1
Norfolk, Wielka Brytania
październik 2004 roku
Wiesz co? Obsadzenie ogrodu bukami było najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. - David Elwood zdjął kalosze przed kuchennymi drzwiami. - Pół życia marnuję na grabienie liści. Co miesiąc mamy tu jesień!
- Wiem, kochanie - odpowiedziała jego żona Mary. Słyszała to już nie po raz pierwszy. - Usiądź sobie i poczytaj gazetę, a ja zrobię kanapki. Z serem czy z boczkiem?
- Z boczkiem, skarbie. Trzeba było zasadzić drzewa iglaste, jak każdy rozsądny człowiek... Ale facet w centrum ogrodniczym zapewniał mnie, że ten gatunek buczyny nie zrzuca liści. "Będzie pan miał śliczne złote liście przez całą zimę", powiedział. Nie raczył tylko wspomnieć, że będę stał po kolana w ślicznych złotych liściach od października do maja...
Mary uśmiechnęła się pod nosem, gdy David, marudząc, ruszył do salonu. Podobały jej się buki, tak jak zresztą wszystko w tym wiejskim domku w Norfolk, do którego przeprowadzili się sześć lat temu, gdy mąż przeszedł na emeryturę. Wiedziała, że mimo narzekań on też go lubi. Ogród dawał mu zajęcie - i bardzo dobrze, bo dzięki temu nie musiał mierzyć się z faktem, że w zasadzie nie ma wiele do roboty. Trochę narzekał - właściwie ciągle narzekał - ale porządkowanie ogrodu i drobne naprawy przy domu sprawiły, że miał cel w życiu. To było ważne, bo jako emerytowany wykładowca inżynierii elektrycznej nie miał innych zainteresowań ani hobby. Ona mogła czytać albo dziergać na drutach, ale David od października, gdy kończył się sezon gry w kręgle, nie miał co robić.
- Kawa czy herbata? - zawołała.
- Poproszę herbatę.
Mary położyła na ruszcie sześć plasterków boczku, ustawiła temperaturę na maksimum i rozkroiła trzy bułki - dwie dla Davida, jedną dla siebie. Była na diecie, ale gdy przychodziło wybierać między podpiekanym boczkiem a niskotłuszczowym serkiem topionym, przynajmniej w niedzielę dieta robiła się mniej restrykcyjna. Posmarowała bułki masłem i nastawiła czajnik. Czekając, aż woda się zagotuje, wrzuciła do imbryka dwie torebki herbaty i patrzyła na ogród. Zadrżała, gdy jesienne słońce przysłoniła chmura i chłodny wietrzyk wpadł przez otwarte okno.
Wychyliła się, żeby je zamknąć. Nagle ciemna postać przesłoniła jej widok i silna owłosiona ręka chwyciła ją za ramię. Mary krzyknęła z bólu.
Jej krzyk został zduszony przez drugą rękę, która złapała ją z tyłu za szyję i cisnęła głowę o parapet. Uderzenie ogłuszyło ją, ale nie straciła przytomności; osuwając się na podłogę, była świadoma, że boczek w piekarniku zaczyna skwierczeć. Okulary spadły jej z nosa, widziała tylko niewyraźną czarną postać, która zdążyła już wspiąć się przez okno i okładała ją pięściami, skrzecząc przeraźliwie.
- David! - zdołała krzyknąć, nim spadł na nią kolejny deszcz ciosów. Nagle zobaczyła z bliska zęby tego czegoś, co ją atakowało: wielkie, żółte i ostre. Przerażona, skuliła się na podłodze. Próbowała wołać męża, ale głos uwiązł jej w gardle.
Niespodziewanie stwór stracił zainteresowanie jej osobą i się odwrócił. Zdawało się, że zafascynował go skwierczący boczek. Mary ostrożnie wyciągnęła rękę i odnalazła okulary.
- David! - zawołała, widząc, że w kuchni stoi wielka małpa. Zwierzę zignorowało ją: próbowało dobrać się do boczku.
- Co, do jasnej... - David Elwood zaniemówił, gdy zobaczył skuloną na podłodze zakrwawioną żonę i małpę, która piszczała z bólu, sparzywszy łapę o piekarnik.
- Won stąd! - wrzasnął, kiedy rozjuszone bólem zwierzę zaczę ło skakać po kuchni, rozrzucając garnki i patelnie.
Zamachnął się, ale małpa wskoczyła na wysoką półkę i odwróciła się, szczerząc na niego kły.
- Uważaj - krzyknęła Mary. - Chyba jest wściekła!
- Uciekaj stąd - powiedział David, przesuwając się ostrożnie między żonę a zwierzę. - Uciekaj i dzwoń po policję.
Mary przeczołgała się po podłodze i sięgnęła do klamki, dokładnie w chwili gdy małpa rzuciła się na Davida i zatopiła mu zęby w ramieniu. Oboje padli na podłogę i zaczęli tarzać się po kuchni. Wyglądali jak wirujący kłąb futra, kończyn i krwi.
Mary wypadła do przedpokoju, ale nie zadzwoniła na policję. Złapała parasol i wróciła do kuchni, żeby pomóc mężowi. Otworzyła szeroko okno i zaczęła tłuc zwierzę po grzbiecie rączką parasola.
- Wynoś się stąd! - krzyczała. - Won z naszego domu! Słyszysz? Wynocha, parszywy bydlaku. Won!
Małpa odwróciła się, by zaatakować Mary, ale silne uderzenie parasolem w pysk rzuciło ją na podłogę. Poderwała się, wskoczyła na parapet i z wrzaskiem wypadła przez otwarte okno. Przebiegła przez trawnik i po chwili zniknęła w zaroślach.
Mary podeszła do męża. Miał obficie krwawiącą ranę na ramieniu i liczne zadrapania na twarzy.
- Nieźle oberwałeś, kotku - powiedziała, przytulając go. - Chodź, musisz się obmyć.
- Dzwoniłaś na policję?
- Nie... nie miałam czasu.
Spojrzał na żonę i się uśmiechnął.
- Jasne. - Uścisnął jej rękę. - Oboje powinniśmy się ogarnąć. Kto to mówił, że w Norfolk nic się nie dzieje?
- Zdaje się, że ty - odparła drżącym głosem. Wstała i popatrzyła na ramię Davida. - To musi obejrzeć lekarz. Pewnie nie obejdzie się bez zastrzyku przeciwtężcowego. Żadne z nas nie powinno teraz prowadzić. Wezwę karetkę.
- Co takiego? - usłyszała Mary w słuchawce.
- To była małpa, duża - wyjaśniła cierpliwie. - Weszła przez okno, gdy robiłam lunch.
- Oczywiście, proszę pani.
- Proszę ze mnie nie drwić - warknęła. - Nazywam się Mary Elwood, mieszkam w Bramley Cottage w Holt i nie mam zwyczaju robić głupich kawałów. Mój mąż i ja zostaliśmy zaatakowani przez małpę. Chcieliśmy to zgłosić policji i prosić o wezwanie karetki do mojego męża. Został pogryziony.
- Oczywiście, proszę pani.
Do trzeciej po południu policja w Norfolk miała jeszcze trzy zgłoszenia od osób, które widziały małpę, i żadnej informacji o zaginionym zwierzęciu.
Inspektor Frank Giles spojrzał na raporty.
- Widziano tę małpę o dwunastej dziesięć w Weybourne.
- Tak jest - potwierdził oficer dyżurny.
- A pięć po Elwoodowie ciągle walczyli z tym bydlęciem w Holt.
- Zgadza się.
- Nawet małpa jadąca ferrari nie dałaby rady znaleźć się w Weybourne w pięć minut.
- Nie dałaby.
- Więc jest ich więcej niż jedna. I nie ma żadnych zgłoszeń z zoo albo parków przyrody?
- Nie przyznają się do tego rodzaju zguby.
- I pewnie nic nie wiadomo, jakoby w okolicy pętał się Michael Jackson.
- Nie.
- To był żart, Morley.
- Tak jest, szefie.
- Masz jakiś pomysł?
- Niestety, nie... Chyba że jakiś cyrk przejeżdżał niedaleko...
- O ile wiem, w cyrkach od jakiegoś czasu nie ma zwierząt. - Giles pokręcił głową. - Fani poprawności politycznej już ich dopadli. Teraz podziwia się w cyrkach origami albo karciane sztuczki.
- Tak jest, szefie.
- Ale laboratoria... - W głowie Gilesa zaświtała pewna myśl. - Oni trzymają zwierzęta. Niedaleko jest instytut badawczy. - Wstał i podszedł do mapy na ścianie. - Tutaj, między Holt a Cromer, przy A-148. Nie pamiętam, jak się nazywa...
- Crick Institute.
- Tak, Crick Institute. Skontaktuj się z nimi i zapytaj, czy nie uciekły im jakieś małpy.
Giles ciągle studiował mapę, gdy Morley wrócił, by powiedzieć, że w instytucie nikt nie odbiera.
- Obijają się przy niedzieli, co? Na pewno mamy jakieś telefony alarmowe do ich nadzoru na wypadek pożaru i tak dalej. Zadzwoń pod któryś z nich.
- Mam powiedzieć, żeby sprawdzili swoje zwierzaki?
- Nie, powiedz, że spotkamy się z nimi przed instytutem. Pojedziemy tam. Ładna pogoda na przejażdżkę.
Sierżant Morley zwolnił na widok biegnącej ku nim i wymachującej rękami postaci.
- A to co znowu? - mruknął.
Giles opuścił szybę i biegnący mężczyzna zatrzymał się obok wozu. Jedną rękę oparł na dachu, a drugą przycisnął do piersi, jakby próbował złapać oddech.
- Spokojnie - powiedział Giles.
Mężczyzna pokazał palcem za siebie.
- Zaatakowali nas - wykrztusił. - Te oszołomy od praw zwierząt załatwiły nas na cacy. Sukinsyny!
- Nas?
- Instytut. Nazywam się Robert Smith. To do mnie dzwoniliście, ja mam klucze. Chociaż teraz nie są już do niczego potrzebne, bo drzwi są otwarte, okna powybijane, a wszystkie ściany upieprzone farbą. Sukinsyny.
Giles zaprosił Smitha do auta i wezwał przez radio posiłki. Morley skręcił na podjazd instytutu i podjechał pod same drzwi.
- Myślisz, że ciągle tu są? - zapytał inspektor.
- Nie, szefie. Patrzę tylko, czy nic się nie rusza w krzakach.
- Ja nie wchodziłem do środka - wtrącił Smith, oparłszy łokcie na przednich fotelach, między policjantami. - Wystarczył mi jeden rzut oka na budynek.
- Rozumiem - odparł Giles, przyglądając się zabudowaniom.
- Ale burdel - mruknął Morley.
- Co za bydlaki mogły to zrobić? - zastanawiał się Smith.
- Co robicie w tym instytucie? - spytał go Giles.
- Ja zajmuję się zwierzętami. Sprzątam klatki, doglądam karmienia...
- Więc był pan tu wcześniej?
- Nie, profesor Devon powiedział, że dziś wpadnie i nakarmi zwierzęta. Jego żona miała jechać na weekend do córki w Manchesterze, więc chciał popracować.
- To miło z jego strony - zauważył Morley.
- Profesor Devon to prawdziwy dżentelmen. Stara szkoła, wie pan, o czym mówię.
- Więc może ciągle jest w środku?
- Cholera, nie pomyślałem o tym - wykrzyknął Smith. - Może jest. Jeśli ci skurwiele...
- Niech pan wejdzie z nami. Tylko proszę niczego nie dotykać.
Smith zawahał się przy drzwiach.
- Nie wiem, czy powinniśmy tak wchodzić... Wie pan, oni tu pracują nad niebezpiecznymi sprawami... skafandry i maski, i w ogóle...
- Ma rację - ocenił Morley.
Giles przytaknął.
- Poczekajmy na grupę od zagrożeń biologicznych. A co z resztą ludzi, którzy mają klucze?
Morley zajrzał do notatnika.
- Pan Smith był pierwszy na liście...
- Bo mieszkam na samym początku podjazdu - wyjaśnił Smith. - Zwykle chodzi o alarm przeciwpożarowy, który lubi włączyć się bez powodu. W innych przypadkach dzwonię do profesora albo któregoś z naukowców, doktora Cleary'ego, doktora O'Briena, czasem do innego.
- Mam doktora Cleary'ego na liście - powiedział Morley.
- Zadzwoń do niego.
Morley zaczął wybierać numer, a Giles zwrócił się do Smitha.
- Czy można dostać się do gabinetu profesora Devona, nie przechodząc przez któreś z laboratoriów?
- Oczywiście, to zaraz przy głównym korytarzu, po lewej.
- Może więc zaryzykujemy - zasugerował Giles. - Na wypadek gdyby ciągle był w budynku.
- Cleary będzie tu za kwadrans, szefie.
Wysiedli z samochodu, przystanęli na chwilę, żeby przeczytać graffiti na ścianach, i stopami zgarnęli ze schodów kawałki potłuczonego szkła.
- Walt Disney ma się z czego tłumaczyć - skomentował Giles napisy wokół wejścia. - Te głąby chyba myślą, że zwierzęta żyją w spokoju i harmonii, recytując wesołe wierszyki.
- Zamiast rozrywać się na strzępy - wtrącił Morley.
- Dobór naturalny. Przetrwają tylko najszybsze, najsilniejsze, najbardziej bezlitosne.
- Natura rządzi kłem i pazurem - zacytował Morley.
Giles spojrzał na sierżanta z niejakim zdziwieniem.
- Nie wiedziałem, że jesteś fanem Kiplinga.
- Pamięta się co nieco ze szkoły.
- Fakt - przyznał Giles. - Mnie utkwiła w pamięci Christina Rosetti. "Ziemia twarda jak żelazo, woda jak głaz..." Przypomina mi się to za każdym razem, gdy idę zimą przez park... No to jak? Wchodzimy? Warto sprawdzić gabinet profesora, skoro czekamy na Cleary'ego. Upewnić się, że nie leży tam ranny. A przy okazji zorientujemy się, jaki pieprznik tym razem zrobiły te pojeby.
- Jeśli uważa pan, że to bezpieczne... - odparł Morley.
Giles wskazał otwarte drzwi i potłuczone szyby.
- To, co było w środku, i tak jest już na zewnątrz.
Hol zasłany był kawałkami szkła, pochodzącego głównie z rozbitej tablicy informacyjnej z nazwiskami pracowników i numerami pokoi. Ściany pokrywały czerwone napisy w stylu "Mordercy skurwiele" i "Zwierzęta też mają prawa".
- Tu jest gabinet profesora. - Smith pokazał im drzwi.
Giles zapukał, a gdy zgodnie z przewidywaniami nie usłyszeli odpowiedzi, nacisnął klamkę i zajrzał do środka. Gabinet był pusty i wydawał się nienaruszony, chociaż panował w nim nieporządek: na biurku leżały sterty papierów i teczek.
- Wygląda na to, że profesora już nie było, gdy ci dranie weszli do środka - powiedział Smith.
- Mam taką nadzieję - odparł Giles. - Oglądanie demolki własnego laboratorium nie sprawiłoby mu frajdy.
- Pękłoby mu serce - przyznał Smith.
Odgłos kół na wysypanym grysem podjeździe obwieścił przybycie dwóch radiowozów. Za nimi wtoczył się wóz strażackiej grupy do walki z zagrożeniami biologicznymi. Giles zdał im relację z tego, co się stało, i zasugerował, żeby poczekali na Cleary'ego, który oceni stopień zagrożenia. Kilka minut później przez bramę przejechał zielony land rover. Wysiadł z niego wysoki trzydziestoparoletni blondyn.
- Nick Cleary - przedstawił się. - Ale bajzel!
- Trzeba przyznać, że nie ukrywali swoich poglądów. - Giles patrzył, jak Cleary czyta napisy na ścianach. - Pan Smith ostrzegł nas, że wchodzenie do środka może być ryzykowne. Sprawdziliśmy tylko gabinet profesora Devona, na wypadek gdyby ciągle tam był.
Cleary wyglądał na zaskoczonego.
- Profesor powiedział panu Smithowi, że przyjdzie dziś rano do laboratorium - wyjaśnił Giles.
- Ach, tak. Ale to nie dziwne. Ostatnio prawie stąd nie wychodzi.
- A jeśli chodzi o zagrożenie... - zaczął Giles.
- Pracujemy nad patogenetycznymi mikrobami - przerwał mu Cleary. - Wirusy przechowujemy w zamkniętej chłodni. Zamrożone w biolabie 3. Samo laboratorium jest zamknięte, drzwi są hermetyczne. Bakterie patogenetyczne są trzymane w liofilizowanych fiolkach w sejfie, także w tym laboratorium.
- A okna?
- W biolabie nie ma okien. To pomieszczenie wewnątrz budynku, powietrze jest tam filtrowane.
- Więc najpierw trzeba sprawdzić, czy drzwi są nienaruszone - powiedział Giles. - Może udzieli pan informacji na temat położenia laboratorium grupie od skażeń?
- Mogę iść z nimi - zaproponował Cleary.
- Musi pan pogadać z ich szefem.
- Dobrze.
- Ale zanim pan to zrobi, proszę mi wyjaśnić, o jakich zarazkach mówimy.
- Nie ma sensu się martwić, dopóki nie sprawdzimy, czy jest o co - odparł Cleary.
Giles skinął głową.
- W porządku. Ale jeśli okaże się, że naruszono którekolwiek z zabezpieczeń...
- Ludzie będą mieli prawo wiedzieć. Ma pan zupełną rację. Jeżeli jednak do tego doszło, i tak zajmie się tym ktoś inny.
- Racja - przyznał Giles. - Jeszcze jedna sprawa. Mieliśmy dziś kilka zgłoszeń dotyczących szwendających się po okolicy małp...
- Jezu. Wypuścili małpy?
- Uwolnili. Oni tak to nazywają. Może powie nam pan, jak zapobiec potencjalnemu zagrożeniu, jakie mogą stanowić?
- Ja nie korzystam z naczelnych, to było królestwo Tima Devona. O ile wiem, ostatnio nie prowadził żadnych eksperymentów na zwierzętach. Jest więc szansa, że to zdrowe małpy, co wcale nie znaczy, że nie są niebezpieczne. Mogą dotkliwie pokąsać.
- Jedna osoba już została pogryziona - powiedział Giles. - A czy według pana nie ma innego zagrożenia?
- Nie mogę być pewny, musiałbym zapytać Tima. Udało się panom z nim skontaktować?
- Nie. Sierżant Morley wciąż próbuje.
Cleary poszedł porozmawiać z szefem strażaków, a Giles odszukał Morleya.
- I jak? - zapytał.
- Ciągle nic.
- Cholera. Mam przeczucie, że powinniśmy włączyć alarm.
- Czemu?
- Żeby osłaniać nasze tyłki. Już widzę te tytuły: "Zwłoka policji naraziła okoliczną ludność na niebezpieczeństwo".
- Myśli pan, że ta małpa była czymś zarażona?
- Problem w tym, że nie wiemy, a Devon jest chyba jedyną osobą, która mogłaby nam to powiedzieć.
- Będę próbował dalej.
- Poczekam, aż sprawdzą, czy w biolabie wszystko jest na miejscu. Ale nawet gdy laboratorium okaże się nietknięte, podniosę alarm, jeśli nie zdołamy się skontaktować z Devonem.
Giles i Morley wrócili do wozu.
- A co będzie, jeśli się okaże, że drzwi laboratorium są uszkodzone? - zapytał sierżant, patrząc na ludzi od usuwania skażeń, którzy właśnie robili ostatnie kontrole skafandrów. Po minucie jeden za drugim zniknęli we wnętrzu budynku.
Giles zauważył, że Cleary poszedł razem z nimi.
- To zależy, jakie zarazki tam trzymali - odpowiedział Morleyowi. - Niektóre wirusy są bardzo zaraźliwe, inne nie. Jedne są stabilne w powietrzu, drugie nie. Niektóre choroby łapie się, wdychając wirusa, inne rozwijają się w przewodzie pokarmowym. To wszystko musi być wzięte pod uwagę. Przynajmniej tak mówili na szkoleniach. Ja spadałbym jak najdalej stąd.
- Chyba nie pracowaliby tu nad czymś szczególnie niebezpiecznym... Ospa wietrzna, dżuma czy wąglik, wie pan.
- Nie ma sensu opracowywać szczepionek przeciwko nieszkodliwym wirusom - odparł Giles.
- Ale gdyby pracowali nad jakimiś niebezpiecznymi zarazkami, mieliby chyba lepszą ochronę. Ogrodzenia, strażnicy przy wejściach...
- To nie jest takie pewne.
- Więc może z tego wyniknąć jakiś koszmar?
- Powiedzmy, że naszą szansą uniknięcia koszmaru są nienaruszone zabezpieczenia biolabu i porządek w środku.
- Chyba zaraz się czegoś dowiemy. - Morley wskazał pierwszych członków ekipy wynurzających się z wejścia. Wysiedli z wozu.
Powiało optymizmem, gdy jeden z ludzi od skażeń machnął przecząco ręką w kierunku strażaków odpowiedzialnych za obsługę polowego prysznica i pomieszczenia odkażającego.
- Wygląda nieźle - odetchnął Morley.
Wszyscy z zespołu wyglądali na rozluźnionych; gdy zdejmowali hełmy, śmiali się i żartowali.
Giles podszedł do Nicka Cleary'ego.
- Nie przeszli przez drzwi BL-3. - Cleary uśmiechnął się szeroko. - W biolabie wszystko jest w porządku. Ale zrobili totalny bałagan wszędzie indziej. Powrót do normalności zajmie miesiące. Profesor Devon się odezwał?
- Jeszcze nie. Sprawdzał pan zwierzęta?
- Nie, pomyślałem, że przyjdziemy od razu do was i powiemy, jak wygląda sytuacja.
Giles pokiwał głową.
- Może zajrzymy teraz do pomieszczenia ze zwierzętami? Zobaczymy, których brakuje.
W skafandrze, ale bez hełmu, Cleary poprowadził ich korytarzem i schodami w dół, do pomieszczenia, w którym trzymano zwierzęta doświadczalne.
- Tu trzymamy myszy - powiedział Cleary, gdy podeszli do pierwszych drzwi. Zajrzał przez szklane okienko i zaklął.
Giles zerknął do środka. Zobaczył chaos. Kilka ustawionych jedna na drugiej klatek z myszami przewrócono, wypuszczając ich mieszkańców na podłogę. Myszy łaziły po wszystkim, zaglądały w każdą szparę, uwalane w mokrych trocinach i krwi ze skaleczeń powstałych od potłuczonych szklanych dozowników z wodą.
- Czy to spowoduje poważne komplikacje? - zapytał.
- Wszystkie trwające eksperymenty trafił szlag - odpowiedział Cleary. - Nie stwierdzimy, która mysz siedziała w której klatce.
Przeszli do pomieszczenia obok.
- To samo. Wszystkie świnki morskie są poza klatkami.
Na podłodze zasłanej karmą i trocinami Giles naliczył około trzydziestu świnek morskich. Wiele klatek było zdeformowanych od uderzeń o ściany. Kilka wyglądało, jakby ktoś po nich skakał, bo były niemal całkowicie spłaszczone.
- Ale żadnej nie wypuścili - zauważył.
- Na to wygląda - przyznał Cleary.
Giles i Morley odetchnęli z ulgą.