Szatan z siódmej klasy - Makuszyński Kornel

Kup ebooka

12.99 zł
10.65 zł (9,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.

Dia­beł wy­ska­kuje z pu­dełka

Pan pro­fe­sor Gą­sow­ski na­uczał hi­sto­rii we­dle wła­snej, nieco roz­wi­chrzo­nej me­tody. Nie­które wiel­kie po­sta­cie, błą­ka­jące się po eli­zej­skich po­lach albo krą­żące po­śród gwiazd, bar­dzo mi­ło­wał, o nie­któ­rych roz­pra­wiał z drwią­cym lek­ce­wa­że­niem, a w licz­nym, nie­śmier­tel­nym tłu­mie były i ta­kie, o któ­rych nie chciał mó­wić wcale. Omi­jał je przy spo­tka­niu, uda­wał, że ich nie do­strzega, nie kła­niał im się. O uko­cha­nych oso­bi­sto­ściach mó­wił z go­rą­cym za­pa­łem, pie­jąc na ich cześć górne hymny, po każ­dym zda­niu za­sa­dza­jąc wy­krzyk­nik jak cy­prys na gro­bie. O Na­po­le­onie, z uko­cha­nych naj­uko­chań­szym, roz­pra­wiał jak na­tchniony po­eta. Zda­wało się, że każ­dej chwili za­krzyk­nie gromko: "Niech żyje Ce­sarz!" - i rzuci się w bój, krwawy sza­tan. Na­po­leon, sie­dząc okra­kiem na ko­me­cie jak na ogni­stym ko­niu, z wielką przy­jem­no­ścią przy­słu­chi­wał się panu pro­fe­so­rowi Gą­sow­skiemu. Gdyby mógł się­gnąć z nieba, przy­piąłby na jego piersi Krzyż Le­gii Ho­no­ro­wej. Mniej za­do­wo­lony z tych wy­kła­dów był piękny Al­cy­bia­des, o któ­rym pan pro­fe­sor mó­wił z lek­ce­wa­że­niem, że "był to fir­cyk, ele­gan­cik i w ogóle wy­dmu­chana oso­bi­stość". Nie można było dojść, czym so­bie szla­chetny Ateń­czyk za­słu­żył na tę opi­nię. To go je­dy­nie mo­gło po­cie­szyć, że o in­nych nie­śmier­tel­nych pan pro­fe­sor sze­rzył zgoła oszczer­stwa. Ce­zar miał za­ma­zaną hi­po­tekę i, gdyby to za­le­żało od pana pro­fe­sora Gą­sow­skiego, nie­śmier­tel­ność po­zba­wi­łaby go prawa ko­rzy­sta­nia z nie­zmier­nej chwały. Tym, o któ­rym pan pro­fe­sor wcale nie chciał mó­wić, któ­remu by się nie ukło­nił i któ­remu nie po­dałby ręki, był Han­ni­bal. Dla­czego? O tym wie­dzą je­dy­nie kar­ta­giń­scy bo­go­wie, je­żeli w ogóle o czymś wie­dzą, bał­wany opa­słe. Han­ni­bal miał wielu wro­gów, strasz­li­wych wro­gów, śmier­tel­nych wro­gów, ale ni­gdy i prze­nigdy nie miał ta­kiego, ja­kim był twardy, za­wzięty i nie­ustę­pliwy pan pro­fe­sor Gą­sow­ski. Od wielu lat mieli ze sobą na pieńku. Nie­szczę­sny Han­ni­bal ły­piąc je­dy­nym okiem, chwy­tał się za głowę i ję­czał: "Co ja ta­kiego mo­głem uczy­nić, że mnie pan pro­fe­sor Gą­sow­ski tak nie znosi?". Nikt tego nie wie­dział. Wie­dział tylko pan pro­fe­sor.

Miał on duże, ja­sne oczy i taki w nich wy­raz, jak gdyby za­wsze był zdzi­wiony. Cza­sem z na­gła prze­ry­wał wy­kład, pa­trzył da­leko przed sie­bie i długo się cze­muś przy­glą­dał. Cała siódma klasa wpa­try­wała się w to samo miej­sce, lecz nikt ni­czego nie mógł doj­rzeć, bo nie było w tym miej­scu na­wet mi­zer­nej mu­chy, po­dry­gu­ją­cej w wio­sen­nym słońcu. Coś jed­nak mu­siało być... Może to wła­śnie Pe­ry­kles, cie­szący się dość dużą sym­pa­tią pana pro­fe­sora, stą­pał przez ateń­ski ry­nek? Może się tam to­czyła bi­twa? Może krzy­żowcy zdo­by­wają An­tio­chię? Kiedy widma prze­siały się przez blask, pan pro­fe­sor wzdy­chał i pa­trzył na trzy­dzie­ści ru­mia­nych gęb z ta­kim zdu­mie­niem, jak gdyby je uj­rzał po raz pierw­szy w ży­ciu. Trzy­dzie­ści gęb pa­trzyło w niego cie­płym spoj­rze­niem, bo pan pro­fe­sor był wielce mi­ło­wany. Klasa siódma, w któ­rej wła­śnie na­uczał wznio­słych dzie­jów, zna­jąc do­brze jego serce, za­chły­śnięte po­boż­nym po­dzi­wem dla Na­po­le­ona, od­da­wała Ce­sa­rzowi przy każ­dej spo­sob­no­ści ta­kie ho­nory, że pani pro­fe­sor Gą­sow­ski pro­mie­niał. Gdyby Na­po­leon mógł wró­cić na zie­mię, choćby na nowe "sto dni", on byłby po­chwy­cił sztan­dar, a klasa siódma po­bie­głaby za nim. Nie sa­mym jed­nak Na­po­le­onem żyje czło­wiek, cza­sem musi też zaj­mo­wać się tym oprysz­kiem Han­ni­ba­lem. Trudno... Hi­sto­ria jest bi­go­sem, ciężko strawną zbie­ra­niną nie tylko z ca­łego ty­go­dnia, lecz z lat wielu ty­sięcy.

Pan Pro­fe­sor Gą­sow­ski wa­łę­sa­jąc się przez dłu­gie swoje ży­cie po nie­ogar­nio­nych dzie­dzi­nach, prze­ska­ku­jąc przez ty­siąc­le­cia jak przez prze­pa­ście, bio­rąc żywy i na­miętny udział w woj­nach, za­wie­ra­jąc so­ju­sze i pod­ju­dza­jąc re­wo­lu­cje, stał się nie­zwy­kle roz­tar­gniony. Nie jest to dziwne, skoro się waży, że po nie­szczę­snej jego gło­wie cwa­ło­wały wieki jak ko­nie, a daty ska­kały jako te pchły. Pan pro­fe­sor miał w gło­wie hu­czący młyn. Twier­dzili nie­któ­rzy, że ła­two byłby so­bie dał radę z kilku ty­sią­cami lat, za­męt jed­nak w jego szla­chet­nej du­szy spo­wo­do­wało zma­ga­nie się z kilku ty­sią­cami urwi­poł­ciów i mał­po­lu­dów, któ­rych na­uczał przez tyle cza­sów. Twier­dze­nie to jest wielce do prawdy po­dobne. Roz­tar­gnie­nie pana pro­fe­sora Gą­sow­skiego było zdu­mie­wa­jące. Opo­wia­dają o pew­nym uczo­nym, że sma­ro­wał ma­słem dłoń, głę­boko prze­ko­nany, że sma­ruje trzy­maną na dłoni bułkę. Ta­kie do­sko­nałe po­my­sły by­łyby drob­nostką dla pana pro­fe­sora Gą­sow­skiego. Nie jest na­to­miast prawdą, że to jemu wła­śnie zda­rzyła się kosz­marna hi­sto­ria, cho­ciaż byli tacy co chcieli przy­się­gać, że nikt inny nie mógł jej urzą­dzić. Stwier­dzi­li­śmy nie­zbi­cie, że bo­ha­te­rem jej był pe­wien gło­śny ak­tor, który razu jed­nego za­py­tał na sce­nie: "Jak ci na imię, Ju­dyto?". Otóż ak­tor ten (a nie pro­fe­sor) ka­zał się obu­dzić w ho­telu wcze­śnie rano. Przez po­myłkę słu­żący po­wie­sił na jego drzwiach księżą su­tannę. Roz­tar­gniony ak­tor, na pół jesz­cze senny, wdział su­tannę, a sta­nąw­szy przed lu­strem, wy­krzyk­nął: "A cóż za bał­wan ten słu­żący! Za­miast mnie, obu­dził ja­kie­goś księ­dza!". Pan pro­fe­sor Gą­sow­ski ni­gdy by tak nie krzyk­nął, lecz byłby wy­szedł w su­tan­nie na ulicę, o ni­czym nie wie­dząc, za­miast w lu­strze bo­wiem byłby się przej­rzał albo w sza­fie, albo we drzwiach, albo w ścia­nie.

Za­wsze roz­tar­gniony, nie znał do­brze dźwięcz­nych na­zwisk swo­ich uczniów i mie­szał je, ni­gdy nie wie­dząc które z nich, do któ­rej na­leży gęby. Przy eg­za­mi­no­wa­niu od­czy­ty­wał je z no­tesu. Ope­ra­cja ta od­by­wała się dwa razy ty­go­dniowo, a na każde da­nie wy­bie­rał trzech, ni­gdy wię­cej, ni­gdy mniej. Wy­wo­łany wy­cho­dził z ławki, sta­wał tuż przy pro­fe­sor­skiej ka­te­drze i tam brany był na męki. Dla­tego, choć z nie­chę­cią, uży­wamy tego bo­le­snego słowa, że młody pa­wian bre­dził smęt­nie jak Pie­kar­ski na mę­kach. Zda­rzało się to jed­nak nad po­dziw rzadko. W in­nych kla­sach by­wało roz­ma­icie, w kla­sie siód­mej jed­nakże hi­sto­ria stała na wy­so­kim po­zio­mie. Zda­wać się mo­gło, że trzy­dzie­stu wy­ją­cych der­wi­szów za­pa­łało nie­sły­chaną do tej na­uki na­mięt­no­ścią. Dziwy, dziwy. Je­den z dru­gim re­cy­to­wał ze zdu­mie­wa­jącą lot­no­ścią. Ga­dał do­brze je­den, ga­dał wy­bor­nie drugi i trzeci świet­nie ga­dał. Pan pro­fe­sor Gą­sow­ski ki­wał z uzna­niem szla­chetną swoją, bar­dzo już sre­brzy­stą głową, rad w du­szy, że mło­dzi Le­chici, o któ­rych inni pro­fe­so­ro­wie wy­ra­żali się z czar­nym po­wąt­pie­wa­niem, z ta­kim en­tu­zja­zmem służą mu­zie hi­sto­rii. Aby oka­zać swoje za­do­wo­le­nie, chwy­tał cza­sem mło­dziana za ucho, gest ten prze­jąw­szy od Na­po­le­ona. Dumny był ze swo­jej roz­krzy­cza­nej ha­ła­stry, na­zy­wa­nej klasą siódmą, jak Ce­sarz ze swo­jej gwar­dii. Zdaje się jed­nak, że gwar­dia ce­sar­ska mniej czy­niła wrzawy w bi­tew­nym tłoku niźli klasa siódma w cza­sie po­koju. Bar­dzo py­skata była ta spo­łecz­ność, bujna, roz­bry­kana i po­nad ludzką miarę we­soła. Stado mu­stan­gów na pre­rii nie rży tak ra­do­śnie na wi­dok wody, jak umiała rżeć roz­gło­śnym śmie­chem klasa siódma. Około trzy­dzie­stu dry­bla­sów umiało wy­prząść po­godę z naj­czar­niej­szych dni. W kla­sie siód­mej, jak w pań­stwie hisz­pań­skiego króla, ni­gdy nie za­cho­dziło słońce. Śmiały się ra­do­śnie młode oczy, śmiały się py­zate gęby i śmiały się usta, na­peł­nione nie­po­li­czoną ilo­ścią zdro­wych zę­bów. Gdy się któ­re­muś z klasy siód­mej wy­krzy­wił smut­kiem mło­dzień­czy miły pysk, wierni to­wa­rzy­sze tak długo za­ma­wiali tę na­głą i nie­przy­jemną cho­robę i tak długo po­cie­szali za­smu­cone ko­le­żeń­skie osier­dzie, że smu­tek od­la­ty­wał z wrza­skli­wym kra­ka­niem wrony. Nie bar­dzo bę­dziemy skłó­ceni z prawdą, ogło­siw­szy, że klasa siódma przy­po­mi­nała tajny ja­kiś zwią­zek, w któ­rym wszy­scy po­mie­niali się na serca. Jest to han­del za­mienny po­łą­czony z naj­mniej­szym praw­do­po­do­bień­stwem cy­gań­stwa. Po­mie­nia­nie się na głowy by­łoby in­te­re­sem ry­zy­kow­nym, można by bo­wiem otrzy­mać ba­ra­nią za jako tako ludzką. Klasa siódma zło­żona była z do­brych chłop­ców, z ser­decz­nych chłop­ców, głowy jed­nak były w niej roz­ma­ite, róż­no­ra­kiego ka­li­bru, róż­no­ra­kiej trwa­ło­ści i po­jem­no­ści. Tym bar­dziej mu­siało to za­sta­no­wić każ­dego by­strego czło­wieka, że wszyst­kie szla­chetne łby tej klasy pro­mie­niały wy­borną zna­jo­mo­ścią hi­sto­rii. Panu pro­fe­so­rowi Gą­sow­skiemu wy­star­czało to w zu­peł­no­ści do za­do­wo­lo­nego szczę­ścia. Wcale go to nie ob­cho­dziło, co się dzieje z ma­te­ma­tyką, ła­ciną i in­nymi ga­łę­ziami drzewa wia­do­mo­ści złego i do­brego. Wie­dział o tym, że siód­mo­kla­si­sta, wy­wo­łany przed ka­te­drę, aby zdał sprawę z hi­sto­rycz­nych mą­dro­ści, bę­dzie śpie­wał jako ten sło­wik. Na po­czątku roku szkol­nego szło z tym ja­koś ku­lawo, od pew­nego jed­nak czasu każdy eg­za­min był kon­cer­tem. Naj­więk­szy tę­pak w kla­sie, który lot­no­ścią in­te­li­gen­cji nie­wiele prze­wyż­szał dę­bową szafę, hi­sto­ry­kiem był pierw­szo­rzęd­nym. Pan pro­fe­sor, był dumny, pu­szył się jak paw i na­dy­mał w do­brej du­szy.

Nie miało gra­nic jego zdu­mie­nie, kiedy z po­cząt­kiem czerwca, więc już ku koń­cowi szkol­nego roku, wy­wo­łany jako pierw­szy ba­szy­bu­zuk, zwący się Ka­cza­now­ski, nie ze­rwał się jak zwy­kle z miej­sca, nie zbli­żył się jak zwy­kle ta­necz­nym kro­kiem do ka­te­dry, lecz zgoła osłu­piał.

- Ka­cza­now­ski! - we­zwał go pro­fe­sor po raz drugi.

Tam­ten spoj­rzał na pana pro­fe­sora zdu­mio­nym wzro­kiem.

- Ja, pro­szę pana pro­fe­sora? - za­py­tał jakby z wy­rzu­tem.

- Czy na­zy­wasz się Ka­cza­now­ski?

- Tak, pro­szę pana pro­fe­sora... Ale to ja­kaś po­myłka...

- Jaka po­myłka?

- Ja prze­cież nie mia­łem być dzi­siaj py­tany... to zna­czy...

Chciał cof­nąć te słowa, ale nie mógł już schwy­tać ich w lo­cie.

- To musi być po­myłka! - do­dał już z roz­pa­czą.

Pan pro­fe­sor Gą­sow­ski spoj­rzał na niego z nie­wy­mow­nym zdu­mie­niem.

- Pro­szę wyjść w tej chwili z ławki!

- Do­brze, pa­nie pro­fe­so­rze - rzekł Ka­cza­now­ski z go­ry­czą. - Ale z tego i tak nic nie bę­dzie.

Po kla­sie prze­biegł za­trwo­żony szmer, jakby wi­cher po­ru­szył śpiące si­to­wie. Ska­za­niec zbli­żył się do ka­te­dry i stał za­mie­niony w słup soli, znę­kany, po­bity, nie­szczę­sny, zdzi­wiony, roz­ża­lony, po­bla­dły, go­towy na śmierć. Klasa za­częła da­wać mu dzi­waczne znaki, za­chę­cać go szep­tami, ru­chami rąk i mru­ga­niem oczów. Sie­dzący w pierw­szej ławce do­bry ko­lega Ci­sow­ski "krzyk­nął" zdu­szo­nym szep­tem brzu­cho­mówcy:

- Za­wróć do Na­po­le­ona!

Była to rada do­bra. Można było cza­sem, omi­ja­jąc zbyt trudne za­wi­ło­ści, śmia­łym prze­sko­kiem w stronę Ce­sa­rza oca­lić stra­coną po­zy­cję. Na­le­żało, roz­pra­wia­jąc o edyk­cie nan­tej­skim, rzec ni z tego, ni z owego: "Na­po­leon byłby z tego wy­brnął". - "Tak my­ślisz? - wtrą­cał wtedy pan pro­fe­sor. - A jak?" Da­lej szło już gładko, a czas mi­jał. W tej chwili jed­nak zba­wienna rada nie warta była funta kła­ków. W za­cnym pro­fe­so­rze obu­dziła się nie­zwy­kła czuj­ność. Za­wsze zdu­mione jego oczy były jesz­cze wię­cej zdu­mione. Pa­trzył długo na zbun­to­wa­nego mło­dzieńca i dziw­nie krę­cił głową.

- Co zna­czą twoje słowa, że "z tego dzi­siaj nic nie bę­dzie?" - za­py­tał po­nuro.

- Bo ja nie je­stem przy­go­to­wany - rzekł Ka­cza­now­ski z de­ter­mi­na­cją.

- Nie może być! - za­krzyk­nął pan pro­fe­sor. - To nie­sły­chane... Nic nie umiesz?

- Nic, pa­nie pro­fe­so­rze...

- Uczci­wie się przy­zna­jesz?

- Naj­uczci­wiej.

- Dla­czego? Bar­dzo pro­szę... Dla­czego?

- Bo ja...

- Prze­stań! - krzyk­nął brzu­cho­mówca z pierw­szej ławki.

- Bo co ty? Aha! Po­wie­dzia­łeś, że nie mia­łeś być py­tany. Na ja­kiej pod­sta­wie mo­żesz tak twier­dzić?

Ka­cza­now­ski mil­czał. Za­ciął usta i po­chy­lił głowę.

- Nad­zwy­czajne... - mru­czał pro­fe­sor. - Nad­zwy­czajne... Że­gnam pana.

"Pan" Ka­cza­now­ski szedł do swo­jej ławki ta­kim po­su­wi­stym i le­ni­wym kro­kiem, jak gdyby tam miał ku­pić wła­sną trumnę, a do tego na kre­dyt. Na klasę spa­dła ci­sza. Wszy­scy pa­trzyli na po­hań­bio­nego ko­legę ze str­wo­żo­nym współ­czu­ciem.

Pan pro­fe­sor nie mógł po­jąć, co się stało. W roz­tar­gnie­niu roz­gra­bił siwą, bo­gatą czu­prynę chu­dymi pal­cami i wpa­trzył się w ścianę, jak gdyby na niej miało się za chwilę uka­zać ogni­stymi zgło­skami wy­pi­sane tłu­ma­cze­nie, dla­czego miły mło­dzian Ka­cza­now­ski, chło­piec roz­sądny i roz­gar­nięty "hi­sto­ryk", na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie w bał­wana prze­mie­nion. Po­nie­waż na ścia­nie nic się nie uka­zało, sta­ru­szek spoj­rzał bła­ga­ją­cym spoj­rze­niem na piec. (Piec też po­cho­dzi z ro­dzina dzie­dzicz­nych idio­tów). Przy­mknął przeto oczy i spoj­rzał w głąb roz­trop­nego du­cha, z któ­rym mu­siał po­ga­dać na ro­zum: roz­tropny duch wy­ja­śnił mu po­krótce, że jak jedna ja­skółka wio­sny nie czyni, tak je­den Ka­cza­now­ski nie zbu­rzy jego ra­do­ści i dumy. Ka­cza­now­skiemu mu­siało ude­rzyć coś na ro­zum. Może upadł?... A może boli go ząb? Może się najadł nie­doj­rza­łych ja­błek, co wo­bec ta­jem­nych związ­ków żo­łądka z głową mo­gło osła­bić zwy­czajną jej spraw­ność. Niech przeto inny na­prawi to, co zbu­rzył Ka­cza­now­ski: "hi­sto­ryczną" sławę siód­mej klasy...

Pan pro­fe­sor obu­dził się z męt­nej za­dumy, zaj­rzał do swego no­tesu i ner­wo­wym ru­chem prze­rzu­cił dzie­więć, wy­raź­nie dzie­więć kar­tek.

- Ostro­wicki! - za­krzyk­nął zdu­szo­nym gło­sem.

Cała klasa od­wró­ciła się jak na ko­mendę, mło­dzian bo­wiem tak za­dzier­ży­ście na­zwany sie­dział w przed­ostat­niej ławce. A Ostro­wicki omal nie ze­mdlał. Pod­niósł się wpraw­dzie, lecz nie mógł uczy­nić kroku, jak gdyby pod jego no­gami roz­warła się prze­paść. Mó­wiono póź­niej, że wy­szep­tał straszne słowa: "Raz ko­zie śmierć!" - ale to nie jest pewne. Pewne jest na­to­miast, że wo­bec jego zła­ma­nej i zgru­cho­ta­nej po­stawy Ka­cza­now­ski wy­glą­dał jak bo­ha­ter.

- Czy mam na cie­bie trą­bić? - za­wo­łał znowu zdu­miony pro­fe­sor.

We­sołe przy­pusz­cze­nie, że za­cny pro­fe­sor wzy­wać bę­dzie na eg­za­min gło­sem ar­cha­niel­skiej trąby, ni­kogo jed­nak nie roz­we­se­liło. Nikt ni­gdy nie oglą­dał we­so­łej siód­mej klasy w ta­kiej to­pieli mroku i smętku.

Ostro­wicki zbli­żał się ku ka­te­drze kro­kiem idą­cego na ścię­cie. Prze­cho­dząc, ki­wał głową na dwie strony, jak gdyby się że­gnał na wieki z ko­le­gami, z do­brymi mo­łoj­cami. "Idąc, kła­niał się da­mom, star­com i mło­dzieży..." - jak Pod­ko­mo­rzy w Panu Ta­de­uszu. Gdyby w kla­sie siód­mej za­sia­dały damy, po­rów­na­nie by­łoby zgoła zna­ko­mite: był tam na­to­miast je­den "sta­rzec" bar­dzo zdu­miony, i "mło­dzież" z ta­kim na ob­li­czach wy­ra­zem, który na­uka ści­sła na­zywa "zba­ra­nia­łym".

- Ra­tuj, kto w Boga wie­rzy! - szep­nął nie­szczę­śnik pierw­szym ław­kom.

Pierw­sze ławki jed­nakże na­gła roz­pacz po­zba­wiła czu­cia. Serca w nich stru­chlały.

- Ostro­wicki, miły chłop­cze - mó­wił ła­god­nie pro­fe­sor Gą­sow­ski. - Spo­tkała mnie dzi­siaj wielka przy­krość... Bar­dzo wielka przy­krość... Co to­bie jest, czemu się chwie­jesz?

- Słabo mi, pa­nie pro­fe­so­rze... - jęk­nął mło­dzian.

- Ha! - zdu­miał się pro­fe­sor. - Słabo ci? Ale od­po­wia­dać bę­dziesz?

- Nie mogę, pro­szę pana pro­fe­sora...

- Dla­czego? Po­łóż rękę na sercu i po­wiedz dla­czego?

- Bo nie je­stem przy­go­to­wany... Nie umiem... Nie spo­dzie­wa­łem się...

- I ty? I ty, Bru­tu­sie? - krzyk­nął sta­ru­szek. - Czy wy­ście dzi­siaj po­sza­leli?

- Nie, pa­nie pro­fe­so­rze... - mie­sił Ostro­wicki słowa jak cia­sto. - Po­ju­trze, w so­botę umiał­bym świet­nie...

- A dzi­siaj nie ła­ska?

- Dzi­siaj jest prze­cież czwar­tek! - rzekł Ostro­wicki z roz­pa­czą. - To nie mój dzień...

Pan pro­fe­sor pa­trzył na niego jak na ła­god­nego wa­riata. Za­my­kał oczy, jakby go ra­ziło słońce, znowu je otwie­rał, aby nie utra­cić nie­zwy­kłego wi­doku, zbli­żał się i od­da­lał.

- Aha... - mó­wił dziw­nym gło­sem. - We czwar­tek je­steś bał­wan... A w so­botę bę­dziesz ge­niusz... Czy kpisz, mło­dzień­cze?

- Niech Bóg broni! - za­krzyk­nął chło­piec go­rąco. - Ale tak jest na­prawdę. Pan pro­fe­sor nie może o tym wie­dzieć, ale tak jest...

- Odejdź! Odejdź prędko! - za­wo­łał sta­ru­szek.

Ostro­wicki, wśród śmier­tel­nej ci­szy ca­łej klasy, po­wlókł się do ławki, jak gdyby był na­prawdę ciężko chory. Blady był, a na czole miał grube kro­ple potu. Opadł na ławkę i dy­szał.

Klasa spoj­rzała z nie­po­ko­jem na pana pro­fe­sora Gą­sow­skiego.

Siwy czło­wiek, do­bry czło­wiek, usiadł za ka­te­drą i sple­cio­nymi rę­kami za­sło­nił twarz. Wy­glą­dał jak ten, co pła­cze i pra­gnie przed ga­wie­dzią ukryć łzy. Mu­siało mu się coś po­psuć w po­czci­wym sercu, bo wszyst­kim się wy­dało, że sta­ru­szek drży.

- Pa­nie pro­fe­so­rze... - ozwał się ści­szony głos z pierw­szej ławki.

Pro­fe­sor roz­plótł ręce i nie­cier­pli­wym ru­chem jed­nej z nich dał znak, aby mu nie mą­cono ci­szy. Drugą za­sła­niał so­bie oczy.

Cho­ciaż dzień był pro­mie­ni­ście sło­neczny i błę­kit lał się z nieba ogromną rzeką, w szkol­nej sali uczy­niło się mroczno. A tak było prze­raź­li­wie ci­cho, że aż w ostat­nich ław­kach sły­chać było zmę­czony i nie­równy od­dech pro­fe­sora. Za­padł w udrę­czone mil­cze­nie jak w trzę­sa­wi­sko. Nie od­sła­niał oczów, jakby nie chciał wi­dzieć zło­śli­wego świata. Trzy­dzie­stu chłop­ców wpa­try­wało się w niego spoj­rze­niem, w któ­rym łza­wił się ogromny smu­tek. Wszystko można znieść, tego jed­nak znieść nie można, aby do­bry, och, jak do­bry czło­wiek - drę­czy się. Ten i ów za­czął na­ra­dzać się naj­cich­szym szep­tem. Na­gle znie­ru­cho­mieli wszy­scy, bo pan pro­fe­sor Gą­sow­ski coś mówi...

Mówi ury­wa­nym gło­sem, a słowa za­ta­czają się, jakby były bez­silne:

- ...Na­uczam od trzy­dzie­stu kilku lat... Je­stem bar­dzo zmę­czony i tego roku już na pewno odejdę ze szkoły... Ale nie skar­ży­łem się ni­gdy... Zda­wało mi się, że ko­chali mnie za­wsze ci, któ­rych na­ucza­łem. Nie by­łem ni­gdy srogi, może na­wet by­łem zbyt miękki... Więc mnie ni­gdy nie spo­tkało to, co mnie dzi­siaj spo­tkało... By­łem dumny z siód­mej klasy i oto mam na­grodę: w siód­mej kla­sie za­kpiono so­bie ze sta­rego czło­wieka...

- Pa­nie pro­fe­so­rze! - ozwał się ja­kiś głos z tyl­nych ła­wek.

- ...Nie prze­ry­waj mi! Tak, do­brze mó­wię: za­kpiono so­bie ze mnie. Moi chłopcy na­igra­wają się ze sta­rego czło­wieka... Je­den mówi, że nie na niego przy­pa­dła ko­lej, drugi nie chce od­po­wia­dać, bo jest czwar­tek... Trudno. Mógł­bym i jed­nego, i dru­giego... Ale ja nie będę się mścił... Nie, moje dzieci... Jest mi tylko bar­dzo, bar­dzo smutno... Mo­że­cie się ze mnie śmiać... Bar­dzo pro­szę... Mścić się nie będę... Zbyt was ko­cha­łem... To moja wina... A te­raz dość! Dzi­siaj nie będę już py­tał ni­kogo. Za chwilę roz­pocznę wy­kład... Prze­pra­szam was, że się roz­ża­li­łem...

- Pa­nie pro­fe­so­rze!

- Słu­cham!

W pierw­szej ławce pod­niósł się Ci­sow­ski. Był to nie­fo­remny chło­pak, nieco pę­katy, z roz­mierz­wioną czu­pryną. Są­dząc po jego bu­do­wie, mu­siał być sprę­ży­sty i silny. Spoj­rze­nie miał śmiałe i dziw­nie prze­ni­kliwe. W tej chwili był blady i wzru­szony. Prze­ma­wiał gło­sem mięk­kim i me­lo­dyj­nym.

- Pa­nie pro­fe­so­rze - rzekł z czu­ło­ścią - ja wszystko wy­tłu­ma­czę.

- Przede wszyst­kim: kto ty je­steś? Twarz oczy­wi­ście znam, lecz twoje na­zwi­sko wy­mknęło mi się z pa­mięci.

- Na­zy­wam się Adam Ci­sow­ski.

- Być może... Wszystko być może. Ta­kie się dzi­siaj mię­dzy wami dzieją hi­sto­rie, że już zwąt­pi­łem o wszyst­kim. Więc do­brze... je­steś Ci­sow­ski i chcesz mi coś wy­ja­śnić. Bar­dzo pro­szę... Już je­stem spo­kojny i mogę słu­chać. Co mi masz do po­wie­dze­nia?

- To tylko, pa­nie pro­fe­so­rze, że ja je­stem wi­nien wszyst­kiemu. Nikt inny, tylko ja. Ani Ka­cza­now­ski, ani Ostro­wicki.

Pan pro­fe­sor Gą­sow­ski pod­niósł się i po­woli zbli­żył się do pierw­szej ławki. Spoj­rzał głę­boko w ro­zumne oczy chłopca i długo się w nie wpa­try­wał.

- Czy to mają być nowe kpiny? - za­py­tał ci­cho.

- Nie, pa­nie pro­fe­so­rze. Ani do­tąd nikt nie kpił, ani ja bym się nie wa­żył. Pan pro­fe­sor może na­wet o tym nie wie, że ko­chamy pana pro­fe­sora uczci­wie i ser­decz­nie.

- I ty?

- I ja... Tylko że ja je­stem zbrod­niarz! Ja je­stem wi­nien wiel­kiego sza­chraj­stwa, a nie mogę pa­trzeć na to, jak pan pro­fe­sor...

Głos mu się za­ła­mał i uwiązł w gar­dle. Cała klasa pa­trzyła na niego z oszo­ło­mio­nym zdu­mie­niem. Sta­ru­szek po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu i rzekł szybko:

- Je­steś wzru­szony... Prze­stań! Mo­żesz po­wie­dzieć coś, czego bę­dziesz ża­ło­wał. Ja o ni­czym nie chcę wie­dzieć.

- Ale ja mu­szę po­wie­dzieć! Pan pro­fe­sor ma żal w sercu. Niech mnie pan pro­fe­sor ze­chce po­słu­chać...

Jak gdyby się tego oba­wiał, że sta­ru­szek prze­rwie mu nie­sły­chane wy­zna­nie, za­czął mó­wić szybko, zdy­sza­nym od­de­chem po­ga­nia­jąc słowa pę­dzące na zła­ma­nie karku.

- Dzi­siaj jest na­sze Wa­ter­loo. Na­po­leon nie doj­rzał głę­bo­kiego rowu na polu bi­twy, a ja nie prze­wi­dzia­łem po­myłki pana pro­fe­sora. Stąd po­cho­dzi na­sza sro­motna klapa...

- Co stąd po­cho­dzi?

- Klapa, czyli nie­szczę­ście... Nie udało się, bo pan pro­fe­sor się po­my­lił.

- Ja! - zdu­miał się sta­ru­szek.

- Nie­stety! We­dle naj­ści­ślej­szych ob­li­czeń miał dzi­siaj być py­tany Na­piór­kow­ski, Stan­kie­wicz i Wil­czek. Tym­cza­sem pan pro­fe­sor za­czął szu­kać przez roz­tar­gnie­nie o jedną kartkę bli­żej, niż na­le­żało, i za­czął od Ka­cza­now­skiego, wsku­tek czego au­to­ma­tycz­nie wy­lazł po­tem Ostro­wicki, a jako trzeci miał wy­paść Wnuk. To trójka z nad­cho­dzą­cej so­boty.

Pan pro­fe­sor za­czął szybko mru­gać oczami i pa­trzył na Ci­sow­skiego z nie­ukry­wa­nym stra­chem.

- Mło­dzień­cze! - za­wo­łał. - Czy ty je­steś przy zdro­wych zmy­słach? Co to wszystko zna­czy?

- To zna­czy, pa­nie pro­fe­so­rze, że pan pro­fe­sor ma swoją me­todę...

- Ja? Me­todę?

- Tak jest... Od­kry­łem ją już bar­dzo dawno. Pra­wie każdy z pa­nów pro­fe­so­rów ma ja­kiś swój spo­sób i po­rzą­dek eg­za­mi­no­wa­nia. Pan pro­fe­sor eg­za­mi­nuje każ­dego razu trzech, a tych trzech wy­biera z no­tesu we­dle nie­zmien­nego po­rządku. Naj­pierw pierw­szego z ko­lei, dzie­sią­tego i dwu­dzie­stego, na­stęp­nym ra­zem dru­giego, je­de­na­stego i dwu­dzie­stego pierw­szego i tak da­lej. Po­nie­waż jest nas tu równo trzy­dzie­stu, a każdy w no­te­sie pana pro­fe­sora ma swój nu­mer, więc ła­two było ob­li­czyć, kto i kiedy bę­dzie py­tany.

Pan pro­fe­sor cof­nął się na­gle i pa­trzył na Ci­sow­skiego jak na cza­row­nika.

- To prze­cież było naj­głęb­szą ta­jem­nicą! - za­krzyk­nął gromko.

- Z pew­no­ścią - mó­wił Ci­sow­ski. - Nie ma jed­nak na świe­cie ta­kiej ta­jem­nicy, któ­rej by nie można od­gad­nąć.

- Cze­kaj! Ani słowa wię­cej... Za­raz spraw­dzimy!

Wy­do­był z kie­szeni no­tes, za­mknięty sied­mioma pie­czę­ciami ta­jem­nicy, i po­czął go prze­glą­dać z nie­by­wa­łym po­śpie­chem.

- Tak, tak... - mó­wił jakby prze­ra­żony. - Kartki mi się zle­piły... Istot­nie... Po­my­li­łem się... Jak to od­kry­łeś?! - krzyk­nął na­gle wiel­kim gło­sem.

- To nie jest zbyt trudne - od­rzekł skrom­nie Ci­sow­ski. - Było to w mie­siąc po roz­po­czę­ciu roku. Pa­trzy­łem, ile kar­tek pan pro­fe­sor od­wraca, a po­nie­waż na­zwi­ska na­sze spi­sane są w po­rządku al­fa­be­tycz­nym... Me­toda pana pro­fe­sora była zbyt przej­rzy­sta...

- Dia­ble! Sza­ta­nie! - za­wo­łał sta­ru­szek.

Sam dia­beł byłby wpraw­dzie wy­star­czył, lecz zdu­mie­nie po­nad ludzką miarę pod­parło go sza­ta­nem.

- Bar­dzo, bar­dzo prze­pra­szam pana pro­fe­sora... Cała klasa prze­pra­sza pana pro­fe­sora... Ale za­wi­ni­łem tylko ja...

- Pasy z cie­bie ze­drę! - wo­łał pan pro­fe­sor.

Po­nie­waż trudna ta ope­ra­cja wy­maga czasu i oso­bli­wych na­rzę­dzi, któ­rych nie było pod ręką, więc by­stry mło­dzian, od­kry­wa­jący po­tężne ta­jem­nice, nie oka­zał zbyt­niego prze­ra­że­nia. Stał skru­szony i smętny jak ten ja­wor, co w pio­sence Tam na polu stoi, i cze­kał na po­tworne męki albo na krótki, zwarty, tre­ściwy pio­run, ten, co uka­tru­pił nie­cną Bal­la­dynę i wiele in­nych grzesz­nych po­staci. Pan pro­fe­sor jed­nakże - serce go­łę­bie - nie był zdolny do zbrodni. Wszyst­kie mu­chy har­co­wały bez­kar­nie na jego srebr­nej gło­wie, wie­dząc, że strasz­liwy ten pa­sjo­nat, co grozi dar­ciem pa­sów, nie ukrzyw­dziłby żad­nej. Uniósł się je­dy­nie gnie­wem po­tęż­nym i krwi­stym. Nie­mal przez lat czter­dzie­ści ukry­wał swoją świetną, nie­po­rów­naną me­todę eg­za­mi­no­wa­nia, opartą na prze­myśl­nym dow­ci­pie: trzeci - trzy­na­sty i dwu­dzie­sty trzeci, dzie­siąty - dwu­dzie­sty - trzy­dzie­sty i znowu z po­wro­tem od pieca. W ten spo­sób ża­den z urwi­poł­ciów nie unik­nął eg­za­minu, ża­den nie wy­kpił się od dnia sądu, ale też nie był po­krzyw­dzony po­wtór­nym py­ta­niem. Ni­komu ni­gdy nie przy­szło do głowy, bo i jakże mo­gło przyjść? Trzeba sza­tań­skiego sprytu, aby od­kryć sza­tań­ski po­mysł, a prze­cież po­mysł pana pro­fe­sora Gą­sow­skiego był naj­spryt­niej­szym wy­bie­giem, god­nym wiel­kiego dy­plo­maty. Cho­ciaż tedy gniew go za­le­wał jak czer­wone mo­rze, cho­ciaż ręce dy­go­tały mu z nad­mier­nego wzru­sze­nia, spo­zie­rał z chmur­nym po­dzi­wem na tego ob­wie­sia z pierw­szej ławki. Ob­wieś, bo ob­wieś, ale ma od­wagę. Przy­znał się, aby go nie smu­cić. Co z nim zro­bić? Za­bić?... O tym bę­dzie czas po­my­śleć, w tej chwili bo­wiem panu pro­fe­so­rowi za­mi­go­tała w gło­sie myśl tak ja­skrawa jak roz­ża­rzona bły­ska­wica. Znowu się zbli­żył do zło­czyńcy i mó­wił zdu­szo­nym gło­sem:

- Czy moją ta­jem­nicę wy­ja­wi­łeś wszyst­kim?

- Tak, pa­nie pro­fe­so­rze...

- Aha! Ob­ja­wi­łeś... Oczy­wi­ście: do­bry ko­lega! W ten spo­sób każdy wie­dział z całą pew­no­ścią z góry, kiedy bę­dzie py­tany i na ten dzień był do­sko­nale przy­go­to­wany? Od­po­wia­daj!

- Nie­stety, pa­nie pro­fe­so­rze... - wes­tchnął bo­le­śnie naj­więk­szy opry­szek no­wych cza­sów.

- Dla­tego Ka­cza­now­ski i ten drugi ani w ząb?

- Tak, bo to nie był ich dzień...

- Czło­wieku! - krzyk­nął pan Gą­sow­ski - prze­cież w ten spo­sób nie umie­cie nic!

Od­kry­cie tej smut­nej prawdy było tak pio­ru­nu­jące, że ob­stu­pu­erunt omnes[1].

Za­cny pro­fe­sor za­ła­mał ręce i wzniósł je roz­pacz­li­wym ru­chem ku mil­czą­cym ze zgrozy nie­bio­som. Muza hi­sto­rii, tak nie­cnie oszu­ki­wana, chwy­ciła naj­bliż­szą, bar­dzo kan­cia­stą gwiazdę i tłu­kła się nią po gło­wie. Czort z pierw­szej ławki, ów Ci­sow­ski - miano to bę­dzie w hi­sto­rii prze­klęte! - otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia, że ja­koś ten szcze­gół uszedł do­tąd jego uwagi, rów­no­cze­śnie jed­nak zmarsz­czył czoło na znak, że gwał­tow­nie my­śląc, szuka po­cie­chy i dla swo­jego ro­ba­czy­wego su­mie­nia, i dla pana pro­fe­sora. Po chwili za­czął cią­gnąć za włosy opie­ra­jące mu się słowa, bar­dzo blade i by­naj­mniej nie­odzna­cza­jące się zu­chwałą pew­no­ścią.

- Tak źle nie jest, pro­szę pana pro­fe­sora. My wszy­scy wcale do­brze znamy hi­sto­rię. Swoją lek­cję zna każdy zna­ko­mi­cie, a inne te­maty może nie tak do­kład­nie, ale wy­star­cza­jąco. Pan Gą­sow­ski jęk­nął ci­cho, lecz przej­mu­jąco.

- ...Za to epokę na­po­le­oń­ską znamy tak jak nikt - do­koń­czył go­rąco dia­beł i sza­tan w jed­nej bez­czel­nej oso­bie.

- Tak, tak! - wy­try­snęło kilka gło­sów w kla­sie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki