ROZDZIAŁ 1Witkacy
Skręciłem gwałtownie i w ostatniej chwili uniknąłem zderzenia z zajeżdżającym mi pas samochodem. Mój gruchot ze mną nie współpracował, wyglądał jak siedem nieszczęść i jechał trzydzieści pięć kilometrów na godzinę przy dopuszczalnych pięćdziesięciu, ale miałem pierwszeństwo, co umknęło jełopowi w wypasionej mazdzie na warszawskich blachach. Nacisnąłbym klakson, gdyby to cholerstwo działało. Zerkałem niespokojnie to na zegar na tablicy rozdzielczej - dochodziła szesnasta, a ja byłem na granicy spóźnienia - to na osmaloną maskę mojego auta, która jeszcze pół godziny temu stała w płomieniach i gdyby nie szybka interwencja diabła, a przy okazji pyra, samochód pewnie nie nadawałby się teraz do niczego, czyli byłby w odrobinę gorszym stanie niż zwykle.
O piętnastej pięćdziesiąt rozdzwoniła się komórka. Nie musiałem zerkać na ekran, by wiedzieć, że to Konstancja. Moja eks. A co ważniejsze - matka Wiktorii. Doskonale wiedziałem, czemu dzwoni. Odebrałem.
- Nie zapomniałem! Jestem już prawie na moście! Był wypadek na świętej Katarzyny i musiałem pojechać objazdem - wyjaśniłem.
Lekko się zaśmiała, a po chwili usłyszałem:
- Nie pomyślałam, że zapomniałeś.
- Pomyślałaś. I słusznie - stwierdziłem. - Spokojnie, odbiorę ją na czas. O weekendzie też pamiętam, nic się nie martw.
- Cieszę się, Piotrze. To dla mnie dużo znaczy - przyznała.
- Muszę kończyć, będziemy za jakąś godzinę, może dwie, bo gęsto na drodze - powiedziałem, włączając się w sznur aut czekających na wjazd na most.
Korek, cholera jasna. Czemu się dziwisz, idioto, wiedziałeś, że o tej porze to normalne, skarciłem sam siebie. Trzeba było jechać dłuższą drogą, przez nowy most.
Silnik wydał dziwny rzężący odgłos i spodziewałem się znów zobaczyć płomienie. Nagle włączyły się spryskiwacze, zalewając szybę błękitnym płynem. Uruchomiłem wycieraczki - zadziałały już za trzecim szarpnięciem wajchą. Może auto próbowało mi coś powiedzieć? Na przykład: "Powinieneś iść po Kurczaczka pieszo" albo "Gdybym był słoniem, zmierzałbym właśnie majestatycznie w stronę cmentarzyska".
Sęk w tym, że nie miałem forsy na kupno pojazdu, który liczyłby mniej niż trzydzieści lat i miał na liczniku poniżej miliona kilometrów. Od kilku tygodni byłem świeżo upieczonym emerytem, i to skandalicznie młodym, bo ledwie po czterdziestce, ale nie takie rzeczy się zdarzały wśród mundurowych. Nie była to moja decyzja, przyznaję. Praca w policji czasami kolidowała mi z obowiązkami szamańskimi, jednak nigdy tak spektakularnie jak w marcu.
W innych okolicznościach moja szefowa, Anita Czarny, kryła mnie, kiedy nie pojawiałem się w pracy przez ponad tydzień. Ale tym razem wewnętrzni i polityczni przekopywali akurat nasz wydział, szukając brudów i pretekstu do czystek. Jej robota też była zagrożona, bo śmiała dostać etat na trzy miesiące przed przemianowaniem milicji na policję. Próbowała mnie ściągnąć na przesłuchanie dyscyplinarne, ale nie mogłem odebrać telefonu. Akurat moja dusza odbywała inicjację w Zaświatach, a ciało, utrzymywane przy życiu tylko magią, leżało nieprzytomne i nie zdołało się stawić na wezwanie.
Zapłaciliśmy za to oboje. Udało jej się sfałszować moje podanie o wcześniejszą emeryturę i tylko dlatego nie wyleciałem na zbity pysk. Niestety i ona straciła robotę. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi wybaczy. Kiedy zadzwoniłem do niej z przeprosinami, była pijana i rozżalona. Miała pełne prawo być na mnie zła. Dopóki rujnowałem swoje życie i karierę, robiłem to na własny rachunek, ale nie mogłem sobie wybaczyć, że moje problemy kosztowały Anitę utratę pracy - pracy, która była dla niej całym życiem. Gdybym odszedł, kiedy tylko pojawiła się możliwość skorzystania z prawa do wcześniejszej emerytury, pewnie zdołałaby zachować stanowisko. Co rusz podpalaliby jej stos pod kuprem, ale Anita to twarda sztuka i przetrzymałaby dobrą zmianę. Postanowili jednak wykorzystać mój przypadek jako argument przeciwko jej zdolnościom zarządzania. Jakby mną się dało zarządzać...
Oto ja - czterdziestojednoletni emeryt, bez widoków i bez oszczędności. Tyle dobrze, że mieszkanie wykupiłem kilka lat temu, więc przynajmniej nie wisiał nade mną kredyt. Miałem też samochód, który jeździł na słowo honoru i gumę do żucia, piętnastoletnią córkę, która jako młoda szamanka wymagała szkolenia, amuletów, skomplikowanego tatuażu ochronnego, nie wspominając o nowych butach, a do tego ducha opiekuńczego, który wart był funta kłaków... Po prostu fantastycznie.
Zaskakujące, ale w urzędzie pracy nie ma zbyt wielu propozycji dla szamanów. Nie wiem, czy to dlatego, że większość ludzi nie ma pojęcia o istnieniu magii, czy po prostu brakuje ofert dla mojej grupy zawodowej.
Nie byłem pierwszym ani ostatnim dawnym mundurowym, który zmuszony był się odnaleźć w nowej rzeczywistości, musiałem jednak przyznać, że innym szło to dużo sprawniej. Zanim jeszcze podpisali papiery emerytalne, przygotowywali się do zmian - często otwierali jakąś działalność czy zaczynali flirtować z sektorem prywatnym. Ja nie ogarniałem tego typu działań, poza tym moja aktywność szamańska sprawiała, że zwykle nie byłem dość przytomny, by stawić im czoła.
Może powinienem otworzyć własny biznes i rozwiesić na mieście ogłoszenia o treści: "Duch, upiór, zmarły krewny nie chce się odczepić? Szybko, sprawnie i dyskretnie załatwię twoje problemy natury ektoplaz-mowej i eterycznej. Przyjazny szaman z sąsiedztwa".Już sobie wyobrażam odzew. Telefony by się urywały, ale raczej nie dzwoniliby potencjalni klienci. No i nie wiadomo, jak zareagowałby Gardiasz... Choć mieszkałem w Toruniu, a nie po drugiej stronie bramy, w alternatywnym mieście magicznych, Thornie, oficjalnie podlegałem Starszyźnie - potężnej i upierdliwej radzie magicznych, zawiadującej miastem. A że jako szaman przynależałem do domeny śmierci, moim bezpośrednim przełożonym był Gardiasz, jakieś pomniejsze bóstwo tejże, który o współczesnym świecie miał pojęcie nikłe lub żadne. Niby rozbijał się samochodami, ale gdyby go zapytać o ubezpieczenie zdrowotne czy OC na wypadek małej katastrofy typu wybicie trzydziestu trzech okien w kilku budynkach w trakcie odsyłania wyjątkowo upartego i agresywnego upiora, to nagle wyszedłby z niego osiemnastowieczny paniczyk, który wymagałby, abym pokrył straty z własnej kieszeni. Czułem się przyparty do ściany. Potrzebowałem forsy. Policyjna pensja była chuda, wcześniejsza emerytura - jeszcze chudsza.
Skręciłem kierownicą w lewo, a auto dziarsko pomknęło w prawo. Co, u diaska?! Szarpnąłem mocniej i zdołałem zjechać z mostu w boczną uliczkę, ale źle wymierzyłem i oponą zahaczyłem o kamienne obramowanie klombu. Odruchowo przymknąłem oczy, spodziewając się głośnego: "Bum!", ale opona była akurat niewystarczająco napompowana, więc nie pękła. Małe szczęścia, jak mawia moja przyjaciółka i dawna partnerka Dora Wilk. Zwykle w sytuacjach, kiedy cały świat walił się jej na głowę, a ona znajdowała w kieszeni cukierka. Padało, owszem, ale nie prało żabami.
Spóźniony dziesięć minut dojechałem do szkoły Nisima, placówki dla magicznie uzdolnionych dzieci, do której moja córka uczęszczała od kilku miesięcy w ramach zajęć pozalekcyjnych i weekendowych.
Kurczaczek, oficjalnie Wiktoria, siedziała na schodku. Długie nogi w glanach wyciągnęła przed siebie, wystawiając blade kolana na czerwcowe słońce. Z nosem w grubej książce nie wyglądała na zawiedzioną moim spóźnieniem, ale i tak dźgnęły mnie wyrzuty sumienia. Wjechałem na dziedziniec szkoły i z przyzwyczajenia wcisnąłem hamulec do oporu, bo najczęściej nie zaskakiwał od razu. Teraz auto zahamowało tak gwałtownie, że poczułem się, jakbym się zderzył ze ścianą. Szarpnęło mną w pasach i przygrzmociłem twarzą w kierownicę. Na pasma eteru, czy w moim życiu nic nie może pójść bezproblemowo?
Kurczaczek wstała ze stopnia, podniosła z ziemi plecak i bluzę i podeszła do gruchota. Zanim wsiadła, poprawiła gruby wełniany koc, którym przykrywałem siedzenie pasażera, bo sprężyny wystawały spod przetartej gąbki i potrafiły pokaleczyć. Nie skomentowała tego, że musiałem sięgnąć i otworzyć jej drzwi od środka, bo zewnętrzna klamka po jej stronie nie działała. Wsiadła, podała mi chusteczkę, bo wskutek uderzenia zaczęła mi lecieć krew z nosa, i zapytała:
- Wczoraj nie było śladów płomieni na masce, prawda?
- Świeża sprawa. Ale Miron zapewnia, że to nie kwestia silnika. Po prostu się zapaliło.
- Oczywiście - odpowiedziała typowym tonem nastolatki, która nie zamierza powiedzieć ojcu w twarz, że całkiem go popierdoliło. Była na to zbyt dobrze wychowana i nie było w tym cienia mojej zasługi.
- Jak w szkole, spokojnie? Czy jakieś kłopoty? - za-pytałem.
Odkąd wyszło na jaw, że Kurczaczek jest wystarczająco sprytna, by zablokować mi w komórce numer dyrektora szkoły i wyjmować korespondencję ze skrzynki, bylebym się nie dowiedział, że złamała regulamin i została zawieszona, zacząłem zadawać pytania wprost. Kurczaczek nigdy nie kłamała, ale nie uznawała za kłamstwo przemilczenia czy unikania tematu, który akurat powinien zostać poruszony.
- Rozmawiałam z Harfiarką przez telefon. Będzie w sobotę, więc zrobi mi nową hennę. Nie będziesz mnie musiał odbierać - oznajmiła spokojnie, a mnie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Coś ukrywała.
- Nie mam nic przeciwko odbieraniu cię. Sprawia mi to przyjemność. Oczywiście dobrze, że z nową henną będziesz bezpieczna, ale jeśli nie zawstydza cię to, że stary cię odbiera spod szkoły, nic nie musi się zmieniać. Mam teraz mnóstwo czasu do zagospodarowania - powiedziałem i skręciłem w stronę bramy.
Kilka miesięcy temu dowiedzieliśmy się, że żywot szamanki jest bardziej niebezpieczny niż żywot szamana. Jako dziewczyna Kurczaczek potrzebowała specjalnych tatuaży, które pełniły funkcję ochronną, były jak kłódka zabezpieczająca ducha mojej córki przed spontanicznym oderwaniem się od ciała. Poza tym utrzymywały pod kontrolą jej aurę, zabezpieczając ją przed wydrenowaniem - przypadłością niebezpieczną i często śmiertelną.
Tak, dowiedzieliśmy się tego w okolicznościach dramatycznych, po tym, jak duch Wiktorii podryfował do Zaświatów, a wydrenowane ciało zapadło w śpiączkę. Ponieważ miała dopiero piętnaście lat, decyzja o wykonaniu tatuaży nie przyszła Konstancji łatwo. Tymczasowe rozwiązanie stanowiły malunki henną, które spełniały podobną funkcję, ale były mniej trwałe i mogły - tak jak teraz - przedwcześnie się zdegenerować, na przykład za sprawą kontaktu z wodą w basenie. Nie wiedziałem, czy to chlor, czy coś jeszcze innego zniwelowało zaklęcie, w każdym razie Kurczaczek została bez ochrony. A to z jakiegoś powodu wabiło każdego ducha i upiora w okolicy, zwłaszcza te wredne, które kręciły się przy moście.
Właśnie dlatego w ostatnich dniach odbierałem ją ze szkoły i odwoziłem do domu, bo w autobusie czy na rowerze nie była bezpieczna. Mój samochód zwany gruchotem miał natomiast wyrysowane na podwoziu sigile ochronne.
Nieustannie pracował sobie na nadany mu przydomek. Teraz na przykład ruszył z tak porażającym zgrzytem skrzyni biegów i tak gwałtownym skokiem sprzęgła, że aż się skrzywiłem. Kurczaczek zmarszczyła lekko brwi, kiedy dźwięki nie umilkły po przejechaniu kilkunastu metrów.
- Słowo daję, czasem mam wrażenie, że on jest przeklęty - wymamrotałem tonem usprawiedliwienia.
Moja córka spojrzała na mnie bystro i powiedziała:
- To w sumie jest możliwe, wiesz? Mamy teraz lekcje z Darnią o rzucaniu klątw na przedmioty nieożywione. Podpytam ją jutro i może poćwiczymy także ich zdejmowanie. Bo widzisz, to nigdy nie są miłe zaklęcia. Nikt dotąd nie wpadł na to, żeby rzucić klątwę na ławkę, dzięki czemu każdy, kto na niej usiądzie, będzie mieć znakomity dzień i minie mu alergia na pyłki. Zdarzają się za to skomplikowane klątwy krzyżowe. Na jednego faceta w Mediolanie ktoś rzucił klątwę skojarzoną. Gościowi nic nie było dłuższy czas, więc sprawca miał alibi. Później tamten dostał zwykłej czkawki i jak napił się wody, to uruchomił zapalnik klątwy i zmarł w męczarniach, topiąc się we własnej krwi. Innego dopadła kombinacja konkretnego słowa i tego, że akurat miał na głowie czapkę - perorowała z zapałem. - Klątwy są w gruncie rzeczy niesamowicie ciekawym przedmiotem i ograniczeniem jest tylko wyobraźnia rzucającego ją magicznego. W programie letniej szkoły będzie o nich sporo. - Zawiesiła głos, jakby się wahała, czy o coś zapytać. - Dzwonił może do ciebie Nisim? - wyrzuciła z siebie wreszcie.
- Nie dzwonił. Przynajmniej nic o tym nie wiem. - Posłałem jej wymowne spojrzenie.
Prychnęła.
- Przecież przeprosiłam i już wszystko naprawiłam w twoim telefonie - burknęła. - W każdym razie pewnie zadzwoni, więc nie bądź zaskoczony. I nie, nic nie zmalowałam ani nie mam kłopotów.
Trochę mi ulżyło.
- Po prostu się za mną stęsknił? - zażartowałem.
- Chodzi o letnią szkołę. - Wyraźnie słyszałem lekkie napięcie w jej głosie.
- Nic się nie martw, pamiętam, że do piętnastego czerwca mam uregulować opłatę - zapewniłem.
Czesne za letnią szkołę było dosyć wysokie, ale choćbym miał sprzedać nerkę, moja córka otrzyma najlepszą edukację.
- Właśnie o to chodzi, że nie musisz płacić - wydukała.
Zacisnąłem zęby. Umawialiśmy się z Konstancją, że skoro nie chce ode mnie alimentów, będę płacił za szkołę i wszystkie rzeczy potrzebne Kurczaczkowi w czasie nauki. Wiedziałem, że się zamartwia tym moim nagłym przejściem na emeryturę i brakiem płynności finansowej, ale nie zawaliłem dotąd ani jednego zobowiązania.
- Mama też nie musi płacić, jeśli o tym pomyślałeś - dodała Kurczaczek, czytając we mnie jak w otwartej księdze. - Ja... no więc... No poszło mi dobrze, no i tak jakby, no wiesz.
- Potrzebuję więcej słów - przyznałem.
- Dostałam stypendium - wyrzuciła z siebie, jak gdyby to było coś wstydliwego.
Odchrząknąłem, bo miałem niejasne podejrzenie, że czai się w tym jakaś historia i być może ma coś wspólnego z przeczuciem, że Kurczaczek znów coś ukrywa.
- Co to za stypendium? - zapytałem lekkim, zachęcającym tonem.
- Coś jak naukowe... - a potem dodała tak cicho, że z trudem ją usłyszałem: - dla wybitnych uczniów.
- Pięknie! Czemu podejrzewasz, że może mnie to wyprowadzić z równowagi? - zapytałem wprost.
Zamrugała.
- Nie no, nie pomyślałam, że będziesz zły czy coś, ale to trochę jednak żenujące, nie?
- To, że jesteś wybitna? Czy że z tej okazji nie będę musiał opłacać twojego czesnego?
Parsknęła nerwowym śmiechem.
- Wybitna, duże słowo, konkretne oczekiwania... W sumie dopiero zaczynam, może wcale nie jestem tak dobra albo para pójdzie w gwizdek: dadzą mi to stypendium, a potem okażę się przeciętna i będą zawiedzeni - wytłumaczyła.
- Nie sądzę, żeby groziła ci przeciętność, nawet gdybyś się bardzo postarała. Poza tym nie wydaje mi się, żeby Nisim dał ci stypendium za coś innego niż za twoje obecne osiągnięcia: to znaczy z tytułu powstrzymania apokalipsy za półtorej dekady czy wynalezienia lekarstwa na magiczny odpowiednik raka.
Kiwnęła głową i przez dłuższą chwilę myślała nad czymś intensywnie, patrząc w boczne okno.
- Kiedy wyszło na jaw, że jestem magiczny, że mam szamańskie geny i w ogóle misję, miałem autentyczne załamanie nerwowe. Poszedłem do Dory i przez godzinę jej tłumaczyłem, że to nakłada na mnie wielkie zobowiązania, że to za duże obciążenie, a ja jestem tylko sobą i to głupie mieć wobec kogoś takiego jak ja jakiekolwiek oczekiwania.
Odwróciła się z zainteresowaniem.
- Ześwirowałeś?
- Kompletnie. Wiesz, co zrobiła moja przyjaciółka? Powiedziała, że skoro dopadł mnie syndrom impostora, nie jest ze mną źle. I że niech nas bóstwa chronią przed pewnością siebie przeciętnych facetów uważających się za ósmy cud świata i dar niebios tylko dlatego, że potrafią zawiązać buty. Podarowała mi makatkę z napisem: "Czy jesteś wystarczająco dobry, by dopadł cię syndrom impostora?". Nie wiem, czy sama ją haftowała, ale miewa zdumiewająco wiele samozaparcia, więc to prawdopodobne. Zaniosłem wyszywankę do oprawienia i od pół roku nie odebrałem z warsztatu. Chyba najwyższa pora, bo może ci się przydać jako wsparcie.
- To jest... zaskakująco przydatna informacja.
- To, że mam taką makatkę?
- Nie, chodzi mi o to, że to może być dziedziczne. Jak obłęd, który przechodzi z pokolenia na pokolenie.
Pokręciła głową, uśmiechając się pod nosem. Chyba już się czuła lepiej. Swoją drogą, musiałem o tym stypendium pogadać z Nisimem, bo czułem, że sprawa może się okazać poważniejsza, niż utrzymuje moja córka.
- Jesteś blady i ledwie widzę twoją aurę - stwierdziła po dłuższej chwili.
- Odesłałem jakąś setkę duchów naćpanych esencją demoniczną. Trochę mnie sprało - przyznałem.
- A Sęp?
- Jak to Sęp. - Wzruszyłem ramionami, bo wciąż nie przeszła mi złość. - Zostawił mnie w samym środku odesłania. Widać był umówiony z jakąś panną i zapomniał mi powiedzieć.
- To nie jest dla niego łatwe - powiedziała cicho.
- Co dokładnie? Funkcja ducha opiekuńczego, do której sam się zgłosił?
- To z Kojotem. Dużo ostatnio przeszedł. Myślę, że nie radzi sobie ze stresem, może ma PTSD...
- Kochanie, doceniam, że chcesz widzieć w każdym, co najlepsze, ale Sęp jest... - Ugryzłem się w język, bo cisnęły mi się na usta same niecenzuralne słowa. - Nie mogę mu ufać - rzuciłem, choć nie oddawało to choćby ułamka mojego wkurwienia - a ta relacja musi się opierać na zaufaniu. On się nie zmieni, a ja byłem idiotą, myśląc, że potrafi.
Przygryzała wnętrze policzka, jak zawsze wtedy, kiedy się czymś martwiła.
- Radzę sobie, Kurczaczku. A Sęp jest nieśmiertelny, też sobie poradzi.
- Z tą jego nieśmiertelnością to dyskusyjna sprawa, nie? Może umrzeć.
- I zawsze wraca. Nie jest człowiekiem, nie musisz się o niego martwić - zapewniłem, ale jej to nie przekonało.
Skręciłem na parking przed blokiem, w którym mieszkały z Konstancją.
- Jak myślisz, w weekend możemy zamówić pizzę? Od kilku dni mam ochotę na hawajską - powiedziała, wysiadając z auta.
Moja córka, fanka ananasa na pizzy i dyskretnych sugestii.
- Jasne, jedna hawajska, jedna pepperoni. Pamiętam, że to nasz weekend.
- Mama pewnie będzie dzwonić. Nie chciałam, żebyś brzmiał na zaskoczonego. Ona się tym bardzo przejmuje. Chyba chce wiedzieć, że sobie poradzimy, żeby mogła iść na te studia. Jeśli zawalimy, postanowi zaczekać na moją pełnoletniość.
- Będzie idealnie - zapewniłem, odnotowując w pamięci, że powinienem posprzątać mieszkanie i zrobić jakieś zakupy, bo lodówka tradycyjnie świeciła pustkami.
Koniecznie muszę też zamówić kapsułki skrótu albo znaleźć czas na kompleksowe uzupełnienie aury, pomyślałem, widząc, że ręce trzęsą mi się na kierownicy.