Szamienie na kaniec - Tomasz Bielski

Kup ebooka

4.04 zł
3.35 zł (3,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 3 - Szamienie na kaniec, odc. 2

Wciąż siedziałem w ciemności, w tym samym miejscu, na rodzaju półki w skarpie, opadającej do pokrytego zielonym kożuchem jeziora. Przez jego środek biegła kładka.

Poza niemrawymi rozbłyskami po lewej stronie na drugim brzegu, panowała aksamitna ciemność. A jednak, pomimo tego widziałem, że kładka jest z desek. Nieheblowanych.

Po prawej, ginącej w ciemności stronie, zamajaczyły trzy postacie. Szły, czy raczej jakby płynęły wolno w kierunku środka obrazu w postaci lekko rozświetlonej przestrzeni. Kładka, zawsze niestabilna, tym razem nie chwiała się. Postacie weszły w krąg poświaty i wtedy poznałem: ojciec Tadeusz Rydzyk, podtrzymywany, czy raczej prowadzony z obu stron przez jakichś zakonników. Twarz miał pogodną, chyba nawet uśmiechniętą, a sam...ależ tak... w ogóle nie dotykał nogami kładki, unosząc się lekko ponad nią. Dwaj jego towarzysze nie prowadzili go, ani też nie nieśli! Oni próbowali utrzymać go przy ziemi! Widać było, że nie jest im łatwo. Co chwila wynurzali się z bagna, wznosili w górę, kurczowo uczepieni ojca Rydzyka, wymachując nogami w gorączkowym usiłowaniu powrotu do swojego środowiska. Wyglądało to niemal komicznie, a jednocześnie czuło się coś w rodzaju utajonej grozy... Bo oświetlona przestrzeń, nie wiedzieć dlaczego, chwilami przypominała widziany od wewnątrz bagażnik samochodu...

Jeden z zakonników, korzystając z krótkiej chwili kiedy ojciec Rydzyk obniżył się stając na kładce, wyciągnął radiotelefon i zaczął weń krzyczeć: "Zróbcie coś, żeby ci jego słuchacze przestali się za niego modlić! Nie dajemy rady go utrzymać! Wiecie co będzie, kiedy pójdzie w górę?! No to wyłączcie prąd! Albo puśćcie serial, cokolwiek! Wykonać!".

- Panie... - niespodziewanie odezwał się Głos Pierwszy, czyli - jak pamiętałem - należący do Dżejpitu...

- Nie mów do mnie "Panie"... Wciąż muszę ci przypominać, że jesteśmy w rzeczywistości analogowej...

- Przepraszam, Dżejsiejcz! Ciągle zapominam. Czy możesz nam powiedzieć, gdzie oni prowadzą ojca Rydzyka? Co to za zakonnicy? Przecież tego zakonu już od dawna nie ma!

- Masz racje, Dżejpitu. Ale oni o tym nie wiedzą. Spójrz na buty...

-

Rzeczywiście. W miejsce sandałów czy innych trepów mieli buty na grubej, gumowej podeszwie, z krótką cholewą zapinaną powyżej kostki. Pomyślałem, że gdybym dobrze potrząsnął kładką, obaj fiknęli by w błoto, a ojciec Rydzyk uniósł by się, wolny...

- Ani się waż! - usłyszałem - Nawet nie próbuj! Musi być co być musi!

-

Nagle, z lewej strony, dobiegł krzyk tak straszny, że aż ciarki przeszły mi po całym ciele. Była w nim rozpacz do tego stopnia bezbrzeżna, że niemożliwa do opisania.

Po chwili w mroku zamajaczyły jakieś postacie, które wlokąc ciężki najwyraźniej tłumok, wstąpiły w krąg poświaty nad kładką. Cisnęły na nią swoje brzemię, aż kładka zanurzyła się nieco i rozpłynęli w ciemnościach. Wytężyłem wzrok. Na kładce leżał Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych.

- Żyje? - zainteresował się Głos Pierwszy.

- Żyje, żyje i nie żyje, nie żyje. - odparł Głos Drugi - Kogo pokarać przyszło, trzy są możliwości: zdjęcie przez przeciwników, zdjęcie przez swoich i zdjęcie się samodzielne. W przypadkach niezwykle ciężkich, śmiertelnych, a do takich zaliczana jest głupota, trzy kary mogą być stosowane jednocześnie. To taki właśnie przypadek. Został marszałkiem sejmu choć mierzył gdzie indziej. I stąd ten krzyk rozpaczliwy...

-

Tłumok przypominający Radosława Sikorskiego leżał na kładce, ale wcale jej nie przeważał. Strona z ojcem Rydzykiem była zanurzona głębiej, pomimo że on sam wciąż unosił się w powietrzu. I pomimo tego że wcześniej na kładkę rzucono największe, najcenniejsze skarby. Jak szamienie na kaniec! Lisa, Niesiołowskiego, Wojewódzkiego, Olejnik, Owsiaka, Paradowską, Senyszyn, Środę, Vincenta, Bartoszewskiego, Nergala, Grodzką, Hartmanna, Nowaka... a nawet - Michnika!

Leżeli w bezładnej kupie, usiłując coś ważyć. Wszystko na nic!

- Za mało dali na szalę, grubo za mało! - odezwał się Głos Drugi. - Jak zwykle chcą kupić tanio, a leszcze lepiej - wziąć za darmo!

- Masz rację, Dżejsiejcz! Ale to już się skończyło. Za ojca Tadeusza będą musieli dorzucić a dorzucić! - Głos Pierwszy zabrzmiał satysfakcją, a zarazem głębokim smutkiem...

-

Z lewej strony ciemność rozbłysła. Z tumanów wystrzeliły race, rakiety, chińskie ognie. Muzykę rozkręcono na cały regulator, tak że nawet zielony kożuch wokół kładki wpadł w wibrację. Dwaj stróże ojca Rydzyka odruchowo zatkali uszy, co jednak spowodowało, że o mało im się nie wymknął. Złapali go za obrzeże szaty w ostatniej chwili, ściągnęli na dół, ale nowa fala disco polo zmusiła ich do zakrycia uszu. I tak, niemalże w rytm muzyki, to łapali się za głowy, to wyciągali ręce do umykającego ojca Tadeusza, to znowu zatykali uszy, by ponownie unieść ręce w ślad za nim...

Trwało to tak i trwało, a tłumok leżał po drugiej stronie nieruchomo. I nagle, w chwili największego natężenia hałasu, poprzez łomot muzyki, rozległ się ryk tak potężny, że światła Dyskoteki na moment przygasły, a Nic ze strachu stało się przejrzyste, zupełnie jakby schowało ogon pod siebie.

- Dają Urbana - poinformował Głos Drugi.

- O Jezu! Skąd wiesz, Panie...?

- Nie mów do mnie ani Jezu, ani Panie!

- Przepraszam! Skąd wie?

- Wszystko słyszę. Ciągle używają telefonów komórkowych na kartę. Kiedyś podsunęliśmy im, że nie można ich od nas podsłuchać...

- Kto nie może, ten nie może, temu Boże nie pomoże - zanucił Głos Pierwszy.

-

Poczułem, że mogę się poruszyć. I chyba mówić...

- Ale przecież, jeśli wszystko może, dlaczego nie zamknie tej Dyskoteki? - odważyłem się zapytać - Albo czemu nie wyłączy im prądu? Albo niech mi pozwoli wsiąść na zgniatacz i przejechać po tym paskudztwie kilka razy...!

-

Nikt nie odpowiedział.

Kolejny Anioł wystartował w mroku i poleciał w górę bez żadnych przeszkód. No tak - pomyślałem - oddali Michnika...

Nawet nie zauważyłem, kiedy Urban znalazł się na kładce obok Sikorskiego. Leżał jakoś tak na boku, głową lekko do dołu, natomiast nogi sterczały ukośnie w górę. Jednak nic nie stracił ze swych umiejętności, i zdania, które wygłaszał, były równie krągłe jak kiedyś. Jedynie pozycja zmieniła się całkiem, i leżeli tak sobie obok, a kładka ani drgnęła. Ba, wydawało się, że po stronie ojca Tadeusza zanurzyła się jeszcze głębiej!

- I co się stanie dalej? - ponownie ośmieliłem się zapytać.

-

Nic. Cisza. Znowu nikt mi nie odpowiedział.