Szalone życie Rudolfa. T. 1 - Joanna Fabicka

-
Proszę czekać

Czwartek, 13 kwietnia

Wiedziałem, że spotka mnie dzisiaj jakieś nieszczęście! Przed szkołą mam zaprowadzić Gonzo do przedszkola. Zawsze byłem w tym domu od brudnej roboty! To już trzecie przedszkole w tym roku. W pierwszym stwierdzili, że Gonzo jest nadpobudliwy i nie mogą go okiełznać. Pani dyrektor ze łzami w oczach przyznała się do klęski pedagogicznej, łkając do ojca: "Mam nadzieję, że mogę liczyć na pańską dyskrecję!"

W drugim nie było żadnej dyskusji po tym, jak ten upiorny dzieciak przeprowadził szturm na kuchnię. Rozszalały tłum przedszkolaków wdarł się na zaplecze i przewrócił kocioł ze znienawidzonymi zacierkami na mleku. Potem Gonzo był trzy miesiące w domu pod opieką babci, ale to nie za dobrze wpłynęło na jej i tak już nadwątlone morale i zmusiło mamę do szukania nowego przedszkola w trybie pilnym.

Wreszcie nadszedł przez wszystkich wyczekiwany dzień. Mama jako wykwalifikowany psycholog zachowała się bardzo nieprofesjonalnie. Wykręciła się z obowiązku zaprowadzenia wnuka, mówiąc, że musi sobie "zrobić odrosty". Nigdy nie widziałem, żeby wcześniej interesowała się ogrodnictwem. Padło na mnie, mimo gróźb, że się zabiję.

Podróż metrem to był horror! Gonzo natarczywie zadawał pytania: "Czy pani ma perukę?", "To sztuczna szczęka?". Udawałem, że go nie znam, ale na koniec Gonzo wypalił: "A Rudolf to zjada babole z nosa!". Nie wiem, co w tym było takiego śmiesznego. Ludzie są naprawdę wstrętni!

W nowym przedszkolu jest bardzo miło i funkcjonalnie. Ma solidne kraty w oknach i ogrodzenie ze stalowych sztachet. Trochę mnie to uspokoiło, bo znam skłonność Gonzo do nieoczekiwanych zaginięć. Jest ostatnio na etapie Copperfielda... Wszyscy się do nas uśmiechali, a pani dyrektor powiedziała, że dzisiaj jest konkurs artystyczny na wierszyk lub piosenkę i jak Gonzo chce, to też może wystąpić. Gonzo oczywiście chciał, ale najpierw musieliśmy wysłuchać trzech dziewczynek, które smętnymi głosikami zawodziły:

Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani.

Rozległy się histeryczne brawa rodziców, a pani dyrektor przypomniała, że hasło jej placówki brzmi: "Bóg, Honor, Piłsudski". No i nadszedł czas na Gonzo. Trochę się spociłem, bo odwlekał w nieskończoność. Rodzice innych dzieci zaczęli klaskać dla zachęty, a katechetka szepnęła anielsko: "Śmiało, dziecino". Gonzo zmierzwił sobie puch na głowie, łypnął złowrogo okiem i już wiedziałem, że będzie katastrofa. Powalczył jeszcze chwilę z rozporkiem i rozdarł się tak głośno, że żyły wyszły mu na szyi:

Przeleć mnie w koniczynie, ooo, a twoja rozkosz nigdy nie minie, ooo!

Oczywiście nie byłem głupi i nie czekałem, aż przestanie śpiewać. Jak przystało na światowca, wyniosłem się po angielsku.

Uważam, że rodzina powinna trzymać się razem, a więc postanowiłem, jak tylko zostanę sławny i zarobię dość pieniędzy, odnaleźć Helę i zmusić ją do zabrania Gonzo, zanim ten doprowadzi na skraj załamania nerwowego całą naszą rodzinę.

Środa, 12 kwietnia

Dzisiaj pani H. dała mi ostateczne ostrzeżenie. Zażądała pod groźbą strajku, abym zrobił wreszcie coś ze swoim zgryzem. Dalsze lekcje dykcji i melorecytacji uważa za bezsensowne. Jej zdaniem moja wada wymowy dyskwalifikuje mnie jako przyszłego aktora i bez pomocy ortodonty się nie obejdzie.

No pięknie! Prawie się załamałem. Ciągle muszę znosić jej docinki. Jest taka gruboskórna...

Wiem, bo kiedyś położyłem jej na krześle pinezkę i nic nie poczuła! Czy ta stara sklerotyczka nie wie, że artyści są niezwykle wrażliwi? Gdyby nie moja głęboka wiara we własny geniusz, mógłbym się zrazić do tego trudnego zawodu. Nie wyobrażam sobie życia bez aktorstwa! Jeśli taki Linda może być popularny, to tym bardziej będę ja - Rudolf Gąbczak, przyszłe bożyszcze kobiet.

Taki aktor to ma superanckie życie. Nic nie musi robić, tylko udaje kogoś innego. Wszyscy go podziwiają i zapraszają na bankiety. Jest ozdobą przyjęć i każdy chce się z nim przyjaźnić. Nawet jego dawni prześladowcy ze szkoły. Tak więc postanowiłem, że i ja zostanę wielkim aktorem. Nic sobie nie robię z drwin, chociaż czasem ciężko to wytrzymać. Jeszcze zobaczymy, czyje na wierzchu! Rodzicom będzie bardzo przykro, że tak mnie nie docenili. Będę przystojny, mądry i będę miał znajomości w najwyższych kręgach.

Pani H. twierdzi, że nie ma to jak szczerość. Już teraz powinienem się przyzwyczajać, że życie jest twarde i nikt mnie nie będzie oszczędzał. Wie, co mówi, bo sama przeszła gehennę. Jako młoda dziewczyna została wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec. Tam zakochał się w niej jakiś baron. Długo ze sobą walczyła, wreszcie wrodzony patriotyzm nie pozwolił jej wyjść za tego oprawcę. Niestety do dzisiaj nie może sobie tego darować! I katuje mnie na lekcjach dykcji niemieckimi rymowankami:

Pflichten Glücke Fisches,

Bodenschatzen Mögpflisches.

Tfuuu! Przecież ja będę polskim aktorem! Niech mnie, do licha, nauczy mówić po polsku! Niestety nie mogę jej tego powiedzieć otwarcie, bo bardzo często nie mam czym zapłacić za te absurdalne lekcje. Wtedy pani H. zgadza się, żebym jej oddał w naturze.

Tak więc, zamiast robić różne nieprzyzwoite rzeczy charakterystyczne dla mojego wieku, cały wolny czas spędzam na prasowaniu koronek, czesaniu peruk i naprawianiu sztucznej szczęki, bo pani H. nie dowierza dzisiejszym dentystom. Znalezienie czegokolwiek w jej domu graniczy z cudem. Wszystko jest tak samo zakurzone jak ona. Mogłaby z powodzeniem otworzyć skansen i robić kokosy na turystyce. Jak przyszedłem do niej pierwszy raz, owionął mnie od progu zapach apteki podczas remanentu, a potem spadł mi z pawlacza na głowę kufer ze zdjęciami. Oglądaliśmy je chyba ze trzy godziny. Najfajniejsze przedstawiało jakiegoś przebranego kolesia na koniu i z szablą. Pani H. wytłumaczyła mi, że to oficer pułku reprezentacyjnego ułanów, co dokonał cudu nad Wisłą. Nie wiedziałem, że do wojska biorą także świętych... Tego dnia poczęstowała mnie herbatką przeczyszczającą i było naprawdę miło, ale niestety wkrótce sprawdziło się powiedzenie ojca, żebym się nie dał nabrać na kobiece sztuczki. Pani H. już niedługo okazała się wielbicielką dyscypliny oraz powiedzenia, że życie nie jest po to, żeby było miło. Do tego wykorzystuje moje dobre serce i muszę dwa razy w tygodniu odprowadzać ją na basen. W jej wieku! Wstydziłaby się. Na szczęście nie dałem się namówić, żeby uczyła mnie pływać. Diabli wiedzą, co takiej starej babie strzeli do głowy, jak zobaczy młode męskie ciało. A poza tym wcale nie ma biustu, więc nic bym nie miał z tego pływania.

Ale zniosę wszystko, żeby zostać kimś. Nie tak jak mój ojciec wieczny nieudacznik. Nie potrafi nawet dopilnować własnej fryzury. Zostało mu już tylko dwanaście włosów na głowie. Myśli, że jak je tapiruje, to tego nie widać.

Ale na razie muszę skończyć szkołę, bo mam dopiero czternaście lat. A może to się przedłużyć ze względu na nieuzasadnioną niechęć niektórych profesorów do mnie, zwłaszcza Pęcherza.

W drodze do domu wyrecytowałem dwieście razy "stół z powyłamywanymi nogami". Na przekór pani H.

20 kwietnia

Dzień zaczął się jak zwykle, czyli pechowo. Obudziły mnie przekleństwa babci, która przetrząsała cały dom w poszukiwaniu wiśni w spirytusie. Miała na sobie kanarkową koszulę non-iron i fioletowe boa (trochę pozlepiane po ostatnim incydencie). Na głowie dyndał jej funt kłaków w kolorze zgniłych buraczków - efekt wymieszania przez Gonzo kilku farb. Z impetem wtargnęła do mojego pokoju, mamrocząc:

- Co za dom! Żeby brakowało podstawowych produktów spożywczych!

Chciałem ją spławić jak najszybciej, bo dochodziło wpół do ósmej i bałem się, że się znowu spóźnię do szkoły. Ale babcia miała swoją jazdę!

Rozsiadła się wygodnie w fotelu bujanym (to znaczy bujany to on był, zanim Gonzo odpiłował mu bieguny) i rozpoczęła niekończącą się opowieść z czasów swej rozpustnej i pełnej mrocznych tajemnic młodości. Muszę przyznać, że babcia jest, no... w każdym razie była osobą światową. Ma już chyba ze sto lat, nikt tego dokładnie nie pamięta, nawet jej syn, a mój ojciec. Ma na imię Filomena i nie kojarzy już, czy jest spokrewniona z dynastią Romanowów, czy też z hamburską linią Rothschildów.

Niestety moim dziadkiem był podobno jakiś pastuch z okolic Lwowa. Babcia uwiodła go, gdy pędził przez jej wieś stadko wymizerowanych gęsi. Karą za mezalians jest nasze nazwisko. Mnie ono specjalnie nie przeszkadza, ale babcia nie może znieść jego plebejskiego rodowodu.

Była w młodości wielbicielką opery i baletu, znawczynią sztuk. Do grona jej przyjaciół należeli: znany reformator teatru Gordon Craig, bracia Lumi?re, Flip i Flap. Tata wszystkiemu zaprzecza i zaklina się, że babcia przez całe życie nie ruszyła się z okolic Ozorkowa.

Ja w każdym razie jak tonący brzytwy uczepiłem się jej znajomości z Flipem i Flapem. Po kimś przecież musiałem odziedziczyć geniusz aktorski! Ale największą miłością jej życia był Rudolf Valentino, boski macho, kochanek ze snów. Spotkała go ponoć w Paryżu. To po nim mam imię. Babcia wymusiła je na moich rodzicach tygodniowym strajkiem głodowym. Taaaa... oni ulegli, a ja muszę nieść to brzemię, ten dzwoneczek trędowatego! Teraz też nawiązała do tej znajomości:

- Najbliższy mi ze wszystkich był Valentino - powiedziała i poprawiła kokieteryjnie sztuczną szczękę.

Bałem się, że opowieści nie skończy przed południem:

- Przecież Valentino był kochankiem Poli Negri!

Babcia poległa, ugodzona jadowitą strzałą w samo serce. To zawsze działało niezawodnie!

Nienawidziła Negri. Była pewna, że ukradła jej podstępem angaż u samego Ernsta Lubitscha, skazując ją tym samym na role jasełkowych diabłów, którym okrutne wiejskie dzieciaki co roku podpalały ogony i co roku babcia nie mogła siedzieć aż do wiosny.

Tymczasem czas płynął i już byłem pewien, że przeprawa z Pęcherzem mnie nie ominie. Nie mogłem ruszyć się z łóżka, póki babcia tkwiła w pokoju. Może i była stara, ale wzrok miała dobry, a ja ze swoją permanentną poranną przypadłością wszystkich prawdziwych mężczyzn nie mogłem obrażać starszej bądź co bądź kobiety! Ale i nie mogłem dłużej tkwić w łóżku, toteż wyskoczyłem jak z procy, licząc, że ten niemały szczegół umknie jej uwagi.

Nie umknął. Dwa dni wszyscy mieli temat do rozmów przy wspólnych posiłkach. Nawet Opona przestała spać w moim łóżku.

Godzina 18.50

Biednemu zawsze wiatr w oczy, a diabeł dzieci kołysze! Z nocnej szafki ojca zniknęła caluteńka butelka nervosolu (stała tam jeszcze dzisiaj rano). To znak, że mama odniosła kolejny sukces w budowaniu swojego silnego feministycznego wizerunku na arenie społeczności lokalnej.

Pogrążony głęboko w tych rozmyślaniach, nawet nie zauważyłem wejścia Elki. To dziwne, bo zawsze hałaśliwie wita się z Gonzo. Do ich ulubionych rytuałów powitalnych należy jazda Gonzo na grzbiecie Elki zgiętej w pałąk, galopującej po mieszkaniu, parskającej i klepiącej się po udach.

Sie masz, Ciapku! - Nie znoszę, kiedy do mnie tak mówi! Co powiedzieliby fani i wielbiciele na całym świecie, gdyby ktoś tak się zwracał do sir Laurence'a Oliviera albo Maxa von Sydov? - Załatwiłam ci robotę, żebyś mógł wreszcie uskładać na aparat ortodontyczny i przestał się faflunić.

Skrzywiłem się z niesmakiem na ten charakterystyczny dla niej brak delikatności. Elka uważa mnie za fujarę, która potrzebuje menedżera nawet w takich sprawach, jak pójście do toalety. Ma tyle samo lat co ja, a zachowuje się, jakby pozjadała wszelkie rozumy. Cały czas udowadnia mi, że kobiety wcześniej dojrzewają. Zaczynam się bać tych pogróżek. Z Elką zbliżyliśmy się do siebie, kiedy ogłoszono w szkole plebiscyt na najmniej lubiane osoby. To był jedyny raz, kiedy w życiu coś wygrałem.

Zamierzałem być oschły i ignorować jej rewelacje. Nie zmiękłem nawet, gdy próbując mnie pocałować, zwaliła się swym mało powabnym ciałem Attyli. Na szczęście źle obliczyła odległość i spadła z tapczanu. Będę musiał potem sprawdzić, czy nie powstał pod dywanem jakiś krater. Zaznaczam, że w sprawach seksu byłbym mało wybredny, ale Elka o twarzy pijanego transwestyty i oddechu cuchnącym Kowbojami zabija moje gotujące się libido w zarodku.

- To praca w reklamówce! Prawdziwa rola do zagrania!

I stała się jasność! A trąby jerychońskie zagrały mi triumfalnie! Oczyma duszy widziałem już, jak po latach opowiadam o początkach mojej kariery. Już słyszałem te telefony w Hollywood i moją ponętną sekretarkę (wymiary: 108, 63, 108), pytającą omdlewająco: "Rolfi, jesteś dla Spielberga czy cię nie ma?".

- To reklama kleju mocującego protezy zębowe - usłyszałem z zaświatów przepalony głos Elki.

- Coooo? - zawołałem oburzony.

- Od czegoś trzeba zacząć. Tym bardziej, Ciapku, że nie będziesz musiał nic mówić - zaśmiała się szyderczo.

Moja dusza załkała w środku. Ja jej jeszcze pokażę! Gdy tylko jakakolwiek inna kobieta zechce mnie zauważyć, natychmiast porzucę Elkę bez skrupułów. Będzie jeszcze skrobała do drzwi mojego pałacu z dwoma basenami i brodzikiem (na wypadek, gdybym do tego czasu nie nauczył się pływać)!

- Wybieraj, albo bierzesz, co leci, albo do końca życia będziesz tylko śnić o prawdziwej scenie, ty fafluło! - krzyczała, podając mi równocześnie chusteczkę, gdyż ślina uwięzła mi w kącikach ust.

Na całe szczęście mama przerwała ten wyrachowany seans okrucieństwa, mobilizując nas do pogoni za babcią.

W domu

Po przekroczeniu progu naszego domu wpadłem na worki ze śmieciami. Stoją tu już od tygodnia i na każdego przechodzącego patrzą błagalnym wzrokiem, żeby je wreszcie wyrzucić. O nie! Na pewno nie będę to ja. I tak najmniej brudzę w tym domu. Poza tym, gdybym się teraz ugiął, to już chyba nigdy nie nauczyłbym moich rodziców porządku. Nie wiem, jak można tak prowadzić dom! Swoją drogą, ciekawe, kto przerwie tę wojnę nerwów. W przedpokoju zaczyna już trochę śmierdzieć.

Obaj z ojcem nie raz i nie dwa próbowaliśmy złamać mamie charakter. Kiedyś już prawie się udało. Ugotowała wtedy chyba pierwszy od miesiąca obiad - pyszną zupę grzybową. Moja euforia trwała do czasu, kiedy Opona wywlokła z kubła na odpadki pusty karton po kremie borowikowym firmy Tłusty Wieprzek. Ponieważ jestem lojalnym synem, nie powiedziałem nic ojcu. Będę miał teraz na mamę haka. Nigdy nie wiadomo, kiedy mi się to przyda.

Mamę interesuje tylko feminizm, kino modernistyczne i Susan Sontag, jedyna, jej zdaniem, pisarka zasługująca na literackiego Nobla. Od czasu gdy przeczytała w jakiejś gazecie, że odeszła od własnego męża i syna, żeby zostać narzeczoną jakiejś fotografki - mama stała się nie do zniesienia. Ciągle się odgraża, że zrobi to samo. Mężczyźni są według niej źródłem wszelkich utrapień. Toleruje jedynie Gonzo - upiornego pięciolatka o twarzy i wrażliwości Hannibala! Gonzo to jej wnuk i mój bratanek.

A tak się cieszyłem, kiedy z nami zamieszkał! Myślałem, że wreszcie ktoś będzie mnie słuchał i podziwiał. Miałbym nad nim władzę, i czasem, jak by nikt nie widział, to mógłbym mu nawet przylać. Niestety, jak pech, to pech! Wstyd się przyznać, ale to Gonzo mnie bije. Jego zwariowana matka, gdy tylko zaczął chodzić, zapisała go na karate. Zresztą z ojcem też mu się za bardzo nie poszczęściło (mimo że to mój brat). Filip i Hela są ekologami. Należą nawet do jakiegoś stowarzyszenia. Zielony Pokój, jakoś tak. Wiecznie wyjeżdżali na akcje i nie mogli się opiekować dzieckiem. Zresztą teraz to już tym bardziej nie mogą, bo Hela zamieszkała na Wyspie Wielkanocnej z lamajskim mnichem na wygnaniu. Doprawdy trudno mi nadążyć za wszystkimi wydarzeniami z ich życia. Tym bardziej że moje zostało przez Gonzo przewrócone do góry nogami.

A przecież i tak już miałem sporo problemów:

- Pęcherz,

- jak przekonać świat o moim geniuszu aktorskim,

- nocne polucje,

- sny o trzecim jądrze,

- brak kasy, brak kasy, brak kasy!

Niestety mam przeczucie, że są one nierozwiązywalne.

Do tego nie podjąłem jeszcze decyzji o mojej orientacji seksualnej. Nie zakochała się we mnie jak dotąd żadna dziewczyna! Elki oczywiście nie liczę. Brrr!

Czwartek

Niech to jasny szlag trafi! Miałem już pocałować Piękną Nieznajomą, kiedy w drzwiach znowu stanął obrzydliwy facet z halabardą! Obudziłem się zlany potem. Ten sen nawiedza mnie od kilku miesięcy. Jak tak dalej pójdzie, to skończę na kozetce u psychiatry. Co to może znaczyć? Muszę poszperać w książkach mamy. Tylko żeby mnie nie nakryła! Jeszcze gotowa za darmo przeprowadzić mi terapię. Musiałbym upaść na głowę, żeby korzystać z pomocy takiego niezrównoważonego psychologa!

Minąłem w drzwiach zaspanego ojca. Zawsze wygląda, jakby przed chwilą wstał, ale może dlatego, że ciągle jest potargany. Ha, ha! Na Gwiazdkę kupię mu perukę afro. Ojciec był w złym humorze, bo wczoraj odbierał Gonzo. Słyszałem, jak opowiadał mamie, że z powodu repertuaru Gonzo został wezwany do dyrektorki i musiał obiecać, że to już się nie powtórzy. Wyobrażam sobie, jak się czuł. On nigdy nie rzuca słów na wiatr. Mama twierdzi, że to dlatego do niczego w życiu nie doszedł.

Potem wpadłem na wściekłą babcię, która zaczęła na mnie krzyczeć, że nie ma już wiśni w likierze. Nie musiała mi tego mówić, sam przecież widziałem, jak wygląda. Rozczochrane włosy, bezwzględnie potraktowane jakąś różową płukanką, trzęsły się na wszystkie strony. Na chudej (jak u indora) szyi zwisał smętnie fioletowy wąż boa z kilkoma kępkami piór - ślad dawnej świetności. Trzeba przyznać, że babcia ma smak i gust. Fioletowe pióra znakomicie podkreślały kolor wielkiego orlego nosa. Już dawno ostrzegałem, że tak się skończy nadużywanie wiśni w spirytusie!!!

Kiedy patrzę na Gonzo, wcale mnie nie dziwi, że jest jej prawnukiem. Ten sam zacięty wyraz twarzy i niedający się utemperować charakter! No i rzecz jasna, dziedziczna skaza - brak włosów. Chociaż babcia pewnie wyliniała ze starości.

Nadaremnie przypominam jej, że ma już swoje lata i powinna raczej zbliżyć się do Boga w poszukiwaniu ukojenia, niż zwiedzać świat ze zwariowanym Stowarzyszeniem Wyzwolonych Emerytów. Zaciska wtedy ręce na lasce i wznosi oczy do nieba, mamrocząc: "Czemuś mnie pokarał takim wnukiem?".

Udało mi się jednak sprytnie uniknąć babcinej laski, przeskakując przez Oponę, która wylegiwała się wśród chemikaliów i rozpuszczalników "Małego Technika" Gonzo. Czmychnąłem do pokoju, obiecawszy przedtem babci, że jutro kupię jej duży zapas tych cholernych wiśni!

Mama wybierała się na spotkanie lokalnej grupy wsparcia uciemiężonych mężatek. Jest bardzo dumna, że udało jej się coś takiego zorganizować mimo sprzeciwu ich mężów. Miałem już rękę na klamce, gdy dobiegł mnie jej głos: "Pamiętaj, że o siódmej przychodzi Elka". O bogowie, o Szekspirze i Ibsenie, miejcie mnie w swojej opiece!!! Znów będę musiał wykraść ojcu butelkę nervosolu!

Sam nie wiem, dlaczego tak mnie rozstrajają spotkania z Elką. Muszę uważać na nerwy. Aktor powinien umieć powstrzymać emocje, gdy wymaga tego dobro roli.