Szczęściara. Moje życie z Shirley MacLaine, a raczej bez niej - Sachi Parker

-
Proszę czekać

Roz­dział 2 O droz­dach i bo­gach-li­sach

Oj­ciec i Miki rzad­ko sie­dzie­li w domu, ale pod­czas tych nie­licz­nych oka­zji upra­wia­li za­bawną gierkę. Na te­le­fon z Ame­ry­ki re­ago­wa­li uda­wa­nym prze­rażeniem:

- Dzwo­ni Smo­czy­ca! - Smo­czy­ca, czy­li moja mat­ka. - To zno­wu Smo­czy­ca!

Chy­ba ro­bi­li to po tro­sze dla mnie, nie bar­dzo ro­zu­miałam dla­cze­go, ale sko­ro mnie kar­mi­li i dba­li o za­spo­ko­je­nie mo­ich pod­sta­wo­wych po­trzeb, in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy na­ka­zy­wał mi przyłącze­nie się do spi­sku:

- Och, nie, to Smo­czy­ca! - jęczałam, ze stra­chu kuląc się przy te­le­fo­nie.

Miałam pa­trzeć na matkę z mie­sza­niną prze­rażenia i lek­kie­go roz­ba­wie­nia, połączoną z pro­tek­cjo­na­li­zmem. Była ta­kim za­mor­skim po­two­rem, odrażającym i budzącym strach, na szczęście ukry­tym w pod­wod­nej ja­ski­ni gdzieś da­le­ko stąd.

Mimo to ko­chałam mamę, a kie­dy ją od­wie­dzałam, wca­le nie była taka zła, prawdę mówiąc, oka­zy­wała się całkiem za­baw­na.

Za­czy­nało się już na lot­ni­sku w Los An­ge­les; wi­do­wi­sko­wy nu­mer: mama pod­bie­ga do mnie, do wyjścia, obej­mu­je mnie i tuli w ra­mio­nach, wy­krzy­kując:

- Tak bar­dzo za tobą tęskniłam! Pokaż, jak urosłaś! - I idzie­my przez halę, trzy­mając się za ręce, radośnie ma­chając nimi w przód i w tył. Wsia­da­my do sa­mo­cho­du i mama mówi:

- No, to może te­raz się za­ba­wi­my?

I bawiłyśmy się.

Uwiel­biała ku­po­wać mi ciu­chy do szkoły. I cho­dzić do kina. I spa­ce­ro­wać wzdłuż plaży.

Pamiętam, że włóczyłyśmy się go­dzi­na­mi po plaży w Ma­li­bu, wy­pa­trując je­zio­rek, two­rzo­nych w pia­sku przez fale. Wyciągała jeżowce, lek­ko do­ty­kała pal­cem, a one za­my­kały się wokół nie­go. Pisz­czała jak dziec­ko, za­sko­czo­na za każdym ra­zem.

Po długim spa­ce­rze, wra­cając do domu, za­trzy­my­wałyśmy się w lo­dziar­ni sie­ci Wil Wri­ght w En­ci­no. Cho­dziłyśmy tam chy­ba co­dzien­nie, mama uwiel­biała lody i czułam, jaką przy­jem­ność spra­wia jej pochłania­nie lek­ko roz­to­pio­ne­go de­se­ru lo­do­we­go z ciepłą po­lewą krówkową. Wia­do­mo, że dzie­ci po­tra­fią roz­sma­ro­wać cze­ko­ladę po całej buzi, nie­mal wbrew pra­wom fi­zy­ki. Mama też umiała. Spoglądała na mnie z łobu­zer­skim uśmie­chem, po­ka­zując ciem­ne od cze­ko­ladowych lodów zęby.

Nie­kie­dy jeździłyśmy do su­per­mar­ke­tu Pig­gly Wig­gly i jadłyśmy dar­mo­we cia­stecz­ka wy­sta­wio­ne przy sto­isku z pie­czy­wem. Zwra­cam uwagę, że nikt ich nie ofe­ro­wał za dar­mo, ale mama bez żena­dy często­wała się słody­cza­mi wyłożony­mi na ta­cach. Jeśli jej sma­ko­wały, ku­po­wała trochę do domu, ale jeśli nie, to szła da­lej. Nikt nie zwra­cał jej uwa­gi, w końcu była gwiazdą.

Cza­sa­mi po pro­stu sie­działyśmy w jej domu w En­ci­no, grałyśmy w gry, jadłyśmy po­pcorn i inne pysz­ności. Robiła naj­lep­sze na świe­cie ka­nap­ki z masłem orze­cho­wym i ga­la­retką. Brała dwa kawałki chle­ba to­sto­we­go - w Ja­po­nii nie mie­liśmy ta­kie­go - i sma­ro­wała je masłem orze­cho­wym. Po­tem łyżeczką robiła wgłębie­nia i wypełniała je ga­la­retką. Nie­bo w gębie.

Jeśli w nocy rozpętała się bu­rza, mama po­zwa­lała mi wska­ki­wać do swo­je­go ogrom­ne­go łoża. Po­tem roz­su­wała nie­bie­skie ak­sa­mit­ne zasłony, odsłaniała ogrom­ne, zaj­mujące całą ścianę okno, wy­chodzące na San Fer­nan­do Val­ley. Wi­dok za­pie­rał dech w pier­siach. Kie­dy już przy­go­to­wała scenę, wra­cała do łóżka, wska­ki­wała pod kołdrę, przy­tu­lałyśmy się i ob­ser­wo­wałyśmy, jak bu­rza prze­ta­cza się nad do­liną.

Opo­wia­dała mi bajkę o Księżnicz­ce Błyska­wic. Nie wiem, skąd ją wzięła - myślę, że wymyśliła - ale mówiła z ta­kim prze­ko­na­niem, tak wspa­nia­le wy­ko­rzy­stując cały swój ta­lent ak­tor­ski, że wszyst­ko ożywało. Chy­ba wte­dy zaczęłam ro­zu­mieć magię opo­wia­da­nia ba­jek.

- Daw­no, daw­no temu - za­czy­nała z ta­kim zapałem, że wręcz było widać, jak bar­dzo bra­ko­wało jej co­wie­czor­ne­go opo­wia­da­nia je­dy­nej córce ba­jek na do­bra­noc, po­wra­ca­nia do hi­sto­ry­jek o Ja­siu i łody­dze fa­so­li, Czer­wo­nym Kap­tur­ku czy Ja­siu i Małgosi.

Daw­no, daw­no temu żyła so­bie piękna księżnicz­ka, która miesz­kała na szczy­cie naj­wyższej góry świa­ta. Wszy­scy zna­li ją jako Księżniczkę Błyska­wic. Kie­dy była szczęśliwa, śmiała się radośnie, a przez nie­bo prze­la­ty­wała ja­sna błyska­wica. Jed­nak kie­dy była zła, jej twarz wy­krzy­wiał gry­mas, a wte­dy nie­bo prze­ci­nały groźne pio­ru­ny.

Kie­dy nad do­linę nad­ciągała bu­rza, potężni Książęta Grzmotów, którzy ko­cha­li się w Księżnicz­ce, wołali ją znad ciem­nych chmur, błagając o pocałunek, taka była piękna. - Pocałuj mnie, Księżnicz­ko Błyska­wic - pro­si­li.

Nig­dy się nie zga­dzała. Cza­sem wy­bu­chała śmie­chem, ośle­piając ich ra­do­snym błyskiem światła, nie­kie­dy marsz­czyła czoło i z wściekłością prze­ga­niała ich roz­dzie­rającym uszy pio­ru­nem! Trzask! Trzask! Trzask! Za­tem kie­dy słyszysz grzmot, to zna­czy, że prze­rażeni książęta ucie­kają przed jej gnie­wem. Nikt nig­dy nie zdołał zdo­być ser­ca za­dzior­nej, nie­za­leżnej Księżnicz­ki. (Już wte­dy mama przy­go­to­wy­wała mnie na re­wo­lucję fe­mi­ni­stek).

Po­tem błyska­wi­ce rozświe­tlały nie­bo, a mama pisz­czała z za­chwy­tu:

- Patrz, Księżnicz­ka się śmie­je! Śmie­je się! - I oby­dwie zasłaniałyśmy uszy, żeby nie słyszeć donośnego grzmo­tu.

Przy niej czułam się taka bez­piecz­na.

Na początku lat 60. mama do­tarła na świa­to­we szczy­ty show-biz­ne­su: cie­szyła się między­na­ro­dową sławą, była znaną ak­torką, słynną ar­tystką, krótko mówiąc - gwiazdą. Pierw­sze suk­ce­sy od­no­siła już pod ko­niec lat 50. Film nosił tytuł Gar­so­nie­ra, mama zwróciła uwagę kry­tyków i ugrun­to­wała swoją po­zycję. Po raz dru­gi zo­stała no­mi­no­wa­na do Na­gro­dy Aka­de­mii i zasługi­wała na nią.

- Zdo­byłabym Osca­ra - po­wta­rzała - gdy­by Eli­za­beth Tay­lor nie przeszła tra­che­oto­mii.

Liz Tay­lor za­grała owe­go roku call girl w But­ter­fly 8, fil­mie niezłym, ale nie wy­bit­nym. Zasłużyła na no­mi­nację, ale nie spo­dzie­wa­no się, że przy­pad­nie jej sta­tu­et­ka, dopóki nie za­padła na ostre za­pa­le­nie płuc, wy­ma­gające na­tych­mia­sto­wej ope­ra­cji. Fala współczu­cia wy­niosła ją na szczyt, i to ona, a nie mama, wróciła do domu z Osca­rem.

Może to było szczęście w nieszczęściu. Mama uniknęła prze­rażającej klątwy osca­ro­wej i za­grała w wie­lu fil­mach, które za­padły w pamięć. Z ko­lei Eli­za­beth Tay­lor stała się eta­tową sławą i nig­dy już nie miała w so­bie tej prze­bo­jo­wości i eks­pre­sji, jaką za­chwy­cała przed But­ter­fly 8. (Od­niosła po­tem wiel­ki suk­ces, zwieńczo­ny Osca­rem, grając w Kto się boi Vir­gi­nii Wo­olf?, lecz to - wyjątek po­twier­dzający regułę - po­je­dyn­czy przy­pa­dek wśród ta­kich gniotów jak Kle­opa­tra, Z życia VIP-ów i in­nych).

Z ko­lei mama kro­czyła od suk­ce­su do suk­ce­su, bo ciągle była nie­na­sy­co­na sławy. Bez osta­tecz­ne­go uzna­nia ze stro­ny prze­mysłu fil­mo­we­go wciąż miała cel i wciąż za nim goniła. Wziąwszy pod uwagę jej wewnętrzny głód suk­ce­su i zachłanność, może Oscar nie spra­wiłby różnicy, a może by nie­co zwol­niła tem­po i więcej prze­by­wała z ro­dziną. Kto wie?

Doraźną ko­rzyścią dla mnie był fakt, że spędzałam spo­ro cza­su na pla­nie filmów, w których grała. Czułam się jak w nie­bie. Dla małej dziew­czyn­ki prze­by­wa­nie w tym świe­cie ułudy, pełnym światła, mu­zy­ki i dziw­nych, ale przy­ja­znych po­sta­ci, było ni­czym życie w Kra­inie Baśni. Chy­ba to ja­sne.

- Wi­taj, Sa­chi! - wołał każdy z eki­py, wszy­scy gro­ma­dzi­li się wokół mnie, nie tyl­ko dla­te­go, że byłam taka cho­ler­nie uro­cza, ale przede wszyst­kim dla­te­go, że byłam córką gwiaz­dy. Cha­rak­te­ry­za­to­rzy nakłada­li mi ma­ki­jaż, gar­de­ro­bia­ne stroiły mnie w mi­nia­tu­ro­we, lal­ko­we suk­nie... Byłam Małą Księżniczką, a plan fil­mo­wy był moim króle­stwem. Tkwiłam tam w ko­ko­nie bez­piecz­nym, ciepłym, miękkim. Nic złego nie mogło mi się przy­tra­fić.

Na pla­nie Dwoj­ga na huśtaw­ce działo się dużo do­bre­go - dla mo­jej mamy. Nie tyl­ko capnęła sma­ko­witą główną rolę i pra­co­wała ze zdo­bywcą Osca­ra Ro­ber­tem Wise'em, to jesz­cze przeżywała ogni­sty ro­mans z Ro­ber­tem Mit­chu­mem, który jej part­ne­ro­wał. Oczy­wiście wówczas nikt o tym nie wie­dział, a ja się nie zo­rien­to­wałam pod­czas krótkich wi­zyt na pla­nie. Na­tu­ral­nie wi­działam, że mi­ster Mit­chum ciągle snu­je się w po­bliżu, ale dla mnie był po pro­stu pętającym się koło mo­jej mamy wiel­kim fa­ce­tem o sen­nym spoj­rze­niu i ni­skim, chra­pli­wym głosie. Na­wet mi do głowy nie przyszło, że między nim a moją matką coś się dzie­je. A cze­mu miałoby przyjść? Prze­cież byłam dziec­kiem. Według mamy ich związek był moc­ny i głęboki. Trwał do­bre trzy lata, podążali za sobą po całym świe­cie. Kie­dy pomyślę, że le­ni­wy i ociężały mi­ster Mit­chum wska­ku­je do sa­mo­lo­tu, żeby gdzieś w ho­te­lu w Afry­ce Wschod­niej spo­tkać się z moją mamą na fi­gle-mi­gle, wy­da­je mi się to dziw­ne, ale mama utrzy­mu­je, że tak na­prawdę było.

Mama pu­blicz­nie głosiła, że ona i oj­ciec zgo­dzi­li się na otwar­te małżeństwo. Po­zwo­li­li so­bie na inne związki, które nie za­grażały jed­nak ich głębo­kiej i naj­ważniej­szej dla oby­dwoj­ga miłości. Nie do końca je­stem pew­na, jak to funk­cjo­no­wało, zwłasz­cza na początku, bo mama nig­dy nie ob­no­siła się ze swo­imi ro­man­sa­mi (wte­dy jesz­cze ist­niało coś ta­kie­go jak zła re­kla­ma). Mama twier­dzi, że zgod­nie z za­sadą otwar­tości po­wie­działa ojcu o przy­go­dzie z Mit­chu­mem, ale nie wiem, czy to praw­da. Wiem na­to­miast, że swój na­prawdę poważny związek z Miki tata ukry­wał przed mamą przez ja­kieś trzy­dzieści lat. Wy­da­je mi się, że miał jej przy­zwo­le­nie na ro­man­se z in­ny­mi ko­bie­ta­mi, pod wa­run­kiem że nie cho­dziło o Jedną Inną Ko­bietę.

Na pla­nie fil­mu Słodka Irma pa­no­wała inna at­mos­fe­ra niż dotąd. Mama grała damę w bar­dzo ob­cisłej suk­ni, a jej part­ner, Jack Lem­mon, był po­li­cjan­tem w śmiesz­nym ka­pe­lu­szu. Nie miałam pojęcia, co ozna­czały śmiałe sy­tu­acje i wy­szu­ka­ne ri­po­sty, ale oby­dwo­je świet­nie się ba­wi­li. Może dla­te­go, że nie ro­man­so­wa­li. Mama za­wsze po­wta­rzała, że Jack Lem­mon jest uro­czy, że to prze­miły fa­cet - a tacy nie byli w jej ty­pie. Za­tem za­przy­jaźnili się po pro­stu i tak już zo­stało.

W owym początko­wym okre­sie i na pla­nie, i u nas w domu po­ja­wiały się ta­bu­ny gwiazd. Mama grała z De­anem Mar­ti­nem, Au­drey Hep­burn, Clif­fem Ro­bert­so­nem, Lau­ren­ce'em Ha­rvey­em. Do gro­na jej przy­ja­ciół za­li­cza­li się Dan­ny Kaye i wszy­scy z Rat Pack. Je­den z młodych ak­torów li­czył się dla mnie szczególnie i wyróżniał na tle in­nych.

Był młody, nie­skończe­nie przy­stoj­ny, obezwład­niająco cza­rujący i ota­czała go nie­zwykła aura. Gdy wcho­dził do po­ko­ju, wszyst­kich porażał prąd.

- Przy­wi­taj się z War­re­nem - mówiła mama.

War­ren był moim wuj­kiem. Trzy lata młod­szy od mamy, przy­je­chał za nią do Hol­ly­wo­od. Oby­dwo­je ucie­kli przed duszną at­mos­ferą ro­dzin­ne­go domu w Wir­gi­nii. Dziad­ko­wie byli za­go­rzałymi bap­ty­sta­mi i równie za­go­rzałymi al­ko­ho­li­ka­mi - to nie naj­lep­sza kom­bi­na­cja. Nie­wie­le wiem o dzie­ciństwie mamy - nie opo­wia­dała o tym - ale było nieszczęśliwe i pełne emo­cjo­nal­ne­go bólu, więc wy­rwała się stamtąd jak naj­szyb­ciej.

Przy­pusz­czam, że wu­jek War­ren czuł się tak samo. Oczy­wiście znałam go z wcześniej­szych wi­zyt w domu. Chciał się za­cze­pić w show-biz­ne­sie, próbował sił w te­le­wi­zyj­nych pro­gra­mach, ta­kich jak Do­bie Gil­lis czy Play­ho­use 90. Przez lata wiel­ki suk­ces omi­jał go jed­nak z da­le­ka.

I wresz­cie nad­szedł jego czas. Wu­jek zaczął za­cho­wy­wać się in­a­czej, był bar­dziej pew­ny sie­bie, zda­wał so­bie sprawę z nad­chodzącej sławy, stał się nie­od­par­cie pociągający, a za­ra­zem trzy­mał dy­stans. Jego pierw­szy film, Wio­sen­na buj­ność traw, właśnie wcho­dził na ekra­ny, a już dużo mówiło się o zna­ko­mi­tej roli. Na­wet gdy­by nie była taka wspa­niała, War­ren umiałby zro­bić szum wokół sie­bie. Po­wie­trze wokół nie­go wręcz iskrzyło.

Pod wie­lo­ma względami War­ren sam wciąż był dzie­cia­kiem, ale po­dejścia do dzie­ci nie miał. Wca­le go nie in­te­re­so­wały, dopóki nie skończyły ja­kichś dwu­dzie­stu lat. Za­wsze wi­dy­wałam go z piękną ko­bietą u boku, nie­kie­dy z dwie­ma czy trze­ma. Ich obec­ność uzna­wał za coś na­tu­ral­ne­go, po­zwa­lał, by zwi­sały mu z ra­mie­nia jak spor­to­wa ma­ry­nar­ka w upal­ny dzień.

Muszę przy­znać, że jako mała dziew­czyn­ka miałam fioła na jego punk­cie. A któż by nie miał? Nig­dy nie myślałam o nim jak o wuj­ku ani o kimś w ja­ki­kol­wiek sposób spo­krew­nio­nym. Był obcą siłą, cza­rującym uwo­dzi­cie­lem, który sa­mym spoj­rze­niem rzu­cał urok na każdego i równie szyb­ko zdej­mo­wał zaklęcie.

Czułam jego ma­gne­tyzm, mimo że byłam dziec­kiem, ale nie pod­bie­gałam do nie­go, nie obej­mo­wałam mu­sku­lar­nych nóg. Cho­ciaż ob­da­rzał mnie zabójczym spoj­rze­niem, a w jego oczach mi­go­tały obie­cujące błyski, coś w nim ostrze­gało: "Nie zbliżaj się za bar­dzo". Więc się nie zbliżałam.

W 1961 roku kom­ple­to­wa­no ob­sadę ki­no­wej wer­sji Zabić droz­da. Książka Har­per Lee była be­st­sel­le­rem i wszy­scy spo­dzie­wa­li się, że film będzie kan­dy­do­wał do Osca­ra. Każdy ak­tor w Hol­ly­wo­od chciał w nim za­grać. Gre­go­ry Peck szyb­ko do­stał rolę At­ti­cu­sa Fin­cha - był bez­kon­ku­ren­cyj­ny - ale inne sma­ko­wi­te par­tie wciąż były do wzięcia, w tym dwoj­ga dzie­ci nar­ra­torów całej fabuły.

Ni stąd, ni zowąd mama zde­cy­do­wała, że po­win­nam sta­rać się o rolę Sco­ut, córki At­ti­cu­sa Fin­cha. Nie wiem, skąd jej to przyszło do głowy. Nig­dy nie mówiłam, że chcę być dzie­cięcą gwiazdą. Nie bałam się występować przed in­ny­mi, miałam mnóstwo zdjęć na pla­nie, ra­zem z mamą, ale nig­dy nie przeszło mi przez myśl, że mogę zo­stać ak­torką.

Mama jed­nak miała taką wizję, a kie­dy już przystępowała do działania, nie było siły, żeby ją po­wstrzy­mać. Zor­ga­ni­zo­wała przesłucha­nie w swo­im domu w Los An­ge­les. Kil­ka dni wcześniej przy­niosła sce­na­riusz i sce­na po sce­nie prze­ro­biłyśmy całą hi­sto­rię. Mama po­ka­zała mi, jak mówić z południo­wym ak­cen­tem - "ale nie za bar­dzo południo­wym", za­zna­czyła - i szczegółowo usta­wiła cały epi­zod, dając mi wskazówki do­tyczące mo­ty­wa­cji, sku­pie­nia, za­cho­wa­nia i tak da­lej. To była moja pierw­sza lek­cja gry ak­tor­skiej i sta­rałam się przy­swoić jak naj­więcej. Na ko­niec mama do­rzu­ciła:

- A te­raz się odpręż.

Kie­dy na­deszła pora, zawołała mnie do sa­lo­nu. Było tam pełno lu­dzi z eki­py, z reżyse­rem Ro­ber­tem Mul­li­ga­nem włącznie. Przy­szedł Alan J. Pa­ku­la, pro­du­cent, i odtwórca głównej roli Gre­go­ry Peck. Gdy­bym wie­działa, jak wielką sławą był już wówczas mi­ster Peck i że po Zabić droz­da sta­nie się ikoną kina, pew­nie bym zwy­mio­to­wała i szyb­ko wy­biegła z po­ko­ju. Ale dla mnie był po pro­stu wy­so­kim, miłym pa­nem o ciepłym uśmie­chu. Wca­le się nie de­ner­wo­wałam obec­nością zna­ko­mi­tości. Prze­cież miałam tyl­ko trochę po­uda­wać.

Mama podała mi sce­na­riusz, stanęłam w za­zna­czo­nym miej­scu pośrod­ku sa­lo­nu i weszłam w rolę.

- Hej, pa­nie Cun­nin­gham! - czy­tałam tekst, sta­rając się nie trzy­mać go przed ocza­mi, jak uprze­dziła mnie mama. - Pan mnie so­bie nie przy­po­mi­na, proszę pana? Je­stem Jean Lo­uise Finch. Pan jed­ne­go razu nam przy­wo­zi orze­chy hi­ko­ro­we, nie przy­po­mi­na pan so­bie?2

Poszło mi do­brze. Na­wet mając sześć lat, mogłam oce­nić, że pod­biłam ich ser­ca. Wszy­scy pra­wi­li mi kom­ple­men­ty, Gre­go­ry Peck uśmie­chał się po oj­cow­sku, aż mu oczy błysz­czały. Mama pro­mie­niała, oczy­wiście trochę grając:

- Praw­da, że mam zdolną córkę?

At­mos­fe­ra była pełna ciepła i życz­li­wości, świat show-biz­ne­su przede­fi­lo­wał przede mną, byłam ogrom­nie pod­eks­cy­to­wa­na i cie­szyłam się na przyszłość:

- Udało mi się, praw­da, mamo? Kie­dy za­czy­na­my film? Dużo mi zapłacą? Będę mu­siała opusz­czać szkołę?

Mama uśmiechnęła się kpiąco i rzu­ciła to­nem, który według niej brzmiał łagod­nie:

- Sa­chi, nie za­grasz w tym fil­mie.

Wspa­niały hu­mor od razu mnie opuścił.

- Jak to?

- Po pierw­sze, je­steś za młoda do tej roli. Po dru­gie, chy­ba nie wy­obrażasz so­bie, że je­steś Shir­ley Tem­ple? To miało być dla cie­bie nowe doświad­cze­nie, żebyś na­uczyła się zno­sić od­rzu­ce­nie.

Aha.

Oka­zało się, że nie muszę od razu prze­ra­biać tej cen­nej lek­cji, po­nie­waż wbrew wszyst­kie­mu i mimo chłod­ne­go pe­sy­mi­zmu mamy za­pro­po­no­wa­no mi tę rolę. Egu­chi-san, która przy­je­chała i do­wie­działa się o wszyst­kim, gorąco za­pro­te­sto­wała. Uznała, że byłoby to dla mnie zbyt bo­le­sne doświad­cze­nie: ja - dziec­ko wy­cho­wa­ne w tra­dy­cji japońskiej, po­tul­ne i skrom­ne - miałabym do­stać się w try­by hałaśli­we­go i ze­psu­te­go Hol­ly­wo­od. To by mnie na­zna­czyło na za­wsze. Mama oka­zała sym­bo­licz­ny sprze­ciw, a w końcu niby niechętnie zgo­dziła się z Egu­chi-san.

Za­tem ustąpiłam. Rola przy­padła Mary Ba­dham, która za­grała re­we­la­cyj­nie i dziś trud­no so­bie wy­obra­zić kogoś in­ne­go na jej miej­scu.

Kie­dy lato 1961 roku do­biegło końca, wróciłam do Ja­po­nii z Egu­chi-san i z bo­nu­sem: tym ra­zem to­wa­rzy­szyła nam mama. Kręciła w To­kio film Gej­sza. Pro­du­cen­tem był nie kto inny jak mój oj­ciec, Ste­ve Par­ker. Zależało mu na zdo­by­ciu po­zy­cji w Hol­ly­wo­od.

Była to ty­po­wa lek­ka ko­me­dia z lat 60., a mama grała ame­ry­kańską ak­torkę, która uda­je gejszę, żeby zdo­być rolę w fil­mie reżyse­ro­wa­nym przez własne­go męża (od­ległe echo sy­tu­acji mo­ich ro­dziców).

Byłam za­chwy­co­na, że mama jest w Ja­po­nii. Za­miesz­kała z nami w To­kio (a Miki dys­kret­nie wy­niosła się do domu, który oj­ciec jej kupił) i każdego dnia, kie­dy wra­całam ze szkoły, cze­kała na mnie. To było eks­cy­tujące. Zwy­kle co­dzien­nie po lek­cjach jeździłam kon­no - to była moja wiel­ka pa­sja - ale z radością za­rzu­ciłam ten zwy­czaj, żeby spędzać więcej cza­su z mamą.

Mama była jesz­cze bar­dziej za­chwy­co­na, przy­najm­niej tak myślę, ale ra­czej tym, że może spędzać czas z grającym u jej boku Yves'em Mon­tan­dem, z którym miała wte­dy ro­mans. W owym cza­sie żoną Mon­tan­da była wspa­niała Si­mo­ne Si­gno­ret, ale jesz­cze bar­dziej rzu­cało się w oczy to, że na miej­scu pro­du­cen­ta sia­dy­wał tata. (Cho­ciaż nie je­stem pew­na, ile cza­su oj­ciec poświęcił temu wy­zwa­niu ani czy w ogóle dbał o to, jak idzie pro­duk­cja. Oj­ciec był ty­pem kom­bi­na­to­ra za­da­niow­ca i kie­dy już wpra­wił w ruch po­szczególne ele­men­ty układan­ki, ru­szał sta­wić czoło no­wym wy­zwa­niom).

Yves Mon­tand właśnie zakończył ro­mans z Ma­ri­lyn Mon­roe i trak­to­wał mamę bar­dzo ob­ce­so­wo. Kie­dy cze­kała na lot­ni­sku w li­mu­zy­nie z szam­pa­nem, on zupełnie ją igno­ro­wał. Mama, przy całej swo­jej sile cha­rak­te­ru i nie­za­leżności, nie umiała się oprzeć ta­kim sa­mo­lub­nym dra­niom.

W jed­nej ze swo­ich książek zwie­rza się, że związała się z Mon­tan­dem w To­kio, po­nie­waż oby­dwo­je czu­li się za­gu­bie­ni w ob­cym, eg­zo­tycz­nym świe­cie. "Ob­cym", aku­rat! On wcześniej ob­je­chał Ja­po­nię z występami, a mama bywała tu wie­lo­krot­nie z oj­cem.

Pod ko­niec zdjęć mama od­kryła, że Mon­tand z nią ro­man­so­wał, bo założył się z oj­cem, że ją po­de­rwie przed zakończe­niem fil­mu, i wy­grał bez tru­du. W pew­nym sen­sie tata też wy­grał. Mama była zajęta Mon­tandem, a on mógł spo­koj­nie kon­ty­nu­ować własny ro­mans. Ty­po­wo fran­cu­ski układzik.

Swoją drogą, cie­ka­wie wygląda czołówka: Shir­ley Mac­La­ine i Yves Mon­tand w fil­mie Ste­ve'a Par­ke­ra Gej­sza. Tata na­prawdę zasłużył na ho­no­ro­we miej­sce: stwo­rzył nie tyl­ko film, ale też ro­mans. (Nig­dy się nie do­wiem, ja­kim cu­dem ojcu, który nig­dy wcześniej nie miał nic wspólne­go z fil­mem, udało się umieścić swo­je na­zwi­sko przed tytułem, jak­by był sa­mym Da­vi­dem O. Sel­znic­kiem, ale wca­le mnie to nie dzi­wi).

Film się skończył, ro­mans także, a mama z po­wro­tem wylądowała w Los An­ge­les. Byłam za­sko­czo­na, bo zdążyłam za­po­mnieć, że mój dom nie jest jej do­mem. Na­prawdę przy­wiązałam się do niej w ciągu tych kil­ku mie­sięcy. Miesz­kała z nami i wspa­nia­le było pa­trzeć na ojca i mamę ra­zem. Kie­dy wi­działam, jak roz­ma­wiają, uśmie­chają się do sie­bie, trzy­mają za ręce, za­czy­nałam ro­zu­mieć, jak może wyglądać życie nor­mal­nej ro­dzi­ny. Kie­dyś weszłam do ich sy­pial­ni, leżeli przy­tu­le­ni. Szyb­ko się wy­co­fałam, żeby nie na­ru­szać ich pry­wat­ności, ale dało mi to słod­kie przeświad­cze­nie, że cieszą się in­tym­nością. (Oczy­wiście nie wie­działam, że mama roz­ko­szu­je się po­dobną in­tym­nością z mon­sieur Mon­tan­dem).

Myślę, że w Ja­po­nii mama od­na­lazła spokój. Go­dzi­na­mi pa­trzyła na staw Koi na podwórzu. Uwiel­białam przyglądać się jej, kie­dy była taka wy­ci­szo­na. Tata go­to­wał i przyrządza­nie posiłków dla mamy spra­wiało mu ogromną radość. Po­tem ra­zem za­sia­da­liśmy do stołu. Chy­ba wte­dy ostat­ni raz two­rzy­liśmy ro­dzinę. Byłam za­chwy­co­na at­mos­ferą i tym, że mam mamę przy so­bie. Myślałam, że już za­wsze tak będzie.

Kie­dy wy­je­chała, wróciła ru­ty­na: szkoła, po­tem jaz­da kon­na, dni z Egu­chi-san, sa­mot­ne wie­czo­ry i cy­try­ny.

Przy spe­cjal­nych oka­zjach tata i Miki za­bie­ra­li mnie ze sobą do mod­nych klubów noc­nych. Dzięki temu miałam rzadką okazję po­zna­wa­nia wy­ra­fi­no­wa­ne­go "świa­ta do­rosłych". Oj­ciec i Miki stro­ili się na mak­sa, ze mnie ro­bi­li słodką la­leczkę w nie­dziel­nej su­kien­ce, za­trzy­my­wa­liśmy taksówkę i zajeżdżaliśmy do klu­bu. Por­tier otwie­rał drzwi sa­mo­cho­du i po pu­szy­stym dy­wa­nie wkra­cza­liśmy do in­ne­go świa­ta.

W la­tach 60. noc­ne klu­by To­kio nie różniły się spe­cjal­nie od ich ame­ry­kańskich od­po­wied­ników. Gra­no w nich za­chod­nią mu­zykę i jazz, po­ka­zy­wały się tam piękne ko­bie­ty i było pełno dymu. Al­ko­hol lał się stru­mie­nia­mi, biżute­ria błysz­czała, tan­ce­rze wi­ro­wa­li na par­kie­cie.

Kie­dy oj­ciec sta­wał w drzwiach, wszyst­ko zda­wało się za­mie­rać. Rządził salą. W fil­mach to taki fa­cet, na wi­dok którego maître strze­la pal­ca­mi, kel­ne­rzy dwoją się i troją, żeby przy­go­to­wać dla nie­go spe­cjal­ny sto­lik. Ste­ve'a Par­ke­ra zna­li wszy­scy. Kro­czył od sto­lika do sto­lika z cy­ga­rem w dłoni, wi­tając się i ma­chając ręką zna­jo­mym. Z każdym coś go łączyło. Był kimś.

Zaj­mo­wa­liśmy miej­sca, za­ma­wia­liśmy coś do pi­cia i za­czy­nała się za­ba­wa. W noc­nych klu­bach za­wsze występo­wa­li zna­ni artyści i każdy z nich znał ojca. Pio­sen­kar­ki często z nim flir­to­wały, sia­dały mu na ko­la­nach w prze­rwie między ko­lej­ny­mi nu­me­ra­mi. Miki nie zwra­cała na to uwa­gi - wszyst­ko mieściło się w ra­mach roz­ryw­ko­wej at­mos­fe­ry miej­sca, a ona uwiel­biała do­brze się bawić.

Pew­ne­go wie­czo­ru oj­ciec za­brał mnie do klu­bu in­ne­go ro­dza­ju, z dala od utar­tych szlaków. Lo­kal znaj­do­wał się na piętrze, był nie­duży i przy­tul­ny, przy­po­mi­nał sa­lon; wszy­scy sie­dzie­li w fo­te­lach i pa­no­wała miła at­mos­fe­ra. Je­dze­nie było wy­bor­ne: drob­ne przy­staw­ki - smażony na ole­ju se­za­mo­wym chleb czosn­ko­wy, de­li­kat­na tem­pu­ra, so­lo­ne kal­ma­ry w so­sie własnym. Nie było tam żad­nych ko­biet, sami mężczyźni. Kel­ne­rzy, również tyl­ko płci męskiej, byli całkiem nadzy. To po­zwa­lało im na wyjątkową obsługę: kie­dy oj­ciec za­ma­wiał whi­sky z wodą, trzy­ma­li drin­ka na po­zio­mie kro­cza i mie­sza­li pe­ni­sem przed po­da­niem. Byłam tym za­fa­scy­no­wa­na. Za­sta­na­wiałam się, czy to po­pra­wia smak. Oczy­wiście za­cho­wy­wa­li się tak, tyl­ko po­dając zim­ne na­po­je; gorąca sake wywołałaby pe­wien dys­kom­fort. Zda­rzały się wyjątki, kie­dy kel­ner przy­niósł mój kok­tajl Shir­ley Tem­ple, oj­ciec ostrze­gaw­czo pod­niósł rękę: żad­nych fiutków w pi­ciu dla mo­jej córki. Do­ce­niałam tę de­li­kat­ność.

Raj­zy po eg­zo­tycz­nym świe­cie pry­wat­nych klubów bywały dosyć za­baw­ne, jed­nak przez większość cza­su nu­dziłam się po­twor­nie. Na początku prze­by­wa­nie w sa­mym środ­ku pełnego ener­gii świa­ta do­rosłych było eks­cy­tujące, ale prze­sia­dy­wa­nie tam go­dzi­na­mi i przygląda­nie się, jak piją, sta­wało się po­twor­nie nużące. Często zda­rzało się to w ty­go­dniu i ma­rzyłam, by położyć się do łóżka, żeby następne­go dnia nie przy­sy­piać na lek­cji. Wszy­scy, dosłownie wszy­scy, pa­li­li: po­wie­trze było gęste od dymu, który gryzł mnie w oczy. Błagałam o lody ka­wo­we, żeby tyl­ko nie usnąć.

Z pew­nością zakłada­no, że taki styl życia jest cool. Cool po­win­no być to, że miałam za­le­d­wie sie­dem czy osiem lat, cool po­win­no być po­zna­wa­nie ele­ganc­kie­go świa­ta, w który wpro­wa­dzał mnie oj­ciec, cool po­win­no być trak­to­wa­nie tego z ty­pową dla złotej młodzieży pew­nością sie­bie. Kie­dy obce ko­bie­ty za­sy­py­wały ojca pocałunka­mi i ocie­rały się poślad­ka­mi o jego ko­la­na, przy­ci­skając mu do po­licz­ka pod­nie­sio­ne przez chi­rurgów pier­si, miałam nie tyl­ko to ak­cep­to­wać, ale wręcz pod­cho­dzić do tego z en­tu­zja­zmem.

Egu­chi-san nie była taka cool. Była obu­rzo­na. Skan­dal! Brak od­po­wie­dzial­ności! Ciąga­nie dziew­czyn­ki w wie­ku szkol­nym po tych sie­dli­skach grze­chu! "Po Miki bym się tego spo­dzie­wała, była służącą w pi­jal­ni her­ba­ty, ale co so­bie myśli twój oj­ciec?" ma­wiała.

I to właśnie było py­ta­nie za­sad­ni­cze: Co so­bie myślał mój oj­ciec?

Ko­chałam ojca i prze­raźli­wie się go bałam. Był zmien­ny, hu­mo­rza­sty, a ciągłe pi­cie spra­wiało, że był nie­prze­wi­dy­wal­ny. Naj­bar­dziej za­padły mi w pamięć dwa wy­da­rze­nia z tego okre­su. Jed­no z nich to Afe­ra z Pty­sia­mi.

Pty­sie były w Ja­po­nii wyjątko­wym przy­sma­kiem. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku chle­ba to­sto­we­go nie mie­liśmy żad­ne­go świeżego na­biału, ani masła, ani sera. Piliśmy mle­ko z prosz­ku.

W świe­cie bez śmie­ta­ny oczy­wiście pty­siów nie było. A przy­najm­niej nie było o nie łatwo. Jed­nak tata je uwiel­biał, a po­nie­waż zwy­kle do­sta­wał to, cze­go chciał, często ku­po­wał wy­kwint­ne, prze­pysz­ne pty­sie na tar­gu.

Nie­kie­dy sam je robił. Pew­ne­go popołudnia, tak dla własnej przy­jem­ności, ubił w kuch­ni sporą porcję śmie­ta­ny. Wziął okrągłe pty­sie, wypełnił je i przy­brał bitą śmie­taną. Bar­dzo eks­tra­wa­ganc­ki ka­prys.

Go­to­we pty­sie cze­kały na ku­chen­nym sto­le, kie­dy wróciłam do domu. Na ta­le­rzu było ich chy­ba osiem i wyglądały roz­kosz­nie ape­tycz­nie. Wie­działam, że wie­czo­rem nie spo­dzie­wa­my się gości - z ni­kim nie trze­ba będzie dzie­lić się tymi prze­pysz­ny­mi cu­da­mi. W ta­kim ra­zie cze­mu nie zjeść jed­ne­go? Albo dwóch?

Zjadłam trzy. Zo­stało pięć.

Mniej więcej go­dzinę później, kie­dy sie­działam so­bie w sa­lo­nie, wszedł tata. Na mo­ment za­trzy­mał się w pro­gu - na­wet nie pod­niosłam wzro­ku, ale wie­działam, że tam stoi - i wie­działam dla­cze­go.

Po wy­stu­dio­wa­nej pau­zie rzu­cił w zamyśle­niu:

- Cie­kaw je­stem, co się stało z pty­sia­mi...

Ze­sztyw­niałam. Wie­działam już, że le­piej nie od­po­wia­dać.

- Pamiętam, że było więcej niż pięć - ciągnął oj­ciec. - Cóż mogło się przy­tra­fić po­zo­stałym?

Choć można by sądzić, że się wygłupia, w jego słowach nie było cie­nia hu­mo­ru. Mówił głosem, w którym aż się go­to­wało od gnie­wu, jak­by był sze­fem ma­fii, który trzy­ma za ple­ca­mi kij bejs­bo­lo­wy i za­sta­na­wia się, gdzie zniknęła for­sa.

Cze­kał. Ja też cze­kałam. Usiadł i zaczął się we mnie wpa­try­wać. Wie­działam, że mnie oskarża, ale nie miał za­mia­ru po­wie­dzieć tego otwar­cie. Chciał się mną po­ba­wić.

- Nie mogły tak po pro­stu zniknąć - mówił da­lej. Głęboko na­brał po­wie­trza, jak gdy­by na­gle coś mu przyszło na myśl. - Może ktoś obcy wszedł do domu i je za­brał? - Po­zwo­lił, żeby py­ta­nie za­wisło w po­wie­trzu. - Myślisz, że tak było?

Zo­ba­czyłam możliwość ra­tun­ku i chwy­ciłam się jej kur­czo­wo:

- Tak, ta­tu­siu, myślę, że ktoś mógł wejść - rzu­ciłam skwa­pli­wie.

Chętnie pod­chwy­cił i wy­chy­lając się do przo­du, za­py­tał:

- Wi­działaś tego kogoś?

- Ttt­tak...

- Wszedł głównym wejściem czy od tyłu?

Czułam, że sama pa­kuję się w pułapkę, więc lek­ko wzru­szyłam ra­mio­na­mi i nic nie od­po­wie­działam.

Oj­ciec ciągnął w zamyśle­niu:

- Może to był któryś z sąsiadów?

- Może.

Zmarsz­czył brwi.

- Ale cze­mu sąsiad miałby wcho­dzić do nas bez pu­ka­nia i kraść trzy pty­sie? Nie, to nie­możliwe. - Za­sta­na­wiał się chwilę: - Może źle je po­li­czyłem? Może po pro­stu zro­biłem tyl­ko pięć?

Znów uchwy­ciłam się tej wer­sji:

- Chy­ba masz rację, ta­tu­siu. Było tyl­ko pięć.

Za­cisnął usta i zmarsz­czył brwi.

- Ale cze­mu miałbym robić tyl­ko pięć pty­siów? No nie, je­stem pra­wie pew­ny, że zro­biłem osiem. Je­stem pra­wie pew­ny. - Znów wbił we mnie wzrok.

I tak to trwało. Rzu­cał po­mysł za po­mysłem, roz­ważał różne możliwości, ja kłamałam, żeby je upraw­do­po­dob­nić, po czym on wszyst­ko od­rzu­cał. Bawił się mną, ma­ni­pu­lo­wał, zda­wałam so­bie z tego sprawę i do­pro­wa­dzało mnie to do szału.

W końcu pękłam:

- Ja to zro­biłam, tato! Ja! To ja zjadłam pty­sie! - i wy­znając grzech, zalałam się łzami.

Można by pomyśleć, że słysząc to, tatuś uśmiech­nie się wy­ro­zu­mia­le, pogłasz­cze mnie po główce i doda: "Wiem, skar­bie. Wiem, że zjadłaś pty­sie. Chciałem tyl­ko, żebyś się przy­znała".

Nic z tych rze­czy. Wpa­try­wał się we mnie z co­raz większym natężeniem:

- Ty to zro­biłaś? - rzekł głosem pełnym tłumio­nej wściekłości. - Ty? To strasz­ne. Cze­mu tak postąpiłaś?

Nie miałam nic na swoją obronę.

- Nie wiem. Przy­kro mi. - Wy­szep­tałam skru­szo­na.

- Przy­kro ci? Gdy­by miało być ci przy­kro, nie zjadłabyś pty­siów. Two­je były? No mów, two­je?!

- Nie.

- To cze­mu je zjadłaś? Cze­mu zro­biłaś coś tak okrop­ne­go? A po­tem dla­cze­go kłamałaś? Je­steś kłam­czuchą, tak?

Wciąż było mu mało, do­bi­jał mnie bez­li­tośnie. Po­tem przy­mknął oczy, pokręcił głową, ob­li­zał war­gi i wes­tchnął głęboko, jak­bym go roz­cza­ro­wała do resz­ty.

Nie mogłam prze­stać płakać, ale przez cały czas myślałam: Prze­cież to były tyl­ko pty­sie!

Od tam­tej pory bałam się co­kol­wiek zjeść w jego domu.

Ta ma­ni­pu­la­cja połączo­na z za­stra­sza­niem, choć może się wy­da­wać nie­istot­na, była niezbędnym wstępem do Afe­ry z Apa­ra­tem.

Kie­dy miałam dzie­więć lat, nosiłam ru­cho­my apa­rat na zęby, a nie kla­mer­ki założone na stałe. Pew­ne­go dnia wyjęłam go - nie pamiętam już dla­cze­go - i zgu­biłam. Dzie­więcio­let­nim dzie­ciom to się zda­rza.

Tata wi­dział to in­a­czej.

- Czy masz pojęcie, ile ta­kie coś kosz­tu­je?! - ryknął. - Jak mogłaś zgu­bić coś tak ważnego?! Nie mogłaś po pro­stu trzy­mać tego w gębie? Co jest z tobą nie tak? Idiot­ka!

Z ogromną niechęcią kupił mi nowy apa­rat i ja­sno dał do zro­zu­mie­nia, że le­piej będzie dla mnie, jeśli nig­dy go nie zgu­bię. Nig­dy.

Obie­całam so­bie, że nie zgu­bię.

Kil­ka mie­sięcy później ra­zem z Egu­chi-san po­je­chałam do jej ro­dzi­ny na wieś. Chciała od­wie­dzić swoją pry­watną świątynię.

Po­sia­da­nie własnej świątyni było dość ty­po­we dla japońskiej kla­sy śred­niej. Ta­kie świąty­nie z reguły są małe i urządzo­ne pro­sto, choć na swój sposób ozdob­ne, całe w złocie i czer­wie­ni. Egu­chi-san już wcześniej za­bie­rała mnie do ro­dzin­nej świątyni. Jej nie­zbyt sta­ran­nie skry­wa­ny plan zakładał, że pew­ne­go dnia przejdę na szin­to­izm.

Nie zo­stałam wy­cho­wa­na w du­chu ja­kiej­kol­wiek re­li­gii (co może wy­da­wać się dziw­ne, jeśli weźmie się pod uwagę ogrom­ne za­in­te­re­so­wa­nie spra­wa­mi du­cho­wy­mi otwar­cie oka­zy­wa­ne przez mamę). Żadne chrześcijaństwo ani bud­dyzm, ani pan­te­izm, na­wet nie ate­izm. Byłam jak nie­za­pi­sa­na ta­blicz­ka. Egu­chi-san doj­rzała świetną spo­sob­ność, by mnie nawrócić: oddałaby wszyst­ko, żeby tyl­ko mnie wciągnąć do stad­ka.

A za­tem re­gu­lar­nie woziła mnie do świątyni, mając na­dzie­je, że do­znam oświe­ce­nia. Mu­siała zakładać, że ogrom­ne posągi bóstw-lisów, stojące po obu stro­nach wejścia, prze­pełnią mnie bo­go­boj­nym lękiem. W rze­czy­wi­stości wywoływały we mnie dzi­kie prze­rażenie.

Do domu Egu­chi-san i świątyni było około ośmiu ki­lo­metrów, a po­nie­waż szłyśmy tam pie­szo, mu­siałyśmy wy­ru­szyć wcześnie rano. W południe zna­lazłyśmy się już bli­sko, ale po­nie­waż trochę zgłod­niałyśmy, za­trzy­małyśmy się w ba­rze su­shi na lunch.

Nie chciałam, żeby te wszyst­kie gu­mo­wa­te ryby przy­cze­piły się do mo­je­go no­we­go apa­ra­tu, więc de­li­kat­nie go wyjęłam, dla bez­pie­czeństwa owinęłam ser­wetką i położyłam tuż obok sie­bie. Nie spusz­czałam go z oka.

Chy­ba jed­nak mu­siałam spuścić go z oka, bo kie­dy skończyłam jeść, apa­ra­tu nie było.

Nie było ani apa­ra­tu, ani ser­wet­ki, ni­cze­go!

Zdrętwiałam, wpadłam w pa­nikę, w wy­obraźni uj­rzałam czer­woną z wściekłości twarz ojca. "Zgu­biłaś apa­rat?! Zno­wu?!", będzie wrzesz­czał.

Gorączko­wo za­sta­na­wiałam się, gdzie się po­dział. Może spadł na podłogę? Może wsa­dziłam go do kie­sze­ni? Bie­gałam po całej re­stau­ra­cji, spraw­dzałam pod każdym ta­le­rzem i każdą ser­wetką. Ktoś go wyniósł? Ale kto by ukradł cu­dzy apa­rat na zęby? Nie, na pew­no gdzieś tu jest. Musi być!

Kie­dy nie zna­lazłam apa­ra­tu na sali, wpadłam do kuch­ni, gdzie za­uważyłam wiel­ki po­jem­nik na od­pad­ki. Po brze­gi wypełniały go ry­bie głowy, ości, wnętrzności. Ohy­da! Na­gle na­brałam prze­ko­na­nia, że mój apa­rat jest właśnie tam. Nie za­sta­na­wiając się, wsa­dziłam ręce w obrzy­dli­we reszt­ki i prze­ko­py­wałam oślizgłą maź, wyciągając ości, pusz­ki i wszyst­ko, co choć w naj­mniej­szym stop­niu mogło przy­po­mi­nać w do­ty­ku apa­rat.

Na próżno. Stałam z pu­sty­mi rękami i rozglądałam się dokoła z roz­paczą. Może są jesz­cze inne kubły na śmie­ci, które mogłabym prze­grze­bać?

Po­czułam, że Egu­chi-san ciągnie mnie za rękaw:

- Sa­chi­ko-san, mu­si­my iść, już późno.

- Egu­chi-san, mój apa­rat!

- Ro­zu­miem, ale mu­si­my dojść do świątyni, a później wrócić, za­nim będzie ciem­no. Pamiętaj, nie łap dwóch srok za ogon...

Wie­działam, wie­działam, że wte­dy nie złapię żad­nej, ale tym ra­zem mu­siałam złapać tę właściwą! A jed­no­cześnie mu­siałam przy­znać, że sy­tu­acja robi się bez­na­dziej­na. Zroz­pa­czo­na i śmierdząca jak ku­ter ry­bac­ki wyszłam z baru i po­ma­sze­ro­wałam z Egu­chi-san do jej domu. Nie ob­cho­dziło mnie unie­sie­nie du­cho­we, które tam cze­kało, bo ju­tro o tej po­rze pew­nie już będę mar­twa.

Rozpłomie­nio­na wiarą Egu­chi-san na­wet mnie nie słuchała. Za­wsze miała na­dzieję:

- Nie martw się, Sa­chi­ko-san. Jeśli po­mo­dlisz się do bogów-lisów, może zwrócą ci apa­rat.

- Na­prawdę tak myślisz?

Egu­chi-san z po­wagą skinęła głową.

- Bo­go­wie są bar­dzo potężni. Wszyst­ko mogą. Ale mu­sisz się na­prawdę gorąco mo­dlić.

Wyciągnęła swo­je gład­kie ko­ra­li­ki z drew­na san­dałowe­go. Byłam go­to­wa spróbować wszyst­kie­go, więc sięgnęłam po nie i mo­dliłam się, mo­dliłam i mo­dliłam, po ci­chu składając śluby, w które wie­rzy­my z całego ser­ca, a jed­no­cześnie mamy na­dzieję, że nie będzie­my mu­sie­li ich spełnić:

- Błagam, czci­god­ni bo­go­wie-lisy, od­daj­cie mój apa­rat, a za­wsze będę was czcić!

Mo­dliłam się przez całą drogę do domu Egu­chi-san. Kie­dy doszłyśmy na miej­sce, byłam tak zde­ner­wo­wa­na, że wpadłam do środ­ka, żeby zro­bić siu­siu, co za­brało trochę cza­su, jako że miałam na so­bie sie­dem par brązo­wych maj­tek.

Egu­chi-san cze­kała na zewnątrz i kie­dy wróciłam, wręczyła mi ofiarę dla bogów-lisów: małą to­re­beczkę su­che­go ryżu. Wzięłam ją, czując, że to bar­dzo skrom­na ofia­ra w porówna­niu z cu­dem, ja­kie­go ocze­ki­wałam, ale Egu­chi-san ro­zu­miała po­trze­by bogów znacz­nie le­piej niż ja.

Aby do­trzeć do świątyni, mu­siałam przejść pod drew­nia­nym łukiem, da­lej iść ścieżką między kwitnącymi chry­zan­te­ma­mi i minąć obie prze­rażające fi­gu­ry bogów-lisów. Kie­dy prze­cho­dziłam obok nich, nieśmiało bąknęłam:

- Dar dla was, tyl­ko zo­sta­wię to w środ­ku - i wyciągnęłam przed sie­bie to­re­beczkę z ryżem.

Weszłam do wnętrza małego czer­wo­no-złote­go bu­dy­necz­ku i zbliżyłam się do do­mo­we­go ołta­rzy­ka. Drżącymi rękami otwo­rzyłam małe drzwicz­ki, żeby złożyć ofiarę...

Gapiłam się, kom­plet­nie za­sko­czo­na. W środ­ku, na czer­wo­nej je­dwab­nej po­dusz­ce, leżał... mój apa­rat!

Zna­lazł się! Zda­rzył się cud! Chwy­ciłam apa­rat, rzu­ciłam to­re­beczkę ryżu na miej­sce i po­gnałam ze świątyni ścieżką wśród chry­zan­tem, pro­sto w ra­mio­na Egu­chi-san:

- Patrz, patrz! Mój apa­rat! - wrzesz­czałam.

Egu­chi-san uśmiechnęła się wy­ro­zu­mia­le. Wca­le nie była zdzi­wio­na:

- Wi­dzisz, bo­go­wie-lisy uśmiechnęli się do cie­bie.

Na pew­no. Spoj­rzałam na dru­gi ko­niec ścieżki, na ogrom­ne posągi. Cho­ciaż ich gra­ni­to­we twa­rze nadal były po­nu­re i bu­dziły grozę, wy­da­wało mi się, że do­strze­gam lek­ki uśmiech. Przy­po­mniałam so­bie moje przy­rze­cze­nie i z całego ser­ca chciałam go do­trzy­mać. Od te­raz będę wy­zna­wać szin­to­izm!

Gdy­bym miała choć trochę ro­zu­mu, na­wet nie wspo­mniałabym ojcu o tej hi­sto­rii, bo choćbym nie wiem jak od­wra­cała kota ogo­nem, za­wsze wy­cho­dziło na to, że jed­nak zno­wu zgu­biłam apa­rat. Byłam jed­nak tak przejęta całą tą hi­sto­rią, że mu­siałam mu wszyst­ko opo­wie­dzieć. Wszyst­ko!

Tata wysłuchał spo­koj­nie, łyknął whi­sky i spoj­rzał na mnie w zamyśle­niu.

- Chwi­leczkę - po­wie­dział w końcu, po­wo­li ogar­niając całą tę hi­sto­rię z cu­dem. - To zna­czy, że zgu­biłaś apa­rat w ba­rze su­shi?

Z zapałem po­ki­wałam głową, z roz­koszą się ob­wi­niając:

- Owinęłam go w ser­wetkę, a kie­dy się odwróciłam, już go nie było. Szu­kałam na podłodze, w śmie­ciach. Wszędzie!

- A po­tem od­na­lazłaś go ki­lo­metr da­lej, w świątyni?

- Tak, bo się bar­dzo mo­dliłam i bo­go­wie-lisy od­na­leźli go dla mnie, zupełnie tak, jak prze­po­wie­działa Egu­chi-san!

- Egu­chi-san tak mówiła?

- Tak! - Byłam tak dum­na z tego, że wia­ra sta­rej ko­bie­ty ma taką cu­downą moc, że chciałam, aby cały świat o tym się do­wie­dział.

Tata skinął głową. Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li.

Nie wiem, co stało się po­tem, ale Egu­chi-san już nig­dy więcej nie po­ka­zała się w na­szym domu.

Roz­dział 1 Skrom­ne początki

Ka­re­san­sui to ro­dzaj japońskie­go ogro­du zen, wymyślony przez bud­dyj­skich mnichów. To skal­ny lub su­chy ogród; nie ma w nim kwiatów, je­dy­nie piach i mech. Tra­dy­cyj­nie w ta­kim ogro­dzie układa się piętnaście ka­mie­ni, tak aby z do­wol­ne­go miej­sca w ogro­dzie można było do­strzec je­dy­nie czter­naście z nich. Piętna­ste­go ka­mie­nia nig­dy nie widać. Ale wia­do­mo, że gdzieś jest.

Prze­pro­wa­dziłam się do Ja­po­nii, kie­dy miałam dwa lata.

To nie pod­le­ga dys­ku­sji - tak fak­tycz­nie było. Jed­nak w następstwie dziw­nych, błędnych in­for­ma­cji (których moja mat­ka nig­dy nie spro­sto­wała, a na­wet je wie­lo­krot­nie po­twier­dzała) większość źródeł w in­ter­ne­cie po­da­je, że tra­fiłam tam w wie­ku sześciu lat.

Za­mie­sza­nie wy­nikło być może z tego, że w 1962 roku, kie­dy skończyłam sześć lat, mama kręciła w Ja­po­nii film Gej­sza i być może zakłada­no, że tak za­ko­chała się w tym kra­ju, iż po­sta­no­wiła mnie tam po­zo­sta­wić, abym nasiąkła jego nie­zwykłą kul­turą.

Ja jed­nak miesz­kałam już wówczas w Ja­po­nii od daw­na. Przy­je­chałam w 1959 roku. Na jed­nej z fo­to­gra­fii widać, jak wy­sia­dam z sa­mo­lo­tu na lot­ni­sku w To­kio. Niewątpli­wie mam dwa lata, co po­win­no roz­strzygnąć spo­ry.

Po­je­chałam do Ja­po­nii, by za­miesz­kać z oj­cem, Ste­ve'em Par­ke­rem, biz­nes­me­nem pro­wadzącym in­te­re­sy w To­kio.

Mama zo­stała w Los An­ge­les, jako że, po­wiedz­my, była zajęta. Właśnie do­stała no­mi­nację do Osca­ra za rolę w fil­mie Długi ty­dzień w Park­man i szy­ko­wała się do za­gra­nia u Bil­ly'ego Wil­de­ra w Gar­so­nie­rze u boku Jac­ka Lem­mo­na. W tym sa­mym cza­sie pra­co­wała na pla­nie Kan­ka­na, mu­si­ca­lu Cole'a Por­te­ra, z Fran­kiem Si­natrą i Mau­ri­ce'em Che­va­lie­rem. Nie był to wiel­ki film, ale wzbu­dził za­in­te­re­so­wa­nie. Być może dla­te­go, że pod­czas pamiętnej wi­zy­ty Ni­ki­ty Chrusz­czo­wa na pla­nie mama zatańczyła kan­ka­na, po­wie­wając tyłem spódni­cy przed twarzą przywódcy so­wiec­kie­go im­pe­rium. A on uznał, że to nie­mo­ral­ne. "Twarz ludz­kości jest piękniej­sza niż jej od­wrot­na stro­na" - oświad­czył nadęty. Ja jed­nak wątpię, czy miał na myśli moją matkę, która miała wówczas dwa­dzieścia czte­ry lata i wyglądała wspa­nia­le z każdej stro­ny.

Tak czy siak była zajęta: szyb­ko sta­wała się gwiazdą i trud­no było przy­pusz­czać, że na­gle rzu­ci wszyst­ko i prze­nie­sie się do To­kio z oj­cem i ze mną. Tyle mogłam zro­zu­mieć, ale dla­cze­go tak łatwo mnie zo­sta­wiła? To była wiel­ka ta­jem­ni­ca, zwłasz­cza w epo­ce przed fe­mi­nist­ka­mi, kie­dy zakłada­no, że mat­ki będą tkwić przy dzie­ciach wier­nie i nie­ustępli­wie jak lwi­ce bro­niące młodych.

Czy byłam dziec­kiem szczególnie trud­nym do opa­no­wa­nia? Ra­czej nie. Mam wrażenie, że było nam do­brze ra­zem. Na zdjęciach dla ma­ga­zy­nu "Life" widać nas obie, mamę i mnie, w za­baw­nych po­zach, także na tym pamiętnym, które tra­fiło na okładkę: obie mamy sznu­ry pereł na głowach i na­dy­ma­my po­licz­ki. Je­steśmy po­dob­ne jak dwie kro­ple wody. Taka budząca za­zdrość para z show-biz­ne­su. W to­wa­rzyszącym zdjęciom wy­wia­dzie mama roz­wo­dzi się nad uro­ka­mi ma­cie­rzyństwa: nic nas nie może przy­go­to­wać na uczu­cie ta­kie­go spełnie­nia, przypływ tak głębo­kich emo­cji, i tak da­lej, i temu po­dob­nie.

Wo­bec ma­ni­fe­sta­cji ta­kiej ro­dzi­ciel­skiej dumy wy­da­je się jesz­cze dziw­niej­sze, że mnie wysłała tak da­le­ko. Oczy­wiście, miała wiel­kie za­ufa­nie do zdol­ności wy­cho­waw­czych mo­je­go ojca, ale mu­siał być jesz­cze inny powód.

No więc hi­sto­ria trzy­ma­na w ta­jem­ni­cy - przy­najm­niej do 1995 roku, kie­dy uka­zały się wspo­mnie­nia mamy z Hol­ly­wo­od Moje szczęśliwe gwiaz­dy1 - mówi o tym, że trze­ba było wy­wieźć mnie z kra­ju ze względów bez­pie­czeństwa, po­nie­waż moja wol­ność, a może na­wet życie były za­grożone.

W owych cza­sach mama była ho­no­ro­wym człon­kiem le­gen­dar­nej gru­py Rat Pack: two­rzy­li ją Frank Si­na­tra, Dean Mar­tin (z którymi grała w fil­mie Długi ty­dzień w Park­man), Sam­my Da­vis Ju­nior, Pe­ter Law­ford - pacz­ka do­brych kum­pli. Bywała z nimi w całym Las Ve­gas, trak­to­wa­li ją jak ma­skotkę (w prze­ci­wieństwie do ko­biet, które pro­wa­dza­li ze sobą dla szpa­nu bądź ro­man­so­wa­li z nimi). Występo­wa­li ra­zem, ba­wi­li się ra­zem, a przy tym ma­mie udało się za­cho­wać opi­nię nie­win­nej pa­nien­ki. Niezłe roz­wiąza­nie: ko­rzy­stała z wszel­kich przy­wi­lejów za­re­zer­wo­wa­nych dla mężczyzn, a nie ko­ja­rzo­no jej z ne­ga­tyw­ny­mi stro­na­mi ich swo­bod­ne­go sty­lu życia.

Wszyst­kie jed­nak bez­tro­skie za­ba­wy mają swój kres. W pew­nym mo­men­cie mi­ster Si­na­tra praw­do­po­dob­nie pod­padł ma­fii. Gdzieś kie­dyś kogoś spo­tkał, przy oka­zji in­te­resów lub występu, a może przy zie­lo­nym sto­li­ku ob­ra­ził żonę któregoś z ma­fij­nych bossów, w każdym ra­zie ro­zeszła się wieść, że ma­fia pla­nu­je zemstę. Jed­na z plo­tek głosiła, że córka Shir­ley Mac­La­ine jest w nie­bez­pie­czeństwie - mogą ją po­rwać.

Mie­li mnie po­rwać! Aby nie ry­zy­ko­wać, wy­wie­zio­no mnie do Ja­po­nii. Mama z bólem ser­ca mu­siała się ze mną roz­stać, w końcu cho­dziło o moje bez­pie­czeństwo. Poświęciła się, choć pod pew­ny­mi względami nig­dy się z tym nie po­go­dziła. Taka przy­najm­niej była jej wer­sja.

Byłam na­sta­wio­na lek­ko scep­tycz­nie do tej opo­wieści. W końcu ma­fia wie­działa, gdzie leży Ja­po­nia, gdy­by na­prawdę chciała mnie od­na­leźć... I niby dla­cze­go Frank Si­na­tra miałby dbać o to, że ktoś chce mnie po­rwać? Nig­dy tego nie ro­zu­miałam. Przy jego lu­zac­kim na­sta­wie­niu do życia myśl, że ma­fia może mnie po­rwać, ra­czej nie zaprzątałaby mu głowy ani tym bar­dziej nie znisz­czyłaby jego psy­chi­ki.

W każdym ra­zie za­grożenie minęło, wszyst­ko się ułożyło, wkrótce Frank Si­na­tra pośred­ni­czył w in­te­re­sach między Sa­mem Gian­caną a JFK, świat kręcił się jak wcześniej, tyl­ko nikt jakoś nie pomyślał, żeby spro­wa­dzić mnie z po­wro­tem. Miesz­kałam w Ja­po­nii przez ko­lej­ne dzie­sięć lat, a z mamą spędzałam tyl­ko wa­ka­cje.

Mama i tata po­zna­li się w No­wym Jor­ku w 1952 roku. Mama opo­wia­dała, że gdy oj­ciec wszedł do baru na 45. Za­chod­niej, w którym ba­lo­wała wraz z chórzyst­ka­mi z mu­si­ca­lu Me and Ju­liet, od razu ją za­uro­czył jego wygląd i za­cho­wa­nie. Nie był wy­so­ki - miał nie­spełna 180 cen­ty­metrów- więc po­sta­no­wiła zdjąć buty na nie­bo­tycz­nych ob­ca­sach, żeby nad nim nie górować. Nie przy­po­mi­nam so­bie, aby mama kie­dy­kol­wiek komuś w czym­kol­wiek ustąpiła, a jed­nak chciała być niższa od Ste­ve'a Par­ke­ra.

Po­ga­da­li, wy­pi­li kil­ka drinków i tego sa­me­go wie­czo­ru oświad­czył się jej. Przyjęła oświad­czyny do­pie­ro następne­go dnia. Byli jed­nak tak bar­dzo zajęci, że do 1954 roku nie mo­gli zna­leźć cza­su, żeby połączyć się węzłem małżeńskim. Wzięli ślub między po­ran­nym a wie­czor­nym spek­ta­klem The Pa­ja­ma Game, w którym mama występowała na Broad­wayu. Ślubu udzie­lił im sam cha­ry­zma­tycz­ny pa­stor Nor­man Vin­cent Pe­ale.

Mama twier­dziła, że nikt nie wpłynął na jej życie w ta­kim stop­niu jak oj­ciec. Był jej men­to­rem, mo­ty­wo­wał ją, mówił prawdę i dzie­lił jej ma­rze­nia. Pod­sy­cał am­bi­cje i pro­wa­dził na dro­dze do sa­mo­po­zna­nia.

Być może jego naj­ważniej­szym i mającym da­le­ko­siężne skut­ki wkładem w jej życie była książka, którą otrzy­mała od nie­go na pla­nie fil­mu Kłopo­ty z Har­rym na początku ka­rie­ry. Nosiła tytuł A Dwel­ler on Two Pla­nets [Miesz­ka­niec dwóch pla­net], zo­stała na­pi­sa­na pod ko­niec lat 80. dzie­więtna­ste­go wie­ku przez Fre­de­ric­ka S. Oli­ve­ra, który jak się wy­da­je, był zwia­stu­nem nad­chodzącej mody na mi­sty­cyzm New Age. Oli­ver twier­dził, że dzięki tu­ne­lo­wi w cza­sie ma wi­zje i doświad­cza au­to­ma­tycz­ne­go pi­sa­nia, które po­zwa­la mu prze­ka­zy­wać słowa sta­rożyt­ne­go du­cha o imie­niu Phy­los Ty­be­tańczyk. Phy­los był miesz­kańcem Atlan­ty­dy, żył set­ki lat wcześniej i opo­wia­dał o osiągnięciach atlan­tydz­kiej kul­tu­ry, mających od­zwier­cie­dle­nie we współcze­snym Oli­verowi świe­cie.

Książka na­pi­sa­na kwie­ci­stym bi­blij­nym sty­lem trak­tu­je o kar­mie i re­in­kar­na­cji, a za­tem o te­ma­tach bar­dzo ważnych dla fi­lo­zo­fii życio­wej mo­jej mat­ki. Po lek­tu­rze A Dwel­ler on Two Pla­nets mama na­prawdę za­in­te­re­so­wała się spi­ry­tu­ali­zmem. Nie wia­do­mo, dla­cze­go oj­ciec po­sta­no­wił ofia­ro­wać jej właśnie tę książkę, ale mama twier­dziła, że za­wsze był eks­per­tem w od­czy­ty­wa­niu ocze­ki­wań in­nych lu­dzi. Zna­ko­mi­cie wy­czu­wał, na co za­re­agują, i dla­te­go od­no­sił ta­kie suk­ce­sy w biz­ne­sie.

Wkrótce po­tem ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się do Hol­ly­wo­od, a kie­dy ka­rie­ra mamy zaczęła na­bie­rać rozpędu, oj­ciec także nie sie­dział bez­czyn­nie. Nie po­do­bało mu się, że jest zna­ny je­dy­nie jako mąż Shir­ley Mac­La­ine, a po­nie­waż wcześniej pro­wa­dził in­te­re­sy w Ja­po­nii, po­sta­no­wił tam wrócić. I zde­cy­do­wa­li, że będą żyć od­dziel­nie.

Ta se­pa­ra­cja i zgo­da na to, że będą "otwar­tym związkiem", nie umniej­szyły miłości mamy do ojca. Mogę po­wie­dzieć, że ko­chała go tak głęboko jak ni­ko­go in­ne­go. Był jej praw­dziwą brat­nią duszą, mimo że nie­mal przez cały czas małżeństwa miesz­ka­li w różnych kra­jach.

Moje naj­wcześniej­sze świa­do­me wspo­mnie­nie wiąże się z lo­tem nad Oce­anem Spo­koj­nym. Nie je­stem pew­na, czy cho­dzi o ten pierw­szy prze­lot, czy o następny, po­nie­waż wie­lo­krot­nie latałam tam i z po­wro­tem w od­wie­dzi­ny do mamy, do Los An­ge­les (praw­do­po­dob­nie mu­siałam prze­kra­dać się w nocy do mia­sta, żeby nie przy­uważyli mnie ci okrut­ni ma­fio­si kid­na­pe­rzy).

Wspo­mnie­nie sa­me­go lotu jest bar­dzo żywe. Podróżowałam od­rzu­tow­cem, li­nia­mi Nor­th­west Orient, pra­wie trzy dni. Mie­liśmy międzylądo­wa­nia na kil­ku wy­spach Pa­cy­fi­ku: Wake i Guam. Tam tan­ko­wa­liśmy pa­li­wo. Pamiętam spa­cer po plaży na wy­spie Wake, ciepły po­wiew znad oce­anu, za­chwy­cające eg­zo­tycz­ne musz­le i wrażenie, że zna­lazłam się w raju. Nie wi­działam śladu wo­jen­nych znisz­czeń, wyrządzo­nych le­d­wie piętnaście lat wcześniej, na prze­siąkniętych krwią plażach. Po­tem zno­wu do sa­mo­lo­tu. W owych cza­sach na lo­tach między­kon­ty­nen­tal­nych były łóżka przy­po­mi­nające koje. Kie­dy szliśmy spać, mu­sie­liśmy zapiąć pasy. Nie wyświe­tla­no też filmów, na­wet mowy nie było o in­dy­wi­du­al­nych te­le­wi­zo­rach, więc trze­ba było za­pew­nić so­bie roz­rywkę na własną rękę. W moim przy­pad­ku były to pio­sen­ki. Śpie­wałam wszyst­kim w sa­mo­lo­cie. Dzi­siaj pew­nie byłoby to natręctwo nie do przyjęcia: gdy­by ja­kieś dziec­ko śpie­wało i tańczyło w przejściach między sie­dze­nia­mi; pew­nie nie­je­den pasażer zacząłby się rozglądać za wyjściem ewa­ku­acyj­nym. Jed­nak pod ko­niec lat 50. dwu­dzie­ste­go wie­ku mu­siało to wyglądać uro­czo, roz­bra­jająco i sta­no­wiło od­zwier­cie­dle­nie młode­go ame­ry­kańskie­go du­cha.

Nikt nie mógł mi prze­szko­dzić w występach. Latałam sama. Bez ochro­nia­rzy i przy­zwo­itek. Po­dob­no byłam naj­dziel­niejszą z dziel­nych małych podróżni­czek. Chwi­la­mi mu­siałam jed­nak czuć się sa­mot­na i prze­rażona, bo pamiętam, jak ste­war­de­sa tuliła mnie w ra­mio­nach i go­dzi­na­mi kołysała. I nie był to ostat­ni raz, kie­dy ktoś obcy przy­szedł mi na ra­tu­nek, pod­czas gdy ni­ko­go z mo­ich bli­skich nie było obok.

Pamiętam, jak w końcu wylądowałam w Ja­po­nii. Oj­ciec cze­kał na mnie na płycie lot­ni­ska. W ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze i z zabójczym wąsi­kiem a la Clark Ga­ble wyglądał jak gwiaz­dor fil­mo­wy. Nie prze­sa­dzam - na­prawdę ota­czał go splen­dor wiel­kie­go świa­ta. Miał nie­od­par­ty urok, był ciepły, a za­ra­zem bar­dzo męski, za­wsze ści­skał dłoń bądź po­kle­py­wał po ple­cach na po­wi­ta­nie. Im więcej pił (a pił dużo), tym bar­dziej cza­ro­wał. Życie było dla nie­go nie­ustającą za­bawą, do której mnie właśnie za­pro­sił.

Po­biegłam do nie­go i z radością wpadłam w jego sil­ne ra­mio­na. Na­resz­cie byłam w domu! W domu, choć nie znałam ani jed­ne­go słowa po japońsku. Oczy­wiście z wyjątkiem mo­je­go imie­nia - Sa­chi­ko.

Skąd u mnie japońskie imię, sko­ro nie uro­dziłam się w Ja­po­nii ani nie miałam japońskich przodków? Na­prawdę na­zy­wam się Ste­pha­nie Sa­chi­ko Par­ker. Ste­pha­nie jest żeńską od­mianą Ste­ve'a - imie­nia mo­je­go ojca. A Sa­chi­ko... No cóż, tata opo­wie­dział mi to, kie­dy je­cha­liśmy do nie­go do domu.

Po woj­nie sta­cjo­no­wał w Ja­po­nii, nie­da­le­ko Hi­ro­szi­my. Była tam mała dziew­czyn­ka, która często przy­cho­dziła w po­bliże ko­szar.

Miała może dwa lat­ka, bawiła się na pu­stym pla­cu, za­wsze sama. Była ubra­na w ja­kieś łach­ma­ny, po­tar­ga­na, kapało jej z nosa. Wyglądała na zupełnie sa­motną.

Po­py­tałem trochę i do­wie­działem się, że nie ma żad­nej ro­dzi­ny. Oby­dwo­je ro­dzi­ce zmar­li na cho­robę po­pro­mienną. Tra­gicz­ny sku­tek bom­by ato­mo­wej.

Dziec­ko mu­siało ra­dzić so­bie całkiem samo. Za­brałem ją do ko­szar, wraz z ko­le­ga­mi nie­mal ją za­adop­to­wa­liśmy, była taka uro­cza, wszy­scy ją po­ko­cha­liśmy. Zde­cy­do­wałem się ją ad­op­to­wać na­prawdę, miała zo­stać moją córeczką. Załatwiałem for­mal­ności, za­po­wia­dało się, że wszyst­ko pójdzie gładko, kie­dy zaczęła cho­ro­wać. Cho­ro­ba po­pro­mien­na. Bied­ne dziec­ko. Wkrótce zmarła.

Wziął głęboki wdech, za­padła dra­ma­tycz­na ci­sza. Zakończył:

Miała na imię Sa­chi­ko.

W domu, w dziel­ni­cy To­kio zwa­nej Shi­buya, cze­kała na mnie nie­spo­dzian­ka. Miała na imię Miki. Była japońską "przy­ja­ciółką" ojca. Przy­ja­ciółką, która - dokład­nie mówiąc - ra­zem z nim miesz­kała. Byli ra­zem od wie­lu lat i moje po­ja­wie­nie się w ro­dzi­nie przyjęła z ser­decz­nością boa du­si­cie­la. Kie­dy stanęłam w drzwiach, bez słowa zmie­rzyła mnie zim­nym spoj­rze­niem, pełnym za­zdrości i lo­do­wa­tej niechęci.

Miki i oj­ciec po­zna­li się wie­le lat wcześniej w pi­jal­ni her­ba­ty. Pi­jal­nie her­ba­ty w Ja­po­nii to miej­sca, gdzie biz­nes­me­ni przy­chodzą się odprężyć i za­ba­wić w to­wa­rzy­stwie gejsz. Nie są bur­de­la­mi, jak mógłby pomyśleć przy­bysz z Za­cho­du. Wszyst­ko jest czyściut­kie i cy­wi­li­zo­wa­ne. Gej­sze są trak­to­wa­ne z naj­wyższym sza­cun­kiem. Jeśli przy­pad­ko­wo między za­in­te­re­so­wa­ny­mi stro­na­mi prze­le­ci iskra, mogą dys­kret­nie udać się na górę, ale co tam będą robić, to już wyłącznie ich spra­wa.

W pi­jal­niach her­ba­ty za­da­nie gej­szy to do­trzy­ma­nie to­wa­rzy­stwa gościom, oto­cze­nie uwagą i do­star­cze­nie im roz­ryw­ki. Śpie­wają, tańczą, po­dają drin­ki, pod­trzy­mują kon­wer­sację. Za­wsze po­chodzą z bar­dzo do­brych ro­dzin, są świet­nie wy­kształcone, prze­ważnie władają kil­ko­ma języ­ka­mi. Gej­sza ma klasę, styl, ma­nie­ry, a przy tym jest bar­dzo ele­ganc­ka.

Miki nie była gejszą. Była służącą. Zaczęła pra­co­wać w pi­jal­ni her­ba­ty, kie­dy była dziec­kiem. Oj­ciec po­znał ją, gdy miała dwa­naście lat, było to jesz­cze przed wojną, kie­dy mój dzia­dek, którego nig­dy nie po­znałam, pro­wa­dził w Ja­po­nii in­te­re­sy związane z trans­por­tem mor­skim. Oj­ciec miał wte­dy dwa­dzieścia kil­ka lat i cie­szył się życiem bez­tro­skie­go po­szu­ki­wa­cza przygód. Za­przy­jaźnił się z małą Miki, a gdy do­rosła, za­przy­jaźnili się jesz­cze bliżej. Nie wiem, kie­dy zo­sta­li ko­chan­ka­mi, ale gdy oj­ciec wrócił do Ja­po­nii po woj­nie, Miki cze­kała na nie­go i od­no­wi­li zna­jo­mość w punk­cie, w którym kie­dyś ją prze­rwa­li.

Nie­ste­ty, punkt, w którym zna­jo­mość prze­rwa­li, w naj­mniej­szym stop­niu nie obej­mo­wał mnie. Różnica między sty­lem życia ojca i Miki a moim była dosyć znacząca. Ciągle wy­cho­dzi­li, uwiel­bia­li mod­ne re­stau­ra­cje, te­atr, pływa­li na jach­cie ojca na jego pry­watną wyspę, la­ta­li na Ha­wa­je, do Włoch. Mie­li dla sie­bie cho­ler­nie dużo cza­su.

Muszę za­zna­czyć, że mama wie­działa o Miki. Jak już wspo­mi­nałam, usta­li­li z oj­cem, że będą otwar­tym małżeństwem, i w pełni ak­cep­to­wa­li przy­god­ne związki z in­ny­mi. Mama uważała, że to był właśnie je­den z ta­kich prze­lot­nych związków, taka miłost­ka ojca. Nie po­dej­rze­wała, że Miki była w rze­czy­wi­stości drugą żoną taty. Żoną, z którą na do­da­tek świet­nie się bawił.

Gdy tata i Miki od­da­wa­li się roz­ryw­kom, ja nie sie­działam sama. Miałam gu­wer­nantkę, Egu­chi-san, która opie­ko­wała się mną i za­szcze­piła mi cno­ty ko­bie­ty japońskiej: po­korę, uległość, pod­da­nie.

Egu­chi-san pod żad­nym względem nie była atrak­cyj­na. Pamiętam, że wyglądała trochę jak ro­pu­cha, a ra­czej - by oddać jej należną cześć - jak ame­ry­kańska żaba rycząca. Była ni­ska, przy­sa­dzi­sta, gar­ba­ta, a jej po­marsz­czo­na i po­brużdżona twarz świet­nie pa­so­wała do resz­ty. Była też bar­dzo sta­ra. A przy­najm­niej mnie wy­da­wała się bar­dzo sta­ra.

- Pamiętaj, Sa­chi­ko-san - po­wta­rzała, a w jej skrzeczącym głosie roz­brzmie­wała mądrość wie­lu po­ko­leń - gwóźdź, który wy­sta­je po­nad inne, za­wsze do­sta­nie młotkiem. - Lubiła sta­re japońskie mądrości, które za­my­kały doświad­cze­nia całego życia w kil­ku traf­nie do­bra­nych słowach.

"Żaba w stud­ni nic nie wie o mo­rzu".

"Nie łap dwóch srok za ogon".

"Nig­dy nie ob­ga­duj in­nych, bo ich du­chy będą cię ścigać".

Uwiel­białam ją. Nie była ciepła, nig­dy mnie nie przy­tu­lała. Jako tra­dy­cyj­na i skraj­nie su­ro­wa gu­wer­nant­ka uważała, że wszel­kie za­sa­dy są święte i nig­dy nie wol­no ich na­ru­szać. Dało mi to moc­ne i bez­cen­ne po­czu­cie bez­pie­czeństwa. Przy niej wie­działam, na czym stoję. Nig­dy mnie nie pocałowała, nig­dy nie objęła, ale nie mu­siała tego robić. I tak wie­działam, że mnie ko­cha.

Wie­działam też, że nie­na­wi­dzi Miki. Nig­dy nic nie po­wie­działa, ale i tak wie­działam. Egu­chi-san tak samo wy­czu­wała moją niewypo­wie­dzianą wro­gość wo­bec Miki i to jesz­cze bar­dziej sce­men­to­wało łączącą nas silną więź.

Kłopot w tym, że Egu­chi-san opie­ko­wała się mną tyl­ko w dzień, od dzie­wiątej rano do szóstej po południu. Wie­czo­ra­mi, kie­dy oj­ciec z Miki sza­le­li po klu­bach, mu­siałam ra­dzić so­bie sama.

Jak sa­mot­na dziew­czyn­ka z Ame­ry­ki może zabić czas w pu­stym domu w To­kio? Ja jadłam cy­try­ny. W lodówce za­wsze było pełno cy­tryn, każdego wie­czo­ra zja­dałam jedną czy dwie. Ciągnął mnie ich ślicz­ny żółty ko­lor, cy­trynowy za­pach i kwaśny smak, który przy­no­sił po­cie­sze­nie. Więc jadłam cy­trynę za cy­tryną. Wie­le lat później den­tyści py­ta­li, cze­mu nie mam szkli­wa na zębach.

Nie pamiętam, co jesz­cze robiłam, żeby się ro­ze­rwać, ale jakoś przeżyłam te sa­mot­ne wie­czo­ry. Nie czułam się wte­dy nieszczęśliwa, może dla­te­go, że nie znałam in­nych spo­sobów spędza­nia cza­su i miałam to­wa­rzy­stwo: na­sze­go psa rasy aki­ta hu­sky, wspa­niałego Ta­iho, na­zwa­ne­go tak na cześć mi­strza sumo. Uwiel­białam go i bawiłam się z nim co wieczór, byliśmy nie­rozłączni.

Na­prawdę ko­chałam Ja­po­nię. Nig­dy nie za­mie­niłabym spędzo­ne­go tam dzie­ciństwa na żadne inne. To spo­koj­ny kraj, którego piękno za­pie­ra dech w pier­siach. Ma­je­stat gór na północy połączo­ny z pro­stotą skal­nych ogrodów i buj­nością kwitnących wiosną wiśni.

Mój dom był ma­gicz­nym połącze­niem Wscho­du i Za­cho­du. Utrzy­ma­ny w sty­lu po­siadłości wiej­skiej, urządzo­ny po za­chod­nie­mu. W sa­lo­nie mie­liśmy po­kry­te ta­ta­mi pod­wyższe­nie, które służyło mi za scenę. Z radością występowałam przed gośćmi, śpie­wałam i tańczyłam, wy­du­szając z nich pełne za­chwy­tu ochy i achy. Mie­liśmy również tra­dy­cyjną japońską łaźnię, którą oj­ciec uwiel­biał, a ja za­wsze za­no­siłam mu tam sake lub whi­sky, żeby się le­piej odprężył.

Podwórko za do­mem było wyjątko­wym miej­scem, moim baj­ko­wym cza­ro­dziej­skim świa­tem. Istot­ne były roz­mia­ry i położenie każdego ka­mie­nia i każdej gałęzi. Był tam staw Koi z piękny­mi i bar­dzo dro­gi­mi ry­ba­mi. Niektóre miały na­wet sto lat. Po łagod­nym zbo­czu spływał stru­myk. W rogu stała ka­mien­na fon­tan­na wy­cio­sa­na z jed­ne­go blo­ku. Woda ciekła z niej bam­bu­sową rynną do zbior­ni­ka, z którego prze­le­wała się do stru­mie­nia.

Pośrod­ku rosła prze­pięknie kwitnąca wiśnia. Wspi­nałam się na moją ulu­bioną gałąź, na sam wierz­chołek, i prze­sia­dy­wałam tam go­dzi­na­mi, za­to­pio­na we własnym świe­cie. Pode mną płynął stru­myk, obok był staw. Go­dzi­na­mi gapiłam się na ryby. Nie pamiętam, o czym myślałam, siedząc tam na górze. Po pro­stu tam tkwiłam. Drze­wo było moim przy­ja­cie­lem, z nim mogłam roz­ma­wiać, na nie mogłam li­czyć.

Egu­chi-san często cho­dziła ze mną do to­kij­skich muzeów. Była wielką miłośniczką sztu­ki i chciała, żebym po­znała wszyst­kie ele­men­ty japońskiej kul­tu­ry. Za­bie­rała mnie wszędzie, o różnych po­rach, na wy­sta­wy i po­ka­zy. Na­uczyła mnie ma­lo­wać, ubie­rać się, układać kwia­ty. Wszyst­ko wokół było na­zna­czo­ne sztuką.

- To two­ja kul­tu­ra, Sa­chi­ko-san - ma­wiała, zupełnie za­po­mi­nając, że właści­wie to wca­le nie moja kul­tu­ra. - Tym właśnie je­steś.

W mu­ze­ach oglądałam akwa­re­le i ma­lo­wa­ne tu­szem ob­ra­zy sumi, po­chodzące z różnych epok, nie­kie­dy sprzed se­tek lat. Sta­wałyśmy przed kra­jo­bra­zem przed­sta­wiającym dom u podnóża góry. Egu­chi-san wska­zy­wała na po­je­dyn­cze pociągnięcia pędzlem:

- Na tym po­le­ga różnica między pięknem a jego bra­kiem - stwier­dzała au­to­ry­ta­tyw­nie.

Pod­cho­dziłyśmy do in­ne­go ob­ra­zu, który wyglądał dziw­nie, jak­by był nie­do­kończo­ny: w rogu wid­niał pęk fio­le­to­wych kwiatów, resz­ta płótna była pu­sta.

- Ta pust­ka spra­wia, że ob­raz jest pełny - oznaj­miała Egu­chi-san, wzdy­chając z za­chwy­tem.

Za­chwy­całam się ob­ra­zem, na którym wid­niało kwitnące drze­wo wiśni nad brze­giem rze­ki. Nic więcej: pro­sto­ta i ele­gan­cja sprzed sześciu­set lat, ale wciąż tętniące życiem.

- To ta­kie piękne! - krzyknęłam.

Egu­chi-san uważnie prze­stu­dio­wała ta­bliczkę obok ob­ra­zu.

- Chodźmy - po­wie­działa, biorąc mnie za rękę.

- Dokąd?

Pamiętam, że za­raz po­tem sie­działyśmy w pociągu jadącym na północ. Byłam głodna, więc Egu­chi-san wyjęła z kie­sze­ni man­da­rynkę. Kie­dy po nią sięgnęłam, cofnęła dłoń. Je­dze­nie man­da­rynki to też sztu­ka, której za­sad należy prze­strze­gać.

Egu­chi-san zdej­mo­wała skórkę z man­da­ryn­ki, kawałek po kawałku, bez pośpie­chu. Następnie po­wo­li i sta­ran­nie prze­biła wewnętrzną osłonkę i za­czy­nając od góry, ściągnęła ją z całego owo­cu, który rozłożył się i przy­po­mi­nał te­raz kwiat. Kwiat-man­da­rynkę wyciągnęła na dłoni, a ja za­nu­rzyłam pal­ce w so­czy­stym miąższu. Ja­kimś spo­so­bem ten po­wol­ny ry­tuał spra­wił, że mój ape­tyt na man­da­rynkę jesz­cze wzrósł. Pochłonęłam ją łap­czy­wie.

Wy­siadłyśmy z pociągu gdzieś na wsi, w Echi­go-Yuza­wa, i ru­szyłyśmy ulicą. Egu­chi-san nie­spiesz­nie kuśtykała, opie­rając się na la­sce.

- Egu­chi-san - ode­zwałam się. - Znasz to mia­stecz­ko? Byłaś tu wcześniej?

- Nie.

Po­czułam lek­ki nie­pokój:

- Wiesz, dokąd idzie­my?

Zmarsz­czyła brwi, jak­by chciała po­wie­dzieć: "I wiem, i nie wiem".

Wkrótce dro­ga skręciła nad rzekę. Szłyśmy wzdłuż brze­gu, a kie­dy minęłyśmy za­ko­le, na­gle uj­rzałam scenę z ob­ra­zu. Wszyst­ko było iden­tycz­ne, nie­ru­cho­me, jak­by na­ma­lo­wa­ne, ta­kie, ja­kim ar­ty­sta wi­dział to przed wie­lo­ma wie­ka­mi. Kwitnące drze­wo wiśni, błękit­ne nie­bo, rze­ka. Nic się nie zmie­niło.

- Sześćset lat - rzekła Egu­chi-san.

Trzy mie­siące po przy­jeździe do To­kio mówiłam po japońsku le­piej niż kie­dy­kol­wiek po an­giel­sku, jak­by to był mój pierw­szy język. Mimo to czułam się źle i nie na miej­scu w między­na­ro­do­wej szko­le Ni­shi Ma­chi. Może dla­te­go, że Egu­chi-san kazała mi co­dzien­nie zakładać sie­dem par brązo­wych maj­tek, jed­ne na dru­gie. Miało to coś wspólne­go z jej głęboko za­ko­rze­nio­ny­mi wie­rze­nia­mi: zda­je się, że cy­fra sie­dem i ko­lor brązowy w szin­to­izmie przy­noszą szczęście. W upal­ne dni chętnie za­mie­niłabym to "szczęście" na coś bar­dziej prze­wiew­ne­go. Kie­dy mu­siałam sko­rzy­stać z łazien­ki, przeżywałam kosz­mar.

Właści­wie nie można kupić brązo­wej bie­li­zny. To chy­ba je­dy­ny ko­lor, którego wszy­scy uni­kają, więc Egu­chi-san mu­siała sama wy­ra­biać brązowe maj­ta­sy, bar­wiąc białe. Go­to­wała ogrom­ny gar wody, roz­wi­jała pa­czusz­ki z brązową farbką - jesz­cze dziś słyszę ten trzask i sze­lest, wspo­mnie­nie może nie tak wspa­niałe jak smak Pro­ustow­skich mag­da­le­nek, choć równie sil­ne. Później Egu­chi-san roz­pusz­czała farbkę w ko­tle, wrzu­cała tam majt­ki - szcze­rze mówiąc, bar­dziej pa­so­wałoby tu określe­nie "bab­ci­ne ga­lo­ty" - mie­szała, i voila! Błyska­wicz­na pro­duk­cja dołującej dam­skiej kon­fek­cji.

Ten, kto nie pa­ra­do­wał po szko­le w sied­miu war­stwach brązo­wych gaci pod spódniczką, nie wie, czym jest samoświa­do­mość. Najlżej­szy po­wiew wia­tru spra­wiłby, że dla za­cho­wa­nia twa­rzy mu­siałabym popełnić ha­ra­ki­ri.

Byłam wyjątko­wo nieśmiała i bar­dzo sta­rałam się nie wyróżniać na tle in­nych dzie­ciaków z kla­sy. Jed­na z dziew­czy­nek, Yuki, zni­we­czyła moją stra­te­gię. Była ty­pem twar­dej, agre­syw­nej i bar­dzo pew­nej sie­bie pan­ni­cy. W żaden sposób nie po­tra­fiłam się z nią po­ro­zu­mieć i uni­kałam jej, jak mogłam.

Nie było to łatwe. Tata znał mamę Yuki i często się od­wie­dza­liśmy. Nie wiem, dla­cze­go uzna­no, że po­win­nyśmy się z Yuki przy­jaźnić. Dla nas oby­dwu nie było to spon­ta­nicz­ne, ale wy­mu­szo­ne, więc z tru­dem powściągałyśmy nie­za­do­wo­le­nie.

W porówna­niu z Yuki za­wsze wy­pa­dałam go­rzej. Yuki była ład­niej­sza. Bar­dziej pew­na sie­bie. Ład­niej zbu­do­wa­na. I Yuki była by­stra. Bar­dzo do­brze się uczyła. Ja - nie. Prawdę mówiąc, to w szko­le szło mi fa­tal­nie.

Można zrzu­cać winę na różnice kul­tu­ro­we, ale sądzę, że to oj­ciec miał z tym coś wspólne­go. Niektórzy ro­dzi­ce są zbyt tro­skli­wi, prze­sad­nie chwalą dzie­ci i dzięki temu na­bie­rają one dużej pew­ności sie­bie. Tata przyjął inną stra­te­gię: nadał mi prze­zwi­sko "Idiot­ka".

- Nad­cho­dzi Idiot­ka! - oznaj­miał, kie­dy sta­wałam w drzwiach. - Uwa­ga, Idiot­ka wróciła do domu!

Nie miał zbyt wiel­kie­go mnie­ma­nia o moim ro­zu­mie. Nie po­zwa­lał mi czy­tać. Nie wiem dla­cze­go. Pew­nie uważał, że w moim przy­pad­ku to czy­sta stra­ta cza­su. Kie­dy sięgałam po książkę, wyśmie­wał mnie i wy­ry­wał mi ją z ręki. Nie spo­dzie­wał się po mnie żad­nej głębi, wszyst­ko miało być pro­ste i głupie. Nig­dy mu się nie sprze­ci­wiałam.

Można już wy­snuć wnio­sek, że życie z moim oj­cem nie było łatwe: przez mi­nutę ko­chał, a przez dwa ty­go­dnie był da­le­ki i nie­przystępny. Chy­ba nig­dy się mną nie przej­mo­wał.

Chce­cie przykładu? La­tem od­wie­dzałam mamę w Ame­ry­ce. Szłyśmy na za­ku­py i ku­po­wałyśmy wszyst­kie ubra­nia po­trzeb­ne mi do szkoły na nad­chodzący rok. We wrześniu wyglądałam su­per!

W oko­li­cach lu­te­go wy­ra­stałam ze wszyst­kie­go, nic już na mnie nie pa­so­wało, ani ubra­nia, ani buty. De­spe­rac­ko po­trze­bo­wałam no­wych ciuchów, ale oj­ciec nie ku­po­wał mi ni­cze­go: "Nie stać mnie", słyszałam. Na­to­miast stać go było na wszyst­ko dla Miki: fu­tra, suk­nie wie­czo­ro­we, drogą biżute­rię. Za­spo­ko­je­nie mo­ich po­trzeb mu­siało cze­kać do ko­lej­nych wa­ka­cji z mamą. Pra­wie mnie nie do­strze­gał.

A jed­nak...

Zda­rzały się chwi­le, kie­dy sta­wałam się dla nie­go naj­ważniej­sza na świe­cie. Tata uwiel­biał go­to­wać i za­bie­rał mnie do kuch­ni, kie­dy miał mie­szać skład­ni­ki i wymyślać wy­szu­ka­ne sma­kołyki. Roz­ko­szo­wał się zmysłową stroną go­to­wania. Na oknie założył ogródek z ziołami. Zry­wał odro­binę ty­mian­ku lub es­tra­go­nu, roz­cie­rał gru­by­mi pal­ca­mi i mówił:

- Tyl­ko powąchaj! - Wąchałam, on wąchał, po­tem zno­wu ja, aż nad­cho­dził uświęcony czas, aby dodać przy­pra­wy do je­dze­nia. - Te­raz, na­tych­miast! - po­le­cał, a ja wrzu­całam zioła i czułam się bar­dzo ważna.

Pod­czas ce­re­mo­nii go­to­wa­nia dawał mi cho­chelkę i kazał próbować:

- Dodać jesz­cze cze­goś?

Nie miałam pojęcia, ale byłam ogrom­nie przejęta, że li­czy się z moją opi­nią.

- Roz­ma­ry­nu? - zga­dy­wałam, a oj­ciec mówił:

- Spróbuj­my.

I zwy­kle tra­fiałam.

Kie­dy ko­la­cja była go­to­wa, sia­da­liśmy na podłodze, po japońsku. Oj­ciec roz­ko­szo­wał się kie­lisz­kiem sta­re­go, stu­let­nie­go wina - za­wsze lubił mieć to, co naj­lep­sze - i wszyst­ko było na swo­im miej­scu.

Kil­ka razy do roku jeździłam z tatą na ryby, bez Miki. To, że byliśmy sami, spra­wiało, że na­sze wy­jaz­dy stały się bar­dzo ważne i są mo­imi naj­mil­szy­mi wspo­mnie­nia­mi o ojcu. Rzad­ko miałam go tyl­ko dla sie­bie, bez Miki, puszącej się u jego boku, wyglądającej zza pleców jak de­mon z japońskie­go te­atru cie­ni. Wte­dy byliśmy tyl­ko we dwo­je, łowi­liśmy ryby, wokół królowała dzi­ka przy­ro­da. Tyl­ko to się li­czyło.

Podróż pociągiem w Alpy Japońskie trwała około ośmiu go­dzin. Ru­sza­liśmy na północ, w oko­li­ce Hok­ka­ido. Była to nie­kończąca się, ale eks­cy­tująca wy­pra­wa. Mniej więcej w trzech czwar­tych dro­gi, po prze­je­cha­niu ki­lo­metrów zwy­czaj­nej oko­li­cy, wjeżdżaliśmy do tu­ne­lu - ma­gicz­ne­go tu­ne­lu, jak za­wsze sądziłam - który ciągnął się nie­mal w nie­skończo­ność. Tłukliśmy się przez ten tu­nel około pół go­dziny i na­gle wy­nu­rza­liśmy się w in­nym świe­cie: w cza­row­nej kra­inie po­kry­tej lo­dem, z kil­ku­me­tro­wy­mi so­pla­mi i baj­ko­wy­mi dom­ka­mi na wpół za­nu­rzo­ny­mi w śnie­gu. Wszędzie pa­no­wała ci­sza. Taka ci­sza, że na­wet nie było słychać pociągu. Śnieg zda­wał się tłumić wszel­kie dźwięki. Wie­le razy je­chałam ma­gicz­nym tu­nelem i za każdym ra­zem ten wspa­niały wi­dok za­pie­rał mi dech z za­chwy­tu.

W góry do­cie­ra­liśmy zwy­kle już po zmro­ku. Nie­kie­dy za­trzy­my­wa­liśmy się w ho­te­lu Ka­naya, który choć nie należał do naj­lep­szych, był sta­ry i do­stoj­ny (czy­taj: cały trzesz­czał), miał ogrom­ne sale ba­lo­we i kręte scho­dy. Od­po­czy­wały w nim głowy państw i człon­ko­wie rodów królew­skich, a japońska śmie­tan­ka to­wa­rzy­ska w smo­kin­gach i długich suk­niach jesz­cze wczo­raj tańczyła tam foks­tro­ta i tan­go.

Cza­sa­mi tata wy­naj­mo­wał dżipa i od razu ru­sza­liśmy w góry, przez ciem­ności. Wjeżdżaliśmy jak naj­wyżej, a gdy dro­gi sta­wały się nie­prze­jezd­ne, wska­ki­wa­liśmy w spe­cjal­ne buty na śnieg, zakłada­liśmy ple­ca­ki i da­lej wędro­wa­liśmy pie­szo, przy świe­tle księżyca, dopóki nie do­tar­liśmy do za­mar­z­niętego je­zio­ra na szczy­cie góry. Na płaskim miej­scu roz­bi­ja­liśmy na­miot i tam obo­zo­wa­liśmy przez kil­ka dni. Było prze­raźli­wie zim­no, spa­liśmy na śnie­gu. No­si­liśmy gru­be wełnia­ne swe­try, nasączo­ne na­tu­ralną la­no­liną, wy­dzie­lały moc­ny za­pach, ale gwa­ran­to­wały ciepło. Byłam zmor­do­wa­na i na­tych­miast za­sy­piałam, choć trochę się bałam, że w środ­ku nocy na­miot ześli­zgnie się ze wzgórza.

Tata zwy­kle bu­dził mnie bar­dzo wcześnie - około czwar­tej nad ra­nem - i bie­gliśmy na za­mar­z­niętą taflę je­zio­ra. Pierw­sze za­da­nie po­le­gało na wyrąba­niu przerębli w gru­bym na kil­ka­dzie­siąt cen­ty­metrów lo­dzie. Spe­cjalną tyczką tata me­to­dycz­nie i z zapałem dźgał lód. W tym cza­sie ja szu­kałam gałęzi i pa­tyków na ogni­sko. Kie­dy wra­całam, tata da­lej walił w lód, dopóki okrągły kawał nie wpadł do wody z cha­rak­te­ry­stycz­nym plu­skiem.

Po­tem tata roz­pa­lał ogni­sko na za­mar­z­niętej ta­fli. Kie­dy drew­no się zajęło, czaj­ni­kiem na­bie­rał wody z je­zio­ra. Go­to­wał wodę, trzy­mał ją na ogniu i wrzu­cał kawę, mie­szał, cze­kał, aż fusy opadną, i pił pro­sto z czaj­ni­ka. Mówił, że to kawa kow­boj­ska.

- Sma­ku­je wy­bor­nie - do­da­wał, słodząc ją whi­sky z pier­siówki.

Nad­cho­dziła pora śnia­da­nia. Tata chwy­tał wędkę i ob­cho­dził przerębel, ku­cając co chwi­la. Pstrągi naj­le­piej brały rano, kie­dy były bar­dzo głodne. Łapał je, jed­ne­go za dru­gim, po­tem następne­go, i jesz­cze jed­ne­go... Hu­mor po­pra­wiał mu się z każdą złowioną rybą. Myślę, że wte­dy był najszczęśliw­szy, czuł się w swo­im żywio­le. W głębi du­szy chy­ba chciał być He­min­gway­em.

Odkładał wędkę, wy­bie­rał pstrąga na śnia­da­nie i opra­wiał wy­brańca bez­pośred­nio na lo­dzie. Prze­rażona, a za­ra­zem za­fa­scy­no­wa­na, przyglądałam się, jak ryba pod­ska­ku­je, chwy­ta po­wie­trze i wal­czy o życie. Od­dy­chałam z ulgą, kie­dy w końcu zdy­chała.

Oj­ciec pa­tro­szył rybę scy­zo­ry­kiem, po­tem na­cie­rał ją solą. Używał wyłącznie spe­cjal­nej soli z Fran­cji, jak zwy­kle uzna­wał tyl­ko to, co naj­lep­sze. Ryba tra­fiała do ognia, piekła się cała.

- Uważaj, gorące! - po­wta­rzał oj­ciec, sta­ran­nie od­dzie­lając mięso od ości i po­dając mi kawałki ryby.

Je­dliśmy, były pysz­ne.

Po­tem wra­ca­liśmy do na­mio­tu. Pra­wie nie od­zy­wa­liśmy się do sie­bie. Tata czy­tał książkę. Ja nie, bo nie lubił, kie­dy czy­tałam. Więc sie­działam.

Cza­sem odkładał książkę i za­czy­nał mi opo­wia­dać swo­je przy­go­dy. Wspo­mi­nał wy­pra­wy do Kam­bodży, świątynię Ang­kor Wat i swo­jego przy­ja­cie­la księcia Si­ha­no­uka. Po­tem za­pa­dał w drzemkę, ci­sza trwała ja­kieś trzy go­dzi­ny, i za­czy­nał na nowo, tym ra­zem o Tur­cji lub Sy­be­rii. To były żywe, fan­ta­stycz­ne opo­wieści.

I tak nam scho­dził cały dzień. Krótkie po­gawędki, długie okre­sy mil­cze­nia jako reguła. Nu­dziłam się, chciałam, żeby odłożył książkę i zaczął snuć ko­lejną hi­sto­rię. Dni były na zmianę fa­scy­nujące i męczące.

Jed­nak po­ran­ki, mroźne po­ran­ki w po­kry­tych lo­dem górach, pachnące kawą i słoną rybą, były ab­so­lut­nie wspa­niałe.

Pew­ne­go syl­we­stra po­je­cha­liśmy z tatą i Miki do ho­te­lu Ka­naya. Była tam sta­ra świąty­nia, z czasów To­ku­ga­wy, wznie­sio­na na szczy­cie góry. Tra­dy­cja na­ka­zy­wała wspi­nać się tam przez śnie­gi, aby o północy ude­rzyć w dzwon. Ścieżki wy­ko­pa­no w wy­so­kich na półtora me­tra za­spach. Wdra­py­wałam się po stro­mych zbo­czach w spe­cjal­nym no­wo­rocz­nym stro­ju: kil­ka warstw cien­kie­go je­dwa­biu, szar­fy, a na to ki­mo­no z gru­be­go je­dwa­biu w piękny kwia­to­wy wzór, prze­pa­sa­ne obi (sze­ro­ki pas w ta­lii, prze­pla­ta­ny złoty­mi nit­ka­mi). Na no­gach miałam tra­dy­cyj­ne drew­nia­ki (zwa­ne geta) z ozdob­ny­mi pa­ska­mi i wy­so­ki­mi na dzie­sięć cen­ty­metrów bam­bu­so­wy­mi ko­tur­na­mi.

Na szczy­cie na świeżym po­wie­trzu stały stra­ga­ny. Tem­pe­ra­tu­ra - poniżej zera. Sprze­daw­cy, dla roz­grzew­ki kle­piąc o boki dłońmi w gru­bych ręka­wi­cach, za­chwa­la­li pie­czoną, przy­pa­loną ku­ku­rydzę, ośmior­nicę z gril­la i oden, spe­cjalną po­trawę z ma­ry­no­wa­nych pie­rożków ryb­nych, ziem­niaków, tofu i wo­do­rostów, w so­sie so­jo­wym.

Można było kupić no­wo­rocz­ne życze­nie: wstążkę od mni­cha ze świątyni i zawiązać ją wokół gałęzi, co gwa­ran­to­wało, że życze­nie się spełni. O północy mni­si ude­rza­li w potężny, sze­ro­ki na trzy me­try od­la­ny z brązu dzwon, a dźwięk niósł się ki­lo­me­tra­mi. Zasłaniałam uszy, żeby mi mózg nie pod­ska­ki­wał. Następne­go dnia je­dliśmy w ho­te­lu kla­sycz­ne no­wo­rocz­ne śnia­da­nie: su­rową ośmior­nicę, grzan­ki z cy­na­mo­nem i piliśmy an­gielską her­batę.

Chciałabym twier­dzić, że były to chwi­le ob­ja­wie­nia, które zmie­niły moje życie i zbliżyły mnie z oj­cem, ale to nie­praw­da. Oprócz nie­licz­nych mo­mentów ciepła i uczu­cia prze­ważały dni i ty­go­dnie, kie­dy nikt się mną nie in­te­re­so­wał, a w ser­cu ojca królowała Miki.

Te­raz używa się określe­nia "brak po­ro­zu­mie­nia". Do­sko­na­le pa­su­je do ojca. Po­tra­fił być nad­mier­nie kon­tro­lujący, a za­ra­zem zupełnie obojętny. Cza­sem li­czył się z moją opi­nią, ale częściej na­zy­wał mnie Idiotką. Wyjątko­wo umiejętnie za­bu­rzał moją równo­wagę. Nig­dy nie wie­działam, na czym stoję. Cały czas tkwiłam w na­mio­cie roz­bi­tym na zbo­czu góry.

Dla­cze­go? Ciągle męczyło mnie to py­ta­nie. Dla­cze­go zna­lazłam się w Ja­po­nii? Oj­ciec ściągnął mnie z dru­giej półkuli tyl­ko po to, żeby się mną zupełnie nie in­te­re­so­wać? O co tu cho­dziło?

Oj­ciec był bar­dzo in­te­li­gent­ny, można go na­zwać ma­ni­pu­la­to­rem, i za­wsze o coś mu cho­dziło. Dużo cza­su za­brało mi od­kry­cie głęboko ukry­tej praw­dy.

Pro­log

- Mamo, czy jest coś, co po­win­nam wie­dzieć?

Wra­całyśmy do Ma­li­bu. Było wio­sen­ne popołudnie 1982 roku, je­chałyśmy drogą 405 z San Die­go.

Mama jak zwy­kle mil­czała, za­to­pio­na w myślach. Co jakiś czas tyl­ko za­chwy­cała się wyjątko­wo pięknym kra­jo­bra­zem.

- Ja­kie to cu­dow­ne! - wzdy­chała ze spo­ko­jem i pew­nością sie­bie człowie­ka, który ob­je­chał świat kil­ka razy i zna wszyst­kie jego se­kre­ty.

Też byłam pogrążona w myślach. Coś mi cho­dziło po głowie. Coś, co do­ty­czyło jej i ojca.

Nie wiem, dla­cze­go aku­rat wte­dy o tym myślałam. Zna­lazłam się właśnie w ko­lej­nym śle­pym zaułku życio­wym: mój związek legł w gru­zach, przyszłość nie za­po­wia­dała się świe­tla­nie, mu­siałam na nowo prze­bu­do­wać swo­je życie. Nowa wiel­ka miłość skończyła się roz­cza­ro­wa­niem. Oka­zało się, że fa­cet jest so­cjo­patą.

A mama prze­je­chała całe wy­brzeże, żeby mnie ra­to­wać.

Nie tak miało być: osten­ta­cyj­nie za­pro­siłam ją do San Die­go, żeby prze­ka­zać jej eks­cy­tującą wia­do­mość o zaręczy­nach ze wspa­niałym człowie­kiem. W głębi du­szy prze­czu­wałam, że wca­le nie jest taki wspa­niały. Właści­wie to wie­działam na­wet, że popełniam wiel­ki błąd, ale nie po­tra­fiłam wy­rwać się z tego związku bez po­mo­cy.

Mama, która po­pie­przo­ne sy­tu­acje wy­czu­wała na od­ległość, była he­ro­sem, ja­kie­go po­trze­bo­wałam. Wkro­czyła do po­ko­ju w mo­te­lu i rzu­ciw­szy okiem na mo­je­go szur­niętego na­rze­czo­ne­go, na­tych­miast oświad­czyła:

- Wy­no­si­my się stąd. I to już.

No i wra­całyśmy do domu. Podróż do Ma­li­bu trwała dwie go­dzi­ny. Miałam czas, żeby roz­ważyć często śmiesz­nie żałosne de­cy­zje, które po­dej­mo­wałam w moim życiu uczu­cio­wym. Przez całe lata wy­bie­rałam fa­cetów o wyjątko­wo par­szy­wym cha­rak­te­rze lub na ta­kich tra­fiałam. Nie byli to zwy­kli, ste­reo­ty­po­wi i sa­mo­lub­ni buce z te­le­no­wel czy z re­klam piwa, o nie. Mnie tra­fiali się praw­dzi­wi ma­ni­pu­la­to­rzy, roz­cza­ro­wujący, zde­mo­ra­li­zo­wa­ni fa­ce­ci, którzy wciągali mnie w łańcuch wy­da­rzeń wy­nisz­czających emo­cjo­nal­nie i fi­zycz­nie oraz kom­pro­mi­tujących. Cze­mu za­wsze mi się to przy­da­rzało? Co we­pchnęło mnie w ten ma­so­chi­stycz­ny cykl: "mądra ko­bie­ta, głupie wy­bo­ry"?

Może właśnie roztrząsa­nie mrocz­ne­go podłoża własnych związków do­pro­wa­dziło mnie do za­sad­ni­cze­go py­ta­nia:

- Mamo, czy jest coś, co po­win­nam wie­dzieć?

Rzu­ciła mi zdu­mio­ne spoj­rze­nie i z wy­ro­zu­miałym, żar­to­bli­wym uśmie­chem za­py­tała:

- Co masz na myśli?

- No, coś między tobą a oj­cem.

Lek­ko zmarsz­czyła brwi. Nie spodo­bał jej się ten te­mat. Nie cho­dzi o to, że nie chciała roz­ma­wiać o ojcu; po pro­stu nie ro­zu­miała, co może zna­czyć w na­szej obec­nej sy­tu­acji.

- Nic się nie dzie­je, wszyst­ko w porządku.

- Nie mówię: te­raz, cho­dzi mi... No, wiesz, on jest w Ja­po­nii, ty je­steś tu, wca­le się nie wi­du­je­cie... - Od bli­sko trzy­dzie­stu lat żyli osob­no, po dwóch stro­nach oce­anu.

Ma­mie to od­po­wia­dało.

- To ide­al­ny układ. Po­le­cam każdemu małżeństwu - od­parła.

Nie su­ge­ruję, że mama żywiła wro­gie uczu­cia wo­bec ojca. Ko­chała go, bar­dziej niż ko­go­kol­wiek czy co­kol­wiek, ale na co dzień nie po­trze­bo­wała go przy so­bie. Jed­no czy dwa spo­tka­nia rocz­nie w zupełności jej wy­star­czały.

- Mam wrażenie, że coś się stało, coś, o czym ty ani oj­ciec mi nie mówi­cie, i prze­czu­wam, że to coś ważnego.

- Nic ważnego się nie stało - od­parła lo­do­wa­tym to­nem. I za­milkła.

A to ozna­czało, że jed­nak cho­dzi o coś ważnego.

- Mamo, prze­cież czuję, że to coś na­prawdę istot­ne­go.

- Coś so­bie ubz­du­rałaś. Wiesz, że masz zbyt bujną wy­obraźnię.

Wzięłam głęboki wdech i za­ry­zy­ko­wałam:

- Jakoś ci nie wierzę, mamo.

Przez chwilę nie od­po­wia­dała. Z jej twa­rzy nic nie mogłam wy­czy­tać. Nie byłam pew­na, czy ma za­miar udać, że nie słyszała, czy też szy­ku­je od­po­wiedź, która mnie po­wa­li.

W końcu się ode­zwała:

- Po­wiem ci, jak do­je­dzie­my do domu.

No więc je­chałyśmy w ci­szy au­to­stradą z San Die­go. Już byłam pew­na, że coś się dzie­je, ale mu­siałam cze­kać jesz­cze dwie go­dzi­ny na naj­ważniej­szy nu­mer. Mat­ka uwiel­biała występować w roli głównej.

Napięcie rosło. O co mogło cho­dzić? Czy będzie to jed­na z tych zmie­niających życie re­we­la­cji, która w końcu uporządku­je mój świat? A może coś ab­so­lut­nie ba­nal­ne­go: "Nie mogę znieść chra­pa­nia two­je­go ojca". A może w ostat­niej chwi­li zręcznie wykręci się od od­po­wie­dzi?

Z mamą nig­dy nic nie wia­do­mo. Czaiło się w niej coś, cze­go nie można było po­znać. Co chwilę obie­cy­wała w książkach i wy­wia­dach, że ujaw­ni szczegóły do­tyczące życia oso­bi­ste­go, i oczy­wiście po­da­wała ich mnóstwo, cza­sem nie­win­nych, cza­sem szo­kujących. Miała tych re­we­la­cji pod do­stat­kiem. A jed­nak, jak każdy zręczny ma­gik lub doświad­czo­na strip­ti­zer­ka, im więcej odsłaniała, tym więcej po­zo­sta­wało w ukry­ciu. Kie­dy wy­da­wało się, że już ją znasz na wy­lot, na­gle ulat­niała się w oka­mgnie­niu.

Za­po­wiedź, że wy­ja­wi mi coś na­prawdę od­kryw­cze­go, spra­wiła, że po­czułam się nie­swo­jo. Czy na pew­no chciałam wie­dzieć? Byłam na to go­to­wa? Może le­piej nie bu­dzić li­cha?

W końcu do­tarłyśmy do Ma­li­bu i w ci­szy pod­je­chałyśmy do główne­go wejścia. Z mro­ku wyłoniła się we­ran­da, na której mama pierw­szy raz roz­ma­wiała z ko­smi­ta­mi. Jak opo­wia­dała, ktoś za­stu­kał w drzwi od we­ran­dy, a kie­dy otwo­rzyła, zo­ba­czyła ich. Nie za­ba­wi­li długo, wpa­dli po dro­dze.

Nig­dy mi nie opi­sała ich wyglądu ani stat­ku ko­smicz­ne­go. Nie wyjaśniła także, ja­kim cu­dem tak per­fek­cyj­nie mówią po an­giel­sku. Po­wie­działa je­dy­nie, że po­nie­waż była Pierwszą Oświe­coną, wy­bra­li ją, aby prze­ka­zała wieści resz­cie świa­ta.

Nig­dy nie wątpiłam, że to się zda­rzyło na­prawdę. Nie miałam po­wo­du nie wie­rzyć w to, że na in­nej pla­ne­cie roz­winęły się od­mien­ne for­my życia. Sko­ro jej miesz­kańcy przy­by­li na Zie­mię, dla­cze­go nie mie­li­by skon­tak­to­wać się właśnie z mamą? Ko­smi­ci od razu by się z nią do­ga­da­li.

Gdy zna­lazłyśmy się w domu, mama bez słowa poszła do ga­bi­ne­tu. Otwo­rzyła drzwi do schow­ka. W środ­ku, na podłodze, stał sta­ry, brązowy sejf.

- Co to? - spy­tałam, ale nie do­cze­kałam się od­po­wie­dzi.

Mama miała za­miar wy­ko­rzy­stać dra­ma­tyzm tej sy­tu­acji aż do końca.

Po­chy­liła się nad sej­fem i bar­dzo ostrożnie zaczęła ob­ra­cać pokrętłem: w lewo, w pra­wo, z biegłością za­wo­do­we­go włamy­wa­cza. Spoglądała przy tym przez ramię, chcąc się upew­nić, że nie widzę kom­bi­na­cji i nie po­znam szy­fru.

W końcu roz­legło się klik­nięcie i sejf stanął otwo­rem.

W środ­ku znaj­do­wało się pro­stokątne me­ta­lo­we pudełko, po­dob­ne do tych, w ja­kich sprze­dają bożona­ro­dze­nio­we cia­stecz­ka. Mama trzy­mała pudełko w wyciągniętych rękach, ni­czym re­li­kwię na po­dusz­ce. Ski­nie­niem głowy dała znać, żebym poszła za nią do sy­pial­ni. Wska­zała na łóżko. Usiadłam, a ona położyła pudełko po ciast­kach obok mnie. Po­wo­li pod­niosła wiecz­ko.

Leżała tam ster­ta sta­rych, pożółkłych te­le­gramów, niektóre na­wet z 1956 roku.

- Czy­taj - rzu­ciła. - I wszyst­ko zro­zu­miesz.