Szarak za miedzą - John Lewis-Stempel

Reflow text when sidebars are open.
Przyjechałem za wcześnie. Z rodzica, który zjawia się za wcześnie, jest równie mało pożytku, jak z tego, co przybywa za późno, ale dopiero po ponownym odczytaniu SMS-a ze wskazówkami dojazdu uświadomiłem sobie, że córkę nocującą po imprezie u przyjaciół miałem odebrać nie o dwunastej, lecz o drugiej. Co robić przez dwie godziny, które musiałem odczekać, żeby dowieść, iż nie zawiodłem jako ojciec, i oszczędzić nastolatce krępującej sytuacji? Znajdowałem się w pobliżu fortu British Camp na Wzgórzach Malvern, które jak grzbiet dinozaura wystają ponad uprawny angielski eden. Od lat mnie tu nie było, ruszyłem więc pod górę, a niebieska kurtka łopotała jak prześcieradło rozwieszone na sznurze. W tej okolicy mieszkał przez dziesięć lat Edward Elgar[1], więc podchodząc pod górę ku fortecy z epoki żelaza, słyszałem wokół donośne dźwięki Nimroda.
Na szczycie usiadłem zadyszany, kontemplując widok, który też zaparł mi dech w piersiach. Jak z okienka samolotu było stąd widać całe Herefordshire, rozciągające się po Góry Czarne na zachodzie, rzekę Wye na wschodzie i Clee Hills na północy.
To moja kolebka. Żona, urodzona w Londynie, poprosiła mnie kiedyś, żebym zaznaczył na mapie wszystkie miejsca, gdzie przychodzili na świat członkowie mojej rodziny, zarówno z linii męskiej, jak i żeńskiej. Stąd mogę dostrzec każde z nich, a są tu od ośmiuset lat. Żona się wtedy roześmiała, ale dobrotliwie, wykazując zrozumienie właściwe osobie, której rodzina wiecznie wędrowała.
Przygrzewało sierpniowe słońce, a ja byłem zmęczony, położyłem się więc w zagłębieniu terenu, zapadłem w drzemkę i przyśniło mi się:
Sen I
Wspomnienie z lat siedemdziesiątych; nie jestem pewien, kiedy to dokładnie było, w każdym razie potok życia nie zderzył się jeszcze ze skałą egzaminów, która rozdzieliła nasze losy - część rówieśników poszła jedną drogą, reszta inną.
Wspinam się, palcami rąk i nóg chwytam się szczelin kamiennego muru za domem dziadków w Herefordshire (wchodzenie przez bramę nie byłoby przygodą porównywalną z wejściem na Everest), żeby dostać się na pole pszenicy. Jest złota, kłosy chylą ciężkie głowy, wieczorne słońce świeci krwawo, cała scena przypomina socrealistyczny obraz przedstawiający obfite plony jakiejś ziemi obiecanej. Przedzieram się przez rzędy zboża. Ponieważ jestem mały, a pszenica wysoka (wkrótce potem wyhodowano karłowate odmiany, żeby się nie uginała pod ciężarem chemicznych oprysków), mogę, rozpostarłszy ręce jak skrzydła samolotu, ślizgać się dłońmi po ciężkich kłosach, żeby zachować równowagę. Zboże szumi, poruszane moimi rękami i lekkim powiewem wiatru. Nade mną i w mojej wyobraźni jaskółki kołują i nurkują jak spitfire'y.
Potykam się, patrzę pod nogi i przerywam dziecinną zabawę. Łan pszenicy przeplatają maki, chabry i złocienie polne, a na gołym skrawku ziemi, gdzie siewnik się zaciął i nic nie wyrosło, kuli się ze strachu szary ptak.
Od razu go poznaję, bo przez wiele dni ślęczałem nad atlasami ptaków, próbując ustalić, który z nich wydaje głos, jakby ktoś skrobał grzebieniem. Pytałem dziadków. Powiedzieli: "wodnik", co skojarzyło mi się z kurką wodną na stawie przy farmie. W końcu załapałem. Chodziło im o derkacza. Ptaka, którego łacińska nazwa jest onomatopeją: Crex crex.
Derkacz znika. Nasze oczy spotkały się może na jedną dziesiątą sekundy; innymi słowy, na całe życie. Wordsworth pisał kiedyś o miejscach w czasie, doświadczeniach tak intensywnych, że przenikają nasze istnienie, determinując je na zawsze. Zachowują "moc swą ożywczą"[2].
Na tamtym polu spojrzałem w oczy ostatniego być może derkacza w Herefordshire.
Nigdy o tobie nie zapomniałem, derkaczu. Nigdy.
Obudziłem się z tych snów na jawie ogarnięty nagłym poczuciem winy, bo wydało mi się, że spałem zbyt długo, ale kiedy wydostałem telefon, okazało się, że drzemka trwała kilka minut. Znów spojrzałem na krajobraz, na niezmierzone połacie pól, pudełko akwarel pełne bloków zieleni i złota. Przede mną roztacza się piękna kraina, wiem jednak, że kiedy zejdę na dół, okaże się, że te pola to pogrążone w ciszy jałowe agrofabryki pod otwartym niebem. Jednostki produkcyjne.
W tym momencie się ujawnię: jestem rolnikiem.
Zmieniam temat na przyjemniejszy i wchodzę w kontakt ze swoim wewnętrznym nastolatkiem, studentem literatury angielskiej. Gdzieś na tych samych wzgórzach William Langland, poeta z XIV wieku, kazał swojemu bohaterowi Willowi "zapaść w sen" i spotkać duchowego przewodnika, Piotra Oracza, który przedstawił mu wizję sprawiedliwego społeczeństwa. Ciekawe, gdzie dokładnie zasnął Will.
Musiałem znów się zdrzemnąć...
Sen II
Piotr Oracz, trzymając woły na postronku, opowiada grupie krzywozębych chłopów o sprawiedliwym społeczeństwie. Stoję z tyłu, jestem wyższy od pozostałych, pochylam się... Oracz wskazuje na mnie... i znów znajduję się na polu, tam, gdzie derkacz, ale teraz jestem mężczyzną w średnim wieku.
Już nie śpię. Tego nie można wyrazić w sposób wyszukany i po literacku: nie cierpię rolnictwa przemysłowego. Jeżeli środki chemiczne zalewające ziemię są tak niesamowicie bezpieczne, to dlaczego opryskiwacze mają tak szczelne kabiny? Na mocy prawa, a konkretnie europejskiej normy 15695-1:2009, opryskiwacz musi być zaopatrzony w filtr węglowy, który ze skutecznością dziewięćdziesięciu dziewięciu procent zapobiega przedostaniu się do kabiny trującego pyłu i oparów. Skoro pestycydy i herbicydy stwarzają zagrożenie dla rolników, to są niebezpieczne. Kropka.
Teraz mam swoją wizję. Piotr orał, żeby naprawić społeczeństwo i wykorzenić zło. Dlaczego nie miałbym nabyć kawałka pola uprawianego dotąd w nowoczesny sposób, zaorać go i gospodarować po dawnemu, bez środków chemicznych, zrobić z niego pole pszenicy jak za dawnych czasów? Przywrócić mu kwiaty, które prawie zniknęły z brytyjskich łanów, jak kąkol, Triodanis perfoliata zwana lusterkiem Wenus, czechrzyca grzebieniowa, złocień polny i chaber o barwie jaskrawej jak czerwcowe niebo? A także ptaki i zwierzęta, które ukochały taką ziemię - kuropatwy, przepiórki, myszy badylarki.
Oraz zające. Czy udałoby mi się zwabić zająca? Derkacza się nie da, ponieważ - jeśli nie liczyć niewielkiej kolonii w Cambridgeshire, gdzie je introdukowano - całkiem w Anglii wyginęły. Ale może z zającem mi się powiedzie.
Tak wygląda wizja Johna Oracza.
Jest tylko jeden problem. Nasze gospodarstwo znajduje się na wzgórzach daleko stąd, pod czarną ścianą Walii, gdzie rośnie tylko trawa i hoduje się owce. Trzeba znaleźć ziemię uprawną. Orne pole, na którym będzie się uprawiać zboże.
Kolejne wyznanie: wychowałem się na roli. I bardzo mi jej brakuje.
Na wznak się kładzie, czerwienieje księżyc
W dolinie derkacz śpiewa
Monotonnie
Ze skargą żałosną, niezmienną, co więzi
Ufną mą do czynu skłonność
I prośbą chrypliwą, która płynie z drzewa,
Niestrudzona, nieuchronna
Czegoś więcej jeszcze żąda
Więcej ode mnie żąda!
D.H. Lawrence, Koniec jeszcze jednego
święta spędzonego w domu[3]
Tylko że nikt nie chce mi wydzierżawić ziemi pod tradycyjną uprawę. Daję ogłoszenia, pytam na Twitterze, rozkładam wizytówki w wiejskich sklepikach od Ross po Ledbury.
Sęk w tym, że pole należałoby wyłączyć z płodozmianu, a jeszcze poważniejszy problem to słowo na "ch". Kiedy tylko w rozmowach z nielicznymi osobami, które odpowiadają na moje ogłoszenia, napomykam, że chcę zasiać polne kwiaty, odpowiedź zawsze brzmi tak samo: "To chwasty, mogą zanieczyścić nasze zboże".
Znajomy farmer wyraża się jeszcze dosadniej. Rozwożę swoim land roverem jaja z naszej farmy (od kur z wolnego wybiegu, których mamy całe mnóstwo, takich ras jak light sussex, cream legbar, araucana, maran, minorca, wyandotte, speckledy, barnevelder, warren, bojowiec staroangielski). Na wąskiej bocznej drodze w Wormbridge muszę zwolnić, żeby przepuścić nadjeżdżający z przeciwka czarny nissan warrior z napędem na cztery koła, tylko trochę większy od okrętu liniowego. Opuszczam szybę, ucinamy sobie pogawędkę, pytam o pole uprawne, na co słyszę odpowiedź: - Chwasty? Chcesz hodować chwasty? Już ja ci, kurwa, pokażę chwasty.
W końcu przez wspólną znajomą, Joannę, nawiązuję kontakt z Philipem Millerem, szefem agencji reklamowej i właścicielem kawałka ziemi w St. Weonards na południu Herefordshire. "To zapalony obserwator ptaków" - mówi Joanna.
Jakieś dziesięć lat temu Phil Miller, wiedziony kaprysem, kupił trzy akry lasu, a razem z lasem trzy pola - dwa przeznaczone na stałe pod pastwiska, jedno uprawne, a do tego zapuszczony ogród przy wiejskiej chacie. Sam mieszka w St. Albans, pola wydzierżawia. Obecna dzierżawa kończy się w grudniu. Trochę się potargowaliśmy i w końcu wziąłem całą ziemię - łącznie piętnaście akrów - w dwuletnią dzierżawę. Nie wygląda to idealnie, a najgorsze, że na polu uprawnym kwiaty polne będą mogły rosnąć tylko przez rok. Potem muszę obsiać je trawą.
Jeden rok. Jedyna okazja.
Pole nazywa się Flinders, od nazwiska dawnego właściciela. Tak mi powiedziano. Ma cztery akry powierzchni, na których gęsto rośnie jarmuż przeznaczony do spasienia na miejscu. (Muszę kupić od ostatniego dzierżawcy tę jędrną zieloną paszę). Zima ukazuje się w zmyłkowym styczniowym słońcu, kiedy obchodzę swoją nową, choć tymczasową nieruchomość, sporządzając w myślach mapę pola.
Jest prawie kwadratowe, otoczone z trzech stron przystrzyżonym na jeża żywopłotem, z jednej ogrodzone siatką, pod nią zaś przebiega część rowu, który ostro zakręca, by znaleźć się głęboko pod żywopłotem od zachodniej strony. Pełen jest czerwonego błota - to górna warstwa gleby spływająca z Flinders i dwudziestoakrowego pola pszenicy należącego do sąsiada. Nad tym mulistym wężem zwisa parę wynędzniałych pokrzyw, brzegu rowu czepia się kilka paproci. Na pierwszy rzut oka Flinders rozczarowuje, jest nijakie, bez właściwości, ager rasus.
W ciepłym jak na tę porę roku powietrzu wirują komary. Stado zadziornych kawek oddaje się na niebie jakiejś szczeniackiej zabawie. Poza tym pole jest zimne i ciche: mauzoleum o niewidzialnych ścianach i dachu.
Obchodzę je ponownie, dokładniej przyglądając się wszystkiemu: jarmużowi, rowowi, żywopłotom i szerokiemu na sześćdziesiąt centymetrów pasowi trawy sponiewieranej przez zimę, który ujmuje pole w kosmatą płową ramę. W żywopłocie od zachodniej strony ścięto niedawno dwie olchy, wszędzie rozsypane są trociny. Dlaczego? Może ocieniały uprawy. W żywopłotach okalających pole nie ma ani jednego drzewa. W górnym północno-zachodnim rogu sterczy uparty pień wiązu. Miło z jego strony. Na tyle zachodzi na pole, że jarmuż musi go okrążyć.
"Tory tramwajowe", ślady po kołach opryskiwacza, to widmowe linie w zagonach jarmużu. Kiedyś wiejski krajobraz przecinały drogi, dróżki i ścieżki konne, teraz linie wskazują, którędy przejechały maszyny.
Na drugi rzut oka Flinders rozczarowuje jeszcze bardziej. Gdy zamykam za sobą bramę, mija mnie opryskiwacz. Dla niektórych to może piękny dzień, dla rolnika od industrialnych upraw taka pogoda to okazja, żeby rozpylić powschodowy herbicyd.
Flinders jest niezwykłe tylko pod jednym względem: jak na obszar ziemi uprawnej jest bardzo małe. Sąsiednie pole ma co najmniej dwadzieścia akrów powierzchni.
Krajobraz - rozległy, otwarty na południe i wschód, w kierunku Ross - jest całkiem przyjemny, faliście wznosi się i opada, a strzeliste topole zakłócają regularność siatki rozległych pól, której kwadraty ciągną się bez końca jeden za drugim, daleko w kierunku wschodnim. W nietypowym dla tej pory roku świetle słonecznym olchy rosnące nad odległym potokiem wyglądają jak fioletowawe znamię.
Wiecie, że mrużąc oczy, można rozpikselowany obraz zobaczyć wyraźnie? Wiedziony nieokreślonym impulsem przymykam je i przez sekundę dostrzegam prawie niewidzialne zagłębienia w miejscach, gdzie przed wielkim karczowaniem z lat sześćdziesiątych rosły żywopłoty. Widzę piękną przeszłość.
William Cobbett, rolnik i polityk, przejeżdżał tędy w 1821 roku podczas swoich wiejskich podróży[4]. "Wszystko tu jest takie, jak trzeba - zapewniał - ziemie orne, pastwiska, sady, zagajniki i drzewa, zwłaszcza wiązy, z których wiele osiąga wysokość niemal setki stóp".
Wiązów dawno już nie ma, sadów też nie. Cobbett miał jednak rację. Ciężka, gliniasta gleba, jeśli dać jej szansę, lubi, gdy wyrastają na niej rośliny i drzewa. Po ostatniej epoce lodowcowej tutejsza ziemia pokryła się gęstymi dębowymi lasami, a pierwsi rolnicy z epoki neolitu zaczęli ją uprawiać, w pocie czoła wyrębując pod niewielkie działki dęby swoimi polerowanymi siekierami. Ludzie od pięciu tysięcy lat hodowali tu rośliny jadalne. Nic dziwnego, że słowa human - człowiek i humus - gleba pochodzą od tego samego rdzenia w języku praindoeuropejskim, z którego wywodzi się rodzina języków indoeuropejskich. Rdzeń ten to (dh)ghomon, co znaczy "istota ziemska". Hebrajskie słowo adam oznaczające człowieka pochodzi od wyrazu adama - ziemia.
Z ziemi żyjemy, a po śmierci do niej wracamy. Żeby przybyło humusu.
O niecałą milę na zachód od Flinders zaczynają się wzgórza, a drogi robią się gorsze. "Niech nam Bóg dopomoże - powiada się w Herefordshire o wsi Orcop, co częściowo odnosi się do prymitywnego stanu jej wyboistych dróg, a częściowo do tego, że jest to pierwsza miejscowość Marchii Walijskich, tego podejrzanego, spornego pogranicza.
Flinders znajduje się w obrębie (o dziesięć rzutów grudą) uprawnych ziem Midlands, jeszcze w granicach cywilizacji. Byli tu Rzymianie, byli i Sasi. Ani jednym, ani drugim niezbyt przypadły do gustu mroczne, wilgotne wzgórza, ani Walijczycy.
Rolnictwo zależy od deszczu. Żeby uprawiać ziemię, musi go spaść prawie sześćset dwadzieścia milimetrów w roku, osiemset siedemdziesiąt będzie już za dużo. W górach, gdzie mieszkamy, zdarza się, że suma rocznych opadów dochodzi do tysiąca dwustu pięćdziesięciu cholernych milimetrów.
Podążasz na zachód, młody człowieku? Nie bardzo. W Herefordshire, jeśli ktoś dorobił się pieniędzy, kierował się na wschód, na dobre, suche ziemie. To nie pamięć płata mi figle, kiedy swoje dzieciństwo w latach siedemdziesiątych we wschodnim Herefordshire wspominam jako złote. W istocie było tu o wiele bardziej sucho niż tam, gdzie teraz mieszkam, choć miejsca te dzieli odległość zaledwie trzydziestu kilometrów.
Zastanawiałem się kiedyś, czy na naszej farmie na wzgórzu nie założyć niewielkiego chmielnika. Obliczyłem, że mam z gospodarstwa dość nawozu (gówna, innymi słowy), żeby użyźnić glebę i wykarmić pnące się do nieba głodne łodygi. "Nie dasz rady, John" - powiedział nasz sąsiad Leslie Rees, rolnik po siedemdziesiątce. Miał oczywiście rację, przybył tu bowiem ze Stretton Sugwas, ze wschodniej części hrabstwa, jako robotnik rolny i pracował (nieustannie pracował), żeby dorobić się gospodarstwa i urządzić swoich czterech synów. Było to możliwe jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, zanim chłopcy z City zaczęli spekulować nieruchomościami rolnymi. Złoto w dół? Ziemia w górę!
Leslie miał rację. Wilgoć zniszczyłaby chmiel, pokryłby się pleśnią. Też o tym wiedziałem, ponieważ mój dziadek od strony matki uprawiał chmiel w Much Cowarne. Oto jedno z moich najwcześniejszych wspomnień: zimą w chmielniku pomagam kobietom w chustkach na głowach ściągać z wysokich drutów łamliwe, zwiędłe łodygi. Wrzucało się je do palącego się przez cały dzień ogniska, na obiad jedliśmy kartofle pieczone w popiele.
Własny chmielnik był marzeniem, wyłącznie marzeniem. Przez całe lata myślałem, że tęsknota za chmielem łączyła się z tym osobistym sanktuarium dzieciństwa, kiedy nie było jeszcze rachunków do płacenia i człowiek za nic nie odpowiadał. Aż pewnej nocy, gdy przewracałem się na łóżku, nie mogąc zasnąć, wróciłem do chmielnika pamięci, stanąłem w samym środku i obróciłem się wokół własnej osi. I wtedy za ludźmi i drewnianymi tyczkami zobaczyłem ptaki. Rozpierzchające się stada kuropatw.
Wsiadając do land rovera, spoglądam w kierunku północy. Widok przesłania gęsto zalesione wzgórze Aconbury, gdzie przodkowie mojego ojca, Normanowie, którzy późno tu przybyli, zaczęli uprawiać ziemię w 1450 roku. Nie mogę i nie chcę uciec przed cieniem przeszłości.
W drodze do domu wciąż przebiega mi przez głowę słowo "Flinders". Czy coś znaczy?
Jak wszyscy pracujący na roli jestem skłonny wierzyć ludowym porzekadłom. Nauka świetnie funkcjonuje w oświetlonym elektrycznością laboratorium; prawdziwy świat nie jest taki jednoznaczny jak ten w probówce. Ciepły początek stycznia to dla rolnika niedobry omen.
Ech, styczeń. "Styczeń miesiąc w roku pierwszy / a ze wszystkich najciemniejszy".
Czwartego stycznia przewożę owce do Flinders, żeby zjadły jarmuż. Kursuję land roverem z przyczepą w tę i z powrotem, aż sześćdziesiąt owiec znajdzie się na polu. Stosuję ten intensywny wypas, żeby móc zacząć orkę, kiedy nastanie sprzyjająca pogoda. W nocy przyszedł mróz, więc ogrzewanie w samochodzie oczywiście wysiadło. Biorę na kolana jacka russella w charakterze termofora.
Owce nie chcą wejść do przyczepy, a gdy już się w niej znajdą, nie chcą wyjść. Wchodzę przez boczne drzwi, żeby wypchnąć na zewnątrz trzy ostatnie czarne hebrideany, ślizgam się na odchodach, mój niebieski kombinezon marki Dickies, strój farmera, nasiąka owczym moczem. Hebrideany mają iście diabelskie rogi, wyskakując z przyczepy, złowieszczo się szczerzą.
Po wyładowaniu ostatnich owiec zaczynam obchód katastralny. Oceniam stan miejscowej przyrody, idąc wzdłuż drogi, wąskiej i śliskiej od czerwonego błota naniesionego przez traktory i spływającego z pól, i bacznie wszystko obserwując. Daleki Wschód miał swój Jedwabny Szlak, ten europejski region rolniczy musi się zadowolić Mulistą Drogą.
Wiatr ostry jak krzemień, niedobry dla ludzi i zwierząt, wcina się od wschodu, tulę się więc do pobliskiego żywopłotu, który, ogołocony z liści, dygocze, nie dając żadnego schronienia. Koło mnie przelatują sroki, ich obecność kojarzy się z pustką i ruiną. Nie zostały stworzone, wyprodukowano je w jakiejś fantastycznej fabryce. Po nuklearnej zimie nadal będą skrzeczeć i wypełniać podejrzane misje, unosząc się na mechanicznych skrzydłach.
Muszę iść poboczem, bo drogą płynie nieustający potok ogromnych traktorów JCB Fastrac. Jedno tylko przebija jaskrawą żółtość fastraków: zieleń napakowanej sztucznym nawozem pszenicy ozimej, rozpełzająca się tuż nad ziemią neonowym oparem.
Wiatr rzuca w niebo stado grzywaczy jak garść żwiru, szara wiewiórka - niczym opity kleszcz - napchana żołędziami lub bukwią, czepia się pnia dębu i leniwie patrzy, jak przechodzę. W ciągu piętnastu minut spaceru zobaczyłem sroki, wiewiórkę i grzywacze. Uszy wypełnia mi szum wiatru, jakby dochodzący z muszli, i basowy pomruk diesli supertraktorów za sześćdziesiąt tysięcy funtów.
Aż tu, w głośnym zdaniu mojej przechadzki, pojawia się przecinek: w odległości kilometra na południe znajduje się farma z terenem łowieckim. Na umieszczonej przy drodze drewnianej tabliczce wyryto napis "Thorneycroft". Myślcie o polowaniach, co chcecie - ta farma zapewnia bioróżnorodność. Są tu okrywa roślinna i pożywienie. Na najeżonym ostrymi łodygami ściernisku po kukurydzy naliczyłem dwadzieścia kuropatw czerwonych. Przysadziste, jaskrawe jak klowny, stanowią pokrzepiający widok. Koło łodyg kukurydzy rozciąga się poletko prosa z tysiącem wiech pełnych ziarna, wśród których buszują szczygły i gadatliwe wróble. Nadlatuje też pięć małych trznadli.
Wracam w monotonną scenerię, mijam Flinders i kieruję się drogą na północ. Na drodze leży rozjechany kos wciśnięty w rozmokłą ziemię. Samochód wyjeżdżający zza zakrętu zarzuca na błocie. Kierowca ledwo widocznym zrezygnowanym gestem macha do mnie, jakby przepraszał.
Półtora kilometra dalej znajduje się gospodarstwo mleczarskie. Dziedziniec od strony drogi jest klinicznie zadbany, zgodnie ze współczesnymi normami higieny i bezpieczeństwa, ale nie mogę nie zauważyć, że za jedną ze stodół o stalowej konstrukcji rozciąga się zarośnięty plac pełen wszelkiego złomu.
W każdym gospodarstwie był taki zapuszczony zakątek, dokąd maszyny udawały się na wieczny spoczynek wśród ostów i pokrzyw. Intensywne rolnictwo położyło kres tym rezerwatom na skrawkach ziemi niczyjej. Dzisiejsze farmy są tak obsesyjnie czyste jak kuchnie marki Hygena w salonach wystawowych. Idąc dalej, dostrzegam przez bramę prowadzącą na pole, że niedawno wykopano tu staw - w glinie widać wygrabione ślady, które zostawiła łyżka koparki.
Mamy tu więc farmę, która dba o ochronę przyrody. Dokładnie w momencie, kiedy ta myśl iskrzy w moich synapsach, zachodzi najosobliwsza synchroniczność: w moim kierunku, jakby na potwierdzenie słuszności refleksji, biegnie zając, kołysząc się jak fotel bujany, co jest typowe dla jego gatunku.
Przystaje i piorunuje mnie spojrzeniem złotych oczu. Zające mają subtelnie rzeźbione głowy koni, nogi lurcherów i oczy lwów. Dawni Chińczycy uznali, że jest to zwierzę tak nie z tego świata, iż jego przodek musiał żyć na księżycu.
Zając, który staje teraz słupka, z postawionymi uszami wciąż patrzy na mnie, nie mrugając oczami. Stary angielski poemat The Creature No One Dares to Name (Stworzenie, którego nikt nie ośmieli się nazwać) wymienia siedemdziesiąt dwa określenia zająca. Jest wśród nich - z trafnością wynikłą z nagromadzenia wiedzy potocznej - również starer, czyli ten, który się wpatruje.
Mój Boże, zające są wielkie: ten wspaniały płowy okaz musi mieć ponad pół metra długości, jest o połowę większy od swojego kuzyna królika.
Przez jakąś minutę patrzymy sobie w oczy, aż nadjeżdża traktor, hałaśliwe monstrum, i przerywa tę chwilę. Zając zmyka przez dziurę w plątaninie żywopłotu i ucieka w pole. Podchodzę do bramy, żeby go wypatrzyć - i oto jest, sadzi susami wśród rzepy.
Dzięki takiej prędkości zając zyskał po łacinie nazwę lepus, od levipes, lekka stopa. "Najpierw złap zająca" - tak Hannah Glasse, autorka The Art of Cookery Made Plain and Easy (Prosta i łatwa sztuka kucharzenia), książki z 1747 roku, zaczyna swój słynny przepis na potrawkę z tego zwierzęcia. Niełatwo tego dokonać, kiedy zając biegnie z prędkością ponad sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. (Niestety, niesławne porady kuchenne błędnie cytowano. Glasse w rzeczywistości napisała "najpierw opraw [case] zająca"; "złap" [catch] było efektowniejsze, więc się utrwaliło). Mięso zająca ma wyrazisty smak, a pogłębia go jeszcze gotowanie we krwi zwierzęcia. Świeżo zabitego zająca trzeba wypatroszyć, a potem powiesić w spiżarni za tylne nogi, żeby krew spłynęła do klatki piersiowej. Do tej pory pamiętam zimną spiżarnię moich dziadków w latach siedemdziesiątych, gdzie zające wisiały tak długo, że kawałki mięsa odpadały, kiedy ktoś, przechodząc, otarł się o nie. "To dodaje im smaku" - twierdził Dziadzio, upierając się, że mają wisieć, aż nabiorą zapaszku. Potrawka z zająca zniknęła z naszych stołów. Ankieta przeprowadzona w 2012 roku wykazała, że prawie żadne brytyjskie dziecko nie zna tego dania ani nie miałoby na nie ochoty.
Rzymianie, którzy prawdopodobnie sprowadzili zające do Brytanii, bardzo cenili ich mięso. Pliniusz Starszy zalecał je jako afrodyzjak. Mój dziadek miał pięć córek, twierdzenie Pliniusza mogło być więc prawdziwe. Inna jego teoria dotycząca zajęcy była niemal całkowicie sprzeczna z pierwszą: głosił, że są hermafrodytami. To przekonanie przeniknęło później do chrześcijaństwa. W brytyjskiej architekturze sakralnej powtarza się motyw zająca jako symbolu rozmnażania się bez utraty dziewictwa.
Na polu rzepy powoli podnosi się inny zając, przeciąga się, po czym znowu kładzie, stając się na powrót bryłą ziemi.
Zające! O milę od Flinders. Długa droga do przebycia. Za daleko, żeby ją pokonały i skolonizowały pole? Nie wiem.
W drodze powrotnej do land rovera, który został przy Flinders, przeżywam konflikt wewnętrzny. Otwiera się jakaś zamurowana dotąd wnęka, gdzie kryły się zabobony. Zając przebiegający drogę przynosi pecha. Po krótkiej sprzeczce rozsądku z przesądem uznaję, że nasze drogi się nie przecięły.
Na wszelki wypadek wypowiadam jednak te słowa: "Zając przede mną, kłopot za mną: zmień to, Krzyżu Święty, i wybaw mnie od złego".
[1] Edward Elgar (1857-1934) - angielski kompozytor, samouk, autor symfonii, oratoriów, utworów kameralnych i innych. Sławę przyniosły mu Wariacje Enigma z 1899 roku, których częścią jest Nimrod.
[2] William Wordsworth, Preludium, w: W. Wordsworth, S.T. Coleridge, R. Southey, Angielscy "Poeci Jezior", przeł. Stanisław Kryński, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1963, s. 233. S. Kryński tłumaczy spots of time jako "okresy czasu", ale - jak zwraca uwagę Magdalena Bąk-Wołoszyn w pracy Romantyczne metafory pamięci - ogród o rozwidlających się ścieżkach (Wordsworth i Mickiewicz) trafniejszy byłby przekład "miejsca w czasie". (W: Mnemosyne. Pamięć jako źródło dzieła sztuki, Wydawnictwo Avalon, Kraków 2016). Dalej, gdzie cytuję urywek wiersza, zachowuję "okresy czasu" [przyp. tłum.].
[3] Przeł. Leszek Elektorowicz, w: David Herbert Lawrence, Poezje wybrane, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, s. 13.
[4] William Cobbett (1763-1835) - angielski publicysta, polityk i rolnik. Rural Rides to jego najbardziej znana książka.