Szczęścia chodzą parami - Marta Nowik

Reflow text when sidebars are open.
Za pięć dwunasta uświadomiłam sobie, że kolejny raz spóźnię się do Kącika Złamanych Serc. Mogłam mieć jedynie nadzieję, że kobieta, z którą byłam umówiona na spotkanie, przymknie na to oko. "Oby była cierpliwa i wyrozumiała" - mówiłam do siebie, przyspieszając kroku. Prawie biegłam, gdy skręciłam w znajomą uliczkę. W takich momentach najczęściej przypominałam sobie, że miasteczko Zielona Lipka wcale nie jest tak małe, jak mogłoby się wydawać osobom z zewnątrz.
Czekała na mnie schowana pod niewielkim daszkiem chroniącym przed słońcem. W upalne dni to miejsce stawało się szczególnie cenne. Nienaturalnie wielkie okulary zakrywały sporą część jej twarzy. Wyglądała jak... No właśnie! Jak porzucona kobieta, która postanowiła odegrać się na swoim byłym, udowodnić, że wcale nie jest taka najgorsza, i pokazać mu, na co ją stać.
- Cześć! Tosia jestem! Proponuję, abyśmy mówiły sobie po imieniu, jeśli nie masz nic przeciwko. Najmocniej przepraszam za spóźnienie. - Wyciągnęłam rękę, aby się przywitać.
- Ela. Miło mi. Ależ upał. Ledwo żyję. - Otarła czoło chusteczką.
- Mamy wyjątkowo gorący czerwiec. Nie trzeba wyjeżdżać na urlop do ciepłych krajów. Można za darmo wygrzewać się na własnym leżaku w przydomowym ogródku. - Szukałam klucza, aby otworzyć drzwi Kącika Złamanych Serc.
- On mieszka niedaleko, w Cichej Wodzie - powiedziała, wygodnie rozsiadając się w wielkim fotelu. - Poznaliśmy się, gdy firma energetyczna, w której jest zatrudniony, wysłała ekipę do Zielonej Lipki. Najpierw pracownicy usuwali tę słynną awarię, a potem przyszli na obiad do mojego baru Głodny Tygrysek. Na dodatek tuż przed zamknięciem! Ależ byłam wtedy na nich wściekła!
- Cicha woda brzegi rwie - zanuciłam pod nosem w aluzji do nazwy miejscowości, z której pochodził wspomniany przez klientkę mężczyzna.
Ela popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Nie znasz tego? - spytałam. - Przecież to stara piosenka.
- Kojarzę ten przebój. Właśnie uświadomiłam sobie, że im bardziej staram się zapomnieć o Mieczysławie, tym gorzej to wychodzi. Ciągle mi się śni w nocy. Na przykład dzisiaj czule odgarniał kosmyki moich włosów, które wysuwały się z koka. To było takie niezwykłe. Zupełnie jakby stał obok mnie i patrzył, jak układam fryzurę przed wyjściem z domu.
- Wciąż ciepło o nim mówisz - zauważyłam.
- Brakuje mi naszych wspólnych poranków. Chyba za nim tęsknię - przyznała. - Czy to źle?
- Był dla ciebie kimś ważnym. To naturalne, że odżywają wspomnienia.
- Nie pogodziłam się z jego odejściem. Nadal wypieram to, co się stało. Tak jakbym nie była gotowa na zakończenie tej historii. Budzę się każdego ranka z nadzieją, że usłyszę jego głos - westchnęła. - Czy Kącik Złamanych Serc znajdzie mi kogoś na pocieszenie?
- Uważasz, że jesteś już na to gotowa? - Wolałam się upewnić, zanim obie rozejrzymy się za odpowiednim dla niej kandydatem.
- Czy da się być gotową na miłość? Przecież ona w ogóle o to nie pyta! Często przychodzi nieproszona i na dodatek zupełnie nie w porę. Pewnie nie jestem na nią dobrze przygotowana, ale czy jutro lub kiedykolwiek będę? - Popatrzyła na mnie pytająco, wyczekując odpowiedzi.
Przez chwilę milczałam, bawiąc się długopisem trzymanym w dłoni. Pozwoliłam dosłownie na moment odpłynąć myślom - gdzieś, daleko stąd. Powrót do biura i siedzącej tuż obok kobiety wydawał się konieczny. Choć nie przyszedł z łatwością.
- Możesz powtórzyć ostatnie pytanie?
Wstyd mi było przyznać, że nie dosłyszałam go przez własne roztargnienie. Nie powinnam sobie pozwolić na rozkojarzenie i niekontrolowane wędrówki w przeszłość. Przecież ostatnio mi się to nie zdarzało. Dzisiaj było jakoś inaczej. Nie potrafiłam określić, co się zmieniło, ale mój wzrok co chwilę i niezbyt dyskretnie podążał w kierunku kalendarza...
- Powiesz mi, jak to jest z tą miłością? - Pytanie wyrwało mnie z zadumy. Otrząsnęłam się, powracając do rzeczywistości. - Czasami się gubię i nie potrafię określić, jaka jest.
- Ja również - odparłam bez zastanowienia.
- Ty? - Ela nie ukrywała zdziwienia. - Przecież jesteś ekspertką od złamanych serc!
- To skomplikowane - przyznałam. Było za późno, aby wycofać się z tego, co powiedziałam. Zdawałam sobie sprawę, że to nie było z mojej strony zbyt profesjonalne. - Chodzi mi o to, że miłość naprawdę potrafi zaskoczyć. I to niejednego! - próbowałam wybrnąć. - Niektóre jej odsłony są jak jajko z niespodzianką. Do końca nie mamy pojęcia, co jest w środku.
Z trudem udało mi się przywrócić rozmowie rzeczowy ton. Po kilku minutach zakończyłyśmy spotkanie, wcześniej jeszcze umówiłyśmy się na kolejne za tydzień. Do tego czasu Ela miała poszukać w sobie odpowiedzi, czy jest już na pewno gotowa na nową relację. Gdy wyszła, odetchnęłam z ulgą.
Co się dzisiaj ze mną dzieje? - zastanawiałam się. Wpatrywałam się w wiszący na ścianie kalendarz, jakbym właśnie tam poszukiwała odpowiedzi. Zaraz, zaraz... Którego dzisiaj mamy? - chciałam sobie przypomnieć. Niemożliwe, że to właśnie ten dzień! Czyżby moja podświadomość celowo przywołała tamten czerwcowy wieczór sprzed lat?
***
Zawsze lubiłam stare kalendarze. Przechowywałam je jak cenne pamiątki. Nie dałam rady się ich pozbyć. Nie potrafiłabym wyrzucić do kosza żadnego z nich. Każdy był przecież częścią mojego życia. W pewnym sensie opisywał minione dni. Zaznaczałam na nich nie tylko zaplanowane spotkania i ważne dla mnie wydarzenia, ale notowałam również refleksje i postanowienia.
Zapiski, które wykonywałam, dotyczyły wielu sfer. W sumie była w nich opisana każda przestrzeń dotycząca mojej codzienności. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że jest to ciąg niepowiązanych ze sobą słów. Jakieś hasła czy zaszyfrowane wiadomości. Mogły przypominać równanie matematyczne. Dla mnie stanowiły uporządkowany, logiczny schemat, według którego funkcjonowałam.
Przerzuciłam kartkę na właściwą datę. Czasami rano zapominałam to zrobić. Spiesząc się, zerkałam nie na ten dzień, co powinnam. To stawało się często powodem zabawnych sytuacji, ale też stresu związanego z pomyleniem dat czy godzin ważnych spotkań.
Ale taka już byłam: roztargniona i niezorganizowana. Przestrzeń, w której się poruszałam, nieustannie mnie zaskakiwała. Dlatego dość często musiałam modyfikować swoje plany. Z czasem nie dziwiłam się już niczemu, co mnie spotykało. A przynajmniej tak mi się wydawało...
***
Wiadomość o konkurencyjnym biurze, otwierającym się dosłownie po drugiej stronie ulicy, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Spodziewałabym się niemal wszystkiego, ale nie właśnie tego.
- Całe miasteczko od wczoraj nie mówi o niczym innym - poinformowała mnie Monika, prowadząca po sąsiedzku salon kosmetyczny. Zachodziłam do niej od czasu do czasu na kawę i ploteczki.
- Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę - powiedziałam. - Nie sądziłam, że Zielona Lipka może wydać się dla kogoś z zewnątrz atrakcyjnym miejscem do otworzenia firmy.
- Także jestem zaskoczona. Wygląda na to, że niebawem zrobi się o nas naprawdę głośno. Ponoć to dopiero początek wielkich zmian. Przynajmniej tak twierdzi burmistrz.
- Ten tajemniczy mężczyzna, który się tu niedawno pojawił, równie dobrze mógł otworzyć Biuro Samotnych Serc w Cichej Wodzie. Na pewno tam znaleźliby się chętni do skorzystania z tego typu usług.
- Najwidoczniej nasza ulica Kochająca przyciąga tych, którzy zamierzają ratować zagubione, samotne i jednocześnie połamane serca - zaśmiała się, pałaszując kolejny kawałek ptasiego mleczka.
Mnie wcale nie było z tego powodu wesoło. Od lat miałam monopol na tego typu działalność. W najbliższej okolicy tylko ja prowadziłam poradnię obejmującą usługi randkowo-matrymonialne. Byłam z tego znana. Kącik Złamanych Serc stał się rozpoznawalną marką. Również w sąsiednich miejscowościach. Słyszał o nim niemal każdy Zielonolipczanin. Moi klienci przyjeżdżali na spotkania ze mną nieraz z dalekich stron.
- Myślisz, że mnie wygryzie? - zapytałam, pełna obaw o swoją przyszłość.
- Jest kimś nowym i nieznanym. Na razie będą mu się uważnie przyglądać. Mieszkańcy są nieufni i ostrożni wobec tych, którzy nie są stąd. Sama wiesz, jak to u nas wygląda.
- Skąd się tutaj wziął? - zastanawiałam się na głos. - Co tak naprawdę go do nas sprowadza?
- A może kiedyś dojdzie do tego, że będziecie współpracować? - rzuciła Monika, jak dla mnie zupełnie od czapy. - Kącik Złamanych Serc i Biuro Samotnych Serc mogą w przyszłości połączyć się i działać pod jednym szyldem.
Te słowa wydały mi się kiepskim żartem.
- Niedoczekanie! Po moim trupie! - Byłam oburzona jej pomysłem. - W ogóle nie wyobrażam sobie takiej opcji. Mam nadzieję, że Biuro Samotnych Serc zniknie równie szybko, jak się pojawiło! Obstawiam, że po miesiącu nie będzie po nim nawet śladu.
- To wariant optymistyczny! - stwierdziła Monika.
Lubiłam jej czarny humor, ale tym razem nie było mi do śmiechu.
- Ciekawa jestem, kto konkretnie zamierza prowadzić ten lokal. Wiesz coś może na ten temat? - zainteresowałam się.
- Podobno jakiś strażak. Tak słyszałam wczoraj na ryneczku. Straganiarze wiedzą niemal wszystko.
- Strażak? Prawdziwy?
- Ponoć tak. Z sikawką i kaskiem!
- Serio? - Byłam zaskoczona. - Czegoś takiego u nas jeszcze nie grali. To już może lepiej, aby gasił pożary? Przynajmniej na coś by się przydał.
- Mówią, że jest bardzo przystojny - przypomniała sobie moja sąsiadka. - Chociaż ponoć nie pierwszej młodości.
Musiałam zrobić dziwną minę, gdy to usłyszałam. Zaśmiałam się nieco histerycznie.
Po powrocie do domu niezwłocznie wzięłam się za poszukiwanie starej lornetki. Nie zamierzałam z bliska przyglądać się konkurencji, ale dyskretnie, przez małe okienko łazienki, skąd miałam naprawdę dobrą perspektywę, to i owszem. Przynajmniej nikt mnie nie nakryje na tym dość wstydliwym zajęciu, pomyślałam. Za nic w świecie nie zamierzałam pokazać, że przybysz wzbudził mój niepokój. Postanowiłam dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Przeciwnika trzeba dobrze poznać, powtarzałam sobie. Osobiście pozbędę się go z naszego miasteczka! Dla nas obojga nie ma w nim miejsca!
Obmyślałam swój plan eliminacji konkurencji, siedząc wieczorem na fotelu przy lampce czerwonego wina. Wzięłam kartkę i długopis, aby rozpisać strategię działania. Szybko się okazało, że nie było to takie proste.
- Pomysły pomysłami, a życie życiem - westchnęłam. - Muszę się jakoś zrelaksować - postanowiłam.
Zabrałam się za przeglądanie tytułów komedii romantycznych, których jeszcze nie udało się mi obejrzeć. Długo nie mogłam się zdecydować. W końcu natknęłam się na taką, która mnie zainteresowała. Zgasiłam światło, okryłam się ciepłym kocem i poddałam się seansowi filmowemu. Niestety nie na długo. Zasnęłam szybciej, niż mogłabym się tego spodziewać. Przyśnił się mi pożar na Kochającej. Był tak wielki, że nikt nie był w stanie go ugasić. Nawet przybyły do miasteczka intrygujący strażak.
Przebudziłam się zlana potem. Co za koszmar! Czyżby pojawienie się nieznajomego odebrało spokój nawet moim snom?