Rozdział 0
0
Leżeli na plecach, zmęczeni po seksie. Uspokajali oddechy. Dotykali się
głowami, trzymali za ręce i patrzyli w sufit, jakby był ekranem, na
którym wyświetlały się ich marzenia. Skotłowana pościel między nimi była
jak pamiątka ich namiętności. Zastygły obraz plątaniny ciał i oddechów,
kiedy się kochali.
On głowę od niej wyższy. Muskularnie zbudowany mężczyzna metr
dziewięćdziesiąt trzy. Z ciemnymi, po wojskowemu krótko obciętymi
włosami i ciemnymi oczami. Ona krucha blondynka. Leżąc tak nadzy obok
siebie, wyglądali jak Piękna i Bestia w wersji dla dorosłych.
- Wyjedźmy gdzieś - powiedziała nagle Amelia.
- Gdzie? - mruknął Fiodor, trochę zaskoczony, że skończyła się cisza.
- Nie wiem.
- Na wakacje?
- Nie. Na stałe. Nie chcę tu być - w głosie Amelii pojawiły się nutki
paniki. - Nic mnie tu nie trzyma.
- Ja?
- Dlatego jedź ze mną.
- Wsiąść do pociągu byle jakiego?
Nie najlepiej wychodziło mu żartowanie. Fiodor miał taki na twarzy
wypisany taki smutek, że wielu kwitowało to stwierdzeniem, iż jest po
prostu ponurakiem. Nawet kiedy próbował się uśmiechnąć, to oczy
pozostawały ciemnymi przepaściami. W których nie dawało się dostrzec
ogników radości.
- Dlaczego nie?
- Może.
- Nie lubię. Duszę się. Wyjedźmy - obróciła się na bok, podparła na ręce
i wpatrywała w Fiodora. Jej jasne oczy wwiercały się w niego intensywnym
spojrzeniem.
- W Bieszczady?
- Choćby nawet.
- Zostaniemy drwalami i będziemy pisać wiersze?
- Dlaczego musisz wszystko psuć?
Gralecki wiedział, że wahadło jej emocji wychyla się teraz w przeciwną
do euforii stronę. Mówiła z coraz większą emocją. Gubiła oddech. Nie
myślała. Tylko dawała się wypowiedzieć tłumionym uczuciom.
- Nie psuję. Kocham cię - powiedział uspokajająco. Obrócił się do niej
twarzą i pogładził dłonią jej włosy. Zatrzymał dłoń na policzku, patrząc
jej w oczy. - Ale to przecież nierealne.
- Dlaczego? A co jest w takim razie realne?
- Naprawdę chcesz rzucić wszystko? Pracę. Miasto. I wyjechać gdzieś w dzicz? Jak to sobie wyobrażasz?
- Sprzedajmy wszystko, co mamy - Amelia nakręcała się coraz bardziej. -
Wystarczy na skromne życie przez jakiś czas.
- Jedyne, co mamy, to siebie. A tego nie chcę sprzedawać.
- Nie mów mi, co jest realne, a co nie. To jest tylko kwestia wyboru -
głos Amelii zaczynał się załamywać. Pojawiały się w nim nitki szlochu. -
Tylko kiedy jesteśmy razem, jesteśmy prawdziwi. Cała reszta jest
udawana. Po co? Nienawidzę swojej pracy. Nienawidzę swojego życia.
Ciebie też nic tutaj nie trzyma. Mówisz, że mnie kochasz... - teraz to
już był szloch. Usta jej drżały.
Fiodor Gralecki westchnął ciężko. Ale nic nie odpowiedział. Może i nieraz mówił, że nienawidzi swojej pracy. Ale praca gliny była też jak
narkotyk. Uzależniała. Zło, z którym codziennie się spotykał, drążyło go
jak rdza. Powoli, ale skutecznie. I tego nienawidził. Ale jednocześnie
wiedział, że nie umiałby bez tego żyć.
Chociaż bardziej nie umiałby żyć bez Amelii. Ta myśl sprawiła, że
poważniej zastanowił się nad tym, co proponowała jego ukochana.
Odetchnął i rozluźnił się. Może faktycznie byłby w stanie rzucić
wszystko i zamknąć się z nią na bezludnej wyspie na końcu świata? Może
taki pomysł nie był skończonym szaleństwem.
- Mały domek. Ogródek. Piękne widoki. Tak?
Gralecki przytulił ukochaną. Drżenie jej ciała przeszło teraz też na
niego. Wibrował tym pełnym żalu i niespełnienia szlochem razem z Amelią.
- Nie masz dość tego wszystkiego? - szeptała przez łzy.
- Życie bez prądu? Piec kaflowy? Studnia zamiast kranów? Kilka
kilometrów do najbliższego sąsiada? Łąki, lasy... dzikie zwierzęta? Adam
i Ewa w raju.
- Mamy siebie. Tak?
Poczuł na skórze wilgoć jej łez.
- Tak.
- Co cię tu trzyma? Czego mi nie mówisz? Korki, dziki tłum, ludzie...
bloki i supermarkety... To lepsze? Korporacje... polityka... To całe
gówno.
- Nie.
Głaskał ją po plecach. Tulił. Szeptał czule do ucha: "ćśśśś". Jak
wybudzonemu z koszmaru dziecku, które z płaczem przybiegnie do łóżka
rodziców.
- Może zaczniemy od tego, że wyjedziemy gdzieś na weekend? Co? Jesteśmy
już prawie rok razem i nigdzie nie byliśmy. Zamykamy się w tych ścianach
jak w bańce.
- Dobrze.
- To gdzie? Dokąd chcesz jechać? Do Paryża?
- Eeee... to takie banalne - wahadło jej emocji zaczęło wychylać się w pogodną stronę. - Do Wenecji.
Gral, jak przezywali Graleckiego, odetchnął. Udało mu się zmienić
nastrój Amelii. Teraz jej myśli krążyły wokół przyjemniejszych rzeczy.
- Do Wenecji? - wykrzywił się z udawanym wstrętem. - Ale tam podobno
strasznie śmierdzi z kanałów i jest pełno gołębi. A te gołębie srają jak
bombowce.
- Ej, Gralecki! Gral! Zachowuj się - trzepnęła go karcąco dłonią. Już
się uśmiechała. Już cieszyła się chwilą.
- Możemy wszędzie polecieć na weekend. Cała Europa stoi przed nami
otworem. Samolot za kilka stów. Może weźmiemy mapę, zasłonię ci oczy i polecimy tam, gdzie trafisz palcem?
- Barcelona?
- Dla mnie OK.
Wiedział, że nic z tego nie będzie. Nie pierwszy raz snuli podobne
plany. Ale później przychodziła rzeczywistość, a oni ciągle byli
zamknięci w tej swojej bańce na czwartym piętrze. Jednak cieszył się, że
Amelia znowu się rozpogodziła. Że myśli o pozytywnych rzeczach. Tak
wolał. Chociaż kochał ją za wszystko.
Pocałował ją.
- Drapiesz.
- Bo jestem drapiesznikiem.
Roześmiała się. Zaraziła go tym śmiechem.
- Jesteś moim Gralem. Nie świętym, ale to ciebie szukałam.
Nie odpowiedział, tylko ją pocałował. Smakowała śmiechem. Smakowała
głębszą radością. I znowu się kochali. Otuleni tą radością. A on bardzo
próbował zarazić się tą radością na dłużej. Tak, żeby została w nim
najlepiej już nieuleczalna.
Rozdział 9
9
Wrzucił drobne do skarbonki w kształcie tyłka. Otworzył bezalkoholowego
zombeera i upił duży łyk.
Po pracy...
Fiodor nie znał się na innej pracy. Nie pamiętał już czasów, kiedy nie
był policjantem. Pracujesz "od do". Fajrant. Wracasz do domu i jesteś
innym człowiekiem? Wszystko, co związane z czynnościami służbowymi,
zostawiasz w firmie? Może tak się da? Reset. Druga twarz w domu. Dla
bliskich. Dla siebie. Może tak się da...
Ale Gralecki tak nie umiał. Dopóki nie ma rozwiązania śledztwa, ono
przez cały czas w nim siedzi. Miele się. W głowie. I głębiej. Świadomie
i podświadomie. Trybiki się kręcą. Miliony komórek mózgowych jak miliony
rąk dopasowują kawałki zagadki. Na wszystkie sposoby zestawiają je ze
sobą, aż ukaże się wzór. Aż wszystko zaskoczy na swoim miejscu. Mrowisko
nieskończonych myśli. A po zakończeniu jednej sprawy... pojawia się
nowa. Nowe śledztwo. Bo zło nie ma końca.
Fiodor nie umiał zostawić pracy za biurkiem w firmie. Czy któryś z jego
kolegów potrafił?
I jeszcze to, że nie da się babrać w brudzie i się nie ubrudzić. Nie da
się walczyć z demonami, nie stając się demonem w jakiejś części. Nie
nasiąkając ich złem. Jeżeli patrzysz w otchłań, otchłań zagląda w ciebie. Lata służby. Niezliczone gwałty, napady, morderstwa... Ból,
krzywda, krew, niesprawiedliwość... Najpodlejsze, co w człowieku jest...
Da się z tym żyć. Ale nie da się na to uodpornić.
Obrazy z miejsc zbrodni. Chłód prosektorium. Smród. Krzyk. Płacz. Dowody
rzeczowe. Przesłuchania. Procesy. Kłamstwa. Jeszcze gorsza od nich
prawda.
Wszystko gromadziło się w człowieku. Jak karaluchy. Kiedy raz się
zalęgną w twojej duszy, już się ich nie pozbędziesz. Robactwo, którego
nie jesteś świadomy. Kiedy zapalasz światło, natychmiast czmychają.
Chowają się w zakamarkach mózgu. I głębiej, gdzie nie docierają myśli.
Ale tylko zamknij oczy, chwila nieuwagi i ciemność w tobie się rusza.
Drga nieokreślonymi kształtami. Szepcze sylaby nie do wyartykułowania
przez człowieka. Spoza zrozumiałego świata. Dźwięki, które mogą wydać
tylko ocierające się o siebie chitynowe pancerzyki. Mrowie. Ohydne
okruchy. Odpryski ciemności. Tego wszystkiego, co chciałoby się
zapomnieć. A nie można.
Gral leżał na plecach. W powietrzu sączyła się muzyka - Miles Davis So
what. Ironia tytułu dobrze pasowała do jego wewnętrznych rozterek. "No
i co?".
Łóżko w sypialni było duże, ale nogi i tak zwisały mu bezwładnie, zgięte
w kolanach. Usiadł na jego skraju. I opadł do tyłu, rozrzucając ręce na
boki. Gapił się w sufit. Równie dobrze mógł mieć zamknięte oczy, bo
patrzył przez ściany w przestrzeń swojego zamyślenia. Świat docierał do
niego zupełnie innymi zmysłami.
Jakby się rozpłynął. Rozprysnął na atomy i wsiąkł w ściany, w beton
całego budynku. Przeniknął całą jego przestrzeń mieszkalną i wspólną.
Fizycznie wręcz odczuwał masę bloku. Ciężar ścian, podłóg, kondygnacji,
fundamentów, dachu. Był w mieszkaniach, które go otaczały. Przeszywały
go szmery rozmów. Niewypowiadane odgłosy życia. Trzaski. Szelesty.
Pojękiwania rur. Szumy mechaniczne i elektryczne. Kroki. Czuł się tym
przepełniony. Nasączony. Nie rozpoznawał szczegółów. Tylko energię
całego domu. Jak przestrzenny, nie z tego wymiaru, obraz z kamery
termowizyjnej. Nieokreślone kształty. Nieokreślone barwy. Ostrzejsze
kolory tam, gdzie cieplej. Bledsze - tam, gdzie zimniej. A to przecież
nie były nawet kolory, tylko nieokreślone wrażenia.
I przede wszystkim nie ciepło i zimno. Tylko brud i sekrety. Ciemna
strona ludzi. Gral przenikał przestrzeń taką kamerą. Przez chwilę
przyjemne nierzeczywiste uczucie zrobiło się przykre. Był wszędzie.
Podglądał wszystko. A widział tylko ułomności. Złość. Zawiść. Kłamstwo.
Schowane za zamkniętymi drzwiami. Zabarykadowane ścianami. Pozornie
nieobecne. A on tym teraz nasiąkał. Bezradny, że tak jest. Że taki jest
w sumie świat.
Gwałtownie odetchnął. Wyrwał się z tego. Wypłynął na powierzchnię, pod
którą tonął. Łapczywie cieszył się powietrzem. Było późno. Ciemno. Wstał
lekko otumaniony. Amelii nie było. A powinna być już kilka godzin temu.
Rozdział 10
10
Konrad Janowiec zamknął za sobą drzwi mieszkania. Cholera! Zapomniał
zostawić zapalone światło w kuchni. Ogarnęła go więc ciemność. Nie bał
się jej. Ale natychmiast przypominało mu to, jak bardzo jest sam. Nikt
nie czekał. Nawet nieme światło żarówki.
Zrzucił buty. Pozapalał lampy we wszystkich pomieszczeniach. Przedpokój.
Salon. Kuchnia. Sypialnia. Łazienka. Zrobiło mu się trochę lepiej. Ale
daleko od dobrze.
Dopiero teraz zdjął i powiesił kurtkę w szafie przy drzwiach
wejściowych. Przeszedł do salonu i klapnął na kanapę przed telewizorem.
Czarny prostokąt. Cisza. Noc za oknem. Chłodno.
Myśli o śledztwie wirowały mu w głowie. Różnica ciśnień. Tłoczno, gęsto
pod czaszką. Pustka niemal kosmiczna dookoła, w mieszkaniu. Miał
wrażenie, że zaraz wybuchnie. Rozsadzi go od środka.
Wstał. Poczłapał podenerwowany do lodówki. W niej także pustki. Nie
będzie kolacji z dwóch wyschniętych plasterków taniej szynki. Zwinęły
się nieapetycznie jak jesienne liście. Albo przekłute stworzenie wokół
bólu. Pomarszczony, miękki pomidor i spleśniały twarożek też były
beznadziejne. Chleb? Tylko sczerstwiała na kamień bułka.
Przejrzał ulotki z jedzeniem na telefon. Niczego mu się nie chciało.
Odrzucił je z niechęcią z powrotem do szuflady. Wziął butelkę wody.
Pijąc, przeszedł do salonu połączonego z kuchnią. Włączył telewizor.
Gadała jakaś reklama. Ale było mu wszystko jedno. Przyciszył tylko głos
do takiego poziomu, żeby był słyszalny, ale żeby nie rozumieć słów.
Chciał tylko mieć wrażenie, że ktoś do niego mówi.
Sięgnął po papierosa, ale przypomniał sobie, że rzuca. Odłożył go z powrotem do paczki.
Otworzył laptopa. Tinder. Sympatia. eDarling.
Zalogował się na swoje konta. Któraś mu odpisała. Któraś nie odpisała.
Większość.
Poprzeglądał zdjęcia kobiet, które mieściły się w widełkach
wyszukiwania, które określił. Przeklikiwał profile bezmyślnie. Po prostu
patrzył na kobiece twarze. Może któraś z tych twarzy przestanie być
wirtualna i stanie się twarzą w jego życiu. Ciepłym spojrzeniem,
witającym po pracy. Łudził się. Ale nieszczerze. Miał coraz mniej wiary.
Do tej pory, mimo że spotkał się z kilkoma potencjalnymi kandydatkami,
nic poważnego się nie wydarzyło. Może internet jednak nie był dobrym
sposobem na poznanie kogoś bliskiego? A nawet kogoś, kto może stać się
bliski z czasem...
Ale gdzie miał szukać? W pracy? Policjantka? Nie wyobrażał sobie tego.
Koleżanka z miejsca zbrodni? Ofiara? Chyba już wolał łudzić się
wirtualnymi randkami. Może tylko dzisiaj miał gorszy dzień, że wszystko
wydawało mu się beznadziejne. Nie miał ochoty do nikogo nowego pisać ani
czytać odpowiedzi na swoje zaczepki. Zamknął laptopa.
Poszedł do kuchni. Nałożył na talerz to, co dawało chociaż cień szansy,
że się nie zatruje. Czyli ominął tylko spleśniały serek. Wrócił przed
telewizor. Wsunął w odtwarzacz płytę z pierwszą częścią Jak ukraść
Księżyc. Znał tę kreskówkę już na pamięć, dlatego przewijał na ulubione
momenty. Trzy dziewczynki sieroty lądują w domu Gru. Pociesznego
złoczyńcy o gołębim sercu. Dziewczynki czują, że znalazły tu dom i ojca.
W piersi Konrada rośnie gula. Najpierw uciska mu płuca, a później coraz
większa, miażdży mu krtań. Nie potrafi już opanować wzruszenia.
Chrupie twardą jak kamień bułkę, mało nie łamiąc sobie jedynek. Zagryza
pomidorem, który ma mdło kwaskowaty smak psującego się warzywa, ale jest
wilgotny i pomaga zmiękczyć pieczywo. Wypluwa kawałki, które ewidentnie
smakują zepsuciem. Wkłada do ust plasterki przeterminowanej szynki.
I płacze. Nie może się powstrzymać. Łzy same mu lecą. A gula, która
wciąż rośnie, sprawia, że targają nim aż spazmy wzruszenia. Jakby
wylatywały mu z ciała wszystkie tęsknoty i pożądania. Każdym porem
skóry. Z najgłębszych niematerialnych głębin.
Zmienia pierwszą część Jak ukraść Księżyc na drugą. Gru poznaje w niej
swoją ukochaną. A dziewczynki zyskują mamę.
Ryczy. Nie może opanować wzruszenia. A może nawet nie chce.
Rozdział 11
11
Gniew odbierał mu rozum. Przestawał być Fiodorem Graleckim, a zmieniał
się w bezimienny żywioł. Ten lodowaty ogień, który w nim wybuchał, nie
dawał się ujarzmić w siłowni. Nie rozładowywał tej energii seks. Żadna
medytacja. Nie dało się z tym płomieniem negocjować.
Jednocześnie Gral był przedziwnie spokojny. Przerażająco. Jak
bezwietrzny, ale sięgający bezwzględnego zera mróz.
Założył bluzę w kapturem i naciągnął go tak, żeby zasłaniał jak
najwięcej twarzy, rzucając przy tym jak największy cień na oczy. Na
dłonie wsunął ciasne rękawiczki z grubej skóry. Kiedy je kupił, od razu
odciął w nich palce, tak żeby ochraniały tylko to, co trzeba, a nie
ograniczały swobody dłoni.
Zacisnął pięści, skóra rękawiczek naciągnęła się, ściśle opinając
knykcie. Liczne rysy znaczyły ślady po poprzednich włóczęgach, jak
blizny, które mógł ściągnąć z siebie po fakcie i niczym się nie
przejmować. Zrzucona skóra węża.
Ruszył w noc. Krążył jak w transie. Instynkt i doświadczenie policjanta
pomagały mu uniknąć kamer miejskiego monitoringu. Poza tym jego trasa
pętliła się i tak po najmroczniejszych uliczkach i zakamarkach miasta.
Wywoływał wilka z lasu. Prowokował i szukał zaczepki. Szukał pretekstu.
I go znajdował.
Przystanek. Noc. Dwie młode dziewczyny. Pięciu pijanych dupków. Jeden
autobus nocny wypadł z rozkładu. Czekanie się przedłuża. A głupie
dzierlatki myślą, że jak są we dwie, to jest bezpieczniej.
Nabombowani tanim alkoholem i testosteronem kolesie zauważają je. W pijanym widzie mają oczywiście wygórowane zdanie o sobie. Myślą, że na
pstryk każda z nimi pójdzie.
- Nie mamy ochoty.
- Oj... Dobra. Na jednego tylko.
- Tu niedaleko.
- Zostawcie nas, bo zaczniemy krzyczeć.
Faceci rechoczą z niezłego żartu. Bo któryś z nich po nosem mruknął:
"Chyba z rozkoszy". Dziewczyny mają zdezorientowane miny. Kolesie wciąż
rozbawieni zaczynają sami krzyczeć: "Ratunku! Pomocy!".
Oczywiście nic się nie dzieje. Nikogo to nie interesuje. Ludzie śpią.
Albo mają gdzieś problemy innych. Szansa, że policja zjawi się tutaj,
patrolując miasto, jest praktycznie żadna. Ktoś musiałby ich powiadomić.
- Może być miło albo niemiło - jeden z gnojków przechodzi do konkretów.
- O co wam chodzi? Nie znamy was - drżącym głosem odpowiada jedna z dziewczyn.
- Odczepcie się - głos drugiej też brzmi piskliwie.
- Chcemy się właśnie z wami poznać - uśmiecha się gostek, pociągając
wcześniej z butelki.
- Czekamy na autobus. Nigdzie z wami nie idziemy. Rozumiecie? -
dziewczyny cofają się. - Nie jesteśmy zainteresowane. Tak?
- Nie. Nie rozumiem - szczerzy się jeden. Zdejmuje koszulkę i demonstruje napakowane mięśnie. - Chcesz dotknąć?
- Zostawcie nas.
- Lesby?
- Teraz ty ściągnij koszulkę - zachęca któryś. - On ściągnął. Musi być
sprawiedliwość.
Rechoty.
- Zaraz przyjedzie autobus.
- I odjedzie.
Kolesie otaczają dziewczyny. Dosyć szczelnie. Zaczynają je miętolić
obleśnie. Dotykają. Ocierają się. Jedna się wyrywa. Próbuje uciec.
Potyka się jednak, bo któryś z napastników podstawił jej nogę. Upada. A to wywołuje kolejną fale rechotu.
Jeden z mężczyzn staje nad dziewczyną w rozkroku. Pociąga łyk z butelki.
Rozpina rozporek, wyciąga penisa i mówi:
- Masz. Chwyć się i wstawaj.
Wtedy mrok przy przystanku nabiera kształtu. Staje się postacią. Wysoką
i ciemną. Kaptur nasunięty na twarz ocienia ją, promienieją tylko oczy.
Czarniejsze niż mrok. Oczy złowieszcze i zimne. Jak żywioł.
- A ty co, pedale? Przyszedłeś popatrzeć? - nabija się koleś w rozkroku
z ptakiem na wierzchu. Kręci klejnotami, próbując być zabawny.
Dziewczyna pod nim korzysta z okazji, że przestał zwracać na nią uwagę,
i odpełza jak najdalej.
Jego towarzysze, którzy molestują drugą dziewczynę, ryczą ze śmiechu.
Dwóch nie ma już koszulek. Świecą gołymi torsami. Dwóch innych rozpięło
spodnie. Pewnie chcą być pierwsi w kolejce, kiedy nastąpi dalszy ciąg
programu.
Pierwszy cios Graleckiego jest niewidzialny. Tak szybko go zadaje.
Czarny na czarnym tle. Koleś w rozkroku dostaje prawym sierpowym, który
łamie mu kość policzkową. Traci więc przytomność. Leci bezwładnie na
plecy, ale wtedy Fiodor lewą dłonią w skórzanej rękawiczce chwyta go za
genitalia, niemal je miażdżąc.
Dziewczyna, która była niedoszłą ofiarą kolesia, popiskuje z przerażenia.
Ale to grawitacja wyrządza mężczyźnie najwięcej szkody. Bezwładne ciało
gościa chce się przewracać dalej. A męskość jest za słaba, żeby utrzymać
jego ciężar. Coś tam chrupie nieprzyjemnie. Coś wewnątrz chyba się
rozrywa. Zanim jednak członek zostanie Gralowi w ręce, ten puszcza.
Ciało obala się na chodnik jak worek ziemniaków. Nieruchomieje.
Pozostali to widzą. Są w dużym szoku, który po chwili zmienia się w złość. Dla Fiodora to dobrze. Nie będzie ich musiał gonić. Pierwszego,
który do niego doskoczył, unieruchamia kopniakiem, robiąc mu butem z męskości to samo, co chwilę temu z pomocą grawitacji zrobił jego
koledze.
Drugi zdążył wyprowadzić cios. Gral blokuje jego prawą rękę i przytrzymuje ją z jednoczesnym obejściem za plecy. Robi się dźwignia.
Facet pochyla się do przodu zgięty wpół. Gralecki szarpie mu rękę do
góry. Zrywa więzadła w stawie barkowym. Wrzaski bólu.
Kolejnego zamurowało, kiedy zobaczył, że trzech jego kolegów leży już na
chodniku. Ale zanim zdążył zareagować i zwiać, Fiodor doskoczył do
niego. Kopniakiem podciął go, a kiedy gościu już leżał, naskoczył mu na
udo. Kość chrupnęła. A jej właściciel zwinął się unieruchomiony,
wrzeszcząc z bólu. Ostatni z podrywaczy miał najwięcej oleju w głowie.
Chyba coś już do niego dotarło. Nerwowo kończył dopinać spodnie.
Odwrócił się i zaczął uciekać. Gral podniósł jedną z butelek z chodnika.
Rzucił.
Zanim uciekający odbiegł za daleko, butelka trafiła go w tył głowy. Padł
na czworaka.
Podjechał nocny autobus.
- Spadajcie! - warknął do dziewczyn Fiodor.
Kierowca, widząc jatkę na przystanku, zwolnił, ale się nie zatrzymał.
Chciał natychmiast odjechać. Gral wybiegł mu przed maskę. Wycelował
palcem wskazującym, jakby to była broń. Wtedy autobus gwałtownie
zahamował. Nawet w świetle reflektorów twarz Graleckiego pozostała
ciemna dzięki kapturowi. Ale oczy płonęły jeszcze ciemniejszą czernią.
Kierowca aż przełknął ślinę.
Dziewczyny zaczęły się dobijać do autobusu. Kierowca ocknął się na ten
dźwięk, jakby wzrok postaci przed przednią szybą go zahipnotyzował.
Zasyczało. Rozsunęły się drzwi. Dziewczyny wdrapały się do środka.
Dopiero kiedy były bezpieczne, ciemna postać przestała blokować
przejazd. Autobus odjechał. Gral wrócił w mrok.
Pierwszy z nieudanych podrywaczy miał dość. Leżał nieprzytomny. Ale żył.
Za chwilę dotrze tu karetka i policja. Kierowca autobusu na pewno
zawiadomi służby.
Drugi zwijał się wokół bólu w kroczu. Za mało...
- Możesz walczyć? - zimno syknął Gral.
- Co? Ty pojebie... Co ty pierdolisz... ty chuju...
- Wstawaj i walcz.
- Wypierdalaj i się lecz - wyjęczał koleś.
Skoro tak... Fiodor zmiażdżył mu butem obie dłonie. Monotonne jęki
zamieniły się znowu we wrzaski. Przez jakiś czas gostek nie będzie mógł
się podetrzeć, ale co ważniejsze, nie będzie pakował łap tam, gdzie nie
trzeba. I tam, gdzie go nie proszono, a wręcz wypraszano.
Trzeci miał wywichniętą rękę w stawie barkowym. Najprawdopodobniej też
zerwane więzadła. Wystarczy. Czwarty długo będzie leczył złamaną kość
udową. Piąty... zaczynał stawać na nogi.
- Możesz walczyć? - warknął na niego Gral.
Jeszcze zamroczony, facet zaczął wymachiwać rękami.
- Zajebię cię, gnoju!
Jednym strzałem Gralecki zmiażdżył mu nos. A później dźwignią złamał mu
rękę w łokciu.
Popatrzył na leżące pokotem ciała. Te przytomne zwijały się z bólu. Jęki
przycichły i stały się jednostajne. Nieprzytomne były ciche. Czasu do
przyjazdu policji było coraz mniej, ale czuł, że nie dostali jeszcze
wystarczającej nauczki.
Popatrzył na rozbitą butelkę na chodniku. Zabrał się do roboty.
Mniej więcej pięć minut później gnojki miały wyrżnięte szkłem na
umięśnionych klatach "CIOTA". Słychać już było syreny. A koguty migotały
coraz bliżej.
Wrócił do domu. Amelii ciągle nie było. Przebrał się i poszedł jej
szukać.
Rozdział 12
12
- Dobrze było? - pyta on.
- Yhmmmm... - mruczy Edyta.
Jest tak pijana, że przez chwilę zastanawia się, gdzie się znajduje. I z kim. Orgazm pomieszany z whisky zabrał ją tam, gdzie rozsypują się
atomy, a rzeczywistość znika. Słusznie Francuzi nazywają go małą
śmiercią. Edyta przez chwilę nie istniała. Czy też raczej przez chwilę
nie istniało ziemskie przyciąganie i sprawy. I tylko o to chodziło.
A ten facet? No cóż... przydawał się do pracy, a odpowiednio
pokierowany... dawał jej rozkosz.
Sięgnęła po szklankę ze złocistym płynem. Nie było rozsądnie pić dalej,
ale miała to gdzieś. Lubiła ten stan w głowie. Bez myśli. A jeżeli już
jakieś były, to kompletnie obłe, bez kantów, miękkie w dotyku jak
chmury. Beztroskie. Oraz to ciepło, które rozlewało się po całym ciele.
Tuliło od środka.
Cena utraty wszystkich myśli, żeby pozbyć się tych bolesnych, była
akceptowalna. To i tak działało tylko chwilowo. Jutro wszystko powróci
razem z kacem. Ale wtedy odepchnie myśli pracą. Upije się nią.
Orgazm już przestał działać, dlatego dopiła to, co miała w szklance, i dolała sobie jeszcze z butelki na stoliku przy łóżku. Alkohol działał
dłużej.
- Która godzina? - zapytała najmilej, jak umiała, żeby ukryć znudzenie.
- A co?
- No która?
- Jeszcze przed północą. Nie mów, że musisz już iść?
Nie powiedziała. Najpierw upiła łyk whisky, a później go pocałowała.
Przez głowę przemknęła jej groteskowa myśl, że ktoś, patrząc z boku,
mógłby odnieść wrażenie, że dezynfekowała sobie usta. Żeby alkoholem
zabić czułość w tym odruchu. Ale on tego nie zauważył. Był za młody. Za
głupi. Przyjął pocałunek o smaku Jacka Daniel'sa jak nagrodę.
Edyta oderwała się od niego, siadła na łóżku i zaczęła się ubierać.
- Może kiedyś zostaniesz na całą noc? - zapytał nieśmiało.
- Może... - odpowiedziała jak stara wyjadaczka bez złudzeń, ale tego też
nie zauważył. Odczytał tylko nadzieję.
Pomiędzy naciągniętą na cycki i tyłek bielizną a bluzką i spodniami
wstukała w aplikację przewozową miejsce docelowe. Skorygowała też punkt
odbioru, przesuwając pinezkę o pół centymetra. Kliknęła "zamów". Cztery
minuty do przyjazdu. Odetchnęła z ulgą, że nie będzie musiała czekać
kilkunastu minut. Nie znosiła tego czasu "po", kiedy się przedłużał.
Kiedy trzeba było coś mówić. Tak jakby łączyło ich cokolwiek oprócz
seksu. Jego punkt widzenia miała gdzieś. Ona chciała tylko orgazmów.
- O! Dwie minuty do przyjazdu - skłamała, żeby jak najszybciej wyjść.
Wolała już poczekać na kierowcę na dole. Przed blokiem. Zniknąć stąd,
sprzed jego oczu i słów jak najszybciej.
Spróbował przyciągnąć ją z powrotem na łóżko.
- Najwyżej poczeka - ciągnął ją za rękę. - Choć do mnie jeszcze na
chwilę.
- Daj spokój... - z trudem zachowała równowagę i wyrwała rękę z uścisku.
Bardzo się starała nie zrobić przy tym grymasu wściekłości, która na
chwilę w niej zapłonęła. Odsunęła się na bezpieczną odległość i na
wszelki wypadek uśmiechnęła się łagodnie.
- Za czekanie pobierają dodatkową opłatę - palnęła głupawo.
Miała nadzieję, że nie zabrzmiało to nerwowo jak słowa kogoś, kto się
dusi i natychmiast chce się znaleźć na świeżym powietrzu. Żeby jakoś
zmienić beznadziejny wydźwięk tego, co powiedziała, mrugnęła do niego
zalotnie.
Unikając jego wzroku, dokończyła ubieranie się. Przed wyjściem
uśmiechnęła się do niego, ale jakoś w podłogę i rzuciła przez ramię,
dalej na niego nie patrząc:
- Widzimy się przecież niedługo.
Miała nadzieję, że tylko ona słyszy fałsz w swoim głosie.
Rozdział 13
13
Przecisnął swoje metr dziewięćdziesiąt trzy centymetry między
blokującymi drzwi plastikowymi taśmami. Wszedł do mieszkania, gdzie
znaleziono zwłoki. Nie działał zgodnie z regulaminem. Może nawet wbrew
niemu.
Noc. On sam. I otoczenie, w którym działał zabójca. Może coś umknęło
ekipie technicznej? Jemu też, kiedy był tutaj wcześniej?
Poza tym uciekł z pustego mieszkania. Szukał Amelii, ale nigdzie jej nie
znalazł. Nie miał gdzie się podziać. Lepiej zająć myśli pracą, niż
pozwolić, żeby zajęło się nimi puste mieszkanie. Bez Amelii. Czasami tak
było.
Lekko zamknął za sobą drzwi. Lepiej, żeby żaden z sąsiadów nie wiedział
o jego nocnej wizycie. Nie włączył światła. Przez okna wpadało trochę
księżycowej poświaty. Gdyby potrzebował, miał też małą latarkę.
Minął przedpokój. Stanął na środku salonu, gdzie znaleziono
pokiereszowane zwłoki.
Porozsuwał grube zasłony. Srebro wpadające przez okna rysowało w ciemności kształty mebli i przedmiotów. Inaczej niż je zapamiętał. To
dobrze. Nowe bodźce. Nowe spojrzenie. Może nowe spostrzeżenia i pomysły.
Odetchnął głęboko. Spróbował się rozluźnić, mimo że myśli uciekały mu w lęk o Amelię. Jeszcze kilka głębokich oddechów. Przyzwyczajenie oczu do
ciemności. I był skupiony. Rozglądał się. Nie koncentrował wzroku.
Starał się, żeby spojrzenie było jak najszersze. Obejmowało jak
najwięcej całości. Pozwalał myślom płynąć, dokąd chciały z inspiracji
tego, co widział. Liczył, że mieszkanie w połączeniu z jego
doświadczeniem, wyobraźnią i intuicją opowie mu, co tu się wydarzyło.
Zaczął krążyć po salonie. Fotel stał pusty. Poćwiartowanych i pozszywanych z kawałków zwłok oczywiście już tu nie było. I w głowie
Grala też ich nie było. Zabójca jeszcze nie przyszedł. Mord się jeszcze
nie dokonał.
Jak się tu dostałeś? Włamałeś się? Czy ofiara ci otworzyła?
Nie znaleźli żadnych śladów walki w mieszkaniu. Ale morderca mógł się
włamać i po prostu bardzo szybko obezwładnić zaskoczonego gospodarza.
A może się znaliście? Odwiedzałeś znajomego? Wracaliście skądś razem?
Gral jeszcze przez chwilę wczuwał się w zachowanie mordercy po ciemku.
Ale w końcu włączył latarkę. Oświetlił wybrane miejsca. Przeszedł do
łazienki. Przyglądał się białej emalii.
Spuściłeś z ofiary krew. Gdzie? Przecież nie przyniosłeś tutaj
poćwiartowanych zwłok. To już wiemy. Wanna? Prawda. No bo jak inaczej.
To twoje pierwsze morderstwo. Przynajmniej w tej serii. To też już
wiemy. Zamordowałeś go tutaj. Poćwiartowałeś go tutaj. Pozszywałeś i zostawiłeś. Z następnymi było już inaczej. Tutaj straciłeś panowanie nad
sobą. Prawda? Nie miałeś jeszcze gotowego planu, co z nim zrobisz.
Jestem prawie pewien, że udusiłeś biedaka i wyszedłeś. Ale coś ci
przyszło do głowy. I wróciłeś. I zrobiłeś ten cały teatrzyk. A później
byli kolejni już według tego wzoru. Gdzie go udusiłeś? Jak to było?
Promień latarki wyławiał z ciemności fragmenty ponurego mieszkania.
Fiodor chodził od drzwi wejściowych różnymi teoretycznymi ścieżkami,
którymi mógł się poruszać zabójca. Rozważał miejsca, gdzie mogło dojść
do ataku. Szukał bodźca. Czegoś, co uruchomi w głowie sygnał, że
najbardziej prawdopodobne jest tu...
Drzwi wejściowe - salon. Drzwi wejściowe - kuchnia. Drzwi wejściowe -
drugi pokój... gabinet... sypialnia...
Chyba nie sypialnia? Może...
Gral pokręcił się chwilę po sypialni. Zajrzał w każdy kąt. Nawet pod
łóżko. Znalazł trochę gejowskiej pornografii.
Porachunki kochanków? Chyba nie... Za daleko to zabrnęło. Te inne
ofiary. O co ci chodzi? Jesteś homo? Czy próbujesz odwrócić od tego
naszą uwagę. Co tu robiłeś? To przypadek, że ofiara jest gejem? Pasowała
ci do jakiegoś schematu?
Znowu zatrzymał się w salonie. Przyjrzał się zaschniętej krwi na
ścianie.
Spuściłeś krew w wannie? Zakorkowałeś ją? Podciąłeś tętnice, czekałeś,
aż nazbiera się odpowiednia ilość i wtedy nabrałeś jej w co?
Przeszedł do kuchni. Przyglądał się garnkom. Rondlom. Naczyniom.
Co to było? Wściekłość? Ta krew na ścianie? Spuszczasz całą krew.
Ćwiartujesz ciało. Dopiero wtedy zszywasz. Nie lubisz krwi? Nie lubisz
bałaganu z nią związanego? Dlaczego później już nie było krwi? Tylko
tutaj. Byłeś wściekły. Ale wtedy, kiedy go zabijałeś. Kiedy tu wróciłeś,
już nie. Prysnąłeś tą krwią na ścianę, ale zrozumiałeś, że to głupie.
Później już tego nie robiłeś. Tylko chaos. Wykalkulowany. Na chłodno. O co ci chodzi?
Znowu krążył po całym mieszkaniu.
Gdzie ćwiartowałeś ciało? Umyłeś je wcześniej, żeby nie było krwi?
Gdzie zszywałeś kawałki? Miałeś ze sobą płachty folii? Czego użyłeś do
przecinania kości?
Szuranie przy drzwiach wejściowych. Ktoś chce tu wejść? Fiodor
instynktownie zgasił latarkę. Wyciągnął broń. Trzymając ją w prawej
dłoni, lewą z latarką ułożył tak, żeby w każdej chwili, równocześnie
celując, móc oślepić napastnika. Przywarł barkiem do framugi w salonie.
Miał w ten sposób dobrą widoczność na wejście do mieszkania. A jednocześnie mógł w każdej chwili schować się za osłoną.
Ale nic się nie działo. Tylko te chroboty. Skrobanie. Włamywacze? Nie
zauważyli policyjnych taśm świadczących o miejscu przestępstwa?
Musieliby być jakimiś idiotami. Co się tam więc działo?
Gral oderwał się od framugi. Z wycelowaną bronią i latarką
przytrzymywaną nad lufą, ruszył do drzwi wejściowych. Zaskoczy intruzów.
Nie da im szans. Ktokolwiek to był, nie spieszył się z otwieraniem
drzwi. Chroboty. Włamywali się? Nie sprawdzili najpierw, czy w ogóle
jest otwarte? Naprawdę kretyni.
Jednym zdecydowanym ruchem szarpnął i to on otworzył drzwi. Jednocześnie
zapalając latarkę. Nikogo...
Spojrzał w dół, w kierunku skąd ciągle dochodziły odgłosy. Jego oczy
zajrzały w oczy maltańczyka. Mały piesek pisnął porażony promieniem
światła.
- Kto ty jesteś, mały?
Ale czworonóg go nie słuchał. Skorzystał z otwartych drzwi i uciekł do
środka.
Znalazł psią miniaturkę w salonie. Na kanapie.
- Skąd się tu wziąłeś, mały? Mieszkasz tu? To gdzie byłeś?
Gral, który obejrzał tu każdy szczegół, również zdjęcia zamordowanego
właściciela mieszkania, nie zauważył nigdzie śladów psa. Ani na
fotografiach. Ani żadnego kojca, miski czy zapasów karmy.
Jakby czytał w myślach policjanta, maltańczyk zeskoczył z kanapy i potruchtał do kuchni. Pokręcił się tam niespokojnie. Szukał czegoś.
Szczeknął kilka razy, wrócił do salonu. Tutaj z kolei przez dobrą chwilę
kręcił się w kółko w jednym z kątów. Jakby gonił własny ogon. Wreszcie
fuknął i wrócił na kanapę. Patrząc na wysokiego mężczyznę, którego
obecności nie rozumiał tak samo jak zmian w mieszkaniu, zapiszczał z wyraźną dezaprobatą.
- Mnie nie pytaj - rozłożył ręce Fiodor. - Ja tu tylko rozwiązuję
zagadkę kryminalną. Ale jeżeli ty jesteś stąd i mieszkałeś tutaj... to
robi się jeszcze dziwniejsze...
Zamyślił się. Oboje najwyraźniej się zamyślili, bo przez dłuższą chwilę
panowała cisza.
- Ale co? - odezwał się do siebie Gral. - Uciekłeś stąd? Czy morderca
miał miękkie serce, nie potrafił cię zabić, tylko wywiózł gdzieś daleko.
A ty mimo wszystko znalazłeś drogę do domu? To by było niezłe. Tutaj nie
ma żadnych śladów po tobie. Czyli morderca chciał cię usunąć, ale nie
potrafił zabić? Naprawdę dziwne... Możliwe. Ale dziwne.
Rozdział 14
14
Była.
Kiedy otworzył drzwi mieszkania, usłyszał prysznic. Maltańczyk wyrwał mu
się z rąk i połknęła go ciemność. On przez chwilę stał przed tą czarną
bryłą wnętrza w świetle klatki schodowej, aż też wszedł. Uciął blask
zamknięciem drzwi.
Oczy przyzwyczaiły się do mroku. Z łazienki sączyła się słaba poświata.
Z najmniejszej żarówki, która miała nie więcej siły wobec ciemności niż
świeczka. Tylko tyle, żeby Amelia widziała, co robi.
Siedziała skulona w wannie. Z kolanami podciągniętymi pod brodę. Prawie
naga, w samych majtkach i koszulce. Przemoczona.
Przytwierdzona do ściany słuchawka prysznica wylewała ukrop jednostajnym
deszczem. Siekła strumieniem po ciele Amelii. Dudniła na białej emalii.
Igiełki wody moczyły podłogę. Kłęby pary rozmazywały obraz, ale Fiodor
wiedział, że to, co się dzieje, jest realne. Prawdziwe. To nie pierwszy
raz.
Amelia szlochała spazmatycznie. Przemoczone włosy mieszały się ze
strugami wody, jakby też były płynne. Łzy mieszały się z makijażem i strugami wody tak, że cała twarz kobiety była jak strumień. Strumień
żalu i cierpienia.
Automatycznym ruchem dźgała się igłą po nogach. Głębsze i płytsze
nakłucia. Każde bolesne. Niektóre do krwi, która rozwadniała się pod
prysznicem i spływała do sitka ściekowego czerwonawymi nitkami.
Fiodorowi stanęła przed oczami wanna w mieszkaniu antykwariusza.
Wyobraźnia w rozbłysku wyświetliła obraz zakrwawionego trupa w wannie.
Wzdrygnął się i skupił na narzeczonej.
Amelia zadawała sobie ból. Karała się. Żeby mieć powód do płaczu. Żeby
mieć powód do cierpienia. Żeby się usprawiedliwić, że nie jest
szczęśliwa. Dziobała się tą igłą. Robiła sobie rany. Drżące palce, w których trzymała igłę, krwawiły. Bo ta bardziej tępa końcówka też była
wystarczająco ostra.
Słowa nie miały teraz najmniejszego sensu. Żadne. I czy kiedykolwiek
słowa mogły coś zmienić?
Najdelikatniej zamknął jej dłoń w swojej. Tę, która ciągle starała się
zadawać ból. Unieruchomił ją, a wtedy się szarpnęła. Ale walka słabła,
gdy tylko uniósł lekko jej kruche ciało i przytulił. Spazmy płaczu,
drgania przeszyły go. Przejął od ukochanej część dreszczy. Prysznic
przemoczył go natychmiast. I oboje rozpływali się w mokrym cieple.
Sklejeni. Dwa organizmy w jeden. Amelia uspokajała się, przylegając do
muskularnego męskiego ciała. Pewnego. Stałego. Jak skała. Utęskniony
brzeg. Mężczyzna dający poczucie bezpieczeństwa. Archetypy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 3
3
Pisk opon na asfalcie wyrwał Fiodora Graleckiego z odrętwienia.
Samochodem rzuciło, potrząsnęło ciałem i otrzeźwiło go.
To nie był zanik pamięci. One zdarzały się ostatnio częściej. Ale to nie
to. Nie stracił przytomności. Pamiętał. Po prostu się zamyślił. Za
bardzo.
Jechał podmiejską pustą drogą. Po bokach śmigały rozmazane przydrożne
drzewa. Cienie rzucane przez liście i konary wślizgiwały się przez
szyby. Oblepiały wnętrze auta i jego ciało. Ruchliwe jak milczące owady.
Mrużył podrażnione wirowaniem cieni oczy. Prześwietlane blaskiem szarego
dnia powieki dodawały do tego, co widział, czerwieni...
...I wtedy wszystko wróciło. Ból... Czerwona ciemność... Strzykawki.
Igły. Postacie w białych fartuchach. Krzyk. Jego krzyk... Ile razy
budził się z tego snu z poczuciem spadania w bezdenną przepaść.
Wspomnienia odległego dzieciństwa. A później było już dobrze. Bo
koszmarny sen się urywał.
Ale teraz nie był w łóżku. Prowadził samochód. Słońce wyłoniło się na
krótką chwilę zza chmur. Zrobiło się dużo jaśniej. I droga uniosła się
ku niebu.
Znał ją na pamięć, podświadomie zdawał sobie sprawę, że w tym miejscu
nie ma wzniesienia, jest płasko jak na stole. A jednak nie mógł oprzeć
się tej wizji. Szosa odrywała się od ziemi i pięła w stronę chmur.
Niknęła w kłębach białych obłoków, które kotłowały się razem z blaskiem
słońca. Nie umiał powiedzieć, czy go to przeraziło, czy poczuł ulgę.
Jakby możliwość wjechania teraz samochodem do nieba dawała nadzieję na
zakończenie wszystkich ziemskich cierpień.
Jego auto było jak mrówka na tle nieskończonego żywiołu chmur, które
tworzyły łańcuchy górskie większe niż Himalaje. Zastygłe oceany
wszystkich odcieni bieli.
Pisk opon.
Dźwięk rozdzierający myśli jak tępy nóż. Wrócił do rzeczywistości, ale
nie mógł już nic zrobić. Bryła metalu, plastiku i szkła, w której był
zamknięty, ślizgała się siłą swojej prawie dwutonowej bezwładności.
Rzuciło nim kilka razy na boki. Potem okręciło wokół osi. Czas zwolnił.
Wyostrzone zmysły rejestrowały chłodno wszystkie szczegóły: auto z naprzeciwka, zbliżające się drzewo, rów...
- Nic się panu nie stało?
Uniósł głowę znad kierownicy, na którą go rzuciło, kiedy samochód
wreszcie się zatrzymał. Odchylił się do tyłu, aż plecy znalazły oparcie
fotela. Mocno zacisnął powieki, pocierając jedną kciukiem, drugą palcem
wskazującym prawej dłoni.
- Człowieku! Żyjesz?
Zdenerwowany mężczyzna otworzył drzwi samochodu, który przednimi kołami
wjechał do rowu, tak że wisiały w powietrzu. Przyglądał się rozbieganymi
oczami kierowcy.
- Całe szczęście, że w ciebie nie wjechałem! Ale nieźle cię rzucało! OK?
Kierowca ciągle milczał. Nieruchomy w fotelu. Z dłonią przy oczach. Z dziwnym grymasem twarzy wywołanym ściągniętymi brwiami i zaciśniętymi
niemal kurczowo powiekami.
- Odpowiedz coś, facet! Jezu!
Roztrzęsiony mężczyzna miał ochotę złapać kierowcę za ramię i potrząsnąć
nim. Ale coś, co emanowało z nieruchomego jak rzeźba Graleckiego,
powstrzymało go. Zamiast tego sięgnął po telefon komórkowy i zaczął
wybierać numer.
Jakby przypomniał sobie nagle o oddychaniu, kierowca drgnął, wciągając
głęboko powietrze.
- Nic mi nie jest... - przetarł dłońmi twarz.
- Człowieku. Kilka sekund później i nie mógłbym nic zrobić. Zabiłbyś
mnie i siebie!
Mężczyzna z telefonem w dłoni wydawał się coraz bardziej zdenerwowany.
- Przepraszam, że pana przestraszyłem.
- Nigdy nie widziałem trupa - powiedział to bardziej do siebie i zamyślił się. Opuścił telefon.
- Żyję. Dzięki Bogu nic się nikomu nie stało. Jeszcze raz przepraszam. I dziękuję za pomoc. Musiałem zasnąć za kierownicą.
Mężczyzna pokiwał głową. Z głośnika jego telefonu dobiegał głos
dyspozytora. Przerwał połączenie. Napięcie dopiero teraz zeszło z niego.
Rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie, odwrócił się i odszedł do samochodu
zaparkowanego kilka metrów dalej, po przeciwnej stronie szosy.
- Mogę mieć jeszcze do pana prośbę?
Nie wiadomo, czy mężczyzna nie usłyszał, czy też złośliwie nie chciał
słyszeć. W każdym razie zawarczał silnik i jego samochód ominął auto
tkwiące do połowy w rowie. Nie pomogły też wymachiwania Fiodora i kolejne nawoływania. Wysoki, mierzący ponad metr dziewięćdziesiąt
Gralecki został sam po pas w trawie przed maską swojego wozu. Starego
jeepa cherokee. Z rozłożonymi rękami wyglądał jak strach na wróble.
Trochę się namęczył, wypychając auto w pojedynkę, ale po kwadransie się
udało. Klapnął na fotel i przez chwilę odpoczywał, uspokajając oddech.
Wtedy zatrzeszczała komórka. Dla połączeń przychodzących z pracy ustawił
sobie dzwonek, który brzmiał jak szumiąca, przerywana statycznymi
zakłóceniami wiadomość nadawana przez krótkofalówkę: "Do wszystkich
patroli. Kod 148. Powtarzam. Kod 148". Odebrał telefon.
- Fiodor Gralecki.
- Hej - usłyszał w słuchawce głos partnera. - Ten pojeb znowu wypełzł z najmroczniejszych pieprzonych zakamarków swojego pojebania.
- A jaśniej, bez tego baroku?
- Ręka, noga, mózg na ścianie. - Konrad zrobił pauzę. - A czym się
ostatnio zajmujemy?
- Rozumiem - westchnął Fiodor. - Jadę.
- Wyślę ci adres esemesem.
Kod 148 w policyjnym protokole oznaczał morderstwo. Gralecki się
rozłączył.
Komórka odezwała się świstem przecinającego powietrze noża i jego
terkotem, kiedy wbijał się w drewniany cel. Był to sygnał nadejścia
esemesa. Czasami Fiodor go zmieniał i ustawiał zamiast niego odgłos
strzału.
Rozdział 4
4
Ta gorsza strona miasta. Najczęściej po drugiej stronie rzeki. Tutaj
jest brzydziej. Tutaj jest taniej. Tutaj mieszkają gorsi ludzie. Jeżeli
w ogóle zdarzają się jakieś kolory, to na rozsypujących się szyldach i przywiędłych reklamach. Brud, który nikomu nie przeszkadza. Tłuste
światła. Radość wśród tych uliczek jest jak uśmiech szczerbatego starca.
Rodzą się albo lądują tutaj ludzie z podartą nadzieją.
Szara kamienica. Podziubana rozkładem jak cera z bliznami po ospie.
Poobijana. Kanciasty wieloryb, który wypłynął na brzeg, żeby skończyć ze
sobą.
Fiodor Gralecki zatrzasnął drzwi auta. Stało już kilka policyjnych
radiowozów. Pogoda w dalszym ciągu nie miała dzisiaj humoru. Nad dachami
zawisły ciemne chmury, a wiatr syknął ponuro, rozwiewając po chodnikach
i ulicach drobniejsze śmieci.
Ruszył do drzwi. Policjant, który pilnował wejścia, kiwnął przyzwalająco
głową. Fiodor Gralecki niechętnie dał się połknąć budynkowi. Od razu
poczuł się brudny. Po rozchwierutanych starych drewnianych schodach
wspiął się na drugie piętro.
- Coś, o czym powinienem wiedzieć? - Fiodor wskazał na gazetę, którą
czytał jego partner Konrad Janowiec. Oparty o poręcz na półpiętrze
klatki schodowej między drugą a trzecią kondygnacją.
- Słabo, Gral. Mogę ci streścić wiadomości jednym zdaniem. Chujnia z grzybnią tak jak wczoraj. I jutro.
- Znowu jestem o trzy zeta do przodu. Nieźle pożyję na emeryturze. A te
ochłapy z ZUS-u będę mógł na cele charytatywne rozdać.
Konsekwentnie od kilku lat Fiodor nie czytał gazet i ignorował
wiadomości telewizyjne. Ileż można słuchać sensacji dnia o molestowaniu
dzieci przez rodziców, księży, nowej wojnie, nowym pretekście do wojny,
nowym ataku terrorystycznym, o okrutnym morderstwie, szokującym nałogu
ośmiolatka, który pali dwie paczki papierosów dziennie, o truciźnie
narkotyków, nowej aferze korupcyjnej, wyborach do pożal się Boże
parlamentu...
Wystarczyło mu brudu w pracy. Nie potrzebował więcej po służbie. Dziwił
się, że miliardy ludzi z wypiekami na twarzy czekają na ten syf każdego
dnia. Czyżby naprawdę ich życie było tak nudne, że tylko w ten sposób
wyciskali z siebie jakiekolwiek emocje?
W kuchni na lodówce w mieszkaniu Fiodora stała skarbonka w kształcie
tyłka. Codziennie od czterech lat wrzucał w szczelinę między pośladkami
trzy złote, które zaoszczędził, nie kupując gazety. Co tydzień lądował
tam też premiowy piątak, bo tyle kosztował jeden tygodnik. A raz na
miesiąc częstował zadek równowartością abonamentu radiowo-telewizyjnego.
- Czytasz tutaj, bo kibel zajęty? - Fiodor wskazał głową drzwi
mieszkania, gdzie znaleziono zwłoki. Były uchylone i stał przy nich
mundurowy, który z surową miną strzegł wejścia. Chyba krótko pracował w policji, bo w to stanie angażował więcej zapału, niż było potrzeba. A to
przecież trudne - stać aktywnie.
- Kurwa, te cioty laboratoryjne przecież cię nie wpuszczą, dopóki nie
zbiorą próbek wszystkiego. Nawet pierdów wypierdzianych w fotele.
- Wampir?
- A kto by się tak pierdolił ze śladami. Pedancik w kancik. Dwie
godziny. Chyba chcą znaleźć łupież i naskórek zabójcy do trzech pokoleń
wstecz.
Wampirem przezywano szefa techników. Chudego, bladego
pięćdziesięciolatka. Łysego jak kolano. Gdyby zdjął okulary i się
postarał, byłby z niego Nosferatu z przedwojennego filmu Murnaua. Ale
ponieważ się nie starał, wyglądał mimo charyzmatycznych warunków
fizycznych jowialnie, sympatycznie i... nijako.
- Nie przesłuchujesz?
- Aganiok nabiera wprawy. Niech się świeżak uczy. Dobre, kurwa, stopnie
w szkole nie zrobią z niego policjanta.
- Ty. Idź zapalić - mruknął Fiodor do partnera. - Stężenie mięsa na metr
kwadratowy nawet jak dla mnie staje się za duże.
- A gdzie będę chodził... - Konrad zamknął ze złością gazetę, aż
zaszeleściło. Wyciągnął papierosy i odpalił jednego. Uchylił okno na
półpiętrze.
Fiodor zauważył coś na pierwszej stronie, kiedy Konrad chował gazetę pod
pachę, ale nie zdążył zapytać.
- A panowie to też z policji, chociaż bez munduru, prawda?
Z mieszkania piętro niżej wyszła grubawa kobieta. O figurze kuli.
Żadnych wcięć. Ani wypukłości. Jedna wypukłość, z której wyrastały
cztery kończyny. Pod farbowanymi włosami około sześćdziesięcioletniej
matrony, z których chyba chwilę temu zdjęła wałki, błyszczały chytre
oczka. Prawą ręką albo lewą, na zmianę, w zależności, którą akurat nie
gestykulowała, ściskała pod szyją poły taniego szlafroka. Jakby obawiała
się, że wszyscy tylko czyhają, żeby zerknąć pod niego na jej obwisłe
kształty.
- Zabili go? - zapytała jeszcze bardziej ciekawskim tonem, skoro nikt
nie kwapił się, żeby zwrócić na nią uwagę.
- A skąd mamy wiedzieć. Odkurzacze sprzedajemy - wyszczerzył się Konrad.
- Domokrążcy. Handel obnośny, kurwa. Kupi pani? Zasysa tak, że sąsiadowi
niżej plomby z zębów powyrywa.
- Ma pani rację... - uciszył kolegę Gralecki. - Też jesteśmy z policji.
Chociaż nie mamy mundurów.
Zapadła cisza. Kobieta najwyraźniej nie zorientowała się, że to koniec
rozmowy. Policjanci stracili nią zainteresowanie i powinna sobie pójść.
Pauza wydłużała się. Kobieta spróbowała więc znowu swoich sił.
- No i?
- No i to my będziemy pani zadawać pytania.
Fiodor uciął temat. Ale kobieta wciąż na coś liczyła. Posapywała i wierciła ich wzrokiem ciemnych, cwanych oczek. Wychodziła wprost ze
skóry i szlafroczka, żeby się dowiedzieć czegoś, co będzie mogła obgadać
z podobnymi do siebie koleżankami, by pokiwać przy herbatce głową nad
ludzkimi losami. Oraz zapytać: "Dokąd ta ludzkość zmierza?". Kółko
emerytowanych mędrców świata. Które później obejrzy razem kolejny
odcinek Ojca Mateusza i poprawi to Wspaniałym stuleciem albo Koroną
królów.
- Nie było u pani jeszcze naszego kolegi? Taki rudy. Proszę zaczekać na
niego w mieszkaniu - zlitował się nad kobieciną Konrad.
- Ktoś pukał, ale... - mrugnęła filuternie. Wyszło, jakby robiła to
mątwa - poprawiałam urodę.
Konrad westchnął znacząco, mówiąc bez słów: "No i się nie udało". W dole
na schodach pojawiła się czerwona czupryna. Młody śledczy dołączył do
nich.
- Aganiok, ta pani nie może się, kurwa, doczekać, żeby zaprosić cię do
siebie i porozmawiać - Konrad wyszczerzył się w nieszczerym uśmiechu. -
Zrobiła się nawet na bóstwo.
- Aganiok? Pan się tak nazywa?
- Aha. A na imię ma Marusia - warknął Janowiec.
Zdumiona kobiecina wytrzeszczyła na nich oczy.
- Aspirant Łukasz Konecki - młody policjant wziął inicjatywę w swoje
ręce. - Pod którym numerem pani mieszka?
- Pod szóstką...
- Pukałem tam, ale nikt nie otwierał.
- Byłam akurat w łazience i układałam włosy... - próbowała uśmiechnąć
się zalotnie.
- Dobrze. Zejdziemy zaraz do pani i zadam kilka pytań. Tak?
- A mogę odmówić?
- Może pani, ale wtedy będziemy musieli wezwać panią na posterunek -
Konrad postanowił ją trochę nastraszyć i pomachał jej przed twarzą
kajdankami. - I przesłuchać bardziej oficjalnie.
Pech chciał, że w oczach kobiety błysnęło podniecenie. Czyli nie była to
dobra taktyka na pozbycie się emerytki. Spodobał jej się pomysł na taką
rozrywkę w jej raczej monotonnym życiu.
- Masz coś interesującego? - Fiodor zagadnął Rudego.
- Trudno powiedzieć. Spiszę to wieczorem w raport i prześlę. Na pewno
nie ma żadnego rysopisu. Nic też nie zwróciło uwagi sąsiadów. Dopiero
teraz, kiedy dowiedzieli się o morderstwie, zaczynają sobie przypominać
różne rzeczy.
- Czyli go zabili! Wiedziałam! - wypaliła triumfalnie kobiecina.
- Wiedziała pani? - zmierzył ją surowym wzrokiem Gralecki.
- To znaczy... nie wiedziałam wcześniej... Tylko jak zobaczyłam
radiowozy i policję, to wiedziałam.
- Chyba dużo pani wie?
- Chyba panowie mnie o nic nie podejrzewają?
- Najwyżej o wścibstwo i, kurwa, podsłuchiwanie... - mruknął pod nosem
Konrad. Kobieta na szczęście nie miała szans tego usłyszeć.
- Tu jest mało mieszkań. Wszyscy się znają.
- W takim razie opowie pani wszystko, co pani wie, naszemu koledze... -
Fiodor uśmiechnął się, ale takim uśmiechem, który miał w sobie chłód
ostrego metalowego narzędzia. Kończył rozmowę i odsyłał uprzejmie do
diabła.
Wymienili jeszcze porozumiewawcze spojrzenie. Gralecki, Konrad i Aganiok. Po czym młody policjant zszedł z kobietą w szlafroku pół piętra
i zniknęli za drzwiami jej mieszkania.
- Chodź. Poprzeszkadzamy trochę laboratoryjnym szczurom - powiedział
Fiodor. I ruszył schodami do mieszkania, gdzie znaleziono zwłoki.
Rozdział 5
5
Fiodor pchnął uchylone drzwi, zastukał w nie i zażartował.
- Puk, puk. Policja. Otwierać - wszedł do mieszkania, a Konrad za nim.
- Gral... - łysy szef techników się nie zaśmiał. Zmierzył wysokiego
policjanta zmęczonym spojrzeniem zza okularów, bez cienia uśmiechu. -
Jeszcze chwilę. Zaraz będziecie mogli wejść i robić swoje.
Wampir, czyli Jonasz Bławat, nie wyglądał obecnie jak krwiopijca, a bardziej jak kosmonauta. Czy też raczej członek oddziału od skażeń
chemicznych. Ubrany był w biały pełny kombinezon z butami. Głowę
przykrywał mu kaptur, odsłaniający tylko twarz, na której z kolei miał
białą maseczkę. Dłonie pokrywały lateksowe rękawiczki.
- Skoro już kończycie, to daj nam ochraniacze na buty, rękawiczki, coś
na włosy i się rozejrzymy.
Jonasz Bławat westchnął z rezygnacją.
- No dobra, Gral. Możecie iść do salonu. My kończymy sypialnię i łazienkę.
- To co? Mamy coś założyć?
- Nie. Zebraliśmy i zabezpieczyliśmy tam wszystko. Więc możecie
zanieczyszczać miejsce zbrodni do woli - powiedział to tak, jakby
policjanci wyłącznie tym się zajmowali. Psuciem mu roboty przez swój
zbyt luźny stosunek do niepozostawiania śladów w miejscach, które badał.
Od śladów nieczystych butów przez odciski palców po DNA...
- Serio? - ożywił się Konrad. - Mogę klocka tam nawet postawić?
- Ha, ha. Boki zrywać - skrzywił się Wampir i przez chwilę wyglądał
wampirycznie.
- Super, że nie musimy niczego zakładać. W tych czepkach na włosy
wyglądalibyśmy jak małpy w kąpieli...
- A kto cię tu zobaczy? - wzruszył ramionami Fiodor.
- No właśnie, Gral. Chodź, pokażę ci coś.
Zostawili szefa techników w przedpokoju i poszli w stronę, którą
wskazywał jego palec.
- Wiesz, ktoś mógłby mnie z zaczajki sfotografować w tym czepku -
próbował obrócić w żart to, co chciał przekazać koledze - i mój
wizerunek medialny szlag by trafił.
Konrad zaprezentował partnerowi pierwszą stronę codziennego brukowca:
PICASSO - ZWYKŁY MORDERCA CZY ARTYSTA ZBRODNI?
Pod nagłówkiem były kiepskiej jakości powiększone zdjęcia poprzednich
zwłok, które znaleźli.
- To któryś z naszych musiał pstryknąć telefonem i sprzedał do gazety.
Artykuły podpisane oczywiście EDA.
- Czyli nie przestała... - zasępił się Fiodor.
- A czego się spodziewałeś? Że twoja była trafi na dziennikarską żyłę
złota i przestanie o tym pisać?
- Ej, ej! Moja była? Ja bym tego nie nazwał nawet romansem - bronił się
Gralecki. - Dwa lata temu skończone. Jak tylko odkryłem, że mnie
wykorzystała.
- Dobra, Gral. Nie dąsaj się, kurwa, za odrobinę złośliwości. Świadomie
czy nie, ale też byłeś jej informatorem.
- Yhm - mruknął. - No dobra. Należy mi się.
Weszli do salonu, gdzie znaleziono trupa.
- O chuj, kurwa, dupa, pizda, cycki... - westchnął Konrad.
- Właściwie to mężczyzna, więc żadnego z wymienionych przez ciebie
szczegółów bym się nie spodziewał. Poza pierwszym.
- I dupa. Wspólna jest przecież.
Ale Gralecki już go nie słuchał. Zapadł się w siebie. Pozwolił zmysłom
działać swobodnie. Rozum, logikę i krytyczną ocenę wycofał najgłębiej,
jak mógł. Nie wierzył w świat nadzmysłowy, w zjawiska paranormalne, ale
wierzył w nieodkryte jeszcze funkcje mózgu. W końcu świadomie
wykorzystujemy go zaledwie w 10 procentach. Otworzył się na wrażenia.
Wdychał najdrobniejsze detale. Chłonął kształty, zapachy, barwy.
Ułożenie rzeczy. Nawet tych pozornie nieistotnych.
Mieszkanie było zadziwiająco ładne i luksusowo urządzone jak na
kamienicę w tej rozpadającej się dzielnicy. Widać, że właściciel
mieszkał tu, bo lubił. Nie miał problemów z pieniędzmi.
Salon, podobnie jak wszystkie pomieszczenia mieszkania, był przestronny
i wysoki. Jedna ze ścian, najdalsza od drzwi, odarta została z tynku.
Nierówna faktura cegły otaczała zabytkowy kominek. Resztę ścian
pokrywały tapety z tkaniny w stonowanych pastelowych kolorach. Na
podłodze z ciemnego drewna odcinał się gruby, dobrej jakości dywan, na
którym poustawiano solidne, ciężkie meble z drewna, obite purpurowym
materiałem: fotele, kanapę, podłużny stolik. Stało tu też kilka szafek w różnych rozmiarach, przeszklonych i nie. A na wielkich oknach
zaciągnięto grube atłasowe zasłony jak kurtyny w teatrze.
Całość kojarzyła się z muzeum. Scenografią z filmu kostiumowego. Przełom
dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Ale ktoś, kto projektował to
wnętrze i tu mieszkał, nie miał zamiaru ukrywać, że to tylko taka
stylizacja. Nowoczesność w takim stylu.
W kluczowych punktach technicy rozstawili reflektory, żeby mocne światło
jak najrówniej wydobyło każdy szczegół i odkryło to, co mogło pomóc w śledztwie. Żarówki rzucały na ściany niepokojące cienie. Od zapachu
zakrzepłej krwi i śmierci cierpła skóra na plecach. Muchy już
interesowały się denatem. Ich bzyczenie dopełniało wrażenia nieznośności
sytuacji.
Nagi trup znajdował się na jednym z foteli. Morderca tak jak w poprzednich przypadkach rozczłonkował ciało. Odciął od tułowia głowę i kończyny. A potem przyszył je według swojej chorej fantazji. W miejscu
głowy była przyszyta prawa noga. Lewa noga znajdowała się na miejscu
lewej ręki. Prawa ręka przyszyta była do tułowia w miejscu prawej nogi.
Lewa ręka tam, gdzie normalnie była prawa. Głowa... Ją zabójca umieścił
w miejscu lewej nogi.
Na ciele nie było śladów krwi. Cięcia były równe i czyste. Szwy zrobione
szarą dratwą układały się starannie i prawie zlewały z kolorem skóry.
Fiodor starał się unikać wzrokiem twarzy zamordowanego. Jego oczy i usta
otwierały się szeroko, jak tunele, które chciały wessać uwagę
patrzących. Błagały o współczucie. Albo miały pretensję, że nikt temu
nie zaradził. Blada skóra zaczynała już nosić pierwsze znaki rozkładu.
I to cholerne, ciężkie brzęczenie much.
Chaotyczny kształt poskładany z ludzkich kawałków... Siedział?
Półleżał?... W fotelu na tle tapety. A za fotelem morderca rozbryzgał na
ścianie krew, która tworzyła rozłożony ogon upiornego pawia.
Nie da się do tego przyzwyczaić. Dziesięć lat w policji w wydziale
zabójstw nie zmieni twojej wrażliwości. To kłamstwo, jeśli ktoś twierdzi
inaczej. O ile, rzecz jasna, masz wrażliwość. Z każdym kolejnym trupem,
którego widzisz, uczysz się tylko lepiej nad sobą panować. Udawać spokój
i chłód wobec zbrodni. Tego przecież oczekuje się po śledczych.
Profesjonalizmu i niezmąconego emocjami umysłu. Fiodor Gralecki umiał
założyć maskę obojętności od wielu lat.
Nieokreślone myśli krążyły mu po głowie. Dym. Strzępy słów, które nie
układały się w odpowiedzi. Jest człowiek. Pełen życia i energii... A za
chwilę zmienia się w martwe kilogramy mięsa. Fiodor nie umiał nawet
jasno zdefiniować tego, co go trawi. Po prostu martwe ciało tak bardzo
różniło się od człowieka, że nie umiał tego pojąć. Stanęły mu przed
oczami obrazy z dzieciństwa. Płonący dom, w którym zginęli jego rodzice
i brat. Zgliszcza. Zwęglone szczątki najbliższych.
Zanim zaczął zadawać sobie pytania: czym jest życie? jaki jest sens? i tym podobne, wrócił do rzeczywistości.
Uspokoił oddech.
Chłodno omiatał wzrokiem miejsce zbrodni. Starał się znowu maksymalnie
rozluźnić. Jedynie usta lekko mu się napięły, tworząc ledwie zauważalny
dziubek.
- Rozkręca się... - rzucił refleksyjnie Konrad.
- Serio? - mruknął w odpowiedzi Gralecki, nie przestając gapić się niby
na ciało, a tak naprawdę w punkt gdzieś w tamtym kierunku, ale poza tym
salonem, tą kamienicą i tą chwilą.
- Aha... - niższy policjant spojrzał na partnera jak uczniak wyrwany do
odpowiedzi. - Czego nie zauważyłem?
- Rozejrzyj się jeszcze raz.
- I pomyśl? - Konrad westchnął i uniósł pytająco brwi.
- Jakby się dało... - mruknął Fiodor i ruszył z miejsca, w którym stał
przez dobre kilka minut. Przeskanował już miejsce z szerszej
perspektywy, przyszła pora na szczegóły. Zatrzymał się przy fotelu z trupem i przyglądał rozbryźniętej krwi.
- No tak, ten jest pierwszy - stwierdził Konrad. - Tylko znaleźliśmy go
dopiero teraz.
- Jeszcze będą z ciebie ludzie - rzucił Gralecki.
- Połowa przyjemności po mojej stronie...
Znowu zapadła cisza. Konrad nie mógł się skupić. Tak jakby skupienie
partnera było czarną dziurą, która wysysa z przestrzeni cały potencjał.
Gral skupiał się za dwóch. A może nawet za trzech, czterech... i Janowiec nie miał obok niego miejsca dla siebie. Czuł się w związku z tym jak piąte koło u wozu, a przynajmniej nieswojo. Żeby zrobić
cokolwiek, przerwał ciszę.
- Robimy coś z tym przeciekiem? - zanim się odezwał, już wiedział, że to
głupie zagajenie. Ale i tak to powiedział.
- To chyba działka wewnętrznego? - Gral zmierzył partnera niewidzącym
wzrokiem i wrócił do badania miejsca przestępstwa. - Mamy co robić.
- A nie wkurza cię?
- Co poradzisz? Mleko się rozlało.
- Media wywołają panikę. Panika wywoła z lasu, kurwa, polityków.
Politycy wywołają nas do odpowiedzi i, kurwa, będziemy mieli bardziej
przejebane, niż mamy.
- Zawsze mamy, dopóki go nie złapiemy. Edyta napisała już o tych
trupach. Zaraz rzucą się na temat pozostałe pijawki i już tego nie
zatrzymasz.
- Ale przynajmniej nie będą nam patrzeć na ręce, jeżeli chujka
wyeliminujemy.
- Ta nasza psia buda jest pełna dziur. Nie rozpraszaj się. Potrzebuję
twojej drugiej głowy. Co dwie... to wiesz... Za chwilę i tak trzeba
będzie konferencję prasową zwołać i wydać jakieś oświadczenie.
- Ale nie muszą zaraz znać, kurwa, wszystkich szczegółów non stop.
- Trzeba mu to udowodnić.
- I dać nauczkę. Domyślasz się?
- Musiał być przy obu ciałach, a różne osoby je znalazły. Mundurowi,
którzy pilnowali miejsca, też się zmieniali. Poza tym nie sądzę, żeby
Edyta gustowała w zwykłych krawężnikach. Jeżeli to nie Wampir ani nikt
od niego i nie my... to... yhm - pokiwał głową. - Domyślam się.
- To czemu nic nie zrobisz? Bo też dałeś się jej wykorzystać? - brak
reakcji. - Ale moim zdaniem miarka się przebrała.
- W końcu sam się opamięta.
- Gral... on nam bruździ...
- Jak chcesz.
Chwilę ciszy, która zawisła między partnerami, przerwał rudy stażysta
Łukasz Konecki.
- Dobra. Przepytałem wszystkich. Na razie tylko plotki. I polskie
piekiełko. Że ciota, że to pewnie jakiś jego gach, że pedalska zemsta,
że żyd, że bogaty, że złodziej, że sobie zasłużył, że kara boska, że...
- rze... żucha - beznamiętnie mruknął Fiodor.
- Co?
- Zaczyna się od "rze".
- Aha... - młody nie dał się zbić z tropu, mówił dalej: - Trzeba będzie
ich jeszcze raz przesłuchać. Jak sobie poprzypominają naprawdę istotne
rzeczy. Spisałem ich dane i...
Nic nie mówili. Tylko patrzyli na niego. Aż on też zamilkł. Przesuwał
wzrok z jednego na drugiego.
- Co?
- Nic.
- Mogę obejrzeć miejsce zbrodni?
- Po co?
- Jak to? No... Uczę się... Nabieram doświadczenia... Może się na coś
przydam...
- Żartowałem - uśmiechnął się półgębkiem Konrad.
- To przydaj się - powiedział Fiodor z twarzą niezdradzającą żadnych
emocji. - Co myślisz?
- Zastanawiam się, czy to upozowanie ma jakieś znaczenie. Czy jest jakiś
klucz w tym, jak zamienia części ciała, kiedy je obcina i na nowo
przyszywa. Tułów siedzi prosto. Zamiast głowy wyrasta mu noga. Obok jest
noga zamiast ręki i ręka, ale zamieniona stronami. Zobaczcie. Jest jakaś
symetria w tym chaosie. Góra jest jak parodia czapki błazna.
- Stańczyka? - odezwał się Janowiec.
- Ogólnie.
- A głowa przyszyta tam, gdzie powinna być lewa noga? - zapytał
Gralecki.
- Do góry nogami. Świat do góry nogami. Jego życie do góry nogami i ta
ekspresja rozbryzganej krwi...
- Czyli, że artysta tak? - Fiodor podniósł gazetę, prezentując pierwszą
stronę.
- Picasso? - zapytał Konrad.
Patrzyli na niego, ale tym razem go nie speszyli.
- To wymysły brukowców - wzruszył ramionami. - Ale przecież seryjni,
jeżeli nie ukrywają ciał, to chcą światu coś pokazać. Coś
zamanifestować.
- Picasso? Dla mnie bardziej Dali - zamyślił się Gral. - Lub Bosch.
Do salonu zajrzał Wampir.
- Skończyliśmy i będziemy się zwijać. Macie wolną chatę.
- Nie zostaniesz na imprezę? - zażartował Konrad.
- Nie gustuję w facetach i trupach.
- Auć...
- Wnioski? - zmienił temat Gralecki.
- Nie masz swoich?
- A tak miło było...
- Najbardziej jemu - Janowiec wskazał trupa.
- Ja tylko badam ślady i podaję wam fakty i dane. Nara.
Szef techników odwrócił się i znikał już w głębi korytarza, kiedy
zatrzymał go stanowczy głos Graleckiego.
- Wampir. Chodź tu jeszcze na chwilę, bo nie chce mi się zakładać
rękawiczek.
- No?
Fiodor przykucnął i wpatrywał się w ekspresyjnie otwarte usta trupa.
Uwagę śledczego przykuło coś na górnym zębie.
- Sprawdź górne zęby - Gralecki wskazał na głowę.
Mężczyzna w białym kombinezonie się pochylił. Palcami zabezpieczonymi
lateksem odgiął górną wargę. Na zębie widniało wyraźnie napisane "3".
- Było wcześniej coś takiego u pozostałych.
Wampir się zmieszał. Nie wiedział, co powiedzieć.
Rozdział 6
6
Przypadek.
Musi być. Jest najważniejszy w jego metodzie. Zostawia ślady, ale tylko
takie, które chce. Które przewiduje. Niech psy mają za czym gonić. Niech
się zmęczą. Niech mają nadzieję i niech ją tracą. Bo on wszystko
przewidział. Gra nimi.
Morderca obserwuje setki... tysiące twarzy... Aż w końcu decyduje...
Ten. On będzie następny. Przypadek. Generator zdarzeń losowych w jego
głowie. Choć oczywiście nie do końca. Bo wybierał ofiary tak, żeby
pasowały do układanki. W tym nie było przypadku. Ale ostatni impuls nim
był. Kaprysem. Ślepym losem. Ten impuls, który podnosił mordercę z krzesła i łączył pajęczą nitką z kolejną ofiarą.
Do wzoru pasowało przecież tak wiele twarzy, ale na końcu to przypadek
decydował, że dziś będzie to właśnie ten.
Morderca dopija ostatni łyk kawy. Kiedy odkłada filiżankę, przesuwa ją
tak żeby uszko było równoległe do łyżeczki na tym samym spodku. Dopiero
wtedy zaczyna iść wmieszany w tłum za tym, którego wybrał.
Będzie go obserwował tak długo, aż podejmie decyzję, gdzie, kiedy i jak
doprowadzi do konfrontacji. To może trwać dwa dni, trzy, nawet tydzień.
Bez pochopnych, emocjonalnych działań. Musi być pewny. Bez
niespodzianek. Czas nie był elementem układanki. Wzór był. Bez
emocjonalnych, pochopnych działań.
Uspokoił oddech. Włączył w głowie muzykę. Mozart. Wesoła melodia.
Morderca odprowadza śledzonego mężczyznę aż do biurowca, w którym ten
znika. Pozostaje blisko. Ale niewidoczny jak cień. Ofiara niczego nie
podejrzewa. Ma niczego nie podejrzewać. Zrelaksowana po lunchu, wraca do
pracy. Przez szklane drzwi widać, jak przechodzi przez elektroniczne
bramki przy recepcji, używając magnetycznej karty. Wsiada do windy.
Znika.
Morderca patrzy na zegarek. Do końca dnia pracy wybranego zostało
cztery, pięć godzin. Tak przewiduje, oceniając po garniturze, piętrze,
na którym zatrzymała się winda i charakterze biurowca. Przez krótką
chwilę morderca zastanawia się, czy ofiara dojeżdża do pracy metrem.
Nie... wyczuwa, że ten typ musi mieć dobre auto. I chętnie się nim
chwali. Ale czy jego pozycja pozwala na parkowanie w podziemiach? Czy
jednak któreś z miejsc parkingowych na zewnątrz?
Morderca nie chce wiedzieć wszystkiego o ofierze. Szczegóły życia
wybranego są nieistotne. Koncentruje się tylko na tym, co pozwoli mu na
jego łatwe przejęcie, gdy nadejdzie czas. Czyli plan dnia. Godziny.
Rozkład zajęć. Adresy miejsc, które odwiedzał. Te rzeczy. Cała reszta,
którą ofiara była, jest nieistotna. Całą resztę morderca dopowie sam.
Dopisze to, kim ofiara ma się stać. Stworzy ją tak, jak chce. Na swój
obraz i podobieństwo?
Rozdział 7
7
Głośna klubowa muzyka oparta na jednostajnym bicie nie pozwala na
głębsze zamyślenie. Otępia. Ciała wyginające się nienaturalnie w jej
rytm, malowane na mroku kolorowym światłem, przywołują ze wspomnień
niepokojące obrazy.
Bosh. Fiodorowi przez głowę przepływa jego malarstwo. Dołączają też
dzieła Salvadora Dalego. I... Picassa. Wyobraźnia częstuje go również
przebitkami ciał, które znajdowali od dwóch tygodni. Nierzeczywiste
kształty. Niestworzone przez naturę. Dzieła chorego umysłu. Koszmarne
dzieła człowieka.
Siedział przy barze. Popijał sok grejpfrutowy. Mimo że otaczał go tłum
jak w metrze w godzinach szczytu, czuł się absolutnie sam. Jak na
pustyni. Pasowało mu to. Było jak medytacja. Niewidzialność.
Było coś fascynującego w tym, że on, wysoki, przystojny brunet o ciemnej
karnacji i czarnych oczach, nie zwracał niczyjej uwagi. Dopił, pogryzł
niestopione kostki lodu, zapatrzony gdzieś poza pulsujący w dziwnych
pozach tłum.
Amelii nie było w domu. To znaczy, że miała jeden z "tych" dni. Nie
wiedział, gdzie jej szukać. Ale musiał ją znaleźć. Tutaj jej nie było.
Musiał sprawdzić inne miejsca. Wyszedł z klubu, zatrzymał się na chwilę
i zaciągnął chłodną nocą. Istniał prawdopodobny rejon, a w nim
prawdopodobne knajpy, gdzie mogła być.
Przez pół godziny krążył po mrocznych uliczkach i zaułkach. Ponury jak
cień. Zamyślony. Działający na autopilocie. Nawet nie zauważał, że
ludzie schodzą mu z drogi.
Siedziała przy barze i wyraźnie miała już dość. Jakiś napalony koleś
zamierzał właśnie postawić jej kolejnego drinka. Obok dłoni Amelii stały
dwie puste szklanki. Fiodor domyślał się, że sporo innych zostało już
sprzątniętych. Jej towarzysz ślinił się na łatwy podryw.
Głowa dziewczyny Fiodora niekontrolowanie opadała. Oczy miała zamglone
alkoholem. Przeżuwała coś w pustych ustach. To był jej charakterystyczny
tik, kiedy była pijana.
Znalazł się przy niej, kiedy spocony, łysiejący czterdziestolatek o bladej cerze, odwrócony plecami, dobijał akurat targu z barmanem. Oczka
błyszczały mu chytrze i z podniecenia. Oczami wyobraźni widział już, co
za chwilę będzie robił.
Gralecki z czułością chwycił Amelię za ramiona. Jego oczy, które jeszcze
przed chwilą odstraszały przechodniów, zmiękły. Spotkali się wzrokiem.
Nie wytrzymała spojrzenia. Pełna poczucia winy opuściła otumanioną
alkoholem głowę. Postawił ją na nogi. Przytuliła się do niego. O głowę
niższa.
- Ej, stary - zabrzmiał niezadowolony głos sponsora drinków - zaczekaj
na swoją kolej.
Fiodor nie zareagował. Tylko zwęziły mu się oczy. Ale facet naprawdę
chyba był niezadowolony, bo dźgnął go kilkakrotnie w plecy palcem.
- Sporo zainwestowałem w tego lachona.
Gral błyskawicznie, a mimo to płynnie, jakby to był balet, usadził
Amelię znowu na stołku i obrócił się do natręta przodem. W tym samym
ruchu lewą ręką prawie zmiażdżył nadgarstek wycelowanej w niego dłoni, a prawą chwycił ucho faceta. Zrobił to jak wąż atakujący zdobycz.
- Zainwestuj lepiej w odrzutowe trampki, bo jeśli za pięć sekund ja będę
cię tu jeszcze widział, to ty nie zobaczysz już więcej swojego ucha -
syknął wprost do naciągniętej boleśnie małżowiny. Zaczął odliczać. -
Pięć...
Maska wściekłości, w którą zmieniła się twarz Fiodora, a przy tym
spokojny i lodowaty głos, sparaliżowały łysiejącego blondyna. Po chwili
zaczął wydawać jakieś niejasne dźwięki, a w jego oczach błysnęła
rozpacz. Najwyraźniej chciał spełnić polecenie Grala. Ale nie dość, że
ten wciąż go trzymał, to jeszcze całym ciężarem przydepnął mu stopę.
Mężczyzna kurczył się w oczach. Ale nie był Davidem Copperfieldem i nie
potrafił zniknąć. Bał się więc coraz bardziej.
Śledczy takim samym wężowym ruchem jak zaatakował podrywacza, płynnie,
szybko i z gracją stracił nim zainteresowanie.
- Zero... - skończył odliczać Gralecki.
Facet osunął się jak flak na podłogę. Na czworakach odpełzał od baru.
- Chodźmy.
Gral przytulił Amelię i pocałował ją we włosy. Pokiwała posłusznie
głową. Przez mgłę alkoholu przebiły się iskierki łez w jej oczach.
Żyli ze sobą przez prawie rok. Amelia była piękna i pęknięta. Porysowana
tak jak Fiodor. Pasowali do siebie. Fiodor nie wyobrażał sobie życia bez
niej. I nie chciał żyć bez niej. A rysa na jej duszy sprawiała tylko, że
czuł więcej. Więcej niż żywy trup, za którego się uważał, nim ją
spotkał.
Fiodor przestał pić i interesować się używkami mniej więcej, kiedy
przekroczył trzydziestkę. Jakieś pięć lat temu. Po prostu mu się
znudziło. Wcześniej od nastolatka nie żałował sobie niczego. Pił i ćpał,
kiedy tylko miał okazję. Jedyną zasadą z narkotykami było, że nie bierze
żadnej chemii ani nie kłuje się w żyłę. Tylko naturalne substancje,
które może i przetworzone, ale wzięły się z rośliny. Zatem wdychał i łykał: marihuanę, haszysz, opium, grzyby, kokainę, pejotl i może coś, o czym nie pamiętał. Nawet kiedy już był gliniarzem. Ba! Zdarzało się, że
to wykorzystywał, żeby się nawalić po taniości. Ale któregoś dnia
obudził się i po prostu nie chciał. Znudziło mu się. Może dlatego, że po
tylu latach świat na trzeźwo wydał mu się większym odlotem niż po pijaku
czy na haju.
Teraz... Zdarzało mu się wypić lampkę szampana w sylwestra, czy butelkę
piwa w upalne dni. Ale ilość, którą wypijał w ciągu roku, nie
zadowoliłaby przeciętnego faceta na jednej imprezie.
Używki, w których teraz się rozsmakował, to czarna kawa bez cukru i bezalkoholowe piwo. Poza tym Gral podświadomie lubił wszystko, co
gorzkie w smaku: grejpfruty, cykorię, bezalkoholowe piwo zombeer, sery
pleśniowe, migdały, czy też czekoladę z zawartością 100 procent kakao.
Amelia też tak smakowała.
Poznali się w trakcie jednego z kilkudniowych autodestrukcyjnych ciągów
Amelii. Dyskoteka. Gral stał akurat przy pisuarze, kiedy jakiś byczek
właściwie wniósł ją do kibla, przewieszoną przez ramię, bezwładną. Nawet
nie zwrócił na Fiodora uwagi, tylko od razu skierował się do kabiny.
Zatrzasnął drzwi.
Fiodor zastukał.
- Zajęte.
- Ja nie do ciebie, do niej.
- Co?
Koleś się wkurzył. A że był z tych pewnych siebie samców alfa, otworzył
drzwi i zaprezentował umięśnioną sylwetkę tak, żeby było jasne w mowie
ciała, że nikt mu nie podskoczy.
- Zostaw ją.
- A ty co za jeden? Spierdalaj.
- Ta pani nie ma na ciebie ochoty.
- Nic nie powiedziała. A milczenie oznacza zgodę.
- Raczej taki jesteś interesujący, że zasnęła...
Kiedy Gral wskazał na blondynkę, która bezwładnie prawie leżała na
sedesie, nieprzytomna, byczek mimowolnie zerknął. A wtedy dostał
zamaszystego kopa między nogi. Zgiął się, jednocześnie wracając
spojrzeniem do Fiodora. Na twarzy odmalowało mu się chyba zdziwienie
przemieszane z wyrzutem. Ale śledczy nie miał czasu się przyjrzeć, bo
wtedy prawym sierpowym złamał pakerowi nos. Kilogramy mięśni osunęły się
na podłogę i droga do Amelii była wolna. Pochylił się nad nią, z łatwością ją podniósł i wyszli.
Dalsza część wieczoru była nie mniej romantyczna. Świeżo poznana
blondynka dostała zapaści, kiedy wsadził ją do auta, i zarzygała mu cały
tył. Zawiózł ją do szpitala i zostawił na ostrym dyżurze. Czekało ją tam
płukanie żołądka i oczyszczające kroplówki. Fiodor miał awersję do
szpitali, więc się zmył. Ale ponieważ wcześniej przeszukał kieszenie
kobiety i znalazł jej dokumenty, wiedział, gdzie mieszkała.
Czekał na nią z bukietem kwiatów. Nie poznała go. Potraktowała to po
prostu jako podryw. Wyrzuciła kwiaty bez zastanowienia do kosza. Po czym
zawahała się i jednak jeden wyciągnęła. Najbardziej polny.
- Zaproś mnie lepiej na kawę albo na drinka. Bez tych całych wstępów -
pokazała na kosz z kwiatami. A ponieważ Fiodorowi zabrakło języka w gębie, dodała. - Jeśli ma coś z tego być, to po kilku minutach rozmowy
będzie jasne.
- To ja odwiozłem cię na pogotowie.
- Aha... W takim razie... coś już o mnie wiesz... - teraz ona wydawała
się lekko zakłopotana. - Zaproś mnie więc na kawę.
Tego samego dnia poszli ze sobą do łóżka, a trzy dni później zamieszkali
razem. Przywarli do siebie z siłą, jaką daje nadzieja, że spotkałeś
swoją drugą połowę.
Rozdział 8
8
Salka miała około trzydziestu metrów kwadratowych powierzchni. I to
musiało wystarczyć, żeby pomieścić wszystkich śledczych Komendy Głównej.
Przypominała połączenie klasy lekcyjnej z salą konferencyjną.
Tanie krzesełka trzeszczały, kiedy grupa złożona w większości z mężczyzn
oraz kilku kobiet zajmowała miejsca. Aluminium i plastik. Blaty stolików
z laminowanej płyty.
Naprzeciwko wejścia na ścianie wisiały dwie duże tablice: korkowa i biała magnetyczna, po której można było też pisać zmywalnymi markerami.
Obok nich przytwierdzono mapę miasta z najbliższymi okolicami.
Zaznaczono na niej miejsca znalezienia zwłok. Mimo kilku zdjęć ofiar
sprzed śmierci i znalezionych ciał tablice robiły wrażenie pustych. Był
jeszcze duży płaski telewizor do materiałów wideo, na ruchomym ramieniu,
przytwierdzony do ściany tak, żeby niczego nie zasłaniał.
Gralecki i Janowiec z założonymi na piersi rękami przysiedli na blacie
biurka jak nauczyciele czekający, aż niesforni uczniowie wreszcie
zasiądą na miejscach.
Szef wydziału Paweł Warski przechadzał się zamyślony wzdłuż ściany z tablicami, przed biurkiem, jak wizytator.
Trochę trwało, zanim ucichły pogawędki i harmider związany z usadzaniem
się kilkunastu policjantów.
- Już? - warknął wreszcie zniecierpliwiony Warski, kiedy towarzystwo
uspokoiło się na tyle, że mógł się przebić.
Miał szacunek u podwładnych, ale zanim naprawdę się uspokoiło, ktoś
jeszcze kaszlnął, ktoś chrząknął, ktoś zaśmiał się kpiarsko...
- Wyciągnąć karteczki? - zażartował ktoś z sali.
Komendant nie skomentował. Przez chwilę zrobiło się naprawdę cicho.
Ciszę zagęszczała duchota i temperatura, która wzrosła w nieklimatyzowanym pomieszczeniu.
- Jesteśmy tu jak naczynia połączone - zaczął komendant - więc nie
udawajmy, że nie wiecie, o co chodzi. Od dwóch tygodni mamy w mieście
nowego świra. Przez czterdzieści lat w tym szajsie nie widziałem czegoś
takiego. Gralecki i Janowiec to prowadzą, ale na razie odbijamy się od
ściany.
- To Położnik nie zrobił na szefie wrażenia? - zatrzeszczało któreś z krzesełek.
- Może źle się wyraziłem...
- Miłosierna? - z sali padł przykład kolejnej sprawy sprzed kilku lat.
- Cieszę się, że macie dobrą pamięć i znacie historię naszego wydziału -
przerwał szemrania zebranych Warski. - Pamięć się wam przyda w śledztwie
do kojarzenia faktów. Tamte śledztwa w końcu rozwiązaliśmy, więc jest
nadzieja.
Rozległy się oklaski, a kilku policjantów wydało z siebie okrzyki i gwizdy wiwatu. Trudno było powiedzieć, ile w tym jest dumy, ile kpiny.
- Dobre samopoczucie też się przyda. Ale zachowajmy szampany, aż ten
psychol znajdzie się za kratkami.
- Później i tak wszystko pójdzie na konto Grala i Janowca - burknął
któryś z zebranych.
- A i szef pewnie kolejne gwiazdki dostanie - dorzucił ktoś anonimowo w podłogę, ale dotarło do celu.
- Jak się komuś nie podoba, to oprócz policji jest wiele innych zawodów
na P...
- Podwyżka! - zakpił ktoś. I przestrzeń wybuchnęła śmiechem.
- Podanie o zwolnienie - zgasił wesołość komendant, którego arogancja
podwładnych wcale nie zbiła z tropu.
I dodał po chwili pauzy:
- Wylewajcie żółć i frustracje po robocie. Tutaj nie mamy na to czasu. I nie za to wam płacę. Gralecki i Janowiec prowadzili tamte sprawy i prowadzą tę, ale to wysiłek całego zespołu sprawił, że złapaliśmy
tamtych morderców. I oni, i ja zawsze to podkreślaliśmy.
- Ale nie media...
- Jak ktoś z was ma parcie na szkło, a nie na rzetelną policyjną robotę,
to do Mam talent. Bo dość mam już tego bicia piany - powiódł wzrokiem
po twarzach. Było cicho. - Naprawdę tak im zazdrościcie? - wskazał głową
wciąż opartych o biurko Fiodora i Konrada. Nikt z niczym się nie wyrwał.
- Gral. Pokaż im pamiątkę po Brzytewce...
- Nie - spokojnie, ale znacząco mruknął wysoki śledczy.
- Oczywiście to było retoryczne... - szef nie spuszczał wzroku z siedzących za stolikami policjantów. - Gral te sukcesy - zrobił palcami
gest cudzysłowu - których tak mu zazdrościcie, przypłacił między innymi
trzydziestoma szwami i półrocznym urlopem pod nadzorem psychologa.
Janowiec odmrożeniem, po którym omal nie stracił palców u stóp, i roczną
rehabilitacją po upadku z drugiego piętra. Na szczęście kręgosłup nie
był złamany.
Fiodor nawet nie drgnął. Nabrał tylko głębiej powietrza i wypuścił. Za
to Konrad z kpiną ukłonił się publiczności.
- Serio chcielibyście być na ich miejscu? - dokończył Warski.
Nikt nie przerwał ciszy lepkiej od potu, bo od tylu ludzi i nieenergooszczędnych żarówek w ciasnej salce zrobiło się już naprawdę
ciepło. Wreszcie ktoś, ale najciszej, jak się dało, wstał i uchylił
drzwi, żeby się trochę przewietrzyło.
- Chcecie być na ich miejscu? - wrócił do tematu komendant. - To
zapracujcie sobie na to. Macie świetną okazję. A co do mediów, skoro
ktoś o nich wspomniał... - podniósł gazetę, którą przez cały czas
trzymał zwiniętą w dłoni. Zaprezentował pierwszą stronę plotkarskiego,
żerującego na taniej sensacji "Codziennika". - Za chwilę będzie nam się
ostro paliło koło dupy...
W sali rozeszły się szepty i pomrukiwania.
PICASSO - ZWYKŁY MORDERCA CZY ARTYSTA ZBRODNI? Po oczach biły tytuł i makabryczne zdjęcia ofiary, którą zabójca najpierw rozczłonkował, a później poprzyszywał kończyny niezgodnie z naturą. Zdjęcia ziarniste i niewyraźne, ledwie czytelne, przez co może nawet bardziej przerażające.
Bo działały na wyobraźnię. Przywoływały z zakamarków podświadomości
najgłębsze lęki.
- Tym, jak poufne informacje o śledztwie wyciekły na miasto, zajmiemy
się później. Co się stało, to się nie odstanie. Być może takie rzeczy
się już zdarzały, ale nie powinny się zdarzać - na te słowa szefa Fiodor
zmarszczył brwi. - Na razie musimy się przygotować na trudne pytania z samej góry. Wszyscy już wiedzą i musimy mieć odpowiedzi, które ich
uspokoją. A nie mamy nic...
- Niewiele... - wtrącił Konrad.
- Poszlaki. Hipotezy. Domysły. Trochę materiałów z laboratorium -
Gralecki, mówiąc to, wskazał na tablice.
- Czyli nie mamy nic - uparł się komendant, odwracając się w stronę
głównych śledczych. A wtedy znowu zaczął mówić do reszty zebranych. -
Dlatego zawieszacie na kołku wszystko, czym się teraz zajmujecie. Do
odwołania. Jak dopisze nam szczęście i macie tyle talentu co ambicji i bezczelności, to za tydzień, dwa będziemy pić szampana. Jesteście do
dyspozycji Grala i Konrada. I bez szemrania. Bo będzie to najczęściej
żmudna, rutynowa robota. Nie liczcie na pościgi samochodowe, strzelaniny
i cięte dialogi. Tyle ode mnie. Teraz wy, chłopaki.
Paweł Warski się wycofał. Przeniósł uwagę grupy na śledczych przy
biurku. Mężczyźni podnieśli się i wyprostowali.
- To pierwsze spotkanie. Nie ma co przedłużać - zaczął Fiodor. -
Potrzebna będzie każda inicjatywa. Przynajmniej dopóki nie będziemy
mieli żadnego konkretnego tropu. Są trzy trupy. Coś tam pewnie wiecie,
czegoś się domyślacie. Konrad rozda wam materiały. Wszystko, co do tej
pory mamy.
Konrad zaczął się kręcić między stolikami.
- Dwa tygodnie i nie macie żadnego konkretnego tropu? - padło pytanie.
- Mamy kilka teorii - chrząknął niepewnie Janowiec, wręczając kolegom
kolejne szare teczki ze sterty na biurku. - Ale to prawda, że błądzimy.
- Potrzebujemy świeżego spojrzenia na te morderstwa - dodał Gralecki. -
Każdy nawet najgłupszy pomysł może być inspiracją, która popchnie to
śledztwo do przodu. Może pomyślicie o czymś, co my przegapiliśmy.
- Zjedzmy węgiel i wysrajmy diamenty... - mruknął jakiś męski głos.
Niewybredny żart znowu rozluźnił atmosferę. Gruchnął śmiech.
- Skupcie się - przypomniał o swoim istnieniu komendant Warski. - Nie
potrzebuję w zespole jajcarzy z podstawówki. Mamy do czynienia z potwornymi morderstwami i może nie powinienem w ten sposób o tym mówić,
ale możecie być częścią niezwykłego śledztwa, które przejdzie do
historii kryminalistyki. Możecie się albo przydać, albo wracajcie do
kupki zaległych spraw na swoich biurkach.
Szef osiągnął to, co chciał, znowu się skupili i zrobiło się cicho.
- Drobne kradzieże i pobicia... - ciągnął Warski. - Albo wkład w rozwój
policji.
Nikt nic nie powiedział, ale odpowiedź była wypisana na poważnych
twarzach zebranych policjantów.
- Nie dołączaliśmy żadnych naszych teorii ani wniosków - po chwili pauzy
przejął głos od komendanta Gral. - Zdjęcia. Informacje o ofiarach.
Materiały z oględzin i laboratorium. Same fakty. Nie chcieliśmy wam nic
sugerować. Może będziecie myśleć inaczej niż my i wniesiecie coś
świeżego.
Niektórzy już zaglądali do swoich teczek. Inni pokiwali ze zrozumieniem
głowami. Myślami byli już w śledztwie.
- No, to na dzisiaj to chyba tyle... - Konrad porozumiał się wzrokiem z Fiodorem.
- Macie czas do jutra - stanowczym tonem powiedział komendant. -
Zapoznajcie się ze wszystkim i jutro robimy burzę mózgów.
Zrobił się gwar. Zatrzeszczało od opuszczanych krzeseł i odsuwanych
stolików. Policjanci wychodzili z salki. Komendant, Gralecki i Janowiec
przyglądali się kolegom. Po kilku minutach zostali sami.
- Dobra - zaczął Warski. - Chcę usłyszeć, co wy robicie do jutra, zanim
pojawią się nowe pomysły.
- Od wczoraj mamy trzy trupy. I to może być przełom, bo ten ostatni,
trzeci, jest pierwszy.
- Powoli, powoli... - szef podniósł ręce do góry w obronnym geście. -
Ktoś nam coś zarąbał z lodówki i podrzucił?
- Nie. Po prostu w innej kolejności znaleźliśmy to ciało, niż były
dokonywane zbrodnie.
- OK...
- Wczoraj znaleźliśmy pierwszą ofiarę. I są różnice w sposobie działania
mordercy. To może nam dać coś nowego.
- Może popełnił jakiś błąd. Przy pierwszych zabójstwach w serii tak
bywa.
- A przeciek?
- Też się tym zajęliśmy. Mamy podejrzenia, ale za rękę go nie
złapaliśmy.
- Zastawiliśmy pułapkę. Poczekajmy, czy w nią wpadnie.