Rozdział 7
Poniedziałek, 23 sierpnia 2010 roku, komenda policji
Simonsen miał stosunkowo spokojny dzień. Poszczególne grupy wykonywały już powierzone im zadania, on sam zaś wkraczał do akcji jedynie wtedy, gdy pojawiały się jakieś nowe poszlaki. Około dziewiątej rano w komendzie zjawił się Borup, który dla dobra śledztwa bez wielkiego żalu zgodził się na przesunięcie egzaminu końcowego. Simonsen poinstruował go krótko, by wiedział, czego się od niego oczekuje, po czym chłopak z zapałem zabrał się do pracy.
Niedługo potem szef wydziału otrzymał wstępne życiorysy czterech dorosłych osób, które uczestniczyły w rejsie wycieczkowym - naturalnie oprócz aspirantki Berg. Japońska nauczycielka nie wzbudzała podejrzeń. Wraz z trzema innymi pedagogami wybrała się z piątą klasą do Kopenhagi w ramach programu wymiany międzykulturowej między Japonią a Danią. Zarówno dzieci, jak i ich opiekunowie pochodzili z miasta Sendai położonego nad Oceanem Spokojnym, na północ od Tokio. Spędzili w duńskiej stolicy dziewięć dni, a więc przylecieli w zeszły czwartek. Wiele osób, które widziało całe zdarzenie z lądu, relacjonowało, że kobieta wyskoczyła za burtę na wysokości nabrzeża S?ndre Toldbod na samym środku wejścia do portu między wyspą Amager a Zelandią. Wydarzyło się to chwilę po tym, jak wycieczkowiec wykonał zwrot o dziewięćdziesiąt stopni, po czym popłynął dalej, w kierunku Portu Zewnętrznego. To było ciekawe. Należało przypuszczać, że wyskoczyła z łodzi, próbując ratować życie. Wymachiwała podobno rozpaczliwie rękoma, a trzech świadków wskoczyło do wody, by popłynąć jej na ratunek. Niestety nie zdążyli, bo zaraz potem zniknęła pod jej powierzchnią. Zgodnie z innymi zeznaniami, które dotarły do Simonsena już wcześniej, w chwili, gdy statek płynął kanałem Stadsgraven, mijając należące do wyspy Amager wysepki Frederiksholm i Nyholm, nie zarejestrowano na nim nic podejrzanego. Miejsce dokonania zbrodni można było zatem ustalić z niemal stuprocentową pewnością.
Aspirantka Berg, były leśniczy Ziegler, sternik i przewodniczka zostali zamordowani na wysokości nabrzeża S?ndre Toldbod około wpół do dziesiątej rano. Nauczycielka z Japonii utonęła mniej więcej w tym samym czasie, a jej zwłoki wyłowiono przy Langelinie chwilę po jedenastej - czyli dobre półtorej godziny po tym, jak wyskoczyła za burtę.
Z punktu widzenia śledztwa ani przewodniczka, ani sternik na pierwszy rzut oka nie wzbudzali większego zainteresowania. Mężczyzna miał pięćdziesiąt dwa lata i pochodził z gminy Greve. Był domatorem i nie miał na sumieniu nic, co policja mogłoby uznać za istotne. Dwudziestotrzyletnia przewodniczka studiowała anglistykę na Uniwersytecie w Kopenhadze. Sama wynajmowała mieszkanie spółdzielcze w mieście. Ani on, ani ona nie mieli kryminalnej przeszłości, a przynajmniej nie figurowali w policyjnych rejestrach. Simonsen widział w nich zatem jedynie przypadkowe ofiary. Ale nie ulegało wątpliwości, że w najbliższych dniach dogłębnie przestudiują ich życiorysy, więc nic nie było jeszcze przesądzone. Już nie raz wszystko się wtedy zmieniało. Tu i teraz skłaniał się jednak raczej ku temu, że jeśli sprawca w ogóle miał jakiś logiczny motyw, jego celem musieli być Pauline i Jonas, bądź jedno z nich.
W związku z tym należało się przyjrzeć Zieglerowi.
Urodził się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku, dorastał w wiosce ?lsted w gminie Halsn?s. Po ukończeniu szkoły przyjęto go w dziewięćdziesiątym drugim roku na praktyki w zawodzie kowala w walcowni stali Sta?lvalsev?rket w mieście Frederiksv?rk. Uzyskał tam świadectwo czeladnicze i pracował w walcowni do dwa tysiące drugiego roku, po czym długo przebywał na zwolnieniu lekarskim z powodu choroby kręgosłupa. W styczniu dwa tysiące trzeciego roku dostał posadę w Wydziale Technicznym Urzędu Gminy Frederiksv?rk, gdzie zajmował się ochroną przyrody. Po dwóch latach zmienił pracodawcę, ale obowiązki wciąż miał podobne - zatrudnił się w Duńskiej Agencji Lasów i Przyrody w regionie północnej Zelandii. Tu został do jesieni dwa tysiące dziewiątego roku, po czym znów nastąpił zwrot w jego karierze. Został bowiem ekspedientem sieci handlowej DagligK?b w Tune i pracował tam do momentu, gdy go zamordowano. Poza tym, że w dziewięćdziesiątym ósmym roku został zatrzymany za jazdę po pijaku, Jonas Ziegler nie był karany. W listopadzie dwa tysiące dziewiątego roku przeniesiono go z gminy Halsn?s do północno-zachodniej Kopenhagi.
Simonsen dwukrotnie z uwagą przeczytał przekazane mu dane, a do tego przejrzał całe mnóstwo załączników, które jednak nie wniosły nic do sprawy. Gdy tylko skończył, zadzwonił Arnold. Był w mieszkaniu Pauline w R?dovre, ale zdobył też ciekawe informacje na jej temat od innych śledczych. Zrelacjonował, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni Pauline trzy razy rozmawiała z Zieglerem przez telefon. Dwa razy dzwoniła ona, natomiast za trzecim razem telefonował były leśniczy. Poza tym weszli na zacumowany przy wybrzeżu na Gammel Strand wycieczkowiec razem i usiedli obok siebie mniej więcej pośrodku pokładu.
Simonsen podziękował za sprawozdanie i niemalże w tej samej chwili, gdy się rozłączył, zobaczył, że tym razem dzwoni do niego Melsing, który również chciał mu złożyć wstępny raport. W laboratorium zbadano DNA wycinków pobranych z ran kłutych wszystkich czterech ofiar, a ponadto udało się określić, w jakiej kolejności zginęły.
Krew pierwszej zamordowanej osoby zachowała się na ostrzu noża użytego przez mordercę i dostała się do tkanek kolejnych zabitych. Sprawca najpierw pozbawił życia Zieglera, dźgając go w szyję. Na podstawie oceny kąta, pod którym został zadany cios, patolodzy stwierdzili, że były leśnik umarł, siedząc - napastnik zaatakował z pozycji stojącej. Później zabił aspirantkę Berg - dwoma pchnięciami nożem w plecy, przy czym za drugim razem trafił w serce. Kobieta przed śmiercią zdołała jeszcze wstać, a potem osunęła się między siedzenia, dlatego nie widać jej na nagraniu operatora. Następnie przyszła kolej na sternika, któremu morderca poderżnął gardło. Zaszedł go od tyłu, gdy ten siedział za sterem. Na sam koniec zostawił sobie przewodniczkę. Uśmiercił ją w pozycji stojącej, zadając dwa ciosy tym samym narzędziem - jeden w brzuch, a drugi w szyję. Najprawdopodobniej użył bojowego noża wojskowego, ale Melsing zaznaczył, że to będzie można dokładnie ustalić dopiero na późniejszym etapie.
Informacje przekazane przez szefa wydziału techniki kryminalistycznej świadczyły o tym, że żadne z czterech ciał nie należało do sprawcy, a pół godziny później wniosek ten został ostatecznie potwierdzony. Simonsen otrzymał bowiem nadzwyczaj zwięzły, acz rzeczowy raport: mały Japończyk, który przeżył masakrę, zeznał, że dorosłych Duńczyków zamordował nożem jakiś mężczyzna. Potem napastnik opuścił statek - zaraz po tym, jak nauczycielka wyskoczyła za burtę. Uznano, że duńska policja będzie mogła później przesłuchać chłopca, ale najwcześniej za kilka dni. Nie można więc było wykluczyć, że przesłuchanie będzie się musiało odbyć w Japonii.
Tak jak zawsze, gdy potrzebował się na chwilę oderwać, Simonsen podszedł do okna swojego biura i spojrzał na ulicę, nie zdając sobie nawet do końca sprawy z tego, co właściwie widzi. Myślami był zupełnie gdzie indziej...
Wiedział, że Pauline i pozostałym ofiarom na nic się zdadzą jego smutek i żal. On zaś miał prawo skupić się na śledztwie, dbając o to, by zupełnie nieistotne dla sprawy osobiste emocje i uczucia nie przeszkadzały mu w jej rozwikłaniu. Od swoich najbliższych współpracowników również oczekiwał chęci do pracy i entuzjazmu. Jeśli nie potrafili wziąć się w garść, byli mu w tym dochodzeniu zbędni.
Sam sobie dodał otuchy, po czym zabrał się za sporządzenie raportu dotyczącego obsesji Pauline na punkcie śmierci młodej kobiety. Chodziło o Juli Denissen, która zdaniem aspirantki z całą pewnością została zamordowana. Simonsen niejednokrotnie dostawał białej gorączki, gdy tylko słyszał o tej sprawie. Teraz jednak nagle okazała się ona istotna, bo mogła stanowić klucz do wyjaśnienia okoliczności rzezi na pokładzie statku. Miał świetną pamięć i bardzo rzadko musiał cokolwiek sprawdzać, co znacznie ułatwiało mu pracę.
Pauline Berg zaczęła pracę w wydziale zabójstw w dwa tysiące szóstym roku, mając dwadzieścia siedem lat. Przez pierwszy rok była pracowita, sumienna, żądna wiedzy i nadzwyczaj ambitna. Ale wszystko się zmieniło po tym, jak w trakcie śledztwa porwano ją i zamknięto w bunkrze na północnej Zelandii. Została uwolniona, pozornie cała i zdrowa, lecz jej psychika mocno na tym ucierpiała. Po dość długiej rehabilitacji wróciła do komisariatu w świetnej formie fizycznej, za to zupełnie odmieniona psychicznie. Często robiła to, na co akurat miała ochotę, wykonywała tylko te polecenia, które chciała wykonać, i sprzeciwiała się wszelkim autorytetom. Przynajmniej raz podjęła próbę samobójczą.
Całą swoją energię poświęcała jednemu śledztwu. Nawiasem mówiąc, była to przypuszczalnie jedyna sprawa po jej powrocie, do której naprawdę się paliła. Po tym, jak porwano aspirantkę Berg, do komendy z własnej woli zgłosiła się pewna kobieta. Posiadała informacje, które - jak się później okazało - doprowadziły do przełomu w dochodzeniu. Kobieta nazywała się Juli Denissen i mieszkała we Frederiksv?rk. Zaledwie rok później, dziesiątego lipca dwa tysiące ósmego roku, Juli została zamordowana na dawnym poligonie wojskowym Melby Overdrev. To malownicze tereny nad cieśniną Kattegat, między Asserbo i Hundested. Kobietę znalazł Jonas Ziegler, który pracował akurat nieopodal w lesie i usłyszał płacz jej dziecka. Utrzymywał, że gdy dotarł na miejsce, kobieta już nie żyła. Znalazł ją Jonas Ziegler, który pracował akurat nieopodal w lesie i usłyszał płacz jej dziecka. Gdy już dotarł na miejsce, zadzwonił, a przypuszczalnie zrobili to razem, bo Juli poczuła się źle. pod numer sto dwanaście. Jednak, gdy przyjechała karetka pogotowia, kobieta już nie żyła.
Co do przyczyny zgonu nie było żadnych wątpliwości: Juli Denissen zmarła na skutek krwotoku śródmózgowego. Sekcja zwłok przeprowadzona w oddziale medycyny sądowej szpitala w Hiller?d wykazała, że kobieta należała do jednego procenta populacji, który rodzi się z tętniakami; wylew krwi do mózgu nastąpił w wyniku napadu silnego lęku, ale gdyby nie to, i tak wcześniej czy później straciłaby życie z powodu swojej przypadłości. Nieprawidłowo zbudowane naczynia pękają w sytuacji dużego obciążenia psychicznego lub sporego wysiłku fizycznego.
Później do wydziału zabójstw zgłosiło się kilka osób z kręgu najbliższych Juli Denissen, twierdząc, że bez wątpienia ją zamordowano. Simonsen zupełnie przypadkowo poprosił, by to właśnie aspirantka Berg się nimi zajęła. Założył przy tym oczywiście, że jego podwładna po prostu wyprowadzi ich z błędu i odeśle do domu. Jak się potem okazało, była to największa pomyłka w jego karierze. Pauline bowiem z wielkim entuzjazmem podchwyciła tę bezsprzecznie błędną teorię spiskową i uparcie kontynuowała śledztwo w sprawie, nawet wtedy, gdy inspektor zdołał ostatecznie przekonać pozostałych członków samozwańczej grupy dochodzeniowej, że Juli zmarła w sposób naturalny. Udało mu się to głównie dzięki temu, że namówił emerytowanego profesora medycyny sądowej Arthura Elvanga, by ten dogłębnie przestudiował protokół sekcji zwłok. Tylko Pauline nadal wierzyła, że było inaczej. Popadła w obsesję na punkcie tego przypadku; ku ogromnej irytacji wszystkich funkcjonariuszy wydziału zabójstw, a zwłaszcza Simonsena, który ani prośbą, ani groźbą nie był w stanie wyperswadować swojej podwładnej tych urojeń dotyczących morderstwa. Koniec końców wszyscy, w tym on sam, machnęli na to ręką i pogodzili się z fiksacją Berg w kwestii śmierci Juli Denissen. Nie mieli wyboru, mogli ją jedynie zwolnić, ale dowództwo stanowczo się temu sprzeciwiało. Zresztą Simonsen tak naprawdę nigdy nie brał tego pod uwagę. Stanęło zatem na tym, że on i jego najbliżsi współpracownicy raz na jakiś czas, poniekąd na zmianę, "wspierali" Pauline, oczywiście zupełnie prywatnie, w jej bezowocnych wysiłkach mających na celu rozwikłanie tej mrocznej tajemnicy. Dzięki temu wiedzieli przynajmniej, czym się zajmuje. Między sobą nazywali ten przypadek "nieistniejącą sprawą Juli Denissen", czemu z reguły towarzyszył lekko ironiczny uśmiech.
Simonsen oparł brodę na dłoniach. To, że w tym momencie w kwestii rzeczonej nieistniejącej sprawy niczego nie był już pewien, rozumiało się samo przez się. Do tego, przetrząsając zakamarki pamięci, uzmysłowił sobie ku własnemu zaskoczeniu, że już kiedyś, nawet jeśli działo się to chwilę temu, miał podobne wątpliwości. Nie potrafił sobie niestety przypomnieć, kiedy i w jakich okolicznościach, i nie dawało mu spokoju.
Skończył raport, wprowadził go do rejestru, po czym rozesłał do swoich kolegów i innych wydziałów.
Kwadrans później ktoś nieśmiało zapukał do drzwi.
- Proszę wejść - rzucił inspektor.
W progu jego biura stała dość młoda ciemnowłosa kobieta, wysoka i krępa, o grubych rysach.
- Mogę usiąść? - spytała głębokim głosem.
Simonsen zmarszczył czoło.
- To zależy w dużej mierze od tego, kim pani jest i o co chodzi.
Ku jego zdziwieniu nieznajoma zajęła miejsce przy biurku, a zrobiła to z obezwładniającym uśmiechem, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zupełnie odmienił jej wygląd i sprawił, że wydała mu się teraz nawet ładna.
- Proszę wybaczyć, ale bolą mnie nogi. Nazywam się Anica Buch i od jakiegoś czasu pracuję w wydziale policji kryminalnej w Glostrup. Dziś razem z wieloma innymi ochotnikami z jednostki przeczesujemy ulice w poszukiwaniu świadków. Chciałabym któregoś dnia dołączyć do pańskiego zespołu, ale spokojnie, za chwilę sobie pójdę.
- Jestem zupełnie spokojny. Niech pani mówi...
Otóż funkcjonariuszka przeczytała na komputerze swojego szefa - zupełnie jawnie, co chciała pokreślić - przesłany niedawno przez Simonsena raport dotyczący Pauline Berg. W związku z tym postanowiła podejść tu w przerwie, bo jej przełożony nie pozwolił, by sama korespondowała z szefem wydziału zabójstw. Uznał, że ze względu na jej stopień nie będzie to w dobrym tonie.
- Ale nie zakazał pani tu przychodzić? - wtrącił Simonsen z lekkim uśmiechem.
- Raczej nie. To znaczy... nic o tym nie wspomniał.
- W porządku. A o czym chciała mi pani powiedzieć?
- Że w szpitalu w Hiller?d nie ma prosektorium. A napisał pan, że sekcja zwłok dziewczyny, która zginęła w Melby Overdrev, to znaczy Juli Denissen, odbyła się właśnie tam, więc coś się tu nie zgadza. To pewnie nieistotny szczegół, ale wolałam, żeby pan o tym wiedział.
Simonsen poczuł się zawiedziony. Anica obudziła w nim ciekawość i szczerze mówiąc, miał nadzieję, że posiada jakieś istotne informacje. Poza tym się myliła.
Szpital w Hiller?d w sytuacji przeciążenia pełnił bowiem funkcję jednostki rezerwowej szpitala królewskiego. A Simonsen wiedział o tym z najbardziej wiarygodnego źródła, jakie można było sobie wyobrazić - właśnie od profesora Elvanga. Poinformował o tym zwięźle funkcjonariuszkę, spodziewając się, że szybko się ulotni, może nawet rumieniąc się trochę ze wstydu.
Ale nic takiego się nie stało.
- Bez względu na to, kto wprowadził pana w błąd, nie jest to prawdą. W sytuacji przeciążenia? O jakim przeciążeniu mogła być mowa latem dwa tysiące ósmego roku, kiedy zmarła Juli Denissen? Poza tym, jeśli chodzi o przepustowość w zakresie sekcji zwłok, jedyne ograniczenie stanowi tu dostępność odpowiednich pomieszczeń, a nie lekarzy medycyny sądowej. A w szpitalu królewskim są w stanie wykonać do czternastu sekcji dziennie. Musi pan więc przyznać, że wobec tego te wyjaśnienia brzmią niedorzecznie...
Nie mógł się z nią nie zgodzić, ale wciąż nie miał pewności. Wstał z krzesła, nie starając się nawet ukryć narastającej irytacji. Miał gdzieś kopię raportu z oględzin zwłok.
Odnalezienie jej zabrało mu dobre pięć minut. Anica Buch nie ruszyła się z miejsca. Siedziała w milczeniu. Simonsen rzucił na stół protokół, z jednej strony wściekły, że ktoś zakłócił jego spokój, z drugiej zaś ukontentowany, bo to przecież on miał rację. W rogu dokumentu jak byk widniało logo szpitala w Hiller?d.
Anica nie zamierzała się poddać.
- No tak... Ale to jedynie dowód na to, że albo ta sekcja nigdy się nie odbyła, albo ktoś wydrukował protokół na niewłaściwym papierze. Bo jeśli jej dokonano, to musiało się to wydarzyć w Kopenhadze, w Odense, w Aarhus lub za granicą, koniec kropka. Nie ma innych możliwości.
Simonsen opadł na krzesło.
- Koniec kropka?!
Funkcjonariuszka skinęła głową, nieco zmieszana, po czym dodała:
- Tak... koniec kropka. Bez względu na to, że pan jest szefem wydziału zabójstw, a ja tylko...
- Okej, proszę się tym zająć - przerwał jej. - Niech się pani skontaktuje z lekarzem medycyny sądowej, jego nazwisko jest w raporcie, i ustali, co się tak naprawdę wydarzyło. Może pani usiąść tam. - Wskazał na przyległy do biura aneks.
Był to dodatkowy pokój, który urządzono specjalnie dla niego kilka lat wcześniej, gdy wrócił do pracy po operacji serca. Anica wstała i ruszyła w stronę małego pomieszczenia, ale zatrzymała się w pół drogi.
- Mój szef się wścieknie, jeśli za piętnaście minut nie wrócę do pracy. A jak dowie się, że jestem tutaj, to już w ogóle wpadnie w szał.
Simonsen zapewnił ją, że nie musi się o nic martwić. On się tym zajmie.
Młoda funkcjonariuszka wróciła po jakichś dwudziestu minutach i usiadła, nie przerywając mu lektury. Podniósł wzrok znad dokumentów.
- Tak? - spytał krótko.
Złożyła mu zwięzły i szczegółowy raport - bez cienia dumy, choć okazało się, że to on się mylił. Sekcji zwłok dokonał lekarz medycyny sądowej Hans Arne Tholstrup. Do wiosny dwa tysiące ósmego roku pracował razem ze swoją ówczesną żoną w Instytucie Medycyny Sądowej w Kopenhadze, ta rzuciła go jednak nieoczekiwanie dla kochanka. W związku z zaistniałą sytuacją Tholstrup dostał roczny urlop. Po urlopie zatrudnił się z kolei w szpitalu w Hiller?d, do którego dziesiątego lipca dwa tysiące ósmego roku przywieziono zwłoki Juli Denissen. To on stwierdził jej zgon. Policja okręgu północnej Zelandii nalegała jednak, by wykonać badanie pośmiertne, po części z uwagi na młody wiek kobiety, a po części przez wzgląd na okoliczności jej śmierci. Była żona Tholstrupa zdążyła się już w międzyczasie rozstać ze swoim amantem. Mąż, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie chciał jej widzieć na oczy, teraz zapragnął się z nią zobaczyć. Skontaktował się więc ze swoim poprzednim pracodawcą i zezwolono mu, by sam dokonał sekcji zwłok, naturalnie w szpitalu królewskim. Obdukcja odbyła się dzień później, a raport napisał kolejnego dnia, gdy już wrócił do Hiller?d. Dlatego właśnie skorzystał z papieru firmowego tamtejszego szpitala.
- W badaniu brał udział personel techniczny, dwie osoby nieposiadające specjalnych kwalifikacji. Rozmawiałam z jedną z nich. To kobieta. Ta sekcja wyjątkowo zapadła jej w pamięć z uwagi na, bądź co bądź, niezwykłe okoliczności - ciągnęła Anica.
- Nie skontaktowałaś się bezpośrednio z Tholstrupem? - zapytał Simonsen, zwracając się do funkcjonariuszki na ty.
- Tholstrup nie żyje. Popełnił samobójstwo w styczniu ubiegłego roku, gdy rzuciła go nowa miłość.
Szef wydziału zabójstw milczał. Znowu zaczęły nim targać wątpliwości. W głowie świtała mu jakaś myśl, ale nie potrafił jej jeszcze uchwycić. Być może chodziło właśnie o tę sekcję zwłok, o której mówiła Anica. Coś w jego głowie mówiło mu, że się pomylił, i to było logiczne wytłumaczenie. Ale kojarzył coś jeszcze... coś o wiele ważniejszego. Wstał, żeby odprowadzić funkcjonariuszkę do wyjścia.
- Tak sobie jeszcze pomyślałam o tych nurkach w Nordhavn, którzy próbują wyciągnąć na ląd drugą część wycieczkowca... - Zawiesiła głos.
- Co z nimi?
- Upewnił się pan, że przy okazji przeszukają też dno?
- A po co?
- Dzieci na pewno miały komórki. Może nagrały coś, co może się nam... panu przydać.
Spojrzał na nią oniemiały. Była cholernie zaczepna, niemalże bezczelna. Panna wszystkowiedząca... Stała przed nim i sugerowała mu coś, co - ma się rozumieć - już dawno zrobił. Wręcz prosiła się o to, żeby odprawił ją z kwitkiem.
- Masz dość irytujący sposób bycia, może powinnaś trochę nad tym popracować - wyksztusił wreszcie.
- Nieraz to już słyszałam.
- ...Ale nie wzięłaś sobie do serca tych uwag?
- Wręcz przeciwnie, staram się, bardzo, próbuję każdego dnia...
Uśmiechnęła się, a jej wyznanie wydało mu się szczere.
- Prześlij mi mailem swoje dane osobowe i... dzięki za pomoc.
Zamknął za nią drzwi, po czym ponownie wrócił myślami do Elvanga. Dlaczego stary profesor chciał mu zamydlić oczy? Co nim kierowało?