Przedmowa
Opowiastka łasicy
Szansa Snowballa, intrygująca trawestacja Folwarku zwierzęcego, znów
przywodzi mi na myśl osobę Orwella. Dziś byle stronica z niemal jego
każdego utworu wywołuje u mnie dreszcz antypatii, choć gdy byłem
nastolatkiem często nosiłem w kieszeni wybór jego esejów w wydaniu
Penguina. Jednak już w Hetherdown, mojej szkole średniej, zacząłem nie
cierpieć Folwarku zwierzęcego, ponieważ wszelkie argumenty na rzecz
socjalizmu moi tamtejsi koledzy kwitowali porykiwaniem "a niektóre są od
nich równiejsze".
Są pisarze, którzy podziwiani w wieku młodzieńczym pozostają już z człowiekiem do końca jego ziemskiej wędrówki, działając nań
pokrzepiająco i podnosząc na duchu: że wymienię tu choćby czterech,
których książki, idealne do czytania podczas kąpieli, chętnie widziałbym
w każdej łazience, są to P.G. Wodehouse, Stanley Weyman, H.L. Mencken i Flann O'Brien. A zatem dlaczego nie przestaję zachwycać się Menckenem,
podczas gdy już sam widok bodaj stronicy Orwella przywołuje mi na pamięć
wspomnienia Anglii i brytyjskości w całym ich negatywnym wymiarze:
filisterstwa, wulgarności, agresywności, hurrapatriotyzmu?
Być może odpowiedź na to pytanie łączy się właśnie z tym
hurrapatriotyzmem. Mencken ma na sumieniu straszliwe pomyłki w ocenach
politycznych. Podobnie jak Orwell mógł być osobnikiem nieokrzesanym.
Jego proza, tak jak i proza Orwella zawsze inspirowała straszliwych
naśladowców. Lecz Mencken był prawdziwym outsiderem, co nie dotyczy
jednak Orwella. W krainie Menckena kuszą tysiące wiodących w nieoczekiwane kierunki ścieżek, a pod stopami eksplodują petardy
konceptu i dowcipu. Zadając kłam słynnej drwinie Thomasa Love Peacocka z ogrodników architektów krajobrazu, bodaj nawet kolejna, dwudziesta z rzędu, wyprawa do majątku ziemskiego Menckena przynosi niespodzianki.
Niczego takiego jednak nie czuję, przedzierając się przez Krainę
Orwella. Z każdą wizytą staje się ona coraz mniej powabna. To, co było
niegdyś ożywcze i pobudzające teraz wydaje się prostackie. Jakże szybko
zaczyna się w człowieku budzić awersja do sztuczności zwykłej surowej
prostoty. Człowiek sumienia okazuje się mięczakiem, i oczywiście
donosicielem, informatorem tajnej policji, łasicą - stałą rezydentką
Folwarku Zwierzęcego.
Gdy kilka lat temu tajne denuncjacje Orwella przedostały się do
publicznej wiadomości, wzbudziło to poruszenie średniej miary. Potem,
wraz z ukazaniem się przygotowanych z maniacką dokładnością przez prof.
Petera Davisona dwudziestotomowych dzieł zebranych Orwella, dyskusja na
temat "Orwell jako donosiciel tajnej policji" znów rozgorzała; tym razem
ludzie liberalnej lewicy zaczęli używać w obronie świętego George'a giętkich i zręcznych argumentów - do wtóru rycerzy zimnej wojny -
sprowadzających się do tego, że skoro Orwell, wielki bohater
niekomunistycznej lewicy kablował, zapewnia to osłonę moralną wszystkim
idącym w jego ślady Kablującym.
Ludzie niekomunistycznej lewicy pośpieszyli, by podtrzymać reputację
świętego George'a. Niektórzy przypominali, że Orwell darzył Celię Kirwan
osobistym uczuciem. Facet się po prostu zakochał. Inni znów utrzymywali,
że był on wtedy bliski śmierci, czyli w tradycyjnym czasie dokonywania
spowiedzi. Inni zaś podkreślali, że w zasadzie Orwell nie kablował, a ponadto (jak napisał nieżyjący już Ian Hamilton w "London Review of
Books") "stale sporządzał jakieś listy" - choćby dziennik połowowy -
albo dziennik, w którym zapisywał, ile jaj zniosły jego kury, więc czemu
nie listę kapowniczą?
"Orwell nie kablował i nie ujawnił żadnych szczegółów identyfikacyjnych"
- stwierdził Christopher Hitchens, jeden z jego najbardziej
entuzjastycznych wielbicieli. Bezsprzecznie jednak autor Folwarku
zwierzęcego ma na sumieniu jedno i drugie, czego przykładem może być
jedna z notatek wchodzących w skład jego listy: "Parker Ralph. Ukryty
członek i bliski partii TP ["towarzysz podróży1"?]. Przebywał
w Moskwie. Prawdopodobnie karierowicz"
Apologeci Orwella sugerują niekiedy, że powyższa lista była tylko czymś
w rodzaju salonowej gry prowadzonej przez Orwella i Reesa, komiczną
bazgraniną, która ostatecznie zakończyła się na Kirwan. Fakty jednak
przeczą temu. Orwell z rozmysłem i potajemnie przekazał Celii Kirwan,
agentce IRD, czyli Information Research Department listę nazwisk osób ze
środowisk lewicowych, które, jak uznał, przedstawiając potencjalne
zagrożenie dla interesów Anglii, jak na przykład komunistów, czy
"towarzyszy podróży". IRD było komórką brytyjskiego Foreign Office,
faktycznie jednak nadzorowały je służby Secret Intelligence Service,
tajnego wywiadu wojskowego, znanego też jako MI6.
Kirwan, z którą Orwell miał wcześniej jakiś romans, odwiedziła go 29
marca 1949 r. w sanatorium w Cranham. Następnego dnia poinformowała IRD:
"Bardzo dyskretnie omówiłam z nim niektóre aspekty naszej działalności;
niezmiernie się ucieszył (że mógł się o nich dowiedzieć)". Oficer
prowadzący, podpułkownik Sheridan opatrzył tę notatkę adnotacją.
Tydzień później, dnia 6 kwietnia, Orwell "zapytał w liście Richarda
Reesa, czy ten mógłby przysłać mu "notatnik w formacie ćwiartkowym w bladobłękitnej oprawie". Notatnik ów zawierał "listę komunistów i towarzyszy podróży, którą chciałbym zaktualizować". Rees dostarczył mu
rzeczony notatnik, a 2 maja Orwell napisał do Kirwan co następuje:
"Załączam listę zawierającą około 35 nazwisk", dodając skromnie: "Nie
sądzę, by Twoi przyjaciele znaleźli tam coś, o czym nie wiedzą", jak
również - iż choć według niego IRD trzyma stale na oku tych ludzi, to
jednak "nie jest złym pomysłem, żeby powstał wykaz osób, którzy są
prawdopodobnie niepewne".
Omawiając powyższy tekst w "London Review of Books" na początku roku
2000, Perry Anderson wskazał na kilka jego istotnych aspektów. Orwell,
jego zdaniem, wiedział, dokąd trafi sporządzona przezeń lista i "bardzo
mu zależało na jej utajnieniu". Tak też się stało. Albowiem choć 99
nazwisk z notatnika znalazło się w tomie XX Dzieł zebranych Orwella,
to wydawca nie dopuścił do ujawnienia trzydziestu sześciu powodowany
obawą odpowiedzialności za pomówienie, zaś nazwiska trzydziestu pięciu
osób pozostają po dziś dzień zamknięte w archiwach Foreign Office objęte
klauzulą tajemnicy państwowej.
Przekazanie tych tajnych ostrzeżeń pracownicy IRD miało swoje
następstwa. Bo też i czarne listy zwykle nimi owocują. Nie ulega bowiem
wątpliwości, że lista Orwella została przekazana w jakiejś formie
amerykańskiemu wywiadowi, który umieścił w swoich rejestrach osoby
uznane za "towarzyszy podróży" i spowodował, że objęto je represjami na
mocy ustawy McCarrana
Hitchens wspominał tkliwie "słabość" Orwella do Kirwan, zupełnie jakby
poczynaniami pisarza powodowała miłość, a nie lojalność. Wbrew jakże
oczywistym faktom, twierdził, że Orwell "nie był zainteresowany
demaskowaniem herezji, czy doprowadzaniem do zwalniania kogokolwiek z pracy, czy wreszcie do tego, by ludzie zostawali zmuszani do składania
deklaracji lojalności". Choć kłóciło się to z czułą słabością jaką żywił
do tajnej agentki Kirwan, on sam "darzył zaciekłą pogardą komunistów,
którzy już wcześniej zdradzili swoją sprawę oraz swój kraj i mogli
uczynić to raz jeszcze".
W tym miejscu on sam na pewno pokiwałby energicznie głową. Jego obrońcy
wprawdzie utrzymują, że starał się jedynie zapobiec, by u niewłaściwych
osób Foreign Office nie zamawiało esejów o brytyjskim stylu życia.
Jednak wyraźnie poinformował IRD, że identyfikował ludzi "niepewnych",
którzy, wchodząc do brytyjskiej Partii Pracy jako zorganizowana grupa
"mogliby wyrządzić ogromne szkody". Chodziło bowiem o lojalność, a z jego listy niedwuznacznie wynika, iż uważał, że Żydzi, Murzyni i homoseksualiści mają wrodzoną predylekcję do zdradzania wartości
strzeżonych przez koalicję patriotów, do której należeli również on sam
i IRD. Na przykład G.D.H. Cole'a tak oto scharakteryzował: "płytki
umysł", "tylko sympatyzuje", ponadto jest to "cukrzyk".
Najwyraźniej wśród wielbicieli Orwella, czy to z lewicy czy z prawicy
istnieje konsensus odnoszący się do dobrotliwego ignorowania nieufności
jaką przejawiał wobec Żydów, homoseksualistów i Murzynów, jak również
ogromna ignorancja wydźwięku jego ocen, przywodzących na myśl teczki
służb policyjnych na całym świecie. Oto jego opinia dotycząca Paula
Robesona: "Nastawiony bardzo przeciw Białym. Wspiera Wallace'a". Tylko
ktoś, kto podświadomie uważał, że wszyscy Czarni są nastawieni przeciw
Białym mógł napisać taką głupotę. Jedną z niekwestionowanych cech
charakteru Robesona, konsekwentnego w swoich intelektualnych
inklinacjach, jak również w utrzymywaniu powiązań z komunistami, było
to, że zdecydowanie nie był "nastawiony bardzo przeciw Białym". Można by
o to zapytać walijskich górników, na których rzecz prowadził kampanię.
Gdyby nagle okazało się, że jakikolwiek inny powojenny intelektualista
napisał takie minidiatryby na temat Murzynów, homoseksualistów i Żydów,
możemy być stuprocentowo pewni, że komentarze nie byłyby pobłażliwe.
Mencken na pewno nie doczekał się przebaczenia. Ale z Orwellem jest
inaczej. "Deutscher [polski Żyd]", "Driberg Tom [angielski Żyd]",
"Chaplin, Charles [Żyd?]". Zwykle wrażliwy na takie sprawy Norman
Podhoretz milczał.
Ilekroć ktoś zostaje świętym, zbiera się wszelkie świadectwa na rzecz
tej świętości. Ma to odniesienie do "św. George'a" i jego listy. Tak
oto, w roku 1998, kiedy to rzeczona lista stała się problemem, znów
mieliśmy do czynienia z promowaniem wszystkich zimnowojennych
konstrukcji ideologicznych, ukształtowanych w latach tużpowojennych,
kiedy to koalicja zimnej wojny - od lewicy do prawicy - znalazła się pod
sztandarem fanatycznego antykomunizmu.
Folwark zwierzęcy Orwella jest bajką o potężnej sile oddziaływania,
choć z mojego doświadczenia wynika, że przesłaniem tego utworu jest w głównej mierze wykpienie utopijności. Orwell jako łasica jest także
bajką o równie o równie wielkiej sile oddziaływania, dorównuje pod tym
względem straszliwej sadze zdrady, której odtwórcą był inny "święty"
zimnej wojny Ignazio Silone. Opowiastka łasicy jest utworem ku
przestrodze, zwłaszcza obrońcom postępowania Orwella. Jeśli uznali oni,
że to, co zrobił było okay, a nawet czymś lepszym niż okay, może jakimś
aktem wzniosłego bohaterstwa, czy w takim razie należałoby uznać, że w ich mniemaniu kablowanie na Zdrajców Zachodu jest również moralnym
obowiązkiem? Zostaliśmy ostrzeżeni. Szansa Snowballa, parodia pióra
Johna Reeda pokazuje nam również, jak strona antykomunistyczna, by ująć
rzecz przenośnią, pogrywa ni mniej ni więcej, tylko na boisku samego
Orwella.
Alexander Cockburn
Petrolia, Kalifornia, lipiec 2002
1. (rus.) попутчик - pojęcie stworzone przez Anatolija Łunaczarskiego i rozpowszechnione w znaczeniu pejoratywnym przez Lwa Trockiego, służące do określenia rosyjskich pisarzy inteligenckich z lat 20., którzy poparli rewolucję październikową (przyp. red.). [wróć]
Szansa Snowballa
I
Stare świnie wymierały. Pierwszym był Dominicus - drugorzędny
funkcjonariusz, który poświęcił się bez reszty kluczowemu zadaniu jakim
było analizowanie oraz przedstawianie w postaci wykresów danych
statystycznych. Nosił okulary w czarnych oprawkach i pracując przy
biurku lubił nucić kawałki z oper - aż wreszcie pewnego dżdżystego
popołudnia, opadł ciężko ryjem w półmisek z pokrojonym camembertem.
Jednogłośną decyzją kierownictwa Folwarku został post mortem
uhonorowany Orderem Bohatera Zwierzęcego Pierwszej Klasy. Po nim na
tamten świat przeniósł się sam Napoleon. Wielki knur rasy Berkshire.
Ojciec wszystkich zwierząt. Chorąży walki o równość, wolność i niezawisłość. Zgasł jak przystało na jego pozycję i stanowisko - we
śnie, w łożu wysłanym pościelą z egipskiej bawełny (o wyjątkowo gęstym
splocie).
W ramach pośmiertnego hołdu wzniesiono wysoki na cztery metry jego posąg
- stanął on opodal stodoły, tam, gdzie niegdyś znajdowała się,
przytwierdzona do słupa ogrodowego, czaszka starego Majora, wieprza, od
którego wszystko się zaczęło - już tylko nieliczne zwierzęta kojarzyły
jego i tamte, jakże dawne wydarzenia.
Posąg odlano z brązu - Napoleon przedstawiony został w czarnym płaszczu
i skórzanych sztylpach. Stał wyprostowany na zadnich nogach, ćmił fajkę
i spoglądał w dal. Z tyłu, napisane białymi literami na smołowanej
ścianie stodoły, widniało jedno już tylko Przykazanie - WIĘKSZOŚĆ
ZWIERZĄT JEST RÓWNAWA. Po lewej stronie, także podobnymi białymi
literami, napisano rymowany utwór Ojciec Założyciel Napoleon. Autorem
tego wiersza poświęconego zmarłemu przywódcy był Minimus, uchodzący za
świnię o poetyckiej duszy.
Napoleon wyuczył nas czytania.
On dawcą karmy, trawy, siana.
Od niego plony rok za rokiem,
Pod świńskim kierowniczym okiem.
Świnie - skarbnica wiedzy wszelkiej,
Zawsze uczynne, wiedzą najlepiej,
Że na Folwarku Dworskim - tak, właśnie tak!
Zwierzęta są super!
Niech to szlag!
Kwiczmy więc. krakajmy, piejmy i gdakajmy!
Piszczmy, ujadajmy, rżyjmy, rechotajmy!
Beczmy, miauczmy, gulgoczmy, piejmy i chrząkajmy!
Skrzeczmy, warczmy, gruchajmy, muczmy i świstajmy!
Hejże, nie szczędźmy gardeł! Wyjmy, porykujmy!
Napoleonie, tyś wielki, a my z Ciebie dumni!
Pod Twoją opiekę my się oddajemy!
Pod Twym światłym przewodem wszędzie pójdziemy!
By jeszcze lepiej upamiętnić czyny i osiągnięcia wielkiego Przywódcy,
odnowiono ilustrujący owe strofy portret Napoleona. Sześć gołębi,
przydając jego białemu profilowi kolorystyki, uplastyczniło go - ptaki
te bowiem, wyszkolone przez świnie, opanowały sztukę figuratywną.
W kolejnych latach opuściło ziemski padół jeszcze kilkanaście świń
weteranów. Jedna z nich utopiła się w wannie (choć zupełnie niechcący)
gdy skonstatowała, że nie zdoła z niej wyleźć. Przyczyną śmierci innego
weterana była marskość wątroby - wychylając ostatni kubek whiskey,
cicho, spokojnie i bez rozgłosu przeniósł się na tamten świat. Kolejnego
wieprza wykończył cichy zabójca zwany nowotworem - szczęśliwie jednak,
ponieważ on sam już od dawna hołdował przejętemu od Napoleona zwyczajowi
wypalania w ciągu godziny kilku fajek, osłodził sobie zacnie swe
ostatnie miesiące. Wszystkich ich, zasłużonych dla minionej rebelii,
mianowano pośmiertnie kawalerami Orderu Bohatera Zwierzęcego Pierwszej
Klasy.
Młodsze świnie jak mogło się wydawać, naturalną koleją rzeczy, zajęły
ich miejsca, choć były one, inaczej niż poprzedzające je pokolenie,
bardziej powściągliwe i skryte - w słowach oraz w czynach, a być może
były również bardziej pobłażliwe. Przewodził im Squealer, który przez
wiele lat pełnił funkcję głównego doradcy Napoleona. Potrafił on kręcić
ogonkiem - i w ogóle kręcić - tak przekonująco, że w końcu chyba nawet
przekonał sam siebie, że on, Squealer, jest wybitną świnią wywodzącą się
z animalnych mas. Choć on sam głosił od lat, że przydziały żywności
nieustannie rosną, po raz pierwszy, odkąd ktokolwiek pamiętał (pomijając
świnie, które zawsze trwały niewzruszenie na stanowisku, że wszystko
wciąż ulega poprawie) wydawało się możliwe, że pakiet racji
żywnościowych stał się jakby cokolwiek pełniejszy - i to zauważalnie.
Squealer w chwili śmierci był tak spasiony, że fałdy tłuszczu niemal
zasłaniały mu oczy. Przyczyną jego zgonu, jak ogłoszono, było
przepracowanie.
Jednak po raz pierwszy (czy też przynajmniej po raz pierwszy, a przynajmniej również odkąd ktokolwiek pamiętał) to oświadczenie świń
stało się obiektem jawnych szyderstw. Oto podczas ceremonii pośmiertnego
przyznawania orderów (Bohater Zwierzęcy Pierwszej Klasy) znalazło się
nawet kilku pokątnych gęgaczy - kłótników i judzicieli. Wprawdzie ze
Squealerem dawało się żyć, warczeli, lecz do kogo jak do kogo, ale do
świni, którą trzeba było u schyłku żywota wozić na taczkach, bo jej
cielska nie mogły już utrzymać cztery nogi, nijak się miało to, co
zawierał oficjalny komunikat, mianowicie, że "życie upłynęło mu na
trudach i wysiłkach". Doprawdy, chyba tylko ów dawny Squealer potrafiłby
teraz przekonująco wyjaśnić, że składanie do grobu świni w pojemniku na
fortepian zorganizowano bynajmniej nie dla śmiechu.
Ostatnią z dawnego garnituru świń, która przejęła rządy na Folwarku był
Minimus. On sam, podobnie jak jego poprzednicy, uchodził za jednego z historycznych bohaterów powstania zwierząt. (Pomimo to jego wybór był
dużym zaskoczeniem, ponieważ nikt nie mógł sobie przypomnieć, by poza
ułożeniem kilku wierszy miał na koncie jakieś dokonania). Choć krzepki i żwawy, Minimus był już mocno posunięty w latach - stąd też, by dać odpór
obawom, iż kolejna zmiana przywództwa będzie mieć burzliwy charakter, na
nowo utworzone stanowisko Lidera Następcy mianowano Pinkeye'a, wieprzka
młodszego pokolenia o najsilniejszej pozycji wśród świń, a trafem
również powszechnie przez nie lubianego.
Tak więc, podczas gdy Minimus zarządzał folwarkiem, Pinkeye obcałowywał
kaczątka i jagnięta. Minimus, preferujący model cichego przywództwa, był
postacią nieodgadnioną: należało się go bać i szanować. Lojalność
okazywały mu psy, jak również pozostałe świnie - zresztą tak jak to było
zawsze w zwyczaju. A jednak na Folwarku nastały jakby nowe uspokojenie i cisza - jak nigdy przedtem - znamionujące być może już to lepszą
przyszłość, już to - również być może - nadejście mrocznych czasów.
Pewnej nocy - była to zwykła noc majowa, taka jak inne w tym miesiącu -
na folwarku zapanował jakiś niezwykły niepokój. Księżyc stał nisko nad
horyzontem, a w jego świetle przy bramie ukazała się jakaś sylwetka. Był
to ktoś obcy - w spodniach z zaszewkami i marynarce z szerokimi klapami.
Zwierzę to (czy jednak na pewno zwierzę?) szło na obutych tylnych
nogach, miało na głowie kapelusz z rondem, i trzymało teczkę. O kilka
kroków od niego stał kozioł wyposażony w podobne atrybuty. (Byłże to
kozioł? Tak, kozioł. Bez wątpliwości najbardziej elegancki kozioł na
świecie).
Pies czuwający przy bramie zaczął wściekle ujadać na obcych - co prawda
niewiele zwierząt poważniej to zaniepokoiło, ponieważ stróżujące tam psy
były nadzwyczaj nerwowe; wiadome było, że pobudzały je do szczekania
rzeczy zgoła tak nieszkodliwe jak księżycowe cienie czy rybiki. Tylko
jedna z krów, niewątpliwie zachęcona anonimowością nocy, dała wyraz swej
irytacji wywołanej nie pierwszym już tak brutalnym wyrwaniem ze snu.
- Moorda w kuuubeł! - ryknęła.
Tymczasem jednak scena rozgrywająca się przy bramie, wbrew temu, co
mogła wyobrazić sobie krowa, była nad wyraz niecodzienna - choć bowiem
przyczyną psiego rozdrażnienia byli nieznani przybysze, nie zaś rybik,
po tym jak padło najwyraźniej nie więcej niż kilka odpowiednio dobranych
słów, wilczur opadł na przednie łapy i jął wycofywać się, pełznąc na
brzuchu. Pysk miał zamknięty, ślepia szeroko rozwarte - zniżył łeb i podwinął ogon pod siebie.
Obie wyposażone w teczki postacie, których sylwetki, pełne elegancji, a może też zwiastując coś złowieszczego, rysowały się na tle nieba barwy
indygo, przeszły przez bramę bez dalszych dyskusji.
Kotka imieniem Norma, siedząca w swym legowisku usytuowanym na strychu
stodoły i zajęta obserwowaniem księżyca przez szczeliny w ścianie, była
jedynym zwierzęciem, które widziało epizod przy bramie. Podobnie jak
większość kotów, absorbowała ją bardziej jej własna kocia natura,
aniżeli życie na folwarku. Pomimo to była nadzwyczaj miła i przyjacielska - zawsze też skora do figli i zabawy. Wyjąwszy chwile, gdy
leżała do góry brzuszkiem w cieniu, podczas gdy inne zwierzęta dyszały
harując w spiekocie, była też powszechnie lubiana.
- Ssssssss! - syknęła w kierunku wybitej szyby, wyginając grzbiet w łuk,
wysuwając pazurki i jeżąc sierść.
Jak można było oczekiwać, obudziło to natychmiast szczury, zawsze
czujnie obserwujące kocie sąsiedztwo. Widząc, że Normy nie ma nigdzie w pobliżu ich gniazda (bywało bowiem, że nocą kocica, stając się ponad
miarę czuła i przyjazna, wybierała sobie spośród nich jakiegoś pechowego
nieszczęśnika, by zafiglować go na śmierć) pomknęły wzdłuż odbłysków
świateł drogowych, by sprawdzić, co było przyczyną takiego niepokoju.
Ujrzały w końcu jak dwie postacie - kozła oraz (teraz można było już to
rozpoznać) świni - kierujące się w stronę stodoły przez łączkę,
uprawianą, by zbierać z niej siano.
Również rozbudzone owce spoglądały na zbliżających się. Zaniepokojone,
zaczęły dreptać w kółko. - Ooooch - pojękiwały nerwowo. - Mamy się
martwić? Mamy się martwić?
Zbudziło to starego osła Benjamina. Był najstarszym zwierzęciem na
folwarku (według jednej z gęsi, tak starym jak miniony dzień).
Opuszczając jedną z kończyn, jako że osły śpią, stojąc na trzech nogach,
skierował łeb ku szczelinie w jego przegrodzie pozostałej po wyłamanej
listwie. Z oczu, jak zawsze, wyzierał mu cynizm i smutek.
Jak mawiano, dawno temu Benjamin doznał jakiegoś wielkiego zawodu,
podobno także stracił przyjaciela, czy może dwóch. Właśnie dlatego mało
co się odzywał, wyjąwszy rzucane niekiedy słowa:
- Żadne z was nie widziało umierającego osła i żadne z was nigdy go nie
ujrzy.
Słowa te tchnęły niezmierzonym żalem i udręką. Ilekroć Benjamin je
wypowiadał, zwykł patrzeć na zwierzę, z którym rozmawiał w taki sposób,
jakby szczegółowo znał jego dotychczasowe życie. A zwierzęta przejmował
strach, albowiem każde z nich osobiście doświadczyło tej okrutnej
konfrontacji - Benjamin wpatrywał się w ciebie, wiedząc, kiedy się
urodziłeś, kiedy trafiłeś na folwark i przewidując, kiedy umrzesz. Po
czym, odwracając się spokojnie od ciebie nawet nigdy nie zapłakał, tylko
mówił:
- Życie nie jest łatwe. - I tylko tyle.
Jednak tej nocy, gdy osioł uniósł łeb, by spojrzeć przez szczelinę na
dwie postacie idące teraz przez łączkę, na jego pysku odmalowało się,
acz na krótką chwilę, ożywienie. W jego spojrzeniu zabłysła obawa,
radość - a bodaj nawet i nadzieja. Wszystkie zwierzęta skupiły się wokół
niego. - Kto to może być, Benjaminie? - Nawet trzem wierzchowcom -
które, według owiec, były najgłupszymi zwierzętami na folwarku -
najwyraźniej coś ruszyło się w głowach, bo patrzyły na osła pytająco.
- Co to takiego? Pamiętasz coś, Benjaminie? - zamuczały krowy.
Osioł, znający od dawna wiele z nich, bardzo rzadko pomagał im wydobywać
z pamięci różne rzeczy. Teraz jednak, co było arcyrzadkim przypadkiem,
po prostu wycofał się w milczeniu.
Niespodziewanie, i to znacznie bliżej niż szczekanie przy bramie,
zwierzęta usłyszały mrożące krew w żyłach psie warczenie. Tuż przed
drzwiami stodoły dwa owczarki niemieckie śmiało ruszyły ku obcym.
Warczenie było tak przerażające, jakby otwarto komuś żyły i zwierzęta
skuliły się ze strachu - wydawało się, że drżą, by nie rozlano ich
własnej krwi.
Lecz oto usłyszano słowa przybyłej świni wypowiedziane znaczącym tonem,
pełne groźby i pewności siebie.
- Widziałem już psy większe od was. Wąchałem je. Śmierdziały
niedźwiedziem i pumą. Chwyciłyby was w paszcze, zawlokły do swych nor i rzuciły na pożarcie swym młodym. Tamte psy stały się moimi psami. A teraz wy też staniecie się moimi psami - albo strzępy z was zostaną.
Para owczarków, chwilę wcześniej tak zajadła, już sposobiła się, by znów
wściekle zaszczekać, lecz z ich gardzieli wydobył się tylko żałosny
skowyt.
- Siad! - rozkazała świnia. Psy posłusznie usiadły.
Tymczasem krowy, nie przepadające za psami, ponieważ ta ich agresywna
zgraja zawsze plątała się im pod racicami, domyślając się, że ta świnia
to jakaś znakomitość, zwróciły się do kotki:
- Otwórz wrota.
Norma zsunęła się po żerdzi wiodącej na strych, po czym dopóty drapała
łapką drewniany rygielek, aż wrota szeroko się otwarły - a wtedy
przyodziana w świetnie skrojony garnitur postać przekroczyła próg
stodoły oświetlonej nikłym płomieniem lampy naftowej.
Wtedy rozległo się ochrypłe kraknięcie kruka Mojżesza usadowionego
wysoko na jętce; żadne ze zwierząt nie miało pojęcia, że przebywa on
wśród nich.
- Snowball!
Na dźwięk tego imienia oba owczarki zdołały jakoś przezwyciężyć strach -
wyprostowały się i znów zaczęły warczeć. Jednak świnia uczyniła tylko
krótki ruch głową, co wystarczyło, żeby ostudzić ich zapędy. Przykuliły
się i zaskomlały:
- Jesteśmy tylko małymi psinkami. Maluchnymi...
Znów odezwał się kruk.
- To Snowball!
Na wielu zwierzętach imię to nie wywarło jednak takiego wrażenia,
jakiego można było się spodziewać, ponieważ nie sięgały pamięcią aż tak
daleko. Jednakże po kilku minutach ogólnego poszeptywania, większość
obecnych w stodole miarkowała już z grubsza, kim jest ów Snowball - i jaką to nikczemną rolę ongiś odegrał.
Oto, na przykład, krowy dobrze zapamiętały, choć było to lata temu, że
Snowball wkradał się za dnia na folwark, by dziurawić wiadra, zaś nocami
- gdy spały, potajemnie je doić. Kurom także coś niecoś kołatało się w pamięci: na przykład to, że Snowball rozbijał jajka i kradł zboże. I nawet kilka owiec zachowało mgliste wspomnienia, że to Snowball
zniszczył wiatrak.
Tymczasem wieprz wyciągnął ku nim racice.
- Mówiono wam, że to ja zadeptywałem wiosenne zasiewy. Że to ja
obgryzałem korę z drzew w sadzie. Że to ja ukradłem klucz do spichlerza
i wrzuciłem go do studni. Że to ja sadziłem chwasty, po to, żeby ich
nasiona mieszać z nasionami warzyw. Że to ja wreszcie spiskowałem z wrogimi folwarkami Foxwood i Pinchfield!
Zwierzęta podniosły dziką wrzawę. Uniesione gniewem hurkotały wzajemnie
do siebie i prychały - o tak, słyszały o tym zdrajcy Snowballu! O tym
złoczyńcy Snowballu!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki