1
Reims, wrzesień 1888 roku
Rozpruwacz znów zaatakował. Cały Londyn w strachu!
Henry Vasnier westchnął głęboko, po czym opuścił gazetę na kolana. Już pierwszy nagłówek - Najnowsze doniesienia ze świata - pozbawił go kompletnie zainteresowania dalszą lekturą. Ostatnio nawet "Le Courrier de la Champagne" coraz częściej, i to na czołowym miejscu, zamieszczał przerażające wiadomości z zagranicy. Pomyśleć tylko, gdzie ten świat zaszedł? W czasach jego młodości byłoby to nie do przyjęcia. Na samą myśl o tym wszystkim Henry Vasnier westchnął ponownie, upijając przy tym kolejny łyk porannej kawy.
- Czy podać panu coś jeszcze, monsieur? - spytała pokojówka.
Henry, kręcąc przecząco głową, posłał młodziutkiej Hélo?se uśmiech, dając tym samym znak, że może odejść. Patrzył, jak opuszcza pokój, zamykając cichutko drzwi. Mógł sobie pogratulować decyzji o zatrudnieniu tej dziewczyny. Wolał ładną twarz służącej od cierpkiego grymasu jakiegoś lokaja. I obojętne mu było, że Anglicy preferowali tego drugiego.
Osuszył siwe wąsy serwetką, po czym ponownie sięgnął po "Courriera". Pominął opis ohydnego zabójstwa prostytutki w Londynie, przechodząc od razu do wiadomości lokalnych. Zatrzymał wzrok na jednym z doniesień, które choć nie było umieszczone w żadnym znaczącym miejscu, to jednak trudno było go nie zauważyć:
Reims: Czy dom szampański Veuve Pommery jest niewypłacalny?
Henry Vasnier z niedowierzaniem przeskoczył wzrokiem kilka kolejnych linijek:
"To niewiarygodne!" - pomyślał zszokowany. "Te łajdaki: Roederer, Riunart i im podobni nie cofną się przed niczym!"
Drzwi pokoju porannego, w którym zwykł jadać śniadanie, otworzyły się i do pomieszczenia wkroczyła ponownie wzburzona Hélo?se:
- Przykro mi, monsieur. Przyszedł gość, który nie chce dać się odprawić. Powiedziałam mu, że o tej porze dnia nikogo pan nie przyjmuje i że powinien się wpierw zapowiedzieć w biurze handlowym, ale... - Pokojówka bezradnie rozłożyła ręce.
- Kto to jest, Hélo?se? - zapytał Henry.
- Monsieur Barthélemy.
- Już dobrze. Wprowadź go do środka.
Vasnier złożył gazetę i odłożył ją na stół.
"Plotka szybko się rozniosła" - pomyślał cynicznie.
Winiarz, który podekscytowany wtargnął przez drzwi, wyglądał na człowieka odchodzącego od zmysłów. Włosy sterczały mu we wszystkich możliwych kierunkach. Twarz zaś, która zazwyczaj była czerwona od codziennego kosztowania wina, które weszło mu w krew, miała teraz odcień dojrzałych, ciemnych winogron.
- Dzień dobry, panie Barthélemy - emanujący spokojem Henry przywitał gościa. - Co też tak wcześnie sprowadza pana do Reims?
- To teraz nie jest ważne, monsieur Vasnier - zgasił go mężczyzna.
- Nie chce pan spocząć? - Henry, zapraszającym gestem dłoni, wskazał przybyszowi miejsce naprzeciwko siebie. - Służąca z przyjemnością przyniesie panu filiżankę pachnącej kawy.
- Nie... nie trzeba. - Barthélemy wpierw odmówił, ale po chwili zastanowienia energicznym ruchem przyciągnął krzesło w swoim kierunku.
- Hélo?se, przynieś, proszę, naszemu gościowi kawę i dodatkowe nakrycie - powiedział Henry pewnym siebie głosem, zabierając tym samym przybyszowi odwagę, z którą tutaj przed chwilą wkroczył.
- No to mów, przyjacielu, czym mogę ci służyć? - spytał gospodarz, rzucając jeden z tych uśmiechów, którymi mógłby poszczycić się sam arcybiskup Reims.
Tymczasem Barthélemy, skubiąc nerwowo materiał brązowej kamizelki, opinającej jego wielki brzuch, powiedział:
- Mam nadzieję, że nie będzie pan miał mi za złe tego wtargnięcia, monsieur Vasnier. Wiem, że nie lubi pan być nękany w domu sprawami interesu.
Wzrokiem niepewnym powiódł po wyszukanych meblach i dziełach sztuki, którymi wypełniony był pokój. Nagle jego podniecenie w takim miejscu wydało mu się czymś wysoce nie na miejscu. Poczuł się zawstydzony swoim nieokrzesaniem, jakie zaprezentował przed chwilą. Jednak uprzejma mina gospodarza dodała mu z powrotem animuszu i już po chwili kontynuował to, po co tu przyszedł:
- Przeczytałem dziś rano w "Courrierze", że podobno dom szampański "Veuve Pommery" ma być niewypłacalny... Nie mogłem tak po prostu wrócić do domu bez wyjaśnienia tej sprawy. Jesteśmy w samym środku zbiorów. Chyba pan to rozumie? - wyrzucił z siebie jednym tchem winiarz.
- Oczywiście, że rozumiem, drogi panie Barthélemy - odparł Henry z udawaną jowialnością. - Ale nie ma powodu do niepokoju. Tego typu notatka w gazecie nie jest niczym więcej aniżeli złośliwą plotką, zamieszczoną przez konkurencję, której na świecie przecież nie brakuje. Dom szampański "Veuve Pommery" nie ma żadnych problemów finansowych. Niemniej jednak to dobrze, że przyszedł pan do mnie ze swoimi obawami, monsieur.
- Wpierw pomyślałem, żeby zwrócić się do madame Pommery - powiedział Barthélemy.
- Na szczęście przyszedł pan najpierw do mnie - odparł Henry, zmuszając się do uśmiechu. - Madame Pommery nieźle zmyłaby panu głowę i z pewnością nie byłaby to przyjemna rozmowa.
- Tego właśnie się obawiałem - przyznał Barthélemy i głośno przełknął ślinę. - Dlatego wolałem wpierw porozmawiać z panem, monsieur Vasnier.
- Daję moje słowo honoru, że w plotkach na temat naszego domu nie ma ani krzty prawdy - powiedział Henry i spojrzał prosto w twarz swojego rozmówcy.
Odkąd sięgał pamięcią, wyjątkowo dobrze rozumiał konieczność skrywania prawdziwych uczuć za maską opanowania. W ten sposób prowadził najbardziej dochodowe interesy i zakupił niejeden antyk za znikomą część jego prawdziwej wartości.
- To znaczy, że zrealizujecie swoje zobowiązania? - zapytał Barthélemy, trochę już uspokojony.
- Ależ oczywiście, monsieur - zapewnił Henry. - Zawarliśmy umowy związane z odbiorem pańskich zbiorów i zapisów tychże dotrzymamy. Nie ma pan najmniejszego powodu do zmartwienia - powiedział, dając do zrozumienia, że rozmowa tym samym została zakończona.
Kiedy Henry wstawał, na jego twarzy ponownie zagościł ten specyficzny, interesowny uśmiech, a Barthélemy poczuł się zobligowany, aby również podnieść się ze swojego miejsca.
Gospodarz pociągnął za sznurek dzwonka, wiszącego na ścianie obok kominka.
- Życzę szczęśliwej drogi do domu - powiedział i na pożegnanie poklepał winiarza po ramieniu.
- Hélo?se, wyprowadź naszego gościa - poprosił Henry, gdy służąca weszła do pokoju.
Kiedy za Barthélemym zamknęły się drzwi, Vasnier pozostał jeszcze chwilę przy stole, przy którym spokojnie jadł wcześniej śniadanie. Stał i spoglądał na "Le Courrier de la Champagne", leżącego obok filiżanki porannej kawy.
- Cholera... - syknął przez zaciśnięte zęby. - Cholera...!
Uroczy mały dom letniskowy[1], który madame Pommery zleciła wybudować w wiosce Chigny, położonej pośród łagodnych wzgórz i lasów, na południe od Reims, usytuowany był na końcu długiego podjazdu z nawierzchnią pokrytą piaskiem. Dwupiętrowy budynek z wysokimi oknami wyglądał elegancko, jednak nie pretensjonalnie i w żadnym wypadku nie przypominał zamku. Ze względu na swój piękny i rozległy park był wyjątkowo popularny wśród angielskich klientów Domu Pommery, nierzadko wywodzących się z towarzystw łowieckich.
Henry, trzymając kapelusz i laskę, niecierpliwie czekał, aż lokaj raczy je od niego odebrać, po czym stanowczym głosem oznajmił:
- Proszę natychmiast zaanonsować moje przybycie madame Pommery. - Jego ponury wyraz twarzy sprawił, że służący niemal biegiem udał się do swojej pani.
Każdy pracownik Domu Pommery miał świadomość wpływów pana Vasniera, który nie tylko był wspólnikiem w firmie, ale również wieloletnim przyjacielem szefowej.
Tymczasem Jeanne Alexandrine Pommery już od wielu godzin, jak każdego ranka, siedziała przy swoim biurku, prowadząc korespondencję z klientami, przedstawicielami handlowymi i dostawcami. Kiedy Henry Vasnier wszedł do gabinetu, wdowa odłożyła wieczne pióro i popatrzyła na niego z zaciekawieniem. Ogromne biurko, przy którym siedziała, prawie w całości wypełniało pomieszczenie. Poza tym znalazło się tu tylko miejsce na szafy z dokumentami oraz dwa krzesła dla petentów. Wbrew panującej modzie, na ścianach w kolorze bieli nie było żadnych precjozów ani obrazów, zaś krzesła stały w równej linii przed biurkiem, niczym żołnierze na apelu. Był to gabinet pragmatycznej i racjonalnej kobiety. Jakby to było niewystarczające, zdaniem madame Pommery piękny widok za oknem jedynie by ją rozpraszał, dlatego siedziała odwrócona do niego plecami. - Na spacer będzie czas po skończonej pracy" - twierdziła.
Henry obserwował bacznie postać za biurkiem, dobierając skrupulatnie w głowie słowa, którymi zamierzał zwrócić się do niej za chwilę.
Twarz Jeanne Pommery charakteryzowały wyraźne rysy, wysokie kości policzkowe, prosty, lekko wysunięty nos i usta wyrażające zdecydowanie. Jedyne, czego nie można było zauważyć w tej twarzy, to śladów upływającego czasu. W kwietniu obchodziła sześćdziesiąte dziewiąte urodziny, a jej blada skóra wciąż była gładka. Tylko w kącikach oczu wychwycić można było kilka kurzych łapek, zdradzających, że śmiała się częściej, aniżeli wskazywał na to jej surowy wyraz twarzy. Od razu zauważył, że tego ranka wydawała się trochę zmęczona. Na dodatek malwowy kolor wysoko zapiętej pod szyję bluzki oraz wdowi czepek, wetknięty we włosy na czubku głowy, jeszcze bardziej podkreślały cienie pod oczami. Jej włosy tylko gdzieniegdzie poprzetykane były siwymi pasmami.
Henry przywitał ją i czekał. Dopiero po wyraźnym poleceniu kobiety, które wydała gestem ręki, usiadł na krześle przez nią wskazanym.
- Wygląda pan na wzburzonego, drogi przyjacielu - zauważyła Jeanne Pommery.
Dostrzegła również, że jego krawat był poluzowany, a kołnierzyk koszuli pomięty. Siwe włosy, zazwyczaj starannie zaczesane od czoła w górę, pomimo nałożonej pomady, której zadaniem było utrzymywanie fryzury w nienagannej pozycji, odstawały nieco po bokach, zaś końcówki wąsów nosiły ślady porannej kawy.
- Czytała pani dziś rano "Courriera"? - zapytał Henry, podając jej gazetę.
Zdumiona Jeanne wzięła ją do ręki, po czym zaczęła czytać informację, którą jej wskazał.
- To nie do wiary - odparła. - Wie pan, kto odpowiada za to kłamstwo?
- Nie wiem, ale mogę się domyślać - odpowiedział Henry. - Nasza droga konkurencja. Najprawdopodobniej w tego rodzaju podstępnych fortelach prym wiodą pracownicy "Moëta", ale myślę, że ludzie z "Ruinarta" w niczym im nie ustępują, a i załoga Werlégo z "Clicquot" pewnie też nie jest lepsza. Śmiem nawet twierdzić, że połączyli siły, by osłabić naszą pozycję. Jedyne, czego nie rozumiem, to dlaczego właśnie teraz.
Jeanne Pommery zacisnęła wąskie usta.
- Wszyscy wiedzą, że w tym roku nie urządzamy polowań - powiedziała zamyślona.
- Po fatalnej lipcowej pogodzie nie mieliśmy wyjścia - dodał Henry. - Nikt się nie spodziewał, że końcówka lata będzie aż tak ciepła. Jak się zorientowaliśmy, w czym rzecz, to wysłanie zaproszeń już i tak nie miało sensu. Głównie mam na myśli naszych angielskich gości, którzy z pewnością podjęli już inne zobowiązania i przyjęli zaproszenia z innych miejsc. Anglicy są mniej wrażliwi na pogodę - dodał pogardliwie.
Jeanne spuściła wzrok i powoli odwróciła wieczko pudełka na pióro wieczne, które podarował jej jeden klient z Ameryki.
- To prawdopodobnie nie jest jedyny powód - powiedziała cicho. - Nie wiem jak, ale musieli się dowiedzieć, że w zeszłym tygodniu odwiedził mnie doktor Richaud.
- Doktor Richaud? - powtórzył zaskoczony Henry, a jego podłużną twarz przeszył wyraz troski. - Chyba nie jest pani chora, madame?
Uśmiechnęła się, nawet na niego nie patrząc.
- To tylko zwykła niedyspozycja. Marie-Céleste nalegała, abym skontaktowała się z lekarzem.
- Ta smarkula pozwala sobie na zbyt wiele - powiedział z wyraźną dezaprobatą Henry. - Przecież to zwykła dziewka, która awansowała na pokojówkę. Nie ma nawet stosownej ogłady, którą mogą się poszczycić dobrze wyszkolone służki.
- Jak dobra Lafortune? - odparła Jeanne.
Za każdym razem, gdy wspominała starą służącą, z którą dzieliła prawie dwie dekady swojego życia, czuła smutek nieznośnie ciążący na jej barkach. Isabelle Lafortune była nie tylko służącą. Była raczej powierniczką, niemalże przyjaciółką. Jej śmierć rok temu była dla Jeanne ogromnym ciosem.
- Myli się pan - powiedziała. - Lafortune z pewnością również posłałaby po lekarza.
Co do tego Jeanne nie miała wątpliwości. Lafortune była bowiem niezmiernie opiekuńcza.
- Teraz mnie pani wystraszyła na dobre, madame - powiedział Henry. - Skąd więc ta pewność, że to jakaś błahostka?
- Mój drogi przyjacielu, proszę się nie martwić. Mówiłam już: to nic poważnego. Drobna niedyspozycja, która w moim wieku ma prawo częściej się przydarzać. Nawet już o niej nie myślę.
Trzymała wzrok cały czas opuszczony na papier listowy, leżący przed nią na biurku. Nie chciała, aby zauważył jej niepokój. Nie chciała go obciążać swoimi zmartwieniami. Bo i co by to dało? Nawet gdyby wiedział o krwi, którą wymiotowała każdego poranka? Od lat, z różną częstotliwością, obserwowała niewielką jej ilość przy porannej toalecie. Ale przecież to nie musiało od razu oznaczać czegoś złego. Stanowczo odepchnęła od siebie złe myśli, zmuszając się do przyjęcia wyprostowanej postawy, co zresztą czyniła od zawsze. Podniosła wzrok na starego towarzysza, lustrującego ją z wyraźnym niepokojem.
- Wygląda na to, iż moi rywale podejrzewają, że jestem już jedną nogą w grobie - zażartowała Jeanne. - I jak te szczury wyłażą spod podłogi, przekonani, że kilka złośliwych plotek pozwoli nas zniszczyć. Pokażmy im, jak bardzo się mylą. Jaka reakcja z naszej strony na te pomówienia będzie najbardziej odpowiednia?