Szczenięce lata. Ziele na kraterze. Ojciec i Córki - korespondencja - Melchior Wańkowicz

-
Proszę czekać

ŻYWIOŁY W DOLINIE NIEWIAŻY

"Amoniaku, łajdaku..." - krzyknął rozpaczliwie wuj Sewerutek na Mela, czyli młodego Melchiora Wańkowicza, gdy ten pewnego poranka śpiącemu krewnemu "pompnął" do nosa amoniaku z potężnej lewatywy. "Wuj zwariował!" - zaniepokoili się obudzeni nagle domownicy. Wuj zaś, rycząc swoje "Łajdaku - amoniaku", gonił za Melem w dół po schodach, potem przez klomb, z klombu na gazon. A że obaj panowie byli w przykrótkich koszulach nocnych, ich widok wywołał rozbawienie "główek niewieścich" w oknach dworu. I po dziś ta scena opisana przez Melchiora Wańkowicza w Szczenięcych latach nieodmiennie bawi.

Wańkowicz cenił humor jako materię literacką. Uważał, że czytelnika bądź słuchacza należy "odśmiać", czyli pozwolić mu co jakiś czas na głębszy oddech, na odpoczynek, na śmiech. Anegdoty, zabawne dygresje, żarciki, przekora, owe, jak je nazywał, "witaminy humoru" są stale obecne w Szczenięcych latach - opowieści o dzieciństwie na Kresach

Ma ona w sobie siłę i urok gawędy szlacheckiej. Gatunku, wywodzącego się z kultury sarmackiej i występującego jedynie w literaturze polskiej. Współtworzyli ją Henryk Rzewuski, Ignacy Chodźko, Aleksander Fredro. Inspirowała ona Syrokomlę, Pruszyńskiego i Wańkowicza. Fascynowała Gombrowicza. A autor we wstępie do Szczenięcych lat pisał: "a dlaczego równie bogatym tworzywem nie ma być ujęta w karby gawęda szlachecka z jej niesłychaną plastyką, zbliżeniami, egocentryzmem i zachwycającymi dygresjami - zwornikami łuków zamierzonej narracji".

Szczenięce lata pisał Wańkowicz pod koniec lat 20. XX wieku, opublikował w 1934 r. Niespełna trzydziestoletni autor stworzył obraz dzieciństwa i domu rodzinnego na Kresach nasycony scenami rodzajowymi z życia ziemiańskiego - opisami polowań, wydarzeń towarzyskich, obyczajów, wierzeń i powtarzających się zgodnie z rytmem dnia i pór roku powszednich zajęć gospodarskich związanych z życiem dworu i wsi. "Ta książeczka już (...) kiedy się ukazała - zaznaczy Wańkowicz - była odległa o stulecie. A może i o dwa, bo na głębokich kresach konserwowały się obyczaje końca XVIII wieku".

Ale też wyznawał: Szczenięce lata pisałem ze szczerej tęsknoty do form tej kultury, z której poczęła się i na której dotąd trwa kultura polska".

"Wańkowiczów było jak rojstu w Mińszczyźnie" - rozpoczyna pisarz opowieść składającą się z dwóch części zatytułowanych: "Nowotrzeby" i "Kalużyce". Z nich dowiadujemy się o losach młodego Melchiora, bo on jest głównym bohaterem tej historii i on snuje opowieść we własnym imieniu.

Urodził się Melchior Wańkowicz - herbu Lis odmieniony - 10 stycznia 1892 r. w rodzinnym majątku Kalużyce, w powiecie ihumeńskim, ziemi mińskiej na Białorusi, z ojca także Melchiora, powstańca 1863 r., osiedleńca na Syberii, i matki, Marii ze Szwoynickich, z Nowotrzeb na Wileńszczyźnie. Był dumny, że wydała go "ziemia położona w bramie Dnieprowo-Dźwińskiej, na Smoleńskim przedpolu, nosząca na sobie chlubę dwudziestu ośmiu wielkich pobojowisk" - jak pisał. Pragnąc ustrzec się przed patosem - który i tak był mu wytykany - dodawał, że jest to kraina łosi, pardw i wiewiórek. Przed nostalgią się już nie bronił i wspominał kraj "brzóz, mgieł i wrzosowisk", "pachnący grzybem, zwierzyną, smolakiem, przedziwnymi zapachami łąk".

Po śmierci rodziców wysłano dwuletniego chłopca z ojcowskich Kalużyc do majątku babki w Kowieńszczyźnie. Majątek babki i matki - Nowotrzeby, był "ongiś od książąt Giedroyciów kupiony, a położony w przepięknej dolinie Niewiaży, o szesnaście wiorst od Kowna". Dolina Niewiaży stała się więc głównym krajobrazem wczesnego dzieciństwa bohatera Szczenięcych lat. Nad tą samą rzeką, w dolinie Niewiaży, spędzał swoje chłopięce lata Czesław Miłosz, on jednak w swojej książce o tamtych stronach nazwał ją doliną Issy.

I "matczyne Nowotrzeby", zarządzane przez babkę Felicję z Baczyżmalskich Konstantynową Szwoynicką, i Kalużyce, "dom z dziada pradziada męski, kawalerski" stanowiły jedno gniazdo młodego Wańkowicza. Spędzał w nim dzieciństwo najpierw domowe, potem "leśne" i "polne". I tam następowały pierwsze wtajemniczenia i inicjacje chłopca: zmysłowe, emocjonalne, religijne, patriotyczne, społeczne. Chłopiec, poznając przyrodę, zbliżał się do rozumienia tajemnicy istnienia; gdy na polowaniu zastrzelił pierwszą w życiu wiewiórkę, było to dla niego przede wszystkim doświadczenie metafizyczne.

Jest scena w Szczenięcych latach jak z Pana Tadeusza, w którym: "Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panek/I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek/(...) Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście/Kończył nauki, końca doczekał nareszcie".

A w Szczenięcych latach - uczeń gimnazjum Chrzanowskiego mknie saniami do dworu. "Jak szalone mkną sanki, zataczając się po śliskim gościńcu. (...) Konie wpadają przez bramę pod jarzący się wszystkimi oknami dom. Janczary dźwięczą triumfalną fanfarę".

Nawiązania w Szczenięcych latach do tradycji romantycznej, do Pana Tadeusza są naturalne, choćby dlatego, że akcja opowieści toczy się na Litwie i ze względu na to, jak ważny i dla Mickiewicza, i dla autora Szczenięcych lat jest żywioł przyrody litewskiej.

I podobnie jak młody Tadeusz "wbiegł do domu, pragnął go powitać", bohater Szczenięcych lat rozpoczyna swą opowieść od opisu domu, a raczej ganku - "nie takiego tam "polskiego", jakie bywają we dworkach na mazowieckich piaseczkach - z filarkami, ale tęgiego, szklonego weneckimi oknami, gdzie pod sufitem lepiły się jaskółcze gniazda, pod ławkami legiwały kundle, a na stołach (...) suszyły się wiecznie jakieś rumianki, jakieś żywokosty". Na wprost ganku była sień "ogromna, ciemna, chłodna zawsze". Z sieni szło się po wyfroterowanych posadzkach w głąb domu przez amfiladę pokoi, przez salon, pokój babki, kredens, korytarz, gdzie w "ogromnych szafach stały słoje konfitur, góry powideł, wory suszonych gruszek", i dalej na werandę po drugiej stronie domostwa, by stamtąd wypaść do ogrodu i nad rzekę, gdzie "rozciągało się królestwo nagiego człowieka".

Ta wędrówka po domu jest też peregrynacją w czasie, spotkaniem z ludźmi, którzy ten dom zamieszkiwali, z którego wychodzili do powstania 1863 roku i dokąd powracali ze zsyłek syberyjskich. Jest historią chłopca i historią rodziny. Opisem życia, jakie się w jego obrębie toczyło, i atmosfery, jaka w nim panowała. Był bowiem ten dom, tak jak inne dwory kresowe, ostoją swojskości, rodzinnego ciepła, miejscem, w którym tradycja narodowa miała wymiar i sens prywatny.

Szczenięce lata porywają żywiołem języka. Języka "z pobrzeży", jak mawiał Wańkowicz, nasyconego rozmaitymi esencjami: naleciałościami litewskimi, białoruskimi, pełnego owych "rozczmuchać" - co znaczy: ogrzać się, odtajać; "podsuponić" - podetknąć, podrzucić; "szmorgnąć" - rzucić. Gdzie słowa odryna, skierdź, świrna, kumpie, traktament były stale obecne w codziennej mowie mieszkańców doliny Niewiaży. Wańkowicz szeroko zagarniał te lokalne wyrażenia, ich śpiewną intonację do swojego tworzywa literackiego. Miał po temu prawo: mowę tę znał od dziecka, stanowiła jego integralną cząstkę.

W Szczenięcych latach, które są oryginalnym świadectwem bogatej polszczyzny kresowej, pisarz mieszał regionalizmy kowieńszczyzny i mińszczyzny z zapożyczeniami z języka francuskiego czy niemieckiego, jakie pozostały w niej za sprawą guwernerów - cudzoziemców uczących młodzież po domach. A wszystko stosował w wyważonych proporcjach, aby nie nużyć, nie być monotonnym, lecz osiągnąć największą siłę ekspresji. I żeby wzruszać. Prawdę mówiąc, Wańkowicz sam się wzruszał, przytaczając nieco naiwne, prowincjonalne zwroty, gdy kawaler, prosząc do tańca, mawiał "strzelam do waćpanny", a panna odpowiadała, że w tym momencie woli grać "na fortefianie".

Szczenięce lata, które można czytać jak przygodową książkę z kanonu chłopięcych lektur, jak mit rajskiej krainy dzieciństwa, mają obok jasnej, idyllicznej strony, wymiar dramatyczny.

Pisze Wańkowicz o Kalużycach: "Ostatni raz widziałem je po pogromie bolszewickim, gdy przyszli ułani korpusu Dowbora. Ziały wyrwane futryny okien. Kominki rozwalone siekierami: szukali skarbów. Porozłupywane kasetony w suficie: wyrąbywali mosiężne śrubki. W salonie wielka, gruba kolumna palisandrowa trema sterczy strzaskana, niby pień złamanego przez piorun drzewa; ciemna śniadość palisandru, niemy towarzysz życia i dzieciństwa, świadek tyloletni zabaw - rozpruta (...). Park zasypany kartkami porwanych książek biblioteki. Co za praca - tak pracowicie porozrywać trzy tysiące tomów - szukali skarbów". "O Boże! O Wielki Boże! Nie ma Kalużyc!" - bolesną suplikacją kończy autor o nich opowieść. O Nowotrzebach napisze: "Dom i życie w nim zawarte musiały zniknąć (...). Dom nie był przygotowany na czasy, które idą".

Domy w Nowotrzebach i Kalużycach podzieliły los innych domostw na tych ziemiach, na których rozgrywały się największe dramaty w historii, a krwawe odmiany losu były udziałem jej mieszkańców; na nieszczęśliwych ziemiach, po których "przewalały się w latach 1917-1919 wojska rosyjskie, pułki bolszewickie, bandy zrewoltowanego chłopstwa".

"Dwory kresowe już zmarły" - tak kończy Wańkowicz Szczenięce lata; dopisując jednak jeszcze jedno zdanie. "A wkoło Polska szumi...". Jak je odczytać? Czy pisarz i reporter już tylko wyraźnie zwraca się ku przyszłości Polski niepodległej, która wysiłek młodego państwa skupiała na scalaniu ziem po zaborach. Czy jest też w tym nuta żalu i sarkazmu, że Polska międzywojenna zapomniała o swoich Kresach.

Pewne jest jednak, że Szczenięce lata pozostaną symboliczną opowieścią o losie kresowych domów i dworków. Po większości z nich nie pozostał przecież kamień na kamieniu, tylko w zdziczałych ogrodach można było jeszcze do niedawna dostrzec zarysy fundamentów zdruzgotanych, zniesionych z powierzchni domostw.

Jeśli po lekturze ostatnich fragmentów Szczenięcych lat ciężko zrobi się na sercu, wróćmy do początku opowieści, gdy "Słońce grało po ścianach domu; z obejścia całego, z tych tam pokrzykiwań, poskrzypów, brzękań, nawoływań, z dymów kuchennych, z pracowitego gdzieś tam w kuchni stukania noży - sączyła się cicha melodia nowotrzebskiego dnia. Melodia ta kończyła się zaraz za ogrodem", a tam "Niewiaża, głęboka przejrzysta rzeka, wolno płynęła nalana aż po zielone brzegi splątanych dżungli ożyn i łozy".

Anna Bernat

NOWOTRZEBY

Po śmierci rodziców "opieka", złożona z dwóch poważnych sąsiadów, wysłała mię, jako dwuletniego dzieciaka, z ojcowskich Kalużyc w powiecie ihumeńskim ziemi mińskiej - do majątku babki w Kowieńszczyźnie, "bo to, panie, odpowiedzialność chować chłopca bez guwernerów, a do tego jeszcze Melchiorowicza".

Trzeba wiedzieć, że Wańkowiczów było jak rojstu w Mińszczyźnie i wygodniej było przezywać ich od majątku albo, jeżeli imię ojca było rzadkie, z ojca.

Poważne sąsiady na nas, Wańkowiczów kalużańskich, miały poglądy wyrobione i niezłomne. Mój najstarszy brat, Czesław, ugarnirował sernikami, na "stajni" u solidnego profesora, sufit i huknął ze strychu domu kłasnego nastawnika jakąś drewnianą figurą. Pedagog tyle że się strachu najadł, ale biednego Czesia musiano przenieść do Wilna. Co w Wilnie zrobił - nie wiadomo, ale według wersji starszego rodzeństwa ojciec miał z nim w gabinecie długą rozmowę, potem zaprowadził go do alei pod figurę, gdzie stała ławka, na której tradycyjnie pokolenia brały basy - po czym Czesia zesłano do Chyrowa.

Jużciż Chyrów musiał zdać się "opiece" końcem świata - były to zagorzałe domatory.

Pewnego razu ojcu udało się wypchnąć czterech sąsiadów na Wystawę Paryską, sam zaś pojechał w tydzień po nich. Zastał ich w Paryżu w hotelu... rżnących w winta. Natychmiast po przyjeździe ze swego ihumeńskiego powiatu rozstawili stolik i nie zdążyli być ani razu na wystawie.

Majątek babki, matczyne Nowotrzeby, ongiś od książąt Giedroyciów kupiony, a położony w przepięknej dolinie Niewiaży o szesnaście wiorst od Kowna, dzierżony był od czterech pokoleń w rękach matriarchatu, tak się bowiem składało, że przechodził w linii kobiecej z matki na córkę, z babki na wnuczkę. A że dziedziczki żyły krzepko i długo, rękę zaś miały twardą i zwyczaje starodawne, zachował się w Nowotrzebach obyczaj żywcem przeniesiony z początków XVIII stulecia.

Na wprost ganku, nie takiego tam "polskiego" ganku, jak bywają we dworkach na mazowieckich piaseczkach - z filarkami, ale tęgiego, szklonego weneckimi oknami, gdzie pod sufitem lepiły się jaskółcze gniazda, pod ławkami legiwały kundle, a po stołach, jak dzień długi, suszyły się wiecznie jakieś rumianki, jakieś żywokosty i inne gospodarskie ingrediencje - na wprost ganku tego była sień ogromna, ciemnawa, chłodna zawsze.

Nie dałoby się, mimo wszelkich chęci, hallem jej nazwać jak w ojcowskich Kalużycach. Sień to była prawa, obstawiona olbrzymimi, przepastnymi szafami. Jako mały chłopak, urządzając pośród zwałów dziedzicznych tumaków i popielic wigwam w przepaściach szafy, rozmyślałem, że zapewne najprzód ustawiono szafę, a potem wkoło niej "obudowano" dom.

Dom bowiem sam był niski. Belki podpierały sufity, do których można było ręką sięgnąć. Futryny drzwi, na których wisiały przybite blachy towarzystwa asekuracyjnego, były tak niskie, że wysocy goście rżnęli o nie głowami nieomylnie, ku naszej nieopisanej radości.

Z sieni owej na lewo szło się do dużego stołowego pokoju, gdzie długi jak plant kolejowy stół, kryty ceratą, biegł aż pod przeciwległą ścianę. Na ścianie tej od góry do dołu wisiały święte obrazy, a pomiędzy nimi ogromny krzyż z relikwiami świętych; stołowy bowiem pokój w dni adwentu, wielkiego postu i innych uroczystości był miejscem codziennych modłów.

Przy ścianie podłużnej był znowu ustawiony sprzęt-olbrzym - szafa z trzech przęseł, o trzech drzwiach jak wierzeje stodoły.

Pochodzenie tej szafy było następujące: prababka - z Pohoskich (ze skonfiskowanego Szopowa) Baczyżmalska - tak kochała swe córki, że nie chcąc się z nimi rozstawać i w nocy, kazała zrobić szafę z trzema przęsłami, drzwi miały u dołu zawiasy i na noc opuszczały się wraz z pościelą. W tej szafie nieraz struchlałe panny się chowały, gdy słynny pasjonat, wiodący się z Tatarów, pułkownik Baczyżmalski, wracał zezłoszczony do domu. Dom wtedy pustoszał i jedynie żona odważała się wychodzić go spotykać, czasem nawet z obrazem świętym w ręku.

Za pierwszymi drzwiami tej szafy chowano herbatę, cukier, różne tam żelatyny i cynamony. Była to domena rezydentki - panny Agaty, której jedyną ważną czynnością było zaparzanie herbaty i rąbanie cukru z głowy. Za drugie drzwi "odstawiano z obiadu". Tam to się biegło koło piątej z otrzymanym od babki wyślizganym przez lata kluczykiem.

Klucz otrzymywało się niezmiennie z dwoma napomnieniami: "kręcąc, ciągnij do siebie" i "nie łasuj zanadto".

Trzecia część szafy to były wódki i wina. W onym wieku interesowały mnie mało, o tyle chyba, że się wykradało stamtąd biszkopty i czasem udało się ratlerkowi babki wlać w gardło kieliszek wódki. Piesek jechał wówczas nosem przez wszystkie pokoje i merdał ogonkiem, co babkę napawało niezmierną rozterką: "wściekł się czy nie?".

Z jadalnego szło się do kredensu, gdzie rezydował lokaj i jadała służba. Jadali "abraduki" - kluski z grubej mąki w słoninie; ,,skrydle" - z takiejże mąki placki ociekające tłuszczem i twarde jak skóra; "szpekuchy" - pierogi, których cienką powłokę rozdymała masa gorącej słoniny; "szwilpiki" - placki z gotowanych kartofli, pieczone w piecu; "kekory" - takież placki nadziewane różnym nadzieniem z mięsa, warzyw i sera - wszystko to pływające w roztopionej słoninie lub zalane sosem, zwanym "mizgutia" (słonina z podśmietaniem); wreszcie nie wiem czemu z polska zwany "maćkiem", ale piekielnie litewski wymysł - łój barani zakrzepły między dwiema warstwami ciasta.

Specjalnym świętem było "skierstuwie" - bicie wieprzy, kiedy cały dom objadał się "wiadorami" (kiszki nadziane tartymi surowymi kartoflami) i "szupienią" (kasza z pęcaku, gotowana na ogonach wieprzowych).

Na zimę przygotowywano dla czeladzi tak zwany kindziuk, czyli skiłłądź (ten ostatni termin ma być polski) - brzuch wieprzowy, tęgo nabity obrzynkami mięsa, zaprawiony saletrą i korzeniami, i wędzony.

Te przysmaki, pojawiające się na "drugim stole", były nieodwołalnie przynoszone na pierwszy stół jako przystawka znajdująca entuzjastów.

Ów pierwszy stół był tłusty, obfity, ciężki, ale poza kołdunami, ogórkami z miodem, kisielem i paru innymi podobnymi rarytasami mający powszechnie na świecie używane potrawy. Tylko nazywały się ono specyficznie i dopiero wyruszywszy w świat, z mozołem musiałem się uczyć, że np. "Pani Nowakowska" nazywa się szarlotka, że "Panną Reginą" nigdzie nie nazywają smakowitej zresztą leguminy z kremu kryjącego czekoladę przetartą z chlebem razowym, itd.

Do źródłosłowu "Pani Nowakowskiej" dobrnąłem; okazało się, że "za nieboszczki pani Szemiotowej" (siostry prababki, jednej z tych, co to sypiały w szafie) koczem "w gości" przyjeżdżała taka pani z Warszawy i nauczyła robić szarlotkę.

Ze stołowego i kredensu szło się dalej - do części służbowej domu. Była to jego część przybudowana, w klitki i w składziki, w spiżarenki, komórki, kładówki obfita, dostępna "ludziom", półdzikim kotom żyjącym na strychu, w których płonące w ciemni oczy waliło się z rewolweru, pacom - ogromnym szczurom azjatyckim, które wyparły europejskiego szczura, na które stawiało się przemyślne pastki.

W "dziewcząt pokoiku" od pułapu zwisały pęki brzozowych mioteł, na które ku wieczorowi siadały senne muchy zgarniane zdradziecko w worki. Okna tu już wychodziły na trzaśnisko (drwalnię) z jednej strony, na splątany zielony sad z drugiej. Fioletowe od słodkiego ciężaru, napierały gałęzie śliw na gorejące w słońcu okna. Tutaj przedwieczorną chwilą rozgwarzały się klechdy o "ragana" - czarownicy, i o zaklętej pannie, której pałac, zapadły w ziemię ("piłkalnie" - grodzisko), znaczył odległy o dwie wiorsty kurhan, o czarodziejskim "żmogusie", tu dzwoniły smętne

Siejau ruta, siejau mieta, siejaa lilijeja

albo skoczne:

Jurgis, Jurgis, imk mania,

Tu ne gausi geresnia.

(Jurgis, Jurgis, weź mnie,

Ty nie znajdziesz lepszej.)

albo polskie, np.:

Ulica Kościelna, a dom numer trzeci,

Zabił pan Wiszniewski żonę, troje dzieci.

Nad panią Wiszniewską wszystkie dzwony biją,

Nad panem Wiszniewskim stare wilcy wyją.

albo wesołe:

Ty pan Jan, ty pan Jan, a ja panna Anna,

Ty bogaty kuwalerze, a ja biedna panna,

Ty myszlałesz, panie Janie, co ja ciem kokała,

A ja ciebie, panie Janie, za durnego miała.

Tu też odbywały się dyskusje. Pamiętam spór o znaczeniu szlachectwa. Negował je syn ogrodnika przy wyraźnej aprobacie większości. Zaperzona stara Jankowska, szlachcianka, użyła nieodpartego argumentu: "Wszak Matka Boska była szlachcianka".

- Jak to?

- A czyż nie mówi się w litanii: "Panno Szlachetna"?

Opozycja umilkła.

Aż wreszcie tę część domu kończył pokój panny Agaty, "składzikiem" zwany, gdzie pośród olbrzymich wyprawnych żelazem kutych kufrów rezydowała sztywna i kostyczna stara panna, przepędzająca nas, niby stado wróbli, skręconą w pytę ścierką.

A z sieni na prawo wkraczało się w amfiladę pokoi "pałacowych", jak z nabożeństwem mówiła służba. Pałacowość ta streszczała się do tego, że w "pierwszym pokoju", który też tak się oficjalnie nazywał, była woskowana posadzka i piec hermetyczny, co się z naciskiem podkreślało (po prostu drzwiczki były zaśrubowywane, a nie zasuwane na rygielek), a w salonie posadzka z tafli mozaikowych, przy czym na środku olbrzymia gwiazda w esy-floresy, inkrustowana czarnym dębem.

W pierwszym pokoju na kanapie za stołem rezydowała babka, właścicielka i naczelna władza nowotrzebskich włości. Szła tam, jak rok długi, niezwykle trudna kabała, która nazywała się Plewna i miała tę właściwość, że wychodziła tylko o tyle, o ile podkręcielowałem babce karty.

Babka nosiła czarne czepce z szerokimi jedwabnymi wstążkami, a na święta pluszowy kaftan z białymi koronkami u szyi i mankietów i wielką staroświecką klamrę-broszę wysadzaną brylantami.

Pierwszy pokój, rezydencja babki, był ośrodkiem całego domu; stąd zza stołu, na którym rozłożono kabałę, szły dyspozycje gospodarcze, tutaj, w pierwszym pokoju, bawiono mniej uroczystych, bardziej swoich gości.

Za to salon, ogromny, o szerokich oknach weneckich, był pokojem najmniej używanym, od wielkiego dzwonu. Nawet gamy kazano nam wygrywać na fortepianie stojącym w stołowym, fortepian zaś w salonie był koncertowy, to znaczy że wyłączny przywilej znęcania się nad nim miała ciotka Korewina, mieszkająca stale przy babce (w myśl tradycji matriarchatu!), bębniąca na cztery ręce z guwernantką albo z najstarszą córką niebywale huczne morceaux.

Co tam grano, nie pamiętam, ale z repertuaru solowego pamiętam Modlitwę dziewicy, Przebudzenie się lwa, walczyki: Raz ją widziałem z kotkiem na ręce oraz Leć, leć, motylku, leć dalej, dalej... i repertuar patriotyczny.

Tak więc salon, poza owymi periodycznymi bębnieniami, stał zwykle zimny, uroczysty, widny przez oszklone, szerokie, zawsze zamknięte drzwi.

Kiedy drzwi te otwierano, znaczyło to, że przyjechali goście wyjątkowo nudni i dostojni.

Na szerokich czeczotowych kanapach, których nogi z czarnego hebanu rzeźbione były w kształt pazurów, rozsiadały się szerokobiodre imoście, jacyś niebywale świąteczni panowie, a domownicy wypychali się wzajemnie do "bawienia" gości.

W pewnej chwili ulgę przynosił stary Karol w bardzo majestatycznym tużurku, który na te uroczyste chwile miał specjalnie solenną formułkę. Roztwierał szeroko drzwi i obwieszczał: "Proszę na obiad - wieczerza podana".

Ta "wieczerza" i wymowa przez nos, jak również białe rękawiczki imponowały mi bardzo. Tylko portier kolejowy, obwieszczający: "Wilno - wtoroj zwonok", miał równą dignitas w moich oczach.

Z innych funkcyj związanych z salonem zanotować należy, że w nim zawsze stawiano choinkę, co poprzedzał wzmożony wywiad według wszelkich reguł Coopera (z zaczajeniem się "na podsłuch" pod kanapą, łóżkiem, w szafie itd.), tyczący się natury prezentów, jakie mają być otrzymane, oraz że przed "przybraniem" święconego, które zastawiano w pokoju "końcowym" idącym za salonem, przynoszono do salonu i stawiano wypieczone ciasta, przy czym z reguły kolce u "baumkuchena z dwustu jaj" objadały szczury.

O ileż cieplej i weselej, i jaśniej żyło się w pierwszym pokoju.

Pamiętam partię preferansa: ksiądz proboszcz, starzec siedemdziesięciokilkuletni, o czerwonej opalonej twarzy i mlecznej czuprynie, ceniony u nas jako "nielitwoman" i pochodzący ze szlachty drążkowej. Był to myśliwy o tyle namiętny, o ile niefortunny. Po każdym nieszkodliwym strzale do ptaka tłumaczył, że "szroty objęli za szeroko i puścili środkiem". Raz widziałem go triumfującego, ale krótko. Siedzieliśmy w altanie na górze, Pojatą zwanej, i siostrze mojej stoczyła się mufka do głębokiego parowu. W tejże chwili zobaczyliśmy, że po przeciwległej krawędzi parowu skrada się poczciwy ksiądz Wojtkiewicz, wyczyniając pod naszym adresem srogie a tajemnicze znaki.

Nim zorientowaliśmy się, huknął z dwururki raz, poprawił drugi i, wydając radosne okrzyki, pogramolił się na dół, znikając nam z oczu.

,,Tfu, paszkustwa", posłyszeliśmy wkrótce sierdziste sapanie i ukazał się nam zdetonowany proboszcz, niosąc w ręku postrzelaną mufkę, którą wziął... za szaraka.

Proboszcz był impetyk, ale miał złote serce. Pewnego razu obraził się na Nowotrzeby straszliwie. Wczesnym rankiem w pierwszy dzień świąt Wielkanocy wybrali się do niego "panowie" - gatunek ludzi w babskich Nowotrzebach nieznany i zjawiający się tylko na święta itp.

Był tam nasz kochany adwokat i przyjaciel, mecenas Hryniewski, doktor "domu" Rymwid-Mickiewicz, wuj Sewerutek Korewa, mąż owej ciotki od fortepianu, powstaniec inwalida, bawiący się ze szlachecką niedołężnością w jakąś fabryczkę dachówek w Kownie.

Cała kompania ustawiła się pod plebanią i huknęła:

Nim ranek zabłyśnie, zabłyśnie,

Ksiądz proboszcz Magdusię uściśnie, uściśnie. Alleluja!

I choć Magdusia stara była i szpetna nie do wiary, ksiądz proboszcz, czerwony jak burak, nie witając się, poleciał do Nowotrzeb za rzekę, na skargę do "Pani Prezydentowej" (dziadek, sędzia graniczny z wyboru, prezydował kiedyś na jakimś zjeździe sędziów).

Już to w ogóle mieliśmy szczęście do proboszczów pasjonatów. Poprzednik księdza Wojtkiewicza, ks. Bitowtt, bywało w czasie mszy tak chwycił ministranta za ucho, że wrzask nagły ogłuszył organy. Z kazalnicy tak bez pardonu z imienia i nazwiska "przebierał" parafian, że ci w dzikim popłochu hurmem wysypywali się z kościoła przed kazaniem.

- Kazimierzu, zamykaj drzwi, żeby to bydło nie powychodziło - grzmiał ks. Bitowtt, gramoląc się na kazalnicę.

- A ty, rudy psie, zajency przyszłasz strzelać, ci co - przerywał nagle kazanie, widząc, że parobczak przykląkł na jedno kolano.

W ogóle polszczyzną wszyscy u nas mówili specjalną, kowieńską, na tle czego bywały nieporozumienia.

- Podnieś się, dziewczynka - wołał raz ks. Bitowtt, spowiadając dzieci i nie widząc uczennicy z konfesjonału.

- Więcej podnieś się, nie widza ciebie!

- Więcej!...

- Kiedy nie moga - odpowiada wreszcie cienki głosik spod okienka konfesjonału.

Ksiądz Bitowtt przechyla się gwałtownie i purpurowieje z gniewu: mała zadarła już spódniczkę wyżej głowy.

Następca ks. Wojtkiewicza miał również tendencje sportowe, ale dotyczące konnej jazdy.

Temu ja, niegodny, kazałem osiodłać konia, który miał dziwny narów: wszedłszy w kałużę i niepoderwany w czas za cugle, kładł się w wodę i tarzał się na grzbiecie. Było to po deszczu. Eskapada zakończyła się zaraz za bramą w pięknej bajurze. Długo suszyła się w słońcu sutanna księdza i już towarzystwo całe zasiadło do obiadu, gdy ujrzeliśmy księdza z rozwianą czupryną, trzepaczką wytrzepującego sutannę rozpiętą na płocie. Ksiądz w spodniach! Był to dla nas widok rewelacyjny!

Myliłby się jednak, kto by przypuszczał, że złych mieliśmy księży. Byli to dzielni, prości ludzie, wypełniający swe obowiązki z poświęceniem. Gorszące sceny zdzierstwa i wyzysku, które niejednokrotnie spotykałem potem w Królestwie, nie były tam znane. Szanowano ich głęboko w naszym domu, babka staruszka księdza całowała w ramię, ksiądz zawsze pierwsze miejsce zajmował przy stole, przed najstarszymi paniami.

Teraz więc przy preferansie siedział ksiądz Wojtkiewicz, rządca p. Paszkowicz, szlagon z Sienkiewiczowskich Wodoktów, ogromny, ze zwisającymi wąsiskami, o krzaczastych brwiach, ciężki, mrukliwy i powolny. Kiedyś na prima aprilis podano kopiasty półmisek kołdunów, nadzianych... trocinami. Szlagon zjadł pięć kołdunów, nie mrugnąwszy okiem.

Trzecim partnerem był Garzas-Garzowski, ongiś po prostu Garzas, zbogacony z małego i zapraszany tylko w rzadkie okazje.

Czwartą wreszcie była Wanda Siemaszkowa, słynna artystka, rezydująca o dziesięć wiorst w rodzinnym Krzewinie.

Jej wytworne suknie, silne perfumy, melodyjny głos i całe zachowanie się rasowej i wykwintnej kobiety stanowiły we dworze nowotrzebskim egzotyczne zjawisko.

- Nia idź pan tak! - krzyczy nagle do p. Paszkowicza imć Garzas-Garzowski i rozgorączkowany wpiera sękaty palec przez stolik w biust Siemaszkowej - ona kozyra ma!

- No cóż wypuczyłasz oczy jak jaka czerepacha - krzyczy z pasją partner Siemaszkowej, ks. Wojtkiewicz, zły, że mu psują grę.

Do pierwszego pokoju przylegały pokoje sypialne: babki, ciotki, kuzynek itd.

Babki pokój był ciemny i surowy. Duży obraz jakiegoś włoskiego mistrza wyobrażający Wniebowzięcie wisiał na ścianie. Łóżko od sufitu opięte było białym muślinem. Najważniejsza była komoda, w której babka przechowywała ślazowe i inne cukierki, gdzie w bieliźnie porozkładane były wonne saszetki, a w najdolniejszej szufladzie, w wielkim pudełku wykładanym esami-floresami z naklejonych muszli, przechowywały się familijne precjoza; na wielkie uroczystości pokazywało się to z komentarzami: to - Hali, otrzyma, jak będzie na pierwszym balu; to - Mani, otrzyma przy wychodzeniu za mąż; to - Reni, jak się będzie zaręczać.

Patrzyłem na te tam sznury korali, śmieszne manele z dętego złota, po których biegły ścieżynki drobnych brylancików ni to uśmiech dziewczyński, na zastygłe w srebrnych zoksydowanych niezdarnych oprawach po staremu szlifowane diamenty, o blasku wypełzłym, niby spłukanym łzami wielu pokoleń, na drogie solitery, przy których z jednakim nabożeństwem, w pudełeczku od pigułek na różowej watce, spoczywał dęty krzyżyk złoty o martwym turkusiku (od jakiejś matki chrzestnej) - patrzyłem na to wszystko z podziwem, ze źle robionym lekceważeniem i ukrytą zazdrością. Dla mnie tam, jako dla chłopaka, nic nie było: jakiś medalik złoty, którego nie dawano nosić, ,,bo zgubi", i sygnet rżnięty w szafirze, który miałem otrzymać po dojściu do pełnoletności.

W pokoju babki mieszkałem jakiś czas od trzech do sześciu lat życia, nim sprowadzono Niemca, profesora Blese.

Nie musiałem być zbyt wygodnym szlafkamratem. Pamiętam, że otrzymawszy pewnego razu wieczorem prezent: pistolet pneumatyczny, bijący do celu ostro gumową kulą, i blaszanego koguta piejącego, gdy mu się dmuchało w ogon, o świcie już obudziłem się z wielkiej emocji i radości, zapiałem, a kiedy się babka obudziła - prasnąłem w nią z pistoletu; zgórowałem - i ze świętego obrazu nad łóżkiem babki posypało się szkło.

Czy i jak mnie za to ukarano - nie wiem, ale gradację kar mam dobrze w pamięci; najnudniej, aczkolwiek najlżejsza to była kara, było stać w kącie. Toteż uciekałem z niego, zwykle więc delegowano Alinkę, pannę respektową jeszcze mojej matki, która wyhodowała nas wszystkich. Alinka zastawiała kąt krzesłem i rozsiadała się na nim z mruknięciem "ot - trucizna...", i pilnowała wiernie, nim wyznaczony kwadrans nie minął.

Miała też potem pysznie za swoje - udawałem, że przynoszę żabę w czapce. Żab stara panna panicznie się bała, biegła do swego pokoiku, zamykała go na klucz i ze szczotką do zamiatania w ręku siadała na łóżku z podwiniętymi nogami, w pozycji obronnej.

Z biegiem czasu "ulepszono" stawianie mnie do kąta; najprzód przywiązywano mnie za nogę do stołu, ale kiedy się okazało, że potrafię za sobą ciągnąć stół po domu w dążeniu np. do jakichś roczników "Biesiady Literackiej", przywiązywano mnie do nogi fortepianu.

Następnym stopniem kary było "klęczenie", z nieodłączną zapowiedzią, że jak jeszcze raz to się powtórzy, to będę klęczał "na grochu", a ostatnią i najwyższą karą, pachnącą ponurym średniowieczem, było "leżenie krzyżem".

Tę karę pasjami lubiłem. Człowiek kładł się jak długi na samym środku stołowego lub "pierwszego pokoju" na chodniku i oddawał się kontemplacji, a przechodzący domownicy z nabożeństwem musieli delikwenta wymijać. W okna sączył się szary zmierzch, gdzieś z drugiego końca ogromnego domu, z kredensu, dochodził brzęk szykowanych sztućców, stary Karol wnosił kulistą naftową lampę, zegar cykał równo, równiutko w takt z chłopięcym sercem.

Czemu tak lubiłem tę karę? Phi!... - śmieszna to była rzecz - ten arsenał srogich środków wychowawczych sprzed kilkuset lat w dobrych rękach babczynych.

Do pokoju babki przylegał długi i ciemny korytarz, nie wiadomo czemu "garderobą" zwany, w ogromnych bowiem jego szafach stały słoje konfitur, góry powideł, wory suszonych gruszek i skrzynki ze specjałami, jakie spożywał na wizytach jeszcze Chryzostom Pasek: śliwki suszone, nadziewane kminkiem, marchwią, masą migdałową.

Teraz już z garderoby wylot był na świat, w słoneczny kwadrat drzwi wiodących na werandę z tyłu domu. Był na tej werandzie pokoik lalek - miejsce przeze mnie pogardzane, i była na wysokiej podmurówce z zewnątrz werandy sklecona z desek przeze mnie "odrynka" (stodółka), gdzie znosiłem ususzoną przez siebie trawę, sypiałem, przechowywałem zapasy żywności (zajęcza sałata, szczaw, żywica z wiśni, rdzeń łodyg tataraku, specjalny gatunek żółtych liści - o to szło, że się jest na bezludnej wyspie) oraz broń: procę, łuk i pikę zakończoną twardym sękiem, budzącą podziw i zazdrość rówieśników.

Nad moją odrynką schody biegły na górę, na "balkon".

Balkonem zwały się dwa pokoje na górze, przeznaczone na przysięgłe mieszkanie kawalerskie. Kawaler tam, na dole, nie był tolerowany na noc wcale.

Jeśli na dole nocowały osobniki płci męskiej, to takie, które o swej męskości same musiały mieć grube wątpliwości - różne kanoniki, różne doktory łyse a dychawiczne, mecenasy i kauzyperdy trzy ćwierci do śmierci. Nocowały też tam godne małżeństwa, którym się słało najpompatyczniejsze atłasowe kołdry, opięte w holenderskie prześcieradła, stawiało ogromne srebrne świeczniki i kładło na umywalce mydło migdałowe w cynfolii.

Cała męska reszta, bez względu na to, ile tego zjechało sztuk, lokowana była na balkonie.

Lokum to było godne i wygodne. Okiennice były postrzelane jak sito rewolwerowymi kulami, na podłodze rozżarzonym pogrzebaczem powypalane inicjały i sentencje. Łoża były szerokie, jesionowe, piec rozsiadły jak się patrzy, okna małe, podzielone na szybki, do których cisnęły się jesienią dojrzałe gałęzie cukrówek - najwcześniejszych gruszek.

Balkon miał jedną małą niewygodę, której inaczej niż zakamieniałą tradycją wytłumaczyć nie można: przedmiot nader w sypialni potrzebny, a nawet konieczny, był zawsze, bez względu na ilość nocujących, jeden. Ustawiany ceremonialnie na środku pokoju, nie mógł sprostać zapotrzebowaniom i stawał się zazdrośnie strzeżonym monopolem starszych panów.

My, młodzież, musieliśmy w nagłych chwilach życiowych emigrować na zewnątrz, gdzie było bliżej do komina na dachu (nogę tylko przez balustradę przełożyć) niż na ziemię na dół.

Z dachu nocą piękny był widok. Olbrzymie, przepastne morze starodrzewu szło w dół aż ku srebrnej Niewiaży. Górą obłoki wlokły po klombach i gazonach srebrny cień. Świerszcze grały w oficynie kuchennej, jak za króla Ćwieczka.

Balkon - była to warownia męska nietknięta nigdy nogą kobiecą. Był to matecznik kawalerski, obsługiwany wyłącznie przez lokaja i lokajczyków. Pokojówka, wzywająca do "pani starszej" albo do "pani młodszej" (pani młodsza - to ciotka Korewina: miała sześćdziesiąt lat), wspinała się na trzy pierwsze stopnie schodów i stamtąd się wydzierała. W razie choroby osobnik z balkonu był transportowany na dół do "pokoju końcowego", rodzaju Kamczatki, położonej za bawialnymi pokojami i za światem, bo nawet do takiej czynności jak nacieranie terpentyną nikt, ani nawet pani młodsza, na balkon by nie poszedł.

Babka jedna, najwyższy suweren, arcykapłan domostwa, punkt najwyższy hierarchii, w którym schodziły się oba obozy: górny - męski, i dolny - kobiecy, miałaby prawo wizytacji balkonu i nieraz groziła inspekcją, ale staruszka nie wwindowałaby się po schodach.

Życie w tym bastionie wszeteczeństwa zróżnicowane było i sfery zróżnicowane.

Najruchliwszym podłożem kawalerskiego matecznika byliśmy my - "mikroby", poczynając od lat dziesięciu - jedenastu.

Na balkon się wędrowało, zostawszy uczniem szkoły średniej. Pierwszy przyjazd do domu - na święta Bożego Narodzenia - był połączony z tymi niejako "postrzyżynami".

- Janie, czy Jan nie wie, gdzie mi pościelą? - pytał młody człowiek stangreta, którego dziad jeszcze był stangretem w Nowotrzebach.

- Noo - gniaduk, to już tylko lenujesie (leni się) - woła Jan na lewego dyszlowego, nie odpowiadając nic.

Jak szalone mkną sanki, zataczając się po śliskim gościńcu. W gniaduku, który oficjalnie, ale bezskutecznie nazwany jest przez "państwo" Kiejstutem, gra śledziona. Sanie wjeżdżają na zamarzniętą Niewiażę. Tafelki lodu ze szklanym dźwiękiem biegną spod kopyt po ściętym szkliwiu. Dźwięk radosny. Zdaje się, w szybko bijącym sercu, w pulsującej krwi turlika się ten sam trel lodu.

Konie wpadają przez bramę pod jarzący się wszystkimi oknami dom. Janczary dźwięczą triumfalną fanfarę.

"Hau" - powiada "Pilnuj", stary podwórzowiec - gwoli rytuałowi.

Po czarnych czeluściach sieni płynie kulista powitalna lampa. Stary rządca, kilka pokojówek, lokajczuk pomagający wygramolić się z sań. Z błyszczącego kwadratu drzwi wejściowych słychać nawoływania: - Mania, Hala, Rózia - nie wybiegajcie - zaziębicie się, błaźnice.

Wreszcie oto jestem!

Ściągają sławucką burkę z dachy, dachę z bekieszy, bekieszę ze sweteru, sweter z kurtki uczniowskiej - i oto jestem!

Jeszcze ostatnie beznadziejne: - Nie całujcie się z nim, niech odejdzie - ale to już nic, już jestem u babczynych kolan, już mnie chwyta chór głosów, że urósł i że całkiem do "nieboszczyka pana podobny".

Teraz prowadzą mnie jeść, teraz czas natężyć uwagę:

- Nieś panicza rzeczy na balkon - mówi do lokajczyka babka.

Robię się wyższym o głowę: jestem w pięknym galowym mundurze jeszcze rosyjskiego gimnazjum Chrzanowskiego w Warszawie. Ogromny, wysoki, błękitny kołnierz o sutych galonach jest diablo niewygodny - ale co za efekt!

Służba cała mówi już bezapelacyjnie "paniczu", a nie w trzeciej osobie. Rządca proponuje wódki "po drodze". Głupie siostry parskają śmiechem, nie wiadomo czego. Czerwienię się i staram odpowiedzieć basem, zacierając ręce, jak robią starsi panowie: - Dziękuję - nie przemarzłem.

Teraz wjeżdża ogromny na cały talerz befsztyk, sakramentalnie podawany tym, co są "z drogi".

Z drogi bywali zawsze różni ciekawi panowie: geometra, weterynarz, budowniczy; mieli zawsze z sobą pełno osobliwości: narzędzia, łańcuchy, przyrządy, cybuchy, papierośnice z "ludzkiej skóry" (jak mówili), zegarki "ankrowe" albo "na kamieniach", dewizki z pękami zachwycających breloków. Byli z drogi, jedli uroczysty befsztyk i pachnieli poezją szerokich, nieznanych światów.

Teraz ja jestem z drogi...

Jeszcze parę koniecznych pytań: jaka droga z Kowna, czy na Użledzkiej Górze ślisko?

A wreszcie:

- Melaś, idź spać, bo jesteś zmęczony (w poczciwych Nowotrzebach tkwiła jeszcze tradycja przyjeżdżających koczem z Warszawy).

I Melaś szedł spać na balkon, upojony, dumny, słysząc za sobą ostatnie upominanie pod adresem lokajczyka: - Idź, popatrzaj, czy juszka w piecu u panicza założona.

Później, dopiero wiele później, ściągały z preferansa starsze pany, omawiając wzajemne błędy w wistowaniu i jakiegoś efektownego "totusa bez atu".

Skoroś się teraz przycupił pod kołdrą, człowieku, posłyszeć mogłeś wiele kawałów, częściowo tylko dla cię zrozumiałych.

Jedzie tramwaj, jedzie, po żelaznej szynie,

Tak i wuj pojedzie na młodej dziewczynie.

Oj dana!...

śpiewał Tol, starszy brat, do wuja Sewerutka.

- Idźże ty, doprawdy słuchać hadko - sapie wuj Sewerutek, mocując się z nogawką.

Wuj Sewerutek był to dobroduszny grubas i safanduła.

Miał brzydkie przyzwyczajenie: powracając w nocy z preferansa, gdy tylko był w dobrym humorze, bez litości "solił" mi "jednego plaskacza po sempiternie", co nie powiem, aby wywoływało rozkoszne przebudzenie.

Pewnego razu wziąłem zemstę srogą. Świtaniem pompnąłem śpiącemu wujowi do nosa z wykradzionej w aptece panny Agaty potężnej lewatywy - amoniaku.

- A-a-a-hm! A-u, a-u, a-hm - czmychał wuj Sewerutek, drgając boleśnie. Nagle wzrok jego padł na moją figurkę, przytuloną w kącie pokoju, zestrachaną nie na żarty swoim wybrykiem.

- Łajdaku! - ryknął szlagon, plącząc z wściekłości słowa wśród rzęsistych łez - amoniaku, łajdaku!...

- Amoniaku, łajdaku... - grzmiało potężnie na całą okolicę. Zestrachani, nagle przebudzeni, zerwali się mieszkańcy balkonu.

- Wuj zwariował!

Bo poczciwy Sewerutek w istocie oszalał. Pochwyciwszy stojący w kącie "pagaluk" rządcy (dębczak o grubej główce-buławie z sęków) i wywijając nim nad głową, rycząc swoje: "Łajdaku - amoniaku", gnał za mną w dół po schodach, potem przez klomb, z klombu na gazon, z gazonu w sad, w aleję, nad rzekę...

Dolne pokoje domu zaroiły się od główek niewieścich. Pomykałem w koszulinie mocno krótkiej; bielizna szła ze starszego na młodszego brata, a potem na najmłodszego, który rósł równie szybko. Koszuliny więc nasze raczej przypominały figara. Za mną gnał wuj.

Niebawem wspólna niedola nas połączyła.

- Idź, łajdaku, przynieś spodnie - sapie wuj z jednego krzaka.

- Ani myślę - replikuję z drugiego.

Jakże bo! Z okna wysuwa się śliczna główka, cel mych wzdychań, główka Steni Kulwieciówny, przed którą wczoraj właśnie zaprezentowałem się w uroczystym mundurze.

Wuj siedzi w jednym krzaku, ja w drugim. Rozbudzone okna dworu najeżone twarzami.

Wreszcie wujowi lokajczuk przynosi spodnie, ja za karę mam zostać w krzakach.

Wielka bieda! Byle chyłkiem dotrzeć do Niewiaży - wszak tam i bez tego rozciągało się państwo nagiego człowieka.

Niewiaża, głęboka przejrzysta rzeka, wolno płynęła nalana aż po zielone brzegi splątanych dżungli ożyn i łozy.

Tam świtaniem wyjeżdżało się z rybakiem lekką łódeczką "rybować". Z czarnej toni ciągnęło się zapadłe w bezdeń sznury, nad połyskliwy nurt wysiepywało się szkliste pokrętne ciała ujętych na haczyki węgorzy.

- Ci wiesz, pania, co ja powiem - ciągnął poczciwy, obrosły aż po oczy dzikolud, rybak Małecki, pykając ogromną faję - wengorz to taka żywioła, że on dlatego i na ziemia idzi, gdyby wonż: ot niechaj tylko miesionc na pełnia, znaczy sień, weszedszy bendzie jak groch kwitni, wsamakurat wengorzy na groch wychodzeń z wody. Kiedy tylko człowieka zawidzi, kiedy szmorga do wody, kiedy szmorga - tylko dzierżyś - gdyby wiun1 jaki... A rada jemu można dać, kiedy kto praktyka ma - trzeba jemu naprzeciw piasku podsuponić; jak zapełźni na piasek, obojentny w rzeczywistości sień robi - tylko zabieraj do torby.

Rzeka i las, i łąka! Wielka szmaragdowa dolina Niewiaży, ogrodzona dwoma pasmami zielonych wzgórzy, pociętych wąwozami, gdzie w rozpadlinach czerniała gęstwa świerków.

Tymi wąwozami wchodziło się na górę, wsiąkało się w wilgotną przepaścistą ciemność lasów, o gęstym podszyciu, świerkowo-liściastych.

Miałem jednorurkę pistonówkę dziwerowaną o lufie ośmiogrannej. Ojca z niej pono uczono strzelać, uczono też jakichś stryjów z pobocznych linii i starszych braci.

Z tą flintą odbywałem cudowne wyprawy w głąb "czarnego lądu" albo "pampasów", albo "dżungli".

Jedyne niebezpieczeństwo prozaiczne, jakie trzeba było wyminąć, to okno w pierwszym pokoju, przy którym kabałę ciągnęła babka.

Biegłeś, człowieku, z ganku, wzdłuż domu, wzdłuż kwietnych rabatów, na których w rozwartych kielichach tulipanów złociły się odwłoki pszczół. Buchał z tego zapach kwietny i miodny, zapach sytny i dostały. Panna Agata z witką polowała na motyle dla szpaków, a uśmierciwszy którego, wołała: "Szpaś... Szpaś"... Gdzieś spośród klombów wybiegały wtedy czarne kulki (szpaczki panny Agaty miały podcięte skrzydła i ogonki) i toczyły się do ręki dającej przysmak.

Słońce grało po ścianach domu; z obejścia całego, z tych tam pokrzykiwań, poskrzypów, brzękań, nawoływań, z dymów kuchennych, z pracowitego gdzieś tam w kuchni stukania noży - sączyła się cicha melodia nowotrzebskiego dnia.

Melodia ta kończyła się zaraz za ogrodem; zbiec jeno ze schodków, przesadzić drogę - i wpadałeś, człowieku, w las - w inny świat, chyba na antypodach położony.

Tam mogłeś liczyć tylko na wierną strzelbę i na nóż fiński przytroczony do pasa.

Wrona, siedząca samotnie na ugorze pod lasem i czyszcząca osowiale dziób, dawała piekielne emocje, jakich nigdy potem nie dało mi życie. Człowiek sunął setki metrów na brzuchu jakimś zeschłym łożyskiem strumienia ku tej wronie, czołgał się przez jałowce i wykroty, serce waliło tak potężnymi falami krwi, że spiekłe usta rozchylały się, nie mogąc nastarczyć wzruszonemu oddechowi, a w oczach pod czaszką zapalały się i gasły różnokolorowe plamy.

Wrona, nie doczekawszy jeszcze jakich trzydziestu kroków czołgania się, machała leniwie skrzydłami i leciała jak miękki blin po jaśni nieba.

Ale zostawało wzruszenie i odprężenie emocji. Jakże słodko było leżeć teraz na wznak na mchu leśnym; wietrzyk biegł po mokrej koszuli, górą płynęło zielone, rozchwiejne morze listowia.

Zewsząd dochodziły wabiące głosy lasu: ostry skrzek sójki, kwilenie żołny albo jastrzębia, kukanie kukułki, kucie dzięcioła, cmokanie wiewiórek.

Wszystko to były istoty zaczarowane, niedostępne, wiodące po dziuplach i po wysokich gniazdach, po lazurach podniebnych i po szelestnych trawach swoje cudownie skryte, pulsujące jakimś odmiennym sensem życie.

Kiedym jako siedmioletni chłopak zastrzelił pierwszą wiewiórkę, mierząc w wysoką koronę drzewa "na sztorc", pionowo, "żeby było bliżej", i kiedy niemal na twarz mi spadło bursztynowe stworzonko z dwiema krwawymi rankami od dwu śrucin na białym brzuszku - serce podskoczyło mi pod samo gardło, bo zdało mi się, że z tej zielonej podniebnej rozchwiei wyszarpnąłem jeden akord życia, jedną z jego zagadek.

Nie uświadamiałem sobie swych myśli, ale kiedym potem w domu z podziwem patrzył, jak zamiast ciepłego, śmiesznego, cmokającego i nakrytego kitą stworzonka mam w ręku sztywne ciało o zdrewniałym, wyprostowanym ogonie i zaszklonych oczach, doznawałem zapewne takiego uczucia jak ów rybak, co złowiwszy syrenę, czuje, że mu się pod rękoma rozpływa w pianę morską.

Z jednej strony były grządki kwietne z panną Agatą, z drugiej nieodgadnione życie. Ku temu życiu się szło - w głodnej tęsknocie.

Z tą tęsknotą walczył statecznie - dom. Nie babka, nie ciotka, nie wychowawcy. I nie morały, nie przypowieści mądre, nie upominania.

Cóż bo byliśmy my - strony działające - mały siedmioletni chłopak i grono kobiet, które miało go w opiece, wobec dostojnego domu, w którym tok życia ułożyły pokolenia?

Kiedy tylko pierwsze przymrozki ścisnęły ziemię, rozbłyskiwały łuną świetlną o godzinie przedświtu - piece. Światło czerwone drgało przez szpary drzwi w sypialnych pokojach. Dom przepełniał zaciszny trzask spopielających się żywicznych polan. Wstawał dzień. Narządzano podwójne okna. Na kolorowej wacie któraś z sióstr wyczyniała esy-floresy z jarzębiny, z głogów. W środku stawiano wysmukły kieliszek od szampana napełniony "witryolejem". Patrzyłem nań z szacunkiem, bo to "trucizna". Wtedy wyłaził mróz i zamalowywał szyby. Dom był ufortyfikowany, przygotowany na walkę z zimą - do wiosny.

Wtedy w tej zamkniętej fortecy poczynał się długi szereg zimowych obrządków (co tam czyniły sójki moje, po lasach skrzypiące?).

Naprzód był adwent. Na długim stole stawały garnki z pierzem albo zboże do przebierania kąkolu (kochany nowotrzebski domu, nie wiedzieliśmy obaj, ty z sędziwości, ja z głupoty, że istnieją, od króla Stasia ponoć jeszcze, młynki do czyszczenia ziarna). Lampy naftowe rzucają ciche światło.

- Zacznijcie, wargi nasze, chwalić Pannę Świata - zaczyna babka.

- Zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą - podchwytuje niemrawy, mruczący chór głosów (przy stole siedzi, kto chce - nie tylko służba domowa, ale i rodziny parobków).

- Chwała Ojcu, Synowi, Bogu Przedwiecznemu - mówi babka.

- I równemu Im w Trójcy Duchowi Świętemu - odpowiadam z namaszczeniem pełną grochu gębą (przebieramy właśnie groch suszony i objadamy się nim, ile wlezie - przyjemność, którą trudno zrozumieć "latom męskim".

- Modlisz się do Boga i objadasz się podczas tego - gorszy się nauczyciel, p. Blese, luter, przez drzwi swego pokoju wysłuchujący moich praktyk.

Kochany panie Blese! Dom nowotrzebski - to nie kircha z krzyżem surowym pośrodku, bez organów i "iluzji", gdzie się przychodzi do Boga jak do feldfebla zdawać rzetelny raport. Dom nowotrzebski modli się każdą drzazgą swej ściany, śpiewem siedzących w niej świerszczów, siorbaniami nosów bab parobczańskich, merdaniem ogonów tych tu kundli, co mimo surowego zakazu powłaziły pod stół.

Kochany panie Blese! Jedź pan do szarytek w Kownie zgorszyć swoje uszy luterskie śpiewem odwiecznej kantyczki.

Kościół, obyczajem u nas przyjętym, rozdzielony na dwie połowy: z prawej mężczyźni, z lewej kobiety.

- Juozapia, Juozapia, pokołysz dziecień - rozpoczyna śpiewać ciągnący się klajster piskliwych głosów kobiecych.

- Nia benda, nia benda, jak sobia kcecie - odgrzmiewa krnąbrnie z prawej chór męski.

Przez witraże sączy się różnokolorowe światło; z ciemnego ołtarza błyskają wota - srebrne nogi, ręce i serca; papierowe kwiaty schną w odwiecznym pyle.

Nasz Bóg, panie Blese, jest cierpiący jak i my, podległy pokusom jak i my; mieszka z nami, jest z nami w każdej godzinie życia, jest swoją osobą w domu; zdążyliśmy się do Niego przyzwyczaić; co tam mówić o jedzeniu grochu w czasie modlitwy - my, ludzie ułomni, nawet grzeszyć przyzwyczailiśmy się w Jego obecności.

Toteż kiedy w Nowotrzebach zaczyna się czterdzieści dni wielkiego postu (pościmy trzy dni w tygodniu, w czym w piątki suszymy), a garbaty karbowy zaintonuje pieśń:

Jezu Krysta, Boża miły,

Baranku bardzo cierpliwy

każdy czuje tę wielką bardzo cierpliwość Baranka Bożego.

Teraz, w wielkim poście, modły się odbywają klęcząco; z jednej strony długiego stołu jadalnego - służba, z drugiej - państwo. Na ceratowej kanapie (tak pokryć przepyszny biedermeier!) stoi lampa kulista, przy niej klęczy staruszka babka. Po skończonym nabożeństwie rzucamy się ją podnosić. Wtedy ludzie idą do kredensu, gdzie już otworzono antałek czarnego słodkiego piwa warzonego w domu. Każdy otrzymuje po kufelku. Tak przez cały wielki post.

Kiedy przychodzą święta, w czasie których ma się cieszyć "każda żywioła" (każde stworzenie), cieszy się dom nowotrzebski pospołu ze służbą.

Podłoże katolickie ludu stwarzało więź istotną, braterstwo krwi.

W ojcowych Kalużycach, wyrosłych jako placówka kresowa na szlaku smoleńskim, w bramie Dźwino-Dnieprowej, nad Berezyną, pośród ludu prawosławnego, inaczej, bardziej manu militari, bardziej feudalnie układało się życie tamecznego dworu.

Tu, w Kowieńszczyźnie, żyliśmy więcej "po domowemu"; wszak od krzyżackich czasów nikt nas "nie ruchał" i życie dworu było przetransponowanym na wyższy poziom życiem wiejskiej chaty.

Jadąc w odwiedziny do szaraczkowej szlachty, znajdowałem bardzo bliskie podłoże, bardzo niedalekie formy życia. Kiedy kawaler, prosząc pannę do tańca, mówił: "Strzelam do waćpanny", na co ta odpowiadała: "nie bojam się", kiedy ulubiona towarzyska zabawa - zadawanie zagadek - była przeze mnie złośliwie nadużywana przez stawianie takich pytań:

Wziąłem munsztuczek,

Zagrałem kilka sztuczek

Na trąbie w tym momencie -

Na jakim instrumencie?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Piskorz.

SZCZENIĘCE LATA

ŻYWIOŁY W DOLINIE NIEWIAŻY

NOWOTRZEBY

KALUŻYCE

OD AUTORA

ZIELE NA KRATERZE

WSPOMNIENIE ŚWIATA

PRZEDMOWA

KIEŁKOWANIE

WIELKOPOLSKIE NIEMOWLĘCTWO

WARSZAWSKIE DZIECIŃSTWO

OD LITER DO LITERATURY

NA CHEŁMSZCZYŹNIE

NA LITWIE KOWIEŃSKIEJ

DOMECZEK

NIEGODNE PRAKTYKI TATY

CZY PRZYCINAĆ?

ROZROST

WODAMI POLSKI

DROGAMI PODKARPACIA

SZCZENIĘCE LATA

PO KRESACH

KRYNOLINKI

KONSPIRATORZY

MATURA PRZY BŁYSKU PIORUNÓW

SMAK PRZED JAZDĄ

UNIWERSYTECKIE WSPOMINKI

PEDAŁOWANIE PRZEZ EUROPĘ

JAKŻE ZIELONO W GOŁAŃCZY!

WYKORZENIANIE

LAWA

RATOWANIE SIĘ

CHLOROFIL

TRWANIE

ODROST

JAK BRONIŁO POWIETRZE?

PIERWSZE WIĄZKI ZIELA

SREBRNE WESELE

OWOCOWANIE

JAK DŁUGO NASTARCZĄ RĘCE MAMINE?

JAK DŁUGO JESZCZE BĘDZIE POTRZEBNY OJCIEC?

OGNIE PODCHODZĄ

ANGLICY W DOMECZKU

DOMECZEK SIĘ BRONI

OGNIE DOSZŁY

ZIELE NA KRATERZE

POWSTANIE

POPIÓŁ

LOSY SZESNASTKI

NON OMNIS MORIAR

BRAT

MATKA

RELACJA ŁĄCZNICZKI ZOFII

RELACJA ŁĄCZNICZKI LENY

EPILOG I PROLOG

LIST DO KRYSI

LIST OD TILI

OJCIEC I CÓRKI - KORESPONDENCJA

WSTĘP

OJCIEC I KRYSTYNA

KRYSIA I TILI

SAGA RODZINY WAŃKOWICZÓW