Gdyby mnie kto zapytał, jakie miasto na ziemi jest najbardziej
ponure i gdzie spędza się czas najnudniej, odparłbym bez namysłu:
to Guyama w Sonorze, północno zachodnim stanie republiki
meksykańskiej. Jest to coprawda przeświadczenie wręcz osobiste i
kto inny mógłby się o nie spierać; ja jednak nie mogę go zmienić,
gdyż, - przepraszam za wyrażenie, lecz jest ono bardzo odpowiednie,
- przepróżniaczyłem w tej przeklętej dziurze dwa najbardziej jałowe
tygodnie mojego życia. - Góry, wznoszące się we wschodniej części Sonory obfitują w pokłady
szlachetnych metali, miedzi i ołowiu, a prawie w każdej rzece można
znaleźć złoty piasek w większych, lub mniejszych ilościach; jednak
w tych czasach, z obawy przed Indjanami, wydobywano owe skarby w
niewielu miejscach; przytem, dla większego bezpieczeństwa,
zapuszczano się w góry tylko w licznej kompanji. Największa
trudność polegała na zgromadzeniu odpowiedniej ilości obsługi.
Meksykanin nadaje się do wszystkiego, byle nie do pracy; Indjanin
nie zgodziłby się nigdy wykopywać za zapłatą złota, które uważa
jeszcze dzisiaj za swoją prawowitą własność; Chińczyków zaś,
pomimo, że uwija się ich tutaj aż nadto, nikt nie chce najmować, bo
gdy raz się najmie żółtego, to już niepodobna się ich pozbyć. Ale
zapyta może niejeden, wszak pozostają przecież gambusinowie i
prospektorowie, owi prawdziwi poszukiwacze złota i robotnicy
kopalniani; ci byliby najodpowiedniejsi; dlaczego ich nie
zaangażowano? Odpowiedź bardzo prosta: wszyscy poszukiwacze złota
przenieśli się wtenczas właśnie do Arizony, gdzie, jak dochodziły
wieści, złoto w nieprzebranych wprost ilościach samo do rąk się
garnęło. Obszar Sonory opustoszał zupełnie, podobnie jak teraz,
kiedy nietylko górnictwo, ale i hodowla bydła ucierpiała wiele w
tym kraju z powodu ciągłej trwogi przed dzikiemi hordami Indjan. - Co do mnie, to nie uległszy bynajmniej gorączce złota, chciałem
dostać się do Arizony, aby zaobserwować tamtejsze oryginalne życie.
Nadarzyła mi się jednak lepsza sposobność poznania okolicy, której
inaczej byłbym zapewne nigdy nie zwiedził; mianowicie wydawca
pewnej gazety w San Francisko zaproponował mi, ażebym pisał dla
niego komunikaty z placu boju powstania znanego meksykańskiego
generała Jargasa, które właśnie w tym czasie wybuchło. Z radością
przyjąłem propozycję. Jargas nie miał szczęścia; powstanie upadło, a wodza stracono. -
Odesławszy ostatnie sprawozdanie, powróciłem przez góry Sierra
Verde ażeby dostać się do Guaymy. Miałem nadzieję znaleźć tam
okręt, zdążający do jakiejś miejscowości nad zatoką Kalifornijską,
położonej bardziej na północ, gdyż celem mojej podróży była rzeka
Rio Gila, gdzie według umowy miałem się spotkać z moim
przyjacielem, wodzem Apaczów, Winnetou. - Powrót mój nie odbywał się niestety tak szybko, jak sobie tego
życzyłem. Jeszcze w samotnych górach Sierry potknął się mój koń tak
nieszczęśliwie, że złamał przednią nogę; musiałem go zastrzelić i
ruszyć piechotą w dalszą drogę. Całemi dniami nie widziałem
ludzkiej twarzy; nie mogłem więc marzyć o kupnie konia lub muła.
Musiałem się przytem pilnie wystrzegać spotkania z Indjanami
Bravos, gdyż mógłbym to drogo opłacić. Wędrówka była długa i
wyczerpująca, to też odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie zeszedłem w
trachitową dolinę, w której leży smutna miejscowość Guayama. Miasto, którego widoku z taką tęsknotą oczekiwałem, nie
przedstawiło mi się bynajmniej zachwycająco. Miało wtedy zaledwie
dwa tysiące mieszkańców i składało się z domów bez okien,
zbudowanych z pustych wewnątrz cegieł. Otoczone naokoło wysokiemi,
nagiemi skałami, leżało w nieznośnym żarze słonecznym, podobne do
zbielałego szkieletu i zdawało się być zupełnie wymarłe, gdyż
zarówno na ulicach, jak w całej okolicy nie zauważyłem w pierwszej
chwili żywej duszy. Muszę jednak przyznać, że jeżeli Guayama wywarła na mnie niezbyt
miłe wrażenie, to tem mniej moja osoba mogła zbudować mieszkańców
tej mieściny. Odzienie, za które zapłaciłem 80 dolarów przed odjazdem ze San
Francisko, podarło się już na strzępy; obuwie zbliżało się do kresu
swojej egzystencji. Prawy but już dawno zapomniał o obcasie; przy
lewym zachowała się jeszcze połowa tej ozdoby. To też, gdy
obserwowałem rozdziawione zprzodu nosy moich trzewików,
przypominały mi się gwałtem szeroko rozwarte, zgłodniałe dzioby
naszych poczciwych wiejskich kaczek. A wreszcie kapelusz! W szczęśliwszych czasach zwany sombrero, to
znaczy cienisty, zrezygnował teraz w zupełności ze swego
zaszczytnego tytułu. Jego szeroka kresa znikała coraz bardziej,
(chociaż do dziś dnia nie rozumiem, z jakiego powodu) a to, co
tkwiło jeszcze na mojej głowie jako wierna pozostałość kapelusza,
miało kształt mniej więcej tureckiego fezu i nadawałoby się
wyśmienicie do cedzenia atramentu. Jedynie pas skórzany, mój
długoletni towarzysz, dowiódł i tym razem swej wytrzymałości. Na
tem już kończę. - Idąc powoli wzdłuż ulicy i rozglądając się w obie strony, czy
przecież nie ujrzę jakiejś żywej istoty, zauważyłem niski budynek,
nad którego wejściem widniał duży napis, zawieszony na dwóch
drągach, wystających z dachu. Litery były niegdyś białe, malowane
na ciemnem tle; tak jednak wyblakły na deszczu i spłowiały od
kurzu, że zdołałem tylko przeczytać zachęcające słowa: MESON de...Stałem chwilę, usiłując przecież odcyfrować ostatnie słowo na
szyldzie, gdy posłyszałem czyjeś kroki. Obróciwszy się, pozdrowiłem
uprzejmie jakiegoś człowieka i poprosiłem, aby mi wskazał
najporządniejszą gospodę w mieście. Przechodzień wskazał mi
budynek, przed którym stałem. - Niech pan dłużej nie szuka, sennor! To najwykwintniejszy hotel w
mieście. Niech pana nie zraża, że obecnie brak na szyldzie słowa
"Madrid"; jeśli się pan poleci gospodarzowi i oczywiście jeśli ma
pan czem płacić, sennor będzie miał wszystkiego poddostatkiem.
Gospodarz nazywa się don Geronimo. Moim słowom może pan zaufać,
gdyż jako escribano znam w Guaymie wszystkich obywateli. Wymieniając swoje dostojne stanowisko, uderzył się kułakiem w
piersi, przyczem obrzucił mnie spojrzeniem, które mi wyraźnie
powiedziało co o mnie myślał: - Lepiej zapewne zostałbyś przyjęty w
więzieniu miejskiem, niż w hotelu! Ufając tej znakomitości guaymskiej przestąpiłem próg gospody.
Byłbym tutaj wstąpił nawet bez polecenia pisarza, gdyż, bardzo
znużony, nie miałem ochoty wystawiać się dłużej na żar południowego
słońca. - Najwykwintniejszy hotelu miasta, Maison de Madrid! Miłe pokoje,
czyste łóżka, smaczne potrawy! Poczułem ogromny apetyt. Wszedłem i
znalazłem się odrazu - we "wszystkich ubikacjach". Hotel posiadał jedną, jedyną izbę. Oprócz drzwi od ulicy,
zauważyłem naprzeciw drugie, prowadzące na podwórze. Okien, lub
jakichkolwiek innych otworów w ścianach, nie było. Obok tylnych
drzwi stało kamienne palenisko, oczernione od sadzy; miejsce to
było dowcipnie wybrane, gdyż pozwalało dymowi uchodzić wprost przez
bramę, bez specjalnego komina. Podłogę stanowiła twardo ubita
glina; wkopane w nią pale tworzyły nogi stołów i ławek; krzeseł nie
było. Po lewej stronie wisiały wzdłuż muru hamaki jako łóżka dla
gości, z których jednak mogli korzystać wszyscy według upodobania.
Przy drugiej ścianie stał po prawej ręce bufet, prawdopodobnie
zbity z kilku starych skrzyń. Obok niego wisiało znowu kilka
hamaków, "buen retiro" rodziny właściciela hotelu. W jednym z nich
spali trzej chłopcy; ręce i nogi mieli tak poplątane, że dopiero
głębokie studjum pozwoliłoby rozróżnić, jakie kończyny do jakiego
należą tułowia. W drugim hamaku wypoczywała córka gospodarza,
sennorita Felisa. Miała szesnaście lat, jak mi to później
powiedziała, chrapała jednak jak unisono szesnastu burz zimowych. W
trzecim hamaku odbywała drzemkę południową gospodyni; była to
jejmość wysoka na sześć stóp i pięć cali; imię jej brzmiało donna
Elvira. Małżonek jej objaśnił mnie później w zaufaniu, że niemasz
na świecie niewiasty tak rezolutnej; ja jednak nie miałem szczęścia
oglądać wulkanicznego wybuchu jej energicznego temperamentu, gdyż
donna Elvira zawsze, ile razy ją widziałem, albo drzemała, albo
spała jak suseł. W czwartym hamaku odkryłem przedmiot, podobny do
pierścienia, barwy szarego, lnianego płótna, który w pierwszej
chwili omalże nie wziąłem za pas ratunkowy, jakiego się używa na
okrętach morskich. Przypatrzywszy się jednak bliżej, doszedłem do
przekonania, że domniemany pas może zamienić się w razie potrzeby w
coś szlachetniejszego; z tego więc powodu zdecydowałem się, dać mu
lekkiego szturchańca. W odpowiedzi na to pierścień poruszył się i
rozwinął. Ukazały się ręce, nogi, nawet głowa i wreszcie pas
ratunkowy wyprostował się całkowicie, zeskoczył z hamaku i stanął
przede mną jako mały, chudy człowieczek, odziany w szare, lniane
ubranie, które przylegało jak ulane do jego postaci. Przypatrzywszy
mi się zdziwionym wzrokiem, zapytał tonem, w którym miał być gniew,
lecz brzmiał jedynie wyrzut: - Czego pan chce, sennor? Dlaczego przeszkadza mi pan w moim
wypoczynku południowym? I wogóle dlaczego pan nie śpi? Przecież w
tym śmiertelnym upale każdy rozumny człowiek kładzie się na
spoczynek! - Szukam gospodarza! - odpowiedziałem. - Ja jestem gospodarzem. Moje nazwisko brzmi don Geronimo! - Przybyłem właśnie w tej chwili do Guaymy i chciałbym wyruszyć w
dalszą drogę okrętem. Czy mogę tymczasem zamieszkać u pana? - Zobaczymy później! Teraz jednak niech pan śpi, tam, w jednym z
hamaków. Wskazał na przeciwległą ścianę pokoju. - Zmęczony jestem, to prawda, - odpowiedziałem - ale i głód mi
dokucza. - Później, później! Tymczasem niech pan śpi! - nalegał
natarczywie. - I w gardle mi wyschło! - Dobrze, dobrze! postaram się o wszystko, niczego panu nie
zabraknie, tylko niech pan teraz śpi, niech pan śpi nareszcie! Z początku mówił zupełnie cicho; ostatnie słowa jednak zabrzmiały
rozgłośnie. Sąsiednie hamaki zaczęły się chwiać, wobec czego don
Geronimo szepnął do mnie ostrzegająco: - Ani słowa, sennor! gdyż inaczej zbudzi się donna Elvira! Śpij
pan, śpij pan! Z temi słowy wskoczył do swojego hamaku i zwinął się znowu w
pierścień. Co miałem począć! Zostawiłem w spokoju śpiący pas
ratunkowy razem z jego rodziną i, wyszedłszy przez tylne drzwi,
znalazłem się na dość obszernem podwórzu. W jednym kącie tego
dziedzińca był sporządzony daszek z łodyg kukurydzy, wsparty na
słupach, pod którym przechowywano przybory gospodarskie. Obok
leżała spora wiązka słomy, a przy niej duży pies, uwiązany na
łańcuchu. Słoma była zapewne lepszem legowiskiem, niż hamaki; tak
myśląc, zbliżyłem się do wiązki, nieco zaniepokojony, że pies
narobi hałasu i obudzi donnę Elvirę; jednakże obawa okazała się
płonna, - poczciwe psisko spało także! Otworzyło oczy wprawdzie,
lecz aby zamknąć je natychmiast, i nie zwracało wcale na mnie
uwagi, gdy sobie przygotowałem posłanie ze słomy i wyciągnąłem się
na niem. Zasnąłem, mając obydwie strzelby na ramieniu; znużony,
spałem tak twardo, że obudziłem się dopiero, gdy mnie ktoś silnie
potrząsnął za ramię. Mijało już południe; nade mną stał mój mały
gospodarz, mówiąc: - Niech pan wstanie, sennor! Teraz mamy czas powziąć decyzję. - Jaką decyzję? - zapytałem, podnosząc się. - Czy panu będzie wolno u mnie zostać, czy nie. - Dlaczego potrzeba do tego dopiero decyzji? Pytałem, chociaż bardzo łatwo mogłem się dorozumieć, co miał na
myśli. - Przyjrzałem mu się dokładniej, niż to mogłem uczynić w
południe. Był rzeczywiście nadzwyczaj mały i przerażająco chudy.
Włosy nosił krótko przystrzyżone, prawie do skóry. Jego ostre rysy
miały wyraz przebiegły i przytem ogromnie dobroduszny. - Donna Elvira życzy sobie, abym przyjmował tylko cavallerów -
odpowiedział - a sennor przyzna chyba, że nie czyni podobnego
wrażenia. - Rzeczywiście? - zapytałem z uśmiechem, spoglądając nań z góry -
czy sądzi pan, że tylko ten jest cavallerem, kto ma nowe ubranie na
sobie? - Nie, czasem nawet porządnemu człowiekowi zdarzy się zaniedbać
swoją powierzchowność; ale donna Elvira okazuje wrażliwość na tym
punkcie i czuje do pana odrazę. - Spała przecież, kiedy przyszedłem. - Spała rzeczywiście; ona śpi wogóle bardzo chętnie, jeśli nie ma
nic innego do roboty; ale potem wyszła na podwórze, ażeby się panu
przypatrzeć i gdy zobaczyła pańskie ubranie, pańskie buty, pański
kapelusz, powiedziała sobie natychmiast... sennor, czy to
konieczne, abym się wyrażał dosadnie? - Nie; ja pana i tak rozumiem, don Geronimo, i, ponieważ nie
podobam się donnie, poszukam sobie innej gospody. Zwróciłem się ku wyjściu; wtedy jednak gospodarz zatrzymał mnie i
powiedział: - Stój pan! Zaczekaj sennor jeszcze chwilę! W domu jest tak
samotnie, gdy niema żadnego gościa, a wreszcie pan mi nie wygląda
na rozbójnika. Chciałbym wstawić się za panem u donny Elviry, do
tego jednak trzeba udowodnić, że będziesz mi pożyteczny. Czy gra
sennor w domino? - Gram - odpowiedziałem, zdziwiony pytaniem. - Dobrze! Wejdź sennor do środka. Zrobimy próbę! Donna Elvira leżała w swoim hamaku. Sennorita Felisa siedziała za
bufetem przy szklance rumu. Chłopców nie było w izbie; zabawiali
się z rówieśnikami na ulicy, obrzucając się zgniłemi pomarańczami.
Don Geronimo przyniósł domino i zaprosił mnie, abym usiadł z nim
przy jednym ze stołów. Gdy się rozległ chrzęst kostek, donna Elvira
poruszyła się, a skoro jej małżonek rzekł do mnie: - Niech pan weźmie sześć sztuk; najwyższy dublet zaczyna, -
gospodyni podniosła głowę. Sennorita Felisa zbliżyła się ze
szklanką w ręce i przysiadła do nas, żeby móc lepiej obserwować
grę. Teraz pojąłem, kogo miałem przed sobą. Ci ludzie spali, gdy
nie grali w domino, a budzili się, aby grać. A jednak Geronimo był
zaledwie znośnym graczem. Wygrałem pierwszą partję, drugą i
trzecią. Przy pierwszej ucieszył się gospodarz; przy drugiej
zdziwił, nakoniec przy trzeciej zawołał zachwycony: - Pan jesteś mistrzem, sennor. Pan musi u nas zostać, żebym się
mógł uczyć u pana. Żaden człowiek nie zdołał mnie jeszcze pobić
trzy razy! Była to przesada; podczas gry nie zadawałem sobie żadnego trudu,
natomiast on grał tak niedołężnie, że nie trzeba było żadnego
obliczenia, aby go pobić. Teraz wstał i podszedłszy do swojej żony,
rozmawiał z nią cicho przez chwilę. Następnie udał się poza bufet,
wydobył stamtąd jakąś książkę oraz olbrzymi kałamarz, postawił
jedno i drugie przede mną na stole i powiedział: - Donna Elvira udzieliła łaskawie pozwolenia, ażeby pan pozostał w
naszym hotelu. Niech więc sennor wpisze do tej książki swoje
nazwisko! Otworzyłem podaną mi książkę. Zawierała same nazwiska, liczby i
daty. Między kartkami leżało prastare, gęsie pióro, którego koniec
pokryty grubą, twardą powłoką zaschniętego atramentu był prawie
dokładnie tak samo rozdziawiony, jak nosy moich butów. - Tem piórem mam pisać? - zapytałem ubawiony. - Oczywiście! Nie mam innego do dyspozycji, a sennor zapewne także
nie nosi piór ze sobą?! - Ależ tym ożogiem niepodobna dwóch liter napisać! - Jakto?! Powiadam panu, że odkąd ten hotel posiadam, to jest już
prawie od dziesięciu lat, wszyscy moi goście posługiwali się tem
piórem i tym atramentem. Atrament był oczywiście oddawna wyschnięty. - Jak oni zabierali się do tego? - Z pomocą wody, jak to pan może łatwo się domyśleć, jeśli sztuka
pisania jest mu znaną, choćby tylko powierzchownie. Gdy się wymoczy
pióro w gorącej wodzie, staje się ono tak miękkie, jak nowe. Jeżeli
się naleje gorącej wody do kałamarza, otrzymuje się zupełnie nowy,
doskonały atrament. Tutaj pisze się bardzo wiele, gdyż mój dom jest
często odwiedzany a każdy gość musi się zapisać; z tych powodów nie
mogę pozwolić sobie na rozrzutność; muszę oszczędzać pióra i
atramentu. Ponieważ jednak pan, jak mi się zdaje, nie zna sztuki
pisarskiej, więc ja pana wyręczę. - Będę wdzięczny, sennor; proszę o to bardzo. Usunie mi pan wielki
ciężar z duszy! - Bardzo dobrze! Nie każdy potrafi władać piórem! Natychmiast
zagrzeję wodę. Podszedł do bufetu, nalał spirytusu, czy rumu do lampki, zapalił,
i wziąwszy blaszany garnek z wodą, trzymał go cierpliwie nad
płomieniem. Dziesięć lat zmuszał gości posługiwać się tem piórem i
tym atramentem spalając za każdym razem za grosz spirytusu,
wszystko dla swej rozumnej oszczędności! Skoro się woda zagotowała,
co trwało przynajmniej kwadrans, zanurzył w niej pióro na chwilę,
wylał zawartość naczynia do kałamarza, zakłócił silnie piórem i
odezwał się zadowolony: - Tak, teraz mogę przystąpić do dzieła. Położył książkę przed sobą, ustawił dogodnie kałamarz, krząknął
energicznie, sięgnął po pióro, zakasłał, zmarszczył głęboko czoło,
ułożył książkę inaczej, kałamarz przesunął, zakasłał znowu, usiadł
wygodniej, niż poprzednio, słowem, zabierał się do owych kilkunastu
słów tak, jakby miał spisywać kronikę świata. W czasie, gdy gospodarz gotował wodę, przewracałem kartki książki.
Pismo na ostatnich stronach było ciemno żółte, ku przodowi coraz
bardziej blakło, tak, że nakoniec nie można było nic przeczytać.
Pierwsze karty zdawały się nigdy nie być zapisane. - Niech pan teraz uważa, sennor, - odezwał się don Geronimo - mam
wpisać dzień i rok pańskiego przybycia do mnie, pańskie nazwisko,
stanowisko lub zawód, wreszcie w jakim zamiarze pan tu przybył. Mam
nadzieję, że sennor poda mi to wszystko ściśle według faktycznego
stanu rzeczy! Udzieliłem mu żądanych wiadomości, a on przeniósł je na papier,
malując litery, które pod względem wyrazistości nie pozostawiały
nic do życzenia. Malował powoli, bardzo powoli i z wielkiem
przejęciem, należnem tak ważnej i szlachetnej funkcji. Po upływie
pół godziny zakończył nareszcie ostatnią kreskę i, odsunąwszy
książkę od siebie, zapytał mnie z rozjaśnionem obliczem: - Jak się panu podoba moja ręka, sennor? Czy widział pan już
kiedy takie litery i pociągnięcia? - Nie, jeszcze nigdy, - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, - pan
posiada bardzo charakterystyczne pismo. - Niema w tem nic dziwnego, ponieważ prawie wszystkie nazwiska
muszę sam wpisywać, gdyż przeważna część gości podobnie jak i
sennor nie umie obchodzić się z piórem i atramentem. - Dziękuję panu za podane mi wiadomości; są one łatwo zrozumiałe;
jednego tylko nie umiem sobie wytłumaczyć. Jako swój zawód podał
pan, że jest literatem: ja jednak nie słyszałem jeszcze o czemś
podobnem. Czy to jest rzemiosło, ranga wojskowa, albo może odnosi
się to do handlu w ogólności lub specjalnie do drobnego handlu
pokątnego? - Ani to, ani tamto! Literat jest tem, co pan po hiszpańsku
określa słowem autor albo escritor. Spojrzał na mnie, zaskoczony, i zapytał: - Czy ma pan majątek? - Nie! - Jeśli tak, to żal mi pana z całego serca! Przy tym zawodzie
musisz sennor z konieczności umrzeć z głodu. - Jakto, don Geronimo? - Pan pyta jeszcze o to? O, ja znam te stosunki bardzo dokładnie,
gdyż w Guaymie mamy także escritora. Bogacz pisze do gazety,
wychodzącej w Hermosillo. Musi bardzo dużo płacić, ażeby drukowano
jego rękopisy. Jest to zajęcie, związane z wielkiemi wydatkami, a
nie przynoszące żadnych korzyści. Jak sennor może żyć, w co sennor
zamierza się ubierać, co sennor chce jeść i pić? Żałuję pana
najserdeczniej! Czy zdoła pan zapłacić to, co u mnie pan zje? - Tak! Na to jeszcze wystarczy. - To mnie bardzo cieszy. - Hm, escritor! Teraz nie dziwię się
wcale pańskiej nędznej odzieży i jednego tylko nie pojmuję,
mianowicie, że pan wygląda przytem tak dobrze i zdrowo. Ale -
caramba! teraz przychodzi mi na myśl: jeśli pan jest literatem, to
musi pan przecież umieć pisać? - Oczywiście! - I pomimo to pozostawił pan mi tę pracę! Dlaczego ukrywałeś
sennor, żeś opanował tę ciężką umiejętność? - Ponieważ nie byłoby uprzejmie z mojej strony zaprzeczać panu,
skoro mnie uważałeś za człowieka, nieumiejącego obchodzić się z
piórem. - Słusznie! Ta uprzejmość świadczy dobrze o panu. Czy mogę
zapytać, skąd sennor przybywa? - Z tamtej strony Sierra Varde! - Piechotą? Coraz bardziej żal mi pana! - Wyruszyłem w drogę konno, jak to pan może poznać po tem, że
noszę ostrogi; koń jednak upadł i złamał nogę; musiałem go
zastrzelić! - Dlaczego nie wziął pan ze sobą siodła i uprzęży? - Ponieważ nie chciałem dźwigać ciężaru na takim skwarze i przez
tyle dni. - Ale pan mógł je sprzedać i z otrzymanych pieniędzy żyć przez
całe dwa dni. Nie powinien pan raczej dźwigać tych dwóch starych
strzelb, które tu widzę. Jest to konstrukcja, dziś zupełnie nie
używana. Nie warta ani pół dolara. Może mi pan wierzyć, gdyż dobrze
rozumiem się na tem! Wziął do ręki sztuciec Henry'ego. Zauważywszy przy zamku walec z
nabojami, potrząsnął głową. Potem sięgnął po niedźwiedziówkę, chcąc
ją podnieść; zostawił ją jednak na podłodze, gdyż nie uradził jedną
ręką. - Niech pan to wyrzuci - zalecał - nie ma pan z tego żadnego
pożytku, a tylko zawadę w podróży. - Dokąd sennor udaje się z
Guaymy? - Okrętem dalej na północ, poza Hermosillo. - Na to może sennor długo czekać! Rzadko okręty zapuszczają się
tak daleko. - Jeśli tak, to pojadę konno. - W tym celu musiałby pan kupić sobie konia lub muła; zapewniam
sennora jednak, że teraz nawet za drogie pieniądze nie dostanie pan
nigdzie zwierzęcia wierzchowego. Gdyby sennor miał czas, mógłby
skorzystać z kolei żelaznej, która prowadzi do Arispe. - Kiedy odchodzą pociągi w tym kierunku? - Pociągi? Zaraz można poznać, że pan tu obcy, sennor. Kolej
jeszcze nie gotowa. Mówią, że będzie ukończona w ciągu trzech,
czterech, może pięciu lat; o tem wszystkiem jednak nic panu nie
wiadomo. Pan nie powinien podróżować w kraju, którego pan nie zna i
który jest tak bardzo oddalony od pańskiej ojczyzny. Przy pańskiem
ubóstwie jest to rzecz niebezpieczna. Pan podał jako swoją ojczyznę
Sajonję. Gdzie leży to miasto? - To nie miasto, lecz królestwo, należące do Alemanji. - Całkiem słusznie! Nie można mieć w głowie wszystkich kart
geograficznych! - A zatem wolno panu u mnie zostać; ponieważ jest
pan bardzo dobrym graczem i wskutek tego znakomitym towarzyszem,
będę miał wzgląd na pana i postawię sennnorowi możliwie niską cenę.
Za całkowite utrzymanie zapłaci pan jednego peso dziennie. Jest to
cena stosunkowo niewielka i spodziewam się, że targ będzie
zbyteczny! - Dziękuję panu i zgadzam się, - oświadczyłem, gdyż za cenę
jednego peso musiałem uważać "kompletne" utrzymanie ofiarowane
jakby za darmo. Don Geronimo skinął z zadowoleniem, odsunął książkę z nazwiskami
gości na bok, sięgnął po domino i powiedział: - Ponieważ pan jest głodny i spragniony, więc Felisa przygotuje
panu posiłek, a tymczasem możemy zagrać kilka partyj. Zaczynamy! Nie pytał wcale, czy mam ochotę do gry, czy nie. Zdawał się uważać
za rzecz zupełnie naturalną, że jestem takim samym namiętnym
graczem, jak on. Zgodziłem się na grę, gdyż nie chciałem mu sprawiać przykrości.
Miałem zamiar pozwolić mu wygrać, nie mogłem jednak tego dokazać,
do takiego stopnia grał nieudolnie. Przy trzeciej partji poczułem
od strony ogniska, przy którem krzątała się sennorita, woń
przypalonej mąki. W połowie czwartej przerwał gospodarz nagle grę,
uderzył się ręką w czoło i zawołał: - Jak mogłem poprzednio o tem zapomnieć! Sennor chce się udać poza
Hermosillo, a ja nie pomyślałem wcale o tem, że nadarza się panu
wspaniała sposobność. Mianowicie sennor Enriquo czeka na okręt,
który tu przyjedzie i odpływa potem do Lobos. - Ta miejscowość byłaby mi rzeczywiście na rękę. Ale co to za
człowiek, którego pan nazywa sennor Enriquo? - Mój gość, którego nazwisko zapisane jest w książce tuż przed
pańskiem. Nie czytał pan? Otworzyłem książkę i przeczytałem:HARRY MELTON Święty dnia ostatniego Te słowa były napisane oczywiście po angielsku: Saint of
the Latter Day. A zatem mormon! Skąd on się wziął tutaj? Co go
sprowadziło z wielkiego miasta nad słonem jeziorem tak daleko na
południe, do Guaymy? - Dlaczego spogląda pan w książkę tak zamyślony? - zapytał
gospodarz. - Czy zauważył pan co szczególnego? - Właściwie nie. Czytał pan te słowa? - Tak, ale nie zrozumiałem ich. Ten sennor jest taki
poważny, dumny i pobożny, że nie chciałem narzucać mu się
pytaniami. Prawdopodobnie wymawiałem źle jego imię, gdyż mnie
objaśnił, że Harry znaczy tyle, co hiszpańskie Enriquo. Dlatego tak
go nazywam. - Więc on mieszka u pana? - Sypia u mnie, wychodzi z rana i wraca dopiero wieczór. - Co robi cały dzień? - Tego nie wiem. Nie mam czasu zajmować się każdym gościem
zosobna! To było słuszne. Ten mały człowiek grał i spał, spał i
grał, więc oczywiście nie mógł absolutnie zwracać uwagi na swoich
gości. Po krótkiej przerwie mówił dalej: - Znam tylko jego nazwisko i wiem, że czeka na okręt,
zdążający do Lobos. Sennor Enriquo mówi wogóle bardzo mało. Jego
pobożność jest rzeczywiście godna pochwały. Szkoda tylko, że nie
umie grać w domino! - Skąd pan wie, że jest pobożny? - Widzę to, gdyż przesuwa ustawicznie w palcach paciorki
różańca, nigdy nie wyjdzie ani nie wejdzie, nie ukłoniwszy się
przed świętym obrazem, wiszącym na ścianie i nie zaczerpnąwszy
święconej wody z kropielnicy przy drzwiach. Nie odpowiedziałem nic na to, gdyż uważałem za lepsze, nie
wyjawiać swych myśli. Mormon z różańcem! Wielożeństwo i woda
święcona! Księga mormonów i ukłon przed świętym obrazem! Ten
człowiek był napewno obłudnikiem, a jego obłuda musiała mieć jakiś
powód. Nie mogłem zajmować się dalej temi myślami, gdyż sennorita
Felisa przyniosła właśnie filiżankę, zawierającą brunatną, gęstą
ciecz i życząc mi smacznego, postawiła przede mną na stole.
Ponieważ gospodarz przyłączył się do tego życzenia, więc mogłem
przypuszczać zupełnie słusznie, że mam spożyć podany mi napój.
Przyłożyłem zatem filiżankę do ust i skosztowałem raz, drugi i
trzeci, aż nakoniec powiedział mi mój język, że mam do czynienia z
miksturą, złożoną z wody, syropu i palonej mąki. - Co to jest? - zapytałem. Na to Felisa załamała ręce ze zdumienia i zawołała: - Czy to możliwe, sennor? Pan nie pił nigdy czekolady? - Czekolady? - zapytałem, - czekoladę piłem
niejednokrotnie! - A to jest wszak czekolada! - Czekolada? Tego nie przypuszczałbym! - Nieprawdaż? - odezwał się gospodarz, zadowolony - tak,
moja czekolada słynie w całej okolicy. Kto wie, jaką mieszaninę pił
pan gdzie indziej! Moja jest jednak tak wyborna, że kto przychodzi
do mnie po raz pierwszy, dziwi się niewymownie i nie daje wiary, że
to czekolada. Oto jest skromny przykład, sennor, jak znakomicie
raczę moich gości! Nie dałem mu poznać, że byłem wręcz przeciwnego zdania,
tylko zapytałem: - Co mi pan poda na kolację don Geronimo? - Kolację? - odpowiedział zdziwiony, poczem objaśnił mnie,
wskazując na filiżankę - to właśnie kolacja; stoi przecież na
stole! - Ach tak! Co daje pan na śniadanie? - Filiżankę czekolady. - Na obiad? - Filiżankę niezrównanej czekolady. To jest najlepsze, co
można spożyć! - Jeśli kto jednak chce mieć chleb i mięso, albo coś
podobnego? - Ten musi iść do piekarza i do rzeźnika. - Powiedz pan, czy masz wino? Czekolada nie pomaga na
pragnienie. - O wyborne! Życzy pan szklankę? - Tak jest. Ile kosztuje? - Trzydzieści centavos. Równało się to połowie talara. Don Geronimo uczynił mi
zaszczyt, przynosząc wino własnemi rękami, przyczem jednak podał je
córce, zamiast mnie. Sennorita Felisa wypiła połowę szklanki, nie
skrzywiwszy się nawet, i podała mi resztę z miłym uśmiechem.
Skosztowałem mały łyk, który jednak spowodował natychmiastowy
wybuch kaszlu. "Wino" było istną trucizną, najprawdziwszym kwasem
siarkowym! - Niech pan pije powoli, bardzo powoli, - ostrzegał
gospodarz. - Moje wino jest za silne dla pana! - Rzeczywiście za mocne, don Geronimo - mówiłem, kaszląc,
- pozwól pan, że pójdę do piekarza i do rzeźnika! - Nie wypije pan reszty wina? - zapytała sennorita. - Nie. Muszę, niestety, bardzo dbać o swoje zdrowie. Przytknęła szklankę do różanych ust i wypróżniła ją tak,
jak poprzednio, nie drgnąwszy nawet powieką. Potem poprosiła mnie w
poufnym tonie: - Gdy pan pójdzie do piekarza i rzeźnika, to niech mi pan
co przyniesie, sennor. Goście szlachetni i ogładzeni zwykli zawsze
tak czynić! - Zapłacić jednego peso, dostać trzy razy wody z mąką i
syropem, spać w hamaku, najprawdopodobniej z żywym inwentarzem, a
do tego zaopatrywać rodzinę gospodarza w żywność! Maison de Madrid!
Najlepszy hotelu miasta! O escribano, o pisarzu gminny! Twoją dobrą
radę cenię bardzo wysoko, a przecież rozejrzę się raz jeszcze! Poszedłem, nie mówiąc oczywiście ani słowa o moim
zdradzieckim zamiarze. Całe dwie godziny szukałem lepszego
pomieszczenia, jednakże wkońcu doszedłem do przekonania, że pisarz
gminny miał słuszność. Maison de Madrid był poprostu pałacem w
porównaniu z jaskiniami, które widziałem. Kupiłem zatem za jednego
peso mięsa, które, mówiąc nawiasem, cuchnęło całkiem znośnie,
następnie wziąłem u piekarza sporo płaskich placków kukurydzanych i
powróciłem do hotelu, gdzie zostałem przyjęty z wielkiem uznaniem,
skoro tylko zauważono, że nie przychodzę z próżnemi rękami. - Miła Felisa, nie pytając wiele, odebrała natychmiast
wszystko ode mnie i rozpaliła ogień, ażeby upiec mięso. Trzej
chłopcy zabrali się zaraz do placków, rozgryzając je w zębach, jak
kości, zaś donna Elwira usiadła w swoim hamaku, zbudzona wonią
pieczeni, rozchodzącą się od ogniska. Oblicza jej nie mogłem
niestety rozpoznać, gdyż jedyna lampa, jaka się tu znajdowała,
stała daleko od niej, na stole, przy którym siedział gospodarz.
Usiadłem naprzeciw niego. Wtedy don Geronimo podsunął mi domino i
odezwał się po przyjacielsku: - Jeszcze kilka partyj sennor, dopóki nie zaczniemy jeść.
Nie mamy przecież nic innego do roboty! Graliśmy zatem, dopóki nie nakryto stołu, to znaczy dopóki
sennorita Felisa nie położyła przede mną najbardziej zatęchłego
kawałka mięsa, oczywiście bez talerza i bez jakichkolwiek innych
dodatków, ale zato ze swoim najbardziej słonecznym uśmiechem.
Reszta mięsa powędrowała ze zdumiewającą szybkością na miejsce
swego przeznaczenia, które jednak nie znajdowało się niestety w
moim głodnym żołądku. Z gościa zamieniłem się, albo raczej zostałem
zamieniony w gospodarza! Właśnie, gdy po ostatnim kęsie obtarłem mój nóż o rękaw i
wsunąłem go zpowrotem za pas, przyszedł ów gość, którego ukazania
się oczekiwałem z wielką, chociaż tajoną ciekawością. Człowiekiem
tym był mormon. Blask naszej lampy sięgał aż do drzwi, a ponieważ
siedziałem wprost naprzeciw nich, więc mogłem dokładnie obserwować
przybysza. - Pokłonił się w stronę świętego obrazu, następnie sięgnął
końcami palców do małej kropielniczki, wiszącej przy drzwiach, a
potem dopiero zwrócił się ku nam z krótkiem pozdrowieniem.
Zobaczywszy mnie, obcego, przypatrywał mi się przez chwilę, poczem
podszedł szybkim krokiem do stołu, otworzył książkę z nazwiskami,
przeczytał dane dotyczące mojej osoby i życząc dobrej nocy, cofnął
się w ciemną część izby, gdzie były umieszczone hamaki dla gości. To wszystko odbyło się tak szybko, że nie miałem czasu
przypatrzeć się dokładnie jego obliczu. Zarazem pokazało się, jak
wielki respekt miał gospodarz przed Meltonem, gdyż, skoro tylko ten
oddalił się od naszego stołu, rzekł don Geronimo do swoich: - Sennor Enriquo chce spać. Połóżcie się i nie róbcie
hałasu! Frontowe drzwi zamknięto na zasuwę, tylne, prowadzące na
podwórze, pozostały otwarte. - Donna Elvira położyła się zpowrotem;
sennorita Felisa podała mi rękę na dobranoc i podeszła również do
swojej konopnej kołyski Morfeusza. Gospodarz, życząc miłego
spoczynku, zdmuchnął mi światło przed nosem i wpełznął w swoją
huśtawkę, gdzie zamienił się natychmiast w pas ratunkowy.
Pozostałem w ciemności. Coprawda byłem nieco zdumiony sposobem, w
jaki don Geronimo okazywał nowemu gościowi swoją gospodarską
uprzejmość i pieczołowitość; ostatecznie jednak bawiły mnie te
osobliwe stosunki. Siedziałem chwilę, nie mogąc się zdecydować, gdzie mam
wybrać miejsce na spoczynek. Wkrótce usłyszałem donośne chrapanie
córeczki. Matka wydechała powietrze w zupełnie regularnych
odstępach czasu, i to z takiem przejęciem, jakby ktoś zdmuchiwał
światło. Ojciec wydawał pomruki, które można było śmiało porównać z
brzęczeniem trzmiela, - wydawało mi się więc niepodobieństwem usnąć
przy takim koncercie; dlatego, zrezygnowawszy z hamaków, wyszedłem
na podwórze, ażeby ulokować się znowu na mojem poprzedniem
legowisku. Pies zrazu warczał, wkrótce się jednak uspokoił,
rozpoznawszy zapewne we mnie tego samego człowieka, którego już w
południe znosił przy sobie. Wsunąłem strzelby pod kupę łodyg
kukurydzy, gdyż dawnym zwyczajem, nie chciałem się z niemi
rozstawać. Ułożyłem się, jak mogłem najwygodniej. Spałem
wyśmienicie i obudziłem się dopiero, gdy słońce stało już dość
wysoko na niebie. Wszedłem do izby. Chłopcy szamotali się i gonili
naokoło ławek; donna Elvira leżała jeszcze, czy też już znowu w
swoim hamaku; sennorita Felisa gotowała przy ognisku niezrównaną
czekoladę, która pachniała dzisiaj dla odmiany zbiegłym syropem;
gospodarz, skoro mnie tylko zobaczył, przyniósł śpiesznie domino,
ażeby rozpocząć na nowo wczorajszą pracę Danaid. - Mormon nie oddalił się jeszcze. Siedział przy stole i
zdawał się oczekiwać mego ukazania się, gdyż, zauważyłem, bacznie
mnie obserwował. Starałem się nie dać mu do poznania, że czynię to
samo, a jednak nie mogłem poprostu oderwać oczu od niego. Była to osobistość oryginalna i nadzwyczaj interesująca.
Dobrze zbudowany, odziany bardzo starannie, przedstawiał się
okazale. Oblicze miał ogolone zupełnie gładko. Ale co to było za
oblicze! Skoro je zobaczyłem, przypomniały mi się natychmiast owe
jedyne w swoim rodzaju rysy, które nadał malowanym przez siebie
djabłom genjalny Gustaw Doré. Podobieństwo było tak wielkie, że
można było przypuszczać, jakoby mormon pozował Doré'mu do rysunku.
Wiek jego oszacowałem najwyżej na czterdzieści kilka lat. Czarne,
krucze pukle włosów wiły się wokół wysokiego, szerokiego czoła i
opadały prawie aż na ramiona; była to rzeczywiście wspaniała
czupryna. Oczy miał duże, aksamitno-czarne; nos - lekko
zakrzywiony, jednak nie zanadto ostry; drganie jego jasno-różowo
zabarwionych nozdrzy świadczyło o żywym temperamencie. Usta miał
bardzo delikatne, kształt ich jednak, a zwłaszcza kąciki,
zakrzywione nieco ku dołowi, pozwalały wnioskować, że Melton
posiada silną, energiczną wolę. Podbródek był filigranowo, ale
przecież silnie zbudowany, jak to można widzieć tylko u osób,
których duch jest potężniejszy od zwierzęcych popędów i potrafi je
tak w zupełności opanować, że trudno nawet przypuszczać ich
obecności. Zosobna każdą część jego oblicza trzeba było nazwać
piękną, ale całości brakowało harmonji. A tam, gdzie niema harmonji
nie może być mowy o pięknie prawdziwem. Nie mogę powiedzieć, czy
ktoś inny odniósłby takie same wrażenie, co do mnie jednak, to
poczułem do niego odrazę. Ta twarz, złożona z nieharmonizujących ze
sobą części, wydała mi się fantasmagoryjną i wzbudzała we mnie
uczucie przykrości. Do tego przyłączyło się jeszcze jedno. Im
częściej spoglądałem na Meltona, tem wyraźniej odczuwałem, że był
podobny do kogoś, którego spotkałem w okolicznościach nie
rzucających na niego bynajmniej dobrego światła. Biedziłem się nad
tem długo, lecz nie mogłem absolutnie przypomnieć sobie ani osoby,
ani miejsca lub czasu, w którym mogło nastąpić owe spotkanie.
Podczas następnych dni widywałem mormona regularnie z rana i
wieczorem i za każdym razem rosło we mnie przekonanie, że już
kiedyś zetknąłem się z człowiekiem bardzo do niego podobnym, który
wystąpił wrogo względem mnie, albo względem jakiejś ze mną
zaprzyjaźnionej osoby. Melton, ilekroć mnie widział, mierzył mnie bystrem
spojrzeniem, w którem przebijała tylko ciekawość; mnie zdawało się
jednak, że mormon starał się usilnie ukryć przede mną niemiłe
wrażenie, jakiego doznawał na mój widok. Nie wiedział może, że
wrażenie to było obustronne. - Jak już nadmieniłem, czekałem na okręt, mormon zaś, według
wiadomości, udzielonej mi przez gospodarza, zdawał się być pewnym
przybycia okrętu. Mimo to nie zwróciłem się do niego o bliższe
szczegóły, gdyż miałem poczucie, że skoro raz wejdę z nim w
stosunki, nie będę się mógł już od niego uwolnić. Było przecież
jasne, że wystarczyło zwrócić się do kapitana statku, ażeby zostać
pasażerem. Jednakże stało się inaczej niż zamierzałem. Piętnastego
dnia wieczorem, mormon, przyszedłszy do hotelu, nie położył się
natychmiast spać, jak to zwykle czynił, lecz przysiadł się do nas,
to jest do gospodarza i do mnie, gdyż rozumiało się samo przez się,
że obydwaj trawiliśmy czas przy grze w domino. Po długich,
bezowocnych wysiłkach udało mi się nakoniec doprowadzić do tego, że
mały don Geronimo wygrał partję. - Teraz prysł czar, sennor! - zakrzyknął uradowany. - Pan
przyzna chyba, że gram właściwie o wiele lepiej od pana i tylko zły
los prześladował mnie dotychczas. Pan chwytał zawsze najlepsze
kostki, podczas gdy mnie dostawały się takie, których wogóle nie
warto brać do ręki. Teraz jednak musi być inaczej; zaraz panu
pokażę, o ile pana w grze przewyższam! Zacznijmy na nowo! Poodwracał kostki i zmieszał je, przygotowując się do
nowej gry. Nie odpowiedziałem nic, gdyż miałem zamiar pozwolić mu
wygrać także następną partję, jeśliby to tylko było możliwe; nagle
jednak odezwał się po raz pierwszy mormon, zwracając się do
gospodarza: - Co panu przychodzi do głowy, sennor! Czy pan nie
zauważył, że pański przeciwnik wysilał się poprostu, ażeby
popełniać błędy i pozwolić panu wygrać partję? Pan przez całe życie
nie nauczy się tak grać, jak on! Co za grubijaństwo! Przytem posługiwał się zwykłym tytułem
sennor, podczas gdy małemu człowieczkowi zależało bardzo na tem,
ażeby go nazywano don Geronimo. Jakkolwiek gospodarz był zwykle
bardzo uprzejmy i miał przed mormonem wielki respekt, to jednak
teraz dał Meltonowi ostrą odpowiedź, za którą ten oczywiście nie
pozostał dłużny. Sprzeczka zamieniła się w głośną kłótnię;
nareszcie Geronimo zapakował kostki i opuścił stół, ażeby położyć
się w hamaku. Mormon patrzył za nim z widocznem zadowoleniem, z
czego wywnioskowałem, że rozpoczął sprzeczkę umyślnie, ażeby usunąć
gospodarza i zostać ze mną sam na sam. Istotnie, skoro tylko mały zwinął się w swoim hamaku,
Melton zwrócił się do mnie z zapytaniem: - Pan mieszka tutaj już od piętnastu dni. Czy pan zamierza
pozostać w Guaymie? Zdanie nie było wypowiedziane w tonie grzecznego pytania.
Czułem, że Melton chciał się okazać przychylnym, przychodziło mu to
jednak z trudem; jego pytanie brzmiało jak mowa urzędnika, albo
przełożonego, który zwraca się do podwładnej mu osoby. - Nie, - odpowiedziałem - nie mam tu nic do roboty, - Dokąd pan chce się udać? - Może do La Libertad. Wymieniłem to miasto, gdyż w jego pobliżu leżało Lobos,
dokąd według opowiadania gospodarza miał płynąć okręt, oczekiwany
przez mormona. - Skąd pan przyszedł tutaj? - Z gór Sierra Verde. - Co pan tam robił? Szukał pan może złota? Znalazł pan co? - Nie, - odparłem, nie zwracając uwagi na jego pierwotne
pytanie. - Myślałem to sobie! Po panu widać odrazu, że pan jest
biedakiem. Obrał pan sobie bardzo nieszczęśliwe rzemiosło. - Jakto? - Przeczytałem w spisie nazwisk, że pan jest literatem;
otóż wiem dobrze, że w tym zawodzie można znaleźć tylko zubożałe i
upadłe osobniki. Jak mógł pan zapuścić się w tę okolicę! Jesteś pan
Niemcem. Gdyby pan był został w swej ojczyźnie, mógłby pan tam
pisać listy, lub sporządzać rachunki dla ludzi, nieumiejących
obchodzić się z piórem, i zarabiać w ten albo w podobny sposób
przynajmniej tyle, żeby nie cierpieć głodu! - Hm! - zamruczałem, nie dając mu poznać, że mnie bawił
swoją logiką; - pisanie listów nie przynosi takich dochodów, jak
pan przypuszcza. Można przytem przyciągać pasa, aż brzuch zetknie
się z kręgosłupem! - A pan nie znalazł na to innej rady, tylko powędrować w
obce kraje, ażeby przyciągać pasa tak długo, dopóki pański brzuch
zupełnie nie zniknie! Niech mi pan nie bierze tego za złe, ale to
chyba głupota z pańskiej strony. - Nie każdy ma takie szczęście,
jak pański imiennik, który nie był zresztą literatem, tylko
wyćwiczonym myśliwym, gdy wyruszał w świat. - Mój imiennik? Kogo ma pan na myśli? - Ach, myślałem, że pan był już w Stanach Zjednoczonych w
zachodnich prerjach; jednak pańskie pytanie zaprzecza temu, gdyż
inaczej byłby pan słyszał o Old Shatterhandzie! - Old Shatterhand? To nazwisko znam. Czytałem,
prawdopodobnie w jakiejś gazecie, pewną opowieść podróżniczą, w
której występował ten człowiek. Zdaje się, że to myśliwy prerjowy,
albo poszukiwacz śladów, jak to się tutaj tych ludzi nazywa. - Jest nim rzeczywiście. Wiem przypadkowo, że jest
Niemcem, a ponieważ pan nosi takie same nazwisko, więc w pierwszej
chwili przyszła mi myśl, że mam do czynienia z owym Old
Shatterhandem; jednakże bardzo prędko poznałem swoją omyłkę. -
Lituję się nad pańskiem smutnem położeniem i chcę panu dopomóc do
podźwignięcia się z niedoli, oczywiście, przypuszczając, że sennor
ma tyle rozumu, ażeby się chwycić z całych sił liny ratunkowej,
którą mu rzucam! Właściwie powinienem był wyśmiać go w oczy, jednakże
pohamowałem się i nie porzucałem skromnej miny. Jego brutalny
sposób wyrażania się mógł mnie złościć; bawiło to mnie jednak, że
pozostawiam go w błędzie i dlatego odpowiedziałem spokojnie: - Dlaczego nie mam mieć tyle rozumu? Nie jestem przecież
dzieckiem, które nie umie ocenić proponowanego mu dobrodziejstwa! - Dobrze! Jeśli pan się zgodzi na moją propozycję,
pozbędzie się pan wszelkiej troski i otrzyma pan odrazu bardzo
popłatne stanowisko. - Gdybym mógł w to wierzyć! Proszę pana bardzo, niech mi
pan jak najprędzej wyjawi swoją propozycję! - Tylko powoli! Niech mi pan naprzód powie, co pan
zamierza właściwie robić w La Libertad? - Chcę szukać pracy, rozejrzeć się za jakiemś zajęciem.
Ponieważ tutaj, w tej zamarłej Guaymie nic nie znalazłem, więc mam
nadzieję, że tam będę miał więcej szczęścia! - Pan się myli. La Libertad leży wprawdzie nad morzem, ale
jest to miejscowość jeszcze smutniejsza, niż Guayma. Setki głodnych
Indjan włóczą się tam, nie mogąc znaleźć roboty; pan znalazłby się
jeszcze w trudniejszem położeniu niż tutaj. Prawdziwe to szczęście
dla pana, że Opatrzność zrządziła nasze spotkanie. Pan słyszał
może, że należę do świętych dnia ostatniego. Moja religja nakazuje
mi każdą owieczkę, którą znajdę w pustyni, zaprowadzić na kwitnące
pola szczęścia; jest więc moim obowiązkiem dopomóc panu. - Czy pan
mówi i pisze po angielsku? - Znośnie! - To wystarczy. Może pisze pan po hiszpańsku tak dobrze,
jak pan mówi? - Tak; ale nie mogę sobie dać rady z interpunkcją,
ponieważ w języku hiszpańskim wykrzykniki i znaki zapytania stoją
nietylko po, lecz także przed zdaniem. - To się jeszcze pokaże, - odparł z uśmiechem wyższości; -
nie żądam od pana mistrzostwa! Czy ma pan ochotę zostać tenedor de
libros? Pytanie to wypowiedział z taką miną, jakby mi ofiarowywał
conajmniej księstwo. Dlatego odparłem w tonie radosnego zdziwienia: - Tenedor de libros? Jakże chętnie przyjąłbym takie
stanowisko! - Niestety, jednak, nie jestem kupcem! Słyszałem
wprawdzie, że jest jakaś pojedyńcza i podwójna buchalterja, ale nie
rozumiem się na tem! - To niepotrzebne, sennor, gdyż pan ma przyjąć miejsce nie
u kupca, tylko w hacjendzie. Wprawdzie nie mogę oznaczyć wysokości
pańskiej płacy, gdyż to należy do właściciela hacjendy, ale
zapewniam pana, że będzie sennorowi bardzo dobrze na tej posadzie.
Ma sennor wszelką swobodę i jestem przekonany że otrzymasz pan
miesięcznie nie mniej, jak 100 pesów. Oto moja ręka. Uderz pan!
Kontrakt sporządzimy natychmiast! Wyciągnął rękę. Udałem jakobym już chciał podać mu swoją,
lecz w ostatniej chwili zapytałem, cofając powoli dłoń: - Czy pan mówi poważnie, czy też żartuje sobie tylko ze
mnie? Wydaje mi się bardzo dziwnem, że sennor obcemu człowiekowi,
który prawie że nie ma się w co odziać, daje tak wspaniałą
propozycję. - Tak, to rzeczywiście bardzo dziwne i dlatego radzę panu
nie zwlekać, tylko przyjąć ją czem prędzej. - Chciałbym to uczynić, jak sam pan może przypuszczać,
jednak jest przecież jasne, że powinienem przedtem dowiedzieć się
bliższych szczegółów. Gdzie znajduje się owa hacjenda, do której
chce mnie pan posłać? - Nie chcę pana posłać, tylko sam pana tam zaprowadzę. - To mnie cieszy jeszcze bardziej. Czy podróż jest bardzo
kosztowna? - Sennor nie wyda ani jednego centavo, gdyż ja opłacę
wszystko. Skoro pan się zgodzi ostatecznie, nietylko uwolnię pana
od wszelkich wydatków, ale nawet mam pełnomocnictwo wypłacić mu
prendę. Hacjendero jest moim przyjacielem. Nazywa się Timoteo
Pruchillo i jest właścicielem hacjendy del Arroyo. - Gdzie leży ta hacjenda? - Poza miastem Ures. Jedzie się stąd okrętem do Lobos a
później ma się aż do samej hacjendy wspaniałą drogę lądową; podczas
tej krótkiej, ale bardzo przyjemnej podróży, będzie pan miał dużo
rozrywki i nauki, zwłaszcza, że znajdzie pan tam również liczne
towarzystwo. Indjanin nie jest wytrzymałym i pewnym robotnikiem,
dlatego brak ludzi, którzy nadawaliby się do robót w hacjendzie.
Otóż sennor Timoteo zwerbował Niemców, czy też Słowian. Jest ich
około 40 robotników, którzy przybędą tutaj jutro; większość
prowadzi żony i dzieci. Podpisali już kontrakty i wszystko jest tak
obmyślone, że staną się wkrótce zamożnymi ludźmi. Hacjendero posłał
mnie, ażebym ich przyjął i objął przewodnictwo nad nimi przez
resztę drogi. - Z jakiej miejscowości pochodzą ci ludzie? - Nie wiem tego dokładnie, ale przypuszczam, że mieszkali
blisko granic Polonji albo Pomeranji. Miasto, z którego okolicy
pochodzą, nazywa się, jeśli mię pamięć nie myli, Cobili. - Takiego miasta tam niema. Hm, Pomorze, albo Polska! Może
pan ma na myśli miasto Kobylin? - Tak, tak; tak właśnie jak pan to wymawia, brzmi nazwa
owej miejscowości. Nasz agent doprowadził tych ludzi do Hamburga,
skąd wyruszyli dalej parowcem do San Francisko. Stamtąd przybędą
tutaj jutro na małym okręcie żaglowym. Statek ląduje w Guaymie
tylko dlatego, ażeby mnie zabrać na pokład i odpływa zaraz dalej.
Jeżeli pan chce się jeszcze namyśleć, to mogę dać panu czas tylko
do jutrzejszego poranku. Jeśli się zaś pan w tym czasie nie
zdecyduje, cofam moją ofertę, i może pan siedzieć w Guaymie tak
długo, jak mu się będzie podobać! - Przypuszczam, że kapitan statku przyjąłby mnie jako
pasażera aż do Lobos? - Nie, stanowczo nie, nawet za najlepszą opłatą. Okręt
jest wynajęty tylko dla owych wychodźców i kapitan nie śmie przyjąć
nikogo innego. Poco więc się namyślać? Byłbyś sennor poprostu
warjatem, gdybyś odrzucił moją ofertę! Patrzył na mnie z oczekiwaniem, zapewne przekonany, że
otrzyma potakującą odpowiedź. Byłem w kłopocie. Miałem poprzednio
zamiar pozwolić mu mówić, a potem go wyśmiać; teraz jednak musiałem
tego zaniechać. W jaki inny sposób odjechałbym z Guaymy? Już sama
ta okoliczność nakazywała mi nie dawać mu odmownej odpowiedzi.
Miałem jednak jeszcze jeden powód, ażeby odbyć z nim tę podróż.
Oczekiwał emigrantów z Europy, prawdopodobnie z Poznańskiego,
sprowadzonych do Ameryki w celach zarobkowych, na podstawie
zawartego z nimi układu. To już wystarczyło, ażebym się ich losem
żywo zainteresował, tem bardziej, że zadziwiła mnie droga, jaką
obrał Melton do hacjendy. Wiedziałem, że miasto Ures, wpobliżu
którego miała leżeć hacjenda, wznosi się nad rzeką Rio Sonora;
najkrótsza zatem i najwygodniejsza droga prowadziłaby z Guaymy
przez Hermosillo, a później rzeką w kierunku jej źródeł; tymczasem
mormon chciał jechać aż do Lobos, a więc przynajmniej trzydzieści
leguas dalej. Drogę lądową stamtąd opisał mi wprawdzie jako bardzo
przyjemną i pociągającą, przeczuwałem jednak, chociaż nie byłem
nigdy w tej okolicy, że mnie okłamał. Choćby był nawet powiedział
prawdę, to szło tutaj o tak wielkie okrążenie, że domyślałem się
jakiegoś szczególnie ważnego powodu, który go do tego zmuszał.
Ponieważ nie nadkłada się tak drogi z ludźmi, mającymi ze sobą
kobiety i dzieci, więc musiałem wnioskować, że nie jest to jakiś
powód przypadkowy i niewinny. Skutkiem tego przyszło mi na myśl, że
wychodźcom grozi jakieś niebezpieczeństwo; czułem się w obowiązku
zbadać je i ostrzedz tych ludzi. To jednak było niepodobieństwem,
gdybym pozostał w Guaymie. Musiałem jechać z Meltonem. Ale jak?
Związać się z nim nie mogłem, a tem mniej pisemnym kontraktem.
Również okoliczność, że mormon zmuszał mnie poprostu do przyjęcia
tak dobrej posady, chociaż uważał mnie za człowieka niezdatnego do
niczego, wydawała mi się w wysokim stopniu podejrzaną. Jakie
zamiary ukrywały się za tą propozycją, tego niestety nie mogłem
narazie przewidzieć; na to potrzeba było czasu, który musiałem
zdobyć podstępem. Dlatego odpowiedziałem na jego ostatnią uwagę: - Pan ma słuszność, sennor! Gdybym odrzucił pańską
propozycję, to byłoby to nietylko głupotą ale i wielką
niewdzięcznością z mojej strony, wobec pańskiej dobroci. Zgodziłbym
się w tej chwili, gdyby nie jedna jeszcze bardziej uzasadniona
wątpliwość. - Wątpliwość? Chciałbym wiedzieć, jakiego rodzaju? - Nie prowadziłem jeszcze żadnej książki i nie przebywałem
nigdy w hacjendzie. Wątpię więc, czy będę mógł zadowolić
hacjendera! - O tem dwóch zdań niema! - przerwał mi. - Powiedziałem
panu przecież, że pańska przyszła praca będzie dziecinną igraszką.
Zapisuje pan, co zebrano w polach, ile się urodziło źrebiąt, ile
cieląt, a wreszcie kwotę, którą sennor Timoteo otrzymał za swoje
zbiory. To cała praca, jakiej się żąda od pana! - I za to mam dostać kompletne utrzymanie oraz sto pesów
miesięcznie? - Przynajmniej sto! - Jeśli tak, to zgodziłbym się w tej chwili; - chciałbym
tylko wiedzieć, czy rzeczywiście zasługuję na takie wynagrodzenie? - Niepoprawny Europejczyk z pana! Dla mnie, jako dla
świętego ostatnich dni jest najważniejszą rzeczą bogobojność i
sprawiedliwość; pan jednak przesadza w uczciwości. Wy, w Europie,
jesteście przecież osobliwymi ludźmi! - Może być, sennor, niech pan jednak zauważy, że nie
odrzucam pańskiej propozycji. Jadę z panem, jednak umowę podpiszę
dopiero wtenczas, gdy przekonam się, że zasługuję na ofiarowaną mi
zapłatę. - Co za niedorzeczność! Ale jeśli pan nie chce inaczej, to
niech i tak będzie. Ile posiada pan pieniędzy? Ponieważ pan tylko
warunkowo ze mną jedzie, więc nie mam obowiązku za pana płacić.
Mogę panu ofiarować tylko wolny przejazd na naszym okręcie, poza
tem nic więcej. - Poprzestaję na tem; na szczęście mam jeszcze kilka
pesów, które zapewne wystarczą na czas, dopóki nie dostaniemy się
do hacjendy. - Ale tak, jak pan jest teraz odziany, nie mogę go wziąć
ze sobą. Czy może pan wytrzasnąć sobie jakieś nowe ubranie? - Tak, gdyż przy obecnym gorącu kupuje się tylko odzież
lekką i tanią. - Więc niech pan załatwi to wszystko jutro rano, ażebym
nie czekał na pana. Teraz dobranoc! Skinął głową i, nie podając mi ręki, poszedł do swojego
hamaku. Dzieci już spały; sennorita Felisa chrapała; donna Elvira
drzemała także, ciężko oddychając; mały Geronimo wydawał tony,
podobne do skrzypienia nienaoliwionych zawias. Zgasiłem światło i
skierowałem się ku mojemu legowisku z kukurydzy, gdzie pies, który
przyzwyczaił się do mnie, przyjął mnie przyjacielskiem lizaniem
rąk. Następnego dnia obudziłem się bardzo wcześnie, a przecież,
gdy wszedłem do izby gościnnej, mormona już nie było. Gdzie
przebywał przez cały dzień? Nikt tego nie wiedział. Fakt również
uderzający, bo kto chodzi uczciwemi drogami, ten czynów swoich nie
otacza tajemnicą. - Tymczasem sennorita Felisa przyrządzała śniadanie, to
znaczy ową sławną czekoladę. Byłaby to moja trzydziesta filiżanka w
tym domu, - gdyby nie pewne, spóźnione niestety odkrycie, jakie
dziś poczyniłem; mianowicie, szanowna sennorita przyrządzała
czekoladę na tej samej wodzie, w której myła przed chwilą swoje
delikatne palce i twarz... - Udałem, że mam ból żołądka i z tego
powodu muszę zrezygnować z czekolady. Na to sennorita uśmiechnęła
się wdzięcznie i, przyłożywszy filiżankę do ust, do dna ją
wypróżniła. Obtarłszy usta wierzchem dłoni, odezwała się
rozczulająco: - Sennor, pan jesteś najszlachetniejszym kawalerem jakiego
widziałam; skoro się pan ożeni, uszczęśliwi pan swoją sennorę z
pewnością. Wielka szkoda, że pan odjeżdża. Czy nie mógłby pan tutaj
zostać? - Czy pragnęłaby pani tego? - zapytałem. - Tak! - A co jest przyczyną takiego życzenia? Czy owo szczęście,
o którym mówiła sennorita właśnie, czy też czekolada, którą
odstąpiłem pani tak chętnie? - I jedno i drugie! Prawdopodobnie oczekiwała, że doprowadzę tę poranną
rozmowę do szczęśliwego końca, ja jednak uważałem za ważniejsze
sprawić sobie nowe ubranie, więc poszedłem, ażeby poszukać jakiegoś
baratillero. Sklep, który wkrótce znalazłem, był podobny do budy
tandeciarza, ale na szczęście dostałem tam, czego pragnąłem:
spodnie, kamizelkę i bluzę z niebielonego płótna, oraz kapelusz
słomiany z bardzo szeroką kresą. Kupiłem również kawałek taniej
materji, z której chciałem uszyć futerał na strzelby; igły i nici
mam zawsze ze sobą. Zmuszał mnie do tego ważny powód: chciałem, aby
Melton uważał mnie jeszcze jakiś czas za takiego naiwnisia, jakim
mu się wydałem. Mormon zdawał się wiele wiedzieć o Old
Shatterhandzie, więc, być może, broń moją znał również. Dlatego
starałem się, przynajmniej z początku, ukryć karabiny przed jego
wzrokiem. Kupiwszy jeszcze parę prostych, skórzanych butów i
przebrawszy się, wróciłem do hotelu. Don Geronimo, zobaczywszy
mnie, splótł ręce ze zdziwienia i wykrzyknął: - Co widzę! Pan się nagle zbogacił?! Pan mógłby pokazać
się zupełnie spokojnie u boku każdego starokastylijskiego
szlachcica! Niestety, postanowił sennor nieodwołalnie odjechać; ale
gdybym był pana zobaczył wcześniej w tem ubraniu, zaproponowałbym
sennorowi urząd majordoma mojego hotelu, a może zostałby pan nawet
wspólnikiem! Mój widok zdawał się być rzeczywiście czarującym, gdyż
sennorita Felisa położyła rękę na sercu i westchnęła głęboko, a
nawet donna Elvira wyprostowała się nieco w swoim hamaku, ażeby
obdarzyć mnie spojrzeniem i... położyć się zpowrotem, ciężko
westchnąwszy. Ta siła czarodziejska mojego ubrania, które u nas
kosztowałoby jedenaście marek, trwała jednak niezbyt długo, gdyż
niebawem wystrzępiło się i podarło tak, że pojedyncze kawałki wiatr
roznosił we wszystkich kierunkach. Mógłbym był wprawdzie kupić
sobie coś lepszego i trwalszego, wszakże nie chciałem, aby Melton
przypuszczał, że posiadam sporo pieniędzy. - Około południa przyszedł Melton po mnie, gdyż okręt
nareszcie przypłynął. Nastąpiło pożegnanie z życzliwymi
gospodarzami; było wzruszające. Don Geronimo zdobył się na czyn
bohaterski, dając mi na pamiątkę swoje domino i... płakał z
radości, gdy nie przyjąłem tej ofiary. Trzej chłopcy ściskali mnie
za kolana, wycierając nosy o moje nowe spodnie. Sennorita Felisa
chciała otrzeć sobie oczy chusteczką; lecz ponieważ właśnie w tej
chwili miała w ręku tylko czarną ścierkę do czyszczenia pieca, więc
wtarła sobie smutek i sadzę w płaczące oblicze; muszę przyznać, że
wywarło to na mnie daleko większe wrażenie, niż gdyby się była
posłużyła prawdziwą chusteczką do nosa. Donna Elvira wyprostowała
się na tyle, że zobaczyłem jej twarz prawie zupełnie wyraźnie i
skinęła mi na pożegnanie ręką. Psu przyniosłem kawałek kiełbasy,
gdyż miałem powody przypuszczać, że, odkąd ujrzał światło dzienne,
nigdy nie kosztował tego przysmaku. Geronimo i Felisa poszli za mną
na podwórze. Tam wyciągnąłem kiełbasę z kieszeni i pokazałem psu;
ale, zanim ten zdążył otworzyć paszczę, przyskoczyła sennorita i
wydarła mi podarunek z ręki, wołając: - Co pan robi, sennor! Czy chciał pan rzeczywiście taki
delikatny kąsek zmarnować, dając go zwierzęciu? Ten przysmak należy
do mnie; zjem go, wspominając pana! Nie czekała jednak tak długo, lecz ugryzła natychmiast, co
zniewoliło Geronima do szybkiego pochwycenia jej ręki, celem
wydarcia kiełbasy i wzięcia współudziału we wspominaniu mojej
osoby. Felisa uciekła z okrzykiem strachu, lecz on popędził za nią,
nastręczając mi wreszcie sposobność opuszczenia gościnnego hotelu
bez dalszych zakusów na moją kiełbasę i moje serce. Naturalnie,
pies musiał zadowolić się głaskaniem, co było prawdopodobnie mniej
pożywne, niż podarunek pożegnalny. Niebawem pospieszyłem do
Meltona, który czekał przed domem; w porcie wsiedliśmy do łodzi i
kazaliśmy się odwieźć na okręt. - Statek ów - był to mały szkuner, jeden z tych, jakie,
przynajmniej w owych czasach, umieli budować tylko jankesi; szybki
żaglowiec, posiadał tyle płótna na masztach, że nawet najsłabszy
wiaterek wystarczał do wprawienia go w ruch. Skoro przybiliśmy do
boku statku, spuszczono nam drabinkę sznurową, a równocześnie
wyjrzało wiele głów z pokładu i przyglądało się nam z ciekawością.
Weszliśmy na pokład. Pierwszą osobą którą ujrzałem, była
osiemnastoletnia może, ozdobnie ubrana dziewczyna, o rysach
wschodnich, nadzwyczajnej piękności. Strój jej składał się z
bucików sznurowanych, białych pończoch, czerwonej bluzki,
obrębionej ciemnym aksamitem, błękitnego gorsetu ze srebrnym
łańcuchem i srebrnemi spinkami. Na bujnych włosach, zwisających
ztyłu dwoma warkoczami, miała mały ozdobiony piórem kapelusz.
Ubranie tego rodzaju byłoby odpowiedniejsze na balu maskowym, niż
tutaj - na pokładzie amerykańskiego okrętu, przeznaczonego dla
wychodźców. Obok niej stał chudy, starszy człowiek, którego oblicze
wykazywało najwyraźniej pochodzenie hebrajskie. Również ubiór nie
pozwalał wątpić, że był Żydem. Gdy spojrzenie jego padło na
mormona, wyrwał mu się półgłosem mimowolny okrzyk: - Djabeł! RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.