2
Dzień, który właśnie się zaczynał, był zwyczajny. Psy budziły się powoli, wylizując się leniwie, dopóki nie ożywił ich zbliżający się traktor lub szukający jedzenia lis. W rozrzuconych między polami domach zaczynało się poranne poruszenie, czego świadectwem był dym unoszący się z kominów. Tego dnia o świcie wszystkie dachy we wsi zabłysły od słońca, które - szybko pożałowawszy tego gwałtownego ruchu - schowało się za stalową powłoką chmur, by już do końca dnia pozostać w ukryciu. Ale nawet to, biorąc pod uwagę panujący w okolicy zimny klimat, było zwyczajne.
Na jednym krańcu wsi, tym od strony miasta powiatowego, stał dom Lusi i Gedymina. Od frontu miał wielki zabudowany taras. Kiedyś pojedyncze szybki, z których się składał, łagodnie wpuszczały słoneczne światło, prowadząc je do jadalni. Teraz wiele miejsc po nich było zapchanych starymi rajstopami. W lecie wyjmowano je z okna i taras służył jako półotwarta jadalnia. Zimą znów zapychano ziejące otwory, żeby mróz nie trafił do domu. Nad tarasowym oknem wisiały ułamane zdobienia z drewna: zwierzęta i ptaki, którym czas poobrywał ogony i skrzydła, zostawiając je w nagiej formie. Niektóre z przegniłych elementów zostały odpiłowane, jakby gospodarze nie mieli ochoty lub funduszy, by odnowić zwierzęce postaci, o których obecność w swoim domu wcale się nie prosili.
Na kolejnym krańcu, tym położonym bliżej lasu, stał nadgryziony zgnilizną dom Lupusów, którzy wstali dziś nadzwyczaj wcześnie. Wysoki mężczyzna, podciągnąwszy spodnie do góry, usiadł na ganku. W jego kierunku zmierzała uginająca się pod ciężarem wiader kobieta. Rzucające przed siebie błotem dziecko omijało ją tak, jak omija się dziury w drodze, od niechcenia i bez zbędnego hamowania.
Reszta domów stała pomiędzy gospodarstwami Lusi i Lupusa, jakby ktoś je porozrzucał bez ładu i składu. Między nimi rosły wysokie, proste topole i wiła się gliniasta droga, która w suche dni była pokryta głębokimi koleinami.
Teraz, o poranku, w domach zawsze było coś do zrobienia. Kobiety wkładały do garnków kaszę i warzywa. Szykowały napar z kory wierzbowej na bolące stawy, zmiatały z podłogi kurz albo ćwiartowały kurę na zupę. Ze wszystkim musiały zdążyć, zanim kwik zwierząt i niemowląt będzie na tyle głośny, że nie da się już go ignorować.
Mężczyźni w czasie porannych rytuałów zazwyczaj pozostawali w łóżkach i czekali, aż ich popychane siłą inercji żony jedną ręką zedrą z nich pierzynę, podsuwając pod nos kawę z cykorii. Dzieci, bezkształtne zlepki skóry i włosów, naciągały na ciałka puchowe poduchy z nadzieją, że matkom zdarzy się któregoś z nich nie zauważyć. Ale matek nie da się oszukać. Z chłodną bezwzględnością - taką samą, z jaką traktowały swoich mężów i z jaką mężowie je traktowali - szturchały jedno po drugim, zaganiając do obory. Krowy bowiem tego dnia ryczały ani mniej, ani więcej niż zazwyczaj, upominając się o dojenie.
O poranku ludzie chodzili okutani od stóp do głów, bo o tej porze roku ciepło było w Przypadce szczególnie pożądane. Jego skromne zapasy mieszkańcy chowali w głębi samych siebie, niechętnie dzieląc się z otoczeniem. Wyjątkiem były dzieci - posklejane ze sobą podczas snu, a po przebudzeniu turlające się razem po podłodze, szturchające stopami pod stołem lub trzymające się za ręce w drodze do szkoły. Wraz z wiekiem jednak granice ciał ludzkich stawały się wyraźne, mimo to nikt nie pytał o zgodę na ich przekraczanie. I niezależnie, czy chodziło o dotykanie pod pierzyną tego, z kim przyszło spać, o leczenie ran, iskanie włosów w poszukiwaniu wszy, wszyscy jakoś się z tym oswoili.
Także i Lusia oswoiła się z ciałem swojego męża Gedymina, które choć przysparzało jej męki samym swym istnieniem, było przez nią starannie pielęgnowane od wielu lat. Śniadanie jednak lubiła jeść w samotności, z dala od sypialni. Popijała długo kawę i patrzyła na rozciągającą się za kuchennym oknem drogę, wypatrując mleczarza. Ten przybywał do wsi o różnych porach, zależnych od tego, jak dużo wypił poprzedniego dnia i jak wielu mleczarzy wypiło więcej od niego - wtedy musiał ich zastąpić, objeżdżając wsie należące do ich rejonów. Spóźnić się nie mógł tylko w największe upały, bo wtedy - choć mieszkańcy zapobiegliwie umieszczali bańki w miskach z zimną wodą - mleko szybko kisło i już kilka godzin po wydojeniu nie nadawało się do niczego. Niezależnie jednak od sytuacji i pory roku rankiem dosiadał ciągnika, posuwając się po prostej lub zygzakowatej trajektorii. Jeśli była zbyt zygzakowata, zarówno mleczarz, jak i patrząca na niego przez okno Lusia modlili się, żeby bańki z mlekiem się nie przewróciły, bo oznaczałoby to ogromną stratę finansową dla mleczarza, a być może także równałoby się utracie pracy.
Tego dnia mleczarz przyjechał nadzwyczaj wcześnie. Zatrzymywał się przy domach, gdzie na zbitych z desek ławkach ludzie ustawili bańki z mlekiem, a następnie jedną po drugiej umieszczał na przyczepce. Nie spieszyło mu się nigdzie, podobnie jak obserwującej go Lusi.
Kiedy ostatnie kawałki podgrzanego na patelni sera wylądowały w jej żołądku, a po kawie zostały tylko fusy, wzięła jeszcze kromkę i moczyła ją - kawałek po kawałku - w wodzie z cukrem. Rozkoszowała się smakiem jędrnego pieczywa, w którym kwaśność chleba łączyła się z lepką słodyczą. Dopiero kiedy zjadła wszystko, co do okruszka, a mleczarz odjechał, odezwała się do męża.
- Gedzio, pora wstawać - krzyknęła trochę zbyt głośno i poszła do sypialni.
Gedymin rozszerzył nozdrza, wpuszczając w siebie zapach płynący z Lusinych ust.
- Co ty? Jak jakiś pies mnie obwąchujesz. Nieładnie tak, kochanieńki, nieładnie. - Odsunęła się od niego i spojrzała na łóżko. - Jaki żeś bałagan zrobił. Jak się tak będziesz wiercił nocami, to cię zostawię samemu sobie. Złośliwie tak robisz czy co? - Spojrzała na niego z wyrzutem, jakby czekając na odpowiedź. - Nie widzisz, że brakuje mi już sił? Kto mi wynagrodzi te wszystkie lata życia? No kto? Ani twój majątek, ani nic. Nic nie jest warte krzyża, który przez ciebie noszę. - Odwróciła się od niego i zabrała się do ogarniania łóżka.
Wzdychając raz po raz nad niesprawiedliwym losem, ułożyła na prześcieradle przesadnie chude nogi Gedymina, których palce były zwinięte pod siebie jak ogon przestraszonego psa. Z boku Gedymin przypominał pomnik, który ktoś wykuł z marmuru, a następnie, zapiwszy lub oddawszy się drobnym przyjemnościom życiowym, zapomniał postawić na cokole. Nawet mimika podkreślała jego pomnikowość: była przesadzona i zazwyczaj wyrażała zdziwienie, smutek lub entuzjazm nieadekwatne do sytuacji. Odkąd leżał, zmarszczki zrobiły się jakby głębsze, a każdy gest - być może z racji tego, że wykonywał ich mało - wydawał się bardziej znaczący.
Mężczyzna powoli otwierał i zamykał oczy. Przyglądał się swoim zgiętym kolanom, a potem machnął ręką kilka razy, jakby właśnie dyrygował niewidzialną orkiestrą.
- Nie waż mi się przeszkadzać, łapy trzymaj, gdzie ich miejsce - wyrzuciła z siebie zasapana Lusia. - Mówiłam, żebyś był grzeczny, bo sobie stąd pójdę i zostaniesz taki brudny i nienakarmiony.
Wróciła po chwili z talerzem wypełnionym mleczną breją.
- A niech to, zapomniałam cię podnieść. Co ja teraz z tym talerzem... oby się tylko nie rozlało. - Postawiła zupę na stojącym obok łóżka stołku, podkasała rękawy, a następnie z wysiłkiem dźwignęła górną część ciała Gedymina i oparła ją na wysokich poduszkach. Choć była kobietą słusznej postury, a Gedymin kurczył się z roku na rok, zasapała się przy tym co niemiara.
- Co, Gedziu, wygodnie? - wydusiła z siebie nieco łagodniej, ocierając pot z czoła, i zaczęła go karmić.
Gedymin usłyszał jej słowa, ale czy je rozumiał? Tego Lusia nie wiedziała.
Wiele lat minęło od dnia, kiedy poszedł się położyć, i choć miał spędzić w łóżku tylko chwilę, w zasadzie - nie licząc chodzenia do toalety, które stawało się coraz rzadsze, aż w końcu przestało zaprzątać mu głowę - nie wstał aż do teraz. Po kilku latach rozdała należące do niego koszule, wyjściowe swetry i spodnie prasowane w kant, a na targu kupiła kilka par bawełnianych piżam, dopasowując w ten sposób rodzaj ubioru do okoliczności. Zostawiła tylko szczoteczkę do zębów oraz porządny, szyty na miarę wełniany garnitur, jeszcze z czasów ich wspólnej młodości. Do trumny. Wygląd się Gedyminowi przez ostatnie lata zmienił, mięśni mu znacznie ubyło, bo nie używał nóg, a ręce tylko z rzadka, ale szycie nowego Lusia uznała za przesadę. Kiedy przyjdzie mu legnąć w grobie, tu się podwinie, tam podkasa, a w innym miejscu przyfastryguje, chowając zbędny materiał tam, gdzie nikt nie zagląda, czyli za plecami nieboszczyka, żeby było jak należy - myślała. Gdy go karmiła, lubiła wyobrażać sobie, jak będzie wyglądał w trumnie. Nieraz pytała go, czy woli mieć na sobie wełniane skarpety, czy raczej te śliskie z domu towarowego, albo czy chciałby mieć stypę. W odpowiedzi na niektóre pytania kiwał głową przecząco lub twierdząco, ale na większość w ogóle nie reagował.
Gedyminowi było bowiem zupełnie obojętne, co wydarzy się z nimi po tym, jak serce przestanie pompować krew, a płuca oddychać. Nie obchodziła go śmierć, jego uwagę zajmowała jedynie chwila obecna. Nic już nie musząc, tracąc kontrolę nad własnym umysłem, poddawał się temu, co przynosiło życie. Nie wspominał, nie roztrząsał i nie żałował niczego - z dnia na dzień było zresztą coraz mniej wydarzeń, które mógłby poddać tym zabiegom, bo większość swojego życia zdążył zapomnieć.
Zajął się za to mówieniem. Uprzykrzał tym życie żonie, bo opowieści pojawiały się w nie zawsze stosownym czasie - nierzadko w środku nocy lub bladym świtem, kiedy ona sama prag-nęła odpocząć. Nieraz do przygotowującej w kuchni posiłki Lusi docierały pojedyncze krzyki, bo słowa - te cichsze i spokojniejsze - nikły w bulgocie gotującej się zupy lub skwierczeniu kotletów na patelni. Gedymin wciąż coś opowiadał - te same motywy, historie i postaci zasiedlały jego umysł na nowo, a może nawet nigdy z niego nie wychodziły. Wybrały go sobie na medium i były tak natarczywe i męczące, że zaczynało mu z roku na rok brakować słów. Opowiadał więcej i bardziej chaotycznie, bardziej i bardziej niezrozumiale, rozczłonkowując wyrazy na sylaby, wydając okrzyki i gestykulując przy tym tak wyraźnie, jakby miało być to ostatnią deską ratunku przed byciem zapomnianym. Ostatnimi czasy wydawał już z siebie tylko pojedyncze sylaby, które Lusia z anielską cierpliwością ignorowała, nie mogąc ich złożyć w żadną spójną historię. Opowieści snute przez Gedymina nie dotyczyły już niczego, nie zawierały żadnej treści i nawet najtęższe umysły nie zdołałyby z nich wyłuskać choć grama sensu. Nie były rozliczeniem przeszłości ani marzeniami o przyszłości, były raczej Gedyminowym trwaniem.
- Po co komu takie życie jak twoje, co? - Lusia pytała go zaczepnie.
Nie mówiła tego złośliwie (choć stać ją było na złośliwości), naprawdę się nad tym zastanawiała. Patrzyła na jego twarz, na resztki zupy mlecznej w kącikach ust, na uleżane zmarszczki i za nic w świecie nie mogła znaleźć w tym wszystkim odpowiedzi.
Gedymin natomiast wyglądał optymistycznie, jakby kroczący ku południu dzień, choć szary i wietrzny, dodawał mu nadziei. Jak zwykle, układał świat z pojedynczych sylab, wypluwając je na zewnątrz wraz z resztkami zupy. Lusia, jak to często bywało, próbowała powstrzymać jego paplanie, wkładając mu do buzi kolejną łyżkę. Chcąc sobie zrobić przerwę od monotonnej narracji, podnosiła się ze stołka, podchodziła do okna, przebiegała wzrokiem otoczenie i wznosiła wzrok ku niebu, obserwując gęstniejące chmury.
- Czysta złośliwość z twojej strony, że nie chcesz zamknąć gęby.
Lusia czekała tylko na odpowiedni moment, by ponownie zatkać go mleczną breją. Przez ostatnie lata opanowała tę sztukę do perfekcji. Doskonale wiedziała, że łyżkę trzeba wsadzić od razu po otwarciu przez Gedymina ust, jeszcze zanim zdąży zaczerpnąć oddechu. Zdarzało się, że zapatrzywszy się w okno lub zapędziwszy w słowach modlitwy, spóźniała się o kilka sekund i wtedy musiała czekać, aż stary skończy swój monolog. Przerwać Gedyminowi nie było można, bo groziło to zakrztuszeniem.
Jak w takiej sytuacji ciągłej czujności myśleć o sprawach bos-kich? To kolejne pytanie, które tego ranka zadała sobie Lusia.
Lusia lubiła nie tylko wypowiadać słowa modlitwy, ale też o nich myśleć, a najlepiej wyobrażać sobie miejsca, do których się odnoszą. Nieraz miewała z tym problem, bo ogród, w którym Archanioł Gabryjel objawił się Maryi, zlewał się jej w jedno z Ogrójcem na Górze Oliwnej, na dodatek żaden z nich nie był tak interesujący jak ogród Agaty, pełen lawendy, nagietków, pokrzyw i perzu, przy czym te ostatnie rośliny objęły nad nim panowanie, zupełnie jakby to one, a nie ludzie, usłyszały od Boga wezwanie do czynienia sobie ziemi poddaną.
Zazwyczaj tylko siłą nawyku rankiem udawało jej się wytrwać przy modlitwie i przy Gedyminie, jej ciało bowiem chciało jak najszybciej pójść w stronę domu Agaty. Zaniedbania, które przyjaciółka poczyniła w gospodarstwie, były tak duże, że z ludzkiej przyzwoitości należało pójść i jej pomóc, zanim spadnie pierwszy śnieg. Lusia przypomniała sobie o resztkach herbacianych róż, które tylko za sprawą cudu mogły przetrwać w zachwaszczonym ogrodzie. Choć ręka ludzka ich nie pilnowała, kwitły prawie całe lato i zasługiwały na to, by owinąć je choćby niewielkim chochołem.
- No, na teraz wystarczy - wycedziła w kierunku Gedymina, rozglądając się nerwowo na boki, bowiem przypomniawszy sobie o różach i Agacie, nie była już w stanie powrócić myślami do brei, którą go karmiła, ani tym bardziej do modlitwy. I dodała, tonem apodyktycznym i nieprzyjemnym: - Mam dziś sporo do załatwienia, mój drogi. Ktoś musi pracować, żeby ktoś inny mógł leżeć.
Przed wyjściem wytarła Gedyminowi twarz z resztek zupy i dorzuciła do ognia szuflę węgla, by przygłuszyć wyrzuty sumienia, które miała za każdym razem, gdy zajmowała się sobą, zamiast zajmować się mężem. Na koniec przykryła szczelnie ciało starego kołdrą i poszła w stronę domu Agaty.
Kiedy zamykała furtkę, rozmarzonym spojrzeniem zerkając na falujące na wietrze liście brzozy, nawet nie przypuszczała, jak ogromna zmiana czeka ją w najbliższych dniach.