Szaman (#2) - Jarosław Kasperek

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (6,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mój mentor i nauczyciel, indiański czarownik Czerwona Jeżyna liczył, że niedługo zastąpię go w obowiązkach. Wybrał mnie na ucznia, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, i przyznam, że nigdy tego nie żałowałem. Szkoła była nudna i odległa o godzinę drogi łodzią. Na szczęście dla mnie dzieci indiańskiej wioski nie musiały tam bywać codziennie.

Teraz już nie byłem dzieckiem, a większość młodych ludzi wyjechała z wioski. Społeczność zmniejszyła się na tyle, że pewnie niedługo nie będzie dla kogo szamanić. Nie martwiło mnie to jednak, gdyż miałem za sobą doświadczenia, które zasadniczo zmieniły moją perspektywę patrzenia na świat.

W zeszłym roku byłem uczestnikiem wydarzeń, które zainspirowały mnie do pisania czegoś na kształt pamiętnika. Notowałem to, czego doświadczałem głównie po to, by sobie to poukładać w głowie. Pełna wersja jest w innej opowieści, którą spisał mój przyjaciel Aerte. Teraz właśnie wracałem z wyprawy po zioła, gdy usłyszałem w głowie coś na kształt chrząknięcia. Oznaczało to, że uaktywniał się mój implant umysłu.

"Hej. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Uszatku. Które to?"

"Nie udawaj, że nie wiesz" - odpowiedziałem, rozpoczynając wewnętrzny dialog.

BI nazywał mnie Uszatkiem, skracając moje indiańskie imię. Twierdził, że "Długie Ucho" wymawia się zbyt długo. Szczerze nie znosiłem tego skrótowca, ale już dawno dałem za wygraną. Implant bywał uparty, zwłaszcza gdy coś go bawiło.

"Osiemnaste, jak mniemam, chociaż czas jest dla mnie czystą iluzją."

"Uruchomiłeś się tylko po to, żeby złożyć mi życzenia?"

"Każdy powód jest dobry, żeby zacząć rozmowę. Uszatku, nie znudziło ci się to siedzenie w wiosce?"

Pytanie było retoryczne. Pewnie, że mi się znudziło, bo niewiele się tu działo. Lubiłem życie w puszczy, ale tutaj się nic nie zmieniało, poza coraz większym ubytkiem mieszkańców wioski.

"Sam wiesz - odpowiedziałem. - Co proponujesz?"

"Auwae montuje ekipę."

"Jaką ekipę?"

"No... - zwlekał chwilę. - Znasz, ale nie wszystkich."

"Czyli...?"

"W zasadzie... tylko Bob i jeden nowy."

"A reszta? Aena, Aerte, Mel, Nick?"

"Wybacz, jeszcze nie tym razem. No jak?"

"Bob jest w porządku, a zmiana mi się przyda. Dokąd lecimy?"

"Cerea w gwiazdozbiorze... i tak nie znasz."

"Międzygwiezdna podróż? Wow. Dobra. To kiedy?"

"Możemy zaraz."

"Muszę najpierw odnieść zioła i uprzedzić staruszka, że mnie nie będzie przez jakiś czas. Pewnie teraz siedzi nad rzeką, bo lubi patrzeć na przepływającą wodę."

"Wiem, zwykle pyka tam fajkę. Dalej dodaje konopi do tytoniu?"

Nie odpowiedziałem, a głos w mojej głowie ucichł. Do chaty miałem jeszcze kawałek drogi przez las i potrzebowałem ciszy, żeby pomyśleć, jak przeprowadzić rozmowę ze starym szamanem.

* * *

BI zmaterializował mnie nieco za wysoko, mniej więcej metr nad ziemią. Spadłem na trawę i usiadłem oszołomiony. Energia ciągle pulsowała w moich komórkach, jak to zwykle po teleportacji. Naelektryzowane włosy stały dęba. Odruchowo przygładziłem je ręką, ale z marnym efektem.

"Witam na Cerei - powiedział BI. - Przepraszam za niedokładność, ale zawsze lepiej być trochę wyżej przy materializacji. Lepiej być nad gruntem, niż pod."

Pomacałem siedzenie. Dobrze, że trawa zamortyzowała upadek, a duży kamień leżał nieco dalej.

"Rozumiem. Nie mam pretensji".

Podniosłem się z trudem, bo bolał mnie kręgosłup. Fale energii wędrowały po nim w górę i w dół. Włosy nadal sterczały.

"Zdejmij buty - poradził. - To ładunki odpłyną do ziemi."

Posłuchałem, uziemienie pomogło, potem zawinąłem spodnie i wlazłem jeszcze do strumyka, który płynął przez dużą łąkę otoczoną białymi skałami. Poczułem się znacznie lepiej.

"Dzięki - powiedziałem. - Co dalej?"

"Idź ścieżką w górę strumienia."Poszedłem. Słońce ostro świeciło, trochę większe i jaśniejsze niż to na Ziemi. Niebo za to było podobnego koloru. Ścieżka prowadziła do zamykającej dolinę wysokiej ściany z białego kamienia. Im byłem bliżej, tym bardziej ciekawie się jej przyglądałem. Okrągłe, oszklone okna i błyszcząca metalem brama zatem... ktoś wydrążył tę górę lub dostosował naturalną grotę do swoich potrzeb. Miałem zamiar od razu zastukać, ale postanowiłem najpierw założyć buty.

Usiadłem w tym celu na ziemi, kiedy furtka w bramie się otworzyła i wyszedł z niej Bob.

W pierwszej chwili go nie poznałem. Nosił teraz przyprószoną siwizną brodę i długie włosy w podobnym odcieniu. Poza tym znacznie wyszczuplał.

Otworzył ramiona. Uściskaliśmy się serdecznie. Ostatnio widziałem go w zeszłym roku. Wyglądał wtedy znacznie młodziej i nie był jeszcze siwy. Zauważył, że uważnie mu się przyglądam.

- Nie martw się - klepnął mnie w plecy. - To kamuflaż. Udaję tu maga, a to miejsce górale nazywają Doliną Magów.

Pokiwałem głową.

- Brzmi ciekawie.

- Chodź. Opowiem ci wszystko przy obiedzie.

Cofnął się do środka, a ja teraz dopiero zorientowałem się, jak bardzo byłem głodny.

* * *

Wewnątrz panował półmrok i przyjemny chłód.

- Poznajcie się. To jest Rębor - powiedział Bob. Wysoki, młody mężczyzna wyciągnął rękę, którą uścisnąłem, przedstawiając się moim indiańskim imieniem.

Potem powiedział coś do Boba, czego nie zrozumiałem, i zniknął za drzwiami.

- Poszedł nakryć do stołu. Dobry chłopak. Tutejszy. Przybył tu z ciekawości - i to z daleka. Zrobiliśmy mu testy i okazało się, że się nadaje. Młodzi łatwo przyswajają wiedzę.

- Powiedziałeś "my" - czy to znaczy, że jeszcze ktoś tu mieszka?

- Był jeszcze Miestwin, ale poleciał robić coś innego i zostaliśmy z Ręborem sami. Obiad czeka.

W międzyczasie doszliśmy do dużej komnaty z wielgaśnym stołem i krzesłami o wysokich oparciach. Na blacie stały dwa świeczniki z zapalonymi świecami.

- Pięknie - powiedziałem.

- Rębor ma gust. Pochodzi z arystokratycznej rodziny, więc się nie dziw. Oprawę robi artystyczną, ale gotować nie umie, więc ja to robię. Co powiesz na frytki i rybę?

- Nic... głodny jestem.

Przy obiedzie mówiliśmy niewiele, bo byliśmy zajęci jedzeniem. Kiedy jednak przeszliśmy do deseru, poprosiłem o parę informacji na temat tej planety.

- Przypomina Ziemię, jak już pewnie zauważyłeś. Cywilizacja tutejsza jest gdzieś na poziomie późnego średniowiecza - przynajmniej w miejscu, gdzie się teraz znajdujemy. Na innych kontynentach bywa różnie, podobnie zresztą jak na Ziemi. Federacja Galaktyczna stara się mieć Cereę pod swoją pieczą z racji tego, że to jest to cywilizacja humanoidalna z perspektywami rozwoju. Sęk w tym, że ten układ gwiezdny leży prawie na terytorium Orionidów. Dobrze, że zgodzili się na jej neutralność. Oficjalnie ani my, ani oni nie mają prawa mieszać na Cerei.

- W praktyce jednak to tak nie działa, prawda? - zapytałem. - Inaczej by nas tu nie było.

- Wiesz, jak to jest na planetach granicznych, choć może nie wiesz, no bo skąd. Delikatnie mówiąc, nie wszystko da się kontrolować, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Różni tu latają, piraci też.

- Coś takiego? - zdziwiłem się. - A Orionidzi też mają tu placówkę?

- Nie mieli... przynajmniej do tej pory.

- Aaaa... - dotarło do mnie. - Czyli teraz sobie założyli.

- Tak jakby. Tylko dziwnie sobie poczynają.

- Jak dziwnie?

- Zamiast siedzieć w ukryciu i po cichu skanować planetę, jak robimy to my, oni wystąpili dość jawnie, żądając od obecnego tu króla daniny złota.

- Ale w jaki sposób wystąpili? - zaciekawiłem się.

- Smok wystąpił - wyjaśnił tym razem Rębor. - Król z początku odmówił i wysłał swoich rycerzy.

- Na tego smoka?

Rębor kiwnął głową.

- Wrócili pieszo, mocno poturbowani, ale żywi. Król zwlekał, bo chyba nie miał tyle złota, więc została porwana jego córka, królewna Nalwina wraz z dwórką. Choć tutaj to akurat podejrzewamy pewnego możnowładcę, który z rzeczonym Smokiem mógł wejść w układ.

- Smok zatem jest Orionidem? - dopytywałem. - A jak wygląda?

- Jak smok - odpowiedzieli razem.

- Ale z jedną głową - dodał Bob.

- Historia prosto z bajki - powiedziałem rozbawiony. - Po co mu złoto?

- Złota często używa się w zaawansowanej technologii. Nie sądzę, żeby lubił obwieszać się biżuterią - powiedział Bob całkiem poważnie. - Reasumując, gość zbyt się panoszy. Król, z którym mam dobre układy jako doradca i mag, ma problemy finansowe, porwaną córkę i konkurencję na głowie. Postanowiliśmy z Ręborem zadziałać, za zgodą Auwae zresztą, a ten podesłał ciebie jako wsparcie.

Roześmiałem się.

- Indiański osiemnastolatek? Chyba będę kiepskim wsparciem.

- Raz już pomagałeś, i to całkiem skutecznie. Poza tym razem z BI tworzycie parę o dużym potencjale.

"Ma rację" - zamruczał mi w głowie Implant. - "I będą dwie laski do uratowania."

Ożywiłem się.

- Wchodzę w to - oznajmiłem. - Kiedy zaczynamy?

Bob podniósł kciuk.

- Jutro. Jeszcze jedno, Uszatku.

Skrzywiłem się, bo nie lubię tego przezwiska. Wystarczy, że BI go nadużywa.

- Co takiego?

- Musisz przyswoić sobie tutejszy język, bo tylko my mówimy tutaj po angielsku. Rębor się uczył pod hipnozą, chcesz spróbować?

"Biorę to na siebie" - powiedział Implant. - "Będzie szybciej."

- Nie dziękuję. BI mówi, że to załatwi do jutra.

- Zatem chodźmy do łóżek. Pokażę ci twój pokój.

Pokój okazał się obszernym pomieszczeniem o gładkich, białych ścianach wyciętych w skale. Łóżko było duże i wygodne, a śnieżnobiała pościel skłoniła mnie do wzięcia prysznica w przylegającej do sypialni łazience. Po niedługiej chwili walnąłem się na materac i usnąłem.

Spałem kiepsko. Może dlatego, że BI zaczął instalować mi w podświadomości nowy język, a może z nadmiaru wrażeń i wczorajszą teleportację. Obudziłem się późno i gdy dotarłem do jadalni, wszyscy już byli po śniadaniu. Bob popatrzył na mnie ze współczuciem.

- Wyglądasz, jakbyś miał strasznego jetlaga albo kaca. Kawy?

Kiwnąłem głową.

Kiedy jadłem kanapki, Bob zerkał to na mnie, to na Rębora.

- Dziwne, ale wyglądacie podobnie. Odcień skóry, ciemne włosy... Tylko Uszatek nie ma bródki.

- A widziałeś kiedyś Indianina z brodą? - mruknąłem. - Poza tym nie nazywaj mnie tak, proszę.

- Musisz obrać sobie jakieś tutejsze imię, najlepiej dźwięczne i nieskomplikowane. W końcu będziesz udawał maga, chociaż w zasadzie nim jesteś, będąc w symbiozie z BI. Najlepiej wybierz jakieś szlacheckie imię. Rębor, podrzuć jakieś.

Rębor miał kilka propozycji.

- Eeee... takie sobie - stwierdziłem, zapijając kanapkę kawą. Faktycznie brzmiały dziwacznie. - Skoro mam zostać magiem, a pseudonim powinien być krótki i dźwięczny, to może... hmm... Merlin? Kiedyś oglądałem film o rycerzach i czarodzieju.

Bob spojrzał pytająco na Rębora.

Rębor zastanowił się.

- Melin?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.