Szalony Polak - Lotte Hammer, Soren Hammer

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Nie­dziela, 22 sierp­nia 2010 roku, Chri­stian­shavn

Na mo­ście pro­wa­dzą­cym na wy­spę Ama­ger stał męż­czy­zna i wpa­try­wał się w Ko­ściół Mar­mu­rowy. Tam­bur i ko­puła bu­dynku od­bi­jały pro­mie­nie słońca. Od jego ostat­niej wi­zyty w mie­ście mi­nął już rok i czuł się tu nie­swojo. Zde­cy­do­wa­nie wo­lał od­lud­niej­sze miej­sca, naj­chęt­niej wy­bie­rał las. Od­wró­cił się i ob­rzu­cił wzro­kiem krótki od­ci­nek ka­nału, który mógł stąd zo­ba­czyć. Póź­niej, na wy­so­ko­ści zbior­nika wod­nego Erd­kehl­gra­ven od­dzie­la­ją­cego dziel­nicę Fre­de­rik­sholm od ulicy Re­fsha­le­vej, ka­nał skrę­cał na wschód. Tra­wia­sty brzeg gdzie­nie­gdzie po­ro­śnięty był krze­wami i po­je­dyn­czymi brzóz­kami. Wy­ro­sły nie­gdyś na zbo­czu, więc te­raz pięły się w górę wy­gięte w cha­rak­te­ry­styczny łuk. Do jego uszu do­biegł śmiech ką­pią­cej się nie­opo­dal mło­dzieży. Szybko osza­co­wał od­le­głość. Przy­naj­mniej pięć­dzie­siąt me­trów, więc nie będą w sta­nie go roz­po­znać. Stał i przez chwilę przy­glą­dał się plu­ska­ją­cym ma­ło­la­tom, po czym od­wró­cił głowę.

Kiedy po­now­nie spoj­rzał w górę ka­nału, spo­strzegł sta­tek wy­ciecz­kowy i gło­śno na­brał po­wie­trza w płuca. Na po­kła­dzie zo­ba­czył dzieci, całe mnó­stwo dzieci. Nie po­winno ich tam być, nie tak się uma­wiali. Na krótką chwilę ogar­nęło go zwąt­pie­nie i pra­wie się roz­my­ślił. Póź­niej jed­nak za­gryzł mocno zęby i za­ci­snął pię­ści. Po­mo­gła mu, a te­raz przy­szedł czas, by on od­wdzię­czył się jej tym sa­mym. Tak to już w ży­ciu jest. Lo­jal­ność, jed­ność i bra­ter­stwo... Nic in­nego się nie li­czy.

Nie było na­wet tak wy­soko, jak się spo­dzie­wał. Per­fek­cyj­nie utrzy­mu­jąc rów­no­wagę, wy­lą­do­wał na za­da­sze­niu po­kładu ru­fo­wego, a z niego ze­sko­czył na główny. Na­stęp­nie szybko się prze­tur­lał i ukrył mię­dzy dwoma rzę­dami sie­dzeń. Po chwili nad jego głową wy­soko w gó­rze prze­su­nęły się trzy maszty ża­glowca szkol­nego Georg Stage, o któ­rym po an­giel­sku opo­wia­dała wła­śnie prze­wod­niczka.

Przed­ra­mie­niem otarł pot z czoła i po­woli po­li­czył w my­śli do dzie­się­ciu, by uspo­koić od­dech. Było tak cia­sno, że zdję­cie ple­caka za­jęło mu do­brą chwilę. Wy­cią­gnął z niego nóż i spo­koj­nie cze­kał, czu­jąc, jak sta­tek ko­ły­sze się nieco moc­niej niż wcze­śniej. Pły­nął w stronę wej­ścia do portu, gdzie po­tem miał zmie­nić kurs i od­bić ostro na prawą burtę, by skie­ro­wać się na pół­noc, do Portu Ze­wnętrz­nego. Prze­wod­niczka znu­żo­nym gło­sem opo­wia­dała aneg­doty o mi­ja­nym wła­śnie le­gen­dar­nym okrę­cie pod­wod­nym o na­zwie Foka, który był już stat­kiem mu­ze­al­nym. Siły Zbrojne Kró­le­stwa Da­nii wy­ko­rzy­stały go pod­czas ope­ra­cji "Pu­stynna bu­rza", po tym, jak kró­le­stwo przy­łą­czyło się do "ko­ali­cji chęt­nych" w woj­nie irac­kiej. Ko­bieta po­wtó­rzyła po­intę, prze­sad­nie ak­cen­tu­jąc słowa:

- Łódź pod­wodna użyta w ope­ra­cji "Pu­stynna bu­rza"!

Ukryty mię­dzy rzę­dami sie­dzeń męż­czy­zna po­sia­dał wie­dzę woj­skową i miał świa­do­mość, że sła­we­tny okręt był już około czter­dzie­sto­let­nim wra­kiem, gdy w dwa ty­siące trze­cim roku wy­słano go do Za­toki Per­skiej. W dro­dze na miej­sce starć, a w każ­dym ra­zie po dro­dze, do­szło w nim do awa­rii sys­temu chło­dze­nia. Za­łoga spę­dziła więc wiele dni za­mknięta w tem­pe­ra­tu­rze czter­dzie­stu pię­ciu stopni Cel­sju­sza. Ma­ry­na­rze zma­gali się z in­fek­cjami grzy­bi­czymi, mieli pę­che­rze, roz­liczne stany za­palne i aler­gie. Póź­niej, po za­koń­cze­niu mi­sji, łódź trzeba było prze­trans­por­to­wać do Da­nii na po­kła­dzie nie­miec­kiego frach­towca. Duń­ski rząd przy­jął to jed­nak z za­do­wo­le­niem. Pa­dły wiel­kie słowa: "Rów­nież Da­nia za­wal­czyła o po­kój na świe­cie i sprze­ci­wiła się dyk­ta­tu­rze. Do­bra ro­bota, Foko!". Re­to­ryka po­li­tyczna jak zwy­kle ro­dem z su­per­ligi, pod­czas gdy cięż­kie uzbro­je­nie le­dwo do­się­gało do czwar­tej. Jak on tego, kurwa, nie­na­wi­dził...

Od­go­nił my­śli i skon­cen­tro­wał wzrok na owal­nej for­ma­cji chmur, która wła­śnie pły­nęła po nie­bie. Gdy tylko osza­co­wał, że prze­su­nęła się ona wzglę­dem statku o ja­kieś dzie­więć­dzie­siąt stopni, na­tych­miast wstał. Ru­szył przed sie­bie środ­ko­wym przej­ściem zde­cy­do­wa­nym, acz nie­prze­sad­nie szyb­kim kro­kiem. Za­nim prze­wod­niczka go spo­strze­gła i prze­raź­liwe krzyk­nęła, zdą­żył już roz­pła­tać pierw­sze dwie ofiary. Ster­nik le­dwo od­wró­cił głowę i po chwili też był mar­twy. Padł bez ży­cia na ster, za­le­wa­jąc krwią pa­nel ste­row­ni­czy. Póź­niej przy­szła pora, by uci­szyć prze­wod­niczkę. Szyb­kim cię­ciem roz­pruł dolną część jej tu­ło­wia, po czym dźgnął ją w szyję. Pa­trząc na niego nie­po­mier­nie zdzi­wio­nymi oczami, zwi­nęła się w kłę­bek i chwy­ciła za brzuch. Od­wró­cił głowę i za­trzy­mał wzrok na ko­bie­cie, która - nie li­cząc jego sa­mego - była ostat­nią do­ro­słą osobą na po­kła­dzie. "Azjatka, Ja­ponka lub Chinka", po­my­ślał. Nie po­tra­fił z całą pew­no­ścią okre­ślić jej po­cho­dze­nia. Nie wie­dział też wcale, czy po­wi­nien ją za­bi­jać. Dzieci nie tknie, ale przy niej się za­wa­hał. Po­mo­gła mu, wy­ska­ku­jąc na­gle za burtę. Wi­dział, jak de­spe­racko wy­ma­chuje rę­koma, i sły­szał, jak woła o ra­tu­nek w nie­zna­nym mu ję­zyku. Naj­wy­raź­niej nie umiała pły­wać. Ci­snął nóż do wody. Po chwili ogar­nęła go iry­ta­cja. To był prze­cież świetny nóż, długo i do­brze mu słu­żył.

Wró­cił na miej­sce, gdzie zo­sta­wił swoje rze­czy, i tam się ro­ze­brał. Pod spodem miał ką­pie­lówki. Prze­ra­żone dzieci wpa­try­wały się w niego nic nie­ro­zu­mie­ją­cymi oczyma. Nie­które tu­liły się do sie­bie na­wza­jem, ale żadne nie ode­zwało się ani sło­wem. Nie pa­trząc na nie, wrzu­cił ubra­nia i buty do wo­dosz­czel­nego ple­caka, za­ło­żył go i wy­re­gu­lo­wał pas bio­drowy. Po­tem wsu­nął nogi w płe­twy, we­tknął do ust rurkę do nur­ko­wa­nia, ro­zej­rzał się po­spiesz­nie na boki i ty­łem wy­sko­czył za re­ling.

Pły­nął tak szybko, jak tylko mógł, zo­sta­wia­jąc sta­tek da­leko za sobą. Do­tarł do po­łu­dnio­wego fa­lo­chronu fortu mor­skiego Tre­kro­ner i jed­nym su­sem wdra­pał się na ka­mie­nie. Póź­niej znów wsko­czył do wody i już bez więk­szego wy­siłku ru­szył w kie­runku farmy wia­tro­wej Mid­del­grun­den. Za­pla­no­wał, że w po­ło­wie drogi skręci i opły­nie łu­kiem ob­szar por­towy Nor­dhavn, uwa­ża­jąc, by nie zbli­żyć się za­nadto do lądu, a po­tem, kie­ru­jąc się na pół­noc, wzdłuż li­nii brze­go­wej, do­trze do ba­te­rii hau­bic w for­cie Char­lot­ten­lund. Cze­kała go długa droga - osiem, może dzie­sięć ki­lo­me­trów, ale woda miała ja­kieś pięt­na­ście stopni, więc nie oba­wiał się, że do­sta­nie hi­po­ter­mii. Wziął też ze sobą ba­nany, ba­to­niki ener­ge­tyczne i wodę. Poza tym uwiel­biał pły­wać.

Roz­dział 10

Środa, 25 sierp­nia 2010 roku, ko­menda po­li­cji

Si­mon­sen, skoro była taka po­trzeba, po­sta­no­wił wy­stą­pić w te­le­wi­zji i ogło­sił, że po­szu­kuje świad­ków, któ­rzy byli w oko­li­cach mo­stu Bat­te­ri­broen w nie­dzielę około go­dziny dzie­wią­tej rano. Chwilę po­tem w wy­dziale za­bójstw roz­dzwo­niły się te­le­fony. Złą­czeni głę­boką nie­na­wi­ścią do mor­dercy dzieci Duń­czycy sta­nęli na wy­so­ko­ści za­da­nia. Wszy­scy chcieli po­móc po­li­cji w jak naj­szyb­szym schwy­ta­niu sprawcy. Zde­cy­do­wana więk­szość zgło­szeń nie wnio­sła jed­nak ab­so­lut­nie nic do śledz­twa. Wiele osób dzwo­niło tylko po to, żeby ze­znać, że nic nie wi­dzieli, a spora część znaj­do­wała się zbyt da­leko od nie­sław­nego ostat­niego mo­stu na tra­sie wy­ciecz­kowca, by móc co­kol­wiek zo­ba­czyć. Inni, bez wąt­pie­nia w do­brej wie­rze, prze­ka­zy­wali funk­cjo­na­riu­szom swoje su­ge­stie, które miały oka­zać się przy­datne, ale w ogóle nie po­mo­gły w roz­wią­za­niu sprawy. Jesz­cze inni do­no­sili, że za­bójcą był ich są­siad, zięć lub li­sto­nosz...

Od­sia­nie zgło­szeń istot­nych od tych zu­peł­nie bez­u­ży­tecz­nych za­jęło im do­bre pół­tora dnia. Osta­tecz­nie jed­nak wy­ło­nili za­le­d­wie dwie po­szlaki, acz­kol­wiek dość klu­czowe. Kilka nie­po­wią­za­nych ze sobą na­wza­jem osób twier­dziło mia­no­wi­cie, że wi­działo w oko­licy ka­retkę po­go­to­wia, co było dość oso­bliwe, bo z po­zoru ni­jak się miało do męż­czy­zny na mo­ście. Si­mon­sen uznał, że warto to spraw­dzić, i po­le­cił Anice Buch, mło­dej funk­cjo­na­riuszce, która od­wie­dziła go dwa dni wcze­śniej, by się do­wie­działa, skąd był ten am­bu­lans i z ja­kiego po­wodu go we­zwano.

Za­się­gnął na jej te­mat ję­zyka, a to, co usły­szał bar­dzo mu się spodo­bało. Jej współ­pra­cow­nicy i prze­ło­żeni uwa­żali ją za pra­co­witą, zdolną i wni­kliwą po­li­cjantkę, która przy tym po­trafi się roz­py­chać łok­ciami. Ten ostatni szcze­gół spe­cjal­nie Si­mon­sena nie zmar­twił, lu­bił am­bit­nych lu­dzi. Poza tym dziew­czyna nie po­cho­dziła z Da­nii.

W ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym roku przy­je­chała tu wraz z matką - wy­soko po­sta­wioną urzęd­niczką ju­go­sło­wiań­skiej po­li­cji bez­pie­czeń­stwa, która osta­tecz­nie po­pa­dła w po­li­tyczną nie­ła­skę - z nie­ist­nie­ją­cej już Ju­go­sła­wii. Matka wy­szła za mąż za Duń­czyka. Męż­czy­zna ad­op­to­wał jej córkę, kiedy dziew­czynka miała je­de­na­ście lat. W związku z tym dziecku zmie­niono też imię z Da­nica na Anica i nadano mu na­zwi­sko ad­op­cyj­nego ojca. Po roku dziew­czynka uzy­skała duń­skie oby­wa­tel­stwo.

Druga po­szlaka była bar­dziej obie­cu­jąca: pewna star­sza ko­bieta ze­znała, iż była na spa­ce­rze z psem w oko­li­cach Ba­stionu Kró­lo­wej Char­lotte Ama­lie, na końcu ulicy Re­fsha­le­vej, mniej wię­cej dwie­ście me­trów od mo­stu Bat­te­ri­broen. Około go­dziny dzie­wią­tej, może kwa­drans po, do­kład­nej go­dziny nie pa­mię­tała, za­uwa­żyła sa­mo­chód ja­dący z wy­spy Fre­de­rik­sholm na wy­spę Ny­holm. Za­trzy­mał się on na mo­ście i wy­siadł z niego ja­kiś męż­czy­zna, a w cza­sie, gdy wy­sia­dał, mi­nęło go inne auto. Nie znała się na sa­mo­cho­dach i ni­gdy nie umiała roz­po­znać marki. Zwy­kle w pa­mięć za­pa­dał jej tylko ko­lor. To auto miało jed­nak z boku na­klejkę, re­klamę lub coś w tym stylu. Sta­ruszka nie wie­działa, czego re­klama ta do­ty­czyła. Czło­wieka na mo­ście też nie po­tra­fiła opi­sać bar­dziej szcze­gó­łowo, po­wie­działa tylko, że był wy­soki i so­lid­nie zbu­do­wany oraz że miał na ple­cach mały tu­ry­styczny ple­cak. Te szcząt­kowe in­for­ma­cje nie­wiele wno­siły do śledz­twa, ale po ze­sta­wie­niu z wy­ni­kami dzia­łań ze­społu do spraw ru­chu po­jaz­dów oka­zały się bez­cenne.

Sek­cja ta po­sta­wiła so­bie bar­dzo am­bitny cel. Na­le­żący do niej lu­dzie mieli za za­da­nie zi­den­ty­fi­ko­wać wszyst­kie sa­mo­chody, które w nie­dzielę, dwu­dzie­stego dru­giego sierp­nia mię­dzy go­dziną siódmą rano a je­de­na­stą wje­chały na wy­spę Ny­holm lub ją opu­ściły. Sta­no­wiło to nie lada wy­zwa­nie. Nikt też nie ocze­ki­wał, że zdo­łają od­two­rzyć ruch po­jaz­dów w stu pro­cen­tach. Ist­niała bo­wiem moż­li­wość do­sta­nia się na wy­spę lub wy­je­cha­nia z niej z omi­nię­ciem ka­mer mo­ni­to­ringu. Wy­star­czyło wy­brać okrężną, z po­zoru nie­uza­sad­nioną lo­gicz­nie trasę. Pracę śled­czych utrud­niała do­dat­kowo słaba ostrość ob­razu wielu klu­czo­wych dla sprawy na­grań. Do­ty­czyło to mię­dzy in­nymi fil­mów z ka­mer za­in­sta­lo­wa­nych przy ban­ko­ma­cie na rogu ulic Prin­ses­se­gade i Re­fsha­le­vej. Na ich pod­sta­wie udało się co prawda okre­ślić ko­lor i kształt auta, ale jego markę trzeba już było zga­dy­wać.

Od­sia­nie sa­mo­cho­dów z na­klejką na boku oka­zało się na­to­miast dla od­miany dzie­cin­nie pro­ste. Już po chwili Si­mon­sen sie­dział, wpa­tru­jąc się w zdję­cia trzech okle­jo­nych po­jaz­dów, które po­ru­szały się tam­tego fe­ral­nego po­ranka po wy­spie Ny­holm. Jed­nym z nich był au­to­bus sto­łecz­nych li­nii HT, więc z miej­sca go od­rzu­cił. Spo­śród dwóch po­zo­sta­łych je­den oka­zał się służ­bo­wym au­tem na­le­żą­cym do firmy zaj­mu­ją­cej się sprze­dażą ła­dun­ków drew­nia­nych i ten rów­nież nie­szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wał szefa wy­działu za­bójstw. Ob­sta­wiał więc ostatni wóz... srebr­nego forda S-Maxa, na któ­rego boku wid­niał pla­kat wy­bor­czy jed­nego z kan­dy­da­tów na po­sła. Wy­bory do duń­skiego par­la­mentu zgod­nie z ustawą za­sad­ni­czą miały się od­być do­piero za rok, ale wszy­scy twier­dzili, że rów­nie do­brze wła­dze mogą je ogło­sić w każ­dej chwili. Zdję­cie po­ka­zano po­tem świad­kowi, to jest star­szej pani z pie­skiem, która bez chwili za­sta­no­wie­nia po­twier­dziła, że wła­śnie to auto wi­działa na mo­ście. Po­li­cja skon­tak­to­wała się za­tem z rze­czo­nym po­li­ty­kiem, a ten po­in­for­mo­wał, że po­jazd na­leży do jego brata. Po­dał funk­cjo­na­riu­szom jego imię, na­zwi­sko i ad­res. W na­stęp­nej ko­lej­no­ści za­dzwo­nili więc nie­zwłocz­nie do wła­ści­ciela sa­mo­chodu. Męż­czy­zna ze­znał, że okle­jony pla­ka­tem wy­bor­czym srebrny ford S-Max istot­nie jest jego wła­sno­ścią, ale zde­cy­do­wa­nie za­prze­czył, ja­koby był tam­tego ranka na wy­spie Ny­holm. Mu­siało więc dojść do ja­kie­goś nie­po­ro­zu­mie­nia. To zaś wy­dało się po­li­cji po­dej­rzane.

Si­mon­sen, gdy już stresz­czono mu roz­mowę z wła­ści­cie­lem forda, po­now­nie wy­jął zdję­cie i po­ło­żył je na stole. Obok kie­rowcy sie­działa naj­praw­do­po­dob­niej - na co wska­zy­wała fry­zura - ja­kaś ko­bieta, za­sła­nia­jąc tym sa­mym jego twarz. Ry­sów pa­sa­żerki ka­mery nie­stety też nie za­re­je­stro­wały, bo od­wró­ciła ona głowę. Dłoń miała wy­su­niętą w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób, co su­ge­ro­wało, że ge­sty­ku­lo­wała, roz­ma­wia­jąc z kie­rowcą.

Si­mon­sen za­pi­sał na­zwi­sko i ad­res męż­czy­zny na od­wro­cie fo­to­gra­fii, po czym ją zwi­nął i skie­ro­wał kroki w stronę biura Pe­der­sena.

Arne wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego i za­czął mó­wić, jesz­cze za­nim jego szef zdą­żył usiąść. Tech­ni­kom udało się po­rów­nać ma­te­riał DNA za­bez­pie­czony z ba­lu­strady mo­stu Bat­te­ri­broen z ma­te­ria­łem wy­izo­lo­wa­nym z próbki po­bra­nej z jed­nego z sie­dzeń w ru­fo­wej czę­ści statku. Nie uzy­skano jed­nak tak wy­so­kiego po­do­bień­stwa, ja­kiego na­le­ża­łoby się spo­dzie­wać. Poza tym próbka DNA po­cho­dząca z wy­ciecz­kowca miała nie­pełny pro­fil. Ale jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, to, co mieli, mo­gło sta­no­wić cenną po­szlakę w po­stę­po­wa­niu są­do­wym. Co cie­kaw­sze, na po­prze­czce ba­lu­strady zna­le­ziono na­da­jący się do ana­lizy od­cisk palca. Mor­derca naj­pew­niej zo­sta­wił go tam, gdy się na niej za­wie­sił, by na­stęp­nie ze­sko­czyć na po­kład wy­ciecz­kowca. Ów od­cisk nie fi­gu­ro­wał nie­stety w po­li­cyj­nej ba­zie da­nych.

Si­mon­sen czuł ro­snącą sa­tys­fak­cję. A to jesz­cze nie był ko­niec do­brych in­for­ma­cji. Nur­ko­wie zdo­łali bo­wiem wy­ło­wić w por­cie już dwa te­le­fony ko­mór­kowe. Za­da­nie to nie na­le­żało by­naj­mniej do ła­twych. Ba­sen por­towy miał ja­kieś dzie­sięć me­trów głę­bo­ko­ści, dno po­kry­wały pia­sek i muł. Nur­ko­wie mu­sieli się za­tem po­ru­szać do­słow­nie po omacku, a do tej pory prze­cze­sali za­le­d­wie po­łowę ca­łego akwenu. Za to tech­nicy twier­dzili, że do końca dnia po­winni od­czy­tać dane ze zna­le­zio­nego sprzętu.

- I to jesz­cze nie wszystko... - cią­gnął Pe­der­sen. - Ze­spół tech­niczny usta­lił, co po­twier­dziły rów­nież prze­pro­wa­dzone sek­cje zwłok, że za­bójca użył noża tak­tycz­nego, a Kurt Mel­sing skon­tak­to­wał się z FBI w Wa­szyng­to­nie i Szwedz­kim Kra­jo­wym La­bo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­nym w Linko?ping. Pra­cow­nicy obu la­bo­ra­to­riów po­sia­dają spe­cja­li­styczną wie­dzę w za­kre­sie tego ro­dzaju broni i na od­po­wiedź nie trzeba było długo cze­kać. W przy­padku tego typu ba­dań zwy­kle otrzy­mu­jemy ob­szerną li­stę wszel­kich moż­li­wych noży, lecz tu było ina­czej. Otóż za­równo w Szwe­cji, jak i w USA ob­sta­wiają, że sprawca użył mo­delu NR-40, ra­dziec­kiego noża bo­jo­wego z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. To bar­dzo cha­rak­te­ry­styczne na­rzę­dzie. Mię­dzy rę­ko­je­ścią a ostrzem wy­stę­puje szcze­gólna osłona w kształ­cie li­tery S. Od in­nych po­dob­nych osłon różni się ona tym, że jest wy­gięta w stronę kra­wę­dzi ostrza, a nie w prze­ciw­nym kie­runku. Od­cisk ta­kiej wła­śnie osłony stwier­dzono u dwóch ofiar, jako że mor­derca, dźga­jąc je, wbił nóż do sa­mego końca. Te spo­strze­że­nia w po­łą­cze­niu ze śred­nicą szty­letu, którą usta­lono na pod­sta­wie oceny za­da­nych ran, po­zwo­liły spe­cja­li­stom usta­lić, ja­kiej broni użyto. Nóż po­cho­dził z Fa­bryki Na­rzę­dzi Zla­to­ust, w skró­cie ZIK, w gó­rach Ural. - Arne za­czął z wiel­kim en­tu­zja­zmem roz­pra­wiać o wspo­mnia­nej osło­nie: - Otóż so­wieccy żoł­nie­rze zwy­kle chwy­tali ten nóż...

Si­mon­sen prze­rwał mu, krę­cąc głową. Chciał w porę po­wstrzy­mać na­zbyt roz­wle­kły wy­wód.

- Czyli mó­wisz, że jest szcze­gólny? - pod­su­mo­wał.

- Bez dwóch zdań. Zgod­nie z ra­por­tem Mel­singa to dziś praw­dziwy uni­kat, klasa sama w so­bie, nie­spo­ty­kany eg­zem­plarz dla pa­sjo­na­tów. Ale przy­szło mi coś do głowy, Si­mon. Nasz mor­derca świet­nie pływa, ma rzadko spo­ty­kany nóż bo­jowy, do tego jest bar­dzo zwinny i zna się na walce wręcz. To może być za­wo­dowy żoł­nierz...

In­spek­tor nie sko­men­to­wał hi­po­tezy Pe­der­sena, lecz spy­tał:

- A co z tym ma­łym Ja­poń­czy­kiem?

- Jest w To­kio, po­sta­ram się ju­tro do­wie­dzieć cze­goś wię­cej. Ale zdaje się, że masz dla mnie ja­kieś nowe za­da­nie, co?

Arne wska­zał na kartkę, którą jego szef na­dal trzy­mał w dłoni. Si­mon­sen krótko wy­ja­śnił, o co cho­dzi.

- Mógł­byś do niego pod­je­chać dziś wie­czo­rem? - za­koń­czył.

Pe­der­sen ski­nął głową, zrobi to z przy­jem­no­ścią.

Roz­dział 11

Środa, 25 sierp­nia 2010 roku, Bal­le­rup

Pe­der­sen od­wie­dził wła­ści­ciela srebr­nego forda S-Maxa w jego domu miesz­czą­cym się przy ulicy Ryd­to­ften. Było to spo­kojne wil­lowe osie­dle po­ło­żone mię­dzy ob­wod­nicą Ring 4 a la­sem pań­stwo­wym Ha­re­sko­ven. Arne naj­pierw pró­bo­wał prze­ko­nać męż­czy­znę, że po­stąpi roz­sąd­nie, je­śli bę­dzie współ­pra­co­wać z po­li­cją. Fa­cet miał około czter­dziestki i w za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach czuł się wy­raź­nie nie­swojo. Usie­dli ra­zem na ta­ra­sie, po czym Pe­der­sen po­ka­zał swo­jemu roz­mówcy zdję­cie z ka­mery mo­ni­to­ringu.

- Kim jest ko­bieta, która sie­dzi obok pana? Po­wie mi pan czy nie?

Pe­der­sen już dawno się zo­rien­to­wał, że to bę­dzie ko­lejny kla­syczny przy­pa­dek... Sy­tu­acja, w któ­rej ist­nieją ja­kieś tajne po­wią­za­nia, lecz za żadne skarby nie można ich wy­ja­wić; gdy na­wet osoby za­zwy­czaj wy­ka­zu­jące się trzeź­wym osą­dem i kie­ru­jące zdro­wym roz­sąd­kiem od­ma­wiają przy­ję­cia po­stawy oby­wa­tel­skiej. Re­ak­cja męż­czy­zny tylko po­twier­dziła teo­rię funk­cjo­na­riu­sza. Wła­ści­ciel forda za­le­d­wie rzu­cił okiem na fotkę, po czym nieco ner­wowo łyp­nął w stronę domu; za­pewne w oba­wie, że wyj­dzie z niego żona. Po chwili jed­nak od­wró­cił zdję­cie z po­wro­tem w kie­runku Ar­nego.

- Gwa­ran­tu­jemy naj­wyż­szą dys­kre­cję. Po­li­cja nie ma żad­nego in­te­resu w tym, by grze­bać w pana pry­wat­nych spra­wach. Po­trze­buję tylko kilku in­for­ma­cji i za­raz so­bie pójdę - rzu­cił Pe­der­sen po­jed­naw­czo.

Fa­cet po­krę­cił głową.

- To nie moje auto i nie mam nic do po­wie­dze­nia. - Ude­rzył dło­nią w stół ogro­dowy, acz­kol­wiek nieco bez prze­ko­na­nia.

- Czy ocze­kuje pan rów­nież, że uwie­rzę, że ni­gdy nie miał pan na sa­mo­cho­dzie ta­kiej re­klamy? By­łem w ga­rażu i wi­dzia­łem, że ją pan usu­nął... - za­gaił po­li­cjant z uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

Męż­czy­zna w końcu za­czął mó­wić. Plą­cząc się w ze­zna­niach, wy­ja­śnił, że fak­tycz­nie po­zbył się na­klejki, ale to zu­pełny przy­pa­dek. Poza tym za­pew­niał, że ma alibi, nie­pod­wa­żalne. Był z za­wodu re­ha­bi­li­tan­tem i od piątku do nie­dzieli uczest­ni­czył w kon­fe­ren­cji w Sla­gelse. Nie mógł za­tem być jed­no­cze­śnie w Chri­stian­shavn. Pe­der­sen mu nie prze­ry­wał. Kiedy jego roz­mówca na­resz­cie za­milkł, funk­cjo­na­riusz, nie owi­ja­jąc w ba­wełnę, po­wie­dział:

- Je­stem zmę­czony, a te­raz na do­da­tek wście­kły. Pro­wa­dzę śledz­two w spra­wie mor­der­stwa pięt­na­ściorga dzieci i na­prawdę mam masę ro­boty. Tym­cza­sem sie­dzę tu i mar­nuję swój cenny czas na słu­cha­nie i roz­bie­ra­nie na czę­ści pierw­sze tych pana far­ma­zo­nów. Zga­dza się, że był pan na sym­po­zjum chi­ro­prak­ty­ków w cen­trum kon­fe­ren­cyj­nym w Trel­le­borgu od go­dziny trzy­na­stej w pią­tek. Wy­je­chał pan jed­nak stam­tąd w so­botę koło czwar­tej, a do domu wró­cił do­piero dzień póź­niej, czyli w nie­dzielę, w po­rze lun­chu.

Pe­der­sen za­an­ga­żo­wał trzech funk­cjo­na­riu­szy, żeby spraw­dzili alibi wła­ści­ciela forda, i bar­dzo szybko udało im się je oba­lić. W pier­wot­nej wer­sji była to za­pewne ba­jeczka dla żony, a nie dla po­li­cji. Do­dat­kowo ze­spół do spraw ru­chu po­jaz­dów prze­ka­zał za­stępcy szefa wy­działu nad­zwy­czaj wy­raźne zdję­cie przodu auta. Po­cho­dziło ono wpraw­dzie z ka­mery za­in­sta­lo­wa­nej dość da­leko od mo­stu Bat­te­ri­broen, a mia­no­wi­cie przy au­to­stra­dzie E20, ale w tym przy­padku miało to dru­go­rzędne zna­cze­nie. Obok kie­rowcy sie­działa bar­dzo ładna młoda ko­bieta, a może ra­czej dziew­czyna. Reszty nie­trudno się było do­my­ślić. Arne wy­słał kil­koro lu­dzi do ho­telu Ga­lion, je­dy­nego na wy­spie Ny­holm, i to był strzał w dzie­siątkę. Mieli tam mnó­stwo zdjęć.

- Tak więc na tym zdję­ciu jest pan i ja­kaś dziew­czyna. Chciał­bym się do­wie­dzieć, kim jest. Je­chali pań­stwo ra­zem au­to­stradą E20 w stronę Ko­pen­hagi w nie­dzielę o dzie­sią­tej pięt­na­ście. Po­tem spę­dzili ra­zem noc w ho­telu Ga­lion, usy­tu­owa­nym ka­wa­łek za ha­lami, w któ­rych bu­do­wano ku­try tor­pe­dowe. Pan i pana to­wa­rzyszka miesz­ka­li­ście w po­koju nu­mer sześć­dzie­siąt cztery, a za­mel­do­wa­li­ście się, po­da­jąc się za ojca i córkę, Ole i Pia Jen­se­no­wie z Pla­ta­nvej w K?ge. Mało to ory­gi­na­lne, na­wia­sem mó­wiąc. Tak czy ina­czej, tu mam pań­stwa zdję­cia z ho­te­lo­wego lobby, wy­ko­nane za­raz po przy­jeź­dzie. O... A tu go­dzinę póź­niej, jak idzie­cie na ko­la­cję. Mu­szę przy­znać, że ma pan dość za­żyłą re­la­cję z córką, i to w spo­sób ra­czej mało ak­cep­to­walny spo­łecz­nie, je­śli mogę się tak wy­ra­zić. Ale to oczy­wi­ście nie moja sprawa... Da­lej... Wy­mel­do­wali się pań­stwo około dzie­wią­tej rano, pła­cąc ty­siąc sześć­set pięć­dzie­siąt pięć ko­ron na­le­żącą do pana kartą kre­dy­tową. To było czę­ściowo za sam po­kój, a czę­ściowo za po­zy­cje z oferty mi­ni­baru, z któ­rego ob­fi­cie ko­rzy­sta­li­ście. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach wró­ci­li­ście, bo mała Pia za­po­mniała to­rebki. No... A tu­taj tan­kuje pan ben­zynę na sta­cji przy ulicy Ama­ger Stran­dvej. To wpraw­dzie czarno-białe zdję­cie, ale nu­mery re­je­stra­cyjne wi­dać jak na dłoni.

Męż­czy­zna za­padł się w so­bie, jego oczy wy­raź­nie błysz­czały, lecz na­dal się nie pod­da­wał:

- Te zdję­cia to ja­kiś fo­to­mon­taż, w ogóle wszystko sfa­bry­ko­wa­li­ście. Nie za­mie­rzam z pa­nem roz­ma­wiać ani chwili dłu­żej. Do wi­dze­nia.

Pe­der­sen nie ru­szył się z miej­sca. Li­czył na to, że fa­cet zmięk­nie, nic ta­kiego się jed­nak nie stało.

- Słu­chaj, ko­leś... Skończmy już z tym, co? Na­prawdę wy­daje ci się, że to ja­kaś pie­przona za­bawa? Je­śli za­raz mi nie po­wiesz, jak na­zywa się ta la­ska, i nie ze­znasz, co wi­dzia­łeś na mo­ście Bat­te­ri­broen, to ju­tro w po­ran­nych wia­do­mo­ściach ogło­szę, że jest po­szu­ki­wana, a twoje brudne sprawki też wyjdą wtedy na jaw! - wrza­snął te­atral­nie, nie ba­wiąc się w grzecz­no­ściowe kon­we­nanse.

I to zła­mało wła­ści­ciela forda. Pe­der­sen wie­dział o tym, jesz­cze za­nim ten za­czął mó­wić. Na po­czątku pró­bo­wał jesz­cze tro­chę krę­cić:

- Nie za­uwa­ży­li­śmy na mo­ście nic szcze­gól­nego. Ja­kiś sa­mo­chód zje­chał na po­bo­cze, po czym wy­siadł z niego nie­znany mi męż­czy­zna. Póź­niej mi­ną­łem ten wóz, ale nie po­tra­fimy go opi­sać i nie pa­mię­tamy, jak wy­glą­dał ten czło­wiek. W prze­ciw­nym ra­zie na pewno by­śmy to zgło­sili.

- Imię i na­zwi­sko dziew­czyny! Jej ad­res i nu­mer te­le­fonu. Te­raz!

Fa­cet po­cią­gnął no­sem, po czym z wiel­kim tru­dem wy­ce­dził:

- Emi­lie... Emi­lie Dam­ga­ard.

Po­dał też nu­mer ko­mórki, który naj­wy­raź­niej znał na pa­mięć. Pe­der­sen nie miał li­to­ści:

- Ile lat ma ta twoja Emi­lie?

- Pięt­na­ście...

- To masz szczę­ście. I mieszka... gdzie?

To był ostatni cios... Męż­czy­zna ukrył w dło­niach twarz i oparł łok­cie na stole.

- Jest córką mo­jego są­siada. Da mi pan już spo­kój?

Arne nie miał jed­nak ta­kiego za­miaru. Ma­glo­wał fa­ceta tak długo, aż na­brał stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że ten na pewno nie ma już nic wię­cej do po­wie­dze­nia.

Roz­dział 12

Czwar­tek, 26 sierp­nia 2010 roku, gmina Hal­sn?s

Dla Anny Mii kilka mi­nio­nych dni oka­zało się nie­zwy­kle owoc­nym cza­sem. Pro­mie­niała, de­biu­tu­jąc w roli po­li­cjantki kry­mi­nal­nej, a jej zna­ko­mity na­strój udzie­lał się Ar­nol­dowi. Po­nad wszelką wąt­pli­wość miała wro­dzony ta­lent do­cho­dze­niowo-śled­czy, a oprócz tego praw­dziwą smy­kałkę do za­rzą­dza­nia. Nie mi­nęło na­wet pół dnia, a pod­le­gli Ju­tland­czy­kowi funk­cjo­na­riu­sze, któ­rym po­le­cono roz­ło­żyć na czyn­niki pierw­sze ży­cie Juli De­nis­sen, pra­co­wali rów­nież dla panny Si­mon­sen. I jedno było pewne: to, że cie­szyła się u nich tak wiel­kim sza­cun­kiem i po­słu­chem, nie miało nic wspól­nego z tym, że była córką swo­jego ojca. W sze­re­gach sto­łecz­nej po­li­cji ta­kie me­cha­ni­zmy nie dzia­łały, wręcz prze­ciw­nie. Za­li­czyła też na­tu­ral­nie kilka ty­po­wych dla no­wi­cjuszki wpa­dek, nie­mniej jed­nak brała so­bie mocno do serca wszel­kie rady i uwagi swo­jego men­tora, i nie zda­rzyło się, by dwa razy po­peł­niła ten sam błąd.

Przez ostat­nie trzy doby Ar­nold i Anna Mia pra­co­wali w ho­telu Fre­de­rik­sv?rk, gdzie udo­stęp­niono im nie­wielką, lecz nad­zwy­czaj funk­cjo­na­lną salkę kon­fe­ren­cyjną. Ta­kie roz­wią­za­nie uznali za naj­prak­tycz­niej­sze, jako że zde­cy­do­wana więk­szość osób, z któ­rymi mieli po­roz­ma­wiać, miesz­kała w gmi­nie Hal­sn?s. Poza tym nie mu­sieli za to pła­cić, więc nikt nie mógł im za­rzu­cić, że trwo­nią pie­nią­dze duń­skich po­dat­ni­ków. Gdy tylko wła­ści­cielka ho­telu do­wie­działa się, w ja­kiej spra­wie to­czy się śledz­two, ka­te­go­rycz­nie od­mó­wiła przy­ję­cia ja­kiej­kol­wiek za­płaty. Co wię­cej, za­dbała na­wet o to, by nie za­bra­kło im kawy, na­po­jów ga­zo­wa­nych i owo­ców. Mu­sieli tylko obie­cać, że schwy­tają zwy­rod­nialca, który za­mor­do­wał te wszyst­kie biedne ja­poń­skie dzieci.

Ich wy­siłki w oka­mgnie­niu przy­nio­sły re­zul­taty. Dość szybko zdo­łali wni­kli­wie prze­świe­tlić ży­cie Juli De­nis­sen, przy czym dwie rze­czy oka­zały się szcze­gól­nie godne uwagi. Po pierw­sze, wszystko wska­zy­wało na to, że ko­bieta była dość spon­ta­niczna. Po­tra­fiła w jed­nej chwili dać się po­rwać ja­kiejś idei lub my­śli i przez ko­lej­nych kilka dni, ty­go­dni, a spo­ra­dycz­nie na­wet mie­sięcy, wręcz fa­na­tycz­nie za nią po­dą­żać, aż do czasu, gdy jej za­pał nieco przy­gasł. Przy czym naj­czę­ściej wią­zało się to z nową fa­scy­na­cją, dla któ­rej nie­mal na­tych­miast po­rzu­cała po­przed­nią. Wie­lo­krot­nie po­ry­wała się na pro­jekty, o któ­rych zu­peł­nie nie miała po­ję­cia i które prze­kra­czały jej moż­li­wo­ści, mimo to ani odro­binę jej to nie zra­żało. Nie­rzadko uda­wało jej się także za­ra­zić swoim en­tu­zja­zmem inne osoby w naj­bliż­szym oto­cze­niu, tylko po to, żeby po chwili sa­mej się wy­co­fać. Dla zna­jo­mych, przy­ja­ciół i ko­chan­ków sta­no­wiła in­spi­ra­cję. Ją samą zaś taki stan rze­czy mu­siał w mniej­szym lub więk­szym stop­niu wy­nisz­czać, bo zdo­mi­no­wało to całe jej ży­cie. Ni­gdy nie do­pro­wa­dzała ni­czego do końca, miała na kon­cie całą masę nie­uda­nych przed­się­wzięć i pa­liła za sobą wszyst­kie mo­sty.

- To wiele mówi o jej oso­bo­wo­ści. Je­dy­nym sta­łym punk­tem za­cze­pie­nia, który wi­dzę, była dla niej córka - pod­su­mo­wała Anna Mia.

Ar­nold ogra­ni­czył się do ski­nie­nia głową na znak, że się z nią zga­dza. Sie­dział wła­śnie i jadł po­cho­dzące z do­staw ho­te­lo­wych jabłko, a córka Si­mon­sena cią­gnęła:

- Na­gle po­sta­na­wia, że na­pi­szą z przy­ja­ciółką książkę dla dzieci, która bę­dzie miała całe czte­ry­sta stron, lecz już za parę ty­go­dni stwier­dza, że le­piej za­jąć się pro­duk­cją na­po­jów ga­zo­wa­nych i otwo­rzyć coś na kształt Hal­sn?s Bry­ghus, ma­łej lo­kal­nej wa­rzelni w Hun­de­sted, ale dwa mie­siące póź­niej dla od­miany chce się za­jąć ma­po­wa­niem za­nie­czysz­cze­nia w je­zio­rze Ar­res?. To się na­zywa ży­cie z roz­ma­chem!... A z jej pod­sta­rza­łymi lo­we­la­sami sprawa przed­sta­wiała się dość po­dob­nie.

Juli De­nis­sen wy­róż­niała się bo­wiem jesz­cze inną ce­chą, w związku z którą od­bie­gała od po­wszech­nie przy­ję­tych norm. Pro­wa­dziła nad­zwy­czaj bo­gate ży­cie sek­su­alne i czę­sto zmie­niała part­ne­rów. Wszy­scy byli od niej znacz­nie starsi, to jest w prze­dziale wie­ko­wym od czter­dzie­stu pię­ciu do sześć­dzie­się­ciu lat. Po­nadto mieli za­sobne port­fele, a przy­naj­mniej dwóch można było, bez krzty prze­sady, za­li­czyć do bar­dzo za­moż­nych.

Przez ostat­nie dwa dni funk­cjo­na­riu­sze zdo­łali na­mie­rzyć każ­dego ko­chanka Juli. Na mar­gi­ne­sie trzeba do­dać, że nie było to szcze­gól­nie trudne. Otóż Bo­rup prze­szu­kał Mac­Bo­oka ko­biety i zdo­był lo­gin oraz ha­sło do jej poczty elek­tro­nicz­nej. Le­gal­ność tego wy­stępku można by, oględ­nie rzecz uj­mu­jąc, za­kwe­stio­no­wać, ale Anna Mia bez więk­szego pro­blemu na­mó­wiła mło­dego in­for­ma­tyka, żeby to zro­bił. Gdy jed­nak kom­pu­te­rowy ge­niusz udo­stęp­nił im wy­nik swo­jej pracy w po­staci ko­re­spon­den­cji ma­ilo­wej Juli De­nis­sen z okresu pra­wie czte­rech dłu­gich lat do dnia jej tra­gicz­nej śmierci, za­cho­wali to z Ar­nol­dem tylko dla sie­bie. Dys­po­nu­jąc na­zwi­skami i ad­re­sami ma­ilo­wymi przy­god­nych part­ne­rów ko­biety, mo­gli z ła­two­ścią od­na­leźć ich ad­resy za­mel­do­wa­nia, a za­tem rów­nież ich wszel­kie dane.

Od czasu roz­wodu, do któ­rego do­szło je­sie­nią dwa ty­siące pią­tego roku, do dnia jej śmierci, la­tem w dwa ty­siące ósmym roku, Juli De­nis­sen spo­ty­kała się z je­de­na­stoma męż­czy­znami. Jej związki trwały z re­guły od dwóch do trzech mie­sięcy. Po tym cza­sie miała w zwy­czaju rzu­cać swo­ich ko­chan­ków, któ­rych zresztą szybko za­stę­po­wała kimś no­wym. Jak się oka­zało, sporo in­for­ma­cji na te­mat spon­so­rów swo­jej klientki po­sia­dała ko­bieta bę­dąca jej do­rad­czy­nią fi­nan­sową. W banku jed­nak nie pu­ściła pary z ust. Wręcz prze­ciw­nie, na cały głos, tak, by na pewno usły­szeli to wszy­scy jej współ­pra­cow­nicy, żar­li­wie za­pew­niała, że nie wolno jej ujaw­niać ab­so­lut­nie żad­nych po­uf­nych in­for­ma­cji do­ty­czą­cych klien­tów, bez względu na to, czy ży­wych, czy też mar­twych; jak rów­nież, że w ta­kich spra­wach na­leży się bez­sprzecz­nie kon­tak­to­wać z za­rzą­dem. Póź­niej jed­nak, gdy już skoń­czyła pracę, za­ło­żyła ciemne oku­lary, po­sta­wiła koł­nierz płasz­cza, by nikt jej nie roz­po­znał, i udała się do ho­telu. Tam po­ka­zała, że jest jedną z naj­więk­szych plot­kar w oko­licy i praw­dziwą ko­pal­nią bez­cen­nych dla po­li­cji in­for­ma­cji:

- Wia­domo, że nie wy­pada źle mó­wić o zmar­łych, ale trudno zna­leźć w tym mie­ście fa­ceta, z któ­rym nie spała... Każdy, kto miał oczy, wi­dział, że co ty­dzień miała no­wego amanta. I niech mi pań­stwo wie­rzą, nie­je­den pła­cił za nią ra­chunki, je­śli tylko ich o to po­pro­siła, a to jesz­cze nie wszystko. W ra­zie czego, nie wie­cie pań­stwo tego ode mnie, ale po­życzkę, którą za­cią­gnęła, żeby mieć wkład wła­sny na miesz­ka­nie, w ca­ło­ści spła­cił wła­ści­ciel re­stau­ra­cji w Melby. Szast-prast i po za­dłu­że­niu nie zo­stał na­wet ślad, a była jed­no­cze­śnie na za­siłku, ale - jak wi­dać - nie sta­no­wiło to dla niej pro­blemu. Rok póź­niej to samo stało się z kre­dy­tem na sa­mo­chód. Spła­cił go pe­wien po­śred­nik ob­rotu nie­ru­cho­mo­ściami. Mieszka w cen­trum mia­sta, żo­naty i dzie­ciaty... Poza tym nie uwie­rzy­cie, ale jest człon­kiem...

Bu­zia jej się nie za­my­kała, a An­nie Mii uda­wało się za­le­d­wie od czasu do czasu wtrą­cić: "Nie do wiary!..." albo "O Boże... nie, to nie może być prawda". Chwy­tała się przy tym za głowę, a na jej twa­rzy ma­lo­wało się au­ten­tyczne wzbu­rze­nie. Ar­nold tym­cza­sem ro­bił no­tatki. Po ja­kiejś go­dzi­nie, gdy zdo­łali już upo­rząd­ko­wać in­for­ma­cje i mieli szer­szy ogląd sprawy, córka Si­mon­sena pod­su­mo­wała:

- Han­dlarz drew­nem, ra­dio­log, wła­ści­ciel re­stau­ra­cji, wy­soko po­sta­wiony urzęd­nik, po­śred­nik ob­rotu nie­ru­cho­mo­ściami, dy­ry­gent, sprze­dawca sa­mo­cho­dów. Juli, jak wi­dać, nie po­sia­dała spre­cy­zo­wa­nych upodo­bań. Przy czym jedno za­wsze się zga­dzało; wszy­scy mieli grube port­fele. My­ślę, że do­brze by było wy­słać do każ­dego z nich ko­goś z po­li­cji kry­mi­nal­nej. Niech ich wy­py­tają, jak to wszystko wy­glą­dało z ich strony. Może w ten spo­sób do­wiemy się cze­goś cie­ka­wego. Ale to mu­szą być męż­czyźni i naj­le­piej w słusz­nym wieku, bo tacy wzbu­dzają więk­sze za­ufa­nie. No wiesz... fa­cet chęt­niej zwie­rzy się dru­giemu fa­ce­towi. Tyle że w przy­padku tych żo­na­tych trzeba by coś po­zmy­ślać, na przy­kład, że cho­dzi o ja­kieś nie­ja­sno­ści do­ty­czące ubez­pie­cze­nia auta, to na bank się spraw­dzi. I chyba naj­le­piej, że­byś to ty ich od­po­wied­nio po­in­stru­ował.

- Tym zło­mia­rzem z ?l­sted, który był ka­rany, zaj­miemy się sami. A je­śli cho­dzi o ostat­niego na li­ście, lub ra­czej wdowę po nim, wo­lał­bym za­brać ze sobą ko­goś z więk­szym do­świad­cze­niem niż twoje - od­parł Ar­nold.

- Bo spo­ty­kał się z Juli w tym cza­sie, kiedy zmarła? O to ci cho­dzi? - spy­tała Anna Mia, sta­ra­jąc się ukryć roz­cza­ro­wa­nie.

- W rze­czy sa­mej. Jak i o to, że nie wiem do końca, czego szu­kam, ani czy w ogóle cze­goś szu­kam. Dla­tego po­trze­buję bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nego wspar­cia. Nie zmie­nia to faktu, że nam obojgu udało się uzy­skać od­po­wiedź na naj­waż­niej­sze py­ta­nie, mia­no­wi­cie: skąd Juli De­nis­sen miała te wszyst­kie dro­gie przed­mioty. Usta­li­li­śmy też ra­zem, czy coś ją łą­czyło z Jo­na­sem Zie­gle­rem, który zna­lazł ją mar­twą. Nic na to nie wska­zuje. Można za­tem po­wie­dzieć, że je­ste­śmy cał­kiem bli­sko celu, go­towi spo­rzą­dzić ra­port.

Córka Si­mon­sena się z nim zgo­dziła. Wy­bie­rali się wła­śnie do portu na lunch.

- Sprze­dawca sa­mo­cho­dów, co o nim wiesz? - spy­tał Ar­nold bez żad­nych wstę­pów w dro­dze do auta.

Jego młoda to­wa­rzyszka na chwilę się za­wa­hała.

- Dwa wy­roki za de­frau­da­cję i oszu­stwo ubez­pie­cze­niowe, od­po­wied­nio w dzie­więć­dzie­sią­tym ósmym, a po­tem w dwa ty­siące czwar­tym roku, do tego wy­rok za gwałt w dwa ty­siące ósmym roku. Spę­dził wtedy pół­tora roku w wię­zie­niu. Był też po­dej­rzany o pa­ser­stwo.

- I do niego pla­nu­jesz wy­słać ja­kie­goś pod­sta­rza­łego po­li­cjanta, w po­je­dynkę?

Anna Mia za­klęła w du­chu, wście­kła na sie­bie samą.

- Tak wła­śnie po­my­śla­łam...

- Osza­la­łaś.

Nie od­po­wie­działa.

- Je­steś re­zer­wową po­li­cjantką kry­mi­na­lną do­piero od trzech dni - do­dał po chwili po­jed­naw­czo Ar­nold. - Nie wy­daje ci się, że nie po­win­naś so­bie sta­wiać po­prze­czki tak wy­soko? Masz ta­lent, z czego sama do­sko­nale zda­jesz so­bie sprawę, ale cza­ro­wać ra­czej nie po­tra­fisz.

Roz­dział 2

Nie­dziela, 22 sierp­nia 2010 roku, Nor­dhavn w Ko­pen­ha­dze

Ka­pi­tan promu Pe­arl Se­aways kur­su­ją­cego na tra­sie Ko­pen­haga-Oslo był wy­raź­nie zmę­czony. Trąc ką­ciki oczu, za wszelką cenę usi­ło­wał od­go­nić mi­ga­jące plamki, które tań­czyły mu w polu wi­dze­nia. Drugą ręką pró­bo­wał zaś usta­wić od­po­wiedni kurs, prze­su­wa­jąc nie­znacz­nie ster. Miał ob­ró­cić prom i za­cu­mo­wać ty­łem przy na­brzeżu ter­mi­nalu DFDS. Wy­ko­nał po­do­bny ma­newr nie­zli­czoną ilość razy i od dawna była to dla niego czyn­ność zu­peł­nie ru­ty­nowa. Mimo to ni­gdy nie zle­cał tego in­nym. Stłu­mił ziew­nię­cie i po­pro­sił pierw­szego ofi­cera, który stał za nim, pa­trząc na port, o ko­lejną fi­li­żankę kawy.

To była długa noc, a on nie miał szans się wy­spać.

Obu­dzono go o trze­ciej nad ra­nem. Za­cho­ro­wał je­den z pa­sa­że­rów, czte­ro­letni chło­piec. Miał go­rączkę, bo­lała go głowa, a kark nie­po­ko­jąco mu ze­sztyw­niał. Ka­pi­tan ubrał się więc po­spiesz­nie i udał na po­kład siódmy, żeby zo­ba­czyć dziecko. Po krót­kiej kon­sul­ta­cji ze szpi­ta­lem w Es­bjerg przez ogól­no­świa­towy sys­tem ra­dio­sta­cji Me­di­cal Ra­dio po­sta­no­wił we­zwać le­ka­rza za po­mocą gło­śni­ko­wego sys­temu po­wia­da­mia­nia. Za­kłó­cił tym sa­mym nocny sen po­nad ty­siąca pa­sa­że­rów. Na jego we­zwa­nie już po chwili sta­wiło się czte­rech róż­nych le­ka­rzy i je­den z nich zdia­gno­zo­wał u ma­lu­cha za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych. Le­karka skie­ro­wała dziecko w try­bie pil­nym do szpi­tala. We­zwano he­li­kop­ter z Göte­borga, a ka­pi­tan za­trzy­mał prom i usta­wił go tak, by za­pew­nić ra­tow­ni­kom od­po­wied­nie lą­do­wi­sko. Cała ope­ra­cja prze­bie­gła bez za­rzutu, a on, mimo że nic wię­cej nie mógł już zro­bić, zo­stał na mostku. Chwilę przed piątą rano otrzy­mali ze Szpi­tala Uni­wer­sy­tec­kiego Sahl­gren­ska in­for­ma­cję, że ży­ciu chłopca nic nie za­graża, ale o mały włos by­łoby za późno. Gdy w końcu się po­ło­żył, nie mógł za­snąć. W gło­wie dźwię­czały mu prze­ra­ża­jące słowa: "O mały włos...". Nie mógł prze­stać o tym my­śleć. Się­gnął po fi­li­żankę i ze zdu­mie­niem stwier­dził, że jest pu­sta. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy rze­czy­wi­ście po­pro­sił o na­stępną kawę, czy tylko miał za­miar to zro­bić. Ką­tem oka spoj­rzał więc na pierw­szego ofi­cera, który stał za nim do­kład­nie tak jak wcze­śniej.

- Halo, tu zie­mia! Nad czym tak du­masz?

- Hmm... My­ślę o tym statku wy­ciecz­ko­wym. Też go wi­dzia­łeś, prawda?

Ja­sne, że wi­dział...

- Coś z nim nie tak? - spy­tał może odro­binę za ostrym to­nem.

- Noo... Cho­dzi mi o to, co on tam robi. Nie po­winno go tu być.

Ka­pi­tan wy­tę­żył wzrok, by przyj­rzeć się wy­ciecz­kow­cowi. Pły­nął pro­sto na nich i po­wi­nien za mo­ment od­bić.

- Weź lor­netkę - po­le­cił swo­jemu pod­wład­nemu.

Mo­stek znaj­do­wał się na wy­so­ko­ści pią­tego pię­tra, a przez wiel­kie, na­chy­lone pod od­po­wied­nim ką­tem pa­no­ra­miczne okna miało się wi­dok na trzy strony świata. Pierw­szy ka­pi­tan pod­szedł do szyby i w sku­pie­niu pa­trzył przez lor­netkę. Jego prze­ło­żony cze­kał ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Miał świa­do­mość, że łódź zbliża się do nich z dużą pręd­ko­ścią. Było to wi­dać go­łym okiem. Uru­cho­mił sy­gna­li­za­tor aku­styczny i nadał pięć krót­kich sy­gna­łów ostrze­gaw­czych, które na­wet na mostku, za gru­bym szkłem, nie­malże roz­sa­dzały bę­benki w uszach. Kilku ro­bot­ni­ków w żół­tych ka­skach i ubra­niu ro­bo­czym, któ­rzy z tej od­le­gło­ści przy­po­mi­nali ra­czej mi­nia­tu­rowe lu­dziki, od­wró­ciło głowy i spoj­rzało na sta­tek przy na­brzeżu Lan­ge­li­nie. Nie było żad­nej re­ak­cji ze strony za­łogi dru­giego statku... Spró­bo­wał jesz­cze raz, nie­stety znowu nic to nie dało.

- Wy­daje mi się, że wi­dzę ster­nika, leży na kole ste­ro­wym i...

Nie do­koń­czył. Stał da­lej, przy­ci­ska­jąc do oczo­do­łów oku­lar lor­netki.

- I co? Cze­kam na kon­krety.

- Na po­kła­dzie są dzieci.

- Czas, od­le­głość?

- To nie są duń­skie dzieci. Mają azja­tyc­kie rysy...

Ka­pi­tan skoń­czył czter­dzie­ści pięć lat, co ozna­czało, że osią­gnął szczyt swo­jej ka­riery w sto­sun­kowo mło­dym wieku. Miał pod sobą pra­wie dwu­stu pod­wład­nych i od­po­wia­dał za mi­lio­nowy biz­nes. Przede wszyst­kim jed­nak był ma­ry­na­rzem, do tego pie­kiel­nie zdol­nym - w prze­ciw­nym ra­zie ni­gdy nie po­wie­rzono by mu tego sta­no­wi­ska.

- We­zwij na po­kład dzio­bowy bos­mana z krót­ko­fa­lówką i po­daj mi ich po­zy­cję.

Póź­niej, pod­czas prze­słu­cha­nia w spra­wie ka­ta­strofy na mo­rzu, prze­ka­zano mu szczere wy­razy uzna­nia. W kry­tycz­nej sy­tu­acji za­cho­wał trzeźwy osąd: otóż wy­kal­ku­lo­wał, że je­śli prze­su­nie ster skraj­nie w prawo i mak­sy­mal­nie zwięk­szy pręd­kość statku, zy­ska kilka wę­złów i parę stopni. Dzięki temu prom miał prze­ciąć trasę statku wy­ciecz­ko­wego w ostat­niej chwili, uni­ka­jąc tym sa­mym zde­rze­nia.

Los chciał jed­nak ina­czej... Ka­pi­tan nie wziął bo­wiem pod uwagę dryfu jed­nostki. Łódź, nie­siona prą­dem mor­skim i fa­lami, nie pły­nęła pro­sto, tylko za­częła lekko za­krę­cać. Poza tym w ostat­niej, brze­mien­nej w skut­kach mi­nu­cie, znacz­nie zwięk­szyła pręd­kość. A tego już nikt nie mógł prze­wi­dzieć.

W uszach na­dal dźwię­czały mu mro­żące krew w ży­łach słowa bos­mana:

- Pięć­dzie­siąt me­trów. - Po chwili: - Czter­dzie­ści, może na­wet mniej. - I na ko­niec: - Kurwa, nie zdą­żymy!

Wy­ciecz­ko­wiec znikł z pola wi­dze­nia ka­pi­tana. Przez ostat­nie trzy­dzie­ści se­kund nie miał moż­li­wo­ści ma­newru, po­zo­stało mu tylko cze­kać. Po­ło­żył dło­nie na ste­rze i za­czął w my­ślach od­ma­wiać mo­dli­twę. Za­mie­rzał się tak mo­dlić do czasu, kiedy... kiedy znowu bę­dzie mógł ode­tchnąć z ulgą i opo­wia­dać po­tem wszyst­kim, że o mały włos do­szłoby do ka­ta­strofy. O mały włos, a jed­nak - jak za­wsze do­tąd - wy­szli z tego cało.

O tym, że zde­rzyli się ze stat­kiem wy­ciecz­ko­wym, bos­man po­in­for­mo­wał naj­pierw za­ska­ku­jąco ci­chym i spo­koj­nym gło­sem:

- Prze­cię­li­śmy go na pół... - wy­szep­tał. Po czym po chwili, śmier­tel­nie prze­ra­żony, wy­krzy­czał hi­ste­rycz­nie na całe gar­dło: - Za­trzy­mać śruby! Na mi­łość bo­ską, wcią­gnie ich w śruby!!!

Ka­pi­tan na­tych­miast od­ciął za­si­la­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie przy tym, że każda ze śrub ma śred­nicę pra­wie pię­ciu me­trów. Za­po­mniał jed­nak zu­peł­nie, ile ważą.

Do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę z tego, że nie ma szans, by wy­ko­nał po­le­ce­nie bos­mana. By­łoby to sprzeczne z pra­wami fi­zyki...

Roz­dział 3

Nie­dziela, 22 sierp­nia 2010 roku, Mar­mor­mo­len, Nor­dhavn

Szef wy­działu za­bójstw Kon­rad Si­mon­sen za­ci­snął po­wieki, po czym spoj­rzał na port. Na wo­dzie pa­no­wał nie­spo­ty­kany ruch. W ak­cji ra­tun­ko­wej uczest­ni­czyło pięt­na­ście, a może dwa­dzie­ścia jed­no­stek pły­wa­ją­cych. W więk­szo­ści były to pon­tony z dwu- do czte­ro­oso­bową za­łogą na­le­żące do róż­nych or­ga­ni­za­cji, w tym mor­skich od­dzia­łów Obrony Te­ry­to­rial­nej, po­go­to­wia ra­tun­ko­wego Falck, straży przy­brzeż­nej i Sta­cji Ma­ry­narki Wo­jen­nej w Hol­men. Do tego dwa statki pi­lo­towe na­le­żące do portu w Ko­pen­ha­dze. Te ostat­nie za­jęły się ho­lo­wa­niem na brzeg więk­szych frag­men­tów wy­ciecz­kowca, pod­czas gdy ze­spół w pon­to­nach sku­pił się na po­szu­ki­wa­niu tych, któ­rzy prze­żyli, i trans­por­cie zwłok na ląd. Całe na­brzeże za­sta­wione było ka­ret­kami po­go­to­wia, a nad ba­se­nem por­to­wym la­tały dwa he­li­kop­tery, w tym śmi­gło­wiec Si­kor­sky na­le­żący do służb ra­tow­ni­czych ma­ry­narki wo­jen­nej - ła­two roz­po­zna­walny z uwagi na ka­nar­ko­wo­żółtą ka­binę i prze­sad­nie wielki na­pis "SŁUŻBY RA­TUN­KOWE" nad drzwiami. Skru­pu­lat­nie pa­tro­lo­wał całą oko­licę, wy­ko­nu­jąc prze­loty około dzie­się­ciu me­trów nad lu­strem wody. O wiele wy­żej niż on, bli­żej cie­śniny Sund, uno­sił się he­li­kop­ter jed­nej ze sta­cji te­le­wi­zyj­nych. Ak­cją ra­tun­kową z ra­mie­nia portu za­rzą­dzała ja­kaś ko­bieta. Stała obok am­bu­lan­sów i sły­szał, jak raz po raz sta­now­czym to­nem wy­da­wała po­le­ce­nia przez krót­ko­fa­lówkę.

Si­mon­sen był wy­so­kim i bar­czy­stym męż­czy­zną koło sześć­dzie­siątki. Miał spo­kojne uspo­so­bie­nie i bez­po­średni spo­sób by­cia. Jego wy­gląd i obej­ście dużo mó­wiły o tym, ja­kim był czło­wie­kiem: sze­fem, który w kry­tycz­nych sy­tu­acjach wy­ma­gał ab­so­lut­nego po­słu­szeń­stwa, bez za­da­wa­nia zbęd­nych py­tań. Ru­szył w stronę ko­or­dy­na­torki, lecz za­trzy­mał się w od­le­gło­ści kilku me­trów od niej i cze­kał, nie chcąc jej prze­szka­dzać w pracy. Za­nim zna­la­zła dla niego czas, mi­nęło do­brych parę mi­nut.

- Wasi tech­nicy mu­szą po­cze­kać, aż skoń­czymy. Nie wpusz­czę ich te­raz. Nie po­trze­bu­jemy tu jesz­cze więk­szego za­mie­sza­nia - rzu­ciła za­chryp­nię­tym gło­sem.

- A orien­ta­cyj­nie, ile na to po­trze­bu­je­cie?

- Go­dzinę, może dwie. Dam panu znać.

- Ktoś prze­żył?

- Na ra­zie ni­kogo nie zna­leź­li­śmy...

- Ile ofiar śmier­tel­nych? Dzieci czy do­ro­śli?

- Nie mam po­ję­cia. Śruby na­pę­dowe za­dzia­łały jak gi­gan­tyczny ma­lak­ser, więc nie spo­sób po­li­czyć...

Si­mon­sen ski­nął ze zro­zu­mie­niem głową, cho­ciaż wie­dział, że rzadko się zda­rza, by śruby po­szat­ko­wały ciało na ka­wałki. Teo­re­tycz­nie mo­gło do tego dojść, ale z re­guły nic ta­kiego się nie działo. Ten prze­sadny pa­tos miał za­pewne zwią­zek ze sil­nym stre­sem, który prze­ży­wała ko­or­dy­na­torka. Znał ten me­cha­nizm aż na­zbyt do­brze.

- Kiedy przy­je­cha­łam na miej­sce, pa­no­wał tu to­talny chaos. Było o wiele go­rzej niż te­raz, ale zwłoki, albo ra­czej ich frag­menty, za­brano już do szpi­tala kró­lew­skiego. Taką mam przy­naj­mniej na­dzieję. W każ­dym ra­zie już od dłuż­szego czasu nie zna­leź­li­śmy... ni­czego. Pro­szę wy­ba­czyć, ale te­raz nie mogę panu po­świę­cić wię­cej czasu. Pro­szę wró­cić do swo­jego ko­legi i po­cze­kaj­cie na zie­lone świa­tło. - Wska­zała na część na­brzeża znaj­du­jącą się bli­żej mia­sta, po czym wró­ciła do swo­ich obo­wiąz­ków.

Arne Pe­der­sen miał czter­dzie­ści trzy lata. Już bli­sko dzie­sięć lat pra­co­wał w po­li­cji kry­mi­nal­nej i w za­sa­dzie był prawą ręką Si­mon­sena. Funk­cja, którą peł­nił od dawna, zu­peł­nie nie­dawno zna­la­zła for­malne po­twier­dze­nie - zo­stał za­stępcą szefa wy­działu za­bójstw i był z tego po­wodu nie­zmier­nie dumny, choć ni­komu się do tego nie przy­zna­wał. Stał po­grą­żony w głę­bo­kiej za­du­mie i na po­czątku w ogóle nie za­uwa­żył swo­jego prze­ło­żo­nego.

- Cześć, Si­mon. Na ra­zie tak so­bie stoję i się ga­pię, bo cią­gle nie mo­żemy za­cząć. Mam fart, że w ogóle mnie wpu­ścili. Tech­nicy mu­szą cze­kać poza te­re­nem portu, aż bę­dzie można wziąć się do ro­boty. Co z tym ope­ra­to­rem z te­le­wi­zji? Udało ci się coś jesz­cze z niego wy­cią­gnąć?

Wcze­śniej tego sa­mego dnia do wy­działu za­bójstw zgło­sił się ka­me­rzy­sta z na­gra­niem wi­deo. Pły­nął pro­mem kur­su­ją­cym na tra­sie Ko­pen­haga-Oslo. Gdy już do­bi­jali do na­brzeża, wy­szedł na po­kład, żeby za­pa­lić. Na­gle za­uwa­żył w ba­se­nie por­to­wym wy­ciecz­ko­wiec i wy­dało mu się to dość oso­bliwe. Wziął więc z ka­biny ka­merę, skie­ro­wał obiek­tyw na sta­tek, a gdy po­więk­szył ob­raz, doj­rzał tam przy­naj­mniej trzy mar­twe osoby. I po­sta­no­wił to na­krę­cić. Fil­mo­wał nie­malże do mo­mentu ko­li­zji, a gdy tylko zszedł na ląd, udał się pro­sto do ko­mendy po­li­cji. Si­mon­sen, gdy tylko obej­rzał film, wy­słał na miej­sce zda­rze­nia swo­jego za­stępcę.

- Nie, nic wię­cej nie miał. O sa­mym wy­padku trą­bią już oczy­wi­ście wszyst­kie sta­cje te­le­wi­zyjne, ale nikt jesz­cze nie wiąże tego z żad­nym prze­stęp­stwem. Hra­bianka jest w In­sty­tu­cie Me­dy­cyny Są­do­wej, Klavs oczy­wi­ście prze­rwał szko­le­nie i od ju­tra bę­dzie w peł­nej go­to­wo­ści, Pau­line na­to­miast, jak wiesz, ma urlop, a ni­gdy nie bie­rze ze sobą ko­mórki.

Wszy­scy troje pra­co­wali tak jak Pe­der­sen w wy­dziale za­bójstw i na­le­żeli do grona naj­bar­dziej za­ufa­nych lu­dzi Si­mon­sena.

Hra­bianka, która tak na­prawdę na­zy­wała się Na­tha­lie von Ro­sen, była jego żoną. Po­brali się sto­sun­kowo nie­dawno i jak do­tąd bez więk­szych pro­ble­mów uda­wało im się go­dzić ży­cie pry­watne ze wspólną pracą. Klavs Ar­nold do­łą­czył do ze­społu kilka lat temu, gdy prze­pro­wa­dził się z Es­bjerg do Ko­pen­hagi. Wła­śnie po­je­chał na se­mi­na­rium do Odense. Za­le­d­wie trzy­dzie­sto­let­nia Pau­line Berg była naj­młod­sza w dru­ży­nie i od dwa ty­siące siód­mego roku, kiedy zo­stała po­rwana, zma­gała się z pro­ble­mami na­tury psy­chicz­nej. By­wały okresy, gdy wy­ko­ny­wała swoje obo­wiązki wy­jąt­kowo nie­udol­nie, cza­sami też nie ra­dziła so­bie z nimi w ogóle.

- A może nie bę­dziemy jej prze­szka­dzać w urlo­pie, co? Wszy­scy wiemy, że bar­dzo go po­trze­buje... - rzu­cił Arne. Wy­ra­ził się nad­zwy­czaj dy­plo­ma­tycz­nie, ale ła­two się było do­my­ślić, co tak na­prawdę chciał po­wie­dzieć.

- Gdy­bym się z tobą zga­dzał, nie pró­bo­wał­bym się do niej do­dzwo­nić. Ale do­syć o Pau­line - uciął Si­mon­sen ostrym to­nem. - Wiesz, czy wy­ciecz­ko­wiec za­to­nął?

Pe­der­sen, za­miast od­po­wie­dzieć, zro­bił parę kro­ków w kie­runku brzegu i wska­zał na coś pal­cem. Le­żąca tam po­łowa ka­dłuba - a do­kład­niej jego przed­nia część - lekko ko­ły­sała się na wie­trze. Sta­tek zo­stał prze­cięty mniej wię­cej w po­ło­wie, a so­lidne de­ski, z któ­rych był zbu­do­wany, wy­glą­dały, jakby ktoś roz­rą­bał je ogromną sie­kierą. Na po­kła­dzie bra­ko­wało czę­ści bia­łych pla­sti­ko­wych sie­dzeń.

- Druga część, ta cięż­sza, z sil­ni­kiem, po­szła na dno - oznaj­mił.

- Je­śli to bę­dzie fi­zycz­nie moż­liwe, chciał­bym, żeby wy­do­byto ją jesz­cze dziś. Po­in­for­muj, pro­szę, tech­ni­ków. Niech we­zwą nur­ków i za­biorą ze sobą cały po­trzebny sprzęt.

- Już to zro­bi­łem, wszystko jest go­towe. Po­trze­bu­jemy tylko ze­zwo­le­nia.

- Wspa­niale. Masz dla mnie coś jesz­cze?

- Nie... Ekipa w pon­to­nach zbiera po­zo­sta­ło­ści, a że wi­dok nie na­leży do przy­jem­nych, ja­koś nie jest mi szcze­gól­nie przy­kro, że nie mogę po­dejść bli­żej.

- Chyba już skoń­czyli, o ile do­brze zro­zu­mia­łem.

- To do­bra wia­do­mość.

- Wiesz może, ile mamy do­ro­słych ofiar?

- Wiem wy­łącz­nie to co ty... Na ra­zie trzy, tyle wi­dać na na­gra­niu od ka­me­rzy­sty. Przy czym nie udało mi się jesz­cze tego po­twier­dzić. Hej... patrz tam!

Pe­der­sen wska­zał na pół­nocny fa­lo­chron fortu Tre­kro­ner, je­den z dwóch, które osła­niały port, obej­mu­jąc go ni­czym po­tężne klesz­cze. W nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od nich stali ra­tow­nicy i wpa­try­wali się w ba­sen por­towy. Si­mon­sen nie do­strzegł ni­czego nad­zwy­czaj­nego, ale jego za­stępca naj­wy­raź­niej miał lep­szy wzrok.

- Coś się tam dzieje - po­wie­dział Arne.

Si­mon­sen bez słowa ru­szył w kie­runku ka­re­tek. W po­ło­wie drogi spo­tkał ra­tow­niczkę z firmy Falck.

- Mamy jedną oca­lałą osobę, może dwie. To dzieci - rzu­ciła ści­szo­nym gło­sem.

Roz­dział 4

Nie­dziela, 22 sierp­nia 2010 roku, Ju­tlan­dia Po­łu­dniowa

"To prze­dziwne, jak pewne zda­rze­nia niosą za sobą ko­lejne", po­my­ślał męż­czy­zna, wy­glą­da­jąc przez okno sa­mo­chodu. Uśmiech­nął się, choć w za­sa­dzie wcale nie było mu do śmie­chu, po czym zer­k­nął z ukosa na sie­dzącą za kie­row­nicą ko­bietę. Gdy po­przed­nio jej po­ma­gał, sprawy nie po­to­czyły się zgod­nie z pla­nem. Dla­tego wła­śnie byli te­raz tu, gdzie byli. Ku wła­snemu zdzi­wie­niu zdał so­bie sprawę, że jego wspo­mnie­nie mocno się wy­ostrzyło... Na­gle przed oczyma prze­wi­nęły mu się aż na­zbyt wy­raźne ob­razy, choć od ca­łego zaj­ścia mi­nęły już dwa lata.

Czas mi­jał, a ta sprawa co­raz mniej za­przą­tała jego uwagę. Ostat­nio w za­sa­dzie w ogóle o tym nie my­ślał.

Gdy po­ka­zał jej nóż, wzięła dziecko za rękę i ru­szyła z nim bez słowa sprze­ciwu. Długo szli przez wy­dmy, a dziew­czynka raz po raz się za­trzy­my­wała, by ze­rwać dla mamy kwiatki, bla­do­czer­wone od­porne na słońce i wiatr ro­ślinki, po­ra­sta­jące gdzie­nie­gdzie piasz­czy­ste pod­łoże. Gdy do­tarli do za­głę­bie­nia mię­dzy wy­dmami, zwią­zał ko­bietę w taki spo­sób, żeby nie po­ro­biły jej się si­niaki, gdy bę­dzie pró­bo­wała się uwol­nić. Za­brał ze sobą cztery ga­łę­zie i po­rząd­nie wbił je w piach. Linę, którą miała skrę­po­wane ręce, prze­cią­gnął przez rę­kawy jej wia­trówki, a stopy zwią­zał sznu­ro­wa­dłem. Oko­licz­no­ści mu sprzy­jały, bo miała na so­bie spód­nicę, co znacz­nie uła­twiło sprawę.

- A te­raz po­słu­chaj mnie uważ­nie... Nie raz cię ostrze­gano, byś trzy­mała się z dala od Madsa Eg­gerta... Nie­stety nie po­słu­cha­łaś, więc te­raz do­sta­niesz na­uczkę. Ro­zu­miesz, Juli?

Tak jej po­wie­dział, użył do­kład­nie ta­kich słów. Jej córka sie­działa w pew­nej od­le­gło­ści od nich i grze­bała żółtą ło­patką w pia­sku. Pa­mię­tał to wy­raź­nie, o resz­cie wo­lałby za­po­mnieć. Sprawy po­to­czyły się jed­nak ina­czej, niż się spo­dzie­wał. To był wy­pa­dek. Nie mógł tego w ża­den spo­sób prze­wi­dzieć...

Po­sprzą­tał po so­bie, po czym wy­brał na jej ko­mórce nu­mer sto dwa­na­ście, na­ci­ska­jąc kla­wi­sze jej wła­snym kciu­kiem. Tylko tyle mógł zro­bić.

Od­go­nił na­trętne my­śli i spy­tał:

- Długo na mnie cze­ka­łaś?

Ko­bieta już miała po­krę­cić głową, ale roz­my­śliła się w ostat­niej chwili. Za­nim wy­brała się na plażę, była jesz­cze w R?do­vre, po­trze­bo­wała za­brać stam­tąd kilka rze­czy. O tym jed­nak nie mu­siał wie­dzieć.

- Tro­chę ci to za­jęło, nie po­wiem, ale wstą­pi­łam do ka­fejki na fi­li­żankę kawy, więc na sa­mej plaży spę­dzi­łam naj­wy­żej go­dzinę.

Męż­czy­zna po­my­ślał, że od lat nie pił kawy i nie pa­mię­tał już na­wet do­kład­nie, jak sma­kuje.

- Cie­szysz się, że wra­casz do domu, do swo­jego lasu? - za­ga­iła.

Po­twier­dził ski­nie­niem głowy. Istot­nie, nie mógł się tego do­cze­kać.

Roz­dział 5

Nie­dziela, 22 sierp­nia 2010 roku, In­sty­tut Me­dy­cyny Są­do­wej, Uni­wer­sy­tet w Ko­pen­ha­dze

Hra­bianka stała oparta o ścianę w pro­sek­to­rium B, naj­więk­szej z czte­rech na­le­żą­cych do in­sty­tutu sal sek­cyj­nych. Ko­rzy­stano z niej prze­waż­nie w spra­wach za­bójstw, w związku z czym za­częto ją na­zy­wać "salą mor­derstw". Po­li­cjantka miała tro­chę po­nad czter­dzie­ści lat i wszy­scy wo­kół od­bie­rali ją jako nie­zwy­kle pro­fe­sjo­na­lną, pra­co­witą, a do tego prze­sym­pa­tyczną osobę. Poza nią samą na miej­scu było sie­dem in­nych osób. Sto­sun­kowo młoda le­karka me­dy­cyny są­do­wej, któ­rej ra­czej ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkała, oprócz niej dwaj fo­to­gra­fo­wie - je­den z in­sty­tutu, a drugi z po­li­cji - tech­nik sek­cyjny, funk­cjo­na­riusz po­li­cji kry­mi­nal­nej z jej wła­snego wy­działu i pa­to­log są­dowy. Do tego ja­kiś męż­czy­zna, Ja­poń­czyk, któ­rego wieku nie po­tra­fiła okre­ślić. Stał kilka me­trów od niej, rów­nież opie­ra­jąc się o ścianę. Wszy­scy mieli ki­tle, ste­rylne białe ka­lo­sze, ma­seczki i siatki na włosy.

Po­środku po­miesz­cze­nia na me­ta­lo­wej ko­ze­tce le­żały zwłoki dziecka ja­poń­skiego po­cho­dze­nia. Tech­nik roz­ciął ciało chłopca, wy­jął wszyst­kie or­gany we­wnętrzne i uło­żył je na stole sek­cyj­nym w głębi sali. Po­tem za­jął się na­ci­na­niem skóry na szyi. Gdy już skoń­czył, od­su­nął płat przy­kry­wa­jący czaszkę, od­sła­nia­jąc tym sa­mym ko­ści cie­mie­niową i czo­łową, a na­stęp­nie za­brał się za ich pi­ło­wa­nie, by móc wy­jąć mózg. Po­miesz­cze­nie wy­peł­niło gło­śne, nie­przy­jemne dla ucha bzy­cze­nie piły. "W daw­nych cza­sach ten dźwięk mu­siał być jesz­cze prze­ni­kliw­szy", po­my­ślała Hra­bianka. Mię­dzy sobą na­zy­wali to na­rzę­dzie "wy­jącą za­kon­nicą". Ja­poń­czyk od­chrząk­nął. Spoj­rzała na niego, pewna, że za­mie­rza coś po­wie­dzieć. On jed­nak na­dal stał w mil­cze­niu z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Nie po­tra­fiła stwier­dzić, czy uważ­nie ob­ser­wuje sek­cję, czy też ra­czej jest po­grą­żony we wła­snych my­ślach.

Zwłoki ob­ró­cono na­stęp­nie na brzuch, po czym wy­ko­nano zdję­cia, pod każ­dym ką­tem i z róż­nej od­le­gło­ści. Sześć rów­no­le­głych głę­bo­kich ran bie­gną­cych od barku do go­leni świad­czyło o bli­skim spo­tka­niu chłopca z jedną ze śrub na­pę­do­wych promu. Kie­row­nik jed­nostki szcze­gó­łowo ob­ja­śnił mło­dej le­karce wszyst­kie ob­ra­że­nia, któ­rych do­znało dziecko. Ko­bieta przy­tak­nęła głową, za­dała parę py­tań, po czym po­de­szła do sto­ją­cego w rogu biurka i po­wie­działa do dyk­ta­fonu kilka zdań, z uwagi na od­le­głość nikt wy­raź­nie ich nie usły­szał. Hra­bianka pró­bo­wała tym­cza­sem na­wią­zać kon­takt wzro­kowy z sze­fem wy­działu, któ­rego bar­dzo do­brze znała i lu­biła, ale bez­sku­tecz­nie.

Hans Hol­ger­sen, pa­to­log są­dowy, peł­nił też funk­cję or­dy­na­tora. Czę­sto się więc spo­ty­kali, za­równo pod­czas sek­cji zwłok, jak i przy oka­zji oglę­dzin miejsc zbrodni. Przez wiele lat był naj­bliż­szym współ­pra­cow­ni­kiem le­gen­dar­nego już pro­fe­sora Ar­thura Elvanga, przy czym w prze­ci­wień­stwie do jego by­łego prze­ło­żo­nego z nim pra­co­wało się dużo ła­twiej i bez­pro­ble­mowo.

Tym­cza­sem w głębi sali le­karka ze sku­pie­niem po­bie­rała wy­cinki tka­nek z na­rzą­dów we­wnętrz­nych dziecka. Póź­niej trzeba bę­dzie opi­sać ich stan i wpro­wa­dzić wszyst­kie dane do spe­cjal­nej ta­beli. Była to stan­dar­dowa pro­ce­dura i pod­czas sek­cji ści­śle jej prze­strze­gano. Pod­czas gdy młoda ko­bieta zaj­mo­wała się na­rzą­dami, tech­nik za po­mocą wałka dak­ty­lo­sko­pij­nego po­sma­ro­wał opuszki chłopca tu­szem, by po chwili móc zdjąć od­ci­ski pal­ców.

Hra­bianka uchwy­ciła spoj­rze­nie Hol­ger­sena, po czym cha­rak­te­ry­stycz­nym ru­chem kciuka i palca wska­zu­ją­cego dała mu znak, że chce z nim po­roz­ma­wiać. Ten po­wie­dział coś do mło­dej le­karki, która na­tych­miast po­de­szła do po­li­cjantki.

Ko­bieta zdjęła ma­seczkę. Miała pro­por­cjo­na­lną syl­we­tkę, ale w bia­łym ki­tlu i wcią­gnię­tych na gołe łydki gu­mow­cach nie pre­zen­to­wała się zbyt atrak­cyj­nie. Te­raz, gdy ma­ska nie za­kry­wała już po­łowy jej twa­rzy, wy­raź­nie było wi­dać, że jest zmę­czona. Spraw­nym, wy­uczo­nym ru­chem zsu­nęła jed­no­ra­zowe rę­ka­wiczki, tak żeby nie ubru­dzić się krwią, po czym cel­nie wrzu­ciła je do sto­ją­cego kilka me­trów da­lej ko­sza na śmieci.

- Mu­szę się do­wie­dzieć, jak zgi­nęli do­ro­śli pa­sa­że­ro­wie statku. To zna­czy, co w tej chwili udało wam się w tej kwe­stii usta­lić. I ile osób było na po­kła­dzie, nikt nam jesz­cze tego nie po­twier­dził - rzu­ciła Hra­bianka.

Jej roz­mów­czyni się za­wa­hała, po czym od­parła nie­pew­nym gło­sem:

- Nie je­stem upo­waż­niona do udzie­la­nia ta­kich in­for­ma­cji...

Po chwili jed­nak jakby zmie­niła zda­nie. Moż­liwe, że to Hol­ger­sen dał jej ja­kiś sy­gnał, co umknęło uwa­dze Hra­bianki. Młoda le­karka wska­zała głową na drzwi, da­jąc znać, że chce, by wy­szły ra­zem z sali.

- Do­brze, ale pro­szę pa­mię­tać, że to tylko wstępne dane.

Szyb­kim kro­kiem ru­szyła w stronę biura, a Hra­bianka po­dą­żyła za nią. Tam ko­bieta zdjęła far­tuch i wrzu­ciła go do ko­sza na pra­nie, zmie­niła buty, a na­stęp­nie wy­jęła z szu­flady biurka nie­wielki no­tes.

- Mar­twe dzieci po­dzie­li­li­śmy na cztery grupy: część z nich zgi­nęła w wy­niku ob­ra­żeń po zde­rze­niu z pro­mem, kil­koro uto­nęło, jesz­cze inne zo­stały zma­sa­kro­wane przez śruby na­pę­dowe, a po­zo­stałe wy­krwa­wiły się w wo­dzie z po­wodu od­nie­sio­nych ran.

Hra­bianka ski­nęła głową, bo nie chciała się po­wta­rzać, że in­te­re­sują ją głów­nie do­ro­śli... Na­stęp­nie le­karka omó­wiła dwie z wy­mie­nio­nych grup, na co Hra­bianka po­now­nie przy­tak­nęła i po­zwo­liła jej mó­wić da­lej.

- Mamy pięt­na­ścioro dzieci, wszyst­kie w wieku szkol­nym, wy­glą­dają na ja­kieś je­de­na­ście lat i wszyst­kie są Azja­tami.

Po­dana przez nią liczba nie zga­dzała się z tym, co funk­cjo­na­riu­sze sami ob­li­czyli na­prędce w wy­dziale za­bójstw po obej­rze­niu na­gra­nia prze­ka­za­nego przez fo­to­grafa. Bra­ko­wało dwóch osób.

- Dwoje prze­żyło - wy­ja­śniła ko­bieta. - Dziew­czynka leży na od­dziale chi­rur­gii ura­zo­wej i jest w sta­nie kry­tycz­nym. Nie wiem, gdzie te­raz prze­bywa chło­piec, ale on nie miał żad­nych ob­ra­żeń.

To była dla Hra­bianki zu­peł­nie nowa wia­do­mość, do tego chyba je­dyna do­bra po­śród tych wszyst­kich okro­pieństw.

- A co z do­ro­słymi? Co o nich wiemy? - spy­tała.

- Zwłoki są w piw­nicy, przy czym zaj­miemy się nimi do­piero za ja­kiś czas.

- Ale była pani już na dole i je oglą­dała, prawda?

Po­twier­dziła ski­nie­niem głowy.

- Pięć ciał: Azjatka po trzy­dzie­stce, która uto­nęła, dwóch męż­czyzn i dwie ko­biety o kau­ka­skich ry­sach. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy zgi­nęli od ran kłu­tych za­da­nych no­żem. Obie ko­biety i je­den z męż­czyzn mają około trzy­dziestki, a ten drugi ja­kieś pięć­dzie­siąt i jest... mocno po­kan­ce­ro­wany.

- Jest pani pewna, że mowa o pię­ciu oso­bach, a nie czte­rech? - prze­rwała jej Hra­bianka. Zda­wała so­bie sprawę z tego, jak głu­pio to za­brzmiało. Zu­peł­nie jakby po­dej­rze­wała, że le­karka nie umie li­czyć. Mimo wszystko wo­lała się upew­nić.

- Tak, jest ich pię­cioro, z tego ciała czte­rech zo­stały zi­den­ty­fi­ko­wane, a jed­nej z ko­biet nie. - Zer­k­nęła do no­tat­nika i za­częła wy­mie­niać ko­lejne na­zwi­ska. Naj­pierw ster­nika, po­tem prze­wod­niczki, póź­niej Ja­ponki, a na ko­niec pa­sa­żera.

Na­gle Hra­bianka za­marła...

- Może pani po­wtó­rzyć ostat­nie na­zwi­sko? Pro­szę.

- Jo­nas Zie­gler. Miał przy so­bie prawo jazdy...

- Mu­szę zo­ba­czyć ciało! Te­raz!

Młoda ko­bieta się za­wa­hała, ale po­li­cjantka była już przy drzwiach. Ton jej głosu świad­czył o sil­nym wzbu­rze­niu i naj­wy­raź­niej za­po­mniała o wszel­kich kon­we­nan­sach. Le­karka wy­bie­gła więc za nią i po­pro­wa­dziła ją w stronę windy. Wy­raź­nie było wi­dać, że nie jest jej to w smak, lecz Hra­bianka na­wet tego nie za­uwa­żyła.

W piw­nicy pa­no­wał straszny ziąb, było tam nie­wiele po­nad pięć stopni. Młoda le­karka za­drżała, pod­czas gdy Hra­bianka na­wet nie po­czuła chłodu. Wręcz prze­ciw­nie... Była tak roz­go­rącz­ko­wana, że bała się, że za­raz spło­nie od środka.

We­szły do du­żego, nad­zwy­czaj mało przy­ja­znego po­miesz­cze­nia. Umiesz­czone na su­fi­cie re­flek­tory za­le­wały je sztucz­nym neo­no­wym świa­tłem. Zwłoki le­żały na usta­wio­nych w rów­nym rzę­dzie me­ta­lo­wych no­szach na kół­kach, wszyst­kie przy­kryte bia­łym prze­ście­ra­dłem. Hra­bianka mi­nęła pierw­sze z nich, które bez wąt­pie­nia na­le­żały do dziecka. Za­trzy­mała się przy do­ro­słych i po­cze­kała na le­karkę.

- Ta ko­bieta, która nie zo­stała jesz­cze zi­den­ty­fi­ko­wana. Gdzie ona jest?

Jej to­wa­rzyszka wska­zała na przed­ostat­nie no­sze i wy­ko­nała py­ta­jący gest.

- Od­kryć? - wo­lała się upew­nić.

- Tak, po­pro­szę...

Młoda le­karka po­de­szła i od­su­nęła prze­ście­ra­dło, od­sła­nia­jąc twarz ofiary. Hra­bianka po­dzię­ko­wała. Usi­łu­jąc za­cho­wać zimną krew, oznaj­miła, że wie, kto to jest, ale na tę chwilę nie może ujaw­nić nic wię­cej. Na­stęp­nie chwy­ciła za ko­mórkę i wy­brała nu­mer męża, lecz nie udało jej się z nim po­łą­czyć. Za­dzwo­niła więc do wy­działu za­bójstw i po­pro­siła, żeby Si­mon­sen na­tych­miast się z nią skon­tak­to­wał. Miał pew­nie spo­tka­nie, ale trudno... bę­dzie mu­siał je prze­rwać - jak­kol­wiek ważne by było. Nie mi­nęło pół mi­nuty, a te­le­fon za­wi­bro­wał, sy­gna­li­zu­jąc po­łą­cze­nie przy­cho­dzące.

- Pau­line Berg nie żyje, zo­stała za­dźgana no­żem. Była na statku wy­ciecz­ko­wym - po­in­for­mo­wała bez­na­mięt­nym gło­sem.

Roz­dział 6

Po­nie­dzia­łek, 23 sierp­nia 2010 roku, ko­menda po­li­cji

Aula pę­kała w szwach. Si­mon­sen ku swo­jemu wiel­kiemu za­sko­cze­niu stwier­dził, że wielu funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy przy­byli tu z róż­nych stron - nie­któ­rzy aż z Ju­tlan­dii - bę­dzie mu­siało stać. Za­bra­kło miejsc sie­dzą­cych. Nikt ich nie we­zwał ani nikt nic wcze­śniej nie uzgad­niał. Przy­szli do ko­mendy z sa­mego rana pod wpły­wem na­głego wspól­nego im­pulsu, żeby po­móc, je­śli tylko będą w sta­nie. W Da­nii nie­zmier­nie rzadko zda­rzały się za­bój­stwa po­li­cjan­tów. Gdy jed­nak coś ta­kiego się działo, re­ago­wano so­li­dar­nie i zde­cy­do­wa­nie: wszy­scy z wła­snej woli ofe­ro­wali wspar­cie w za­kre­sie, w ja­kim mo­gli się przy­dać, bez względu na to, czy ktoś aku­rat miał urlop, czy był dzień wolny od pracy, czy też trzeba było pra­co­wać w nocy albo po go­dzi­nach. Wszel­kie prawa pra­cow­ni­cze scho­dziły w ta­kich oko­licz­no­ściach na dal­szy plan...

Część przy­by­łych mun­du­ro­wych znała Si­mon­sena, rów­nież ci spoza per­so­nelu wy­działu za­bójstw, w tym tłu­mie sta­no­wią­cego zde­cy­do­waną mniej­szość. Si­mon­sen na­to­miast więk­szość z nich wi­dział po raz pierw­szy. W szcze­gól­no­ści wielu mło­dych, któ­rzy te­raz spo­glą­dali na niego, go­towi do po­mocy. Wi­dok pew­nych twa­rzy mocno go za­sko­czył. Zwłasz­cza gdy na­gle uj­rzał na sali swoją wła­sną córkę. Sie­działa na sa­mym środku wraz z grupką młod­szych funk­cjo­na­riu­szy z okręgu Ko­pen­hagi Za­chod­niej. Prze­cież miała być z chło­pa­kiem na urlo­pie. Wy­bie­rali się na dzie­sięć dni do Pragi. Ale naj­wy­raź­niej zmie­nili plany... Uśmiech­nęła się do niego, a on ski­nął jej z za­kło­po­ta­niem głową i po­czuł się pa­skud­nie. Przy­szedł też Poul Tro­ul­sen, dziś eme­ry­to­wany już pra­cow­nik wy­działu. Pe­dan­tyczny jak mało kto, za­wsze ofi­cjalny, kon­se­kwentny i nie­zwy­kle sku­teczny, co Si­mon­sen do­ce­nił do­piero wtedy, gdy jego pod­władny za­koń­czył służbę. Te­raz bar­dzo by mu się przy­dał... Przy­byli także jego zwierzch­nicy, za­równo ko­men­dant ko­mi­sa­riatu, jak i Ko­men­dant Główny Po­li­cji. Sie­dzieli w tyl­nym rzę­dzie, usi­łu­jąc za wszelką cenę wmie­szać się w tłum, ale z mar­nym skut­kiem.

Hra­bianka wstała z krze­sła i po­de­szła do męża. Za­su­ge­ro­wała, żeby za­czął od mi­nuty ci­szy dla uczcze­nia ofiar. Miała ra­cję, tak wła­śnie po­wi­nien po­stą­pić, choć wie­dział, że czas na­gli.

Umó­wił swo­ich lu­dzi na wpół do ósmej, żeby dać so­bie - a w prak­tyce ra­czej Pe­der­se­nowi - wy­star­cza­jąco dużo czasu na skrzyk­nię­cie czę­ści ko­le­gów i roz­miesz­cze­nie ich na uli­cach wzdłuż trasy wy­ciecz­kowca do­kład­nie dwa­dzie­ścia cztery go­dziny po jego wy­pły­nię­ciu.

Wielu lu­dzi miało swoje stałe co­dzienne zwy­czaje, na­wet w nocy z nie­dzieli na po­nie­dzia­łek. Li­czyli, że dzięki temu wzro­sną ich szanse na zna­le­zie­nie świad­ków zda­rze­nia. Pro­blem po­le­gał jed­nak na tym, że obec­nie funk­cjo­na­riu­szy do roz­lo­ko­wa­nia było pięć razy wię­cej niż zwy­kle. Da­wało im to na­tu­ral­nie sporą prze­wagę, acz­kol­wiek wy­ma­gało rów­nież czasu. Po­sta­no­wił roz­wią­zać dy­le­mat, zmie­nia­jąc ko­lej­ność po­szcze­gól­nych punk­tów spo­tka­nia. Na po­czą­tek za­czął ma­chać do zgro­ma­dzo­nych. Za­dzi­wia­jąco szybko udało mu się wszyst­kich uci­szyć. Na­stęp­nie speł­nił ży­cze­nie żony, to jest, im­pro­wi­zu­jąc, z po­wagą po­wie­dział kilka słów o tra­ge­dii, która ro­ze­grała się po­przed­niego dnia, oraz jej ofia­rach. "Zu­peł­nie się do tego nie na­daję", po­my­ślał. Na­stęp­nie zło­żył ręce i po­chy­lił głowę, ale tak, żeby mimo to wciąż mieć w za­sięgu wzroku wielki ze­gar wi­szący na tyl­nej ścia­nie sali. Jego wska­zówki wy­da­wały się te­raz po­ru­szać prze­raź­li­wie wolno, co mocno stre­so­wało szefa wy­działu.

Ostat­nia doba zu­peł­nie go wy­koń­czyła - za­równo za­wo­dowo, jak i emo­cjo­nal­nie. Naj­gor­sza była wi­zyta w domu ro­dzi­ców Pau­line. Po­je­chali tam ra­zem z Hra­bianką, żeby po­in­for­mo­wać ich o śmierci córki. Prze­ka­zy­wa­nie ta­kich wie­ści za­wsze było cho­ler­nie trudne, a to, że znali zmarłą oso­bi­ście, zmie­niło ten przy­kry obo­wią­zek w kosz­mar. Póź­niej była cała se­ria wy­wia­dów dla prasy i do domu w S?l­le­r?d Si­mon­sen z żoną do­tarli do­piero po pół­nocy. Jakby tego było mało, w środku nocy zbu­dził go te­le­fo­nem Kurt Mel­sing, obec­nie szef wy­działu tech­niki kry­mi­na­li­stycz­nej. Zdo­był in­for­ma­cje do­ty­czące za­mor­do­wa­nego męż­czy­zny, jed­nego z pa­sa­że­rów statku. Wy­szu­ki­wa­nie tego ro­dzaju da­nych w żad­nym ra­zie nie le­żało w kom­pe­ten­cjach Mel­singa. Nie wy­ja­śnił też, jak wszedł w ich po­sia­da­nie. W obec­nej sy­tu­acji nie miało to jed­nak więk­szego zna­cze­nia. Cho­dziło o trzy­dzie­stocz­te­ro­let­niego eks­pe­dienta za­miesz­ka­łego w pół­nocno-za­chod­niej Ko­pen­ha­dze. Na­zy­wał się Jo­nas Zie­gler. Si­mon­sen wie­dział o tym już wcze­śniej, ale te­raz do­wie­dział się cze­goś wię­cej: Zie­gler był swego czasu le­śni­kiem w Duń­skiej Agen­cji La­sów i Przy­rody w gmi­nie Hal­sn?s i wła­śnie wtedy po­znał Pau­line. To, co usta­lił Mel­sing, wska­zy­wało na dość nie­przy­jemne za­leż­no­ści. Dla­tego też za­dzwo­nił do swo­jego szefa w środku nocy.

Berg miała ob­se­sję na punk­cie śmierci, która - jak po­wszech­nie wia­domo - jest rze­czą na­tu­ralną. Aspi­rantka jed­nak wszę­dzie do­szu­ki­wała się prze­stęp­stwa i cza­sem przez wiele ty­go­dni po­świę­cała swoim śledz­twom więk­szość wol­nego czasu i masę uwagi w go­dzi­nach pracy. To wła­śnie dla­tego na­wią­zała kon­takt z Zie­gle­rem. Te­raz Si­mon­sen w końcu bę­dzie mu­siał prze­pro­wa­dzić skru­pu­latne do­cho­dze­nie w wy­ima­gi­no­wa­nej spra­wie Pau­line, o które funk­cjo­na­riuszka wie­lo­krot­nie wier­ciła mu dziurę w brzu­chu.

Hra­bianka też się obu­dziła. Mąż stre­ścił jej roz­mowę z Mel­sin­giem, po czym za­py­tał:

- Kiedy za­świ­tało ci w gło­wie, że to Pau­line może być piątą ofiarą? Po tym jak usły­sza­łaś na­zwi­sko Zie­glera?

- Może... Czy to nie wszystko jedno? - spy­tała wy­raź­nie przy­gnę­bio­nym gło­sem.

Nie od­po­wie­dział. Przez ja­kiś czas le­żeli w ciem­no­ści i oboje nie mo­gli za­snąć.

- O czym my­ślisz? - prze­rwała ci­szę, za­da­jąc pro­za­iczne py­ta­nie.

- O tym, jak mocno ty, Arne i Klavs je­ste­ście emo­cjo­nal­nie za­an­ga­żo­wani w tę sprawę. I czy nie le­piej by było was od niej od­su­nąć...

Hra­bianka na­tych­miast usia­dła na łóżku. Mi­nęło jed­nak tro­chę czasu, za­nim się ode­zwała.

- A co z tobą? Z two­imi uczu­ciami?

- Nie mam z tym pro­blemu...

Wcią­gnęła gło­śno po­wie­trze, sta­ra­jąc się opa­no­wać wście­kłość.

- Ja pier­dolę! Si­mon... - Prze­kli­nała nie­zwy­kle rzadko. Po­ło­żyła się po­now­nie, tym ra­zem od­wró­cona do niego ple­cami, po czym wy­szep­tała: - Nie do wiary... Cza­sami za­cho­wu­jesz się jak ostatni du­pek.

Gdy wska­zówka se­kun­dowa okrą­żyła tar­czę wi­szą­cego w auli ze­gara, Si­mon­sen za­koń­czył mi­nutę ci­szy, dzię­ku­jąc ze­bra­nym za uczcze­nie pa­mięci ofiar. Na­stęp­nie od­dał głos Pe­der­se­nowi, by ten prze­ka­zał in­for­ma­cje or­ga­ni­za­cyjne do­ty­czące ak­cji po­szu­ki­wa­nia świad­ków.

- Za­stępca szefa wy­działu za­bójstw, Arne Pe­der­sen - przed­sta­wił go.

Wiele osób się uśmiech­nęło, w tym sam Pe­der­sen. Dum­nie wkro­czył na po­dium, a Si­mon­sen sko­rzy­stał z oka­zji, żeby wy­cią­gnąć z sali Hra­biankę, Tro­ul­sena i Ar­nolda. Wie­dział, że Arne nie po­trze­buje jego po­mocy. Gdy tylko wy­szli na ko­ry­tarz, od razu prze­szedł do rze­czy. Żo­nie przy­dzie­lił naj­sze­rzej za­kro­jone za­da­nie. Po­dał jej mapę i po­wie­dział:

- Za­bierz ze sobą tylu funk­cjo­na­riu­szy, ilu po­trze­bu­jesz, ale zo­staw mi kilku naj­bar­dziej do­świad­czo­nych śled­czych. Spró­buj­cie zdo­być na­gra­nia z mo­ni­to­ringu ze wszyst­kich ka­mer na uli­cach, które za­zna­czy­łem na czer­wono, ewen­tu­al­nie też z in­nych, je­śli wy­star­czy ci lu­dzi. Trzeba to zro­bić jak naj­szyb­ciej, naj­le­piej jesz­cze dziś. Mu­si­cie za­bez­pie­czyć wszystko: to zna­czy nie tylko to, co za­re­je­stro­wały na­sze ka­mery, ale także wszel­kie na­gra­nia ze sta­cji ben­zy­no­wych, fa­bryk, cen­trów han­dlo­wych, szkół, ban­ko­ma­tów i au­to­ma­tów do wy­miany wa­lut, ban­ków, ho­teli, re­stau­ra­cji, tak­só­wek, au­to­bu­sów, dwor­ców ko­le­jo­wych, pe­ro­nów, fo­to­ra­da­rów oraz in­nych miejsc, które mi umknęły. Krótko mó­wiąc: trzeba spraw­dzić wszę­dzie tam, gdzie mają mo­ni­to­ring. Wiem, że daję ci naj­bar­dziej upier­dliwą ro­botę, ale to bar­dzo ważne. Skon­tak­tuj się póź­niej z Mal­tem i po­proś, by upo­rząd­ko­wał filmy chro­no­lo­gicz­nie i wrzu­cił na ser­wer, że­by­śmy mo­gli je ścią­gnąć na swoje kom­pu­tery.

- Malte uczy się do eg­za­minu... Mogę zle­cić na­szym in­for­ma­ty­kom, żeby stwo­rzyli dla nas bazę da­nych - rzu­ciła Hra­bianka bez en­tu­zja­zmu.

Malte Bo­rup był stu­den­tem in­for­ma­tyki, który od­by­wał prak­tyki w wy­dziale za­bójstw. Nie­ba­wem miał jed­nak skoń­czyć stu­dia, więc nikt nie wie­dział, jak długo jesz­cze u nich zo­sta­nie. Si­mon­sen z miej­sca oba­lił plan żony:

- Nie ma szans, po­li­cyjni in­for­ma­tycy są ze wszyst­kim do tyłu... Mo­żesz ewen­tu­al­nie sko­rzy­stać z na­szych zna­jo­mo­ści i po­pro­sić, żeby prze­su­nęli Mal­temu ter­min na uczelni. Ale ścią­gnij go tu, bar­dzo go po­trze­buję.

- Poza tym ra­czej kiep­scy z nich ha­ke­rzy - do­dał su­cho Klavs, gwoli uzu­peł­nie­nia.

Hra­bianka osta­tecz­nie się pod­dała.

- Do­bra. Coś jesz­cze? - spy­tała krótko, chcąc za­koń­czyć tę roz­mowę.

Si­mon­sen nie miał już nic do do­da­nia, więc mo­gła wró­cić na salę.

Na­stęp­nie przy­dzie­lił za­da­nie Tro­ul­se­nowi. Naj­pierw szybko, za­le­d­wie w dwóch zda­niach, wy­ra­ził ra­dość z tego, że znowu go wi­dzi, a po­tem w dzie­się­ciu ogól­ni­kowo wpro­wa­dził go w sprawę.

- Na ra­zie jest za wcze­śnie, żeby stwier­dzić, czy wśród zna­le­zio­nych ciał jest też za­bójca. Ale ist­nieje taka moż­li­wość. Nie mo­żemy jej na ra­zie wy­klu­czyć... - za­koń­czył.

- Jedno dziecko po­do­bno prze­żyło, prawda? - za­py­tał Tro­ul­sen.

- Tak. Chło­piec. Ale jest w szoku i nie da się go prze­słu­chać. Te­raz mieszka w am­ba­sa­dzie Ja­po­nii i Ja­poń­czycy obie­cali skon­tak­to­wać się z Mi­ni­ster­stwem Spraw Za­gra­nicz­nych, jak tylko się cze­goś do­wie­dzą.

Tro­ul­sen wes­tchnął wy­raź­nie za­wie­dziony, a Si­mon­sen mó­wił da­lej:

- Je­śli sprawca lub sprawcy nie byli pa­sa­że­rami wy­ciecz­kowca, a tak wła­śnie przy­pusz­czam, za­sta­na­wia­jące jest, jak w ta­kim ra­zie do­stali się na po­kład. Bo wszystko wska­zuje na to, że na pewno nie na Gam­mel Strand, gdzie roz­po­czął się rejs. Po­twier­dziło to wielu świad­ków, mię­dzy in­nymi bi­le­terka. To jed­nak nie je­dyna kwe­stia, którą mu­sisz roz­strzy­gnąć. Chcę też, że­byś do­wie­dział się ab­so­lut­nie wszyst­kiego na te­mat tego statku. Masz zdo­być spe­cy­fi­ka­cje tech­niczne, jego plan, dane do­ty­czące pręd­ko­ści, sys­temu na­gła­śnia­ją­cego, pro­ce­dur ra­tun­ko­wych w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych i tak da­lej. My­ślę, że na po­czątku warto się skon­tak­to­wać z ar­ma­to­rem. Po­proś na­szych lu­dzi o le­gi­ty­ma­cję po­li­cyjną, w ra­zie gdy­byś jej po­trze­bo­wał, zaj­mij któ­reś z wol­nych biur i wy­bierz so­bie do pracy, kogo tylko ze­chcesz.

Tro­ul­sen po­wtó­rzył szcze­gó­łowo i aż na­zbyt wolno wszyst­kie swoje za­da­nia, po czym stwier­dził, że nie po­trze­buje ani le­gi­ty­ma­cji, ani biura. W tej chwili nie ży­czył też so­bie żad­nej po­mocy. Si­mon­sen sta­rał się za­cho­wać uprzejmy wy­raz twa­rzy, ale gdy tylko jego roz­mówca od­wró­cił się do niego ple­cami, wes­tchnął z wy­raźną ulgą.

Lu­dzie za­częli już opusz­czać salę, co ozna­czało, że Arne za­ła­twił sprawę szybko i sku­tecz­nie. Si­mon­sen od­cią­gnął Ar­nolda na bok, żeby mo­gli w spo­koju po­roz­ma­wiać. Po­tem opo­wie­dział mu o Zie­gle­rze i jego wcze­śniej­szej pracy le­śnika w gmi­nie Hal­sn?s. Ju­tland­czyk z miej­sca za­ła­pał, o co cho­dzi. Sam wy­brał się kie­dyś z Pau­line do Melby, gdzie mieli się spo­tkać z pew­nym le­śni­czym, ale ten nie przy­szedł. Po­je­chał z nią w ge­ście do­brej woli, żeby nie­jako wes­przeć ją w jej uro­jo­nej mi­sji.

Ar­nold w prze­ci­wień­stwie do Hra­bianki nie za­pa­mię­tał na­zwi­ska. W pa­mięci utkwiło mu za to coś in­nego.

- Pau­line mó­wiła o nim "le­śni­czy", a nie "le­śnik". Tego je­stem ab­so­lut­nie pe­wien.

- Za­rządca lasu, straż­nik le­śny, le­śnik, le­śni­czy, kto by się za­sta­na­wiał, czym te funk­cje się od sie­bie róż­nią? Ale je­śli uwa­żasz, że ma to zna­cze­nie, mo­żesz zgłę­bić te­mat.

Ar­nold nie od­po­wie­dział. Na­gle jed­nak jakby do­tarło do niego, czym bę­dzie mu­siał się za­jąć.

- Czy my­ślisz, że Pau­line mimo wszystko... to zna­czy, w taki lub inny spo­sób...? - spy­tał wy­raź­nie po­ru­szony.

Słowa uwię­zły mu w gar­dle, ale Si­mon­sen szybko uciął te­mat. Było zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie, żeby się w tej kwe­stii wy­po­wia­dać, a on sam nic nie my­ślał.

- Co za gów­niana sprawa, Si­mo­nie - wes­tchnął, co jego szef po­now­nie zi­gno­ro­wał.

- Za­cznij od prze­szu­ka­nia miesz­ka­nia Pau­line, a przede wszyst­kim przej­rzyj jej te­le­fon. Sprawdź, czy są tam ja­kieś no­tatki do­ty­czące... tej jej sprawy. Za­kła­dam, że tak, więc mu­sisz je od­szu­kać. Daj znać, jak tylko bę­dziesz coś miał. I jesz­cze jedno: mógł­byś za­brać ze sobą Annę Mię i może kilku in­nych funk­cjo­na­riu­szy z jej po­ste­runku? Mar­twi mnie, że tu jest, a jak weź­miesz ją pod swoje skrzy­dła, to przy­naj­mniej będę wie­dział, co robi.

Ar­nold zmarsz­czył brwi.

- No tak... Twoja córka też ma prawo po­móc. Były prze­cież z Pau­line bar­dzo bli­sko.

Si­mon­sen wy­ce­lo­wał w niego pa­lec wska­zu­jący.

- Czy masz ja­kieś py­ta­nia do tego, o co cię po­pro­si­łem?

Ju­tland­czyk po­krę­cił głową na znak, że nie.

- W ta­kim ra­zie za­bie­raj się do ro­boty.

Roz­dział 7

Po­nie­dzia­łek, 23 sierp­nia 2010 roku, ko­menda po­li­cji

Si­mon­sen miał sto­sun­kowo spo­kojny dzień. Po­szcze­gólne grupy wy­ko­ny­wały już po­wie­rzone im za­da­nia, on sam zaś wkra­czał do ak­cji je­dy­nie wtedy, gdy po­ja­wiały się ja­kieś nowe po­szlaki. Około dzie­wią­tej rano w ko­men­dzie zja­wił się Bo­rup, który dla do­bra śledz­twa bez wiel­kiego żalu zgo­dził się na prze­su­nię­cie eg­za­minu koń­co­wego. Si­mon­sen po­in­stru­ował go krótko, by wie­dział, czego się od niego ocze­kuje, po czym chło­pak z za­pa­łem za­brał się do pracy.

Nie­długo po­tem szef wy­działu otrzy­mał wstępne ży­cio­rysy czte­rech do­ro­słych osób, które uczest­ni­czyły w rej­sie wy­ciecz­ko­wym - na­tu­ral­nie oprócz aspi­rantki Berg. Ja­poń­ska na­uczy­cielka nie wzbu­dzała po­dej­rzeń. Wraz z trzema in­nymi pe­da­go­gami wy­brała się z piątą klasą do Ko­pen­hagi w ra­mach pro­gramu wy­miany mię­dzy­kul­tu­ro­wej mię­dzy Ja­po­nią a Da­nią. Za­równo dzieci, jak i ich opie­ku­no­wie po­cho­dzili z mia­sta Sen­dai po­ło­żo­nego nad Oce­anem Spo­koj­nym, na pół­noc od To­kio. Spę­dzili w duń­skiej sto­licy dzie­więć dni, a więc przy­le­cieli w ze­szły czwar­tek. Wiele osób, które wi­działo całe zda­rze­nie z lądu, re­la­cjo­no­wało, że ko­bieta wy­sko­czyła za burtę na wy­so­ko­ści na­brzeża S?n­dre Told­bod na sa­mym środku wej­ścia do portu mię­dzy wy­spą Ama­ger a Ze­lan­dią. Wy­da­rzyło się to chwilę po tym, jak wy­ciecz­ko­wiec wy­ko­nał zwrot o dzie­więć­dzie­siąt stopni, po czym po­pły­nął da­lej, w kie­runku Portu Ze­wnętrz­nego. To było cie­kawe. Na­le­żało przy­pusz­czać, że wy­sko­czyła z ło­dzi, pró­bu­jąc ra­to­wać ży­cie. Wy­ma­chi­wała po­do­bno roz­pacz­li­wie rę­koma, a trzech świad­ków wsko­czyło do wody, by po­pły­nąć jej na ra­tu­nek. Nie­stety nie zdą­żyli, bo za­raz po­tem znik­nęła pod jej po­wierzch­nią. Zgod­nie z in­nymi ze­zna­niami, które do­tarły do Si­mon­sena już wcze­śniej, w chwili, gdy sta­tek pły­nął ka­na­łem Stads­gra­ven, mi­ja­jąc na­le­żące do wy­spy Ama­ger wy­sepki Fre­de­rik­sholm i Ny­holm, nie za­re­je­stro­wano na nim nic po­dej­rza­nego. Miej­sce do­ko­na­nia zbrodni można było za­tem usta­lić z nie­mal stu­pro­cen­tową pew­no­ścią.

Aspi­rantka Berg, były le­śni­czy Zie­gler, ster­nik i prze­wod­niczka zo­stali za­mor­do­wani na wy­so­ko­ści na­brzeża S?n­dre Told­bod około wpół do dzie­sią­tej rano. Na­uczy­cielka z Ja­po­nii uto­nęła mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, a jej zwłoki wy­ło­wiono przy Lan­ge­li­nie chwilę po je­de­na­stej - czyli do­bre pół­to­rej go­dziny po tym, jak wy­sko­czyła za burtę.

Z punktu wi­dze­nia śledz­twa ani prze­wod­niczka, ani ster­nik na pierw­szy rzut oka nie wzbu­dzali więk­szego za­in­te­re­so­wa­nia. Męż­czy­zna miał pięć­dzie­siąt dwa lata i po­cho­dził z gminy Greve. Był do­ma­to­rem i nie miał na su­mie­niu nic, co po­li­cja mo­głoby uznać za istotne. Dwu­dzie­sto­trzy­let­nia prze­wod­niczka stu­dio­wała an­gli­stykę na Uni­wer­sy­te­cie w Ko­pen­ha­dze. Sama wy­naj­mo­wała miesz­ka­nie spół­dziel­cze w mie­ście. Ani on, ani ona nie mieli kry­mi­nal­nej prze­szło­ści, a przy­naj­mniej nie fi­gu­ro­wali w po­li­cyj­nych re­je­strach. Si­mon­sen wi­dział w nich za­tem je­dy­nie przy­pad­kowe ofiary. Ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że w naj­bliż­szych dniach do­głęb­nie prze­stu­diują ich ży­cio­rysy, więc nic nie było jesz­cze prze­są­dzone. Już nie raz wszystko się wtedy zmie­niało. Tu i te­raz skła­niał się jed­nak ra­czej ku temu, że je­śli sprawca w ogóle miał ja­kiś lo­giczny mo­tyw, jego ce­lem mu­sieli być Pau­line i Jo­nas, bądź jedno z nich.

W związku z tym na­le­żało się przyj­rzeć Zie­gle­rowi.

Uro­dził się w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym siód­mym roku, do­ra­stał w wio­sce ?l­sted w gmi­nie Hal­sn?s. Po ukoń­cze­niu szkoły przy­jęto go w dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim roku na prak­tyki w za­wo­dzie ko­wala w wal­cowni stali Sta?lval­se­v?r­ket w mie­ście Fre­de­rik­sv?rk. Uzy­skał tam świa­dec­two cze­lad­ni­cze i pra­co­wał w wal­cowni do dwa ty­siące dru­giego roku, po czym długo prze­by­wał na zwol­nie­niu le­kar­skim z po­wodu cho­roby krę­go­słupa. W stycz­niu dwa ty­siące trze­ciego roku do­stał po­sadę w Wy­dziale Tech­nicz­nym Urzędu Gminy Fre­de­rik­sv?rk, gdzie zaj­mo­wał się ochroną przy­rody. Po dwóch la­tach zmie­nił pra­co­dawcę, ale obo­wiązki wciąż miał po­do­bne - za­trud­nił się w Duń­skiej Agen­cji La­sów i Przy­rody w re­gio­nie pół­noc­nej Ze­lan­dii. Tu zo­stał do je­sieni dwa ty­siące dzie­wią­tego roku, po czym znów na­stą­pił zwrot w jego ka­rie­rze. Zo­stał bo­wiem eks­pe­dien­tem sieci han­dlo­wej Da­glig­K?b w Tune i pra­co­wał tam do mo­mentu, gdy go za­mor­do­wano. Poza tym, że w dzie­więć­dzie­sią­tym ósmym roku zo­stał za­trzy­many za jazdę po pi­jaku, Jo­nas Zie­gler nie był ka­rany. W li­sto­pa­dzie dwa ty­siące dzie­wią­tego roku prze­nie­siono go z gminy Hal­sn?s do pół­nocno-za­chod­niej Ko­pen­hagi.

Si­mon­sen dwu­krot­nie z uwagą prze­czy­tał prze­ka­zane mu dane, a do tego przej­rzał całe mnó­stwo za­łącz­ni­ków, które jed­nak nie wnio­sły nic do sprawy. Gdy tylko skoń­czył, za­dzwo­nił Ar­nold. Był w miesz­ka­niu Pau­line w R?do­vre, ale zdo­był też cie­kawe in­for­ma­cje na jej te­mat od in­nych śled­czych. Zre­la­cjo­no­wał, że w ciągu ostat­nich dwóch ty­go­dni Pau­line trzy razy roz­ma­wiała z Zie­gle­rem przez te­le­fon. Dwa razy dzwo­niła ona, na­to­miast za trze­cim ra­zem te­le­fo­no­wał były le­śni­czy. Poza tym we­szli na za­cu­mo­wany przy wy­brzeżu na Gam­mel Strand wy­ciecz­ko­wiec ra­zem i usie­dli obok sie­bie mniej wię­cej po­środku po­kładu.

Si­mon­sen po­dzię­ko­wał za spra­woz­da­nie i nie­malże w tej sa­mej chwili, gdy się roz­łą­czył, zo­ba­czył, że tym ra­zem dzwoni do niego Mel­sing, który rów­nież chciał mu zło­żyć wstępny ra­port. W la­bo­ra­to­rium zba­dano DNA wy­cin­ków po­bra­nych z ran kłu­tych wszyst­kich czte­rech ofiar, a po­nadto udało się okre­ślić, w ja­kiej ko­lej­no­ści zgi­nęły.

Krew pierw­szej za­mor­do­wa­nej osoby za­cho­wała się na ostrzu noża uży­tego przez mor­dercę i do­stała się do tka­nek ko­lej­nych za­bi­tych. Sprawca naj­pierw po­zba­wił ży­cia Zie­glera, dźga­jąc go w szyję. Na pod­sta­wie oceny kąta, pod któ­rym zo­stał za­dany cios, pa­to­lo­dzy stwier­dzili, że były le­śnik umarł, sie­dząc - na­past­nik za­ata­ko­wał z po­zy­cji sto­ją­cej. Póź­niej za­bił aspi­rantkę Berg - dwoma pchnię­ciami no­żem w plecy, przy czym za dru­gim ra­zem tra­fił w serce. Ko­bieta przed śmier­cią zdo­łała jesz­cze wstać, a po­tem osu­nęła się mię­dzy sie­dze­nia, dla­tego nie wi­dać jej na na­gra­niu ope­ra­tora. Na­stęp­nie przy­szła ko­lej na ster­nika, któ­remu mor­derca po­de­rżnął gar­dło. Za­szedł go od tyłu, gdy ten sie­dział za ste­rem. Na sam ko­niec zo­sta­wił so­bie prze­wod­niczkę. Uśmier­cił ją w po­zy­cji sto­ją­cej, za­da­jąc dwa ciosy tym sa­mym na­rzę­dziem - je­den w brzuch, a drugi w szyję. Naj­praw­do­po­dob­niej użył bo­jo­wego noża woj­sko­wego, ale Mel­sing za­zna­czył, że to bę­dzie można do­kład­nie usta­lić do­piero na póź­niej­szym eta­pie.

In­for­ma­cje prze­ka­zane przez szefa wy­działu tech­niki kry­mi­na­li­stycz­nej świad­czyły o tym, że żadne z czte­rech ciał nie na­le­żało do sprawcy, a pół go­dziny póź­niej wnio­sek ten zo­stał osta­tecz­nie po­twier­dzony. Si­mon­sen otrzy­mał bo­wiem nad­zwy­czaj zwię­zły, acz rze­czowy ra­port: mały Ja­poń­czyk, który prze­żył ma­sa­krę, ze­znał, że do­ro­słych Duń­czy­ków za­mor­do­wał no­żem ja­kiś męż­czy­zna. Po­tem na­past­nik opu­ścił sta­tek - za­raz po tym, jak na­uczy­cielka wy­sko­czyła za burtę. Uznano, że duń­ska po­li­cja bę­dzie mo­gła póź­niej prze­słu­chać chłopca, ale naj­wcze­śniej za kilka dni. Nie można więc było wy­klu­czyć, że prze­słu­cha­nie bę­dzie się mu­siało od­być w Ja­po­nii.

Tak jak za­wsze, gdy po­trze­bo­wał się na chwilę ode­rwać, Si­mon­sen pod­szedł do okna swo­jego biura i spoj­rzał na ulicę, nie zda­jąc so­bie na­wet do końca sprawy z tego, co wła­ści­wie wi­dzi. My­ślami był zu­peł­nie gdzie in­dziej...

Wie­dział, że Pau­line i po­zo­sta­łym ofia­rom na nic się zda­dzą jego smu­tek i żal. On zaś miał prawo sku­pić się na śledz­twie, dba­jąc o to, by zu­peł­nie nie­istotne dla sprawy oso­bi­ste emo­cje i uczu­cia nie prze­szka­dzały mu w jej roz­wi­kła­niu. Od swo­ich naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków rów­nież ocze­ki­wał chęci do pracy i en­tu­zja­zmu. Je­śli nie po­tra­fili wziąć się w garść, byli mu w tym do­cho­dze­niu zbędni.

Sam so­bie do­dał otu­chy, po czym za­brał się za spo­rzą­dze­nie ra­portu do­ty­czą­cego ob­se­sji Pau­line na punk­cie śmierci mło­dej ko­biety. Cho­dziło o Juli De­nis­sen, która zda­niem aspi­rantki z całą pew­no­ścią zo­stała za­mor­do­wana. Si­mon­sen nie­jed­no­krot­nie do­sta­wał bia­łej go­rączki, gdy tylko sły­szał o tej spra­wie. Te­raz jed­nak na­gle oka­zała się ona istotna, bo mo­gła sta­no­wić klucz do wy­ja­śnie­nia oko­licz­no­ści rzezi na po­kła­dzie statku. Miał świetną pa­mięć i bar­dzo rzadko mu­siał co­kol­wiek spraw­dzać, co znacz­nie uła­twiało mu pracę.

Pau­line Berg za­częła pracę w wy­dziale za­bójstw w dwa ty­siące szó­stym roku, ma­jąc dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Przez pierw­szy rok była pra­co­wita, su­mienna, żądna wie­dzy i nad­zwy­czaj am­bitna. Ale wszystko się zmie­niło po tym, jak w trak­cie śledz­twa po­rwano ją i za­mknięto w bun­krze na pół­noc­nej Ze­lan­dii. Zo­stała uwol­niona, po­zor­nie cała i zdrowa, lecz jej psy­chika mocno na tym ucier­piała. Po dość dłu­giej re­ha­bi­li­ta­cji wró­ciła do ko­mi­sa­riatu w świet­nej for­mie fi­zycz­nej, za to zu­peł­nie od­mie­niona psy­chicz­nie. Czę­sto ro­biła to, na co aku­rat miała ochotę, wy­ko­ny­wała tylko te po­le­ce­nia, które chciała wy­ko­nać, i sprze­ci­wiała się wszel­kim au­to­ry­te­tom. Przy­naj­mniej raz pod­jęła próbę sa­mo­bój­czą.

Całą swoją ener­gię po­świę­cała jed­nemu śledz­twu. Na­wia­sem mó­wiąc, była to przy­pusz­czal­nie je­dyna sprawa po jej po­wro­cie, do któ­rej na­prawdę się pa­liła. Po tym, jak po­rwano aspi­rantkę Berg, do ko­mendy z wła­snej woli zgło­siła się pewna ko­bieta. Po­sia­dała in­for­ma­cje, które - jak się póź­niej oka­zało - do­pro­wa­dziły do prze­łomu w do­cho­dze­niu. Ko­bieta na­zy­wała się Juli De­nis­sen i miesz­kała we Fre­de­rik­sv?rk. Za­le­d­wie rok póź­niej, dzie­sią­tego lipca dwa ty­siące ósmego roku, Juli zo­stała za­mor­do­wana na daw­nym po­li­go­nie woj­sko­wym Melby Over­drev. To ma­low­ni­cze te­reny nad cie­śniną Kat­te­gat, mię­dzy As­serbo i Hun­de­sted. Ko­bietę zna­lazł Jo­nas Zie­gler, który pra­co­wał aku­rat nie­opo­dal w le­sie i usły­szał płacz jej dziecka. Utrzy­my­wał, że gdy do­tarł na miej­sce, ko­bieta już nie żyła. Zna­lazł ją Jo­nas Zie­gler, który pra­co­wał aku­rat nie­opo­dal w le­sie i usły­szał płacz jej dziecka. Gdy już do­tarł na miej­sce, za­dzwo­nił, a przy­pusz­czal­nie zro­bili to ra­zem, bo Juli po­czuła się źle. pod nu­mer sto dwa­na­ście. Jed­nak, gdy przy­je­chała ka­retka po­go­to­wia, ko­bieta już nie żyła.

Co do przy­czyny zgonu nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści: Juli De­nis­sen zmarła na sku­tek krwo­toku śród­mó­zgo­wego. Sek­cja zwłok prze­pro­wa­dzona w od­dziale me­dy­cyny są­do­wej szpi­tala w Hil­le­r?d wy­ka­zała, że ko­bieta na­le­żała do jed­nego pro­centa po­pu­la­cji, który ro­dzi się z tęt­nia­kami; wy­lew krwi do mó­zgu na­stą­pił w wy­niku na­padu sil­nego lęku, ale gdyby nie to, i tak wcze­śniej czy póź­niej stra­ci­łaby ży­cie z po­wodu swo­jej przy­pa­dło­ści. Nie­pra­wi­dłowo zbu­do­wane na­czy­nia pę­kają w sy­tu­acji du­żego ob­cią­że­nia psy­chicz­nego lub spo­rego wy­siłku fi­zycz­nego.

Póź­niej do wy­działu za­bójstw zgło­siło się kilka osób z kręgu naj­bliż­szych Juli De­nis­sen, twier­dząc, że bez wąt­pie­nia ją za­mor­do­wano. Si­mon­sen zu­peł­nie przy­pad­kowo po­pro­sił, by to wła­śnie aspi­rantka Berg się nimi za­jęła. Za­ło­żył przy tym oczy­wi­ście, że jego pod­władna po pro­stu wy­pro­wa­dzi ich z błędu i ode­śle do domu. Jak się po­tem oka­zało, była to naj­więk­sza po­myłka w jego ka­rie­rze. Pau­line bo­wiem z wiel­kim en­tu­zja­zmem pod­chwy­ciła tę bez­sprzecz­nie błędną teo­rię spi­skową i upar­cie kon­ty­nu­owała śledz­two w spra­wie, na­wet wtedy, gdy in­spek­tor zdo­łał osta­tecz­nie prze­ko­nać po­zo­sta­łych człon­ków sa­mo­zwań­czej grupy do­cho­dze­nio­wej, że Juli zmarła w spo­sób na­tu­ralny. Udało mu się to głów­nie dzięki temu, że na­mó­wił eme­ry­to­wa­nego pro­fe­sora me­dy­cyny są­do­wej Ar­thura Elvanga, by ten do­głęb­nie prze­stu­dio­wał pro­to­kół sek­cji zwłok. Tylko Pau­line na­dal wie­rzyła, że było ina­czej. Po­pa­dła w ob­se­sję na punk­cie tego przy­padku; ku ogrom­nej iry­ta­cji wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy wy­działu za­bójstw, a zwłasz­cza Si­mon­sena, który ani prośbą, ani groźbą nie był w sta­nie wy­per­swa­do­wać swo­jej pod­wład­nej tych uro­jeń do­ty­czą­cych mor­der­stwa. Ko­niec koń­ców wszy­scy, w tym on sam, mach­nęli na to ręką i po­go­dzili się z fik­sa­cją Berg w kwe­stii śmierci Juli De­nis­sen. Nie mieli wy­boru, mo­gli ją je­dy­nie zwol­nić, ale do­wódz­two sta­now­czo się temu sprze­ci­wiało. Zresztą Si­mon­sen tak na­prawdę ni­gdy nie brał tego pod uwagę. Sta­nęło za­tem na tym, że on i jego naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy raz na ja­kiś czas, po­nie­kąd na zmianę, "wspie­rali" Pau­line, oczy­wi­ście zu­peł­nie pry­wat­nie, w jej bez­owoc­nych wy­sił­kach ma­ją­cych na celu roz­wi­kła­nie tej mrocz­nej ta­jem­nicy. Dzięki temu wie­dzieli przy­naj­mniej, czym się zaj­muje. Mię­dzy sobą na­zy­wali ten przy­pa­dek "nie­ist­nie­jącą sprawą Juli De­nis­sen", czemu z re­guły to­wa­rzy­szył lekko iro­niczny uśmiech.

Si­mon­sen oparł brodę na dło­niach. To, że w tym mo­men­cie w kwe­stii rze­czo­nej nie­ist­nie­ją­cej sprawy ni­czego nie był już pe­wien, ro­zu­miało się samo przez się. Do tego, prze­trzą­sa­jąc za­ka­marki pa­mięci, uzmy­sło­wił so­bie ku wła­snemu za­sko­cze­niu, że już kie­dyś, na­wet je­śli działo się to chwilę temu, miał po­do­bne wąt­pli­wo­ści. Nie po­tra­fił so­bie nie­stety przy­po­mnieć, kiedy i w ja­kich oko­licz­no­ściach, i nie da­wało mu spo­koju.

Skoń­czył ra­port, wpro­wa­dził go do re­je­stru, po czym ro­ze­słał do swo­ich ko­le­gów i in­nych wy­dzia­łów.

Kwa­drans póź­niej ktoś nie­śmiało za­pu­kał do drzwi.

- Pro­szę wejść - rzu­cił in­spek­tor.

W progu jego biura stała dość młoda ciem­no­włosa ko­bieta, wy­soka i krępa, o gru­bych ry­sach.

- Mogę usiąść? - spy­tała głę­bo­kim gło­sem.

Si­mon­sen zmarsz­czył czoło.

- To za­leży w du­żej mie­rze od tego, kim pani jest i o co cho­dzi.

Ku jego zdzi­wie­niu nie­zna­joma za­jęła miej­sce przy biurku, a zro­biła to z obez­wład­nia­ją­cym uśmie­chem, który jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki zu­peł­nie od­mie­nił jej wy­gląd i spra­wił, że wy­dała mu się te­raz na­wet ładna.

- Pro­szę wy­ba­czyć, ale bolą mnie nogi. Na­zy­wam się Anica Buch i od ja­kie­goś czasu pra­cuję w wy­dziale po­li­cji kry­mi­nal­nej w Glo­strup. Dziś ra­zem z wie­loma in­nymi ochot­ni­kami z jed­nostki prze­cze­su­jemy ulice w po­szu­ki­wa­niu świad­ków. Chcia­ła­bym któ­re­goś dnia do­łą­czyć do pań­skiego ze­społu, ale spo­koj­nie, za chwilę so­bie pójdę.

- Je­stem zu­peł­nie spo­kojny. Niech pani mówi...

Otóż funk­cjo­na­riuszka prze­czy­tała na kom­pu­te­rze swo­jego szefa - zu­peł­nie jaw­nie, co chciała po­kre­ślić - prze­słany nie­dawno przez Si­mon­sena ra­port do­ty­czący Pau­line Berg. W związku z tym po­sta­no­wiła po­dejść tu w prze­rwie, bo jej prze­ło­żony nie po­zwo­lił, by sama ko­re­spon­do­wała z sze­fem wy­działu za­bójstw. Uznał, że ze względu na jej sto­pień nie bę­dzie to w do­brym to­nie.

- Ale nie za­ka­zał pani tu przy­cho­dzić? - wtrą­cił Si­mon­sen z lek­kim uśmie­chem.

- Ra­czej nie. To zna­czy... nic o tym nie wspo­mniał.

- W po­rządku. A o czym chciała mi pani po­wie­dzieć?

- Że w szpi­talu w Hil­le­r?d nie ma pro­sek­to­rium. A na­pi­sał pan, że sek­cja zwłok dziew­czyny, która zgi­nęła w Melby Over­drev, to zna­czy Juli De­nis­sen, od­była się wła­śnie tam, więc coś się tu nie zga­dza. To pew­nie nie­istotny szcze­gół, ale wo­la­łam, żeby pan o tym wie­dział.

Si­mon­sen po­czuł się za­wie­dziony. Anica obu­dziła w nim cie­ka­wość i szcze­rze mó­wiąc, miał na­dzieję, że po­siada ja­kieś istotne in­for­ma­cje. Poza tym się my­liła.

Szpi­tal w Hil­le­r?d w sy­tu­acji prze­cią­że­nia peł­nił bo­wiem funk­cję jed­nostki re­zer­wo­wej szpi­tala kró­lew­skiego. A Si­mon­sen wie­dział o tym z naj­bar­dziej wia­ry­god­nego źró­dła, ja­kie można było so­bie wy­obra­zić - wła­śnie od pro­fe­sora Elvanga. Po­in­for­mo­wał o tym zwięźle funk­cjo­na­riuszkę, spo­dzie­wa­jąc się, że szybko się ulotni, może na­wet ru­mie­niąc się tro­chę ze wstydu.

Ale nic ta­kiego się nie stało.

- Bez względu na to, kto wpro­wa­dził pana w błąd, nie jest to prawdą. W sy­tu­acji prze­cią­że­nia? O ja­kim prze­cią­że­niu mo­gła być mowa la­tem dwa ty­siące ósmego roku, kiedy zmarła Juli De­nis­sen? Poza tym, je­śli cho­dzi o prze­pu­sto­wość w za­kre­sie sek­cji zwłok, je­dyne ogra­ni­cze­nie sta­nowi tu do­stęp­ność od­po­wied­nich po­miesz­czeń, a nie le­ka­rzy me­dy­cyny są­do­wej. A w szpi­talu kró­lew­skim są w sta­nie wy­ko­nać do czter­na­stu sek­cji dzien­nie. Musi pan więc przy­znać, że wo­bec tego te wy­ja­śnie­nia brzmią nie­do­rzecz­nie...

Nie mógł się z nią nie zgo­dzić, ale wciąż nie miał pew­no­ści. Wstał z krze­sła, nie sta­ra­jąc się na­wet ukryć na­ra­sta­ją­cej iry­ta­cji. Miał gdzieś ko­pię ra­portu z oglę­dzin zwłok.

Od­na­le­zie­nie jej za­brało mu do­bre pięć mi­nut. Anica Buch nie ru­szyła się z miej­sca. Sie­działa w mil­cze­niu. Si­mon­sen rzu­cił na stół pro­to­kół, z jed­nej strony wście­kły, że ktoś za­kłó­cił jego spo­kój, z dru­giej zaś ukon­ten­to­wany, bo to prze­cież on miał ra­cję. W rogu do­ku­mentu jak byk wid­niało logo szpi­tala w Hil­le­r?d.

Anica nie za­mie­rzała się pod­dać.

- No tak... Ale to je­dy­nie do­wód na to, że albo ta sek­cja ni­gdy się nie od­była, albo ktoś wy­dru­ko­wał pro­to­kół na nie­wła­ści­wym pa­pie­rze. Bo je­śli jej do­ko­nano, to mu­siało się to wy­da­rzyć w Ko­pen­ha­dze, w Odense, w Aar­hus lub za gra­nicą, ko­niec kropka. Nie ma in­nych moż­li­wo­ści.

Si­mon­sen opadł na krze­sło.

- Ko­niec kropka?!

Funk­cjo­na­riuszka ski­nęła głową, nieco zmie­szana, po czym do­dała:

- Tak... ko­niec kropka. Bez względu na to, że pan jest sze­fem wy­działu za­bójstw, a ja tylko...

- Okej, pro­szę się tym za­jąć - prze­rwał jej. - Niech się pani skon­tak­tuje z le­ka­rzem me­dy­cyny są­do­wej, jego na­zwi­sko jest w ra­por­cie, i ustali, co się tak na­prawdę wy­da­rzyło. Może pani usiąść tam. - Wska­zał na przy­le­gły do biura aneks.

Był to do­dat­kowy po­kój, który urzą­dzono spe­cjal­nie dla niego kilka lat wcze­śniej, gdy wró­cił do pracy po ope­ra­cji serca. Anica wstała i ru­szyła w stronę ma­łego po­miesz­cze­nia, ale za­trzy­mała się w pół drogi.

- Mój szef się wściek­nie, je­śli za pięt­na­ście mi­nut nie wrócę do pracy. A jak do­wie się, że je­stem tu­taj, to już w ogóle wpad­nie w szał.

Si­mon­sen za­pew­nił ją, że nie musi się o nic mar­twić. On się tym zaj­mie.

Młoda funk­cjo­na­riuszka wró­ciła po ja­kichś dwu­dzie­stu mi­nu­tach i usia­dła, nie prze­ry­wa­jąc mu lek­tury. Pod­niósł wzrok znad do­ku­men­tów.

- Tak? - spy­tał krótko.

Zło­żyła mu zwię­zły i szcze­gó­łowy ra­port - bez cie­nia dumy, choć oka­zało się, że to on się my­lił. Sek­cji zwłok do­ko­nał le­karz me­dy­cyny są­do­wej Hans Arne Thol­strup. Do wio­sny dwa ty­siące ósmego roku pra­co­wał ra­zem ze swoją ów­cze­sną żoną w In­sty­tu­cie Me­dy­cyny Są­do­wej w Ko­pen­ha­dze, ta rzu­ciła go jed­nak nie­ocze­ki­wa­nie dla ko­chanka. W związku z za­ist­niałą sy­tu­acją Thol­strup do­stał roczny urlop. Po urlo­pie za­trud­nił się z ko­lei w szpi­talu w Hil­le­r?d, do któ­rego dzie­sią­tego lipca dwa ty­siące ósmego roku przy­wie­ziono zwłoki Juli De­nis­sen. To on stwier­dził jej zgon. Po­li­cja okręgu pół­noc­nej Ze­lan­dii na­le­gała jed­nak, by wy­ko­nać ba­da­nie po­śmiertne, po czę­ści z uwagi na młody wiek ko­biety, a po czę­ści przez wzgląd na oko­licz­no­ści jej śmierci. Była żona Thol­strupa zdą­żyła się już w mię­dzy­cza­sie roz­stać ze swoim aman­tem. Mąż, który jesz­cze kilka mie­sięcy wcze­śniej nie chciał jej wi­dzieć na oczy, te­raz za­pra­gnął się z nią zo­ba­czyć. Skon­tak­to­wał się więc ze swoim po­przed­nim pra­co­dawcą i ze­zwo­lono mu, by sam do­ko­nał sek­cji zwłok, na­tu­ral­nie w szpi­talu kró­lew­skim. Ob­duk­cja od­była się dzień póź­niej, a ra­port na­pi­sał ko­lej­nego dnia, gdy już wró­cił do Hil­le­r?d. Dla­tego wła­śnie sko­rzy­stał z pa­pieru fir­mo­wego tam­tej­szego szpi­tala.

- W ba­da­niu brał udział per­so­nel tech­niczny, dwie osoby nie­po­sia­da­jące spe­cjal­nych kwa­li­fi­ka­cji. Roz­ma­wia­łam z jedną z nich. To ko­bieta. Ta sek­cja wy­jąt­kowo za­pa­dła jej w pa­mięć z uwagi na, bądź co bądź, nie­zwy­kłe oko­licz­no­ści - cią­gnęła Anica.

- Nie skon­tak­to­wa­łaś się bez­po­śred­nio z Thol­stru­pem? - za­py­tał Si­mon­sen, zwra­ca­jąc się do funk­cjo­na­riuszki na ty.

- Thol­strup nie żyje. Po­peł­nił sa­mo­bój­stwo w stycz­niu ubie­głego roku, gdy rzu­ciła go nowa mi­łość.

Szef wy­działu za­bójstw mil­czał. Znowu za­częły nim tar­gać wąt­pli­wo­ści. W gło­wie świ­tała mu ja­kaś myśl, ale nie po­tra­fił jej jesz­cze uchwy­cić. Być może cho­dziło wła­śnie o tę sek­cję zwłok, o któ­rej mó­wiła Anica. Coś w jego gło­wie mó­wiło mu, że się po­my­lił, i to było lo­giczne wy­tłu­ma­cze­nie. Ale ko­ja­rzył coś jesz­cze... coś o wiele waż­niej­szego. Wstał, żeby od­pro­wa­dzić funk­cjo­na­riuszkę do wyj­ścia.

- Tak so­bie jesz­cze po­my­śla­łam o tych nur­kach w Nor­dhavn, któ­rzy pró­bują wy­cią­gnąć na ląd drugą część wy­ciecz­kowca... - Za­wie­siła głos.

- Co z nimi?

- Upew­nił się pan, że przy oka­zji prze­szu­kają też dno?

- A po co?

- Dzieci na pewno miały ko­mórki. Może na­grały coś, co może się nam... panu przy­dać.

Spoj­rzał na nią onie­miały. Była cho­ler­nie za­czepna, nie­malże bez­czelna. Panna wszyst­ko­wie­dząca... Stała przed nim i su­ge­ro­wała mu coś, co - ma się ro­zu­mieć - już dawno zro­bił. Wręcz pro­siła się o to, żeby od­pra­wił ją z kwit­kiem.

- Masz dość iry­tu­jący spo­sób by­cia, może po­win­naś tro­chę nad tym po­pra­co­wać - wy­ksztu­sił wresz­cie.

- Nie­raz to już sły­sza­łam.

- ...Ale nie wzię­łaś so­bie do serca tych uwag?

- Wręcz prze­ciw­nie, sta­ram się, bar­dzo, pró­buję każ­dego dnia...

Uśmiech­nęła się, a jej wy­zna­nie wy­dało mu się szczere.

- Prze­ślij mi ma­ilem swoje dane oso­bowe i... dzięki za po­moc.

Za­mknął za nią drzwi, po czym po­now­nie wró­cił my­ślami do Elvanga. Dla­czego stary pro­fe­sor chciał mu za­my­dlić oczy? Co nim kie­ro­wało?

Roz­dział 8

Po­nie­dzia­łek, 23 sierp­nia 2010 roku, ko­menda po­li­cji

Póź­nym po­po­łu­dniem zmarło jedno z dwóch z ja­poń­skich dzieci, które prze­żyły ka­ta­strofę - je­de­na­sto­let­nia dziew­czynka. Tym sa­mym liczba ofiar wzro­sła do dwu­dzie­stu je­den osób.

Si­mon­sen przy­jął wia­do­mość o zgo­nie ma­łej Ja­ponki dość spo­koj­nie. Prze­rwał roz­mowę i prze­ka­zał in­for­ma­cję sie­dzą­cemu po dru­giej stro­nie biurka Pe­der­se­nowi. Na­stęp­nie spoj­rzał na ze­ga­rek, do­cho­dziła sie­dem­na­sta.

- Tro­ul­sen za­raz tu bę­dzie. Omów z nim wszystko, co udało mu się usta­lić. Wra­cam za go­dzinę i za­dbaj o to, żeby do tego czasu już go tu nie było. Za­ła­tw­cie, co trzeba, i każ mu iść do domu - rzu­cił w prze­lo­cie.

Pe­der­sen przy­jął po­le­ce­nie szefa bez słowa sprze­ciwu, cho­ciaż obaj do­brze wie­dzieli, że bę­dzie to od niego wy­ma­gało ogrom­nych po­kła­dów cier­pli­wo­ści. Poza tym Si­mon­sen mu­siał mieć ja­kieś inne obo­wiązki służ­bowe, skoro nie mógł spo­tkać się z Tro­ul­se­nem. Przy­pusz­cze­nia Ar­nego oka­zały się słuszne.

- Je­stem umó­wiony na wcze­sną ko­la­cję, więc przez ja­kiś czas będę nie­do­stępny. Po­proś, żeby Tro­ul­sen przy­szedł też ju­tro. Będę go po­trze­bo­wał. I ra­czej mu­sisz tu dziś zo­stać do po­źna, a ja w za­mian przyjdę z sa­mego rana. Ja­kieś py­ta­nia?

Pe­der­sen ski­nął głową, brzmiało to cał­kiem roz­sąd­nie. Py­tań nie miał żad­nych.

Tro­ul­sen wprost wzo­rowo wy­wią­zał się z po­wie­rzo­nego mu za­da­nia. Prze­pro­wa­dził skru­pu­latne i nad wy­raz dro­bia­zgowe do­cho­dze­nie, a ra­port z po­czy­nio­nych przez niego dzia­łań był tak nie­mi­ło­sier­nie ob­szerny i wy­czer­pu­jący, jak Pe­der­sen się spo­dzie­wał. Eme­ry­to­wany funk­cjo­na­riusz prze­ko­nał ar­ma­tora, by ten udo­stęp­nił mu wy­ciecz­ko­wiec wraz ze ster­ni­kiem, po czym ra­zem z nim po­ko­nał trasę roz­bi­tego statku całe cztery razy. Pierw­sze dwa razy po to, by ogól­nie od­two­rzyć w gło­wie prze­bieg zda­rze­nia i do­kład­nie umiej­sco­wić w cza­sie jego ko­lejne fazy. A ostat­nie dwa, żeby usta­lić, czy ktoś mógł ewen­tu­al­nie ze­sko­czyć na pod­kład, pod­czas gdy wy­ciecz­ko­wiec był w ru­chu. Je­śli tak, to gdzie mo­gło do tego dojść. Przy­niósł ze sobą mapę mor­ską portu w Ko­pen­ha­dze, na niej za­zna­czył trasę wy­ciecz­kowca, na któ­rym do­szło do prze­stęp­stwa - po­cząt­kowy frag­ment na czer­wono aż do miej­sca, gdzie na mo­rzu, mię­dzy na­brze­żem S?n­dre Told­bod a wy­spą Ny­holm, po­sta­wił krzy­żyk, resztę zaś na nie­bie­sko - do sa­mego końca trasy, któ­rej sta­tek z wia­do­mych po­wo­dów nie zdą­żył po­ko­nać.

Pe­der­sen wziął od Tro­ul­sena mapę, by użyć jej do stresz­cze­nia roz­wle­kłego ra­portu Si­mo­nowi i Hra­biance.

- Mor­derca mu­siał ze­sko­czyć na po­kład z jed­nego z mo­stów. No chyba że był tam już, gdy sta­tek wy­pły­nął z portu, ale mam gros świad­ków, któ­rzy sta­now­czo temu za­prze­czają - za­czął. - Je­śli weź­miemy pod uwagę za­zna­czoną na czer­wono część trasy, sta­tek prze­pły­nął łącz­nie pod sze­ścioma mo­stami, czte­rema od strony Ze­lan­dii i dwoma bli­żej wy­spy Ama­ger. Przy czym te cztery pierw­sze znaj­dują się w sa­mym cen­trum sto­licy i wszę­dzie tam pa­nuje wielki ruch. Nie­moż­liwe jest więc, by ktoś nie­po­strze­że­nie ze­sko­czył na po­kład statku. Do­dat­kowo ja­kiś fo­to­graf z Bel­gii prze­ka­zał nam wy­jąt­kowo ostre zdję­cia wy­ciecz­kowca zro­bione w chwili, gdy mi­jał on ostatni ze­landzki most no­szący imię Chry­stiana Czwar­tego Ol­den­burga. Po­wie­dział, że pra­cuje dla bel­gij­skiego cza­so­pi­sma i przy­je­chał do Ko­pen­hagi, żeby zro­bić re­por­taż na te­mat duń­skiej sto­łecz­nej kul­tury ro­we­ro­wej. Traf chciał, że sfo­to­gra­fo­wał tam grupkę ro­we­rzy­stów z pa­ła­cem Chri­stians­borg i sie­dzibą ko­pen­ha­skiej giełdy B?r­sen w tle, a na pierw­szym pla­nie uwiecz­nił sta­tek wy­ciecz­kowy, który wła­śnie w tym mo­men­cie prze­pły­wał pod mo­stem. Na fot­kach nie wi­dać, by kto­kol­wiek ska­kał do wody. Po­zo­stałe dwa mo­sty to ten łą­czący wy­spy Ar­se­nal i Fre­de­rik­sholm, który nie ma żad­nej na­zwy, oraz Bat­te­ri­broen mię­dzy Fre­de­rik­sholm a Ny­holm. Przez oba pro­wa­dzi ru­chliwa Dan­ne­skjold-Sam­s?es Allé - cią­gnął Arne, kła­dąc pa­lec na ma­pie w miej­scu, gdzie znaj­do­wał się ostatni z mo­stów. - Za­bójca ze­sko­czył na dach statku tu­taj, z Bat­te­ri­broen. Co do tego ani ja, ani Tro­ul­sen nie mamy żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie zna­leź­li­śmy tam pra­wie żad­nych świad­ków, ak­tu­al­nie może dwie osoby. Poza tym to dość od­ludna oko­lica i z punktu wi­dze­nia sprawcy taki wy­bór wy­daje się lo­giczny. Chciał, żeby wy­ciecz­ko­wiec wy­pły­nął na otwarte mo­rze, za­nim za­ata­kuje, by nikt nie mógł go doj­rzeć z lądu. A sta­tek zna­lazł się tam za­le­d­wie kilka mi­nut po tym, jak mor­derca do­stał się na po­kład.

- A można tak po pro­stu ze­sko­czyć so­bie na po­kład? - spy­tała Hra­bianka z nutką nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

- Bez pro­blemu. Poul po­pro­sił jed­nego z funk­cjo­na­riu­szy, żeby to spraw­dził. Ten po­wtó­rzył skok cztery razy i oka­zuje się, że to ła­twiej­sze, niż się wy­daje. Ulica znaj­duje się do­bre trzy me­try nad po­kła­dem, ale je­śli w od­po­wied­nim mo­men­cie chwy­cisz się ba­lu­strady i zsu­niesz w dół, w za­sa­dzie do­tkniesz sto­pami da­chu nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia znaj­du­ją­cego się w ru­fo­wej czę­ści statku, gdzie prze­cho­wuje się sprzęt ra­tun­kowy. Przy czym, je­śli wy­bie­rzesz wschod­nią stronę mo­stu, mu­sisz od razu po­tem ze­sko­czyć na po­kład. W prze­ciw­nym ra­zie, mó­wiąc ko­lo­kwial­nie, twoja głowa za­li­czy bli­skie spo­tka­nie z mo­stem. Tak czy ina­czej, skok z tego miej­sca to naj­lep­sze roz­wią­za­nie, bo wtedy pa­sa­że­ro­wie znaj­dują się pod mo­stem, więc in­stynk­tow­nie pa­trzą w przód. Co waż­niej­sze: prze­wod­nik też musi w tym cza­sie usiąść, pod­czas gdy przez po­zo­stałą część rejsu stoi zwró­cony twa­rzą w kie­runku rufy, żeby wi­dzieć pa­sa­że­rów, kiedy do nich mówi.

- Mam na­dzieję, że Poul we­zwał tech­ni­ków, żeby spraw­dzili ba­lu­stradę, za­nim zro­bił z mo­ich pra­cow­ni­ków kró­liki do­świad­czalne - rzu­cił Si­mon­sen.

Arne po­twier­dził ski­nie­niem głowy. Tak wła­śnie było.

- Do­wie­dział się cze­goś wię­cej?

- Ba... O wiele wię­cej! Na przy­kład, że wy­ciecz­ko­wiec zo­stał zbu­do­wany w dwa ty­siące pierw­szym roku przez spółkę Gil­le­leje B?de­byg­geri; było na nim sto sześć­dzie­siąt sie­dem miejsc sie­dzą­cych, wli­cza­jąc w to sie­dze­nie dla ster­nika oraz prze­wod­nika, i na­pę­dzały go dwa sil­niki elek­tryczne marki Le­roy So­mer. Miał dwa­dzie­ścia me­trów dłu­go­ści, pięć i pół me­tra sze­ro­ko­ści i wa­żył... hmm, tego już nie pa­mię­tam. Tak czy ina­czej, sta­tek był wy­ko­nany z drewna, a nie z włókna szkla­nego, bo stwier­dzono, że dzięki temu znacz­nie le­piej wpi­sze się w ideę sto­łecz­nych rej­sów tu­ry­stycz­nych. W tym sen­sie, że zy­ska bar­dziej ru­sty­kalny cha­rak­ter, co bę­dzie do­sko­nale ko­re­spon­do­wać ze śre­dnio­wiecz­nym mia­stem, które tu­ry­ści mieli z niego oglą­dać. Oprócz tego sta­tek miał sto osiem­dzie­siąt ba­te­rii li­towo-jo­no­wych z funk­cją po­now­nego ła­do­wa­nia i ła­do­wało się je przez osiem...

Si­mon­sen wszedł mu w słowo.

- A coś z rze­czy istot­nych, Arne?

Pe­der­sen po­trzą­snął głową.

- Ale po­wi­nie­neś jesz­cze dziś wy­stą­pić w te­le­wi­zji, Si­mon, i ogło­sić, że po­szu­ku­jemy świad­ków, któ­rzy wczo­raj około wpół do dzie­sią­tej rano byli w oko­li­cach mo­stu Bat­te­ri­broen, łą­czą­cego wy­spy Fre­de­rik­sholm i Ny­holm.

Si­mon­sen czuł, jak na­ra­sta w nim iry­ta­cja. Nie zno­sił te­le­wi­zji, lecz zda­wał so­bie sprawę z tego, że to bę­dzie roz­sądne po­su­nię­cie.

Hra­bianka przez dłuż­szą chwilę stała po­chy­lona nad mapą, po czym po­wie­działa:

- Mamy trzy wy­spy: Ar­se­nal, Fre­de­rik­sholm i Ny­holm, oraz cztery mo­sty, z któ­rych je­den jest za­mknięty dla zwy­kłego ru­chu i któ­rym prze­jeż­dżają wy­łącz­nie au­to­busy. My­ślę, że dzięki moim na­gra­niom z ka­mer mo­ni­to­ringu mo­żemy prze­śle­dzić, co się tam do­kład­nie działo w in­te­re­su­ją­cym nas cza­sie; to zna­czy kon­kret­nie, ja­kie sa­mo­chody i kiedy po­ru­szały się po wy­spach. Ale to bę­dzie skom­pli­ko­wane za­da­nie. Mogę po­pro­sić, żeby przy­słali nam z uni­wer­sy­tetu kilku sta­ty­sty­ków albo ma­te­ma­ty­ków?

Si­mon­sen nie miał nic prze­ciwko. Im szyb­ciej, tym le­piej. W związku z po­wagą sy­tu­acji i zna­cze­niem śledz­twa nie po­wi­nien się chyba mar­twić bu­dże­tem. Arne i Hra­bianka wy­mie­nili dys­kret­nie uśmie­chy. Ich szef ge­ne­ral­nie rzadko przej­mo­wał się fi­nan­sami.

- Wiemy coś jesz­cze... O ile mor­derca nie okaże się zwy­kłym sza­leń­cem, na­leży za­ło­żyć, że jego ce­lem była Pau­line oraz/lub Zie­gler. I je­śli ta hi­po­teza jest słuszna, to przy­naj­mniej jedno z nich go znało, a może na­wet się go oba­wiało - do­dał Si­mon­sen, ob­rzu­ca­jąc ich ba­daw­czym spoj­rze­niem.

Jego pod­władni byli tego sa­mego zda­nia. Wnio­sek na­su­wał się sam... W prze­ciw­nym ra­zie sprawca po pro­stu wsiadłby na po­kład jak wszy­scy inni, na Gam­mel Strand. A gdyby za­ło­żył ciemne oku­lary i czapkę z dasz­kiem, a do tego pa­mię­tał, by w od­po­wied­nim mo­men­cie od­wró­cić głowę, mógłby z po­wo­dze­niem unik­nąć spoj­rzeń po­ten­cjal­nych świad­ków oraz ka­mer mo­ni­to­ringu na placu H?j­bro.

- Czyli znów wra­camy do Pau­line... - pod­su­mo­wał smutno Pe­der­sen.

Roz­dział 9

Po­nie­dzia­łek, 23 sierp­nia 2010 roku, S?l­le­r?d

Ar­nold i Anna Mia od­wie­dzili Si­mon­sena i Hra­biankę w ich domu w S?l­le­r?d około dzie­sią­tej wie­czo­rem. To Si­mon­sen zde­cy­do­wał, że spo­tkają się u niego za­miast w ko­men­dzie. Sta­rał się chro­nić córkę, bo nie chciał, żeby za­nadto an­ga­żo­wała się w sprawę.

Anna Mia uści­snęła Hra­biankę, po czym po­ca­ło­wała ojca w czoło. Była w świet­nym na­stroju i try­skała ener­gią, mimo że za­częła pracę po­nad czter­na­ście go­dzin temu. Ar­nold na­to­miast już miał cie­nie pod oczami, cho­ciaż śledz­two trwało do­piero dwa dni.

Ar­nold naj­pierw zło­żył ra­port z prze­szu­ka­nia miesz­ka­nia Berg oraz jej biura w ko­mi­sa­ria­cie. Po­szlak nie było wiele, a ści­śle rzecz uj­mu­jąc: tylko jedna. W piw­nicy Berg zna­le­ziono mia­no­wi­cie sześć kar­to­nów wy­peł­nio­nych roz­ma­itymi rze­czami na­le­żą­cymi do Juli De­nis­sen. Znaj­do­wały się w nich głów­nie książki i cza­so­pi­sma, a do tego jej Mac­Book, pa­mięt­niki, te­le­fon ko­mór­kowy i tro­chę pry­wat­nych do­ku­men­tów. Oprócz tego cały stos zdjęć miesz­ka­nia zmar­łej ko­biety w miej­sco­wo­ści Fre­de­rik­sv?rk, które zo­stały zro­bione po jej śmierci. Za tą ob­szerną do­ku­men­ta­cją zdję­ciową oraz za tym, że ro­dzice Juli od­dali Pau­line na­le­żące do córki przed­mioty, stała na­tu­ral­nie sa­mo­zwań­cza grupa do­cho­dze­niowa, którą Si­mon­sen przez długi czas bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał roz­wią­zać. Anna Mia we­szła Ar­nol­dowi w słowo:

- Wró­cimy po­tem jesz­cze do tych zdjęć, tato. Są bar­dzo cie­kawe. Ale prze­pra­szam... was obu. Już się nie wci­nam.

W jej oczach wi­dać było nie­kła­many en­tu­zjazm i Hra­bianka po­my­ślała, że chyba ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa, żeby... eks­cy­to­wała się czymś nie­malże jak dziecko.

Może wła­śnie od­kryła swoje po­wo­ła­nie, pój­dzie w ślady ojca i zo­sta­nie po­li­cjantką kry­mi­na­lną? Jak­kol­wiek ba­nal­nie to brzmiało. Ar­nold przy­jął jej dy­gre­sję ze sto­ic­kim spo­ko­jem, a Hra­biance przy­szło do głowy, że dziew­czyna pew­nie nie pierw­szy raz tego dnia nie jest w sta­nie okieł­znać swo­ich emo­cji. Ar­nold na­wet uśmiech­nął się do Anny Mii pod no­sem albo po pro­stu dys­kret­nie się z niej za­śmiał, trudno było orzec. Na­stęp­nie wró­cił do swo­jego spra­woz­da­nia:

- Wiemy, że Pau­line ko­rzy­stała z pa­pie­ro­wych ka­len­da­rzy, ale nie udało nam się ich zna­leźć. Oprócz tego miała lap­topa, przy czym po nim też wszelki ślad za­gi­nął. Je­ste­śmy prze­ko­nani, że Berg po­sia­dała także dwie teczki, w któ­rych prze­cho­wy­wała akta nie­ist­nie­ją­cej sprawy Juli. Na­wia­sem mó­wiąc, pora już chyba zmie­nić tę na­zwę... One jed­nak także roz­pły­nęły się w po­wie­trzu. Przy­pusz­czamy, że ktoś za­brał te rze­czy, a mu­siał to zro­bić wczo­raj przed po­łu­dniem. Są­siadka sły­szała, jak za­trza­skują się drzwi od miesz­ka­nia Pau­line, a po­tem ktoś scho­dził po scho­dach. To było już po śmierci Berg.

Udało im się zresztą zdo­być do­wody na słusz­ność tej hi­po­tezy. Mię­dzy in­nymi po­pro­sili sio­strę Pau­line, by przyj­rzała się miesz­ka­niu, a ona od razu za­uwa­żyła, że z re­gału z książ­kami znik­nęły wspo­mniane dwie teczki. Pa­mię­tała też ich ko­lor: były czer­wone, a ich grzbiety opi­sane zo­stały od­po­wied­nio: "Juli I" oraz "Juli II". I co szcze­gól­nie cie­kawe, wi­działa je po raz ostatni za­le­d­wie cztery dni temu, kiedy wpa­dła do sio­stry z wi­zytą.

- Gdy Pau­line się tam wpro­wa­dziła, ka­zała za­mon­to­wać w drzwiach wej­ścio­wych zu­peł­nie nowy za­mek. Dzięki temu czuła się pew­niej, wie­cie... po tym, jak zo­stała po­rwana. Na­wet po­mo­głam jej go wy­brać. Wiem też, że miała do niego dwa klu­cze, któ­rych pil­no­wała jak oka w gło­wie - po­wie­działa w za­du­mie Hra­bianka.

Spoj­rzała na Ar­nolda. Ju­tland­czyk po­twier­dził ski­nie­niem głowy. Zga­dza się, je­den z tych klu­czy zna­leźli w miesz­ka­niu, ukryty głę­boko w szu­fla­dzie. Drugi zaś był w to­rebce Berg, którą po tra­ge­dii wy­ło­wiono w por­cie.

- Żeby roz­broić ten me­cha­nizm, po­trzeba spe­cjal­nych na­rzę­dzi. Tak czy ina­czej, ktoś mu­siał się nie­źle na­gim­na­sty­ko­wać. Ale pew­nie nie uszło to wa­szej uwa­dze, kiedy tam wcho­dzi­li­ście... - spu­en­to­wała po­nuro żona Si­mon­sena.

Fak­tycz­nie, nie uszło. Oboje to po­twier­dzili.

- Oczy­wi­ście we­zwa­łem tech­ni­ków i za­bez­pie­czy­łem wszyst­kie na­gra­nia z za­in­sta­lo­wa­nych w oko­licy ka­mer - do­dał Ar­nold. - Blok Pau­line jest mo­ni­to­ro­wany, ale ka­mery za­mon­to­wano tak, że wi­dać je jak na dłoni, więc można ich bez pro­blemu unik­nąć. Pod­su­mo­wu­jąc, nie wy­daje mi się, żeby udało nam się dzięki temu do­wie­dzieć cze­goś wię­cej. Cho­dzi mi o to, że... ra­czej mało praw­do­po­do­bne, by wła­mał się do niej przy­pad­kowy nar­ko­man.

Si­mon­sen chrząk­nął, przy­zna­jąc mu ra­cję, po czym na chwilę za­pa­dła ci­sza. Prze­rwała ją Anna Mia, naj­wy­raź­niej do­szła do wnio­sku, że przy­szła ko­lej na nią. Za­brała za­tem głos i krótko przed­sta­wiła ży­cio­rys Juli De­nis­sen, ba­zu­jąc na fak­tach, które do tej pory udało im się usta­lić.

Juli uro­dziła się w ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym roku we Fre­de­rik­sv?rk. Jej ro­dzice mieli dwoje dzieci, a ona była tym młod­szym z ro­dzeń­stwa. Ro­dzina nie da­wała jej opar­cia, matka i oj­ciec pili. Mimo to bez więk­szych pro­ble­mów ukoń­czyła na­ukę i za­raz po­tem zdała w lo­kal­nej szkole śred­niej wyż­szy eg­za­min przy­go­to­waw­czy. W dwa ty­siące czwar­tym roku wy­szła za mąż, po czym ku­pili ra­zem z mę­żem miesz­ka­nie, w któ­rym miesz­kała aż do śmierci. Rok po ślu­bie De­nis­se­nom uro­dziła się córka, a za­raz po­tem się roz­wie­dli. Je­śli cho­dzi o ka­rierę za­wo­dową, Juli pra­co­wała w kilku miej­scach, lecz ni­g­dzie nie za­ba­wiła zbyt długo. Była mię­dzy in­nymi na­uczy­cielką na za­stęp­stwo w szkole pod­sta­wo­wej, do­ryw­czo opie­kunką w żłobku i kel­nerką. Zda­rzały się też okresy, gdy nie miała żad­nego za­trud­nie­nia i po­bie­rała za­si­łek dla bez­ro­bot­nych. W dwa ty­siące ósmym roku jej opie­kun z ra­mie­nia gminy po­nie­kąd zmu­sił ją, by wzięła udział w szko­le­niu za­wo­do­wym w tech­ni­kum we Fre­de­rik­sv?rk i zdo­była za­wód asy­stentki die­te­tyka. Sama Juli ma­rzyła o tym, żeby zo­stać kie­dyś ar­chi­tektką.

- Tak więc nic po­dej­rza­nego - cią­gnęła roz­e­mo­cjo­no­wana Anna Mia. - Nic, co mo­głoby zwró­cić czy­jąś uwagę... Po­zor­nie zwy­czajne nudne ży­cie. Ale tylko po­zor­nie... Za­bie­rze­cie, pro­szę, na mo­ment swoje fi­li­żanki? - Wy­jęła z torby cztery duże zdję­cia, roz­wi­nęła je i roz­ło­żyła na sto­liku ka­wo­wym.

Miały for­mat A3, były do­syć ostre i wszyst­kie przed­sta­wiały miesz­ka­nie Juli De­nis­sen.

- Ana­li­zu­jąc te fotki, od­kry­łam coś nie­zwy­kle spój­nego, pe­wien stały ele­ment... I mocno mnie to za­sko­czyło. Do­my­śla­cie się co?

Si­mon­sen, który słu­cha­jąc obu ra­por­tów - naj­pierw Ar­nolda, a póź­niej córki - nie­wiele się od­zy­wał, te­raz au­to­ma­tycz­nie wy­pro­sto­wał się na so­fie i z za­cie­ka­wie­niem nad­sta­wił uszu. Po­pro­sił o chwilę ci­szy, bo mu­siał coś prze­my­śleć. Gdy naj­wy­raź­niej już to zro­bił, od­po­wie­dział An­nie Mii:

- W tej ro­bo­cie... je­śli ktoś znaj­dzie coś istot­nego, to po pro­stu in­for­muje o tym po­zo­sta­łych, za­miast bu­do­wać sce­niczne na­pię­cie. Poza tym pra­cu­jemy ze­spo­łowo. Mówi się za­tem: "my od­kry­li­śmy", a nie: "ja od­kry­łam".

Dziew­czyna się za­po­wie­trzyła i spoj­rzała na ojca. Po­tem prze­nio­sła wzrok na Hra­biankę, któ­rej mi­mika wy­raź­nie su­ge­ro­wała, że zga­dza się z mę­żem. Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza, lecz Ar­nold wy­ra­to­wał nową part­nerkę z opre­sji, zwra­ca­jąc się naj­pierw do niej, a póź­niej do swo­jego szefa:

- Twój tato ma ra­cję, mu­sisz się jesz­cze sporo na­uczyć. Nie ob­ra­żaj się! Bie­rzesz udział w do­cho­dze­niu w spra­wie mor­der­stwa, więc to zo­bo­wią­zuje. A te­raz po­słu­chaj, co od­kry­li­śmy, Si­mon. I daj nam od­czuć, że je­steś choć tro­chę dumny, bo na­prawdę na to za­słu­ży­li­śmy.

Anna Mia ze­brała się w so­bie i za­częła swój wy­wód, wska­zu­jąc na roz­ło­żone na stole zdję­cia:

- Na biurku Juli stała di­zaj­ner­ska lampa sto­łowa Lo­uis Po­ul­sen PH 3/2, warta około sze­ściu ty­sięcy ko­ron. Na pa­ra­pe­cie miała ozdobną do­niczkę z Kró­lew­skiej Fa­bryki Por­ce­lany, sza­cun­kowo: cztery ty­siące ko­ron, a na bi­blio­teczce em­pi­rowy fran­cu­ski ze­gar ko­min­kowy, który mu­siał kosz­to­wać przy­naj­mniej dzie­sięć ty­sięcy ko­ron. W przed­po­koju le­żał dy­wan per­ski z pro­win­cji Bach­tiari. Nie do­sta­niesz ta­kiego za mniej niż osiem ty­sięcy ko­ron, ale to nie wszystko. Te­raz praw­dziwy hit... - Anna Mia od­szu­kała zdję­cie na swo­jej ko­mórce. - Pro­szę! Po­zy­cja Ba­śnie dla dzieci Hansa Chri­stiana An­der­sena - pierw­sze wy­da­nie, a w nim mię­dzy in­nymi Księż­niczka na ziarnku gro­chu i Nowe szaty ce­sa­rza, w ide­al­nym sta­nie, jak sami wi­dzi­cie. Na­tu­ral­nie z de­dy­ka­cją od sa­mego au­tora. Roz­ma­wia­łam z pra­cow­ni­kiem domu au­kcyj­nego Bruun Ra­smus­sen, który osza­co­wał war­tość tej książki, acz­kol­wiek bar­dzo ostroż­nie, na przy­naj­mniej sto ty­sięcy ko­ron!

- By­łaś w Bruun Ra­smus­sen, żeby to wy­ce­nili? - spy­tała Hra­bianka.

Oczy­wi­ście, że nie... Skon­sul­to­wała się z nimi przez wi­de­oro­zmowę. Żona Si­mon­sena po­czuła się na­gle jak za­co­fany di­no­zaur. No prze­cież... Jak­żeby ina­czej? Nie mo­gła już chyba za­dać głup­szego py­ta­nia.

- Juli De­nis­sen mo­gła pra­co­wać na czarno w po­bli­skim skle­pie z se­rami, nie­wy­klu­czone też, że od czasu do czasu po­sprzą­tała ko­muś miesz­ka­nie, ale nie­moż­liwe, by było ją stać na ta­kie rze­czy. Można się na­tu­ral­nie upie­rać, że po pro­stu miała do­bry gust, lecz to nie czyni tych przed­mio­tów tań­szymi. Bez wąt­pie­nia jest tego wię­cej. Przej­rze­li­śmy na ra­zie je­dy­nie zdję­cia jej miesz­ka­nia, i to nie do końca. Ba­śnie An­der­sena zna­leź­li­śmy w piw­nicy u Pau­line, więc to aku­rat przy­szło ła­two - pod­su­mo­wała Anna Mia.

- A co z jej ubra­niami? - chciała wie­dzieć Hra­bianka. - Znam ta­kich, co po­tra­fią wy­da­wać na ciu­chy for­tunę.

Tu jed­nak córka Si­mon­sena za­prze­czyła. Juli no­siła ta­nie ubra­nia, w które praw­do­po­dob­nie za­opa­try­wała się w miej­sco­wym dys­kon­cie Kvic­kly. To samo do­ty­czyło jej dziecka. W każ­dym ra­zie wszystko na to wła­śnie wska­zy­wało.

- Ale chcie­li­by­śmy bar­dzo, że­byś po­zwo­lił nam wy­brać się do Fre­de­rik­sv?rk i od­wie­dzić jej bank - do­dała po chwili. - Mo­gli­by­śmy tam ju­tro po­je­chać, tato?

Si­mon­sen nie uwa­żał by­naj­mniej, że prze­ka­zane przez nich in­for­ma­cje były mało in­te­re­su­jące. Po­znał Juli De­nis­sen oso­bi­ście, kiedy przy­szła do ko­mendy w związku z po­rwa­niem Pau­line Berg. Pa­mię­tał, że szwan­ko­wał jej wtedy te­le­fon ko­mór­kowy i twier­dziła, że nie stać ją na nowy. Nie wy­glą­dała mu za­tem na po­sia­daczkę war­tych ty­siące ko­ron ręcz­nie tka­nych dy­wa­nów i bar­dzo chciał się do­wie­dzieć, co tu jest grane. Nie­mniej jed­nak spy­tał:

- A nie mie­li­ście przy­pad­kiem le­cieć do Pragi? Co po­wie Oli­ver?

- Po­wie to, co po­wi­nien po­wie­dzieć, je­śli na­prawdę mnie ko­cha; że skoro to dla mnie ta­kie ważne i chcę wam po­móc, to mo­żemy prze­ło­żyć urlop.

Ar­nold skwi­to­wał su­cho, że to do­brze. W końcu młode po­ko­le­nie rzą­dzi się swo­imi pra­wami... Si­mon­sen zaś spy­tał:

- A czy ty na pewno chcesz tra­cić czas na sprawę De­nis­sen, Klavs? Mogę przy­dzie­lić ją kilku miej­sco­wym funk­cjo­na­riu­szom. Może to lep­szy po­mysł, co?

Ju­tland­czyk miał wąt­pli­wo­ści, co zresztą otwar­cie przy­znał. Hra­bianka też była scep­tyczna, Anna Mia nie sko­men­to­wała. Si­mon­sen bił się przez chwilę z my­ślami, za­nim osta­tecz­nie pod­jął de­cy­zję.

- Wy­bierz so­bie ju­tro kilku lu­dzi i niech spraw­dzą ab­so­lut­nie wszystko, co do­ty­czy Juli: jej fi­nanse, dane z te­le­fonu, ma­ile, ka­len­da­rze, Mac­Bo­oka, konto na Fa­ce­bo­oku, przy­ja­ciół, ko­le­gów i ko­le­żanki ze szkoły, na­uczy­cieli, chło­pa­ków, ko­chan­ków, by­łych mę­żów, ro­dzinę. A ty do­pil­nuj, żeby ni­czego nie po­mi­nęli - po­le­cił. - Je­śli stwier­dzisz, że Anna Mia może ci się przy­dać, mo­żesz ją w to za­an­ga­żo­wać, je­śli nie...

- Na pewno mi się przyda - prze­rwał mu Ar­nold.

- Su­per, czyli idzie z tobą. Ale je­śli znaj­dziesz świad­ków, któ­rzy twoim zda­niem mogą oka­zać się istotni w spra­wie, weź­miesz ze sobą ja­kie­goś bar­dziej do­świad­czo­nego ko­legę. A ty, młoda damo - zwró­cił się do córki - ra­por­tu­jesz do Kla­vsa i tylko do Kla­vsa i trzy­masz się z da­leka od wy­działu za­bójstw, bo ina­czej bę­dzie z tego cała masa nie­po­ro­zu­mień. A te­raz, skoro już wiemy, co kto robi, chcia­łem tylko po­wie­dzieć, że od­wa­li­li­ście ka­wał do­brej ro­boty. Wła­śnie ta­kiego za­an­ga­żo­wa­nia ocze­kuję od swo­jego ze­społu.

Ar­nold uśmiech­nął się nie­skrom­nie. On wy­wią­zał się dziś ze swo­ich obo­wiąz­ków tak, jak to robi na co dzień - ani le­piej, ani go­rzej. Anna Mia zaś pro­mie­niała, bo do­kład­nie tego tak bar­dzo pra­gnęła: uzna­nia ojca na płasz­czyź­nie za­wo­do­wej. Si­mon­sen stwier­dził, że po­chwała jej się bez­sprzecz­nie na­leży; córka po­mo­gła mu na­wet bar­dziej, niż sama zda­wała so­bie z tego sprawę. Otóż na­gle do­znał olśnie­nia i od­na­lazł od­po­wiedź na drę­czące go od sa­mego rana py­ta­nie. Kilka lat wcze­śniej ktoś inny wy­ra­ził zdzi­wie­nie sprawą Juli De­nis­sen, a kon­kret­nie pro­to­ko­łem sek­cji zwłok, który poza jed­nym szcze­gó­łem wy­da­wał się rów­nie zwy­czajny i nie­zaj­mu­jący jak całe jej ży­cie. To był za­le­d­wie uła­mek se­kundy... Pa­mię­tał jed­nak do­brze, jak ów­cze­sny pro­fe­sor i le­karz me­dy­cyny są­do­wej Ar­thur Elvang, wy­raź­nie czymś po­iry­to­wany, po­trzą­sał głową, stu­diu­jąc ra­port z sek­cji zwłok w In­sty­tu­cie Me­dy­cyny Są­do­wej. Wnio­sek na­su­wał się za­tem sam... coś tam było nie tak. Wtedy Si­mon­sen nie do­cie­kał co, ale wie­dział, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej.