Szamanka
Była Szamanką i była bardzo piękna. Czarne włosy spływały gęstą falą na ramiona i lśniły. Oczy odgadywały sens, gdy skierowała wzrok na wydarzenia, a czyniła to od ich początku, przesuwały się poprzez czas i ulegały zmianie. Teraz nastąpiła kolejna chwila przemian, już druga, jaką spowodowała wraz z kobietami, które poznały i zrozumiały swoją gigantyczną potęgę. Kiedy był ten pierwszy raz? Świat przechylał się poza krawędź, tak jak teraz, już nawet nie było potrzebne najlżejsze dotknięcie palcem, by się zwalił w głębię przepaści, pokruszony na kawałki, podobne bryłom skały. Jeszcze chwila, jeszcze tylko chwila, by runął. A co robili głupi ludzie? Walczyli pomiędzy sobą o kawałek władzy, o rację, która nią nie jest i trwa chwilę, zanim zniknie.
Zgromadzili armie, stały gotowe, czekając na rozkaz królów o łbach zakutych w żelazo. Razem z rycerzami miał zginąć piętnastoletni giermek o jasnych włosach, równych na karku, na który spadnie miecz, by jednym silnym ciosem odciąć głowę. Z jakiego powodu?
Szamanka wiedziała, że i teraz, w naszej współczesności, nic tępych łbów nie zmieni, dlatego musi przygotować do wybuchu największą siłę, jaką zarządzała. Zebrała kobiety, które wydzielały tyle samo energii co ona, i wiedziały, że mogą uruchomić przyrodę - bo przedtem, w czasach krzyżowania mieczy, miała w sobie życie i siłę. Kiedy potem odsunęły się stulecia, zmarniały drzewa, wyschły rzeki, po przyrodzie pozostał wydeptany ślad zelówki. I tak jest teraz.
Kobiety w luźnych sukniach ustawiły się w okręgu po obu stronach rozłożonych ramion Szamanki. Za chwilę wykonają magiczny ruch, rzeczywistość się uruchomi i zacznie podążać w kierunku wskazanym przez wytknięty palec Szamanki. Po raz pierwszy popychały świat, pewne było jednak, że go poruszą: realność się potoczy jak zechcą, wiedziały, jaka jest siła i potęga kobiet.
Stały na pagórku powyżej brzegu oceanu, skupiły się, patrząc w zieloną głębię, w ich ciałach rosła energia. Czekały, aż wyraźnie poczują jej siłę. Pęczniały od siły cielesnej, stały, prostując plecy. Teraz, już! Szamanka dała im znak.
Szybkim ruchem szarpnęły suknie w górę wzdłuż nóg, brzuchów, wydętych piersi i ciągnęły tkaninę aż do głów. Stały przodem do oceanu, w powierzchnię uderzała ogromna ich energia. Używały jej świadomie w ważnych momentach, powodowały, że czas stawał pod ostrym kątem i przestrzeń zmieniała wymiary.
Zabulgotała zielona woda oceanu. Wyrażała gniew i gotowość, jednakże armie zakute w żelazo, czekające tuż przy linii brzegu, nie zauważyły buntu oceanu, a co więcej: nie zrozumiały. Rycerze czyścili ostre brzegi mieczy, bo według nich były zbyt tępe, by jednym ciosem ściąć głowę. O własnej śmierci nie myśleli.
Gęsta, głęboka zieleń jęknęła aż do dna i woda się uniosła, fala chciała sięgnąć nieba. Góra wody płynęła do brzegu, zaginała na szczycie swe szpony już gotowe pochwycić, zamknąć zdobycz i nie wypuścić, wciąż się zaciskając na ich ciałach.
Szamanka nawet nie drgnęła, wciąż trzymając suknię ponad głową, z jej pięknego ciała wypływały silne promienie energii, by wniknąć w zieloną głębię. Fala, druga z kolei, była wyższa i potężniejsza, postrzępiona u góry, rozpryskująca białą pianę. Kobiety wokoło nieruchomiały w napięciu, potęgując siłę Szamanki.
Rycerze wciąż ostrzyli miecze. Jeden z nich przytargał piętnastolatka, przyginając go za kark aż na swe buciory, by zwiększyć zamach miecza . Zakuty w zbroję wrzeszczał na wszystkie strony.
- Czy wiecie, co ten nędzny smarkacz rozgłasza? Co wrzeszczy prosto w twarz każdemu, kogo spotka?
Zebrała się już liczna grupa zakutych rycerzy i gęstniała wokół przygiętego nastolatka, którego usta zaciskała metalowa łapa, by nie wypowiedział słowa w swojej obronie.
- Mówi, że to oni walczą o prawdę. - Machnął drugą łapą, aż zazgrzytało żelazo na złączach. - Tamci, nasi wrogowie, są uczciwi, mówi ten szczeniak, a my to kłamcy, głupio się rzucający, by krzyżować miecze z uczciwymi krzyżowcami.
Grupa milczała, twarze im skamieniały, wściekłość na chłopaczka stawała się dzika, każdy by chciał go udusić, naciskając dwoma palcami na krtań.
Czy zdążą go zamordować? Skupieni na własnych podłych zamiarach nie spojrzeli, co wokoło nich się zwiększa. Szamanka wyprostowała plecy jeszcze silniej, wszystkie jej kobiety wypinały piersi jak bochny białego chleba życia. Gigantyczna fala zielonej wody wybuchła w górę, prąc do przodu.
Miecz rycerza zatrzymał się w najwyższym punkcie, od którego miał błyskawicznie spaść. Zimne twarze skamieniały. Pochylony kark chłopca drżał.
- Teraz! - wrzasnął zakuty rycerz.
- Teraz! - krzyknęła Szamanka.
Woda runęła na brzeg, zatopiła ostre miecze, gromadę rycerzy i okrutne zamiary. Czerwień rozpłynęła się w zieleni oceanu, jeśli krew w ogóle zmieszała się z wodą. Poziom wody wciąż się unosił ponad głowami w hełmach, aż się zrównał z pagórkiem, fala obmyła stopy kobiet, liżąc je w pokornej podzięce, jak jęzory wodnych wilków. Szamanka obciągnęła suknię i wszystkie kobiety opuściły ramiona rozwierając dłonie, suknie opadły aż do stóp. Woda w oceanie mruknęła jak senny mężczyzna i ucichła, zasypiając.
Kiedy fale oceanu się uładziły, Szamanka tkwiła wciąż nieruchomo na brzegu. Wyciągnęła ramiona i przymknęła oczy. Najpierw zobaczyła rycerza, którego noga zaplątała się w liny łodzi Wikingów. Otworzyła oczy, wyciągnęła palec wskazujący w ciemny punkt na oceanie i skierowała oczy na jedną ze swoich kobiet, a ta zerwała z siebie suknie, wzięła nóż w zęby i wskoczyła w głębię. Poruszała ramionami spokojnie i szeroko, a woda oceanu, wciąż nisko leżąca z rozkazu szamanki, nie drgnęła. Kobieta dopłynęła do uwięzionego, wyjęła nóż z zębów, przecięła jednym ruchem konopną linę, pchnęła ręką plecy mężczyzny, wypływał z głową pochyloną, by upaść gdzieś na skraju lądu, co nie było ważne dla kobiety. Pochwyciła w ramiona jego duszę i podpłynęła wprost pod stopy Szamanki.
Uczyniła kilka znaków palcami, woda w oceanie wydźwigała się, podnosząc ciała mężczyzn, by je porozrzucać na różnych lądach, a kobiety chwytały ich dusze i przytulając, szeptały im, do czego są stworzone i co mają uczynić w przeznaczonym czasie, aż staną się wielkie i potężne, bo do tego zostały stworzone. Głaskały je po głowie, by nigdy więcej nie zostały zakute w żelazne hełmy i geniusz ich promieniował swobodnie i daleko. Potem rozsyłały te promieniste dusze poprzez przestrzeń i czas, a one trafiały do innych kobiet, raz do jednej, a za stulecie do innej i powstawały historie miłosne smutnych Tristanów i bezmyślnych Izabel, opisywanych w romantycznych czy rymowanych dziełach, notowanych cyrylicą albo systemem zero jeden, tworząc historię emocji uznanych za wielkie i płonące. Tylko jedna nie znalazła bliskiej duszy i trwała w chłodzie, zamarznięta na lód.
Energia ciał kobiet, pojmowana po stuleciach fałszywie i traktowana byle jak, ośmieszona, zachowała się ze zrozumieniem u Szamanki. I teraz, po stuleciach, kiedy bryła Ziemi zaczynała niebezpiecznie balansować na krawędzi, zostanie ponownie uruchomiona.
Szamanka pozostała wraz z kobietami, czekając, kiedy będą mogły kroczyć poprzez czas, który się przekrzywi i odsunie to wydarzenie - ono wcale nie zaszło, chociaż rycerzy zginęło tyle samo, jak gdyby skrzyżowali ze sobą ostre miecze, bo o krzyż i przeciwko niemu miały się wtedy toczyć krwawe bitwy.
Do dzisiejszego dnia wszystkie kobiety Szamanki rozwiązały wydarzenia, które je zaplątały z wieloma mężczyznami.
Trzymając się rąk Szamanki, mogły spokojnie podążać na miejsce spotkań w teraźniejszości, nie oglądając się poza siebie, wszystkie oprócz jednej. Sprawa ciągnęła się za nią otwarta, chociaż tylko ona widziała ją przed sobą w tym życiu i teraźniejszości. Od tamtego wydarzenia na brzegu oceanu kroczyły stulecia - najpierw jak brzęczący blachami rycerze, po chwili czy po setkach lat szły jak tupiące buciorami żołdactwo, potem mknęły niewidzialnie systemami zero jeden, a ta jedna kobieta wciąż nie mogła spotkać chłopca o złotych włosach obciętych równo na linii karku. Pochylała się nad każdym jasnowłosym, a nawet odsuwała palcem złote kosmyki, kiedy miała okazję, choćby siedząc w samolocie za jego plecami, by sprawdzić czy zachowała się czerwona blizna od ciosu miecza. Za każdym razem oddychała z ulgą. Odnawiała się w niej nadzieja, wierzyła, że zdąży, zanim bryła przechyli się poza krawędź świata. Wystarczyłoby, żeby dotknęli się końcami palców, a siła popłynęłaby i zrobiła to, co motyl.
***
Chłopiec szedł gęstym lasem. Przemykał się pomiędzy potężnymi pniami o chropawej korze. Miał piętnaście lat, ale nie stał się jeszcze mężczyzną, nawet o tym nie myślał, nie marzył nigdy dotąd, jego ciało się nie poruszyło, trwało sztywno w nienapoczętej cielesności.
Przychodził co kilka dni, znał każdą gałązkę. Nie patrzył na drzewa i krzewy, lecz pod nogi: zbierał grzyby, chwytał palcami jagody, od razu wsuwał je pomiędzy wargi, gdyż koszyk wypełniały po brzegi fioletowe, wydęte owoce.
Wkrótce przeciśnie się z powrotem poprzez chaszcze, usiądzie skromnie na skraju rowu, ciągnącego się wzdłuż szosy. Koszyki postawi z tyłu na dnie dawnego strumienia, teraz suchego, bo od dawna nie spływała tu woda. Samochody zatrzymywały się przy chłopcu, on się podnosił, wręczał półkilogramową torebkę i zaciskał rękę na dziesięciozłotowym banknocie.
Tego dnia okolica wydała mu się obca, nieznana i tak bardzo dziwna, że nagle stanął. Patrzył uważnie na pnie drzew i plątaninę gałęzi. Osłonił oczy ręką, choć słońce ukryte za chmurami zgasiło swoje promienie i nie odgadł, co go raziło. Opuścił ręce, zrobił krok i potrącił coś butem. Ogromny grzyb, brązowy kapelusz dorodny i zdrowy. Nigdy takich tu nie było.
Rosły tak gęsto, że dotykały się brzegami kapeluszy. Szybko obliczył, ile zarobi tego dnia, gdy zbierze je wszystkie. Matka na pewno pozwoli mu zatrzymać dwadzieścia złotych. Wykręcał grzyby ze ściółki i wkładał je delikatnie do koszyka.
Nie podnosił głowy, zbierał szybko, lecz nagle ręka natrafiła na puste miejsce. Z ziemi nie wystawał ani jeden grzyb. Wyprostował się i otworzył szeroko oczy: pusta przestrzeń i tylko trawa. Drzewa przed nim miały grube, powykręcane pnie, wokół nich zaplatały się starsze, trzymając jak ramionami te młodsze, wyrastające z nich jak z dawnych stuleci. Przerażony chłopiec szybko się obejrzał i znowu przeniósł wzrok do przodu: tak samo pusto jak przed chwilą.
Panowała cisza. Nie dmuchnął najlżejszy wiaterek. Nie ruszał się ani jeden listek, cały świat przed nim wyglądał jak sztywny.
"Wszystko umarło", zmartwił się chłopiec. Grzyby znikły jak oddzielone linią. Łączyły się pod powierzchnią ziemi i działały wspólnie. Krzaczki jagód wycięła niewidzialna kosa.
Pochylił się i postawił swoje dwie kobiałki na trawie. Nie wiedział, że zaznaczył niewidzialną granicą pomiędzy tym światem a tamtym, o którym nic nie wiedział, istnienia nie przeczuwał. Ruszył przed siebie, unosząc głowę, jego oczy patrzyły prosto i przybliżał się krok za krokiem, nie rozumiejąc, kto każe jego nogom stąpać.
Spomiędzy pni, gdzieś w głębi, zaczęły się wydobywać kształty grubych murów ze starych cegieł. Potrząsnął głową przecząco. "To nie ja".
To wzbudziło w nim lęk, serce łopotało i słyszał chlupot krwi. Co go tak przeraziło, przecież to tylko mury, ale dlaczego same się wybudowały i w jaki sposób? Dlaczego w lesie?
Zatrzymał się pomiędzy drzewami, patrzył na ruinę: mury, poszarpane brzegi. Pomiędzy jedną ścianą a drugą puste miejsce na okno, którego nie było. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć: teraz zarysowały się prostokąty okien, gdzie tylko spojrzał. Nagle coś zabłysło, czyżby szyba? Przecież dawno je wybito. Nie widział trawy, na ziemi leżały kawałki starych cegieł o obtłuczonych brzegach. "To ja", powiedział sobie. Nie wiedział jak ani dlaczego.
Usłyszał dźwięki od strony ruiny, stanął, potarł się ręką po karku, robił to zawsze w chwili niebezpieczeństwa, lecz nie wiedział, z jakiego powodu. Przechylił głowę, w uszy drapało powolne skrzypienie starych ciężkich drzwi. Otworzyły się, stały nieruchomo. Usłyszał melodię, śpiewał dźwięczny dziewczęcy głos, słowa brzmiały znajomo, jakby w języku, którym mówił, jednak nie mógł ich zrozumieć, były powykręcane lub poucinane.
Dziewczyna pojawiła się nagle, pochyliwszy się, uniosła ręką gałąź i stanęła tuż przed nim. Nie spuszczała z niego niebieskich oczu tak olbrzymich, że w nich utonął. Był pewien, że to stało się naprawdę i się nie mylił. Patrzył i nasłuchiwał, trwała cisza, zaciskały się wargi pięknej dziewczyny.
- To ty. - Wyciągnęła rękę, ale go nie dosięgła, choć przecież stał o krok.
- Czekałam - szepnęła, ale to nie była prawda. Wiedziała, że to ona wysłała go na śmierć.
"Kim ty jesteś?", chciał zapytać. "Nie znam ciebie", dodał w myśli, a ona usłyszała.
- Kiedyś bardzo mnie kochałeś. Nie pamiętasz?
Zmarszczył brwi zdziwiony.
- Pragnąłeś mnie. - Podciągała dłonią krótką spódniczkę, prostując i kurcząc palce.
Kłamała, nie chciał jej, nie mógł, miał zimne ciało, ale tego nie odgadła, dlatego niechęć uznała za obelgę, takiej odmowy się nie przyjmuje. Oznacza pogardę i odrzucenie, podeptanie godności. Jakże to, nie przyciągnęły go wydęte piersi i biały brzuch, tego nie można puścić płazem i miecz nie spadnie płazem jego kark. Czyż wściekłość jej nie otumaniła, nie ogłupiła, wykręcając na odwrót decyzje? Kto ma zostać ukarany, ileż stuleci musi przeminąć, by powrócili krzyżowcy z mieczami i uratowanym giermkiem? Dlaczego nie zrobiła tego wtedy, dlaczego nie zrozumiała, przecież i teraz, kiedy została przy Szamance i jej moce się powiększyły, jego chłód pozostał... Stulecia przeszły na próżno, nie wypełniając jego ani jej, kara nie została wymazana. Musi działać, nie zostawi tej próżni w ciałach do następnej przemiany. To nie ją musi chłopiec wybrać, może to być inna dziewczyna, błąkająca się po lodowej łące, ale jego chce ocalić i wypełnić żarem jego ciało.
Jego oczy otwierały się coraz szerzej, w uszach wrzasnęło brzydkie słowo, jakim jego matka określała takie kobiety. Stał i patrzył, a dziewczyna wciąż podnosiła spódniczkę. Niczego pod nią nie miała, wydął się biały brzuch.
Nagle zerwała się wichura, trzeszczały grube pnie drzew, skrzypiały konary. Podmuch wiatru pchnął go i przewrócił, chłopiec toczył się po trawie aż do szosy, po której pędziły samochody. Rozłożył ramiona, by się zatrzymać o pnie. "Gdzie koszyk?".
Widział jakieś obrazy, przemykały mu szybko przez wyobraźnię, bo chyba nie przez pamięć. Wiedział, że nic takiego się nie wydarzyło w jego krótkim życiu. Uniósł głowę, czuł, że coś kapie z jego szyi i spływa po piersi. "Skaleczyłem się przy ostrzeniu miecza", pomyślał, ale zaraz dopowiedział: "Przecież nigdy nie miałem miecza". "Nie pamiętasz, że byłeś rycerzem, to znaczy giermkiem, bo ukończyłeś ledwo piętnaście lat i dopiero służyłeś".
"Teraz mam tyle samo. Kim jestem, na pewno nie giermkiem, co to znaczy w ogóle znaczy?". Usiłował przypomnieć sobie lekcje z historii w szkole, ale ten przedmiot tak go nudził, bo podawali daty zawierania pokoju czy wywoływania wojny, a on nie wiedział dlaczego, po co i kto z kim. Nie rozumiał świata z kart książek. Ten współczesny był prostszy: zbieranie grzybów, dwadzieścia złotych.
Po chwili zobaczył, że porusza ramionami, jakby rysował okręgi. "To się nazywa pływanie". Nigdy nie wykonywał tej czynności i nie rozumiał, po co się to robi, wody było tak mało, można było przejść gołą stopą przez rzekę. Nikt zresztą tego nie robił, by nogi nie pokryły się pianą trucizny.
Dziwiło go, że tak dużo ma wody ponad głową i wokół siebie, wydawało się, że ciągnie się bez końca we wszystkie strony i czuje głębię pod nogami. Dopiero teraz przypomniał sobie to słowo, nigdy w jego świecie nieużywane. Poczuł smak wody w ustach, był delikatny, lekko słony. Przełknął łyk, ale nagle się zakrztusił. Chciał wypluć, lecz łyknął jej więcej, dusił się, wymachiwał szybciej ramionami, odpychał się stopami, nie wiedząc od czego, dążył w górę. Woda sama go wypchnęła, leżał na powierzchni, twarzą w dół, napłynęła nagle jeszcze jedna, delikatna, jakby pieszczotliwa, kobieca i obróciła go twarzą w górę, płuca się podniosły i opadły.
***
Szamanka stała w dużej sali będącej jadalnią. Przyjeżdżała tu ze swego domu, by się spotkać z kobietami. Każda z nich miała swoje problemy, toteż chciała się ich pozbyć, ale najpierw zobaczyć w całości, potem zrozumieć, co się właściwie stało, co uczyniła i z jakiego powodu. Nazywały je krzywdą, ale nigdy grzechem, nie uznawały jego istnienia.
Każda z zaprzyjaźnionych z nią kobiet przybywała tu często. Szamanka była z nich najstarsza, nie chodziło tu o lata, znała wydarzenia sprzed stuleci, a może i dawniejsze, tylko dlatego, uważała siebie za wiekową, miała w sobie mądrość stuleci. Mówiła im o przeszłości, niby to o zwykłych wydarzeniach i oficjalnej historii uznanej przez wszystkich i opisanej na stronach podręczników.
Dom, w którym się spotykały, był pięknym dworkiem, zbudowanym w starym stylu, z dużym stołem w jadalni, wokół którego wygodnie się siedziało na miękkich fotelach, a pomiędzy nimi pozostało tyle miejsca, że można je było swobodnie przesuwać bez obawy zahaczenia poręczami.
Zebrały się teraz, aby zakończyć ostatnią sprawę kobiety i rozgrzać jej zimne ciało, a może nawet i drugie - mężczyzny, którego życie kiedyś uratowały.
Zbierały zioła w lesie, mieszały je, odgadując ich tajne działanie, parzyły i robiły wywary. Wypijały w odpowiednio wydzielonych porcjach i o określonych porach. Nagle się otwierały w ich umysłach sceny z przeszłości. Bywało, że wykrzykiwały zaskoczone, widząc siebie w niezwykłej sukni sięgającej do ziemi i w naszyjniku z drogich kamieni, posadzone na ozdobnym fotelu, czyżby to był tron? A obok miał siedzieć mężczyzna, równie godnie odziany, ale go nie było, co wywołało przerażenie, gdyż widziała swoje zaciśnięta zęby. "Co ja zrobiłam, kim wtedy byłam?", pytała siebie przerażona, zajmując w teraźniejszości fotel w jadalni obok Szamanki. Przepatrywały przeszłość, by odgadnąć i naprawić krzywdę: swoją lub cudzą.
Oglądały historię, całkowicie odmienną od przyjętej przez ogół, nie pytały jednak, która jest prawdziwa.
***
Samochód jechał dość szybko, lecz łagodnie, gdyż na tylnym siedzeniu siedziała dziewczyna, córka kierowcy. Była wrażliwa na każde drgnięcie, wtedy coś się w niej trzęsło, ojciec o tym wiedział i zrobiłby wszystko, by jej oszczędzić przykrych doznań.
Nie miała przyjaciół ani nawet koleżanek, na szkolnym korytarzu nikt do niej nie podchodził i nie zagadywał, ojciec załatwił w dyrekcji nauczanie zdalne, co odbywało się prosto. Przebywała w swoim pokoju i rozmawiała z nauczycielem, nie widząc żadnego z uczniów w klasie. Izolacja dziewczyny się pogłębiła, chociaż ojciec woził ją wszędzie, gdzie odbywały się jakieś wydarzenia, ale tam również stała sama pod ścianą, wpatrzona w ekran komórki.
Teraz było tak samo. Ojciec, siedzący za kierownicą, nawet nie próbował jej zagadywać. Oparł łokieć na otwartym oknie i jechał spokojnie, czasem zerkając na pustą drogę.
- A cóż to? - powiedział głośno, zdziwiony.
Córka podniosła wzrok, niczego jednak nie zauważyła. Zatrzymał się i wyłączył silnik. Wysiadł, pozostawiając za sobą uchylone drzwi. Dziewczyna uniosła głowę, ale ponieważ nie widziała ojca, poczuła się nieswojo, wstała, wciąż trzymając komórkę na rozłożonej dłoni. Nadal nie zauważyła ojca, a przecież takiego wysokiego musiałaby widzieć, gdyby stał obok samochodu.
"Gdzie odszedł?", przeraziła się. "Gdzieś daleko, przecież tu jest las, zgubi się i nie wróci". Już chciała krzyczeć co sił w płucach: "Tato, nie opuszczaj mnie". Wyskoczyła z samochodu, stanęła obok, chwyciwszy się drzwiczek.
Zobaczyła go i wciągnęła głęboko powietrze. Ojciec kucał na brzegu drogi. Coś tam leżało. Zrobiła krok w tamtą stronę. Leżał tam chłopiec o jasnych włosach, twarzą do ziemi, nie mogła więc zobaczyć jego twarzy. Ojciec dotykał szyi chłopca, badając puls. Dziewczyna podeszła jeszcze krok, czyniąc to powoli, bała się, że leży przed nią nieżywy, co ją przerażało. Ojciec zrozumiał jej strach, odwrócił głowę i rozciągnął usta w pocieszającym uśmiechu. Zatrzymała się i patrzyła, czekając na wyjaśnienie. Palce ojca delikatnie podsunęły włosy na karku chłopca, odsłoniły ranę z kroplami krwi spływającymi na ramiona. Wyjął chusteczkę i delikatnie ocierał krew, dotykając skóry. Potem położył chusteczkę wzdłuż rany, krew już nie płynęła, rana była powierzchowna.
Dziewczyna zobaczyła kamień obok głowy chłopca, znaczyła go smuga krwi. Domyśliła się, że spadł z pagórka i uderzył się o ten kamień.
Ojciec delikatnie uniósł chłopca i obrócił go twarzą do góry, wciąż podtrzymując głowę od spodu. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i wpatrzyła się w twarz chłopca i nie mogła oderwać wzroku. W tej chwili leżący podniósł powieki, ich oczy się spotkały i wciąż tonęły w błękicie, który z siebie wydzielały. Ojciec uniósł chłopca z ziemi i trzymając go na rękach, poszedł w samochodu. Położył go na tylnym siedzeniu, dziewczyna usiadła obok i położyła jego głowę na swoich kolanach, wyrównując zakrwawioną chusteczkę.
Kobieta wracała do pałacyku, wszystkie siedziały wokół stołu, czekając na powrót ostatniej z nich. Czekały, że ostatnia sprawa zostanie w tym stuleciu rozwiązana. Minęło ich wiele od okresu krucjat. Rycerze, którzy wtedy zostali pochłonięci falami oceanu, byli rzucani ruchami wody. Jeden nawet dotarł do dna, nie wypłynął w górę, zaczepiwszy końcem opancerzonego buta o splątane liny zatopionej łodzi. Zostawał, póki go nie uwolniono, kąsany po trochu przez ryby z ostrymi zębami. Innych wyrzucały fale na obcych brzegach w nieznanych i nieodkrytych krajach.
Każda z kobiet zebranych w pałacyku musiała ratować wielu z zabranych przez fale. W ciągu stuleci udało się zmienić serce i dusze każdego z nich. Spotykali i się rozstawali, po wiekach natykali się na siebie ponownie i coś ich łączyło, a potem rozdzielało. Uczucia ich miały różną temperaturę i wydźwięk, tworzyła się z nich historia emocji. Nie przeżyły jednak niczego wielkiego i wzniosłego, dlatego skupiły się wokół Szamanki. Stały w milczeniu, oglądając wielkimi oczami, co się ma wydarzyć, na co czekały bardzo długo. Ostatni chłopiec, pusta dusza, i kobieta od Szamanki miały zakończyć swoją długą drogę, zrobić ostatni krok, wypowiedzieć ostatnie słowo, gdyż historia musi być skończona. Potem skupią swe siły na losach globu, który balansował na krawędzi. Kiedy rozwiążą sprawę ostatniej z kobiet i chłopca, drżenie na krawędzi się uspokoi. Rzeczywistość rozchwiana kłamstwem i oszustwem podobnie jak sprawa ostatniej z kobiet. Jedno małe wydarzenie, równie delikatne jak skrzydła motyla uspokoi drżenie na krawędzi, tak, wystarczy tyle, lecz któż w to uwierzy? Wszyscy oczekują wielkich sił, jak tamte łby w żelaznych pancerzach.
Kiedy jechali samochodem do miasta, dziewczyna wciąż patrzyła na głowę chłopca, leżącą na jej udach. Czuła ciepło, czyżby miał tak gorące włosy, czy to krople jego krwi tak grzały? Nie mogła oderwać wzroku, oglądała zarys czoła, kształt nosa i wypukłe wargi, lekko uchylone. Pochyliła się nad nimi, wmawiając sobie, że chce sprawdzić czy chłopiec oddycha. Poczuła gorące powietrze i lekkie dmuchnięcie na ustach.
Ojciec widział wszystkie ruchy i dotknięcia swojej córki, rozumiał, co myśli i co czuje. Wielka radość rozlała się w jego sercu, córka już nie będzie sama, nieważne, kim jest chłopak, istotne, że się spotkali i od razu połączyli. Zrobi wszystko, by go uratować i wyleczyć, nieważne, ile trzeba będzie zapłacić. Kierował nadal ostrożnie, by nie pogorszyć stanu chłopca. W szpitalu wręczył lekarzowi banknot o wysokim nominale, wyjaśnił, co się wydarzyło.
Siedzieli obok siebie w poczekalni, gdy chłopca zabrano na salę. Czekał, że pielęgniarka przysłana przez lekarza przyniesie mu wiadomość o wybudzeniu chłopca. Usłyszał turkotanie kółek szpitalnego wózka, po chwili w drzwiach ukazała się kobieta w białym fartuchu i uczyniła przyzywający gest. Ojciec podniósł się z krzesła, córka poszła za nim. Chłopiec leżał na łóżku, biały bandaż owijał jego głowę. Ojciec porozmawiał z lekarzem przed salą, po czym lekko uśmiechnięty wszedł do sali. Chłopiec na wpół siedział na wysoko ułożonych poduszkach. Pielęgniarka rozpinała bluzę na jego piersi, by przykleić plastry do badań. Dziewczyna podeszła blisko.
- Pomogę pani.
Lekarz polecił pielęgniarce spełniać życzenia dziewczyny. Pozwolił jej przyklejać plastry na piersi leżącego. Dotknęła jego ciała i głaskała, nie mogąc oderwać rąk.
Kiedy skończyły zadanie, usiadła na krześle obok. Patrzyła cały czas, zachwycając się jego twarzą. Wpatrywała się, błagając siły, by otworzył oczy.
W pałacyku, gdzie zebrały się kobiety z Szamanką, trwało milczenie. Wszystkie kobiety zebrały się wokoło, czekając, aż przyjdzie ostatnia. Otworzyły się drzwi, stanęła na progu.
- Trzymałaś go, nie chciałaś oddać - powiedziała Szamanka.
- Wiem, to moja wina - powiedziała wchodząca. - A teraz ma dziewczynę, której oddaję jego duszę.
Podeszła do wszystkich i dołączyła do okręgu. Wzięły się za ręce i zacisnęły, wypowiadając życzenie.
Dziewczyna siedziała przy łóżku. Wpatrywała się w chłopca, nagle usłyszała jakieś słowa, wypowiadane życzenie, którego nie mogła zrozumieć. Kto je wypowiadał? Słowa brzmiały dziwnie, powykręcane końcówki i nieużywane już przedrostki. Podniosła się i pochyliła nad chłopcem, przysuwając twarz blisko jego policzków. Patrzyła, usiłując zrozumieć słowa, dotknęła wargami jego ust i nie miała siły się odsunąć.
Chłopiec otworzył oczy.
- A gdzie moje kobiałki z grzybami?
- Pójdziemy po nie razem.