i to jeszcze bardziej scementowało łączącą nas silną więź.
Kłopot w tym, że Eguchi-san opiekowała się mną tylko w dzień, od dziewiątej rano do szóstej po południu. Wieczorami, kiedy ojciec z Miki szaleli po klubach, musiałam radzić sobie sama.
Jak samotna dziewczynka z Ameryki może zabić czas w pustym domu w Tokio? Ja jadłam cytryny. W lodówce zawsze było pełno cytryn, każdego wieczora zjadałam jedną czy dwie. Ciągnął mnie ich śliczny żółty kolor, cytrynowy zapach i kwaśny smak, który przynosił pocieszenie. Więc jadłam cytrynę za cytryną. Wiele lat później dentyści pytali, czemu nie mam szkliwa na zębach.
Nie pamiętam, co jeszcze robiłam, żeby się rozerwać, ale jakoś przeżyłam te samotne wieczory. Nie czułam się wtedy nieszczęśliwa, może dlatego, że nie znałam innych sposobów spędzania czasu i miałam towarzystwo: naszego psa rasy akita husky, wspaniałego Taiho, nazwanego tak na cześć mistrza sumo. Uwielbiałam go i bawiłam się z nim co wieczór, byliśmy nierozłączni.
Naprawdę kochałam Japonię. Nigdy nie zamieniłabym spędzonego tam dzieciństwa na żadne inne. To spokojny kraj, którego piękno zapiera dech w piersiach. Majestat gór na północy połączony z prostotą skalnych ogrodów i bujnością kwitnących wiosną wiśni.
Mój dom był magicznym połączeniem Wschodu i Zachodu. Utrzymany w stylu posiadłości wiejskiej, urządzony po zachodniemu. W salonie mieliśmy pokryte tatami podwyższenie, które służyło mi za scenę. Z radością występowałam przed gośćmi, śpiewałam i tańczyłam, wyduszając z nich pełne zachwytu ochy i achy. Mieliśmy również tradycyjną japońską łaźnię, którą ojciec uwielbiał, a ja zawsze zanosiłam mu tam sake lub whisky, żeby się lepiej odprężył.
Podwórko za domem było wyjątkowym miejscem, moim bajkowym czarodziejskim światem. Istotne były rozmiary i położenie każdego kamienia i każdej gałęzi. Był tam staw Koi z pięknymi i bardzo drogimi rybami. Niektóre miały nawet sto lat. Po łagodnym zboczu spływał strumyk. W rogu stała kamienna fontanna wyciosana z jednego bloku. Woda ciekła z niej bambusową rynną do zbiornika, z którego przelewała się do strumienia.
Pośrodku rosła przepięknie kwitnąca wiśnia. Wspinałam się na moją ulubioną gałąź, na sam wierzchołek, i przesiadywałam tam godzinami, zatopiona we własnym świecie. Pode mną płynął strumyk, obok był staw. Godzinami gapiłam się na ryby. Nie pamiętam, o czym myślałam, siedząc tam na górze. Po prostu tam tkwiłam. Drzewo było moim przyjacielem, z nim mogłam rozmawiać, na nie mogłam liczyć.
Eguchi-san często chodziła ze mną do tokijskich muzeów. Była wielką miłośniczką sztuki i chciała, żebym poznała wszystkie elementy japońskiej kultury. Zabierała mnie wszędzie, o różnych porach, na wystawy i pokazy. Nauczyła mnie malować, ubierać się, układać kwiaty. Wszystko wokół było naznaczone sztuką.
- To twoja kultura, Sachiko-san - mawiała, zupełnie zapominając, że właściwie to wcale nie moja kultura. - Tym właśnie jesteś.
W muzeach oglądałam akwarele i malowane tuszem obrazy sumi, pochodzące z różnych epok, niekiedy sprzed setek lat. Stawałyśmy przed krajobrazem przedstawiającym dom u podnóża góry. Eguchi-san wskazywała na pojedyncze pociągnięcia pędzlem:
- Na tym polega różnica między pięknem a jego brakiem - stwierdzała autorytatywnie.
Podchodziłyśmy do innego obrazu, który wyglądał dziwnie, jakby był niedokończony: w rogu widniał pęk fioletowych kwiatów, reszta płótna była pusta.
- Ta pustka sprawia, że obraz jest pełny - oznajmiała Eguchi-san, wzdychając z zachwytem.
Zachwycałam się obrazem, na którym widniało kwitnące drzewo wiśni nad brzegiem rzeki. Nic więcej: prostota i elegancja sprzed sześciuset lat, ale wciąż tętniące życiem.
- To takie piękne! - krzyknęłam.
Eguchi-san uważnie przestudiowała tabliczkę obok obrazu.
- Chodźmy - powiedziała, biorąc mnie za rękę.
- Dokąd?
Pamiętam, że zaraz potem siedziałyśmy w pociągu jadącym na północ. Byłam głodna, więc Eguchi-san wyjęła z kieszeni mandarynkę. Kiedy po nią sięgnęłam, cofnęła dłoń. Jedzenie mandarynki to też sztuka, której zasad należy przestrzegać.
Eguchi-san zdejmowała skórkę z mandarynki, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. Następnie powoli i starannie przebiła wewnętrzną osłonkę i zaczynając od góry, ściągnęła ją z całego owocu, który rozłożył się i przypominał teraz kwiat. Kwiat-mandarynkę wyciągnęła na dłoni, a ja zanurzyłam palce w soczystym miąższu. Jakimś sposobem ten powolny rytuał sprawił, że mój apetyt na mandarynkę jeszcze wzrósł. Pochłonęłam ją łapczywie.
Wysiadłyśmy z pociągu gdzieś na wsi, w Echigo-Yuzawa, i ruszyłyśmy ulicą. Eguchi-san niespiesznie kuśtykała, opierając się na lasce.
- Eguchi-san - odezwałam się. - Znasz to miasteczko? Byłaś tu wcześniej?
- Nie.
Poczułam lekki niepokój:
- Wiesz, dokąd idziemy?
Zmarszczyła brwi, jakby chciała powiedzieć: "I wiem, i nie wiem".
Wkrótce droga skręciła nad rzekę. Szłyśmy wzdłuż brzegu, a kiedy minęłyśmy zakole, nagle ujrzałam scenę z obrazu. Wszystko było identyczne, nieruchome, jakby namalowane, takie, jakim artysta widział to przed wieloma wiekami. Kwitnące drzewo wiśni, błękitne niebo, rzeka. Nic się nie zmieniło.
- Sześćset lat - rzekła Eguchi-san.
Trzy miesiące po przyjeździe do Tokio mówiłam po japońsku lepiej niż kiedykolwiek po angielsku, jakby to był mój pierwszy język. Mimo to czułam się źle i nie na miejscu w międzynarodowej szkole Nishi Machi. Może dlatego, że Eguchi-san kazała mi codziennie zakładać siedem par brązowych majtek, jedne na drugie. Miało to coś wspólnego z jej głęboko zakorzenionymi wierzeniami: zdaje się, że cyfra siedem i kolor brązowy w szintoizmie przynoszą szczęście. W upalne dni chętnie zamieniłabym to "szczęście" na coś bardziej przewiewnego. Kiedy musiałam skorzystać z łazienki, przeżywałam koszmar.
Właściwie nie można kupić brązowej bielizny. To chyba jedyny kolor, którego wszyscy unikają, więc Eguchi-san musiała sama wyrabiać brązowe majtasy, barwiąc białe. Gotowała ogromny gar wody, rozwijała paczuszki z brązową farbką - jeszcze dziś słyszę ten trzask i szelest, wspomnienie może nie tak wspaniałe jak smak Proustowskich magdalenek, choć równie silne. Później Eguchi-san rozpuszczała farbkę w kotle, wrzucała tam majtki - szczerze mówiąc, bardziej pasowałoby tu określenie "babcine galoty" - mieszała, i voila! Błyskawiczna produkcja dołującej damskiej konfekcji.
Ten, kto nie paradował po szkole w siedmiu warstwach brązowych gaci pod spódniczką, nie wie, czym jest samoświadomość. Najlżejszy powiew wiatru sprawiłby, że dla zachowania twarzy musiałabym popełnić harakiri.
Byłam wyjątkowo nieśmiała i bardzo starałam się nie wyróżniać na tle innych dzieciaków z klasy. Jedna z dziewczynek, Yuki, zniweczyła moją strategię. Była typem twardej, agresywnej i bardzo pewnej siebie pannicy. W żaden sposób nie potrafiłam się z nią porozumieć i unikałam jej, jak mogłam.
Nie było to łatwe. Tata znał mamę Yuki i często się odwiedzaliśmy. Nie wiem, dlaczego uznano, że powinnyśmy się z Yuki przyjaźnić. Dla nas obydwu nie było to spontaniczne, ale wymuszone, więc z trudem powściągałyśmy niezadowolenie.
W porównaniu z Yuki zawsze wypadałam gorzej. Yuki była ładniejsza. Bardziej pewna siebie. Ładniej zbudowana. I Yuki była bystra. Bardzo dobrze się uczyła. Ja - nie. Prawdę mówiąc, to w szkole szło mi fatalnie.
Można zrzucać winę na różnice kulturowe, ale sądzę, że to ojciec miał z tym coś wspólnego. Niektórzy rodzice są zbyt troskliwi, przesadnie chwalą dzieci i dzięki temu nabierają one dużej pewności siebie. Tata przyjął inną strategię: nadał mi przezwisko "Idiotka".
- Nadchodzi Idiotka! - oznajmiał, kiedy stawałam w drzwiach. - Uwaga, Idiotka wróciła do domu!
Nie miał zbyt wielkiego mniemania o moim rozumie. Nie pozwalał mi czytać. Nie wiem dlaczego. Pewnie uważał, że w moim przypadku to czysta strata czasu. Kiedy sięgałam po książkę, wyśmiewał mnie i wyrywał mi ją z ręki. Nie spodziewał się po mnie żadnej głębi, wszystko miało być proste i głupie. Nigdy mu się nie sprzeciwiałam.
Można już wysnuć wniosek, że życie z moim ojcem nie było łatwe: przez minutę kochał, a przez dwa tygodnie był daleki i nieprzystępny. Chyba nigdy się mną nie przejmował.
Chcecie przykładu? Latem odwiedzałam mamę w Ameryce. Szłyśmy na zakupy i kupowałyśmy wszystkie ubrania potrzebne mi do szkoły na nadchodzący rok. We wrześniu wyglądałam super!
W okolicach lutego wyrastałam ze wszystkiego, nic już na mnie nie pasowało, ani ubrania, ani buty. Desperacko potrzebowałam nowych ciuchów, ale ojciec nie kupował mi niczego: "Nie stać mnie", słyszałam. Natomiast stać go było na wszystko dla Miki: futra, suknie wieczorowe, drogą biżuterię. Zaspokojenie moich potrzeb musiało czekać do kolejnych wakacji z mamą. Prawie mnie nie dostrzegał.
A jednak...
Zdarzały się chwile, kiedy stawałam się dla niego najważniejsza na świecie. Tata uwielbiał gotować i zabierał mnie do kuchni, kiedy miał mieszać składniki i wymyślać wyszukane smakołyki. Rozkoszował się zmysłową stroną gotowania. Na oknie założył ogródek z ziołami. Zrywał odrobinę tymianku lub estragonu, rozcierał grubymi palcami i mówił:
- Tylko powąchaj! - Wąchałam, on wąchał, potem znowu ja, aż nadchodził uświęcony czas, aby dodać przyprawy do jedzenia. - Teraz, natychmiast! - polecał, a ja wrzucałam zioła i czułam się bardzo ważna.
Podczas ceremonii gotowania dawał mi chochelkę i kazał próbować:
- Dodać jeszcze czegoś?
Nie miałam pojęcia, ale byłam ogromnie przejęta, że liczy się z moją opinią.
- Rozmarynu? - zgadywałam, a ojciec mówił:
- Spróbujmy.
I zwykle trafiałam.
Kiedy kolacja była gotowa, siadaliśmy na podłodze, po japońsku. Ojciec rozkoszował się kieliszkiem starego, stuletniego wina - zawsze lubił mieć to, co najlepsze - i wszystko było na swoim miejscu.
Kilka razy do roku jeździłam z tatą na ryby, bez Miki. To, że byliśmy sami, sprawiało, że nasze wyjazdy stały się bardzo ważne i są moimi najmilszymi wspomnieniami o ojcu. Rzadko miałam go tylko dla siebie, bez Miki, puszącej się u jego boku, wyglądającej zza pleców jak demon z japońskiego teatru cieni. Wtedy byliśmy tylko we dwoje, łowiliśmy ryby, wokół królowała dzika przyroda. Tylko to się liczyło.
Podróż pociągiem w Alpy Japońskie trwała około ośmiu godzin. Ruszaliśmy na północ, w okolice Hokkaido. Była to niekończąca się, ale ekscytująca wyprawa. Mniej więcej w trzech czwartych drogi, po przejechaniu kilometrów zwyczajnej okolicy, wjeżdżaliśmy do tunelu - magicznego tunelu, jak zawsze sądziłam - który ciągnął się niemal w nieskończoność. Tłukliśmy się przez ten tunel około pół godziny i nagle wynurzaliśmy się w innym świecie: w czarownej krainie pokrytej lodem, z kilkumetrowymi soplami i bajkowymi domkami na wpół zanurzonymi w śniegu. Wszędzie panowała cisza. Taka cisza, że nawet nie było słychać pociągu. Śnieg zdawał się tłumić wszelkie dźwięki. Wiele razy jechałam magicznym tunelem i za każdym razem ten wspaniały widok zapierał mi dech z zachwytu.
W góry docieraliśmy zwykle już po zmroku. Niekiedy zatrzymywaliśmy się w hotelu Kanaya, który choć nie należał do najlepszych, był stary i dostojny (czytaj: cały trzeszczał), miał ogromne sale balowe i kręte schody. Odpoczywały w nim głowy państw i członkowie rodów królewskich, a japońska śmietanka towarzyska w smokingach i długich sukniach jeszcze wczoraj tańczyła tam fokstrota i tango.
Czasami tata wynajmował dżipa i od razu ruszaliśmy w góry, przez ciemności. Wjeżdżaliśmy jak najwyżej, a gdy drogi stawały się nieprzejezdne, wskakiwaliśmy w specjalne buty na śnieg, zakładaliśmy plecaki i dalej wędrowaliśmy pieszo, przy świetle księżyca, dopóki nie dotarliśmy do zamarzniętego jeziora na szczycie góry. Na płaskim miejscu rozbijaliśmy namiot i tam obozowaliśmy przez kilka dni. Było przeraźliwie zimno, spaliśmy na śniegu. Nosiliśmy grube wełniane swetry, nasączone naturalną lanoliną, wydzielały mocny zapach, ale gwarantowały ciepło. Byłam zmordowana i natychmiast zasypiałam, choć trochę się bałam, że w środku nocy namiot ześlizgnie się ze wzgórza.
Tata zwykle budził mnie bardzo wcześnie - około czwartej nad ranem - i biegliśmy na zamarzniętą taflę jeziora. Pierwsze zadanie polegało na wyrąbaniu przerębli w grubym na kilkadziesiąt centymetrów lodzie. Specjalną tyczką tata metodycznie i z zapałem dźgał lód. W tym czasie ja szukałam gałęzi i patyków na ognisko. Kiedy wracałam, tata dalej walił w lód, dopóki okrągły kawał nie wpadł do wody z charakterystycznym pluskiem.
Potem tata rozpalał ognisko na zamarzniętej tafli. Kiedy drewno się zajęło, czajnikiem nabierał wody z jeziora. Gotował wodę, trzymał ją na ogniu i wrzucał kawę, mieszał, czekał, aż fusy opadną, i pił prosto z czajnika. Mówił, że to kawa kowbojska.
- Smakuje wybornie - dodawał, słodząc ją whisky z piersiówki.
Nadchodziła pora śniadania. Tata chwytał wędkę i obchodził przerębel, kucając co chwila. Pstrągi najlepiej brały rano, kiedy były bardzo głodne. Łapał je, jednego za drugim, potem następnego, i jeszcze jednego... Humor poprawiał mu się z każdą złowioną rybą. Myślę, że wtedy był najszczęśliwszy, czuł się w swoim żywiole. W głębi duszy chyba chciał być Hemingwayem.
Odkładał wędkę, wybierał pstrąga na śniadanie i oprawiał wybrańca bezpośrednio na lodzie. Przerażona, a zarazem zafascynowana, przyglądałam się, jak ryba podskakuje, chwyta powietrze i walczy o życie. Oddychałam z ulgą, kiedy w końcu zdychała.
Ojciec patroszył rybę scyzorykiem, potem nacierał ją solą. Używał wyłącznie specjalnej soli z Francji, jak zwykle uznawał tylko to, co najlepsze. Ryba trafiała do ognia, piekła się cała.
- Uważaj, gorące! - powtarzał ojciec, starannie oddzielając mięso od ości i podając mi kawałki ryby.
Jedliśmy, były pyszne.
Potem wracaliśmy do namiotu. Prawie nie odzywaliśmy się do siebie. Tata czytał książkę. Ja nie, bo nie lubił, kiedy czytałam. Więc siedziałam.
Czasem odkładał książkę i zaczynał mi opowiadać swoje przygody. Wspominał wyprawy do Kambodży, świątynię Angkor Wat i swojego przyjaciela księcia Sihanouka. Potem zapadał w drzemkę, cisza trwała jakieś trzy godziny, i zaczynał na nowo, tym razem o Turcji lub Syberii. To były żywe, fantastyczne opowieści.
I tak nam schodził cały dzień. Krótkie pogawędki, długie okresy milczenia jako reguła. Nudziłam się, chciałam, żeby odłożył książkę i zaczął snuć kolejną historię. Dni były na zmianę fascynujące i męczące.
Jednak poranki, mroźne poranki w pokrytych lodem górach, pachnące kawą i słoną rybą, były absolutnie wspaniałe.
Pewnego sylwestra pojechaliśmy z tatą i Miki do hotelu Kanaya. Była tam stara świątynia, z czasów Tokugawy, wzniesiona na szczycie góry. Tradycja nakazywała wspinać się tam przez śniegi, aby o północy uderzyć w dzwon. Ścieżki wykopano w wysokich na półtora metra zaspach. Wdrapywałam się po stromych zboczach w specjalnym noworocznym stroju: kilka warstw cienkiego jedwabiu, szarfy, a na to kimono z grubego jedwabiu w piękny kwiatowy wzór, przepasane obi (szeroki pas w talii, przeplatany złotymi nitkami). Na nogach miałam tradycyjne drewniaki (zwane geta) z ozdobnymi paskami i wysokimi na dziesięć centymetrów bambusowymi koturnami.
Na szczycie na świeżym powietrzu stały stragany. Temperatura - poniżej zera. Sprzedawcy, dla rozgrzewki klepiąc o boki dłońmi w grubych rękawicach, zachwalali pieczoną, przypaloną kukurydzę, ośmiornicę z grilla i oden, specjalną potrawę z marynowanych pierożków rybnych, ziemniaków, tofu i wodorostów, w sosie sojowym.
Można było kupić noworoczne życzenie: wstążkę od mnicha ze świątyni i zawiązać ją wokół gałęzi, co gwarantowało, że życzenie się spełni. O północy mnisi uderzali w potężny, szeroki na trzy metry odlany z brązu dzwon, a dźwięk niósł się kilometrami. Zasłaniałam uszy, żeby mi mózg nie podskakiwał. Następnego dnia jedliśmy w hotelu klasyczne noworoczne śniadanie: surową ośmiornicę, grzanki z cynamonem i piliśmy angielską herbatę.
Chciałabym twierdzić, że były to chwile objawienia, które zmieniły moje życie i zbliżyły mnie z ojcem, ale to nieprawda. Oprócz nielicznych momentów ciepła i uczucia przeważały dni i tygodnie, kiedy nikt się mną nie interesował, a w sercu ojca królowała Miki.
Teraz używa się określenia "brak porozumienia". Doskonale pasuje do ojca. Potrafił być nadmiernie kontrolujący, a zarazem zupełnie obojętny. Czasem liczył się z moją opinią, ale częściej nazywał mnie Idiotką. Wyjątkowo umiejętnie zaburzał moją równowagę. Nigdy nie wiedziałam, na czym stoję. Cały czas tkwiłam w namiocie rozbitym na zboczu góry.
Dlaczego? Ciągle męczyło mnie to pytanie. Dlaczego znalazłam się w Japonii? Ojciec ściągnął mnie z drugiej półkuli tylko po to, żeby się mną zupełnie nie interesować? O co tu chodziło?
Ojciec był bardzo inteligentny, można go nazwać manipulatorem, i zawsze o coś mu chodziło. Dużo czasu zabrało mi odkrycie głęboko ukrytej prawdy.
- Mamo, czy jest coś, co powinnam wiedzieć?
Wracałyśmy do Malibu. Było wiosenne popołudnie 1982 roku, jechałyśmy drogą 405 z San Diego.
Mama jak zwykle milczała, zatopiona w myślach. Co jakiś czas tylko zachwycała się wyjątkowo pięknym krajobrazem.
- Jakie to cudowne! - wzdychała ze spokojem i pewnością siebie człowieka, który objechał świat kilka razy i zna wszystkie jego sekrety.
Też byłam pogrążona w myślach. Coś mi chodziło po głowie. Coś, co dotyczyło jej i ojca.
Nie wiem, dlaczego akurat wtedy o tym myślałam. Znalazłam się właśnie w kolejnym ślepym zaułku życiowym: mój związek legł w gruzach, przyszłość nie zapowiadała się świetlanie, musiałam na nowo przebudować swoje życie. Nowa wielka miłość skończyła się rozczarowaniem. Okazało się, że facet jest socjopatą.
A mama przejechała całe wybrzeże, żeby mnie ratować.
Nie tak miało być: ostentacyjnie zaprosiłam ją do San Diego, żeby przekazać jej ekscytującą wiadomość o zaręczynach ze wspaniałym człowiekiem. W głębi duszy przeczuwałam, że wcale nie jest taki wspaniały. Właściwie to wiedziałam nawet, że popełniam wielki błąd, ale nie potrafiłam wyrwać się z tego związku bez pomocy.
Mama, która popieprzone sytuacje wyczuwała na odległość, była herosem, jakiego potrzebowałam. Wkroczyła do pokoju w motelu i rzuciwszy okiem na mojego szurniętego narzeczonego, natychmiast oświadczyła:
- Wynosimy się stąd. I to już.
No i wracałyśmy do domu. Podróż do Malibu trwała dwie godziny. Miałam czas, żeby rozważyć często śmiesznie żałosne decyzje, które podejmowałam w moim życiu uczuciowym. Przez całe lata wybierałam facetów o wyjątkowo parszywym charakterze lub na takich trafiałam. Nie byli to zwykli, stereotypowi i samolubni buce z telenowel czy z reklam piwa, o nie. Mnie trafiali się prawdziwi manipulatorzy, rozczarowujący, zdemoralizowani faceci, którzy wciągali mnie w łańcuch wydarzeń wyniszczających emocjonalnie i fizycznie oraz kompromitujących. Czemu zawsze mi się to przydarzało? Co wepchnęło mnie w ten masochistyczny cykl: "mądra kobieta, głupie wybory"?
Może właśnie roztrząsanie mrocznego podłoża własnych związków doprowadziło mnie do zasadniczego pytania:
- Mamo, czy jest coś, co powinnam wiedzieć?
Rzuciła mi zdumione spojrzenie i z wyrozumiałym, żartobliwym uśmiechem zapytała:
- Co masz na myśli?
- No, coś między tobą a ojcem.
Lekko zmarszczyła brwi. Nie spodobał jej się ten temat. Nie chodzi o to, że nie chciała rozmawiać o ojcu; po prostu nie rozumiała, co może znaczyć w naszej obecnej sytuacji.
- Nic się nie dzieje, wszystko w porządku.
- Nie mówię: teraz, chodzi mi... No, wiesz, on jest w Japonii, ty jesteś tu, wcale się nie widujecie... - Od blisko trzydziestu lat żyli osobno, po dwóch stronach oceanu.
Mamie to odpowiadało.
- To idealny układ. Polecam każdemu małżeństwu - odparła.
Nie sugeruję, że mama żywiła wrogie uczucia wobec ojca. Kochała go, bardziej niż kogokolwiek czy cokolwiek, ale na co dzień nie potrzebowała go przy sobie. Jedno czy dwa spotkania rocznie w zupełności jej wystarczały.
- Mam wrażenie, że coś się stało, coś, o czym ty ani ojciec mi nie mówicie, i przeczuwam, że to coś ważnego.
- Nic ważnego się nie stało - odparła lodowatym tonem. I zamilkła.
A to oznaczało, że jednak chodzi o coś ważnego.
- Mamo, przecież czuję, że to coś naprawdę istotnego.
- Coś sobie ubzdurałaś. Wiesz, że masz zbyt bujną wyobraźnię.
Wzięłam głęboki wdech i zaryzykowałam:
- Jakoś ci nie wierzę, mamo.
Przez chwilę nie odpowiadała. Z jej twarzy nic nie mogłam wyczytać. Nie byłam pewna, czy ma zamiar udać, że nie słyszała, czy też szykuje odpowiedź, która mnie powali.
W końcu się odezwała:
- Powiem ci, jak dojedziemy do domu.
No więc jechałyśmy w ciszy autostradą z San Diego. Już byłam pewna, że coś się dzieje, ale musiałam czekać jeszcze dwie godziny na najważniejszy numer. Matka uwielbiała występować w roli głównej.
Napięcie rosło. O co mogło chodzić? Czy będzie to jedna z tych zmieniających życie rewelacji, która w końcu uporządkuje mój świat? A może coś absolutnie banalnego: "Nie mogę znieść chrapania twojego ojca". A może w ostatniej chwili zręcznie wykręci się od odpowiedzi?
Z mamą nigdy nic nie wiadomo. Czaiło się w niej coś, czego nie można było poznać. Co chwilę obiecywała w książkach i wywiadach, że ujawni szczegóły dotyczące życia osobistego, i oczywiście podawała ich mnóstwo, czasem niewinnych, czasem szokujących. Miała tych rewelacji pod dostatkiem. A jednak, jak każdy zręczny magik lub doświadczona striptizerka, im więcej odsłaniała, tym więcej pozostawało w ukryciu. Kiedy wydawało się, że już ją znasz na wylot, nagle ulatniała się w okamgnieniu.
Zapowiedź, że wyjawi mi coś naprawdę odkrywczego, sprawiła, że poczułam się nieswojo. Czy na pewno chciałam wiedzieć? Byłam na to gotowa? Może lepiej nie budzić licha?
W końcu dotarłyśmy do Malibu i w ciszy podjechałyśmy do głównego wejścia. Z mroku wyłoniła się weranda, na której mama pierwszy raz rozmawiała z kosmitami. Jak opowiadała, ktoś zastukał w drzwi od werandy, a kiedy otworzyła, zobaczyła ich. Nie zabawili długo, wpadli po drodze.
Nigdy mi nie opisała ich wyglądu ani statku kosmicznego. Nie wyjaśniła także, jakim cudem tak perfekcyjnie mówią po angielsku. Powiedziała jedynie, że ponieważ była Pierwszą Oświeconą, wybrali ją, aby przekazała wieści reszcie świata.
Nigdy nie wątpiłam, że to się zdarzyło naprawdę. Nie miałam powodu nie wierzyć w to, że na innej planecie rozwinęły się odmienne formy życia. Skoro jej mieszkańcy przybyli na Ziemię, dlaczego nie mieliby skontaktować się właśnie z mamą? Kosmici od razu by się z nią dogadali.
Gdy znalazłyśmy się w domu, mama bez słowa poszła do gabinetu. Otworzyła drzwi do schowka. W środku, na podłodze, stał stary, brązowy sejf.
- Co to? - spytałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
Mama miała zamiar wykorzystać dramatyzm tej sytuacji aż do końca.
Pochyliła się nad sejfem i bardzo ostrożnie zaczęła obracać pokrętłem: w lewo, w prawo, z biegłością zawodowego włamywacza. Spoglądała przy tym przez ramię, chcąc się upewnić, że nie widzę kombinacji i nie poznam szyfru.
W końcu rozległo się kliknięcie i sejf stanął otworem.
W środku znajdowało się prostokątne metalowe pudełko, podobne do tych, w jakich sprzedają bożonarodzeniowe ciasteczka. Mama trzymała pudełko w wyciągniętych rękach, niczym relikwię na poduszce. Skinieniem głowy dała znać, żebym poszła za nią do sypialni. Wskazała na łóżko. Usiadłam, a ona położyła pudełko po ciastkach obok mnie. Powoli podniosła wieczko.
Leżała tam sterta starych, pożółkłych telegramów, niektóre nawet z 1956 roku.
- Czytaj - rzuciła. - I wszystko zrozumiesz.