Szalone Porto - Jolanta Kosowska

Kup ebooka

37.99 zł
30.39 zł (28,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Martyna

Zastanawiałam się, jak mam jej to powiedzieć. Nagle poczułam się niezręcznie. Przecież ona nie jest winna temu, że już nie chcę uczyć się portugalskiego.

- To była ostatnia lekcja - stwierdziłam.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Właśnie zaznaczała w książce jakiś fragment, nad którym miałyśmy pracować w przyszłym tygodniu. Zawsze dostawałam zadanie do domu, które nie miało mnie pogrążyć, a wręcz przeciwnie, upewnić w tym, że już sporo umiem.

- Przyspieszyliście swój wyjazd? - zapytała zaskoczona. - Dacie radę - dodała po chwili. - Oboje już sporo umiecie. Zawsze można też podeprzeć się angielskim - uspokajała.

- Niczego nie przyspieszyliśmy. Po prostu nie jedziemy do Portugalii.

Podniosła na mnie wzrok i czekała na to, co jeszcze powiem. Nie potrafiła ukryć zdziwienia.

- Nie jedziecie do Portugalii? - zapytała z niedowierzaniem.

- Nie jedziemy.

- Zmieniliście plany dotyczące podróży poślubnej? Tyle pracy i para w gwizdek.

W jej głosie słyszałam wyraźnie rozczarowanie.

- Nie będzie ślubu i nie będzie podróży poślubnej. - Chciałam, żeby zabrzmiało to obojętnie, ale głos niebezpiecznie mi zadrżał. Trudno jest mówić bez emocji o czymś, co mnie prawie zabiło.

Myślałam, że nigdy tego nie powiem, że ucieknę się do jakiegoś kłamstwa. Zaskoczyłam samą siebie. Clara zasługiwała na prawdę. Chociażby dlatego, że za trzy godziny miał tu przyjść Miłosz, a on na pewno będzie próbował wszystko zatuszować. Wymyśli jakąś niesamowitą opowieść, która w żaden sposób nie będzie odzwierciedlała nawet cienia prawdy.

Lubiłam Clarę. Kiedy przed rokiem szukałam lektora języka portugalskiego, spotkałam się z kilkoma osobami. Wybrałam ją. Głównie dlatego, że wszystko w niej mnie intrygowało. Była Portugalką mieszkającą od ponad pięćdziesięciu lat w Polsce. Przedstawiła mi się jako Clara Ana Pirera Rocco Jabłońska. Urodziła się prawie osiemdziesiąt lat temu w małej wiosce pod Porto. Przyjechała do Polski studiować psychologię. W trakcie studiów poznała Janusza. Pokochali się i pobrali. Po obronie dyplomów zostali w Krakowie. Mieli jedną córkę, która czuła się lepiej w Portugalii niż w Polsce i na studia wyjechała do Lizbony. Janusz zmarł kilka lat temu. Po śmierci męża Clara nie wróciła do rodzinnego kraju. Mówiła kiedyś, że to przez zasiedzenie.

- Byłoby mi tam dziwnie - tłumaczyła mi. - Jestem już w Polsce bardzo długo. Przywykłam do tego, co jest tutaj. Gdybym wróciła teraz do ojczyzny, to wróciłabym do czegoś, czego już dawno nie ma. Czas pognał. Nie ma już tamtej mojej Portugalii. Czułabym się bardziej obco tam, niż czuję się tutaj - tłumaczyła mi dawniej, kiedy o to zapytałam.

Nie wróciła do Portugalii, ale czasami za nią tęskniła. Kiedyś przynajmniej dwa razy w roku leciała z mężem odwiedzić rodzinne strony. Po śmierci Janusza była tam tylko raz, żeby pozałatwiać sprawy w urzędach. Potem lekarz zabronił jej latać, a przejechanie innym środkiem lokomocji ponad trzech tysięcy kilometrów to dla Clary coś nieosiągalnego. Opowiadała mi kiedyś, że tylko raz w przeszłości pojechała z mężem samochodem do Porto i zajęło im to prawie dwie doby. Nie zdołali wtedy kupić biletów na samolot, a mama Clary leżała w szpitalu San Antonio ze złamaną kością udową po upadku w domu. Działo się to ponad piętnaście lat temu. Wtedy Clara była zdrowsza i sporo młodsza, a i tak tę podróż wspominała jako koszmar. A teraz taki przejazd w ogóle nie wchodził w grę.

Zostały jej zdjęcia, filmy, wspomnienia i długie rozmowy telefoniczne z licznymi krewnymi porozrzucanymi po całej Portugalii, od Porto po Algarvę. Dwa razy w roku odwiedzała ją córka. Wtedy przez kilka dni rozmawiały tylko po portugalsku, wspominały wszystkich żyjących i nieżyjących członków rodziny i setki miejsc, które mieszkały w sercu Clary. Po odwiedzinach córki przez jakiś czas jeszcze bardziej tęskniła za Portugalią.

Clara nie cierpiała bezczynności i nudy. Do życia potrzebowała kontaktu z ludźmi i właśnie dlatego, pomimo swojego wieku, nadal udzielała lekcji portugalskiego.

- Nie będzie ślubu? - Głos Clary wyrwał mnie z zamyślenia.

- Nie będzie - mruknęłam.

- Tak po prostu?

- Tak po prostu.

- Będzie później? - Zżerała ją ciekawość.

- Po prostu nie będzie - powiedziałam chłodno. - Rozstaliśmy się.

- Rozstaliście się? - powtórzyła za mną jak echo. W głowie jej się to nie mieściło. - Jakaś nic nieznacząca kłótnia zdołała zniszczyć waszą miłość?

- To nie była nic nieznacząca kłótnia - stwierdziłam zdecydowanie. - Sądzę, że to też nie była miłość - dodałam zachowawczo.

Zaskoczona tonem mojego głosu zamilkła, o nic więcej już nie pytała. Za to ja nagle chciałam jej to opowiedzieć.

- To nie była kłótnia - powtórzyłam. - Nie padło zbyt wiele słów, ale i tak wszystko stało się jasne. Chciałam przed trzema dniami zrobić Miłoszowi niespodziankę i przyszłam po niego do biura. Zastałam go na zapleczu ze współpracowniczką. Bawili się w najlepsze. Kochali się na stojącym tam biurku. Na mój widok nawet nie przerwali. No, może niezupełnie. On chciał, ale ona właśnie szczytowała i nie miała ochoty nagle tego zakończyć. Wyszłam stamtąd.

Nie wiem, kiedy usiadłyśmy. Wcześniej stałam już w progu gotowa do wyjścia. Teraz Clara zajmowała miejsce na sofie. Ja naprzeciw niej w fotelu. Zamilkłam na chwilę. Czekała na to, co jeszcze powiem.

- W domu spakowałam rzeczy Miłosza i wystawiłam mu je przed drzwi - powiedziałam z trudem, bo jakaś klucha urosła mi w gardle. Łzy piekły pod powiekami. - Przyjechał po walizki wieczorem. Klucze od mojego mieszkania zostawił na wycieraczce. Dołączył do nich kartkę z jednym słowem: Przepraszam. Potem zaczął wysyłać mi wiadomości. W kółko słowo "przepraszam". Chyba nie rozumie, że nie za wszystko da się przeprosić.

- Nie za wszystko - przyznała.

- Zablokowałam go w telefonie. Działałam jak w transie. Jakby to wszystko nie dotyczyło mnie, tylko kogoś zupełnie innego. To było trzy dni temu. Wczoraj obdzwoniłam wszystkich zaproszonych gości. Skontaktowałam się też z księdzem Andrzejem. Odwołałam skrzypaczkę. Poinformowałam fotografa. Dobrze, że mieliśmy zaraz po ślubie prosto z kościoła jechać na lotnisko i lecieć do Portugalii, to przynajmniej nie musiałam rezygnować z rezerwacji w domu weselnym. Udało mi się też odwołać rezerwację noclegów w Porto - wyliczałam. - Z lotu za to nie można zrezygnować. Można tylko zmienić termin. Trudno, bilety przepadną. Przekonałam się, że ludzie są żałośni - dodałam. - Nikt nie miał odwagi zapytać, co się stało. Nawet moja przyjaciółka, Majka, która miała być moją druhną, o nic nie zapytała. Jakby co drugie narzeczeństwo kończyło się na kilka tygodni przed ślubem. Poczułam się rozczarowana Majką...

- Sądzę, że zbyt srogo ją oceniasz - przerwała mi Clara. - Na pewno przeraził ją twój telefon. Nie pytała, bo nie chciała cię zranić.

- Może - przyznałam bez przekonania. - Poza panią chyba tylko jej będę w stanie to opowiedzieć.

- Dobrze, że to stało się teraz, a nie po ślubie. Wtedy byłoby ci jeszcze ciężej - weszła mi w słowo. Zauważyła łzę na moim policzku. - Nie płacz! To nic nie zmienia.

- Płaczę z wściekłości - skłamałam.

- Jeżeli z wściekłości, to dobrze. Nie ma czego żałować. Dobry Bóg czuwał nad tobą. Widocznie pisane jest ci coś zupełnie innego i zupełnie inny człowiek.

- Tak pani myśli?

- Nie myślę, a wiem - rzuciła pewnie. - Wszystko w naszym życiu dzieje się dla czegoś. Nic nie dzieje się niepotrzebnie. Wszystko ma swój sens. To też ma na pewno.

- Nawet takie gówno? - wątpiłam.

- Nawet takie gówno - powtórzyła za mną. - Miałam Miłosza za dojrzałego mężczyznę, a zachował się jak dupek. Nie serce, nie rozum, a penis. Skończony idiota, będzie żałował tego do końca życia.

- Podle mnie zdradził.

- Palant - powiedziała.

- Szuja.

- Chłystek - dorzuciła.

- Totalny dupek.

- Drań.

- Łachudra.

Mówiłyśmy jedna przez drugą. Czułam, jak maleje to wewnętrzne napięcie, które jeszcze przed chwilą dławiło mnie w gardle.

- Emocjonalne zero - dodałam.

- Jak dla mnie to po prostu głupiec - skwitowała Clara. - Stracił wszystko. Już zawsze będzie tego żałował - powtórzyła.

Nigdy nie słyszałam takich słów z jej ust. Zawsze wysławiała się pięknie, a teraz nagle "palant", "chłystek" i "drań". Clara uważała, że sposób mówienia określa człowieka. Chyba na chwilę coś wymknęło jej się spod kontroli.

- Język musi przystawać do uczuć i emocji - wyjaśniła, jakby czytała w moich myślach. - Miłosz już dzisiaj do mnie dzwonił. Odwoływał popołudniową lekcję. Nie chciał nowego terminu. Twierdził, że na razie nie ma już czasu na portugalski, że jest za bardzo zajęty.

Wstała. Poszła do kuchni. Po chwili postawiła przede mną filiżankę z kawą. Piłyśmy w milczeniu.

- Nie rezygnuj ze swoich planów! Leć sama do Porto! - powiedziała nieoczekiwanie. - Ten wyjazd ci pomoże. Tutaj będziesz się tylko miotać. Wszystko będzie ci przypominać o tym, co się stało. Warto się od tego odciąć. Nowe miejsce, inni ludzie, inny język, kultura, obyczaje... Restart. Wszystko od nowa.

- Sama do Porto? - zapytałam z niedowierzaniem.

Wydawało mi się to niemożliwe. Jeszcze parę dni temu siedzieliśmy razem z Miłoszem nad planem miasta i zaznaczaliśmy obiekty warte zobaczenia. Planowaliśmy nasz pobyt w Porto dzień po dniu. Na początek katedra Sé, kościół świętej Clary, kościół świętego Franciszka, Wieża Kleryków, najpiękniejsza na świecie księgarnia, Ogrody Kryształowego Pałacu... Potem jazda zabytkowym tramwajem nad ocean i zachód słońca. Po powrocie spacer nabrzeżem przy moście Ludwika I i kolacja w jednej ze znajdujących się tam restauracji... Następnego dnia Ribeira, czyli Stare Porto z plątaniną stromych, wąskich uliczek pnących się od brzegu rzeki Douro aż po majestatyczną katedrę Sé. Jak pisano w przewodniku - miasto sześciu mostów, tysiąca schodów i znanego na całym świecie trunku. Miasto skrajności. Pod powiekami miałam jeszcze dziesiątki zdjęć z miejsc, które koniecznie chcieliśmy zobaczyć razem, i nagle miałabym pojechać tam sama? Wydało mi się to czymś pozbawionym sensu.

- Sama do Porto? - powtórzyłam.

- Sama do Porto! - powiedziała Clara z przekonaniem. - To jest doskonały pomysł. Znam dobrze to miasto. Ono pozwoli ci zrestartować myśli. Pozwoli zapomnieć. Zmieni ciebie i zmieni twoje życie. Wrócisz odmieniona albo postanowisz zostać tam na zawsze.

"Wrócę odmieniona albo zostanę tam na zawsze" - powtórzyłam w myślach jej słowa.

- Prześpij się z tym! Zadzwoń, jeżeli się zdecydujesz! Mam małe mieszkanie w Porto. Na początek powinno ci wystarczyć. Później zawsze możesz poszukać czegoś innego.

***

Minęło kilka dni. Nie czułam się lepiej, raczej coraz gorzej. Żal narastał. Narastało wrażenie upokorzenia. Było mi tylko ciężej, jakby to, co się stało, w pełni zaczęło do mnie docierać dopiero teraz. Czułam się fatalnie, zdradzona i poniżona. Ciekawe, od kiedy mnie zdradzał? Tylko z tamtą czy też z innymi? Czy ktoś o tym wiedział? A może wiedzieli wszyscy i tylko ja, zaślepiona uczuciem, żyłam w nieświadomości? Może śmiali się ze mnie za moimi plecami? Może dlatego nikt o nic nie pytał, kiedy dzwoniłam z wiadomością, że ślubu nie będzie? Jakiś czas temu usłyszałam przypadkiem, jak jeden z kumpli powiedział do Miłosza, że wybrał sobie niedzisiejszą dziewczynę i że to utrudni mu życie. Teraz zaczęłam się zastanawiać, co wtedy miał na myśli. Może to, że jestem naiwna, łatwowierna i romantyczna, że wierzę w miłość i uważam, że do seksu potrzebne są uczucia?

W snach wracały szczegóły tamtego wydarzenia. Na drzwiach prowadzących do biura widniała informacja o godzinach pracy. Już dawno powinno być zamknięte, ale kiedy nacisnęłam klamkę, otworzyły się. W pomieszczeniu panowały ciemności, a przy biurkach nikogo nie było. Usłyszałam jakieś dźwięki dochodzące z zaplecza. Zobaczyłam smugę światła padającą przez szparę w uchylonych drzwiach. Pomyślałam, że Miłosz zbiera się do wyjścia. Tego dnia było chłodno, padał rzęsisty deszcz, a świat zupełnie nie wyglądał, jakby zbliżał się koniec maja. Podeszłam do drzwi prowadzących na zaplecze i serce stanęło mi w gardle. W półmroku zobaczyłam leżącą na biurku kobietę. Miała szeroko rozchylone nogi i nagie piersi. Stojący do mnie tyłem mężczyzna właśnie wszedł w nią głęboko. Powietrze rozdarł jęk rozkoszy. Poznałam ją od razu. Mój mózg za to nie chciał poznać Miłosza. Tę kobietę widziałam jakiś czas temu w jego mieszkaniu. Zwykle kiedy wyjeżdżałam służbowo, Miłosz wracał na ten czas do siebie. Mówił, że czuje się u mnie bardzo samotnie. Wówczas wróciłam szybciej z delegacji. Wpadłam do niego i zastałam ich pijących kawę. Przedstawił mi ją jako nową koleżankę z pracy, z którą chciał bez świadków omówić szczegóły współpracy i dlatego zaprosił ją do swojego domu. Nie widziałam w tym nic złego. A teraz myślałam zupełnie inaczej. Ona wydawała się wtedy zaskoczona i zmieszana. Zapewne już wtedy kochali się pod moją nieobecność. Zjawiłam się, kiedy już skończyli i raczyli się razem kawą.

Wtedy w biurze rozpoznałam ją od razu. A Miłosza nie. Początkowo pomyślałam, że nie znam stojącego do mnie plecami mężczyzny.

- Przepraszam - burknęłam pod nosem. - Szukam Miłosza. Powinnam była zapukać.

Gdy na chwilę odwrócił głowę, moje serce zamarło. Potem ruszyło galopem. Na twarzy Miłosza malowało się zaskoczenie.

- Wszystko ci wytłumaczę.

Próbował się od niej odsunąć, ale mu na to nie pozwoliła, dalej chciała się z nim kochać. Objęła go nogami w pasie i przyciągnęła do siebie. Wszedł w nią głębiej. Ciszę przerwał jęk rozkoszy. Może nawet moje przyjście podnieciło ją jeszcze bardziej. Uprawiała seks z mężczyzną na oczach jego narzeczonej. To mogło być dla niej bardzo ekscytujące.

- Nie przerywajcie sobie. - Sama nie mogłam uwierzyć, że coś takiego przeszło mi przez gardło. - Bawcie się dobrze!

W snach ta scena wracała do mnie bez końca. Podświadomość widocznie chciała mi dokopać. Pracowałam zdalnie, w końcu ogrody można projektować z domu. Nie miałam ochoty na żadne spotkania, nawet te zawodowe. Z rzadka wychodziłam ze swojego mieszkania. Nie miałam po co. Zakupy robiłam w sklepiku obok. Unikałam ludzi. Majka dzwoniła do mnie każdego dnia. Nie odbierałam telefonów. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać, zresztą z nikim nie miałam ochoty. Któregoś dnia przyjechała do mnie.

- Musimy pogadać - powiedziała od progu. - Czas pędzi. Może jeszcze uda się wszystko odkręcić. Za cztery tygodnie powinien być wasz ślub. To tylko cztery tygodnie, ale jak się postaramy, to...

- Sprawa od pewnego czasu jest już nieaktualna - przerwałam jej.

- Zastanów się! Wybacz mu! Każdy może popełnić błąd. Dzwonił do mnie i prosił, żebym z tobą porozmawiała - mówiła szybko. Bała się, że znowu jej przerwę. - Cała jego rodzina cię kocha. Oni mu tego nie wybaczą. Jego babcia chciała w prezencie ślubnym podarować wam dom.

- I co z tego? - przerwałam jej. - To niczego nie zmienia. Też ich lubię, ale nie ich miałam poślubić, tylko jego.

- Zastanów się! Przemyśl! Nie unoś się honorem! Każdy może zbłądzić.

Nagle przyszło mi do głowy, że zupełnie nie znam Majki. Wcześniej wydawało mi się, że myślimy i czujemy podobnie. Musiałam się pomylić.

- Czyją stronę trzymasz? - zapytałam zaczepnie. - Moją czy jego?

- Twoją.

- Naprawdę?!

- Naprawdę, ale czasami trzeba być ponad złość. Przecież nic takiego się nie stało. Każdemu może się zdarzyć. Każdy może spotkać kumpli i zabawić trochę dłużej na zakrapianej kolacji.

- O czym ty mówisz? - zapytałam zaskoczona.

- Prosił, żebym ci powiedziała, że to się już nigdy nie powtórzy. Ponoć go zablokowałaś. Nie ma ci jak tego powiedzieć.

- Na pewno się nie powtórzy! Bredni ci jakichś naopowiadał, a ty mu uwierzyłaś.

- Bredni?

- Miłosz bzykał się ze swoją koleżanką z pracy na kilka tygodni przed naszym ślubem, a ja mam z nim stanąć przed ołtarzem? Puknij się w głowę! Rozum ci zabrało?!

- O czym ty opowiadasz? - wykrztusiła zaskoczona.

- O powodzie naszego rozstania.

- Niemożliwe. Ktoś ci jakichś bredni naopowiadał. Ludzie uwielbiają takie plotki. Ubarwiają im życie. Chyba nie chcesz, żeby jakaś głupia plotka zniszczyła waszą przyszłość?

- To żadna plotka - przerwałam Majce. - Stukali się na moich oczach na biurku w pokoju socjalnym w ich biurze. Nawet nie przestali, kiedy weszłam. On może i chciał, ale ona właśnie zaczęła przeżywać orgazm.

- Niemożliwe.

- Możliwe.

- I co ty na to?

- Powiedziałam, żeby sobie nie przerywali.

Majka patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, jakby się zastanawiała, czy może mi wierzyć.

- To wydarzyło się naprawdę?

- Naprawdę.

- Nie mogę uwierzyć, że mnie tak okłamał. To niemożliwe.

- Możliwe. Liczył na to, że ja ci nie powiem, że to za intymne, za bardzo upokarzające. Nie dam mu tworzyć zakłamanej rzeczywistości, bo za chwilę się okaże, że to ja jestem winna naszemu rozstaniu. Już wcześniej o tym myślałam. Przewidziałam, że za wszelką cenę będzie chciał ukryć prawdę, że będzie manipulował. Na moim biurku leżą osiemdziesiąt dwie koperty, a w nich kartki z krótką informacją.

Wstałam. Podeszłam do mebla. Poprzerzucałam koperty, żeby odnaleźć tę zaadresowaną do przyjaciółki.

- Ta miała być wysłana do ciebie.

Wyjęłam z niej liścik i przeczytałam na głos.

Majka, ślubu nie będzie. Mój przyszły mąż uwielbia bzykać inne, a ja jestem pod tym względem staroświecka. Preferuję monogamiczne związki. Cenię sobie wierność. Dzieli nas rozumienie tego słowa.

Z wyrazami szacunku

Martyna

- Oszalałaś? - Majka była przerażona. - Chyba nie wyślesz tego do członków jego rodziny?

- Jeszcze nie wiem. Nie zdecydowałam.

- Jego babcia cię uwielbia. Rodzice bardzo lubią. Mały Stasiu jest w tobie zakochany - wyliczała. - Ta kuzynka ze strony ojca, która była z nami na wieczorze panieńskim, cieszyła się, że będzie miała w tobie bratnią duszę... To ich zabije. Oni już cię uważali za członka rodziny. Nie możesz im tego zrobić.

- Im? Dlaczego im? - zapytałam zaskoczona. - Ja do nich nic nie mam.

- Nie zrobisz tego. Nie wyślesz tych listów. Nie możesz. To zrani wielu ludzi.

- Mogę, oczywiście, że mogę - przerwałam Majce gwałtownie. - Ale chyba już nie chcę. Napisanie tych osiemdziesięciu dwóch wiadomości podziałało na mnie terapeutycznie. Nie mam już ochoty zabić Miłosza. Nawet nie jestem już na niego wściekła. Nie jest mi tak beznadziejnie, jak było jeszcze kilka dni temu. Po prostu Miłosz stał się dla mnie nikim. Ma gęstość otaczającego mnie powietrza, przejrzystość poranka. Dotarło do mnie, jaki jest żałosny. Wyobrażasz sobie, ile trudu kosztowało mnie napisanie tej wiadomości osiemdziesiąt dwa razy, zmieniając tylko imię adresata?

Nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie dziwnie. Chyba sądziła, że oszalałam.

- Pierwsze listy pisałam ze łzami w oczach, serce miałam w gardle, szumiało mi w uszach, coś dusiło w piersi - opowiadałam. - Wydawało mi się, że serce mi pęknie. Wyobrażałam sobie reakcję każdego z adresatów. Z czasem łzy wyschły, a zaczął dominować ból ręki. Przy ostatnich dwudziestu wiadomościach już nie płakałam. Napisanie tego tekstu osiemdziesiąt dwa razy bardzo mi pomogło. Wszystko oddaliło się na tyle, że przestało powodować cierpienie.

Majka mi się przyglądała.

- I co teraz? - zapytała po chwili.

- Nic. Życie toczy się dalej. Muszę je tylko inaczej poukładać.

- Pojedziesz do Portugalii?

- Nie teraz. Teraz nie potrafiłabym się nią cieszyć.

- Ja bym na twoim miejscu pojechała - weszła mi w słowo. - Zawsze marzyłaś o tej podróży. Chciałaś tam na jakiś czas zamieszkać. W twoim życiu nie było jeszcze Miłosza, a Portugalia już była. Tyle marzeń i przygotowań, a teraz chcesz z tego zrezygnować, bo jakiś palant cię zdradził? Portugalia nie jest niczemu winna. Ja bym poleciała. Inny kraj, inni ludzie, żadnych wspomnień. Taki zupełny restart.

Mówiła podobnie do Clary. Nagle wydało mi się to genialne.

***

Zadzwoniłam do Clary.

- Chciałam umówić się na konwersacje.

Po drugiej stronie słuchawki przez dłuższą chwilę panowała cisza. Jakby Clara mnie nie zrozumiała.

- Chciałam umówić się na konwersacje - powtórzyłam.

- Jedziesz? - Jej głos zabrzmiał pogodnie.

- Jadę.

Nie spodziewała się chyba tego, bo na moment znów zrobiło się cicho.

- To dobrze - usłyszałam po chwili. - To bardzo słuszna decyzja. Kiedy wylatujesz?

- Za pięć dni. Przesunęłam termin wylotu. Tak będzie najlepiej. Im szybciej, tym lepiej...

- Pięć dni to zawsze trochę czasu. Możemy rozmawiać kilka godzin dziennie. Żadnego języka polskiego, tylko portugalski - myślała na głos. - Żadnej gramatyki, żadnego nowego słownictwa. Sporo umiesz. Musisz tylko uwierzyć w siebie i zacząć więcej mówić po portugalsku. Teraz nieważna jest gramatyka. Nie liczy się akcent. W razie biedy zawsze możesz przejść na angielski. Młodzi ludzie w Portugalii dobrze znają ten język. Kiedy będziesz na miejscu, to każdy dzień będzie wzbogacał twoje słownictwo, z czasem gramatyka stanie się czymś intuicyjnym i odruchowym.

- Nie stać mnie na kilkugodzinne lekcje - przerwałam jej.

- Nie martw się o to. Te konwersacje to mój prezent dla ciebie - powiedziała ciepło.

Spędzałyśmy ze sobą po parę godzin dziennie. Coś ruszyło, odblokowało się. Kiedy jechałam tramwajem do domu, to przyłapałam się na tym, że o tłoku w pojeździe myślałam po portugalsku. "Nie jest źle" - stwierdziłam w duchu. O sztuce raczej nie porozmawiam, o historii też będzie mi trudno, ale kupię chleb, masło, zapłacę rachunki, zapytam o drogę, kupię bilet, zamówię obiad... W sumie wszystko, co dotyczyło codzienności, przestało mnie przerażać.

Wylatywałam w sobotę. W piątek wieczorem dostałam od Clary klucze do jej mieszkania.

- Jest małe, ale na początek na pewno ci wystarczy. Kupiliśmy je kilkanaście lat temu, kiedy sprzedaliśmy rodzinny dom pod Porto. Córka mieszka w innej części Portugalii. Dom w tamtym miejscu nie był już nikomu potrzebny, a nam brakowało pieniędzy, bo Janusz zaczął chorować... - Zawiesiła na chwilę głos. Posmutniała. - Kupiliśmy tamto małe mieszkanie, żeby mieć własny kąt w Portugalii, a resztę przeznaczyliśmy na leczenie. Decyzja była słuszna i jedyna z możliwych. Udało się na jakiś czas zapanować nad chorobą... - Zamilkła na chwilę.

Oczy jej zwilgotniały. Pociągnęła nosem. Tak było zawsze, kiedy wspominała męża. Minęło kilka lat od jego śmierci, a Clara nadal nie mogła pogodzić się z jego odejściem.

Odezwała się po chwili:

- Mieszkanie ma salon, sypialnię, sporą kuchnię z częścią jadalną, małą garderobę, niewielkich rozmiarów przedpokój. Przed paroma laty wyremontowaliśmy łazienkę, ale zachowaliśmy jej pierwotny charakter pasujący do całości. Jest w płytkach azulejos, układają się w obraz winnicy, która kiedyś była przy moim rodzinnym domu. Zobaczysz. To jedyna trochę bardziej ekskluzywna rzecz tam. Meble są przeniesione ze starego domu. Nie potrafiłam się z nimi rozstać. Są jak świadkowie naszej przeszłości. Towarzyszyły mi, odkąd sięgam pamięcią. Jest jeszcze balkon...

- Nie wiem, czy stać mnie na wynajęcie takiego mieszkania.

- Ja ci go nie wynajmuję - przerwała mi gwałtownie. - Broń Boże! Nigdy nie wynajęłabym go nikomu. Ja cię w nim będę gościć. Możesz tam mieszkać, jak długo zechcesz.

Na chwilę zamilkła. Jakby szukała argumentów, którymi mogłaby mnie przekonać.

- Lokalizacja jest idealna. Mieszkanie znajduje się około trzystu metrów od stacji metra. Niedaleko ratusza. Masz blisko na dworzec i do hali targowej. Na bocznej ulicy jest sklep spożywczy, kilka małych barów i restauracji. Do katedry dojdziesz w trzydzieści minut. Wszędzie jest blisko. Można powiedzieć, że z buta możesz zwiedzić pół Porto. Zanim zaczniesz się zastanawiać, co dalej robić, to na początek pozwiedzaj - radziła. - Pokręć się! Poobserwuj! Potem zobaczysz. Może wrócisz tutaj, a może tam odnajdziesz swoje miejsce na ziemi. Nie zachowuj się jak turystka, zachowuj się jak ktoś, kto chce to miasto zrozumieć.

Usta jej się nie zamykały, oczy błyszczały. Kiedy mówiła o Porto, wydawała się o wiele młodsza.

- Sam budynek jest niepozorny. Na parterze w sąsiednim domu mieści się kawiarnia. Jest nieduża, ale zajmuje dodatkowo podwórko otoczone ze wszystkich stron budynkami, na które wychodzą okna i balkon naszego salonu. Zwykle to w niczym nie przeszkadza. Czasami w weekendy słychać cichą muzykę.

- Na pewno nie będzie mi to przeszkadzać.

- Mieszkanie jest na pierwszym piętrze. Na trzecim mieszka starsza kobieta, Isabel, a właściwie Isabel Maria Ferreira Costa. Przed pięcioma laty straciła męża. Zginął w wypadku samochodowym. Jego śmierć spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Do dzisiaj nie może się pozbierać. Staram się do niej dzwonić przynajmniej raz w miesiącu. Stała się odludkiem, ale to bardzo dobry człowiek. W razie biedy na pewno nie odmówi ci pomocy. Reszta lokali to apartamenty wynajmowane turystom. - Zamilkła na chwilę, jakby musiała głębiej nabrać powietrza. - Zamek w drzwiach prowadzących do budynku zabezpieczony jest kodem - odezwała się po chwili. - Kod zmienia się każdego dnia, ale zasada jest prosta. Wklepujesz w klawiaturę datę, poczynając od danego dnia, przez miesiąc i rok, i na końcu litery pasujące do danego mieszkania. W naszym przypadku to CAPRJ, Clara Ana Pirera Rocco Jabłońska. Dzisiaj powinnaś wpisać 06062024CAPRJ. Czy to jest dla ciebie jasne?

- Oczywiście.

- Drzwi do mieszkania też zabezpieczone są kodem. Napisałam ci go na kartce. Potem zakoduj je sobie po swojemu. Najlepiej na swoje imię i datę urodzenia. Zresztą możesz wymyślić coś zupełnie innego, coś, co dla ciebie będzie łatwe do zapamiętania.

Rozłożyła na stole mapę Porto. Pokazała lokalizację budynku. Obok narysowanego krzyżyka napisała adres. Potem zaznaczyła ciekawe obiekty w okolicy. Cały czas opowiadała o Porto. Mówiła jak nakręcona. Podała mi kartkę z kodem do drzwi i klucz na wszelki wypadek. Kiedy wychodziłam, uściskała mnie mocno.

- Porto można kochać albo nienawidzić. Jedno jest pewne: nie znam nikogo, kto byłby obojętny. Nie uciekaj od razu! Daj szansę sobie i temu miastu. Jestem pewna, że ono ci pomoże.

***

Wysiadłam z samolotu i nagle przestraszyłam się własnej decyzji. "Sama w Porto" - pomyślałam przerażona. "Przecież ja tutaj nikogo nie znam". Od rodzinnego miasta dzieliło mnie ponad trzy tysiące kilometrów. Nieznane miejsce, obcy ludzie, trudny język. Wszystko inne i nowe.

Przerosło mnie już kupno biletu na metro. Najpierw w automacie trzeba było nabyć kartę, potem nabić na nią bilet. Wcisnęłam język angielski, ale mimo to opis wydał mi się niezrozumiały. Stojący za mną w kolejce starszy mężczyzna przyglądał mi się z rozbawieniem.

- Pomóc? - zapytał po angielsku. Widząc moje zakłopotanie, dodał pospiesznie: - To jest kompletnie niezrozumiałe. Każdy na początku ma kłopoty. Linia metra zatrudnia nawet ludzi, którzy pomagają kupować bilety.

Rzeczywiście, przy drugim automacie biletowym stał młody człowiek w żółtej, odblaskowej kamizelce i wciskał za starszą kobietę przyciski.

- Mam pani pomóc czy chce się pani dalej męczyć? - dopytał mężczyzna.

- Proszę mi pomóc.

- Pani na chwilę czy na dłużej? - rzucił przyjaźnie.

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Poczułam, że się rumienię. Przyglądał mi się rozbawiony.

- Nie chcę się z panią umówić, bo jestem już na to za stary - wykrztusił z uśmiechem. - Chcę pani pomóc kupić odpowiedni bilet.

"Jestem idiotką" - pomyślałam.

- No więc, na jak długo przyjechała pani do Porto? -powtórzył.

- Jeszcze nie wiem.

- Nie wie pani? - zapytał zaskoczony.

- Nie wiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Martyna

To był niesamowity wieczór. Śpiewałam, słyszałam oklaski, sprzedawałam ciasteczka, wymieniałam uśmiechy z wieloma ludźmi, czasami zamieniałam kilka słów. I czułam na sobie wzrok Gaspara. Sprzedałam wszystkie babeczki i większość płyt CD. Zebraliśmy sporo pieniędzy. Jakaś starsza kobieta zatrzymała mnie, kiedy przechodziłam obok. Słuchała nas już po raz trzeci.

- Pasujecie do siebie - powiedziała ciepło. - Nie zepsujcie tego. On śpiewa tylko dla ciebie. Ty śpiewasz tylko dla niego, a my jesteśmy obserwatorami czegoś niezwykłego, co zaczyna się dziać pomiędzy wami.

Nie odezwałam się od razu. Staruszka miała ciepłe spojrzenie, łagodne rysy twarzy, patrzyła na mnie z sympatią.

- My tylko pracujemy razem - wykrztusiłam. - A właściwie to ja pomagam mu w pracy.

- Skoro tak mówisz. - Uśmiechnęła się przyjaźnie. - Czasami stojąc z boku, widzi się więcej, niż będąc w środku wydarzeń. Zanim zaprogramujesz się na to, co tobie się wydaje, i zaczniesz w tym tkwić, to pomyśl o tym, co widzą inni.

Ruszyłam dalej i nagle wśród gapiów zobaczyłam twarz, która wydawała mi się znajoma. Mężczyzna przyglądał mi się intensywnie. Właśnie to przyciągnęło mój wzrok. Byłam pewna, że już go gdzieś widziałam. Może w metrze, może na nabrzeżu, może w autobusie. Wtedy też tak na mnie patrzył. Dziwnie, zachłannie, z niechęcią, a może i nienawiścią. Kiedy skończyliśmy występować, już go nie było. Szkoda, bo chciałam go pokazać Gasparowi.

- I jak nam poszło? - zapytałam.

- Bardzo dobrze. Tworzymy zgrany duet. Nigdy śpiewając, nie zarobiłem tylu pieniędzy co dzisiaj. Przyjdziesz jutro?

- Przyjdę.

- To dobrze. W takim razie zacznijmy o siedemnastej.

- Dobrze, o siedemnastej. Przyniosę więcej ciasteczek. Umówiłyśmy się dzisiaj z Marią na wieczorne pieczenie.

Występowaliśmy przez parę wieczorów. Liczba słuchających nas ludzi rosła. Szło nam coraz lepiej. Babeczki sprzedawały się rewelacyjnie. Płyty CD cieszyły się coraz większą popularnością. Do naszej puszki wrzucano coraz więcej pieniędzy. Każdego dnia oklaskiwano nas coraz głośniej.

Potem Gaspar nagle zniknął. Dzień wcześniej powiedział, że nie ma już czasu na śpiewanie na nabrzeżu, że musi zająć się czymś innym. Nie mogłam tego zrozumieć.

- Ale dlaczego? Przecież idzie nam rewelacyjnie. Pieniędzy jest coraz więcej.

- Są rzeczy ważne i ważniejsze - przerwał mi. - Jeszcze nieraz zaśpiewamy razem, ale nie teraz. Teraz muszę zająć się czymś zupełnie innym - stwierdził, choć to nie wyjaśniało niczego.

Ruszył w kierunku schodów prowadzących na most. Jeszcze na chwilę się odwrócił.

- Uważaj na siebie! Żadnych samotnych spacerów po ciemku! Zamykaj drzwi! Spuszczaj rolety! Bądź ostrożna.

Pomachał mi na pożegnanie, przesłał buziaka i odszedł.

***

Nie miałam ochoty iść nigdzie dalej. Postanowiłam przekąsić coś nieopodal domu, w drodze do sklepu sieci Pingo Doce. W małym barze zjadłam dwa duże, jakby podpieczone pierogi. Jeden był z kozim serem, szpinakiem i szynką, a drugi z jakąś rybą przyprawioną bardzo ostro i twarogiem z czosnkiem. Do tego pikantny sos. Do picia zamówiłam sumole laranja, które ostatnio stało się moim ulubionym napojem. Nie było to nadzwyczajne połączenie. Słodki napój nijak się miał do ostrych pierogów.

Opadały wszelkie emocje, które towarzyszyły mi tego dnia, i nagle poczułam się zmęczona. Zwykle tak miałam, kiedy po dniu pełnym wrażeń zjadłam trochę więcej. Robiło mi się miło, ciepło i leniwie. Napęd życiowy malał niemal do zera, a ja marzyłam tylko o zaciszu mieszkania, kanapie i ciepłym kocu. Nagle uświadomiłam sobie, że coraz bardziej przesiąkam Portugalią. Nawet tutejsze napoje zaczynały mi smakować.

Miałam za sobą intensywny dzień. Wcześniej bardzo pracowite dwa tygodnie. Jakiś czas temu na moje ogłoszenie w gazecie odpowiedziała pani Camila. Nareszcie coś drgnęło w interesach. Po tamtej pierwszej nieudanej próbie powoli traciłam już nadzieję. Pani Camila zamówiła u mnie projekt ogrodu. Projekt skończyłam wczoraj, a dzisiaj go oddałam. Była zadowolona. Ba, nawet zachwycona.

- Podoba mi się. Uwzględnia wszystkie moje sugestie - powiedziała ciepło.

Jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że ta kobieta jest chłodna. Kiedy podpisywałyśmy umowę, trzymała dystans. Nagle dziś odniosłam wrażenie, że jest zupełnie inna. Jakby dużo cieplejsza.

- Nareszcie udało mi się znaleźć architekta ogrodów, który myśli jak ja. Projekt jest bardzo dobry. Z przyjemnością zleciłabym pani również wykonawstwo.

- Nie czuję się jeszcze na siłach. Dopiero poznaję tutejszą roślinność.

- Ogród może poczekać. Nie spieszy mi się. Chciałabym, żeby pani zrobiła całość. Od projektu po wykonanie. Pani najlepiej wie, jak to wszystko wygląda w pani wyobraźni. Ta multimedialna prezentacja jest bardzo dobra, ale taka symulacja to jeszcze nie jest rzeczywistość. W rzeczywistości rolę odgrywają nie tylko kształty i kolory. W ogrodzie liczą się też zapachy. Bywają najważniejsze. Tak naprawdę, gdyby wykonawcą był ktoś inny, to mógłby gdzieś po drodze zginąć duch tego projektu. Skąd pani jest? - zapytała niespodziewanie.

- Z Polski.

- Moja przyjaciółka Clara wyjechała kiedyś do Polski na studia. Tam poznała swojego męża i już została.

- Chyba znam pani przyjaciółkę.

- To prawie niemożliwe. - Spojrzała na mnie zaskoczona. - Zna pani Clarę Anę Pirera Rocco?

- Znam. Uczyła mnie portugalskiego przed moim przyjazdem tutaj. Zatrzymałam się w Porto w jej mieszkaniu.

- Niesamowite. - Patrzyła na mnie z uśmiechem. - Jaki ten świat mały! A może jest zupełnie inaczej, może wszechświat robi wszystko, żeby bratnie dusze się spotkały? Jak pani myśli?

- Nie wiem. Widocznie było nam to pisane - powiedziałam ciepło.

- Może - powtórzyła za mną, ale miałam wrażenie, że myśli już o czymś zupełnie innym. - Zostaje pani w Porto?

- Chcę spróbować.

- Zadzwońmy do Clary. Zapewne się ucieszy.

Chyba mi jeszcze nie uwierzyła do końca. Miałam wrażenie, że chce mnie sprawdzić.

- Zadzwońmy! - odparłam.

Wybrała numer.

- Claro, wyobraź sobie, że nareszcie dojrzałam do tego, żeby zrobić ogród moich marzeń. Wiesz, zawsze traktowałam go jak mauzoleum po moim zmarłym mężu - szczebiotała radośnie. - Ferdynand był niesamowitym ogrodnikiem, ale już go z nami nie ma i ten zaprojektowany przez niego przed laty ogród zaczął mnie męczyć. Tam wszystko jest za ciężkie. Nie ma żadnej lekkości. Ten ogród potrzebuje więcej barw i więcej powietrza. No i oczywiście sporo zapachów. Zgadnij, kto zaprojektował mi nowy!

Nie wiem, co odpowiedziała Clara, ale na twarzy Camili pojawił się uśmiech.

- Nie wiesz? Zaraz ci pomogę zgadnąć. Młoda kobieta o jasnych włosach i niebieskich oczach, mówiąca z dziwnie miękkim akcentem po portugalsku.

Myślę, że Clara zgadła, bo uśmiech na twarzy Camili jeszcze się poszerzył.

- Masz rację. Projekt zrobiła pani Martyna. Już ci ją daję do telefonu. Pomyśl, co za zbieg okoliczności. Los pisze scenariusze, które są nie do wymyślenia.

Podała mi komórkę.

- Dzień dobry - powiedziałam wesoło.

- Jesteś mistrzynią - usłyszałam pogodny głos Clary. - Jesteś mistrzynią w swoim fachu, jeżeli twój projekt zadowolił Camilę - powtórzyła. - Ją bardzo trudno jest usatysfakcjonować. Nie jest marudna, ale bardzo wymagająca - dodała szybko, jakby się bała, że stojąca obok mnie kobieta zrozumie prowadzoną przez nas po polsku rozmowę. - Ten projekt musi być bardzo dobry. Daj jej sobie pomóc. Ona ma dużo znajomych. Większość z nich to bogaci ludzie. Każdy z nich posiada dom z ogrodem. Będziesz miała co robić przez wiele miesięcy. Rozmawiajmy po portugalsku - zaproponowała. - Camila może czuć się niezręcznie.

- Nie znam jeszcze wszystkich tutejszych roślin - przeszłam na portugalski.

- Dasz radę. Wierzę w ciebie. Jesteś zdolna i ambitna. Poradzisz sobie. W końcu wiem, co mówię. Prawie przez rok uczyłam cię portugalskiego. Daj mi jeszcze na chwilę Camilę do telefonu.

Nie wiem, co jej przekazała, ale twarz kobiety spoważniała. Wywód Clary był bardzo długi. Stojąca obok mnie kobieta milczała, tylko od czasu do czasu podnosiła na mnie wzrok.

- Masz rację - odezwała się po chwili. - Oczywiście, że masz rację. Rozumiem to. To jest bardzo ważne. Pod tym względem się nie zmieniłaś.

Rozłączyły się po długiej wymianie serdecznych pożegnań i Camila spojrzała na mnie z nieukrywaną sympatią.

- Jesteś utalentowana. Clara opowiadała, że na studiach wygrałaś jakiś konkurs. Nie dziwię się. Masz wyobraźnię i technikę. W sobotę idę na spotkanie do mojej przyjaciółki Any - pozornie zmieniła temat. - Spotykamy się u niej dwa razy w miesiącu. Zwykle gramy w karty. Czasami w domino. Sporo rozmawiamy. Nieważne... Polecę cię moim przyjaciółkom. One też mają ogrody i też szukają nowych aranżacji. Podam im twój numer telefonu. Dostaniesz moje rekomendacje. Na pewno się odezwą. Musisz zapuścić korzenie w nowym miejscu. Człowiek bez innych ludzi jest słaby, czuje się nikomu niepotrzebny. Nic go nie łączy i nic go nie trzyma. Niby jest wolny, ale tak naprawdę czuje się bardzo samotny. Jest jak dmuchawiec na wietrze, unosi się wolny w powietrzu, ale to bzdura. Musisz zbudować sobie tutaj społeczne, socjalne zaplecze. Nie przyjechałaś do Porto na chwilę jak turystka. Szukasz tutaj swojego miejsca na ziemi, a w takim miejscu, gdzie chce się zostać na dłużej, trzeba otoczyć się ludźmi. Chętnie ci w tym pomogę - dodała niespodziewanie.

To było dwie godziny temu. Zdążyłam już ochłonąć i wrócić metrem w okolicę mojego domu. Zjadłam pierogi i ruszyłam w stronę sklepu Pingo Doce na zakupy. Lubiłam ten market. Miał wszystko, czego mi potrzeba. Poczynając od wyciskanego na miejscu soku z pomarańczy, poprzez bułki tygrysie, sardynki, pastéis de nata i kozi ser. Do tego warzywa i owoce.

Kiedy wchodziłam do środka, zauważyłam mężczyznę siedzącego na chodniku obok wejścia. Miał naciągnięty na głowę kaptur, twarz odwróconą w drugą stronę. Spod kaptura wystawały kępy posklejanych włosów. Rzuciły mi się w oczy brudne spodnie, zniszczone sandały, poparzone przez słońce stopy, szara bluza, która wydała się znajoma. Tuż obok stała puszka służąca do zbierania datków. Przy jego nogach leżał pies. Ten też w pierwszej chwili wydał mi się znajomy. Miałam wrażenie, że go już gdzieś widziałam. "Bzdura" - pomyślałam. "Kundel jak kundel, średniej wielkości, piaskowego koloru". Przy lewym uchu miał białą łatę i właśnie ona coś mi przypominała. Pies podniósł się na mój widok. Zamerdał ogonem. Czyżby i on mnie pamiętał? Po chwili usiadł, upomniany szeptem mężczyzny. Ten cichy głos też jakby znałam. "Ja pierniczę!" - mówiłam do siebie przerażona. "Coś się dzisiaj dzieje z moim mózgiem. Za dużo wrażeń. Mój centralny układ nerwowy ma zaburzenia wytwórcze. Zaczynam cierpieć na omamy i halucynacje".

Weszłam do sklepu. Na dworze było już rześko, jak każdego dnia wieczorem, a włączona klimatyzacja sprawiała, że w środku panował chłód. Dreszcz przebiegł mi po ciele. Szybko włożyłam do koszyka mleko, bułki, ser i puszkę sardynek, kilka pomarańczy oraz dwa pomidory. Ustawiłam się w kolejce do kasy. Było mi coraz zimniej. Chciałam jak najprędzej wyjść stamtąd i iść do domu, a tu jak na złość wszystkim przy kasie zebrało się na długie rozmowy.

Kiedy płaciłam, usłyszałam za plecami wrzask. Odwróciłam się. Młoda kobieta krzyczała przerażająco, patrząc w kierunku wejścia do sklepu. Spojrzałam w tamtą stronę i zamarłam. Bezdomny, obok którego przechodziłam przed chwilą, wił się na chodniku. Jego ciałem szarpały drgawki. Głową uderzał o bruk. Na jego twarzy pojawiły się strużki krwi. Znałam tę twarz, chociaż teraz była przeraźliwie blada i zniekształcona przez spastyczny grymas. To był Gaspar. Przerażony pies próbował ratować mężczyznę, raz po raz obiegał go dookoła. "Jak Francisco" - pomyślałam. "Tamten miał podobne objawy, chociaż chyba nie aż tak intensywne".

Ruszyłam w kierunku Gaspara. To był odruch. Parę kroków szłam, potem zaczęłam biec. Kiedy znalazłam się tuż obok niego, nagle drgawki ustały. Ciało zamarło w dziwnej pozycji z głową mocno odgiętą do tyłu. Pochyliłam się nad nim. Przez sekundę wydawało mi się, że Gaspar na mnie spojrzał. Jego usta poruszały się bezdźwięcznie. Pochyliłam się jeszcze niżej.

- Nie bój się! - szepnął albo tak mi się tylko wydawało.

Na chwilę wyprężył się jeszcze bardziej. Z ust chlusnęła mu krew. Już nie patrzył na mnie. Jego oczy zesztywniały. Stały się nieruchome.

- Niech pani zadzwoni po karetkę! - krzyknęłam do stojącej obok mnie starszej kobiety. Udała, że mnie nie rozumie. - Ludzie, zadzwońcie po karetkę! - zaczęłam wołać. - Tu umiera młody człowiek.

Ktoś dzwonił, ktoś inny pochylił się nad Gasparem.

- Nie żyje.

Raptem ten ktoś wydał mi się znajomy. To była ta starsza kobieta, którą poprosiłam o pomoc. Już gdzieś widziałam tę twarz. Chociaż nie, chyba nigdy jej nie spotkałam. Raczej widziałam kiedyś jakiegoś faceta o jej oczach. W tamtym momencie to nie było jednak ważne. Rzuciłam się na kolana i zaczęłam reanimować Gaspara. Po chwili dołączył do mnie jakiś młody chłopak. Robiliśmy masaż serca na zmianę. Nie czułam zmęczenia, choć po twarzy spływały mi strużki potu. Gaspar był coraz bledszy. Z jego ust sączyła się krew. Ponoć karetka przyjechała bardzo szybko, ale mnie wydawało się, że trwało to wieki. Ratownicy zastąpili mnie i pomagającego mi chłopaka. Lekarz pochylił się nad Gasparem.

- Koniec! To zgon. Nikt tutaj już nic nie zmieni - stwierdził.

Widziałam podnoszących się z kolan ratowników. Na ciało Gaspara narzucono płachtę. Już po chwili zjawiła się policja. Stałam tuż obok i miałam wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Czułam się jak widz w kinie, który obserwuje akcję rozgrywającą się na ekranie.

- Czy pani jest kimś z rodziny? - zapytał mnie stojący tuż obok funkcjonariusz.

- Nie.

- Czy znała pani tego mężczyznę?

- Trochę.

- Nie znaleźliśmy przy nim dokumentów. Czy zna pani jego personalia?

- Nazywa się Gaspar David Pereira Pinto.

Policjant wpisał dane w trzymane w ręku urządzenie.

- Masz go? - zapytał stojący obok niego policjant.

- Nie mam. Niekarany. Musi być stosunkowo nowy w mieście.

- Nie wie pani, gdzie mieszka?

- Nie mam pojęcia. Jest chyba bezdomny. Tak mi się przynajmniej wydaje. Widziałam go kiedyś śpiącego pod katedrą.

Ktoś podał mi chusteczkę.

- Niech się pani wytrze. Ma pani krew na twarzy.

- Krew? - Nie mogłam zrozumieć.

Spojrzałam na swoje odbicie w szybie wystawowej. Krew miałam na twarzy, rękach, na sukience. "To nie dzieje się naprawdę" - myślałam przerażona. "To nie może dziać się naprawdę".

Spisano moje dane osobowe i numer telefonu. Otaczający nas tłum gapiów zaczął się rozchodzić.

- Co się stało? - zapytałam lekarza wsiadającego do karetki.

- Nie wiadomo. Chyba jakaś substancja toksyczna. Tym już zajmie się policja. Za chwilę pojawi się brygada kryminalna i lekarz z medycyny sądowej.

Działałam jak w transie. Widziałam, jak przyjechał samochód mający przewieźć zwłoki Gaspara do policyjnej kostnicy. Widziałam policjantów fotografujących cały teren. Widziałam, jak zabrali plastikową butelkę, która stała przy Gasparze, i jakąś niedokończoną bułkę. Ruszyłam w kierunku domu i nagle przypomniałam sobie o psie. Teraz byłam już pewna, że to pies Francisca, którym Gaspar ostatnio się opiekował. To był Aster. Rozejrzałam się dookoła. Nigdzie go nie zauważyłam.

Nie pamiętam drogi do domu. Weszłam do mieszkania. Zamknęłam za sobą drzwi. Zdjęłam sukienkę. Włożyłam ją do kubła na śmieci. Weszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Kropelki krwi miałam na twarzy, na włosach, na ramionach, nawet na nogach. Musiałam się pobrudzić, kiedy robiłam masaż serca. Nie mogłam sobie jednak tego przypomnieć. Tak miałam od zawsze, od wczesnego dzieciństwa. Kiedy spotykało mnie coś przerażającego, mój mózg próbował od razu o tym zapomnieć. Może dobrze, bo w ten sposób starał się mnie chronić. Stanęłam pod prysznicem. I dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam czerwone smużki mieszające się z wodą, wszystko, co we mnie było, przeszło w jeden straszny szloch. Nie potrafiłam nazwać tego, co czułam - rozpacz, przerażenie, pustka, ból, nicość...

Świtało, kiedy nareszcie zaczęłam myśleć. Aster! Musiałam go odnaleźć. Jego pan leżał w szpitalu, przyjaciel jego pana nie żył. Naciągnęłam na siebie spodnie, sweter, kurtkę i wybiegłam z domu. Myślałam już tylko o tym psie. Musiał być jeszcze bardziej przerażony ode mnie. Znalazłam go tuż obok tamtego miejsca, w którym wszystko się działo. Dzisiaj ten sklep miał dyżur nocny i wciąż byli w nim ludzie. Pies przylegał całym ciałem do muru. Wzrok miał wbity w miejsce, w którym przed paroma godzinami siedział Gaspar. Przycupnęłam na murku przy oknie wystawowym.

- Aster, chodź, piesku!

Odwrócił łeb w moją stronę i wbił we mnie oczy. Te nagle wydały mi się puste.

- Chodź, piesku!

Nie odrywał ode mnie wzroku.

- Chodź, pójdziemy do domu. Kiedy Francisco wyzdrowieje, to do niego wrócisz.

Spróbowałam do niego podejść. W pierwszej chwili się odsunął. Cofnął się kilka kroków i przyglądał mi się nieufanie.

- Chodź, piesku. We dwójkę zawsze raźniej.

Wyciągnęłam do niego rękę. Skulił się, ale dał się pogłaskać. Cofnęłam dłoń i ruszyłam w kierunku domu. Zrozumiał mnie. Ruszył za mną. Musiał się czuć tak samo podle jak ja.

***

Nie mogłam się otrząsnąć. Może byłoby mi łatwiej, gdybym miała z kim pogadać. Próbowałam nawet. Byłam w kawiarni i spróbowałam porozmawiać z Marią. Nic z tego jednak nie wyszło. Pech chciał, że tego dnia było sporo klientów i nie miała czasu. Przysiadła tylko na chwilę obok mnie.

- Coś nie pracujesz... - zagadała. - Dopóki nie podłączą ci internetu w domu, zawsze możesz rozkładać się u mnie. Ten stolik w rogu sali należy do ciebie. Coś nie tak? - Spojrzała na mnie uważnie. - Dziwnie jakoś od paru dni wyglądasz.

Chciałam jej opowiedzieć o tamtym wieczorze i Gasparze, ale do kawiarni wciąż przychodzili goście.

Wpadłam więc do niej po zamknięciu lokalu pod pretekstem pomocy przy sprzątaniu.

- Jak chcesz, to pomóż, ale ja widzę, że z tobą dzieje się coś złego. Pogadajmy! - zaproponowała.

Wyłączyła światła w kawiarni i usiadłyśmy po ciemku. Mrok rozświetlała tylko wąska smuga światła tuż nad parapetem, pod nie do końca spuszczoną roletę. Opowiedziałam Marii o tamtym wieczorze.

- Coś niecoś słyszałam od kawiarnianych gości. Ponoć jakaś dziewczyna go reanimowała. To ty?

Przytaknęłam.

- Jesteś twarda. Ja bym chyba uciekła. Zresztą nie wiem. Cieszę się, że mnie tam wtedy nie było. Ten obraz zostałby mi na zawsze pod powiekami...

- Mnie też został - przerwałam jej. - Nie mogę się pozbierać. Śni mi się to po nocach. Mam dziwne wrażenie, że widziałam tam coś, co było zaskakujące, ale nie mogę sobie tego przypomnieć. Męczy mnie to bardzo... Zresztą jak cała ta historia. Nie słyszałaś, co było dalej?

- Nie słyszałam, ale zapewne będzie można przeczytać o tym w gazecie.

- W gazecie? - Wydawało mi się, że źle ją zrozumiałam.

- W tej gazecie, w której niedawno dawałaś ogłoszenia o projektowaniu ogrodów. Już od lat jest w niej kronika policyjna. Zwykle tego nie czytam, ale myślę, że tam może się pojawić coś w związku z tą sprawą.

Odtąd każdego dnia kupowałam gazetę. Otwierałam ją na ostatniej stronie, na kronice. Maria mówiła, że powinna się tam pojawić chociażby jakaś bardzo lapidarna informacja. Mnie też się tak wydawało. Nie pomyliłyśmy się. Po tygodniu pojawiła się krótka wzmianka o morderstwie na młodym bezdomnym. Ponoć policja ustaliła, że został otruty bułką, którą podał mu ktoś pod sklepem. W bułce była trutka na szczury. Zawarty w niej arszenik spowodował drgawki i krwawienie. Obok miejsca, w którym człowiek ten został zabity, na murze pojawił się napis: Czas oczyścić miasto ze szczurów. Ponoć od pewnego czasu ktoś mordował w Porto bezdomnych. Za każdym razem na miejscu zbrodni pojawiał się napis podobny do tego. Policja była na tropie seryjnego mordercy.

Dzień później w tej samej gazecie pojawił się nekrolog. Gaspar David Pereira Pinto miał być pochowany za dwa dni na cmentarzu miejskim. Wiedziałam, że to idiotyczne, ale postanowiłam pójść na ten pogrzeb. Powiedziałam o tym Marii.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - stwierdziła. - Znowu wszystko w tobie odżyje. Ja bym nie poszła... - mówiła spokojnym głosem. - To był dla ciebie obcy człowiek. Chciałaś mu pomóc. Zrobiłaś, co mogłaś. Na wszystko było za późno - tłumaczyła, jakby myślała, że tego nie rozumiem, że być może obwiniam się o coś.

O nic się nie obwiniałam. Siebie nie, za to wszystkich innych, którzy akceptowali to, co działo się w tym mieście.

- Lekarzowi też się nie udało. - Jej głos przebił się przez moje myśli. - Po prostu tam nie można było już pomóc.

- Wiem - weszłam jej w słowo.

- Skoro wiesz, to dlaczego się zamartwiasz?! Mijają dni, a z tobą jest coraz gorzej. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Potem jeszcze przygarnęłaś psa. Zrozum, że nic więcej nie da się zrobić! Ta historia niszczy ci życie. Nie śmiejesz się, nie rozmawiasz, nie jesz, nie spotykasz się w interesach, przesiadujesz całe dnie w fotelu na balkonie. Myślisz, że cię nie widzę? Czasami wpadasz tutaj na kawę, ale też milczysz. Mam wrażenie, że to wszystko prawie cię zabiło. Nie dokładaj sobie! Nie warto. To już nic nie zmieni. To był przecież dla ciebie obcy człowiek.

- Niezupełnie obcy człowiek - przerwałam jej.

- Zupełnie, niezupełnie. Ty go przecież prawie nie znałaś. Kilka razy porozmawialiście i w sumie tyle. Ja bym nie poszła...

Nie powiedziałam Marii o tym, że to ten sam człowiek, z którym śpiewałam na nabrzeżu, że Gaspar ją znał. Nic z tego nie rozumiałam. A ona zapewne zrozumiałaby jeszcze mniej. Wydawało mi się, że ta cała szalona historia jest tylko moja, i chciałam, żeby tak zostało.

***

Maria by nie poszła na pogrzeb, a ja poszłam. Sprawdziłam w internecie lokalizację cmentarza, potem połączenie. Część drogi trzeba było pokonać metrem, część autobusem. Nie chciałam się spóźnić. Byłam na miejscu godzinę przed rozpoczęciem ceremonii. Przeszłam się alejkami pomiędzy grobowcami. Dziwny cmentarz. Przez kolory kwiatów, bzyczenie owadów i świergot ptaków wcale nie wydawał się smutny, za to letni i pogodny. Uspokajał, koił zmysły, wyciszał. Wróciłam w okolice kaplicy na kwadrans przed ceremonią. Przed wejściem stało już kilka osób - staruszka mieszkająca w ruderze obok katedry, jakaś dziewczyna w dziwnie barwnym jak na tę okoliczność podkoszulku, Bruno i paru jego kolegów. Ludzi przybywało. Kiedy ksiądz rozpoczynał nabożeństwo, na cmentarzu zgromadziło się już ponad sto osób i z minuty na minutę ta liczba rosła. Byli bardzo różni.

- Nie wiem, czy Gaspar David Pereira Pinto był osobą wierzącą, ale myślę, że tak. - Rozległ się głos księdza. - Był Portugalczykiem z krwi i kości i jak przystało na Portugalczyka, na pewno po swojemu kochał Pana. W ciągu paru dni odwiedziło moją zakrystię wielu z was, dla których ten bezdomny młody człowiek był kimś wyjątkowym i ważnym. Gaspar został bezdomnym z wyboru. Był człowiekiem wykształconym, znał kilka języków obcych i mieszkał na ulicy, bo tak chciał służyć swoim bezdomnym braciom. Jeden z was nazwał go królem bezdomnych, ale nie dlatego, że wysoko nosił głowę, ale z powodu tego, że próbował zrozumieć i pomóc. Nie ma wśród nas Francisca, bo jego też ktoś próbował otruć. Jest w szpitalu. Szkoda, że w tym szczególnym dniu nie może być tu z nami. To jeden z naszych braci, który Gaspara Davida Pereirę Pinto znał najlepiej. Może dobrze, że nie ma go z nami, bo jego rozpacz byłaby czymś niewyobrażalnym. Traktował Gaspara jak syna. W trakcie mojej ostatniej duszpasterskiej wizyty w szpitalu powiedział mi ciekawą rzecz. Mówił, że nie wie, kim naprawdę jest Gaspar, ale kim by nie był, to nikt inny tylko Bóg zesłał go do Porto.

Słuchałam i próbowałam zrozumieć.

Po chwili głos zabrał jakiś mężczyzna w eleganckim płaszczu i spodniach w kant.

- Jestem lekarzem z oddziału, na którym jest leczony Francisco. Gaspar David Pereira Pinto był biedny, ale nie ubogi. Na swój sposób był bogatszy od innych. Nie jest sztuką rzucić pięć euro żebrzącemu pod kościołem, jeżeli wcześniej zjadło się obfity obiad. Sztuką jest zdobyć pieniądze na leczenie bezdomnego brata, nie mając niczego.

Po nim mówili inni.

- Nikt z nas nie jest szczurem. Każdy z nas ma swoją historię. Oceniać mogą nas tylko ci, którzy włożą nasze buty i przejdą drogę, którą my przeszliśmy - opowiadał bezdomny mężczyzna, którego widziałam kiedyś na dworcu. Dziś wyglądał inaczej. Poplamioną bluzę zastąpił sweter. Włożył coś, co miał najlepszego w swoim plecaku.

Poczułam łzy pod powiekami. Potem jedna z nich potoczyła się po policzku. Świat nagle wydał mi się nieostry i rozmazany. Słowa też docierały do mnie z trudem. Zamykałam się w swoim bólu i rozpaczy. Nagle przyszło mi na myśl, że nie ma Boga. A jeżeli jest, to jest inny, niż sądzimy. Nie wiem dlaczego, ale pogrzeb Gaspara przypomniał mi pogrzeb mojej mamy. Może z tego powodu, że w obu przypadkach śmierć przyszła niespodziewanie i zaskakująco. Uderzyła, kiedy nikt się jej nie spodziewał. Przed laty na pogrzebie mamy po raz pierwszy zaczęłam dyskutować z Panem Bogiem. Wtedy pomyślałam, że nas nie kocha albo ja zupełnie inaczej rozumiem słowo miłość. Mama długo chorowała. Walczyłyśmy obie i kiedy wszystkim się wydawało, że wychodzimy na prostą, kiedy była już po ostatnim cyklu chemioterapii, jej szpik kostny przestał funkcjonować. Rano zobaczyłam jej twarz przypominającą przepiórcze jajo upstrzoną wybroczynami. Potem pojawiły się krwawienie z nosa i gorączka. Kiedy przyjechało pogotowie, mama była już nieprzytomna. Pomimo leczenia na oddziale intensywnej terapii umarła parę godzin później. To było dziesięć lat temu, a teraz wszystko znowu odżyło, jakby to było wczoraj. Dzisiaj przyszłam się pożegnać z Gasparem, którego nie udało mi się tak naprawdę poznać, który cały czas pozostawał dla mnie wielką zagadką.

- Jest wśród nas osoba, która choć pozornie obca, jest jedną z nas - odezwała się ubrana na czarno kobieta. Jej głos przebił się przez wspomnienia. - Jest tu z nami dziewczyna, która ratowała Francisca, a potem rzuciła się na kolana, żeby przed sklepem ratować Gaspara - dodała. - Dobro jest pojęciem ponadczasowym. Nie jest przypisane do żadnego miejsca. Do żadnego narodu. Mój syn Bruno prosił, żebym ci podziękowała. - Spojrzała na mnie.

Zrobiło mi się gorąco. Wielu zebranych popatrzyło w moją stronę.

- Przybywasz z daleka, a w krótkim czasie stałaś się nam bliska. - Głos kobiety zadrżał. - Dziękuję w imieniu Francisca, w imienia Gaspara, Brunona i swoim.

Położyła rękę na sercu. Wiele innych osób też wykonało ten gest. I nagle, chociaż to zupełnie nielogiczne, poczułam, że oni wszyscy są mi bliscy.

Ceremonia powoli dobiegała końca. Trumnę spuszczono do grobu. Po chwili usłyszałam dźwięk ziemi padającej na drewniane wieko. Coś we mnie pękło. Nagle w środku poczułam pustkę. Chciałam stamtąd odejść jak najszybciej. Coś drżało we mnie i łkało. Jeszcze przed końcem pogrzebu ruszyłam w kierunku bramy. Szłam jak w transie. Nagle wśród mijanych obcych twarzy jedna wydała mi się jakby znajoma. Mężczyzna przyciągnął moje spojrzenie wzrokiem. Idiotyczne, przecież go nie znam. Miałam wrażenie, że chce mi zastąpić drogę. Minęłam go.

***

Jak to mówiła kiedyś moja mama? Na bezsenność najlepsze jest ciepłe mleko z cukrem. Należy wypić duszkiem szklankę, położyć się i zasnąć. Wypiłam już trzy kubki, a sen nie przychodził. Smutek i beznadzieja. Zaczęłam liczyć barany, doszłam do dwustu i nadal nie spałam. Przypomniała mi się metoda relaksacji, którą przybliżył nam jeden z naszych wykładowców, prowadzący na studiach ćwiczenie z rysunku. Był to trening autogenny. Jak to zawsze powtarzał, ta metoda doprowadza do stanu głębokiej relaksacji na podstawie autosugestii. Zaczęłam w myślach robić zakodowane kiedyś ćwiczenia. Czas płynął, ale moje myśli się nie uspokajały, pędziły nadal. Sen wciąż nie przychodził. Nic z tego nie wyszło. Potem pomyślałam o metodzie żołnierzy amerykańskich, która ponoć pozwala zasypiać w dwie minuty. Moja przyjaciółka Majka zawsze twierdziła, że ta metoda jest doskonała i że sama zasypia, jak tylko rozluźni mięśnie twarzy. Spróbowałam i chyba podziałało, bo zapadłam w sen. Śniły mi się koszmary. Początkowo układały się w zupełnie niezrozumiałą plątaninę miejsc, ludzi i czasu. Wszystko w bardzo luźny sposób związane było z moimi przeżyciami w Porto, a potem mózg zafundował mi prawdziwy horror. Zobaczyłam jeszcze raz tego mężczyznę, który wydał mi się znajomy i który stał tuż przy głównej alejce, kiedy wychodziłam z cmentarza. Jego twarz była coraz wyraźniejsza, coraz bardziej przerażająca... Obudziłam się z krzykiem.

Usiadłam na łóżku. Próbowałam zwolnić przyspieszony oddech. Uciszyć galopujące myśli. Tamten mężczyzna na cmentarzu przyglądał mi się uważnie. Jego oczy były złe, pełne niechęci, a może nienawiści. I nagle wydało mi się, że go pamiętam.

Wstałam pospiesznie. Włączyłam aparat fotograficzny i zaczęłam oglądać zdjęcia. Wróciłam do dnia, kiedy fotografowałam most Ludwika I. Był na jednym. Miał aparat fotograficzny w dłoni. Fotografował te położone w dole rudery. Dzisiaj był ubrany w T-shirt i letnie spodnie. Wtedy miał na sobie granatową kurtkę i koszulę. Zrobiłam to zdjęcie na punkcie widokowym w dniu, kiedy ktoś otruł Francisca. Pamiętam, że mijałam tego mężczyznę, schodząc w dół. Potem widziałam go jeszcze, kiedy biegłam do Gaspara po pomoc.

Usiłowałam się skupić. Wydawało mi się, że poza tym jeszcze gdzieś go spotkałam. Przymknęłam powieki i próbowałam sobie przypomnieć. Przed oczami przesuwały mi się różne obrazy, różne miejsca, różne sytuacje.

- Wiem! - krzyknęłam.

Widziałam go jeszcze przed sklepem w dniu, w którym umarł Gaspar. Wchodziłam do środka, a on z niego wychodził. Jego oczy miała ta kobieta, która pochyliła się nad Gasparem.

Byłam pewna, że to jeszcze nie wszystko. Szukałam w pamięci innych obrazów. Nagle sobie przypomniałam. Ten nieznajomy, który zaczepił mnie na ulicy... Gaspar wtedy stanął w mojej obronie. Ten mężczyzna minął mnie jakieś pięć minut wcześniej, szedł szybkim krokiem w kierunku stacji metra. A potem przypomniało mi się jeszcze, że widziałam go w tłumie turystów słuchających nas na nabrzeżu.

Włączyłam ekspres. Zapach świeżo mielonej kawy rozszedł się po całym mieszkaniu. Byłam coraz bardziej zdenerwowana. Nagle obecność tego nieznajomego na pogrzebie Gaspara nabrała dla mnie zupełnie innego znaczenia. Pomyślałam, że stając tam, chciał sprawdzić, czy go zapamiętałam.

"Bzdura!" - próbowałam w myślach uspokoić samą siebie. "To tylko moja przeklęta wyobraźnia. Facet na pewno znalazł się tam przypadkiem albo jak wielu innych przyszedł z ciekawości na pogrzeb zamordowanego włóczęgi".

Nie zasnęłam już do rana. Próbowałam otrząsnąć się z tych myśli.

- Jestem koszmarną histeryczką! Miękką bułą, która niepotrzebnie się napędza - powtórzyłam to sobie wiele razy, a i tak lęk nie zmalał.

Wręcz przeciwnie, narastał i zaczął przeradzać się w strach. Nagle wydało mi się, że ten nieznajomy o lisiej twarzy i rozbieganych oczach, z przylizaną fryzurą i w eleganckich ubraniach może mieć związek z całym złem, które ostatnio mnie otaczało.

- Bzdura! - powtarzałam coraz głośniej. - Totalna głupota! Że też ja potrafię się tak nakręcić.

Świtało za oknem, kiedy walczyłam ze sobą, czy nie pójść na policję. Pójdę i co powiem? Że na cmentarzu, na pogrzebie Gaspara, był ktoś, kto pojawił się wcześniej w tych wszystkich miejscach, w których działy się te przerażające rzeczy? Przecież to idiotyczne! Wyśmieją mnie! Pomyślą, że jestem rozhisteryzowaną idiotką o wybujałej wyobraźni. Nie posiadałam nic poza jednym zdjęciem, na którym nieznajomy fotografuje ruderę położoną u podnóża punktu widokowego. I stoi profilem. Nic więcej nie miałam. Tylko to jedno zdjęcie, mgliste wspomnienia, przypuszczenia i moją wyobraźnię.

Nie poszłam z tym na policję. To było zdecydowanie za mało.

***

Byłam spóźniona. Wstałam za późno. Nie usłyszałam budzika. Potem próbowałam za wszelką cenę chociaż odrobinę zatuszować podkrążone oczy i ożywić różem blade policzki. Nieprzespane noce zostawiają swoje ślady. Zależało mi na tym, żeby dobrze wyglądać. W końcu szłam na rozmowy, które miały pchnąć moją działalność zawodową do przodu. Pani Camila dała mi świetne rekomendacje. Według niej byłam zdolna, przedsiębiorcza, miałam głowę pełną pomysłów i niesamowitą wyobraźnię. Jej zdaniem jedynym jej ograniczeniem mogła być zasobność portfela potencjalnego klienta. W przypadku jej przyjaciółek to ograniczenie nie miało jednak znaczenia. Wszystkie należały do tej szczęśliwej grupy społecznej, która nie musiała liczyć pieniędzy. Pani Camila opowiedziała o mnie swoim znajomym, grając z nimi w domino. Pozazdrościły jej projektu ogrodu i nagle chciały się ze mną spotkać. A Camila musiała o tym powiedzieć Clarze, bo ta zadzwoniła niespodziewanie, żeby udzielić mi kilku rad.

- Camila w pierwszej chwili może wydawać się dziwna, ale to niesamowicie dobry i wrażliwy człowiek. Spodobał się jej twój projekt. Ty sama wzbudziłaś w niej sympatię. Postanowiła ci pomóc - mówiła pogodnie.

- Wiem. Myślę, że pani też ma w tym swój niemały udział.

- Może odrobinkę.

- Opowiadała jej pani o Miłoszu?

- Coś ty! Ani słowa - zaprzeczyła gwałtownie. - To nie moja sprawa. Camila zapytała mnie tylko, czy przyjechałaś sama do Portugalii. Powiedziałam jej, że to miała być wasza podróż poślubna, ale coś wam nie wyszło. Resztę musiała dośpiewać sobie sama, bo stwierdziła, że mężczyzn trzeba trzymać krótko, bo inaczej, kiedy nie czują obroży na szyi, to czasami uciekają.

- Pani Claro! - jęknęłam. - On nie uciekł, a został wyrzucony.

- To tylko szczegół. Najważniejsze jest to, że go tutaj nie ma i że sama budujesz swoją portugalską rzeczywistość. Tworzysz ją od podstaw. Nikt ci w tym nie pomaga.

Zamilkła na chwilę. Przez moment pomyślałam, że coś przerwało połączenie, ale tylko musiała nabrać głębiej powietrza.

- Camili możesz ufać jak mnie - powiedziała z przekonaniem. - Znamy się od wczesnego dzieciństwa. Kiedyś mieszkałyśmy w tej samej wiosce niedaleko Porto, zaledwie w odległości dwóch kilometrów od siebie. W podstawówce siedziałyśmy w jednej ławce. To były czasy - powiedziała rozmarzona. - Może lepiej ich nie wspominać, bo łza kręci się w oku. Nie ma już takich szkół, takich przyjaźni i tamtych lat. Potem obie dojeżdżałyśmy do szkół średnich do Porto. Po maturze ja wyjechałam na studia do Polski, a ona przeprowadziła się na stałe do Porto i tutaj studiowała. Miała zawsze sporo sprytu i intuicję do korzystnych interesów. To taki dar, którego mnie i Januszowi zawsze brakowało. - Roześmiała się. - Razem z mężem dorobiła się sporego majątku na handlu winem. Camili możesz ufać jak mnie - powtórzyła. - Była druhną na naszym ślubie i jest chrzestną matką mojej córki. Jest kimś dla mnie bliskim. Jej przyjaciółki znam - dodała. - Należą do tego samego świata co ona. Są odrobinę udziwnione i oderwane od rzeczywistości, ale mogą sobie na to pozwolić. Są bogate. Bogaci nie zawsze muszą stąpać mocno po ziemi. To mocne stąpanie raczej charakteryzuje biednych.

Zamilkła. Jak na Clarę ta wypowiedź była niespodziewanie długa.

- Ubierz się elegancko! - odezwała się po chwili. - Żadnych dżinsów i podkoszulka. Włóż coś, co podkreśli twoją urodę. Najlepiej jakąś letnią sukienkę. Letnie sukienki są zawsze dobre. Masz nawet taką bardzo odpowiednią. Nie wiem tylko, czy wzięłaś ją ze sobą. Byłaś kiedyś u mnie w żółtej sukience z czarnym wykończeniem. Ta byłaby bardzo na miejscu.

- Mam żółtą w czarne groszki.

- Właśnie o niej mówię, będzie idealna. Do tego czarne czółenka albo sandały. Luz, żadnej spinki, ale elegancko. Trzymaj dystans! Zaprezentuj się z jak najlepszej strony. Musi być widać twój profesjonalizm. Pierwsze wrażenie, jakie wywrzesz na potencjalnych klientkach, jest bardzo ważne. Czasami bywa najważniejsze. Przyjaciółki Camili mają zobaczyć młodą, zadbaną osobę, która zna swoją wartość zarówno jako kobieta, jak i jako właścicielka firmy.

Clara zaskoczyła mnie tym, co powiedziała. Mówiła rzeczy, które do niej nie pasowały, albo zupełnie wcześniej jej nie znałam.

- Zabierz ze sobą CV. W CV przedstaw się jako osoba odnosząca sukcesy. Nikt nie lubi nieudaczników. Wymień nazwę szkoły średniej i uczelni. Jesteś kimś, bo w Polsce, pomimo młodego wieku, odnosiłaś już w swojej branży pierwsze zawodowe sukcesy. Idź! Spotkaj się z nimi! Zwycięż z samą sobą! Na przyszłość musisz sobie przygotować portfolio, a w nim ogrody, które zaprojektowałaś. Pierwsze szkice, na ich podstawie tworzone projekty, symulacje multimedialne i zdjęcia z realizacji. - Usta jej się nie zamykały.

Nagle miałam wrażenie, jakby Clara całe życie zajmowała się budowaniem portretów potencjalnych kandydatów na różne stanowiska.

- Pamiętaj, że to my sprzedajemy swój wizerunek - tłumaczyła. - Ludzie kupują to, co chcemy sprzedać, i tak naprawdę w dużej mierze od nas zależy, jak będą nas oceniali. Pamiętaj, jesteś zdolna, młoda, ładna i wykształcona... Dasz radę. Ja ci to mówię.

- Co pani robiła w pracy? - zapytałam. - Nie wygląda pani na kogoś, kto całe swoje zawodowe życie uczył portugalskiego.

- Jestem psychologiem, a specjalizowałam się w kreowaniu ludzi sukcesu - odpowiedziała.

- Naprawdę?

- Naprawdę. Idź! Walcz! Buduj swoją firmę! Zapuszczaj w Portugalii korzenie! Tam jest dobra gleba. Tam możesz gonić marzenia.

Rozłączyła się. Całe szczęście, bo czas skurczył się jeszcze bardziej.

Postanowiłam zadbać o wygląd. Najpierw spróbowałam wyprostować włosy. Na zewnątrz było mgliście, a kiedy jest duża wilgotność powietrza, moje włosy zaczynają żyć własnym życiem. Teraz było podobnie. Każdy sterczał w inną stronę, a krótsze wokół twarzy zwijały się w sprężynki. Te loczki zawsze wywoływały u mnie frustrację. Prostowanie włosów zajęło mi piętnaście minut. Resztę ogarniałam w jeszcze większym pośpiechu. Krem, podkład, róż na policzki, kształt oczu podkreślony cienką kreską, pastelowe cienie na powieki. Spojrzałam w lustro. Moja twarz wyglądała dobrze. Teraz jeszcze ubranie, a nie za dużo zabrałam ze sobą do Portugalii. Przerzuciłam pospiesznie wiszące w szafie sukienki. Niestety żółta w groszki miała plamę na wysokości biodra. Próbowałam ją zmyć, ale plama zrobiła się ogromna. Trudno, miałam jeszcze kilka innych sukienek.

Pierwsza z nich była bawełniana, wykończona szeroką koronką. Lubiłam ją, ale wydawała mi się nieodpowiednia na to spotkanie. Przypominałam w niej romantyczną topielicę. Pasowałaby na wieczorną randkę, a nie na biznesowe rozmowy. Druga była bardziej odpowiednia - prosta, ciemnogranatowa, kończyła się tuż powyżej kolan. Gdy dobrałam białe dodatki i słomkowy kapelusz z niebieską, szeroką wstążką, wyglądałam elegancko. Ubrałam się i stanęłam przed lustrem. Mnie się podobało, ale na wszelki wypadek przesłałam zdjęcie Clarze. Po chwili do niej zadzwoniłam.

- Dobrze? - zapytałam.

- Zupełnie dobrze - pochwaliła mnie. - Zmień tylko buty. Masz na pewno coś na obcasie. Płaskie sandały nie za bardzo pasują. Obcas spowoduje, że będziesz wyższa i jeszcze smuklejsza. Nogi też będą wyglądały lepiej. Fryzura jest w porządku. Makijaż również. Wyglądasz odpowiednio do spotkania. Wszystko pasuje. Nic nie kłóci się z niczym. Wszystko jest spójne. Bardzo dobrze - podsumowała.

Spojrzałam na zegarek i wpadłam w panikę. Dochodziła dwunasta. A o wpół do drugiej miałam być u pierwszej z koleżanek Camili.

- Muszę kończyć - powiedziałam do Clary. - Czas mnie goni.

- Powodzenia! I pamiętaj, piersi do przodu i plecy proste. Ludzie, którzy kulą się w sobie, nie budzą zaufania, tak samo jak ci, którzy się zamykają. Żadnego zakładania rąk przed sobą. Postawa pewna siebie, otwarta. Wiesz, o czym mówię? - zapytała.

- Chyba wiem.

- Musimy jeszcze o tym kiedyś porozmawiać. Mowa ciała jest tak samo ważna jak wszystko inne, a czasami bywa nawet najważniejsza. Trzymam kciuki! Idź i zwyciężaj! Jesteś tego warta.

Rozłączyła się, a ja jeszcze raz rzuciłam okiem w kierunku lustra. Wszystko było w najlepszym porządku. Wybiegłam pospieszenie z mieszkania, jednak po chwili wróciłam jeszcze po szkicownik.

Na schodach wpadłam na sąsiadkę. W tym budynku na stałe mieszkałyśmy tylko we dwie. Czasami w którymś z mieszkań do wynajęcia pojawiali się turyści. Wtedy przez kilka dni było gwarniej. Trzaskały drzwi, z korytarza dochodziły rozmowy, dało się słyszeć tupot stóp lub dźwięk ciągniętej po posadzce walizki. Z sąsiadką widywałyśmy się rzadko. Od czasu do czasu mijałyśmy się na korytarzu, czasami zamieniłyśmy kilka słów. Dzisiaj przystanęła przy mnie.

- Jest może David? - zapytała.

- David? - zapytałam zaskoczona. - Nie znam żadnego Davida.

- Chyba żartujesz? - Przyglądała mi się z niedowierzaniem. - David to wnuk pani Clary. Musisz go znać.

- Jeszcze go nie poznałam.

- Często wpada do mieszkania babci i wtedy czasami mi w czymś pomaga.

- To może ja pomogę? - zaproponowałam.

- Nie wiem, czy potrafisz. - Przyglądała mi się z zainteresowaniem.

- Od dawna mieszkam sama i sporo już umiem.

- Zatkał mi się zlew w kuchni - przyznała niepewnie.

- Tego chyba nie umiem.

- To sprawa zupełnie nie dla kobiety - chciała mnie pocieszyć. - Nie musisz mieć wyrzutów sumienia, że nie potrafisz. Nie wiem nawet, czy David by potrafił. Zadzwonię do znajomej. Jej syn jest hydraulikiem. Myślę, że przyjdzie.

Ruszyła schodami w górę, ale jeszcze przystanęła kilka stopni wyżej.

- Nie rozumiem tego, co powiedziałaś. Jak możesz nie znać Davida?!

- Naprawdę go nie znam. Nie było go, odkąd przyjechałam.

- Był - powiedziała zdecydowanym głosem. - Nie tak dawno widziałam, jak wychodził z twojego mieszkania.

- Niemożliwe - zaprzeczyłam z uśmiechem.

- Możliwe - przerwała mi. - Ostatnio widziałam go jakieś dwa tygodnie temu.

- To mało prawdopodobne. To musiało być dawniej. Ja jestem tutaj już od ośmiu tygodni.

- Może mało prawdopodobne, ale prawdziwe.

- To musiało być dawniej - przekonywałam. - Czas tak szybko leci.

- To było dwa tygodnie temu. Jestem tego pewna. - Kobieta wyglądała na poirytowaną. - Wpadłam na niego, kiedy wracałam od dentysty, a termin u stomatologa miałam na pewno dwa tygodnie temu. Mam to zapisane w kalendarzu - upierała się.

Milczałam. Pomyślałam, że musiało jej się coś pokręcić.

- Pamiętam dokładnie, że wtedy z nim chwilę rozmawiałam. Zapytałam go o babcię. Odpowiedział mi bardzo wymijająco, że ostatnio nie ma z nią za często kontaktu, ale planuje to zmienić.

Nie miałam nic do powiedzenia. Myślami byłam już przy czekającym mnie spotkaniu.

- Muszę już iść. Jestem z kimś umówiona. Nie mogę się spóźnić. Miłego popołudnia!

- Zaczekaj jeszcze chwilkę - próbowała mnie zatrzymać. - Dzisiaj też mi się wydawało, że widzę go przy skrzynkach pocztowych. Miałam do ciebie zapukać i ci to powiedzieć. Nie jestem pewna, czy to był David, ale jakiś młody mężczyzna podobny do niego wrzucał coś do twojej skrzynki. Zresztą sprawdź sama. Przekonasz się, że mówię prawdę.

W skrzynce rzeczywiście była zaklejona koperta z moim imieniem i nazwiskiem. Nie miała znaczka. W środku znalazłam złożoną kartkę. Treść listu napisana była drukowanymi literami.

Martyno,

uważaj na siebie. Stałaś się dla kogoś celem. Unikaj odludnych części miasta! Nie chodź wieczorami po pustych ulicach Porto! Zamykaj za sobą dokładnie drzwi! Nie otwieraj w nocy drzwi balkonowych! Spuszczaj rolety antywłamaniowe! Nie chodź po hali targowej! Nie pij żadnych sprzedawanych tam soków! Miej oczy i uszy otwarte!

Nie było podpisu. To nie była groźba, a ostrzeżenie. Poczułam się niepewnie.

***

Nie spóźniłam się. Dokładnie o wpół do drugiej zadzwoniłam do drzwi domu pierwszej z koleżanek pani Camili. Pani Joana Gabriele Carbal Mariza mieszkała na obrzeżach miasta, po stronie Vila Nova de Gaia. Przyjęła mnie przyjaźnie, jak dobrą znajomą. Posadziła w fotelu na potężnym tarasie. Poczęstowała kawą i kruchymi ciasteczkami, które nie były słodkie, a wyraźnie słone. Raz po raz podnosiła na mnie wzrok.

- Camila wystawiła pani bardzo dobre rekomendacje - powiedziała, uśmiechając się ciepło. - Jest zachwycona tym, co pani wymyśliła. Jej trudno dogodzić. Jeżeli stworzyła pani projekt, który sprostał jej oczekiwaniom, to dla mnie na pewno przygotuje pani coś, co spełni moje marzenia.

- Postaram się - odpowiedziałam.

Kobieta miała własną wizję zmian. W pierwszej chwili wydawało mi się, że jej wyobrażenia i oczekiwania znacznie przerastają moje umiejętności. To, czego chciała, przytłoczyło mnie na tyle, że wydawało mi się, że takiego ogrodu nigdy nie uda mi się zaprojektować.

- Ma pani bardzo duże wymagania - stwierdziłam po wysłuchaniu jej. - Nie wiem, czy będę w stanie to wszystko, o czym pani wspomniała, umieścić w projekcie.

- Proszę jeszcze nic nie mówić - przerwała mi. - Proszę najpierw zobaczyć, o czym mowa.

Sporych rozmiarów ogród mieścił się z tyłu domu i piął się tarasowo ku górze. Nikt nie robił tutaj nic już od wielu lat. Joana była starsza od pani Camili. Jej mąż zmarł jakieś piętnaście lat temu. To miejsce było ponoć kiedyś jego pasją. Między poszczególnymi tarasami znajdowały się kamienie, po których można było stąpać jak po schodach. Na pierwszym poziomie dawniej istniało rozarium. Zapewne było tutaj wtedy pięknie, ale teraz zdziczałe krzewy róż rosły bez żadnego planu. Jedne płożyły się po ziemi, inne pięły po murkach, jeszcze inne sterczały pozbawione kwiatów.

Na drugim poziomie musiało kiedyś toczyć się życie towarzyskie. Dostrzegłam stary, zardzewiały grill, obok niego miejsce na ognisko, ustawione w krąg ławki i stoły. Płynął tu niewielki strumień i spadał na niższy taras w postaci małego wodospadu. Drewniane ławki okazały się spróchniałe i przegniłe, a paleniska wyglądały, jakby nie były używane co najmniej od kilku lat. Po kamieniach ułożonych w schody dało się przejść jeszcze wyżej.

Na trzecim poziomie był kiedyś ogródek skalny. W tej chwili widziałam tylko poukładane kamienie bez żadnych roślin. Gdzieniegdzie wśród głazów wystawały spalone przez słońce sukulenty. Smętnie dyndały zupełnie mi nieznane suche pnącza.

Był jeszcze czwarty poziom, ale na nim nie zachowało się już nic z dawnych czasów. Pani Joana opowiadała, że kiedyś znajdowała się tam sadzawka ze złotymi rybkami i nenufarami. Obok niej stała ławka, na której jej mąż uwielbiał czytać książki, a w pobliżu powieszona była huśtawka. Po sadzawce, ławce i huśtawce nie pozostał ślad.

- Tak to wyglądało, kiedy dzieci były jeszcze małe - opowiadała kobieta. - Potem wydoroślały. Wyjechały na studia i już nigdy nie wróciły do rodzinnego domu. Przez jakiś czas przyjeżdżały potem do nas wnuki, ale i one jakoś szybko wyrosły. My się postarzeliśmy i mieliśmy coraz więcej trudu z pokonaniem kamiennych schodów. Z czasem zaczęliśmy ograniczać się do dwóch pierwszych tarasów - tłumaczyła.

Wróciłyśmy do domu. Usiadłyśmy w kuchni i Joana zaczęła mówić o tym, jak chciałaby zmienić ten ogród. Przymknęłam oczy i próbowałam sobie to wyobrazić. Opisy wydawały mi się barwnym snem.

- Nie chcę, żeby ten ogród był kamienny i martwy. To mnie męczy - stwierdziła. - Już do niego prawie nie chodzę. Przypomina o powolnym umieraniu. Wyobrażam go sobie zupełnie inaczej. Ja wiem, że to nie będzie proste. Tutaj wszędzie są skały. Ale można przecież nawieźć ziemi. Tak przynajmniej kiedyś słyszałam w telewizji.

- To będzie trudne, ale nie niewykonalne - weszłam jej w słowo.

- To dobrze, bo ja na każdym z tych pięter chciałabym mieć kwitnące krzewy i kwiaty. Chciałabym, żeby każdy z tych poziomów był innego koloru. Kiedyś, przed laty, mój mąż zrobił strumień na górnym tarasie. Takie cudeńko napędzane silnikiem. Woda ze strumienia spadała, tworząc na każdym z poziomów mały wodospad. Potem gromadziła się w stawie, który widziała pani na pierwszym tarasie po lewej stronie. Stamtąd woda była przepompowywana do góry i od nowa rozpoczynała swoją drogę.

- Musiało być pięknie - przerwałam jej.

- Było pięknie, ale teraz chciałabym, żeby wyglądało to inaczej. Chcę, żeby na każdym z poziomów pojawiło się coś innego. Na samym dole maleńki staw, z jakimś strumieniem płynącym pomiędzy rabatami kolorowych kwiatów. Staw powinien być na tyle duży, żeby dało się przerzucić przez niego drewniany mostek, na którego balustradach byłyby wiklinowe skrzynki z kolorowymi kwiatami. Obok stawu ławeczka i mnóstwo kwiatów. Chciałabym, żeby kwiaty na tym poziomie były karminowe. Mogą być zmieszane z bielą albo z kolorem żółtym, ale przewagę mają mieć karminowe. Należy je dobrać tak, żeby kwitły przez cały rok. Jak pani myśli, czy uda się to zrobić? - zapytała.

- Uda się, ale będzie to kosztowało mnóstwo pieniędzy -odpowiedziałam.

- Pieniądze nie mają tutaj znaczenia - przerwała mi. - Stać mnie na takie fanaberie. Chcę coś zrobić dla siebie. Nacieszyć się tym ogrodem. Nie zabiorę przecież pieniędzy do grobu. W tamtym drugim świecie będą mi niepotrzebne - dodała chłodno.

Na chwilę zamilkła. Wbiła wzrok we fragment ogrodu widziany przez okno. Miałam wrażenie, że się nad czymś zastanawia.

- Na drugim poziomie kwiaty mogłyby być różowe albo różowe złamane fioletem. Obok kwiatów powinny rosnąć gdzieniegdzie krzewy - opowiadała dalej. - Może kilka drzewek oliwnych. Chciałabym, żeby płynął tam też strumyk. Gdzieś pod drzewkiem oliwnym mogłaby stać jakaś ławka. Obok niej latarnia. Jak pani myśli, czy to dobry pomysł? - Chciała się upewnić.

- Będzie pięknie - odparłam. Tego byłam pewna. Joana snuła wizję swojego wymarzonego ogrodu, a ja go już widziałam oczami wyobraźni. - Będzie pięknie - powtórzyłam.

Ucieszyła się.

- Na trzecim poziomie chciałabym mieć kwiecistą łąkę. Taki busz z traw i kwiatów we wszystkich możliwych kolorach.

- Mówi pani... łąkę? - powtórzyłam za nią.

- Ta łąka jest dla mnie bardzo ważna. To takie ciepłe wspomnienie z dzieciństwa.

Nie patrzyłam na Joanę. Przymknęłam powieki. Spróbowałam sobie to wszystko wyobrazić. Na dole kwiaty czerwone, może gdzieniegdzie jakaś jasna plama. Może biała? A może żółta? Potem pas różu zmieszanego z fioletem, a ponad tym zieleń z mnóstwem różnokolorowych, polnych kwiatów. Taka barwna, gęsta czupryna unosząca się ponad dywanami kwiatów położonymi niżej. "Będzie niesamowicie" - pomyślałam.

- Wyjdzie pięknie - powiedziałam głośno.

- Tak pani uważa? - Patrzyła na mnie ciepło.

- Jestem tego pewna.

- Dla mnie to bardzo ważne - ucieszyła się. - Ten ogród, który mam teraz, mnie dręczy. Jest jak koszmar, który każdego dnia każe mi o czymś pamiętać, a ja już nie chcę tego pamiętać, chcę zapomnieć i żyć normalnie. Moje życie pognało dalej. Nie chcę cały czas żyć w cieniu zmarłego męża. Za jego życia żyłam też w jego cieniu - dodała ciszej. - Liczył się tylko on, jego plany, marzenia, cele. Ja miałam być szczęśliwa jego szczęściem. Tak mnie wychowano w domu. Jego również. Ale tak nie było. Z radosnej młodej kobiety zamieniłam się w zrzędliwą dojrzałą matronę, a teraz w smutną staruszkę. Ja chcę zrobić coś po swojemu. Chcę coś, o czym zawsze marzyłam. To nie wróci minionego czasu, ale może sprawi, że znowu poczuję się szczęśliwa. Nie chcę każdego dnia mieć przed oczami ogrodu, który przed wielu laty zaprojektował mój mąż. Ten ogród nigdy mi się nie podobał. Był surowy i obcy, dokładnie taki jak mój mąż. To tak, jakbym miała za domem mauzoleum poświęcone człowiekowi, który zniszczył we mnie wszystko, co było dobre i ciepłe, który stłamsił we mnie radośći wszelkie marzenia.

Ona mówiła, a ja już wiedziałam, że stworzę dla niej ogród jej marzeń, nawet jeżeli w pierwszej chwili wydawało mi się, że mnie to przerasta. Joana musiała go mieć.

- Kiedy będzie już gotowy, to zrobię jeszcze zmianę w salonie - mówiła pogodnie. - Widzi pani te cztery duże okna wychodzące na ogród?

- Widzę.

- Zamiast nich pojawi się tu szklana ściana. To spowoduje, że ogród i salon staną się jakby całością.

- Niesamowity pomysł.

- Tak pani uważa? Bardzo się cieszę, że myślimy tak samo.

- Co chce pani mieć na ostatnim poziomie? - zapytałam.

- Ostatni poziom zostawiam pani, ale...

- Niech pani pozwoli, że ja powiem, jak to widzę - przerwałam jej. - Nad tą całą burzą kwiatów posadziłabym po prostu drzewa. Może drzewka oliwne, może niskorosłe palmy, coś, co odetnie zielenią burzę kolorów od błękitu nieba.

- To dobry pomysł - przyznała. - Pani ma takie dziwne imię - powiedziała nieoczekiwanie. - Takie nie nasze i tylko jedno nazwisko.

- Nie jestem stąd - wyjaśniłam. - Myślę, że pani Camila to pani powiedziała. Nazywam się Martyna Zwolińska i pochodzę z Polski.

- Martyna Zwolińska - powtórzyła za mną powoli. - Wie pani, pani Martyno, tak sobie myślę, że to Pan Bóg zesłał mi panią. Gdyby nie to, że Camila zaczęła o pani opowiadać, to nigdy nie zdobyłabym się na realizację moich marzeń. Niezbadane są wyroki Pana. Czasami mnoży na naszej drodze przeszkody, czasami zsyła anioła dla pocieszenia cierpiącej i pełnej zwątpienia duszy. Jak to całe przedsięwzięcie się uda, to będę najszczęśliwszą osobą na ziemi.

Jeszcze raz poszłam na tył domu, jeszcze raz obeszłam wszystkie poziomy. Pomyślałam, że Joana będzie tu miała niesamowity ogród, coś fantastycznego.

- Na kiedy projekt będzie gotowy? - zapytała, gdy wróciłam.

- Postaram się jak najszybciej. Czeka mnie sporo pracy. Pojutrze przyjadę wszystko pomierzyć. Potem usiądę do wyliczeń. Proszę mi dać dwa tygodnie.

- Dwa tygodnie. - Uśmiechnęła się. - Zgadzam się na te dwa tygodnie. To dobry termin. Teraz, kiedy nareszcie realizuję swoje marzenie, to chciałabym jeszcze zdążyć się nim nacieszyć.

- Zdąży pani na pewno.

Po południu byłam umówiona z drugą przyjaciółką pani Camili. Marta Teresa Maia Macedo mieszkała parę kilometrów dalej, nad rzeką. Dobrze, że wynajęłam samochód. Bez niego nie udałoby mi się pogodzić tych spotkań. Tutaj wszystko było prostsze niż u Joany. Dom znajdował się na skraju winnicy. Najpierw pani Marta pokazała mi dom, potem krzewy winorośli.

- Jakie są pani oczekiwania? - zapytałam.

- Zaraz wszystko wyjaśnię - odpowiedziała. - Jak pani już na pewno zauważyła, nie ma tutaj miejsca na typowy ogród. Z jednej strony domu jest winnica, z drugiej rozpoczyna się stroma skarpa spadająca ku rzece Douro. Winnicy nie ruszamy, bo to źródło naszego utrzymania. Te szczepy, które tu mamy, są u nas od wielu lat. Prawdę mówiąc od trzech pokoleń. Z tych winorośli powstaje jedno z najlepszych win produkowanych w Porto. Ta winnica to nasz skarb, źródło naszego utrzymania - powtórzyła. - Od ponad siedemdziesięciu lat na nią patrzę. Jest piękna, ale brakuje mi w niej kolorów. Bardzo chciałabym, żeby gdzieniegdzie pojawił się jakiś kolorowy akcent.

- Mam w tę winnicę wpleść kwiaty?

- Nie wiem, czy kwiaty - odpowiedziała powoli. - Myślę, że raczej krzewy kwitnące.

To zadanie wydawało się prostsze, w każdym razie nie wymagało aż tak wiele wyobraźni jak u pani Joany.

Wróciłam do domu rozpromieniona. Jednego dnia podpisałam dwie umowy. Moje zawodowe życie zaczęło nabierać tempa. Kładąc się do łóżka, wystukałam jeszcze do Clary esemesa.

Pani Claro,padam ze zmęczenia, ale to był niesamowity dzień. Podpisałam dwie umowy. Czeka mnie mnóstwo pracy, ale czuję się szczęśliwa. Dobry los uśmiechnął się do mnie. Czuję, jak wrastam w Porto. Dziękuję za rady. Spokojnej nocy!Martyna

Clara jeszcze nie spała, bo odpowiedziała od razu. Zapewne czekała na moją wiadomość.

Wiedziałam, że to będzie dobry dzień. Karma wraca. Wszystkie nasze uczynki wracają do nas. Czynisz dużo dobra. Ono zaczęło wracać. Śpij dobrze! Śnij o dobrych i pięknych rzeczach! Może o ogrodach.Przytulam się mocno.Clara

***

Odwiedziłam Francisca w szpitalu. Pamiętał mnie. Pamiętał moją twarz z tych ostatnich minut, kiedy jeszcze był przytomny. Odwrócił głowę w moją stronę, kiedy weszłam do pomieszczenia. Potem już nie odrywał ode mnie wzroku. W jego spojrzeniu było coś dziwnego. Zaskoczenie, a może wrogość.

- Przepraszam, że pana nachodzę - zaczęłam się tłumaczyć. - Pielęgniarki pozwoliły mi wejść do pana na chwilę.

Milczał. Przyglądał mi się z zainteresowaniem.

- Nazywam się Martyna Zwolińska. Jestem znajomą Gaspara. - Cień przebiegł przez jego twarz. - Nie wiem, czy pan mnie kojarzy - dokończyłam.

- Kojarzę. Tamtego dnia zeszła pani do mojego domu. Zaniepokoiło panią zachowanie psów. Schodząc do mnie, przecięła sobie pani rękę. Potem pobiegła pani po pomoc. Gaspar mówił, że przeszła pani jakąś operację naczyniową w tym szpitalu.

- To nieważne - przerwałam mu. - To drobiazg. Z moją ręką jest już wszystko w porządku.

Umilkłam. On też milczał.

- Oczekuje pani podziękowań? - Jego słowa zabrzmiały zaczepnie.

- Nie - zaprzeczyłam gwałtownie.

- To po co pani przyszła? Żeby kogoś chociaż trochę zrozumieć, trzeba przejść z nim kawałek drogi - powiedział cicho. - My się zaledwie spotkaliśmy.

Miał rację. Zaledwie żeśmy się spotkali.

- Nie wiem, czy pan wie...

- Wiem - przerwał mi gwałtownie. - Gaspar nie żyje. O tym przeczytałem w gazecie. To chciała mi pani przekazać?

- To też, ale przyszłam, żeby panu powiedzieć, że opiekuję się Asterem. Nagle został bez nikogo. Najpierw stracił pana, potem Gaspara. Uczymy się siebie wzajemnie. Z każdym dniem idzie nam lepiej. Kiedy będzie pan z powrotem u siebie, to oczywiście Aster wróci do pana. Na pewno za panem tęskni.

- Ja też za nim tęsknię. Ten pies jest moją rodziną. Nie atakuje pani? - zapytał zaskoczony.

- Nie. Wtedy też nie atakował. Biegł przede mną, pokazując mi drogę.

- Aster bywa ciężkim towarzyszem.

- Nie jest tak źle. - Uśmiechnęłam się. - Kiedy Gaspar zginął, wróciłam po niego przed sklep. Wahał się tylko chwilę. Potem ruszył ze mną. Zapewne mnie pamiętał. Docieramy się. Każdego dnia ufamy sobie coraz bardziej. Coraz częściej cieszy się, kiedy wracam do domu. Mam wrażenie, że na mnie czeka. Początkowo nie chciał jeść. Teraz jest już z tym lepiej...

- To dobrze. Dużo przeszedł. Wziąłem go z domu, w którego piwnicach wybuchł pożar. Długo dochodził do siebie. Był poparzony. Nie chciał opuścić swojego pana, chociaż tamten już nie żył. Ponoć jego pan zapił trochę i zasnął z papierosem w ustach. Żenada! Że też policja potrafi wymyślić takie rzeczy! Znałem go. On nigdy nie pił. Musiało stać się coś zupełnie innego. Może już wtedy ktoś mordował bezdomnych. Ludzie myślą, że wszyscy bezdomni są uzależnieni. Alkohol i prochy. To bzdura. Stereotypowe myślenie. Ludziom łatwo jest tak myśleć. To usprawiedliwia ich obojętność. To sprawia, że nie czują się winni. Nie czują się za nic współodpowiedzialni. Chleje, to niech zdycha na ulicy. Ćpa, to pieniędzy mu brakuje na wynajem pokoju. Nieważne. Najlepiej jest uśrednić, przyczepić łatkę... Kreować swój wizerunek, niszcząc wizerunek innych... Nieważne - powtórzył, jakby to słowo było jego ulubionym.

Przypomniała mi się córeczka mojej kuzynki, która wszystko, co złe, usprawiedliwiała, mówiąc z rozkosznym wyrazem twarzy: nic nie szkodzi. To nic nie szkodzi załatwiało u niej wszystkie sprawy, tak jak u tego mężczyzny słowo nieważne.

Po chwili do pomieszczenia wsadziła głowę pielęgniarka.

- Pamięta pani, że doktor zgodził się wpuścić panią tylko na chwilkę? - zapytała.

- Pamiętam.

- Proszę kończyć, bo ten czas już minął.

Wstałam z krzesła i ruszyłam w kierunku drzwi.

- Z czym naprawdę przyszłaś? - usłyszałam za plecami.

- Nieważne. Może innym razem uda mi się to powiedzieć. Spróbuję za parę dni. Może znowu mnie wpuszczą.

- Powiedz teraz! - nalegał mężczyzna.

- Gaspar zdobywał pieniądze, żeby opłacić pana leczenie.

- Wiem, kiedyś miałem mu oddać - mruknął.

- Nie o to chodzi. Chciałam panu powiedzieć, że Gaspara już nie ma, ale ja panu pomogę.

- Pomożesz mi? - zapytał zaskoczony.

- Tak.

- Ale dlaczego? Przecież mnie zupełnie nie znasz.

- To akurat nie ma dla mnie dużego znaczenia. Musi pan wyzdrowieć, żeby móc wrócić do swojego domu. To wymaga jeszcze trochę czasu. Pomogę panu.

- W jaki sposób?

- Postaram się zdobyć fundusze na dalsze leczenie.

- Przecież pani mnie nawet nie zna - powtórzył.

- To bez znaczenia. Udało mi się zdobyć dwa zlecenia. Projektuję ogrody.

- Pani projektuje ogrody? - zdziwił się.

- Tak, zgodnie z moim wykształceniem - odpowiedziałam. - Tutaj jest mi odrobinę trudniej, niż było w Polsce. Pochodzę z Polski - dodałam. - Tam jest zupełnie inna roślinność.

- Pomogę ci - przerwał mi. - Kiedyś byłem ogrodnikiem. Rośliny to moja pasja.

- Jak skończę projekt, to podejdę do pana. Sprawdzi mi go pan? - zapytałam.

- Sprawdzę.

- Będę pracować nad projektem i będę śpiewać.

- Śpiewać? - znów się zdziwił.

- Tak. Ostatnio śpiewaliśmy z Gasparem na nabrzeżu, żeby zdobyć pieniądze na pana leczenie.

- Śpiewaliście razem?

- No, niezupełnie. Ja śpiewałam swoje utwory, a on swoje. Podobało się. Spróbuję teraz sama. Musi się udać. Tak naprawdę to przyszłam tutaj, żeby to panu powiedzieć.

Milczał. Patrzył na mnie jakoś dziwne.

- Muszę lecieć - stwierdziłam. - Nie chcę zostać stąd wyrzucona.

- Czy pani wie, kim był Gaspar? - zapytał Francisco niespodziewanie.

- Wiem, kim nie był - odparłam. - A pan wie?

- Jego zawód nie ma dla mnie znaczenia - powiedział jakoś dziwnie. - To był niesamowity facet.

Pomyślałam, że dla mnie też nie ma znaczenia, kim naprawdę był Gaspar. Też wiedziałam, że to po prostu niesamowity facet. Stałam już w drzwiach, kiedy usłyszałam, że Francisco jeszcze coś mówi.

- Wpadniesz tutaj jeszcze do mnie? - Te słowa zabrzmiały ciepło. Nieufność i wrogość zniknęły już parę minut wcześniej.

- Oczywiście, że wpadnę.

- Pamiętaj, bardzo chętnie pomogę ci przy tych projektach. Zęby zjadałem na portugalskich ogrodach.

***

Postanowiłam odwiedzić go z psem. Nie miałam złudzeń, że ktoś wpuści mnie z czworonogiem do szpitala, ale chciałam Astera zostawić pod oknem, tak żeby Francisco mógł go zobaczyć. Wychodząc stamtąd przed paroma dniami, przyjrzałam się dokładnie budynkowi. Starszy mężczyzna leżał na pierwszym piętrze. Okna jego pokoju wychodziły prosto na drzewo, pod którym teraz przywiązałam psa. Wbiegłam szybko po schodach i zapukałam do dyżurki pielęgniarskiej.

- Czy mogę wejść do pana spod trójki? - zapytałam.

- To niemożliwe - odburknęła chłodno kobieta.

Serce podskoczyło mi do gardła. Nogi miałam jak z waty.

- Niemożliwe?

- Niemożliwe - powtórzyła dobitnie. - Już go tutaj nie ma.

- Odszedł? - zapytałam przerażona.

- Tak bym tego nie nazwała.

Wydawało mi się, że upadnę. Nagle zaczęło brakować mi powietrza. "Niech szlag trafi to przeklęte miasto!" - zaklęłam w myślach. "Tutaj ciągle ocieram się o śmierć".

- Umarł? - wykrztusiłam z trudem.

- Skądże! - Pielęgniarka spojrzała na mnie zdezorientowana. - Przepraszam, jeżeli panią przestraszyłam - wykrztusiła. - Nie pomyślałam wcześniej, że moja informacja może zabrzmieć tak wieloznacznie. Wczoraj został przewieziony do sanatorium na rehabilitację. Pani z rodziny?

- Nie.

- Zapomniałam, że on mówił, że nie ma rodziny. Kim pani jest? - dopytywała.

- Znalazłam go, kiedy ktoś go otruł. Sprowadziłam pomoc. Byłam u niego w ubiegłym tygodniu.

Za oknem rozległo się szczekanie Astera. Znudzony pies próbował ściągnąć mnie do siebie.

- Do widzenia! Dziękuję za informację.

Byłam już na przy wyjściu ze szpitala, kiedy kobieta mnie dogoniła.

- Jak się pani nazywa?

- Martyna Zwolińska.

- Mam dla pani list od pana Francisca.

- List? Dla mnie? - dopytywałam zaskoczona.

- List, zaraz go przyniosę, jest u nas w dyżurce.

Wyszłam z tym listem w ręku i poszliśmy z Asterem na spacer do parku. Dziwne to wszystko. Na kopercie faktycznie było moje imię i nazwisko. List przeczytałam jednak dopiero wieczorem, kiedy wróciłam z nabrzeża do domu.

Pani Martyno,

zapomniałem Pani podziękować. Byłem zaskoczony, onieśmielony, zdziwiony i nieufny. Nie spodziewałem się, że Pani mnie odwiedzi. Wiedziałem od Gaspara, że zawdzięczam życie pewnej dziewczynie z Polski, ale nie przypuszczałem, że kiedykolwiek się poznamy. Pamiętałem Panią jak przez mgłę. Dziękuję za tamtą interwencję, dziękuję za odwiedziny. Pani pomogła mi, ja też chciałbym pomóc Pani. Większość mojego życia zajmowałem się ogrodnictwem. Kocham to, co robiłem.

Kiedyś byłem ogrodnikiem i miałem własny dom z ogrodem. Miałem czterdzieści pięć lat i wydawało mi się, że moje życie już zawsze będzie biegło szczęśliwie i spokojnie. Byliśmy z Aną ponad dwadzieścia lat po ślubie. Nie doczekaliśmy się dzieci. Był nawet w naszym życiu taki moment, że chcieliśmy adoptować jakieś. Dobrze, że tak się nie stało. Mieszkaliśmy w niewielkim domu położonym obok winnicy. Żyliśmy z mojej pracy w ogrodach i z pracy mojej żony. Ona tworzyła pamiątki z Portugalii, które co tydzień w soboty sprzedawaliśmy na targowiskach. To były różne pejzaże malowane na drewnianych krążkach. Kochała to robić. Wszystkie wydawały mi się niesamowite. Wszystkie były tak samo piękne.

Nasze życie biegło harmonijnie, płynęło radośnie, przypominało spokojną piosenkę. Zagubiliśmy się w tym spokoju, bo nie zauważyliśmy, że skrada się do nas coś złego. Moja żona pracowała dużo, więc kiedy powiedziała, że jest coraz słabsza, wiązaliśmy to z jej pracą. Aż przyszedł dzień, że upadła. Lekarz, który przyjechał karetką pogotowia, stwierdził, że to może być udar. Upadła i nie mogła wstać. Poza tym przestała mówić. Nigdy już później nie usłyszałem jej głosu.

Zabrano ją do szpitala, ale to nie był udar. W rezonansie magnetycznym odkryto guz zlokalizowany w okolicy skrzyżowania nerwów wzrokowych. Był duży, na tyle duży, że było jasne, że rósł przez wiele miesięcy.

- Guz jest sporych rozmiarów - powiedział lekarz. - Żona musiała mieć objawy. To niemożliwe, że nic nie było.

- Na nic się nie skarżyła.

- Nie miewała bólów głowy?

- Nie wiem - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, ale już po chwili miałem wątpliwości. Kilka razy widziałem, jak łykała tabletki. W szufladzie szafki nocnej w naszej sypialni widziałem blister z ibuprofenem. Nigdy jej o to nie zapytałem. Wychodziłem z założenia, że jak nic nie mówi, to znaczy, że to nie ma znaczenia. Jak widać, pomyliłem się, bo miało.

- Nie wymiotowała? - dopytywał lekarz.

- Nie wiem. Nic mi nie mówiła.

- Nie miała zaburzeń widzenia? Musiała mieć. Tak duży guz w takim miejscu musiał dawać objawy. Myślę, że mogła mieć widzenie tunelowe.

Może - pomyślałem przerażony. Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu nic nie malowała przez ponad tydzień. Stwierdziła, że nie ma weny na to malowanie. Pomyślałem, że wtedy mogła mieć zaburzenia widzenia.

- W rezonansie magnetycznym jest jeszcze drugi guz w okolicy móżdżka. Musiała mieć wcześniej zaburzenia równowagi.

- Nie miała - skłamałem, bo nagle poczułem się winny. Dotarło do mnie, że miała. Kiedy szliśmy gdzieś razem, trzymała mnie pod rękę. Myślałem, że chce się przytulić. Nagle spojrzałem na to inaczej.

- Zapewne miała zaburzenia koordynacji ruchowej - kontynuował lekarz.

Miała - pomyślałem przerażony. Od pewnego czasu jej pejzaże były jakby mniej dokładne, pozbawione szczegółów. Mówiła, że to nowy styl w jej malowaniu. Poczułem się dziwnie, jakbym był ślepy i głuchy, jakbym zupełnie bagatelizował wołanie o pomoc.

Żona nigdy nie mówiła niczego wprost i przecież o tym wiedziałem. Nie pamiętam nawet, czy kiedykolwiek powiedziała, że mnie kocha. Chyba nigdy tego od niej nie usłyszałem, ale za to słyszałem, że jestem jej bliższy niż wiosna, a wiosnę kochała najbardziej ze wszystkich pór roku. Myślę, że podejrzewała, że dzieje się z nią coś złego, ale nie chciała mnie martwić. Może czekała na to, że coś zauważę i powiem. A ja byłem ślepy i głuchy.

- Co teraz? - dopytywałem przerażony, kiedy lekarz zamilkł.

- Na razie trzeba skończyć diagnostykę, zobaczyć, czy to są guzy pierwotne, czy przerzuty. Jeżeli okaże się, że to przerzuty, trzeba szukać ogniska pierwotnego. Jeżeli się je znajdzie, to zależnie od rodzaju guza trzeba będzie rozpocząć leczenie.

Pamiętam, że przesiedziałem przy niej całą noc. Rano prosto ze szpitala ruszyłem do pracy. Jeszcze wtedy byłem pełen nadziei. Ale ta nadzieja prysnęła szybko. Okazało się, że to, co znaleziono w mózgu, to przerzuty. Guz pierwotny znajdował się w prawej piersi i siał przerzutami po całym organizmie. Przerzuty były w wielu kościach, w płucach i w wątrobie. Podjęto leczenie paliatywne. Nie docierało to do mnie. Nie chciałem tego zrozumieć. Nie mogłem się z tym pogodzić. Cały czas walczyłem z samym sobą, z lekarzami i z Panem Bogiem. Postanowiono wypisać ją do domu. Dla nas rozpoczął się najgorszy czas. Rano wychodziłem do pracy, a do żony przychodziła pielęgniarka. Ja opiekowałem się nią popołudniami i nocami. Wieczorami zacząłem pić. A ona już nigdy nie powiedziała do mnie słowa. Czasami patrzyła na mnie dziwnie pustymi oczami. Nie wiedziałem, czy mnie widzi. Nie byłem w stanie ocenić, czy rozumie to, co mówię.

- Wszystko jeszcze będzie dobrze! - powtarzałem, siedząc przy niej. - Zobaczysz! Kocham cię! Jeszcze wszystko będzie dobrze.

Czasami wsiadałem w samochód, jechałem na dziką plażę nad ocean, żeby wykrzyczeć się z rozpaczy. Tam kląłem i walczyłem ze sobą i z Bogiem. Często krzyczałem tak długo, że nie potrafiłem potem powiedzieć słowa. Żonie mówiłem o nadziei, a sam jej już nie miałem.

- Zostało niewiele czasu - informował lekarz. - Proces jest już bardzo rozsiany. Zrobiliśmy biopsję, mamy wyniki histopatologiczne. Jest za późno na terapię celowaną. Trzeba walczyć z bólem, z depresją, z dusznością... Trzeba podążać za objawami.

Walczyliśmy z tym wszystkim, a ja walczyłem jeszcze ze sobą. Staczałem się. Wiedziałem, że mi nie wolno, że muszę być silny, że muszę dla niej być jak opoka, jak pewność, że wszystko będzie dobrze, ale nie mogłem sobie z tym wszystkim poradzić. Zawsze miałem się za silnego faceta. I byłem silnym facetem, ale nie w sytuacji, kiedy ona cierpiała. W pracy bywałem coraz mniej regularnie. Oszczędności malały w oczach. Na wszystko brakowało pieniędzy. Zacząłem wyprzedawać różne rzeczy z naszego domu. Nie ruszałem tylko niczego w pokoju, w którym leżała Ana. Wydawało mi się, że pomimo tego, że jest w tym dziwnym stanie z pogranicza jawy i snu, to wszystko słyszy, widzi i na pewno analizuje. Siedząc przy jej łóżku, starałem się jak kiedyś opowiadać wesoło o minionym dniu, sam sobie zadawałem pytania i sam na nie odpowiadałem.

- Francisco, jak minął ci dzień? - zapytałem sam siebie.

- Dzisiaj nie było łatwo, bo dojrzały pierwsze winogrona i zaczęliśmy je zbierać - odpowiedziałem sobie.

- A jak nasz ogród?

- Trochę bardziej zaniedbany niż zwykle, ale ty zawsze marzyłaś o ogrodzie, który będzie prawie dziki. Twoje marzenia się spełnią. Teraz jest właśnie taki. Trawa jest wysoka, a w niej polne kwiaty. Koszę trawę tylko przy ławce, strumyku i studni. Tam, gdzie lubisz czytać.

Przez chwilę wydawało mi się, że rysy jej twarzy złagodniały, a nawet że przebiegł po niej uśmiech. Z takich chwil budowałem moją nadzieję, która mijała parę minut później. Potem dołączył ból. Nie mogłem patrzeć na jej cierpienie. Pojechałem w nocy nad ocean. Wziąłem ze sobą flaszkę.

- Hej, ty tam! - krzyczałem do Pana Boga. - Masz odwagę ze mną się napić? Zobaczymy, który z nas ma mocniejszą głowę. Walczę z tobą o życie mojej żony.

Innym razem padałem na kolana, przepraszałem Boga za wszystko i błagałem o miłosierdzie. Wszystko jedno, co robiłem w tych moich potyczkach z Panem Bogiem - zawsze świadkiem tego był ocean.

Bóg mnie nie wysłuchał. Pewnie w tym czasie był zajęty czymś ważniejszym. Z Aną było coraz gorzej. Moja żona potrzebowała coraz więcej, żeby móc godnie odejść. Nie mogłem na to patrzeć. W naszym domu pojawiali się obcy ludzie. Lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci i psycholog.

Nasz doktor zaglądał do niej każdego dnia. Ceniłem go za to. Kiedyś usiadł ze mną w kuchni.

- Niech pan weźmie się w garść! - powiedział ostro. - Pana żona potrzebuje pana. Będzie pan kiedyś żałował, że tych ostatnich chwil nie spędziliście razem. Czas jest nieubłagany. Zegar tyka coraz szybciej.

Miał rację. Nagle to do mnie dotarło.

- Jak pan wygląda! - mówił szeptem, żeby Ana nie słyszała. - Nie wstyd panu przed żoną?

Miał rację. Chodziłem w brudnych, pomiętych ubraniach. Nie goliłem się. Nie myłem. Nawet nie wiem, czy się czesałem. Musiałem prezentować się żałośnie.

Pamiętam, że lekarz wyszedł, a ja stanąłem przed lustrem. Nie mogłem na siebie patrzeć. Podkrążone oczy, zapadnięte policzki, zmierzwione włosy, niechlujny zarost, dziwny, mętny wzrok.

- Jesteś żałosny! - wrzasnąłem sam na siebie. Postać w lustrze nie drgnęła. - Jesteś żałosny! - wrzasnąłem jeszcze raz.

Uderzyłem ręką w taflę. Rozsypała się na kawałki, a mnie nagle zrobiło się jeszcze gorzej. To lustro przywieźliśmy przed laty z naszej podróży poślubnej do Wenecji. Patrzyłem na sterczące ostre szpikulce i na swoją zakrwawioną rękę.

- Jestem miękki i rozlazły. Zamiast być dla niej wsparciem, użalam się nad sobą. Głupi palant! Zero!

Przestałem pić, zadbałem o wygląd, zacząłem coś jeść. Unikałem rozmów z ludźmi. Cały czas coś we mnie krzyczało. Bywało, że wyłem z bólu.

Sprzedałem już prawie wszystko z naszego domu. Nagle wydawał mi się obcy. Nie było w nim już pamiątek ani naszych ukochanych bibelotów. Spałem na materacu rzuconym na podłogę. W kuchni zostały tylko kuchenka i lodówka. Próbowałem gotować to, co kiedyś lubiła Ana. Wydawało mi się, że znajome, dobre zapachy spowodują, że otworzy oczy. Od kilku dni ich już nie otwierała.

Właściciel winnicy zwolnił mnie z pracy. Rozumiałem go. Nie miałem do niego żalu. W winnicach trzeba było pracować, a ja rzadko przychodziłem do roboty.

Potem, kiedy już zupełnie straciłem nadzieję, opętała mnie religia. Chciałem za wszelką cenę zawieźć moją żonę do Fatimy. Nie zdążyłem. Było z nią coraz gorzej. Siedziałem przy niej dzień i noc i łapałem się na tym, że moje myśli układają się w modlitwy. Ale to były dziwne modlitwy, chyba podpowiadane przez szatana. Chciałem oddać siebie za nią. Targowałem się, negocjowałem, stawiałem warunki, ponosiłem klęski, padałem na kolana i podnosiłem się znowu. Z dnia na dzień oddalałem się od normalnego świata. Żyłem już tylko jej bólem, jej oddechem, jej woskowym kolorem twarzy.

- Lepiej będzie dla pana żony, kiedy znajdzie się w hospicjum - powiedział pewnego dnia lekarz. - Tam będzie pod ciągłą opieką medyczną.

- Dom jest zawsze domem - próbowałem dyskutować.

- W tej sytuacji to już dla pana żony nie ma znaczenia.

Nie poszła do hospicjum. Opłacałem lekarza i pielęgniarkę. Odeszła w domu. Zasnęła z ręką w mojej dłoni. Wydawało mi się, że tuż przed ostatnim oddechem poruszyła palcami, jakby chciała się ze mną pożegnać.

Zostałem z ogromnymi długami, które tylko rosły. Stoczyłem się i każdego dnia staczałem się jeszcze bardziej. Kiedy byłem pijany, zawsze wydawało mi się, że Ana jest tuż obok mnie. W pijackich snach była taka jak kiedyś. Piękna, radosna, dobra, ciepła, serdeczna... Nie płaciłem rachunków. Nie szukałem pracy. Piłem coraz więcej.

Zlicytowano nasz dom, a ja znalazłem się z niczym na ulicy. Teraz już nie potrzebuję się napić, żeby spotkać się z nią w snach. Teraz spotykam ją prawie każdej nocy.

Wyszedłem z choroby alkoholowej, ale nie z jej konsekwencji. Mam marskość wątroby, płyn zbiera się w moim brzuchu, w płucach, nogach. Na co dzień i bez tego zatrucia funkcjonowało mi się ciężko. Poruszam się też z trudem. Mam polineuropatię poalkoholową. Wszystko w sumie nawala, poza głową. I tę głowę, z wdzięczności za uratowanie mi życia, oddam Tobie. Gaspar był jak z innego świata. Ty jesteś podobna do niego. Aż dziwne, że są jeszcze tacy ludzie.

Pozdrawiam serdecznie

Jak wrócę z rehabilitacji, to wiesz, gdzie mnie szukać. Z przyjemnością pomogę Ci przy tych Twoich ogrodowych projektach.

Dbaj o Astera, bo miał ciężkie życie. Dobrze, że teraz ma Ciebie.

Francisco Ferdynand Rego Salazar

To dzięki takim ludziom jak Ty mam siłę znowu używać pełnego imienia i nazwiska.

PS Uważaj na siebie. Co prawda ten ktoś poluje na szczury, ale może będzie chciał zapolować na Ciebie. Może przypuszczać, że go widziałaś.

PS Każdy człowiek ma swoją historię. Opowiedziałem ci moją. Uratowałaś mi życie. Zasługujesz na to. Tylko wtedy można kogoś zrozumieć, jeżeli pozna się jego historię.

***

Mijały dni, które nic nie zmieniały. Cały czas wracało do mnie tamto pożegnanie Gaspara.

Miał pogrzeb na koszt państwa. Był chowany jako młody bezdomny, którego zabił jakiś psychopata. Ksiądz wygłosił ogniste kazanie, które chwytało za serce. Potem mówiło wielu innych ludzi. Wśród nich matka Brunona. Oni go znali, szanowali, uważali, że jest jednym z nich. Ktoś powiedział, że był królem, który mądrze kierował bezdomnymi. Ktoś nazwał go królem szczurów. Ktoś inny królem bezdomnych. Chowano kogoś, kto dla wielu był kimś wyjątkowym.

Pamiętam, jak narastała we mnie rozpacz. Żal ściskał mi serce, dusił w gardle, łzy czułam pod powiekami, udzieliła mi się atmosfera tego pogrzebu. Spróbowałam nie myśleć o tym, że to ostatnie pożegnanie Gaspara. Chciałam chociaż na chwilę uciec myślami gdzie indziej. Nie dać się opętać rozpaczy. Zaczęłam obserwować innych ludzi.

Mój wzrok przykuła wtedy starsza kobieta podtrzymywana przez młodą dziewczynę. Z postury przypominała tę staruszkę, którą kiedyś widziałam na balkonie rozpadającej się rudery u podnóża katedry Sé. Siedziałam z Gasparem przed świątynią, a on opowiadał mi o znaczeniu przestawianej doniczki z kwiatami. Wtedy kobieta wyglądała inaczej niż na pogrzebie. Była przygarbiona, ze zmierzwionymi włosami, w ręku trzymała konewkę. Miała na sobie jakąś bluzkę w trudnym do określenia kolorze, a na ramiona narzuciła wełnianą chustę. W tamtym momencie wydawała mi się zaniedbana.

A na pogrzebie miała starannie ułożone włosy - pukle wysuwały się spod małego czarnego kapelusika z zasłaniającą połowę twarzy woalką. Ubrana była w czarną suknię, elegancką i stylową. Myślę, że pochodziła z jakiegoś markowego sklepu. Nie była najnowsza, ale prezentowała się szykownie. Kiedyś musiała być bardzo droga. Podobnie buty, chociaż widać, że używane, to wyglądały na te z najwyższej półki. Starsza kobieta trzymała w dłoni małą, czarną torebkę firmy Campomaggi. Ceny ich torebek rozpoczynają się od pięciuset euro. Ta była odrobinę zniszczona, ale i tak dodawała całości szyku. Na szyi staruszka miała złoty łańcuszek z medalikiem, a w uszach delikatne złote kolczyki. Kiedyś musiała należeć do innego świata, zupełnie innego niż ta rudera stojąca nieopodal katedry. "Nie należy nikogo oceniać, jeżeli nie zna się jego historii", przypomniały mi się słowa Francisca. "Żeby kogoś zrozumieć, trzeba z nim przejść chociaż fragment jego drogi". Pomyślałam, że historii, która doprowadziła tę kobietę do nędzy, zapewne nie poznam nigdy.

Kobieta raz po raz podnosiła do oczu chusteczkę i przecierała nią oczy. Musiałam przyglądać się jej odrobinę za długo, bo to zauważyła. Też od czasu do czasu podnosiła wzrok i patrzyła w moją stronę. Nawet przez moment nasze spojrzenia się spotkały. Mnie płynęły łzy po policzkach, jej również. W trakcie pogrzebu kobieta podeszła do mnie.

- Myślę, że nazywasz się Martyna - powiedziała ciepło.

Zaskoczyła mnie.

- Skąd zna pani moje imię?

- Gaspar trochę mi o tobie opowiadał. Nie ma już Gaspara. - Głos zadrżał jej niebezpiecznie. - Ale jesteśmy my. Jeżeli nie przeszkadza ci miejsce, w którym mieszkam, to zapraszam cię do mnie na herbatę. Przyjdziesz?

- Oczywiście, że przyjdę - odpowiedziałam pospiesznie. Bałam się, że jeżeli choć na chwilę się zawaham, staruszka odbierze to opacznie. - Przyjdę i przyniosę nam do tej herbaty ciastka. Jakie pani lubi najbardziej?

Uśmiechnęła się delikatnie.

- Ja lubię wszystkie ciastka, a najbardziej pastéis de nata, ale nie przynoś ich, ja je dla nas upiekę. Piec jeszcze potrafię. Przyjdź, proszę. Bardzo chciałabym z tobą porozmawiać.

- Kiedy mam być?

- Kiedy ci będzie dogodnie. Ja nie opuszczam mojego mieszkania, jestem tam po prostu zawsze.

- Przyjdę, jak się trochę pozbieram.

I nagle dziś pomyślałam, że już czas, żebym ją odwiedziła. Ona na pewno na mnie czeka.

***

Postanowiłam, że pójdę następnego dnia. Walczyłam od rana ze sobą, bałam się trochę tej rozmowy, a może tego, co zobaczę. Było wczesne popołudnie, kiedy weszłam na chwilę do katedry. Od śmierci mojej mamy mój stosunek do Pana Boga można uznać za bardzo skomplikowany. Oscyluje pomiędzy "nie wierzę w Pana Boga" a "wierzę inaczej". W katedrze było prawie pusto. Usiadłam w ławce, patrzyłam na ołtarz, na bogactwo wokół. Pozwoliłam myślom płynąć leniwie. Nagle dotarło do mnie, że się modlę. Modlę się, myśląc o mojej mamie, o Gasparze, o Franciscu i o tej starszej kobiecie.

- To niemożliwe, Panie, że ich opuściłeś. To niemożliwe, że zostawiłeś ich na pastwę losu. To musi być zupełnie inaczej - szeptałam.

Pamiętam, że kiedyś, na lekcji religii w szkole, nasza katechetka mówiła, że nam, ludziom, nie wolno oceniać Pana Boga, że on ma wobec nas własne plany i własne zamiary. Nawet jeżeli nam się wydaje, że coś jest nie tak, to Pan tylko realizuje swoje plany. Mawiała: "Niezbadane są wyroki Pana, nam, maluczkim, trudno je zrozumieć. Nie wolno nam ich oceniać".

Siedziałam w ławce i kłóciłam się z Panem Bogiem. Nie chodziło mi o moje życie, bo ono przy tym wszystkim wydało mi się dobre, dostatnie i spokojne. Nawet tamta historia sprzed kilku tygodni nie miała już kompletnie żadnego znaczenia. Bo jakie mogła mieć? Była niczym w porównaniu z tym, co zobaczyłam w Porto. Bieda, głód, śmierć... Parę razy wstawałam z ławki i siadałam ponownie, bo cały czas nie czułam się gotowa, żeby pójść do tamtego domu. Może wszyscy nie jesteśmy gotowi, żeby spotkać się z prawdziwym nieszczęściem. To musiała być jakaś podła historia, bo zmieniła życie tamtej staruszki z dostatniego na skrajną biedę. Kiedyś Bóg jej sprzyjał. Teraz nagle przestał.

- Niezbadane są wyroki Pana, nam, maluczkim, trudno je zrozumieć. Nie wolno nam ich oceniać - wymamrotałam pod nosem.

W końcu podniosłam się z ławki. Postanowiłam wejść jeszcze na punkt widokowy. Chciałam spojrzeć ponad dachem tamtego domu na rzekę Douro, na przycumowane na niej łodzie z beczkami pełnymi porto, na Vila Nova de Gaia, na kolejkę linową, na miasto pełne sprzeczności.

Potem ruszyłam do staruszki. Przy drzwiach wejściowych do domu nie było domofonu. Za to tuż obok futryny wisiała tabliczka z informacją, że budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Patrząc na datę na tabliczce, dowiedziałam się, że powieszono ją ponad trzy lata temu.

- Nie spieszą się z tą rozbiórką - mruknęłam.

Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Drzwi zamknęły się za mną i wokół zapanowała ciemność. Próbowałam namacać ręką jakiś kontakt. Udało się. Rozbłysła powieszona pod sufitem pojedyncza żarówka. Ruszyłam schodami na górę. Bałam się po nich stąpać, bo drewniane stopnie skrzypiały przy każdym kroku. Jeden był bardziej spróchniały od innych. Przeskoczyłam go. Weszłam na pierwsze piętro. Zapukałam do drzwi po prawej stronie, które wyglądały, jakby prowadziły do piekła. W ich dolnym lewym rogu widniała sporych rozmiarów dziura zabita dyktą. Zapukałam. Usłyszałam szurnięcie odstawianego krzesła, a potem człapanie. Kobieta otworzyła i spojrzała na mnie pogodnie. Ucieszyła się na mój widok. Czekała na mnie. Mówiła, że babeczki upieczemy razem, bo w końcu nie umówiłyśmy się na żaden konkretny dzień, żadną godzinę i nie mogła ich wcześniej przygotować. Ufnie wpuściła mnie do środka.

- Wejdź, proszę - zapraszała. - Nie stój w przeciągu! Tutaj zawsze jest przeciąg. Dach jest nieszczelny, a mieszkania po lewej stronie w ogóle nie mają dachu. Wiatr hula po tym budynku. Tutaj zawsze jest dużo chłodniej niż na zewnątrz.

Przekroczyłam próg tego mieszkania i poczułam się zaskoczona. Przede wszystkim było tu nieskazitelnie czysto, wszystko miało swoje miejsce. Pośrodku kuchni stał stół, który musiał być wiele razy naprawiany, bo jego nogi obite były deseczkami, mającymi je wzmocnić. Powierzchnia stołu była nierówna. Kiedyś musiał służyć komuś do pracy. Myślę, że wypalano coś na nim, bo usiany był mniejszymi i większymi dziurkami przykopconymi na brzegach. Tak jakby powstały w wyniku iskier, które powodowały mikropożary. Na tym stole leżała serweta, która mnie zadziwiła. Była niesamowita - biała, koronkowa i delikatna, stworzona z pojedynczych róż splatających się ze sobą łodygami. Wśród rozwiniętych kwiatów były też pąki. Ta serweta to dzieło sztuki. Przyszło mi na myśl, że widziałam już kiedyś podobne serwetki, serwety i obrusy, ale było to w zupełnie innym zakątku Europy. Oglądałam je na Burano, niewielkiej wyspie nieopodal Wenecji. Pamiętam starszą kobietę siedzącą przed domem i robiącą takie. Byliśmy tam kiedyś z Miłoszem i kupiłam sobie malutką serwetkę z tym motywem, a i tak wydawała mi się koszmarnie droga. Ta leżąca na stole musiała kosztować mnóstwo pieniędzy.

- Była pani kiedyś w Wenecji? - zapytałam.

- Byłam - odpowiedziała kobieta. - Minęło już ponad trzydzieści lat, ale wspomnienie tamtej podróży nadal we mnie żyje. Przywiozłam sobie stamtąd parę rzeczy, między innymi tę serwetę.

- Też kiedyś byłam w Wenecji i na Burano. Najpierw zobaczyłam obrusy nieopodal Ponte di Rialto, a potem ktoś mi powiedział, że pochodzą z Burano i że na wyspie można je kupić odrobinę taniej. Popłynęliśmy tam następnego dnia. Pamiętam staruszkę, która siedziała w cieniu pod domem i tworzyła na szydełku obrusy z kwiatami i pąkami róż.

- Dom był pomarańczowy - weszła mi w słowo.

- Tak - przyznałam zaskoczona. - Pamiętam go dokładnie. Okiennice miał zielone i zielone drzwi. Miał też duży taras, który przed promieniami słońca chroniła markiza w biało-zielono-pomarańczowe paski.

- Byłyśmy w tym samym miejscu. Zachwyciło nas to samo - powiedziała. - Ja zapewne byłam tam wiele lat przed tobą. Wtedy ta kobieta miała może pięćdziesiąt lat. Ty mówisz, że kupiłaś serwetkę od staruszki. Czas pognał, byłam w Wenecji ponad trzydzieści lat temu z moim mężem. Tamten czas należy do najcieplejszych wspomnień. Kocham tę serwetę.

Zamilkła. Ja też milczałam. Pomyślałam sobie, że byłam tam z Miłoszem, ale to nie zabolało i nie miało znaczenia. Liczyło się miejsce. Poczułam nagle na twarzy ciepłe podmuchy wiatru znad laguny, słyszałam krzyk mew...

- Pojechałam tam z mężem. - Głos kobiety wyrwał mnie z zamyślenia. - To była jedna z naszych wymarzonych podróży. Pojechaliśmy do Włoch wiosną. Zatrzymaliśmy się w Mestre, ale codziennie bywaliśmy w Wenecji. Potem pływaliśmy na Murano i na Burano. Piękny czas. Często wracam do niego pamięcią. Człowiek powinien cieszyć się chwilą, bo ona nie trwa wiecznie. Dostajemy coś, za co kiedyś zostanie wystawiony nam rachunek.

Spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się.

- W każdym razie tak jest w moim życiu - dodała. - Z tamtej podróży przywiozłam sobie wiele pięknych rzeczy. Wszystkie je zabrałam, kiedy wyprowadziłam się z domu - powiedziała. - One należą do moich najcenniejszych pamiątek. Przypominają mi czasy, kiedy byłam szczęśliwa i kiedy żył jeszcze mój Fábio. To dawne dzieje. - Znów się uśmiechnęła. - Siadaj, proszę.

Usiadłam na drewnianym krześle stojącym przy stole.

- Zaraz zrobię nam coś do picia. Herbatę podam w filiżankach, które są bardzo bliskie mojemu sercu. Te filiżanki dostaliśmy jako prezent ślubny od mojej babci. Są porcelanowe. Tak delikatne, że światło przez nie prześwituje - mówiła ciepłym głosem.

Próbowałam zebrać myśli, cokolwiek zrozumieć, odnaleźć się w tej sytuacji. Nastawiłam się na coś zupełnie innego. Jednak to prawda, że aby kogoś zrozumieć, trzeba z nim przejść chociaż kawałek drogi - albo przynajmniej usłyszeć jego historię.

Filiżanki były porcelanowe ze złoconymi brzegami i ręcznie malowanymi fiołkami. Podobnie wyglądała cukiernica i dzbanek na herbatę. Wszystko stanowiło przepiękny komplet. "Niesamowite" - pomyślałam. "Jest tak biedna, że nie stać jej na nowe buty, a posiada tak cenne przedmioty. Sprzedaż każdego z nich umożliwiłaby jej godne przeżycie kilku miesięcy".

- To są mojej najcenniejsze pamiątki - powiedziała kobieta, jakby czytała w moim myślach. - One uświadamiają mi, kim jestem i jakie było kiedyś moje życie. Powodują, że codzienność nie jest w stanie mnie zniszczyć, że niedostatek nie może mi dokopać. Pozwalają zachować poczucie własnej wartości. Przygotowałam wszystko, co mam najlepsze, spodziewając się, że któregoś dnia przyjdziesz. Chcę cię ugościć najlepiej, jak potrafię. Mam jeszcze srebrne łyżeczki. Zaraz je przyniosę - powiedziała pogodnie. - Nie wiedziałam, że właśnie dzisiaj się zjawisz, i nie przebrałam się. Przepraszam. Nie pasuję do tych przedmiotów. A może one już nie pasują do mnie? - dodała. Zabrzmiało smutno, ale na jej twarzy błąkał się uśmiech. - Kiedyś pasowały.

Zaparzona herbata zapachniała owocami.

- Nie pijam czarnej - powiedziała. - Jest nudna. Pijam to, co sama zrobię, z tego, co sama ususzę. Ta herbata jest z suszonych śliwek i skórki pomarańczowej. Wlałam do niej odrobinę soku z cytryny i kilka łyżek soku z winogron. Myślę, że będzie ci smakowała.

- Na pewno.

Tego byłam pewna. W kuchni unosił się słodki aromat, który kojarzył mi się ze świętami Bożego Narodzenia. Kobieta usiadła obok mnie przy stole. Nalała herbatę do filiżanek. Słodki zapach stał się jeszcze bardziej intensywny. Powiedziała, że ciasteczka upieczemy później.

- Pieczenie ciasteczek zabierze nam mnóstwo czasu i odwróci myśli od tego, co chcę ci powiedzieć - zaczęła niepewnie, jakby bała się, że jej przerwę. - Na pewno jesteś zaskoczona tym, że zaprosiłam cię do mojego domu. Wiem od Gaspara, że uratowałaś Francisca. On jest mi bliski. Kiedyś przed laty był ogrodnikiem w domu, w którym mieszkałam. Był i jest moją bratnią duszą, myśli i czuje podobnie jak ja. Francisco kochał swoją żonę niesamowitą miłością, ja też taką miłością kochałam mojego Fábia. Oboje ich straciliśmy i zostaliśmy sami. On rozumie mnie, a ja jego. Kiedyś dzieliła nas społeczna przepaść, ale jak widzisz... życie bywa przewrotne, a los pisze nieprzewidywalne scenariusze. Ta przepaść pomiędzy nami już dawno zniknęła. Jesteśmy do siebie bardzo podobni, przyjaźnimy się.

Mówiła ciepło. Raz po raz robiła krótkie przerwy, żeby podnieść wzrok i spojrzeć w moją stronę.

- Ty uratowałaś Franciscowi życie, dlatego chcę przyjąć cię tutaj najserdeczniej, jak potrafię - powiedziała ciepło. - Gaspar opowiadał, że jesteś z daleka, że pochodzisz z Polski. Mówił, że tamtego strasznego dnia, kiedy ktoś próbował zabić Francisca, stałaś na punkcie widokowym i zauważyłaś, że obok położonej w dole rudery psy zachowują się dziwnie, że biegają przerażone, szukając pomocy. Na punkcie widokowym było sporo ludzi. Tylko ty zareagowałaś. Zeszłaś w dół, bo wiedziałaś, że tam dzieje się coś złego, zeszłaś, chociaż jesteś obca, chociaż należysz do innego świata. Bardzo chciałam cię poznać, żeby móc ci podziękować za uratowanie Francisca.

- Nie ma za co - weszłam jej w słowo.

- Jest za co - przerwała mi. - Uratowałaś mu życie. Więcej nie można nikomu podarować. Chcę ci podziękować tak, jak mogę. Wyjęłam najcenniejsze przedmioty, jakie posiadam... Chcę cię ugościć najlepiej, jak potrafię.

- Nie trzeba mi dziękować - powtórzyłam. - To był odruch.

- Może i odruch, ale takie odruchy należą dzisiaj do rzadkości - wtrąciła delikatnie. - W dzisiejszych czasach najważniejsze są dystans i obojętność. Ludzie zaczęli żyć dla samych siebie.

- Nie mogłam zachować się inaczej...

- Mogłaś - przerwała mi łagodnie. - Mogłaś zachować się tak jak wszyscy, a zachowałaś się zupełnie inaczej. Nie umniejszaj sobie. Uratowałaś Francisca, a on dla mnie, dla Gaspara i dla wielu innych ludzi jest bardzo ważny.

Piłyśmy herbatę. Nie rozglądałam się po pomieszczeniu, bo myślałam, że mój wzrok przesuwający się po kuchni może sprawić jej ból. Koncentrowałam się tylko na porcelanowych filiżankach, na srebrnych łyżeczkach, na owocowej herbacie i na serwecie z Burano, która była podobna do mojej serwetki.

- Jeżeli chcesz, możesz obejrzeć moje mieszkanie - powiedziała kobieta, jakby czytała w moich myślach. - Żyję inaczej niż kiedyś, ale i tak jestem dumna z tego, co tu mam. To mój dom. Dom w życiu jest najważniejszy. Daje poczucie przynależności. Nagle nie jest się znikąd. Nagle jest się na przykład z Porto.

- Ja tak samo myślę o domu. Dom mam w Polsce, być może kiedyś tam wrócę. Od wielu lat marzyłam o zamieszkaniu w Portugalii, właśnie w Porto. Później życie mi dokopało, ale mimo wszystko przyjechałam tu. Każdego dnia poznaję lepiej to miasto. Może kiedyś poczuję się tutaj jak w domu i będę mogła powiedzieć, że jestem z Porto.

- Pasujesz do Porto - przerwała mi. - Pasujesz, bo jesteś jak to miasto. Masz charakter, kochasz ludzi, jesteś spontaniczna i odrobinę szalona.

- Kiedyś od kogoś usłyszałam, że Porto jest jak człowiek -wtrąciłam.

- Coś w tym jest - przyznała. - Tu jest mi dobrze. Z olbrzymiego, bezdusznego, luksusowego domu wyprowadziłam się do tej rudery, ale dom to nie ściany, a ludzie. Każde miejsce można zapełnić gorącymi emocjami i miłością. Gaspar, Sara, Francisco, ciepłe wspomnienia...

- Jak się pani tu znalazła? - zadałam pytanie, którego nagle sama się przestraszyłam.

- Moja historia jest bardzo smutna - odpowiedziała. - Zostałam bez dachu nad głową i środków do życia. Straciłam wszystko. Zawdzięczam to mojej córce, ale właściwie powinnam powiedzieć to zupełnie inaczej: zawdzięczam to sama sobie, bo źle z Fábiem wychowaliśmy naszą córkę. Wydawało nam się, że jak stworzymy dla niej ciepły, pełen miłości dom, będziemy dawać jej wszystko i podążać za wszelkimi jej oczekiwaniami, spełniać zachcianki i wspierać wszystkie jej marzenia i plany, to wyrośnie na dobrego człowieka. Myliliśmy się, teraz już to wiem. Człowiek w życiu musi mieć też problemy, niezrealizowane plany, niespełnione marzenia, trudności do pokonania, bo właśnie to wszystko kształtuje charakter, powoduje, że człowiek staje się empatyczny, że rozumie potrzeby innych ludzi, również tych, którzy niczego nie mają. Źle wychowałam naszą córkę, właściwie to oboje źle ją wychowaliśmy, kochaliśmy ją złą miłością. Nauczyliśmy ją czerpać z życia garściami. Wyrosła w atmosferze, że od nas i od życia należy się jej wszystko. Mój mąż umarł ponad dwadzieścia lat temu. On odszedł, a ja jeszcze przez długi czas byłam bardzo potrzebna mojej córce. Przydatna.

- Przydatna? - Nie zrozumiałam.

- Przydatna - potwierdziła. - Córka wyszła za mąż, urodziła dzieci, wnuki rosły... Bardzo potrzebowała moich pieniędzy i pomocy. Z czasem wnuki dorosły, wyjechały na studia, potem znalazły sobie inne miejsca na ziemi, a ja zaczęłam zawadzać. Największym moim błędem było to, że przepisałam na córkę dom, ogród, sklep, restaurację i winnicę.

Zamilkła. Podniosła do ust filiżankę. Upiła parę łyków.

- Rodzice często ślepo wierzą swoim dzieciom - odezwała się po chwili. - Ja właśnie tak wierzyłam córce. Znałam ją bardzo dobrze, ale i tak dałam się jej omamić i oszukać. Powiedziała mi, że mąż od niej odejdzie, jeżeli nie przepiszę na nią swojego majątku, że on twierdzi, że pracują na cudzym, że patrząc na moje dziwactwa, pewnego dnia zapiszę to wszystko sierotom albo bezdomnym, a oni zostaną z niczym. Uwierzyłam w to, że tak mówił. Postanowiłam jej pomóc. Wszystko, co miałam, podarowałam córce.

Zawiesiła na chwilę głos, jakby się zastanawiała, co chce mi jeszcze powiedzieć. Czekałam.

- Pamiętam, jak pracująca w biurze notarialnym kobieta, która zapewne znała już różne przypadki, próbowała wpłynąć na moją decyzję. Sugerowała mi, że powinnam zostawić sobie coś, co jest ważne i kluczowe, co w pewnym sensie będzie moją córkę trzymać w szachu. Miała rację, ale wtedy tego nie rozumiałam. Ta kobieta patrzyła na to z boku i bez żadnych emocji. Widziała o wiele więcej niż ja, będąc w centrum tych wydarzeń. Emocje czasami dużo zaburzają, zniekształcają rzeczywistość. Powinnam była jej posłuchać, ale wtedy nie mogłam sobie wyobrazić sytuacji, że moja córka chce mnie wykorzystać i oszukać. Przepisałam na nią wszystko, co miałam: dom, ogród, sklep, z którego żyliśmy, restaurację i winnicę.

Zamilkła. Ta historia żyła w niej nadal. Zapewne wspomnienia paliły żywym ogniem. Już po chwili mówiła jednak dalej:

- Bardzo szybko zrozumiałam swój błąd, ale było już za późno. Moja córka każdego dnia manifestowała, że przeszkadzam jej w domu. Zwolniła moich zaufanych pracowników. Na ich miejsce przyjęła nowych. Usunęła mnie ze stanowisk zarządzających. Straciłam wszystko. Z każdym dniem było gorzej. Czułam się jak intruz we własnym domu, jak śmieć. Pewnego dnia zabroniła mi pojawić się w salonie, kiedy przyszli do nich goście. Powiedziała, że nie chce się za mnie wstydzić... Przepłakałam pół nocy i podjęłam decyzję. Spakowałam walizkę i wzięłam to, co było dla mnie najcenniejsze, co było wspomnieniem dawnych, dobrych czasów. Wyjechałam jak najdalej od mojego dawnego domu. Pochodzę z Algarve. Przyjechałam do Porto. Porto wydawało mi się dobrym miejscem, ale kiedy człowiek jest już stary, to nie radzi sobie ze wszystkim. Mam osiemdziesiąt osiem lat, kiedy tu przyjechałam, miałam osiemdziesiąt pięć. Dumna jestem, że poukładałam sobie tutaj jakoś życie.

- A pani córka?

- Co moja córka? - Nie rozumiała.

- Córka nie szukała pani?

- Nie wiem, nie interesuje mnie to - odpowiedziała chłodno. - Zostawiłam list, w którym napisałam, że nie chcę mieszkać w domu, w którym wszystkim przeszkadzam, że mam swoją godność i honor. Napisałam, żeby mnie nie szukała, bo nie ma po co, ponieważ zabiła we mnie wszelką miłość do niej. Sprawiła, że miejsce miłości zajęła niechęć.

- A wnuki?

- Rozpierzchły się po świecie już wcześniej. Wnuczka jest w Australii, wnuk w Nowej Zelandii. Nic ich nie obchodzi stara babka.

- Może martwią się o panią.

- To ich problem, ale myślę, że się nie martwią. Ty byś się martwiła, ale uwierz mi, że moja córka i moje wnuki są inne. Nikt z nich nigdy nie zszedłby do Francisca. Myślę, że się nie martwią. Sądzę, że odetchnęli z ulgą, odfajkowali. Babka żyje na własny koszt, nie drażni ich swoją obecnością, nie wzbudza wyrzutów sumienia. Mam niewielką emeryturę. Niewielką, bo całe życie pracowałam w domu, stwarzając innym warunki, żeby się mogli rozwijać. Najpierw pomagałam Fábiowi, potem zajmowałam się córką, potem nią i jej mężem, następnie ich dziećmi... Stwarzałam im wszystkim jak najlepsze warunki, żeby mogli odnosić sukcesy. Zawsze byłam w cieniu. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Cieszyłam się ich sukcesami. Zawodowo pracowałam bardzo krótko, wydawało mi się, że w życiu jest mi to niepotrzebne, bo mam majątek, z którego będę mogła żyć na starość. Jak widzisz, pomyliłam się wiele razy. Moim największym błędem było to, że zawsze pamiętałam o innych, a zapomniałam o sobie. Wierzyłam, że jeżeli daję z siebie wszystko, to inni to docenią. Jeżeli ja kocham, to inni mnie też kochają - dokończyła cicho. - To bzdury! Nabożne życzenia!

Nagle wstała, podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Uciekła od bolesnego tematu. Zrobiła unik.

- Popatrz, jaki magiczny zachód słońca. - Jej głos zabrzmiał radośnie. - Katedra wygląda niesamowicie w tych ostatnich słonecznych promieniach. Jakby ponad wieżami pojawiła się pomarańczowa aureola na tle ciemnoniebieskiego nieba.

Stałam za jej plecami i nie mogłam oderwać wzroku od tego toczącego się na niebie widowiska. Jeszcze na chwilę zapaliły się czerwienią płynące po niebie obłoki. Jeszcze i one otrzymały otoczkę ze złotych promieni. Błękit nieba powoli zaczynał przechodzić w granat.

- Chodź ze mną do sypialni! - powiedziała nagle kobieta. - Stamtąd zachód słońca jest jeszcze piękniejszy. Nie opieraj się o ścianę przy oknie i o framugę - ostrzegła. - Trzymają się na słowo honoru. Z sypialni widać rzekę. W promieniach słońca mieni się, jakby była polana złotem. Granatowe fale ze złotymi refleksami. Coś niesamowitego - zachwycała się. - Szkoda, że zachody są takie krótkie, bo mogłabym na nie patrzeć godzinami.

Zamilkła. Obie spoglądałyśmy na ostatnie promienie igrające na powierzchni Douro.

- Popatrz, jak pięknie mieszkam! - odezwała się po chwili. - Mam mieszkanie z niesamowitym widokiem. Nic mi więcej nie jest potrzebne do szczęścia. Jak przyjdziesz następnym razem, to upieczemy ciasteczka - dokończyła. - Możesz przyjść z Asterem. Zna mnie. Był u mnie kilka razy. Ma nawet tutaj miskę na wodę.

Zrozumiałam. Starsza pani chciała zostać sama, a mnie wysyłała do domu. Wyczerpała ją ta opowieść o przeszłości. Ruszyłam ku wyjściu. Przed drzwiami przystanęłam jeszcze na chwilę.

- Chętnie przejmę obowiązki Gaspara - powiedziałam.

- On nie miał żadnych obowiązków. - Roześmiała się.

- Źle się wyraziłam - poprawiłam się błyskawicznie. - Chętnie pani pomogę. Mogę robić zakupy, przynieść wody, zdobyć coś na rozpałkę - wyliczałam. - Spróbuję, tak jak Gaspar, zaopiekować się panią.

- Nie musisz, poradzę sobie. Pomaga mi Sara, ale to miłe, co mówisz. Sara naprawdę nazywa się Giovana. Nosi piękne imię, ale jej się ono w ogóle nie podoba. Mówi, że to imię jest dla niej jak przekleństwo, jak piętno miejsca, w którym się urodziła.

Byłam już w drzwiach, kiedy usłyszałam, że kobieta jeszcze coś mówi.

- Jesteś właśnie taka, jak opowiadał Gaspar. Jesteś do nas bardzo podobna. Należysz do naszego świata. Niech Pan Bóg ci sprzyja!

***

Wychodząc od staruszki, natknęłam się na schodach na młodą dziewczynę. To ona towarzyszyła starszej kobiecie w trakcie pogrzebu Gaspara. Już wtedy pomyślałam, że właśnie ona mieszka w tym domu. Zajmuje lokal z balkonem, na którym od czasu do czasu suszą się kolorowe ubrania, które aż kłują w oczy czerwienią, błękitem i złotem. Że jest właścicielką drzewka pomarańczowego rosnącego w doniczce. Teraz nagle spotkałam ją na schodach. Myślałam, że chce mnie minąć, ale zeszła kilka stopni i zastąpiła mi drogę. Zatrzymałam się zaskoczona.

- Cześć! - mruknęła pod nosem.

- Cześć! - odpowiedziałam niepewnie.

- Chciałam się z tobą spotkać.

- Ze mną? - zapytałam zdziwiona.

- Tak, z tobą. Widziałam cię na cmentarzu. Wcześniej jak gadałaś kiedyś z Gasparem pod katedrą. Pomyślałam, że skoro siedział z tobą, to pewnie dobrze się znaliście.

- Prawie wcale - zaprzeczyłam. - Spotkaliśmy się kilka razy. Zawsze zupełnie przypadkiem.

- Nie kłam! - przerwała mi. - Śpiewaliście razem na nabrzeżu. Tam też was widziałam.

- Chciałam mu pomóc zebrać pieniądze na leczenia Francisca - zaczęłam się bezsensownie tłumaczyć, jakby to, że śpiewałam z Gasparem, było czymś zdrożnym.

- Musiałaś go dobrze znać, bo ci ufał. Gaspar dopuszczał do siebie tylko tych, którym ufał - nie ustępowała.

- Prawie go nie znałam - powtórzyłam.

- Ratowałaś go pod sklepem - napierała dziewczyna.

- Każdy by się tak zachował.

- To nieprawda! - przerwała mi. - Pomagał ci wtedy tylko jeden chłopak, a mnóstwo ludzi się przyglądało.

Nagle pomyślałam, że wypieram się Gaspara. Sama przed sobą chcę zmniejszyć jego rolę w moim życiu. Jakbym bała się przyznać, jak dużo dla mnie znaczył. Przecież to idiotyczne! Nosiłam po nim w sercu żałobę. Nie było dnia, żebym o nim nie myślała. Bywało, że śnił mi się w nocy. Prawie codziennie pojawiałam się na cmentarzu. A wypierałam się go.

- Gaspar był dla mnie kimś bliskim, chociaż nic o nim nie wiem - powiedziałam szczerze. - Nie męcz mnie! Sama kiepsko sobie z tą stratą radzę.

Chciałam ruszyć schodami w kierunku wyjścia, ale dziewczyna nawet nie drgnęła. Nadal zastępowała mi drogę.

- Chcę prosić cię o radę - zwróciła się do mnie. W jej głosie było coś dziwnego, jakby desperacja.

- O radę? - Miałam wrażenie, że się przesłyszałam.

- Gdyby Gaspar żył, to porozmawiałabym z nim, ale jego już nie ma. Muszę podjąć bardzo ważną decyzję, od której zależy całe moje dalsze życie. Nie mam się kogo poradzić. Spotkaj się ze mną! Porozmawiaj!

W pierwszej chwili chciałam odmówić. Czułam dziwny niepokój. Na korytarzu nie paliło się światło, a przez wąską szczelinę w deskach, którymi zabite były okna na tym piętrze, przeciskała się tylko wąska smuga jasności z pobliskiej latarni. Na schodach zrobiło się prawie całkiem ciemno, a dziewczyna od dłuższej chwili zastępowała mi drogę.

- Chcę przejść - powiedziałam głośno. - Spieszę się.

- Przepraszam. - Pospiesznie odsunęła się pod ścianę. - Przestraszyłaś się. Nie chciałam cię przestraszyć. Chciałam tylko na chwilę cię zatrzymać, żeby zapytać, czy się ze mną spotkasz, czy mi pomożesz.

- Mogę się z tobą spotkać - powiedziałam, mijając ją. - Możemy porozmawiać, ale nie tutaj na tych schodach, nie po ciemku i nie wtedy, kiedy się spieszę.

- Spotkasz się ze mną jutro wieczorem na nabrzeżu po stronie Ribeiry?

- Dobrze, możemy się tak umówić.

- Idąc od strony mostu Ludwika I, napotyka się szerokie schody. Przy nich po lewej stronie jest kamienny podest. Nieopodal cumują łodzie. Umówmy się na tym podeście. Zwykle nie ma tam tłumów. Można spokojnie porozmawiać. Znam to miejsce bardzo dobrze. Czasami obserwowałam stamtąd Gaspara, kiedy pilnował chłopaków skaczących do wody. Jest dobre na spotkanie - przekonywała mnie. - Wieczorem rozciąga się stamtąd niesamowity widok na Vila Nova de Gaia.

- Dobrze. Przyjdę. O której chcesz się spotkać?

- O dwudziestej - powiedziała, po czym zaczęła się z tego wycofywać. - O każdej godzinie, która ci pasuje -wykrztusiła.

- Przyjdę o dwudziestej.

Już po chwili znalazłam się na zewnątrz. Odetchnęłam z ulgą. Powietrze było rześkie, pozbawione woni stęchlizny, która prześladowała mnie na korytarzu tamtego domu. Nad wieżami katedry unosiła się lekko różowa łuna z ostatnich promieni słońca. Niebo nad moją głową przybrało kolor granatu. Gdzieniegdzie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Na ulicach paliły się już latarnie. Przyszło mi na myśl, że nie mam instynktu samozachowawczego. Umówiłam się z nieznajomą, której wygląd nie budzi zaufania, na nabrzeżu o zmroku. Nagłe przypomniały mi się słowa Gaspara, że ta dziewczyna jest jak zagubione dziecko, któremu trzeba pomóc, bo samo nie odnajdzie drogi ani nigdy nie wydorośleje. "Skoro tak mówił, to na pewno miał rację" - uspokajałam samą siebie. "Nic mi nie grozi z jej strony. Gaspar znał się na ludziach".

***

Kiedy przyszłam, już na mnie czekała. Siedziała na pomoście obok przycumowanej łodzi. Słysząc moje kroki, odwróciła się z uśmiechem. Uśmiech miała ciepły, serdeczny. Wyglądała inaczej niż dzień wcześniej, kiedy zatrzymała mnie na korytarzu. A może po prostu po ciemku wszystko wygląda inaczej. To, czego nie widzimy, dopowiada wyobraźnia. Teraz miała na sobie jasne dżinsy i bawełnianą, białą bluzkę, na stopach trampki. Na ramiona narzuciła szarą bluzę. Żadne z ubrań nie było w krzykliwych kolorach, tak jak odzież susząca się na jej balkonie. Włosy związała z tyłu aksamitką. Wyglądała, jakby miała osiemnaście lat, ale musiała być starsza.

- Cześć! - powiedziałam.

- Cześć! - odparła z uśmiechem. - Zastanawiałam się, czy będziesz. Ja na twoim miejscu chybabym nie przyszła. - Roześmiała się. - Jakaś zupełnie nieznana ci dziewczyna napada cię w ciemnym korytarzu, kiedy wychodzisz z mieszkania nieznajomej kobiety w kompletnej ruderze niedaleko katedry Sé. Zastępuje ci drogę i żąda spotkania... Ja bym chyba się nie zjawiła.

- Też się nad tym zastanawiałam - przyznałam. - Wygrała ciekawość i wiara w to, że Gaspar znał się na ludziach.

- Nazywam się Sara - przedstawiła się.

- Z tego, co wiem, to nazywasz się inaczej.

- W porządku, masz rację, zapewne Manuela ci o tym powiedziała. Pierwsze imię mam inne, ale na drugie naprawdę mam Sara - zaczęła się tłumaczyć. - Swojego pierwszego nie lubię. Jak można kogoś w dzisiejszych czasach nazwać Giovana? Kiedy to słyszę, odżywają we mnie wszystkie najgorsze wspomnienia z dzieciństwa. Giovana to znaczy prezent od Boga. Ja czułam się całe życie tak, jakbym była nikomu niepotrzebna. Aż dziwne, że można być prezentem, którego nikt nie chce.

- W porządku, rozumiem - przerwałam jej. - Mam mówić do ciebie Sara. Ty mów do mnie Martyna.

Usiadłyśmy na podeście. Patrzyłyśmy na rzekę. Milczałyśmy, jakbyśmy nie miały sobie nic do powiedzenia. Czas biegł powoli. Spoglądałam na przepływający obok turystyczny statek stylizowany na stary. Znajdujący się na nim turyści robili mnóstwo zdjęć. Byłam na nich zapewne też ja i Sara.

- Powiedz mi, kim był Gaspar. - Głos dziewczyny przerwał ciszę.

- Myślę, że ty lepiej znałaś Gaspara niż ja.

- Nie wydaje mi się.

- Nie wiem, kim był Gaspar. Zresztą jakie to ma teraz znaczenie, skoro nie żyje?

- Dla mnie ma ogromne. Prawda pozwoli mi wiele zrozumieć. Widziałam, jak kiedyś usiadłaś przy nim pod katedrą. Rozmawialiście, śmialiście się, patrzyliście w kierunku naszego domu. Myślę, że dobrze go znałaś.

- Widziałam go parę razy i za każdym razem w dziwnych okolicznościach. Trudno to nazwać znajomością. Mówiłam ci to już wczoraj.

- Może jednak wiesz, kim był Gaspar? - nie ustępowała.

- Był bezdomnym młodym mężczyzną - powiedziałam coś, w co sama nie wierzyłam.

- Przecież wiesz, że to nieprawda.

Miała rację, wiedziałam, że nie był bezdomnym, że tak naprawdę nie należał do świata, do którego próbował przynależeć. Za wiele rzeczy w nim zgrzytało. Pozornie wszystko niby pasowało - ubiór, sposób zachowania, nieogolona twarz, brudne ręce, zadrapania, mata pod katedrą... Było w nim jednak coś dziwnego. Jakaś fałszywa nuta, która od czasu do czasu dochodziła do głosu. Mówił, że jest bezdomnym z wyboru, że z tym jest mu dobrze. Podobnie o jego bezdomności opowiadał ksiądz na pogrzebie.

- Nie wiem, kim był Gaspar - powtórzyłam, czując na sobie spojrzenie dziewczyny. - Też mi się czasami wydawało, że jest w nim coś dziwnego, ale już po chwili to coś znikało. Poza Gasparem i Franciskiem nie znam innych bezdomnych.

Znowu przesiedziałyśmy kilkanaście minut w milczeniu.

- Wspomniałam ci wczoraj, że Gaspara już nie ma, a ja potrzebuję rady - odezwała się Sara. - Pomyślałam, że jesteś podobna do niego i że możesz mi pomóc.

- Spróbuję, ale to będzie bardzo trudne. Trudno jest mądrze doradzać. Dobrze doradzać komuś, kogo się nie zna, to prawie jest niemożliwe.

Znowu zapadło milczenie. O chemii między nami trudno było mówić. Skoncentrowałam się na czymś innym. Spróbowałam wszystkim zmysłami chłonąć to miejsce.

W tle za naszymi plecami jakiś chłopak śpiewał portugalskie piosenki. Z restauracji po prawej stronie dochodziły dźwięki fado. Przy wejściu na most ktoś grał na skrzypcach. Teraz na rzece nie było już statków. Ruch ustał. W jej wodach odbijał się księżyc. Srebrne smugi drżały na każdej fali. Podświetlony most wyglądał niesamowicie, a mrugające w rzece światła domów wydawały się rozlanym na powierzchni wody ciekłym złotem. Wsłuchiwałam się w dźwięki, wpatrywałam w widok przed sobą i marzyłam o mocnej, aromatycznej kawie.

- Skąd jesteś? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos dziewczyny.

- Jestem z daleka, z Polski. Moje miasto dzieli od Porto ponad trzy tysiące kilometrów.

- Ja też nie jestem stąd - powiedziała. - Urodziłam się w małej wiosce położnej na północ od Porto, na pograniczu Portugalii i Hiszpanii. Żyłam jak wszyscy w mojej wiosce. Tam liczy się tylko tu i teraz. W tamtym miejscu życie biegnie tak samo od dziesiątek, a może już od setek lat. Wszyscy się znają. Wszystko z góry wydaje się zaplanowane przez los i przez ludzi. A ja tak nie chciałam. Marzyłam o czymś zupełnie innym. Zdałam maturę i pragnęłam się stamtąd wyrwać - opowiadała, patrząc na rzekę. - Wyjechałam, kiedy skończyłam osiemnaście lat. Opuściłam to zadupie dokładnie w dniu swoich osiemnastych urodzin. Nie chciałam być jak moi rodzice, dla których podróż do najbliższego miasteczka to wielka wyprawa, coś prawie nieosiągalnego. Nie chciałam szybko wyjść za mąż, rodzić dzieci, w niedzielę chodzić do kościoła... Marzyłam o czymś zupełnie innym - mówiła cicho, powoli. - Kiedy wyjechałam, rodzice się mnie wyrzekli. Byłam już po słowie z chłopakiem z sąsiedztwa. W tamtej naszej małej społeczności to, co zrobiłam, jest czymś niewybaczalnym. Nie łamie się obietnic. Szanuje się dane słowo. Zerwana obietnica kładzie się cieniem na honorze całej rodziny. Nie wiem, czy to rozumiesz.

- Staram się.

- Wyjechałam z nadzieją, że skoro mam maturę, to znajdę jakąś pracę w Porto i zacznę zupełnie inne życie, że być może uda mi się odłożyć trochę pieniędzy, żeby za rok lub dwa pójść na studia. Marzyło mi się studiowanie pedagogiki albo socjologii. Docelowo chciałam pomagać takim jak ja, czyli urodzonym nie w tym miejscu. Chciałam pomagać tym, którym miejsce urodzenia ciąży jak kula u nogi. Znalazłam się w Porto i planowałam zacząć wszystko od nowa. Daleko od pijącego ojca, od matki, która miała wobec mnie swoje plany, od zaściankowości tamtej dziury, od znajomych, którzy ciągnęli mnie w dół. Wyjechałam i w pewnym sensie mnie to wszystko przerosło.

Zamilkła na chwilę. Zastanawiała się nad tym, co chce mi jeszcze powiedzieć. Zrobiło się chłodno. Narzuciłam na siebie sweter. Ona też włożyła bluzę.

- Tutaj wcale nie było tak łatwo, jak mi się wcześniej wydawało. Udało mi się za zaoszczędzone pieniądze wynająć pokój. Chwytałam się dorywczych prac. Robiłam różne rzeczy. Początkowo pracowałam na zmywaku, potem udało mi się awansować na kelnerkę, przez pewien czas byłam barmanką. W wolnych chwilach opiekowałam się dziećmi, sprzątałam... Szybko zrozumiałam, że za zarobione w ten sposób pieniądze trudno jest się tu utrzymać. O odłożeniu czegokolwiek nie było mowy. Nie miałam znajomych ani przyjaciół. Może dlatego zaczęłam spotykać się z Edgarem. Od początku wiedziałam, że to nie jest człowiek dla mnie. Różniło nas wszystko, ale potrafił mnie słuchać, a wtedy był mi bardzo potrzebny ktoś, komu mogłabym wszystko opowiedzieć. Edgar nie potrzebował nikogo bliskiego, ale potrzebował kogoś, z kim od czasu do czasu mógłby pójść do łóżka. Oburza cię taki układ?

Zaskoczyło mnie jej pytanie.

- Układ jak układ - odpowiedziałam z ociąganiem. - To zależy od tego, czy to obu stronom pasowało.

- W pewnym sensie pasowało aż do dnia, kiedy powiedział, że jest zarażony wirusem HIV. Nigdy tego nie zapomnę. Właśnie przestaliśmy się kochać. Opadł na łóżko i stwierdził, że dojrzał do tego, żeby powiedzieć mi coś ważnego. W pierwszej chwili pomyślałam, że może chodzi o miłość i chce mi się oświadczyć. Nie kochał mnie, nie chciał mi się oświadczyć, chciał mi powiedzieć, że od kilku już lat jest zakażony wirusem HIV. To był koszmar. On nigdy nie używał prezerwatyw. Mówił, że mu przeszkadzają.

Zamilkła. Ja też milczałam. Nasza rozmowa stawała się coraz dziwniejsza.

- Kazałam mu się wynosić. Wyszedł, a ja pomyślałam, że to był tylko taki głupi żart. Niestety okazało się, że nie. Dzień później poszłam do lekarza. Pobrano mi krew. Następnego dnia miałam zgłosić się po wynik. Całe popołudnie przesiedziałam w kościele świętej Clary, bo świętą Clarę najbardziej lubię ze wszystkich świętych. Prosiłam Pana Boga o pomoc. Nie wysłuchał mnie. Może dlatego, że kochałam się bez ślubu, do tego będąc z kimś innym po słowie. A może nie ma Boga, w każdym razie nie ma go dla takich jak ja.

- Ja bym Pana Boga w to nie mieszała - weszłam jej w słowo.

- Może masz rację. Sama jestem sobie winna. Czułam się w Porto tak samotna, że poszłam z kimś do łóżka, nic o nim nie wiedząc. Wkrótce wybrałam się po wyniki. Miałam wrażenie, że dziewczyna w rejestracji dziwnie mi się przygląda. Lekarka rozmawiała ze mną krótko. Stwierdziła, że jestem zakażona, że to nie znaczy, że od razu zachoruję na AIDS i umrę, ale na pewno mam w sobie wirusa HIV. Mówiła o tym, że powinnam być uczciwa w swoich intymnych związkach, że chorobą mogę zarazić partnera, że poczęte dziecko też może być chore... Potem wypisała mi leki antyretrowirusowe. Opowiadała, że one nie potrafią wyleczyć, ale będą tłumiły namnażanie wirusa w różnych momentach cyklu replikacji, będą wzmacniały moją odporność, zapobiegały rozwojowi choroby w kierunku AIDS, zmniejszą niebezpieczeństwo przeniesienia wirusa. Że ta terapia spowoduje obniżenie stężenia wirusa we krwi poniżej progu wykrywalności. Oznacza to, że nie da się już wykryć wirusa HIV za pomocą konwencjonalnych metod testowych. Jednakże niewykrywalny poziom nie oznacza, że wirus zniknął, dlatego leczenie trzeba będzie prowadzić już zawsze, przez całe życie. Pomyślałam, że Edgar też na pewno usłyszał to od swojego lekarza, co nie przeszkadzało mu się ze mną przespać. Mój żal był ogromny. Kiedy zadzwoniłam, żeby mu wyjawić, że jestem zakażona, usłyszałam, że teraz możemy się spokojnie kochać, bo to już nic nie zmieni.

- Dupek! - powiedziałam ostro. Wszystko się we mnie gotowało. Że też Sara musiała trafić na takiego gnoja! - Po prostu kanalia! Brak słów!

- Masz rację, pozbawiony uczuć wyższych idiota! - przerwała mi. - Moralne zero. Po tym wszystkim poczułam się jeszcze bardziej samotna. Nie mogłam sobie poradzić z nieszczęściem. Zaczęłam uciekać w alkohol, popalać trawkę, kilka razy wstrzyknęłam sobie mocniejsze prochy. Staczałam się w szybkim tempie.

Zamilkła na chwilę. Spojrzała na mnie. Nasze spojrzenia się spotkały. To ja uciekłam wzrokiem.

- Masz siłę mnie jeszcze słuchać? - zapytała.

- Opowiadaj! Chyba że nie chcesz...

- Chcę ci to wszystko powiedzieć, bo inaczej nie zdołasz mi pomóc.

Nie od razu wróciła do przerwanej historii. Najpierw szukała czegoś w torebce. Wyjęła stamtąd chustkę do nosa i zaczęła miętosić ją w dłoniach.

- Staczałam się - odezwała się cicho. - Coraz częściej nawalałam. Najpierw wyrzucono mnie z pracy w barze. Z czasem nikt mnie już nie chciał jako opiekunki do dzieci. Przestali mi ufać ci, u których wcześniej sprzątałam mieszkania. Nie mam do nikogo żalu, rozumiem to. Nie budziłam zaufania. Zostałam bez pracy i bez pieniędzy.

Trudno jej się mówiło. Raz po raz milkła. Czasami drżał jej głos. Wzrok wbiła w rzekę. W ręce wciąż miętosiła chusteczkę.

- Wypowiedziano mi lokum. Próbowałam je jakoś zatrzymać, ale nie miałam za co zapłacić czynszu. Pewnego dnia wróciłam do domu i zastałam nowy zamek w drzwiach i moją walizkę postawioną na korytarzu. Parę dni spędziłam na ulicy. W pierwszej chwili pomyślałam, że wrócę na wieś do rodzinnego domu. Chciałam przeprosić wszystkich. Nagle tamto nudne życie na totalnym zadupiu wydało mi się czymś dobrym i bezpiecznym. Zadzwoniłam do matki, ale nie chciała ze mną rozmawiać. Ojciec nie odbierał ode mnie telefonów. Siostra tak, ale powiedziała, że nie mam po co wracać, że przeżyli za dużo wstydu, że nie są w stanie mi wybaczyć. Mówiła, że jeżeli wybrałam inne życie, to powinnam konsekwentnie iść tą drogą, że odwrotu już nie ma. Rozłączyłam się i dotarło do mnie, że straciłam wszystko. Szłam wtedy wzdłuż nabrzeża, ciągnęłam za sobą cały mój dobytek, który mieścił się w jednej walizce, i wydawało mi się, że moje życie się kończy. I wtedy spotkałam Manuelę Sofię Pereira Carvalho, a ona opowiedziała mi o domu, w którym mieszka, i o tym, że w tej ruderze jest jeszcze jedno lokum, nad którym kiedyś się zastanawiała i które, po uporządkowaniu i wyniesieniu gruzu, będzie nadawało się do zamieszkania. Nigdy nie mówiłam tego Manueli, ale zawdzięczam jej życie. Mieszkamy w tej ruderze razem. Ona wie o mnie wszystko. Nie mam przed nią żadnych tajemnic, z wyjątkiem tej jednej: że wtedy, kiedy ją spotkałam, szłam na most, żeby z niego skoczyć. Lubię Manuelę. Zastępuje mi babcię, której nigdy nie miałam. To dobry człowiek.

- Też zrobiła na mnie takie wrażenie - wtrąciłam.

- Na tym naszym domu jest tabliczka z informacją, że budynek jest do rozbiórki, ale mieszkam tam już ponad dwa lata. Ktoś podłączył mi prąd, ktoś inny odblokował wodę. Znalazłam dach nad głową, ale nie miałam pieniędzy. Musiałam je jakoś zdobyć.

- Zdobyłaś? - zapytałam.

- Zdobyłam. - Zawahała się przez chwilę. Głębiej wciągnęła powietrze. - Zdobyłam - powiedziała cicho. - Zaczęłam kraść.

Zamilkła. Zerknęła na mnie ukradkiem. Udawałam, że patrzę na rzekę.

- Nigdy nie przypuszczałam, że jestem do tego zdolna, ale wtedy nie miałam na chleb. Na nabrzeżu śpiewała jakaś dziewczyna. Otaczała ją grupa turystów. Wśród nich był facet, który portfel włożył do tylnej kieszeni spodni. Ten portfel mu wystawał. Kusił, wydawał się łatwą zdobyczą. Pewnie bym go nie wyciągnęła, ale mężczyzna zaczął nagle pląsać w rytm muzyki. Portfel upadł na bruk. Nie zauważył tego. Inni też nie widzieli. Podniosłam go z chodnika. W pierwszej chwili chciałam go oddać, ale po kilku sekundach włożyłam pod chustę, którą miałam narzuconą na ramiona. Nie odeszłam od razu. Nic z tych rzeczy. Patrzyłam na tańczących ludzi, na śpiewającą dziewczynę. Ruszyłam stamtąd, kiedy zakończyła występ, a otaczający ją tłum turystów zaczął się rozchodzić. Dopiero w domu obejrzałam zdobycz. W portfelu było dwieście euro, karty kredytowe, dowód osobisty i wejściówka do jednego z hoteli. Następnego dnia wszystko, z wyjątkiem pieniędzy, wrzuciłam do skrzynki pocztowej przy hotelu. Ten gest mnie uspokoił. Poczułam się w porządku. Dla tamtego faceta to dwieście euro nie miało dużego znaczenia. Ceny pokoi w hotelu, w którym mieszkał ze swoją dziewczyną, zaczynają się od trzystu euro za noc. Dla mnie to dwieście euro to były trzy tygodnie godnego życia.

Spojrzała na mnie. Nadal patrzyłam na rzekę.

- Wiem, że to była kradzież - odezwała się po chwili - ale w myślach nazywałam ją inaczej. Te pieniądze potraktowałam jak znaleźne. W końcu gdyby nie ja, ktoś inny zainteresowałby się tym portfelem i jego właściciel mógłby stracić o wiele więcej.

Zamilkła. Myślała, że coś powiem, ale ja się nie odzywałam. Dla mnie kradzież była kradzieżą. Tak mnie kiedyś wychowano.

- Nabrzeże to świetne miejsce na drobne kradzieże - wróciła do opowiadania. - Ludzie się tu rozluźniają. Skupiają się na rzece, na łodziach z beczkami pełnymi porto, na płynących statkach, na moście Ludwika I i domach pnących się po zboczach. Słuchają muzyki, jedzą kolację, wypijają pokaźne ilości alkoholu. Tu łatwo jest zdobyć czyjś portfel. Nie trzeba się nawet specjalnie wysilać. Turyści zachowują się nieostrożnie: robią zdjęcia, stawiając byle gdzie plecaki, zostawiają otwarte torebki na krzesłach w restauracjach, czasami kładą portfele na blacie stolika, idą do toalety, zostawiając plecak przy nodze stołu... Nie trzeba się nawet starać. Wystarczy być tylko obok. Siedzieć spokojnie, sączyć lemoniadę i czekać na dogodny moment. Pewnie czujesz się oburzona. - Spojrzała na mnie.

Tak, byłam zdegustowana i zniesmaczona. Narastała we mnie niechęć. Coraz mniej rozumiałam, dlaczego Sara mi to wszystko opowiada.

- Wiesz, dlaczego ci o tym mówię? - Czytała mi w myślach.

- Nie mam pojęcia - burknęłam, coraz bardziej rozdrażniona.

- Zaraz zrozumiesz - powiedziała. - Kiedyś wyjęłam kobiecie z torebki portfel i kiedy się rozglądałam, czy ktoś tego nie zauważył, po raz pierwszy zobaczyłam Gaspara. Właściwie to w pierwszej chwili nawet nie jego, a wbite we mnie ciemne spojrzenie. W tych oczach było coś dziwnego, jakby złość i rozczarowanie. Myślałam, że zatrzyma spacerujący po nabrzeżu patrol policji, ale tego nie zrobił. Stwierdził, że mam oddać portfel, włożyć go tam, skąd go wzięłam. Zrobiłam to z duszą na ramieniu, bo bałam się, że właśnie w tym momencie ktoś to zauważy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że Gaspar, chociaż wygląda jak bezdomny, nie jest bezdomnym. Bezdomny raczej zaproponowałby mi podział łupu.

***

Spotkałam go parę dni później. Właśnie zapaliłam skręta, zrobiło mi się dobrze, poczułam się lekko odurzona i nagle dostrzegłam w swoim mieszkaniu Gaspara. Byłam już trochę naćpana, może właśnie dlatego do dzisiaj nie mam pojęcia, jak wtedy wszedł. Miałam pewność, że zamknęłam drzwi, kiedy wróciłam do domu. Nagle zobaczyłam go w kuchni. Usiadł na tym jednym krześle, które posiadam. Rozejrzał się pobieżnie dookoła, a potem już patrzył tylko na mnie. Mówił rzeczy, których nie chciałam słuchać.

- Nie możesz kraść - stwierdził.

- Ty też nie jesteś święty - zaatakowałam go. - Mieszkasz na ulicy.

- Co innego jest mieszkać na ulicy, a co innego kraść. Nie oceniaj mnie, bo mnie nie znasz.

- Ty też mnie nie znasz, a oceniasz - zaczęłam się bronić.

- Przyłapałem cię na kradzieży - przerwał mi. - Nie zgłosiłem tego policji, ale ktoś kiedyś zgłosi. Nie szkoda ci życia? Mnie byłoby szkoda. Pierwsza kradzież, potem druga, trzecia i czwarta... W końcu wylądujesz w więzieniu. Nie warto. Masz dopiero dwadzieścia parę lat. Całe życie przed tobą.

- Jestem zakażona wirusem HIV.

- I co z tego? - warknął. - Czy to zwalnia cię z marzeń? Czy to przekreśla odnoszenie sukcesów? Czy uniemożliwia stawianie sobie celów i realizowanie planów?

Miałam wrażenie, że on wie o mnie dużo, chociaż sama widziałam go drugi raz w życiu.

- Cele trzeba stawiać, plany realizować, marzenia gonić... Kiedyś spotkasz prawdziwą miłość i dla tego człowieka nie będzie miało znaczenia, że jesteś zakażona wirusem. On i tak będzie cię kochał. Masz ochotę to wszystko zaprzepaścić? Przez jakiegoś dupka oddać życie walkowerem?

Mówił tak, jakby był moim przyjacielem.

- Jakiś gnojek bez mózgu ci dokopał, ale ty teraz sama sobie dokopujesz codziennie. Staczasz się po równi pochyłej, nabierasz tempa. Trudno ci będzie się odbudować. Musisz zachować szacunek do samej siebie, a zabijasz go w sobie każdego dnia. Wulgarny makijaż, wóda i prochy, drobne kradzieże... Gdzie jest dawna Sara, która wyjeżdżała ze swojej wioski z przekonaniem, że jedzie po lepsze?

- To lepsze nie istnieje! - krzyknęłam.

- Wszystko zależy od ciebie.

Szumiało mi wtedy w głowie. Postać momentami stawała się niewyraźna. W myślach ciągle powracały jego słowa - szacunek do samej siebie, szacunek do samej siebie.

- Łatwo ci mówić - warknęłam.

- Ja mam swoje zasady. Uważam, że są zdrowe. Najważniejsze w życiu jest to, żeby nie stracić szacunku do samego siebie i potrafić w lustrze spojrzeć sobie prosto w oczy. Jak długo to potrafisz, to wszystko jest w porządku. A ty umiesz to jeszcze? - zapytał. - Uciekałaś przed czymś, co cię ograniczało i wydawało ci się koszmarne. - Nie czekał na moją odpowiedź. Mówił dalej: - Wpadłaś w szambo i każdego dnia zanurzasz się w gównie coraz bardziej. Opamiętaj się!

Wiedziałam, że on coś o mnie wie, ale za mało, żeby móc mnie zrozumieć. Pomyślałam, że musiała mu o mnie opowiedzieć Manuela. Postanowiłam streścić Gasparowi historię swojego życia. Nie przerywał mi, słuchał. Dobrnęłam do matury, do moich osiemnastych urodzin, do tego, że rodzice wyrzekli się mnie i że pojechałam do Porto, żeby zdobyć kasę na studia. Powiedziałam mu, że chciałam studiować pedagogikę lub socjologię, że chciałam bardzo pomagać ludziom podobnym do mnie, którzy z powodu miejsca urodzenia są skazani na nudne, pozbawione większego sensu życie. Słuchał. Nie przerywał.

Wyszedł po godzinie. Powiedział, że jeszcze wróci, że spróbuje mi pomóc.

Mijały dni, a on nie wracał. Widziałam go parę razy pod katedrą. Udawał, że mnie nie pamięta. Ta nasza rozmowa dała mi dużo do myślenia. Rzeczywiście nie mogłam spojrzeć sobie w lustrze prosto w oczy. Dostrzegałam tam kogoś, kto był obcy. Nie widziałam tam dawnej Sary, pełnej nadziei dziewczyny, która przed trzema laty przyjechała do Porto.

Wreszcie Gaspar do mnie przyszedł. Tym razem nie wszedł bez zaproszenia. Zapukał. Otworzyłam, wpuściłam go do środka.

- Trochę to trwało - powiedział. - Ale nie wszystko daje się załatwić w pięć minut. Zresztą musiałem pomyśleć. Dzisiaj w nocy było niesamowite niebo - rzucił nagle zupełnie bez sensu. - Granatowe, upstrzone gwiazdami. Siedziałem pod katedrą Sé, około północy wyłonił się księżyc. Srebrzysta poświata odbijała się od wód Douro i od dachu tego domu. Ty też nie spałaś. Paliło się u ciebie światło.

- Kiepsko ostatnio sypiam.

- Prześladują cię wyrzuty sumienia? - To pytanie brzmiało poważnie.

Spojrzałam na Gaspara. Wydawało mi się, że się ze mnie nabija.

- Może i mam wyrzuty sumienia - przyznałam.

- Jeżeli tak jest, to mam dla ciebie propozycję.

- Propozycję?

- Tak. Taką z rodzaju nie do odrzucenia. Albo-albo... Albo zgodzisz się na to, co ci zaproponuję, albo będziesz nadal pogrążała się w gównie. To konkretna propozycja. W życiu różnie bywa, a ludzie powinni sobie pomagać. Moja znajoma jest matką przełożoną klasztoru żeńskiego położonego niedaleko Fatimy.

- Co?! - Wydawało mi się, że się przesłyszałam.

- Mam znajomą, można powiedzieć, że nawet bardzo dobrą znajomą, która jest przełożoną klasztoru żeńskiego. Nie przerywaj mi! - powiedział krótko, widząc, że znowu otwieram usta. - Najpierw posłuchaj! Nikt nie zamierza zrobić z ciebie zakonnicy. - Roześmiał się. - Nic z tych rzeczy. Po prostu porozmawiałem z nią. Dadzą ci pokój i jedzenie. Za to nie będziesz płacić. Dadzą ci pracę. Płacą może nie najlepiej, ale też nie jakoś tragicznie. Będziesz odpowiedzialna za ogród i pomożesz kucharce w przygotowywaniu posiłków. Tam specjalnie nie będziesz miała na co wydawać pieniędzy. Jeżeli się postarasz, to przez rok zaoszczędzisz na studia. Siostry ci pomogą trochę odświeżyć wiedzę. Za rok będziesz mogła rozpocząć studia i tylko od ciebie będzie zależało, co zrobisz z tą szansą na normalne życie.

Wiedziałam, że mówił poważnie, chociaż wszystko brzmiało jak żart.

- Co o mnie powiedziałeś tej swojej znajomej?

- Prawdę - odparł pewnie.

- Prawdę?

- Powiedziałem, że jesteś młodą kobietą, która trochę się zagubiła.

- Mówiłeś o tych kradzieżach? - zapytałam przerażona.

- Wspomniałem odrobinkę - przyznał.

- O tym, że piję i ćpam?

- Też.

- A o tym...

- Powiedziałem, chociaż to zupełnie nie interesuje siostrzyczek - nie dał mi dokończyć.

- Przecież ty nawet nie wiesz, czy wierzę w Pana Boga.

- Nie wiem, dla mnie to nie ma znaczenia. To osobista sprawa każdego człowieka. Siostra Gabriela nie będzie cię o to pytać. Tego jestem pewien. Byłaś kiedyś w Fatimie?

- Byłam.

- I co?

- Fatima mnie przeraziła. Tłumy wierzących, tysiące głosów śpiewających religijne pieśni, wierni posuwający się na kolanach w kierunku bazyliki, olbrzymie płonące ogniska i ludzie stojący godzinami, żeby do ognia wrzucić zapaloną świecę w jakiejś intencji.

- Wrzuciłaś? - zapytał.

- Wrzuciłam.

- W jakiej intencji?

W pewnym momencie pomyślałam, że czuję się jak na przesłuchaniu, ale już po chwili, kiedy spojrzałam na Gaspara, zobaczyłam ciepły blask w jego oczach.

- Dostania się na studia - wyszeptałam.

- No i zobacz! - Uśmiechnął się szeroko. - Matka Boska Fatimska jednak cię wysłuchała. Jeszcze raz daje ci szansę.

- Fatima mnie przestraszyła.

- Byłaś w złym momencie. Na co dzień jest tam zupełnie inaczej. Cicho, spokojnie. Można się zatrzymać, można pomyśleć. Zresztą ty będziesz w zupełnie innym miejscu. W klasztorze niedaleko Fatimy.

- Znasz to miejsce?

- Znam. Powinno ci się spodobać. Klasztor położony jest na niewielkim wzniesieniu. Mieszka tam dwanaście sióstr zakonnych. Są w różnym wieku. Budynki znajdują się w sporym ogrodzie. Taka oaza ciszy i spokoju. Żadnych obcych. Daleko od pędzącego świata. Daleko od gwaru. Można odpocząć, można wiele przemyśleć, można wszystko rozpocząć od nowa - mówił. - Siostry prowadzą dom dziecka w położonej nieopodal miejscowości. Jak będziesz chciała, to będziesz mogła i tam pomagać. To, jak ułożysz sobie w tym miejscu życie, zależy tylko od ciebie.

Milczałam. Wszystko wydawało mi się zupełnie nieprawdopodobne.

- Kim jesteś? - zapytałam.

Coś na kształt uśmiechu przebiegło przez jego twarz.

- Jestem bezdomny.

- Przecież to nieprawda. Dlaczego nie wyrwiesz się z bezdomności? Dlaczego chcesz pomóc mnie, a nie pomagasz sobie? Przecież to idiotyczne.

- Bezdomność w moim przypadku to wybór - przerwał mi gwałtownie. - Nie mówmy o mnie. Mówmy o tobie.

Milczałam.

- Tu masz wizytówkę matki przełożonej. Jak się zdecydujesz, to do niej zadzwoń. Ja bym nie zwlekał z decyzją.

Wyszedł, a ja zostałam z kartonikiem w ręku. Siostra Gabriela, przełożona klasztoru... Pod spodem adres, adres e-mail, faks i numer telefonu.

***

- Zadzwoniłam tam zaraz po jego wyjściu - opowiadała Sara. - Chciałam sprawdzić, czy to nie był żart. Młody kobiecy głos poinformował mnie, że siostra Gabriela jest na wieczornym nabożeństwie i że mogę zatelefonować następnego dnia po godzinie dziesiątej.

- Zadzwoniłaś? - zapytałam.

- Nie.

- Ale dlaczego?

- Chciałam o tym jeszcze raz porozmawiać z Gasparem. Poprosić go, żeby tam ze mną pojechał. Nie zdążyłam. Jego już nie ma. Manuela mówi, że to był niespotykanie dobry człowiek. Jakby trochę z innego świata. Dobrzy ludzie żyją za krótko, jakby Bóg chciał ich jak najszybciej mieć u siebie.

- Gaspara zamordowano - przerwałam jej. - Raczej trudno w to mieszać Pana Boga.

- Fakt - przyznała. - Chyba trudno. Nie wiesz, czy już złapano zabójcę?

- Z tego, co ostatnio czytałam, to nie. Policja wiąże śmierć Gaspara z serią morderstw dokonanych na bezdomnych w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Ponoć stoi za tym jakiś seryjny morderca. Prawdopodobnie psychopata.

- Naprawdę nie wiesz, kim był Gaspar? - jeszcze raz zapytała.

- Naprawdę.

Znowu zamilkła. Obie patrzyłyśmy na leniwie płynące wody Douro.

- Chyba już pójdę. - Wstała. - Zrobiło się chłodno i późno.

- Na mnie też już pora. - Podniosłam się.

- W którą stronę idziesz? - zapytała.

- Do metra.

- Ja też.

Ruszyłyśmy razem. Pokonywałyśmy drogę w milczeniu. Nagle uświadomiłam sobie, że przecież Sara coś ode mnie chciała.

- Miałam ci poradzić w jakiejś ważnej dla ciebie sprawie - odezwałam się. - Zapomniałaś o tym?

- Jakoś mi głupio - mruknęła pod nosem.

- Mów! - zachęcałam.

- Stwierdziłaś, że trudno radzić nieznajomym - powiedziała cicho. - Ja jestem nieznajomą.

- Po dzisiejszym wieczorze znam cię już trochę - przerwałam jej. - Chcesz porozmawiać o tamtej propozycji Gaspara? - zapytałam.

- Tak.

- Podjęłaś już decyzję?

- Tak - odparła pewnie.

- To w czym problem? - dopytywałam. - Rozumiem, że chcesz pojechać do klasztoru siostry Gabrieli?

- Chcę - przytaknęła. - Przemyślałam to dokładnie. Gaspar miał rację, to propozycja z tych nie do odrzucenia. Albo-albo... Albo spróbuję żyć normalnie, albo będę pogrążać się coraz bardziej.

- Na twoim miejscu też bym pojechała.

- Powstrzymuje mnie tylko myśl o Manueli - powiedziała dziewczyna. - Ona sama sobie nie poradzi. Ja stąd odejdę, a Gaspara już nie ma.

- Ja jestem - przerwałam jej. - Będę pomagać.

Weszłyśmy razem na stację metra. Każda z nas miała jechać w inną stronę. Sara zatrzymała się przy zejściu na peron.

- Wybrałabyś się tam ze mną? Byłoby mi raźniej. Nie wiem, co zrobię, jeżeli mnie odrzucą, jeżeli to wszystko okaże się kłamstwem.

- Nic nie okaże się kłamstwem - zapewniałam ją. - Nie wierzę w to, żeby Gaspar cię okłamał. To był wyjątkowy facet.

- Wyjątkowy - powtórzyła za mną. - Bez względu na to, kim był naprawdę.

- Kiedy chcesz się wybrać?

- Może być jutro? - zapytała niepewnie. - Teraz, kiedy podjęłam już decyzję, to chciałabym być tam jak najprędzej.

- Może być jutro - przytaknęłam. - Będę po ciebie około ósmej.

***

Spóźniłam się. Byłam około dziewiątej. Myślę, że Sara już we mnie zwątpiła.

- Wszystko z powodu korków w mieście - zaczęłam się tłumaczyć. - Postanowiłam wypożyczyć samochód. Nie przewidziałam, że po Porto jeździ się tak kiepsko. Na każdym skrzyżowaniu odstałam po kilka cykli świetlnych. Koszmar.

- Wypożyczyłaś samochód? - zapytała zaskoczona.

- Tak będzie najlepiej. Do klasztoru jest z Porto około dwustu kilometrów.

- Ale ja nie mam pieniędzy - jęknęła.

- Ja mam. - Roześmiałam się. - Nawet ostatnio zaczyna mi się powodzić. Potraktuję to jako wycieczkę w tamten rejon Portugalii. Zobaczę mały klasztor i tam cię zostawię. Potem pojadę do Fatimy. Stamtąd chcę jeszcze wyruszyć nad ocean. Myślę o Nazaré. Przenocuję tam. Najpóźniej pojutrze wrócę do Porto, bo tego dnia mam umówione spotkanie, które jest dla mnie bardzo ważne.

Sara patrzyła na mnie z dziwnym zainteresowaniem.

- Cierpisz na ADHD? - zapytała.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Tyle planów na jeden dzień.

- Te plany są tylko przy okazji.

Do klasztoru dotarłyśmy około dwunastej. Siostra przełożona przyjęła nas w swoim gabinecie. Spodziewałam się zobaczyć staruszkę w habicie, a ujrzałam młodą kobietę. Siedziała za biurkiem. Nie wstała na nasz widok. Patrzyła, jak wchodzimy, jak się zbliżamy. Wskazała nam krzesła stojące po drugiej stronie.

- Która z was jest Sarą? - odezwała się pogodnie.

- Nazywam się Giovana Sara Silva Santos - przedstawiła się Sara.

- Pięknie się nazywasz. - Zakonnica się uśmiechnęła. - Już takie imiona i nazwiska powinny powodować, że Bóg cię kocha, Anioł Stróż otacza specjalną troską, a ludzie uśmiechają się do ciebie serdecznie. Lubię, kiedy ktoś przedstawia się pełnym imieniem i nazwiskiem. To coraz rzadsze w naszych czasach. Co cię do nas sprowadza?

Zobaczyłam przerażenie na twarzy Sary.

- Gaspar powiedział mi jakiś czas temu, że mogłabym u sióstr dostać pokój, jedzenie i pracę - zaczęła niepewnie.

- Dobrze ci powiedział. - Zakonnica nie przestawała się uśmiechać.

- Czyli mogę tutaj zostać? - upewniła się Sara.

- Oczywiście, że możesz tu zostać - przytaknęła Gabriela.

- Gaspar mówił, że siostry mogą mi pomóc wrócić do normalności, uwierzyć w siebie...

- Mam nadzieję. - Uśmiechnęła się. - Wszystko zależy od ciebie. To ty musisz się odrodzić. Postawić sobie cele i realizować plany. Musisz to zrobić sama. My spróbujemy ci pomóc, ale wszystko wymaga czasu. Na początek powinnaś się wyciszyć i przemyśleć wiele spraw. Potem uwierzyć w siebie... A dopiero wtedy przyjdzie czas na wszystko inne. Zaraz zawołam siostrę Filipę. Jest mniej więcej w twoim wieku. Mówimy sobie tutaj po imieniu. Oprowadzi cię po klasztorze i zaprowadzi do twojego pokoju. Spotkamy się przy obiedzie. U nas obiady są o piętnastej. Jeżeli jesteście prosto z drogi, to zaraz weźmie was do kuchni. Na pewno jesteście głodne.

- Czy siostra wie, że Gaspar nie żyje? - zapytałam.

Cień przeciął twarz kobiety.

- Wiem - odpowiedziała smutno. - W naszym klasztorze każdego dnia modlimy się za niego, żeby jego zbolała dusza szybko doznała ukojenia.

- Został zamordowany - powiedziałam.

- Ludzie często giną od broni, którą wojują.

- Siostra dobrze znała Gaspara? - rzuciłam.

- Dobrze.

- Kim on był? Poznałam go jako bezdomnego, ale to nie pasowało do niego. To nie mogło być prawdą.

- Kto go tam wie - odparła z ociąganiem. - Może chciał być bezdomny. Gaspar lubił wcielać się w różne role. W każdej czuł się doskonale. To był bardzo empatyczny człowiek. Potrafił wejść w każde buty i z każdym człowiekiem ruszyć w drogę.

- Siostra długo go znała? - zapytała Sara. - Jego śmierć nas dręczy. Nie jesteśmy w stanie uwolnić się od smutku. To był taki niespotykany mężczyzna...

- Niespotykany - przyznała zakonnica. - Znałam go długo. Kiedyś nawet pracowaliśmy razem. Nie zawsze byłam zakonnicą. Dawniej byłam kimś zupełnie innym - dodała, widząc zaskoczenie malujące się na twarzy Sary. - Parę lat temu odeszłam z zawodu. Przygnębił mnie na tyle, że nie byłam w stanie go wykonywać. Nie każdy nadaje się do wszystkiego. Ja zrozumiałam to szybko. Gaspar za późno. Szkoda. Będzie mi go bardzo brakowało. Widzimy się na obiedzie! - dodała pospiesznie.

Wstała, dając do zrozumienia, że rozmowa już zakończona.

- Jeszcze jedno - zwróciła się do Sary. - My ci pomożemy poukładać twoje ziemskie sprawy, a ty nam w tym nie przeszkadzaj.

Potem spojrzała na mnie.

- Dziękuję, Martyno, że pomogłaś Sarze dotrzeć do nas.

"Skąd ona wie, kim jestem?" - przemknęło mi przez myśl. "Dziwne, przecież się nie przedstawiałam".

- Zostań na noc - zaproponowała. - Mamy pokój gościnny.

- Nie, dziękuję, pojadę. Zarezerwowałam sobie nocleg w Nazaré. Słyszałam, że to niesamowite miejsce.

Spojrzała na mnie uważnie. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie.

- Wyjątkowe - stwierdziła. Zabrzmiało to jakoś dziwnie. - Na twoim miejscu pojechałabym na punkt widokowy przy latarni. Dwieście metrów od niego od listopada do lutego tworzą się największe fale na świecie. Niesamowite zjawisko i niesamowite miejsce. Właśnie takie czasami są odpowiedzią na dręczące nas pytania, nawet jeśli jeszcze nie potrafimy ich postawić.

***

"Kim był Gaspar?" - to pytanie nie opuszczało moich myśli. Historia opowiedziana wczoraj przez Sarę tylko nasiliła moją ciekawość, a rozmowa z zakonnicą pobudziła wyobraźnię. Nie był bezdomnym. To wiedziałam już dawno. Gabriela zdradziła, że kiedyś pracowali razem. Jaki zawód mógł łączyć przyszłą matkę przełożoną żeńskiego klasztoru i Gaspara? Tak bardzo się na tym skupiłam, że nawet nie zauważyłam, że dojeżdżam do Nazaré.

Na miejscu byłam około osiemnastej. Zarezerwowałam sobie nocleg tuż obok szerokiej plaży, ciągnącej się kilometrami wzdłuż oceanu, nie poszłam jednak od razu do apartamentu. Chciałam wcześniej wjechać kolejką na górną część miasta, popatrzeć na opisywaną we wszystkich przewodnikach panoramę i zejść w kierunku punktu widokowego przy latarni morskiej. Kiedy do niej dotarłam, na platformie widokowej było już niewiele osób. Przeszłam przez pomieszczenie z ustawionymi pod ścianą deskami do surfowania. Rzuciłam okiem na zdjęcia ludzi surfujących na olbrzymich falach. Jakaś para przechodziła od deski do deski i czytała nazwiska właścicieli. Minęłam ją i wyszłam na platformę widokową.

Wiał bardzo silny wiatr. Tuż przed platformą tworzyły się olbrzymie fale. Miały wysokość kilku metrów. Powietrze przesiąknięte było wilgocią. Na twarzy czułam setki małych kropli. Dygotałam z zimna. Sweter, który miałam na sobie, nie chronił przed chłodem i wilgocią. Szybko stamtąd zeszłam.

Postanowiłam na chwilę zatrzymać się w pomieszczeniu, które pełniło funkcję nietypowego muzeum. Chciałam się chociaż odrobinę ogrzać. Zaczęłam oglądać znajdujące się tutaj deski surfingowe. Każda była inna. Każda należała do kogoś innego. Wszystkie stanowiły pamiątki po niepowtarzalnych zjazdach na falach. Malunki na nich odpowiadały emocjom towarzyszącym ich właścicielom. To musi być niesamowity przypływ adrenaliny, kiedy śmiga się na kolosach mających kilkanaście metrów. Na deskach widniało sporo napisów. Najczęściej powtarzały się podziękowania.

Obrigado Nazaré!

A obok znajdowały się zdjęcia właścicieli. Na jednej z fotografii była twarz dziewczyny. To zdjęcie przykuło moją uwagę, bo przewiązane zostało czarną wstążką. Data zjazdu po fali była inna niż data śmierci. Dziewczyna musiała umrzeć gdzie indziej, w zupełnie innych okolicznościach. Wczytałam się w napis pod fotografią. Młoda kobieta zginęła tragicznie w wypadku samochodowym, który miał miejsce dwa lata temu. "Los bywa przewrotny" - pomyślałam. "Tu ryzykowała, surfując na olbrzymich falach, a straciła życie w wypadku".

Przesunęłam się dalej. Oparta o ścianę deska ozdobiona była malunkiem przedstawiającym zielonego smoka zionącego ogniem. Piękna. Spojrzałam na zdjęcie surfera i serce podskoczyło mi do gardła. Z fotografii patrzyły na mnie uśmiechnięte oczy Gaspara. Reszta twarzy też była jego, chociaż kiedy go poznałam, wyglądał już trochę inaczej. Gaspar był tutaj mocno opalony, za długie włosy miał przewiązane nad czołem opaską, zrobił zawadiacką minę. Przeczytałam podpis pod zdjęciem.

David Gaspar Duarte de Oliveria, założyciel klubu surfingowego przy komendzie policji w Nazaré, policjant z wydziału kryminalnego, śledczy w stopniu kapitana.

Zjechał z fali o wysokości osiemnastu metrów.

Policjant z wydziału kryminalnego?! Śledczy w stopniu kapitana?! To niemożliwe, żeby to był on. Gdzie Porto, a gdzie Nazaré? Imiona się zgadzały, reszta nie. Policjant? Surfer? Niemożliwe. Ten facet ze zdjęcia po prostu musi być podobny do tamtego Gaspara, którego poznałam w Porto. Przecież tak bywa. Są ludzie do siebie podobni. Majka opowiadała mi kiedyś, że czytała, że każdy człowiek ma swojego sobowtóra. Może to właśnie jest taka historia.

- Zamykamy - usłyszałam za plecami. - Proszę kończyć oglądanie.

Stojący przy mnie mężczyzna był chyba niewiele starszy ode mnie.

- Mogę o coś zapytać?

- Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć. - Uśmiechnął się. - Pracuję tutaj od niedawna. Nie znam wszystkich.

- Zna pan tego surfera?

Pokazałam zdjęcie.

- Gaspara? Oczywiście!

- Tu jest napisane, że ma na imię David - przerwałam mu.

- On nie lubi tego swojego pierwszego imienia. Używa go tylko, podpisując dokumenty. Wszyscy znamy go jako Gaspara. Świetny facet, ale po śmierci swojej dziewczyny przestał się tu pojawiać. Wycofał się z życia. Nie tylko z surfowania. Dawno go nie widziałem. Słyszałem od kogoś ostatnio, że wyjechał. Oczywiście to mogą być plotki, ale surfować już nie surfuje. Od tamtej pory nie widziałem go ani razu. To wiem na pewno. To jest taki fantastyczny gościu, a życie mu tak dokopało. Najpierw odeszła z pracy jego zawodowa partnerka. Potem jego dziewczyna zginęła w wypadku samochodowym. Że też taki pech może dopaść takiego dobrego człowieka.

"Świetny facet" - powtarzałam w myślach, pnąc się stromą ścieżką. Musiało być już bardzo późno. Nikt nie robił sobie zdjęć przy rzeźbie potężnego jelenia, nie mijałam już żadnych ludzi, przestały jeździć małe samochody podwożące turystów wyżej. Kiedy doszłam do górnej części miasta, życie toczyło się tam już tylko w restauracjach. Udało mi się zdążyć na ostatnią kolejkę w dół. Całe szczęście, bo nie wiem, jak zeszłabym stromą górską ścieżką po ciemku. I nagle przypomniały mi się słowa siostry Gabrieli o tym, że Nazaré może być odpowiedzią na różne pytania, nawet na te, których jeszcze nie postawiono. Czyżby pracowała kiedyś tutaj z Gasparem? Czyżbym była tą partnerką, która odeszła z policji? Niemożliwe. Siostra zakonna policjantką?

***

Jak co wieczór wpadłam na chwilę do Marii. Potrzebowałam tego. Te nasze wieczorne rozmowy wyciszały mnie. Przychodziłam, kiedy kawiarniani goście zaczynali opuszczać lokal, a Maria rozpoczynała krzątaninę związaną z przygotowaniem kawiarenki na następny dzień. Zwykle jej pomagałam, po czym siadałyśmy obie przy jednym ze stolików, piłyśmy czekoladę, jadłyśmy ciastka i rozmawiałyśmy. Dzisiaj też tak było.

- Opowiadaj! - pospieszała mnie. - Umieram z ciekawości. Jak było na wyjeździe?

- Okazał się niesamowity. Nie pojechałam do Fatimy, ale byłam w Nazaré.

Zrelacjonowałam jej sporo, pominęłam tylko w moim opowiadaniu Gaspara.

- A jak minął ci dzień? - dopytywała.

Opowiedziałam jej więc o pracy nad projektami, o spacerze do księgarni Livraria Lello, do której dzisiaj weszłam, a która jest ponoć najpiękniejszą księgarnią na świecie, o kupionych tam pięknie wydanych Baśniach braci Grimm.

- To był udany - skwitowała.

- Nie do końca. Nie mogę się uwolnić od smutku. Momentami ten smutek mnie paraliżuje.

Nie wiedziałam, jak jej to powiedzieć. Chciałam, żeby mnie zrozumiała. Nie ponaglała mnie. Czekała w milczeniu.

- Ja wiem, że to może wydać ci się dziwne, ale czuję się tak, jakbym w sercu nosiła żałobę. Prawie nie znałam Gaspara, ale żal wypełnia mi serce. Łapię się na tym, że nogi same prowadzą mnie do miejsc, gdzie go kiedyś spotykałam. Mój mózg nie może tego przepracować. Dzisiaj byłam pod katedrą Sé. Poszłam na punkt widokowy. Patrzyłam na tę starą kamienicę. Potem się odwróciłam, jakbym wierzyła, że zobaczę go przy wyjściu ze świątyni. Nie było go, bo przecież nie mogło być. Ja wiem, że to nielogiczne, że przecież już go nie ma, a i tak poczułam się rozczarowana. Jakbym cały czas nie dowierzała, że to wszystko stało się naprawdę. Rozpłakałam się. Nie mogłam się uspokoić. Szłam przed siebie. Widziałam rozmyte twarze mijanych ludzi. Jakaś starsza kobieta zatrzymała się przy mnie. Chciała mi pomóc. Powiedziałam jej, że nikt nie jest w stanie mi pomóc, że straciłam kogoś bliskiego i nie mogę się z tym pogodzić. Ja wiem, że ty tego nie rozumiesz. Ty myślisz inaczej. Mówiłaś, że nie poszłabyś na pogrzeb...

- Rozumiem cię. - Maria mnie objęła i przytuliła. - Mówiłam tak, bo chciałam ci oszczędzić rozpaczy. Ja wszystko rozumiem.

Siedziałyśmy jeszcze w milczeniu, aż zrobiło się bardzo późno. Pożegnałyśmy się tuż przed jedenastą.

Weszłam do mieszkania. Zamknęłam za sobą drzwi. Zapaliłam światło i na chwilę wyszłam na balkon. Maria w ogródku poniżej ustawiała ostatnie stoliki, zmieniała obrusy, mocowała świece. Kończyła przygotowywać lokal na następny dzień. Pomachałam jej, a ona mi odmachała. To już stało się naszym rytuałem.

Wróciłam do salonu, zaparzyłam herbatę, usiadłam w fotelu, wzięłam szkicownik i zaczęłam pracować nad projektem ogrodu pani Joany. Na razie bez wymiarów, tylko z wyobraźni i tylko dla siebie. Obłożyłam się książkami o roślinności Portugalii i rozpoczęłam poszukiwania. W głowie kłębiły mi się różne pomysły.

W pewnym momencie spojrzałam przed siebie. Zauważyłam, że jeden z albumów na drugiej półce od dołu wystaje z regału. A zawsze były ułożone idealnie. Pomyślałam, że musiałam go potrącić, idąc do kuchni. Wstałam, by go poprawić, i nieoczekiwanie zaczął mnie kusić. Nigdy nie przeglądałam żadnych rzeczy Clary. To, że gościła mnie w swoim portugalskim domu, było dla mnie czymś niezwykłym. Nie dotykałam niczego, ale raptem ten album, który z zupełnie nieznanego powodu zaczął wystawać ze sterty innych, wydawał mi się czymś dziwnym i tajemniczym. Wzięłam go i usiadłam w fotelu. "To tylko album" - walczyłam sama ze sobą. "Przecież to tylko zdjęcia". Nie szperam w szafach Clary, nie zaglądam do starych dokumentów, nie przeglądam niczego, co przechowywała w olbrzymich segregatorach.

Walczyłam z sobą dobrą chwilę, po czym otworzyłam album. I zatopiłam się w zupełnie innym świecie. Clara sprzed lat, nie staruszka, a młoda, atrakcyjna kobieta. Później Clara na różnych etapach swojego życia - tego w Polsce i tego w Portugalii, tego z Januszem i tego wcześniej. Potem Clara i Janusz na spacerach z małą dziewczynką. Potem ta dziewczynka była coraz starsza. To zapewne córka Clary, która zaraz po ukończeniu szkoły wyjechała do Portugalii. Potem ta młoda kobieta z małym chłopcem. Pomyślałam, że ten maluch ze zdjęć musi być wnukiem Clary.

Przerzucałam kartki. Mijały lata, czas płynął, wszyscy się zmieniali. Miałam wrażenie, że nie jest to album, tylko opowieść o życiu Clary i jej bliskich. Na zdjęciach było coraz więcej tego małego dziecka. Nagle mój wzrok przykuły jego oczy. W pierwszej chwili zaczęło mi się wydawać, że je poznaję. "Bzdura!" - pomyślałam. "Żadne oczy nie mogą być aż tak charakterystyczne, żeby tak głęboko zapaść w pamięć". A jednak te były... Ze zdjęcia na zdjęcie nabierałam przekonania, że znam je doskonale. Bardzo ciemne oczy w ciemnej oprawie z długimi rzęsami. Z tęczówkami tak czarnymi, że gdyby nie porozrzucane złociste cętki, trudno byłoby je odróżnić od źrenic.

- Niemożliwe - powiedziałam na głos. - Mój mózg wariuje.

Ogarniało mnie szaleństwo, a to wszystko przez śmierć Gaspara, przez to, że wtedy go reanimowałam i te pozbawione życia oczy patrzyły na mnie. Przez tę potworną historię coś się stało z moim mózgiem. Odłożyłam album, wyszłam na balkon. Coś, co miało mnie uspokoić, nagle wzbudziło mnóstwo emocji. Niech to diabli! Nawet album rodzinny Clary musiał przypomnieć mi tamtą koszmarną historię, od której nie potrafiłam się uwolnić.

- To tylko oczy. Tylko oczy! - powtarzałam. - Że też zdjęcia Clary chcą mi dokopać!

Co się ze mną działo, że spojrzenie czteroletniego chłopca przypominało mi Gaspara? Było chłodno. Raz po raz czułam podmuchy zimnego wiatru. Siedziałam na balkonie i próbowałam zebrać myśli. Zamieszkał we mnie jakiś dziwny niepokój. A jeżeli to naprawdę Gaspar?

Weszłam do salonu i powróciłam do oglądania fotografii. Nie patrzyłam już na żadne inne. Szukałam tylko zdjęć chłopca. Nie było ich za dużo. Kilkulatek na obozie wakacyjnym, malec uczący się pływać na desce. Młodzieniec kończący szkołę. Młody mężczyzna odbierający dyplom uczelni. Ten sam mężczyzna surfujący na olbrzymich falach. Parę stron dalej też on w mundurze policjanta. Już od paru minut serce biło mi jak oszalałe. Słyszałam szum w uszach i coś dusiło mnie w gardle.

- To niemożliwe! - mówiłam coraz głośniej. - To nie może być prawdą. Los nie zgotowałby mi takiego koszmaru.

Zatrzymałam się na ostatniej fotografii. Mężczyzna w mundurze policjanta na pewno był Gasparem. "Niemożliwe" - myślałam przerażona. "To niemożliwe! Co to znaczy, do cholery?! Czyli co? Mężczyzna, który był bezdomnym spod katedry Sé, mężczyzna, który obronił mnie w nocy, który asekurował chłopców skaczących z mostu do wody, śpiewał ze mną na nabrzeżu, którego reanimowałam pod sklepem i który umarł... był wnukiem Clary?". Niemożliwe, żeby Pan Bóg chciał mi dokopać aż tak dotkliwie.

Jeszcze raz zaczęłam przerzucać zdjęcia. O pomyłce nie mogło być mowy. Młody mężczyzna ubrany w garnitur na zakończenie studiów i ten na zdjęciu w mundurze policyjnym z naszywkami kapitana był na pewno Gasparem.

- Niemożliwe! - Miotałam się po pomieszczeniu. -Zwariowałam.

Pomyślałam o Marii. Czasem w nocy piekła babeczki. Chciałam pobiec do niej i pokazać jej te zdjęcia. Kiedyś wspominała, że zna wnuka Clary. Wyszłam na balkon, ale już jej nie było w kawiarni. Musiała w międzyczasie wyjść do domu. W lokalu panowały ciemności. Wygaszono światła, paliła się tylko mała lampka przy wejściu.

Postanowiłam nie otwierać już tego albumu. Położyłam go na szafce nocnej. Spróbowałam zasnąć. We śnie wracało wszystko - oczy małego chłopca, które były oczami Gaspara, moja rozmowa z nim pod katedrą Sé, Francisco plujący krwią, pogrzeb, matka Brunona mówiąca, że jestem jedną z nich... Musiałam rzucać się przez sen, bo Aster raz po raz pomrukiwał. Od pewnego czasu sypiał w moich nogach. Odkąd przygarnęłam go po śmierci Gaspara, czuwał nade mną. Czekał na mnie w domu, nie odstępował na spacerach, leżał obok fotela, kiedy pracowałam nad projektami, czekał na mnie, siedząc przy wejściu do kawiarni, kiedy wieczorem wpadałam do Marii. Z nim czułam się bezpieczna. Znałam jego wartość - ratował swojego pana Francisca, przeżywał śmierć przyjaciela Gaspara, teraz był ze mną. Nie od razu dał się kupić. Minęło sporo czasu, zanim zaczął ufnie na mnie patrzeć, ale teraz był już mój. Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie dzień, kiedy oddam go Franciskowi. Ale na razie, dopóki starszy mężczyzna przebywał na leczeniu, ten pomrukujący obok mnie pies był jedynym członkiem mojej portugalskiej rodziny.

***

Nie wiem, ile spałam. Obudziłam się, kiedy za oknem świtało, a słońce tutaj wstaje stosunkowo późno, bo to najbardziej na zachód wysunięty kraj Europy. Ze snu wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości. Z niechęcią spojrzałam na komórkę. Numer telefonu był polski, ale niezapisany w kontaktach. Otworzyłam aplikację. Miłosz? Czegóż ode mnie mógł chcieć Miłosz?

Martyna,cały czas myślę o nas i o tym ślubie, który się nie odbył. Moja rodzina jest zrozpaczona, ja również. Nie znam nikogo, kto nie popełnia błędów. Byłem głupcem. Chciałem się wyszumieć przed ślubem, jakby ten ślub miał mi coś zabrać.

Nadal cię kocham. Każdego dnia uświadamiam to sobie coraz bardziej. Nie wiem, gdzie jesteś. Wieczorami przyjeżdżam pod Twój dom. W Twoim mieszkaniu cały czas są ciemne okna. Nie ma Cię. Zniknęłaś tak nagle. Wyjechałaś, a ja nie mam pojęcia dokąd. Może do naszej wymarzonej Portugalii?

Wszystko jedno, gdzie jesteś, jeszcze raz przepraszam Cię za wszystko. Zrozumiałem swój błąd i to się nigdy nie powtórzy.

Z każdym dniem brakuje mi Ciebie coraz bardziej. Z każdą nocą tęsknię za Tobą coraz mocniej. Z każdą chwilą kocham Cię coraz bardziej. Nie mogę poradzić sobie sam ze sobą. Wybacz!

Daj mi szansę!Nigdy Cię już nie zawiodę.Miłosz

Przeczytałam tę wiadomość raz, drugi i trzeci i nagle stwierdziłam, że nie ma we mnie już nic - w każdym razie nic z tamtej szalonej miłości i późniejszej rozpaczy. Nie ma już żadnych emocji. Wypaliły się. Był płomień, na który ktoś chlusnął zimną wodą. Ogień zgasł. Jeszcze przez chwilę tliły się polana, dym pełzł po gałęziach, a teraz nie ma już nic. Zimny popiół. Przeszło, minęło. Clara miała rację, wysyłając mnie do Portugalii. Portugalia i Porto pochłonęły moje myśli. Nie wspominałam Miłosza, myślałam o bezdomnych, o Gasparze i o tym wszystkim, co wydarzyło się tutaj w ciągu tych kilku tygodni. Niesamowite, zaczarowane miasto, które wyleczyło moją duszę. Wszystkie moje uczucia i emocje dotyczyły już czegoś innego. Tamta miłość wydawała się nie moja. Stała się podobna do fabuły przeciętnego filmu oglądanego kiedyś w kinie, która przestaje istnieć w pamięci zaraz po wyjściu z sali.

Usłyszałam dźwięk kolejnej wiadomości. Miłosz musiał widzieć, że przeczytałam pierwszą.

Martyna, Napisz cokolwiek, żebym wiedział, że u Ciebie wszystko w porządku, że nic Ci się nie stało.

Odpowiedziałam po chwili:

Nic mi się nie stało. Życie pobiegło dalej. Bez Ciebie jest mi dobrze.Są rzeczy, za które nie można przeprosić. Nie zależy mi też na tych przeprosinach. Zajmij się swoim życiem! Z mojego spadaj! W moim życiu nie ma już miejsca dla Ciebie.

Widziałam, że to przeczytał. Nie odpowiedział. Zresztą nie czekałam na żadną odpowiedź.

Nie mogłam zasnąć do rana. Odliczałam do momentu, aż Maria zjawi się w kawiarni. Bardzo chciałam z nią porozmawiać o wnuku Clary. Przecież mówiła, że kiedyś go widywała.

Raz po raz wstawałam, żeby sprawdzić, czy zapaliły się już światła w lokalu. Wczoraj wieczorem nie piekła ciasteczek. Liczyłam więc na to, że przyjdzie wcześniej, żeby to zrobić. Znowu zabrzęczała komórka. Ponownie Miłosz.

Martyna,tęsknię za tobą aż do bólu. Daj mi szansę! Na pewno Cię nie zawiodę.

"Niech go szlag!" - pomyślałam. "Robi wszystko, żebym jeszcze raz musiała skonfrontować się z tamtą paskudną historią".

Wiadomości przychodziły na WhatsAppa. Stary numer telefonu Miłosza zablokowałam. Wiadomości wysyłał z nowego, zupełnie innego. Zadał sobie trud, żeby móc nadal do mnie pisać. Pomyślałam, że bardzo zależy mu na domu jego babci.

W pierwszej chwili zastanawiałam się, co mu odpowiedzieć. Wklepałam tekst:

Spadaj! Daj mi spokój! Nasze życia biegną już osobno.

Nie wysłałam tego jednak. Pomyślałam, że to tylko spowoduje przedłużenie tej bezsensownej konwersacji. Nie chciałam wracać do spraw, które nie miały już dla mnie znaczenia i nie wzbudziły żadnych emocji. Clara miała rację, mówiąc, że Porto mnie wyleczy. Wyleczyło. Wzięłam komórkę i zablokowałam kolejny numer telefonu.

***

Tego dnia Maria przyszła szybciej do pracy. Pierwsze światła w kawiarni zapaliły się tuż po siódmej. Odczekałam jeszcze chwilę. Nie chciałam jej przeszkadzać. Kawiarnię otwierała o dziewiątej.

O tej porze oferowała ludziom śniadania, czyli bułeczki, babeczki, rogaliki, gorącą kawę, ciepłą czekoladę i słodkie kakao. Zwykle na śniadaniach nie było zbyt wielu gości. Postanowiłam pójść, zjeść chrupiącego rogalika z migdałami, napić się czegoś, co postawi mnie na nogi, i porozmawiać z nią.

Zauważyła mnie od razu, kiedy tylko przekroczyłam próg kawiarni. Uśmiechnęła się i pomachała mi. Usiadłam przy stoliku tuż przy oknie. Patrzyłam na naszą ulicę powoli budzącą się ze snu, na pojedynczych przechodniów, leniwie jadące samochody.

- Przychodzisz jako gość czy chcesz u mnie popracować, korzystając z internetu? - zapytała wesoło.

- Jako gość.

- Co ci podać?

- Chcę zjeść śniadanie, napić się czegoś i z tobą pogadać.

- Na co masz ochotę?

- Poproszę gorącą czekoladę, rogalika z migdałami, konfiturę morelową...

- Ostatnio ranny ptaszek z ciebie. - Roześmiała się. - Rozumiem. Odkąd masz te swoje projekty, żyjesz zupełnie inaczej. Wstajesz rano, bo to ma sens.

Piłam czekoladę, jadłam słodkości i czekałam na Marię. Jak na złość cały czas dochodzili nowi goście. Podeszła do mnie po dwudziestu minutach.

- Mam chwilę - powiedziała. - Coś cię dręczy?

- Dręczy - Próbowałam się uśmiechnąć, ale coś mi chyba nie wyszło, bo Maria skupiła wzrok na mojej twarzy.

- Znowu tamta historia?

- Inna, ale też bardzo ciekawa.

- Mów szybko, bo za chwilę mogą przyjść nowi goście - ponaglała mnie.

- Kiedyś pani Clara Ana Pirera Rocco Jabłońska mówiła, że dorosły wnuk czasami zagląda do jej mieszkania. Pomyślałam, że go znasz.

- Ledwie co kojarzę panią Clarę. Kupiła to mieszkanie wiele lat temu, ale była tu w międzyczasie tylko kilka razy. Moja mama poznała ją lepiej. Ponoć kiedy nabyła to mieszkanie, to przyszła z mężem się przedstawić. W tamtych czasach bywali w Porto dość często. Potem stan zdrowia jej męża się pogorszył. Odkąd przejęłam tę kawiarnię, to zjawili się tutaj tylko dwa razy. Mili, ciepli ludzie. Wiem, że pan Janusz umarł kilka lat temu. Po jego śmierci pani Clara była w Porto tylko raz... - Zawiesiła głos, jakby próbowała sobie to przypomnieć. - Może to były dwa razy, nie pamiętam tak dokładnie. Przyjechała wtedy załatwić jakieś urzędowe sprawy. Pamiętam, że przyszła do mnie parokrotnie na kawę. Mówiła, że czasami pod jej nieobecność z mieszkania będzie korzystał jej wnuk, żebym nie była zdziwiona, kiedy będzie się tam paliło światło. Widziałam go kilka razy. Bywał nawet u mnie w kawiarni. Intryguje cię wnuk pani Clary? - zapytała z uśmiechem.

- Zastanawiam się, dlaczego teraz nie bywa.

- Zapewne dlatego, że ty tutaj jesteś. Pani Clara na pewno mu powiedziała, że u niej mieszkasz. Ostatni raz widziałam go tuż przed twoim przyjazdem.

- A potem już nie?

- Nie. Zresztą powiem ci szczerze, że rzadko patrzę w tamtą stronę, nie mam na to czasu. Patrzę tylko wtedy, kiedy wiem, że jesteś, żeby ci pomachać. Przypuszczasz, że był w mieszkaniu pod twoją nieobecność? - zapytała niespodziewanie.

- Kiedyś tak mi się wydawało.

- On zjawiał się tu bardzo rzadko. Głównie kiedy załatwiał jakieś służbowe sprawy w Porto. Ponoć mieszka i pracuje w Nazaré. To daleko stąd.

- Jak on wygląda?

Popatrzyła na mnie rozbawiona, chyba zupełnie nie wiedziała, co o tym myśleć.

- Mężczyzna jak mężczyzna. - Roześmiała się. - Nie mam pojęcia, ile może mieć lat. Myślę, że około trzydziestu. Może trzydzieści parę. Jest wysoki, postawny. Ma śniadą cerę i bardzo ciemne oczy i włosy. Wygląda tak jak większość facetów w Portugalii, z wyjątkiem tego, że na pewno jest wyższy od przeciętnego Portugalczyka. W końcu jego dziadek był Polakiem.

Zamilkła i patrzyła na mnie rozbawiona.

- Poznałabyś go, gdybym ci pokazała jego zdjęcie?

- Masz jego zdjęcie? - zapytała zaskoczona.

- Wczoraj długo nie mogłam zasnąć i obejrzałam jeden z albumów Clary. Tam je znalazłam. Czy to jest wnuk Clary?

Maria wzięła do rąk fotografię. Był na niej młody mężczyzna odbierający dyplom ukończenia uczelni wyższej. Przyjrzała mu się uważnie.

- To on - powiedziała pewnie. - Teraz wygląda trochę inaczej. Jest o kilka lat starszy, ale to na pewno on.

Miałam jeszcze jedno zdjęcie. Zrobiłam je Gasparowi, kiedy śpiewał na nabrzeżu. Wyjęłam je i pokazałam Marii.

- To on. - Uśmiechnęła się. - Ten sam, trochę inaczej ubrany, trochę bardziej na luzie, ale to ten facet, który od czasu do czasu bywał w mieszkaniu Clary. To z nim występowałaś?

- Nie z nim - skłamałam.

- Co cię nagle naszło na tego faceta?

- Sama nie wiem.

- Odpuść wnuka pani Clary. Mieszka za daleko. Nic z tego nie będzie. Poza tym jest małomówny i nieprzystępny. Taki trochę mrukowaty. Co prawda lubi moje budyniowe babeczki, ale wszyscy je lubią.

Zamilkła. Spojrzała na mnie uważniej, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy.

- Brakuje ci męskiego towarzystwa? - zapytała zaskoczona. - Już kiedyś miałam się cię o to zapytać, ale doszłam do wniosku, że zapewne jest jeszcze za wcześnie po historii z tamtym palantem. Czemu nic mi nigdy nie powiedziałaś? Przyjaźń polega na mówieniu sobie wszystkiego. Jak ci mam pomóc, jak nie znam twoich potrzeb? - rozpędzała się coraz bardziej. - Mam paru dobrych kumpli, mam też brata. Poznam cię z nim - paplała. - Brayan będzie odpowiedni. Powinien do ciebie pasować. Ostatnio nie spotyka się z nikim. Czasami przyjeżdża tutaj do mnie. Jak tylko będzie, to dam ci znać. Chcę, żeby wypadło to naturalnie. Przyjdziesz wtedy do mnie na kawę, a ja was sobie przedstawię. Reszta zależy od was. Powinno wypalić. Na pewno mu się spodobasz... On może nie jest zabójczo przystojny, chociaż jako siostrze trudno mi to ocenić, ale jest w porządku. Sympatyczny, pracowity, rodzinny... Moja córeczka go uwielbia.

- Nie, dziękuję. - Czułam, że się rumienię. - Źle mnie zrozumiałaś.

Całe szczęście, że któryś z gości zawołał Marię. Rozmowa toczyła się w niebezpiecznym kierunku.

- Jak uważasz. Przemyśl to! To jest bardzo dobry pomysł. Nagle Porto nabrałoby jeszcze innych barw.

Zostawiłam jej pieniądze na stole i wyszłam pod pozorem, że się spieszę. Miałam inne plany. Chciałam jak najprędzej pobiec na cmentarz. Wiem, że to idiotyczne, ale ciągnęło mnie tam każdego dnia. Byłam tam wczoraj, przedwczoraj i dzień wcześniej - tak naprawdę to prawie codziennie od dnia pogrzebu. Wciąż przybywało tam kwiatów i paliło się coraz więcej zniczy. Widziałam różnych ludzi pochylających się nad tym grobem. Każdy na swój sposób żegnał się z królem bezdomnych.

***

Na cmentarzu postanowiłam przyjrzeć się wszystkiemu dokładnie. Wieczorem planowałam zadzwonić do pani Clary. Chciałam przygotować się do tej rozmowy. Zrobić kilka zdjęć, żeby były pod ręką, gdyby o nie poprosiła.

Dzisiaj dotarłam tu znacznie wcześniej niż zwykle. Na parkingu przed bramą nie było samochodów. Popołudniami wyglądało tutaj zupełnie inaczej. Wtedy z trudem dało się znaleźć wolne miejsce do zaparkowania. Pchnęłam furtkę. Powietrze rozdarło przeraźliwe skrzypnięcie. Weszłam na teren cmentarza, a furtka, poruszana przez podmuchy wiatru, raz po raz wydawała za moimi plecami koszmarne odgłosy. W pierwszej chwili pomyślałam, że ktoś za mną tu wszedł. Odwróciłam się, jednak nikogo nie zauważyłam.

- Jak z piekła rodem - mruknęłam pod nosem. - Jakby kogoś zarzynano. Że też ktoś nie naoliwi tej bramy.

Rozejrzałam się dookoła. Pusto. Szłam alejką, nie widząc żadnych innych ludzi. Ta pustka spowodowała, że moja wyobraźnia zaczęła intensywnie pracować. Wszystko wydawało mi się inne niż wcześniej. Główna aleja była szeroka i wysprzątana. Groby przy niej wyglądały na zadbane, ale już tuż za nimi, pomiędzy kolejnymi rzędami mogił, rosły wysokie trawy, chwasty i sporych rozmiarów krzewy. Rozrosły się na tyle, że blokowały ścieżki. Czułam dziwny niepokój. Zawsze kiedy tu byłam, wokół kręcili się ludzie. Dzisiaj nie dojrzałam nikogo. Wydawało mi się, że ze wszystkich stron dochodzą do mnie jakieś dziwne odgłosy. Co chwilę przystawałam, żeby rozejrzeć się dookoła.

- Ależ mam wyobraźnię - mruknęłam sama do siebie. - Zachowuję się jak walnięta. Niedługo zacznę się bać własnego oddechu.

I właśnie w tym momencie wyraźnie usłyszałam trzask łamanej gałązki. Dźwięk dochodził z prawej strony, jakby zza znajdującego się tam sporych rozmiarów grobowca. Zatrzymałam się. Spojrzałam w tym kierunku i nie zauważyłam nikogo. Ruszyłam dalej i usłyszałam kroki. Były wyraźne. Szybkie. Jakby ktoś spiesznie szedł po żwirowej alejce. Odwróciłam się. Nikogo za mną nie było.

- Kurczę, zaczynam wariować! Nie dla mnie spacery po pustych cmentarzach - wymruczałam.

Ruszyłam dalej i ciszę przeciął krzyk kruka. Ptaszysko wydzierało się jak opętane, a mnie serce podskoczyło do gardła. Ruszyłam dalej i wydawało się, że słyszę z tyłu szepty. "Boże, jak wyobraźnia potrafi dokopać" - próbowałam uspokoić się w myślach. Wystarczył brak ludzi na cmentarzu, a ja wsłuchiwałam się we wszystkie otaczające mnie dźwięki, intepretując je jako nadprzyrodzone.

Nagle zabrzęczała moja komórka. Ten dźwięk był zupełnie realny.

- Gdzie jesteś? - usłyszałam głos Marii.

- Na cmentarzu.

- O tej porze? Przecież tam musi być pusto.

- I jest pusto - przyznałam.

- Że ty też lubisz takie samobiczowanie - jęknęła. - Stało się, co się stało. Świat istnieje nadal. Twoje życie też pędzi do przodu.

- Każdy czuje i myśli inaczej - przerwałam jej.

- Właśnie wpadł do mnie Brayan - weszła mi w słowo, jakby nie słyszała tego, co powiedziałam. - Ma dwa bilety na koncert w przyszłym tygodniu. Stwierdziłam, że nie mam czasu. Wspomniałam o tobie. Nawet się ucieszył. Chciałam was poznać ze sobą. Myślałam, że pracujesz w domu i dasz namówić się na kawę.

- Nie pracuję w domu, nie mogę wpaść na kawę, nie mam nastroju na żaden koncert... Mówiłam ci, że to nie jest logiczne, ale czuję się, jakbym była w żałobie.

- To koncert muzyki poważnej - wyjaśniła. - Nie zdążyłam ci rano powiedzieć, że Brayan kocha muzykę poważną. Sam gra na skrzypcach.

- Nie szukam męskiego towarzystwa. Źle mnie wtedy zrozumiałaś.

- To nie będzie randka, a wyjście na koncert - próbowała mnie jeszcze przekonać.

- Nie chcę, nie mogę, jeszcze nie teraz - powiedziałam jednym tchem, chyba odrobinę za głośno.

Czułam się dociskana do muru. To jedno z uczuć, którego nie cierpię. Nie lubię sytuacji, w których mam wrażenie, że ktoś ogranicza mi wolność.

- Przepraszam - rzuciła pospiesznie. - Chciałam dobrze, a wyszło chyba fatalnie.

- Nie masz za co przepraszać. To ja ostatnio sama ze sobą nie mogę dojść do ładu.

- Wpadniesz wieczorem?

- Zobaczę. Mam dzisiaj mnóstwo rzeczy do zrobienia.

- Przyjdź!

Ruszyłam dalej. Kiedy dochodziłam do grobu Gaspara, wydawało mi się, że widzę tam jakąś postać. Im bliżej byłam, tym wyraźniej docierało do mnie, że tę postać stworzyła moja wyobraźnia, że to gałęzie drzewka oliwnego, które ktoś postawił w doniczce tuż przy jego grobie, ułożyły się w kształt modlącego się człowieka.

- Niech to drzwi ścisną! - mruknęłam pod nosem. - Ta moja szalona wyobraźnia.

Już po chwili tam stałam. Zauważyłam, że wśród kwiatów i zniczy pojawiło się duże, portretowe zdjęcie Gaspara. Jeszcze wczoraj go tutaj nie było. Obeszłam grób naokoło. Od wczoraj przybyło trochę kwiatów, paliły się nowe znicze. Ja też się pochyliłam i zapaliłam ten, który przyniosłam. Przestałam zwracać uwagę na dźwięki otoczenia. Wyjęłam telefon i zrobiłam pierwsze zdjęcie. Był to kadr z portretem Gaspara, zniczami i kwiatami. Potem pstryknęłam ich jeszcze parę. Po kilka z każdej strony grobu.

Zatrzymałam się na chwilę i zaczęłam przeglądać fotografie jedna po drugiej. Pomyślałam, że zdjęcie Gaspara jest dziwne. Nijakie, pozbawione wyrazu, mdłe. Jak zdjęcie trupa. Jakby ktoś obdarł jego twarz z wszelkich emocji. Nie był na nim podobny do mężczyzny z albumu i nie był podobny do Gaspara siedzącego pod katedrą. Jego twarz została jakby wyjęta z czasoprzestrzeni. Tylko oczy pozostawały takie, jak pamiętam - otoczone szpalerem długich, czarnych rzęs, z tak ciemnymi tęczówkami, że z trudem można było je odróżnić od źrenic, ze złotymi drobinami wyglądającymi jak słoneczne refleksy, które sprawiały, że te oczy stały się wyjątkowe. Nie było widać, czy na fotografii Gaspar jest w marynarce, czy w łachmanach. Pod spodem widniał napis.

Król bezdomnych.

Podniosłam zdjęcie. Zaczęłam się mu przyglądać. Coraz więcej łez toczyło mi się po policzkach. Ucisk w gardle się nasilał. Kiedy je odkładałam, przewróciło się. Na odwrocie ktoś napisał długopisem:

Tak nędznie skończył król szczurów. W tym mieście nie ma miejsca dla gryzoni.

Nagle wydało mi się, że to sen. Koszmarny, potworny sen o nienawiści. Boże, ten, który go zabił, był na jego grobie. Nawet tutaj zostawił ten pełen nienawiści napis. Przyłapałam się na tym, że się modlę. Wszystko, co czułam - żal, nienawiść, rozpacz, zwątpienie i strach - przeszło w słowa jednej modlitwy.

Ojcze nasz, który jesteś w niebie...

Ojcze nasz zdominowało wszystko. Poczułam się lepiej. Kiedy ruszyłam w kierunku bramy, znowu mi się wydawało, że ktoś za mną idzie.

- Nie rycz! Jesteś dzielną dziewczyną! Nie łaź sama po cmentarzach! - usłyszałam głośny szept.

Odwróciłam się. Chyba dostrzegłam cień za mijanym grobem.

- Bzdura! - szepnęłam. - To tylko moja wyobraźnia. Ta historia mnie pokonała. Dokopuje mi coraz bardziej. Jeszcze nic w życiu mnie tak nie zmiotło.

***

Całe popołudnie myślałam o tym, że wieczorem muszę zadzwonić do Clary. Kolejny raz spojrzałam na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Pomyślałam, że o tej porze może mieć jeszcze lekcje. Zwykle kończyła konwersacje około dziewiętnastej. Odczekałam. Była dwudziesta, kiedy wybrałam jej numer.

- Co słychać? - usłyszałam pogodny głos w słuchawce.

- Wszystko w porządku - skłamałam pospiesznie. - To znaczy pod pewnymi względami w porządku. Pod innymi nie do końca - poprawiłam się.

- Powiedz mi, co cię dręczy. Może będę mogła ci pomóc. Coś nie tak z tymi projektami?

- Z projektami wszystko w porządku.

- To dobrze. Znam Joanę i Martę. Wydają się lekko nawiedzone, ale to bardzo dobre kobiety. Pomogą ci. Ty stworzysz dla nich piękne ogrody, a one roześlą wici o tobie do swoich znajomych. Ci znajomi polecą cię kolejnym. Twoja firma zacznie się rozwijać w szybkim tempie - rozgadała się. - Porto wydaje się duże, ale jego obrzeża mają cechy małomiasteczkowe. Tam ludzie żyją inaczej. To jakby oazy przeszłości. Polecenie znajomego jest na wagę złota. Wiele razy ważniejsze niż opinie w internecie. Zobaczysz, że twoja firma będzie coraz mocniejsza, coraz bardziej znana. Staniesz się rozchwytywaną projektantką ogrodów, aż pewnego dnia stwierdzisz, że jesteś w stanie kogoś zatrudnić.

- Brzmi bajecznie - weszłam jej w słowo. - Na razie siedzę nad tymi projektami. Sprawiają mi radość.

- To w czym problem?

- Nie w tej sprawie dzwonię.

- A w jakiej?

- Nie wiem, co powiedzieć.

- Jak nie wiesz, co powiedzieć, to przyjrzyj się temu dokładnie i zacznij mówić od początku.

- Najpierw muszę się do czegoś przyznać. Myślę, że zawiodłam pani zaufanie. Czuję się z tym fatalnie.

- Mów, proszę. Na pewno nie stało się nic strasznego.

- Wczoraj wieczorem pooglądałam jeden z pani rodzinnych albumów.

- Nie widzę w tym nic złego - odparła ciepło. - Zaprosiłam cię do mojego domu jako gościa, osobę zaufaną, kogoś mi bliskiego. Nic się nie stało, że obejrzałaś jeden z moich albumów.

- Chciałam za to bardzo przeprosić.

- Nie masz za co przepraszać - przerwała mi.

- Obiecuję, że nie będę już niczego ruszać. Ten album wystawał spomiędzy innych. Musiałam go przesunąć, chodząc. Chciałam go poprawić...

- Możesz pooglądać wszystkie. Mam słabość do zdjęć. Albumów jest sporo. Są tam zdjęcia rodzinne, pamiątki z podróży, takie różne fragmenty mojego życia zatrzymane w kadrze. Może niektóre z nich staną się dla ciebie inspiracją. Pooglądaj album ze zdjęciami z Algarve. Piękne miejsce, chociaż bardzo daleko od Porto. Przejrzyj ten z napisem "Nazaré". Tam mieszka mój wnuk.

Powiedziała "wnuk", a mnie nagle serce podskoczyło do gardła.

- Pani wnuk ma na imię Gaspar?

- No niezupełnie! - Roześmiała się. - Zawsze chciał, żebyśmy tak do niego mówili. To jego drugie imię. Na pierwsze ma David.

- Muszę coś pani powiedzieć...

Nagle mnie to przerosło. Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa, jakaś kluska stanęła mi w gardle, łzy piekły pod powiekami. Jak miałam wyznać Clarze, że spotkałam jej wnuka przypadkiem, a potem nasze drogi krzyżowały się często aż do dnia, w którym on umarł? Nie mogłam wykrztusić słowa. Z mojego gardła wydobył się tylko potężny szloch.

- Nie płacz! - usłyszałam spokojny głos. - Nie zadręczaj się! Nie wszystko, co się widzi, jest prawdą - mówiła cicho. - W życiu czasami się zdarza, że teatr musi zastąpić prawdę, żeby wygrała sprawiedliwość. Nic nie mów, przemyśl to, co powiedziałam. Nie rozpaczaj! Jesteś niesamowitą dziewczyną. Idealnie pasujesz do miejsca, do którego cię wysłałam. Czasami nasze zmysły kłamią, widzimy coś, czego nie ma.

- "Czasami nasze zmysły kłamią" - powtarzałam sobie. - "Widzimy coś, czego nie ma".

Co miała na myśli? Po obejrzeniu albumu miałam mętlik w głowie. Gaspar to tak naprawdę David. Jest wnukiem Clary. Na pewno pracował w policji. W randze kapitana. To pewne, ale dotyczyło jego przeszłości. A teraz? Co działo się teraz? Były policjant, który żył na ulicy? A może to wszystko to fragment policyjnej akcji? Jak to powiedziała Clara? Czasami nasze zmysły kłamią? W życiu czasami się zdarza, że teatr musi zastąpić prawdę, żeby wygrała sprawiedliwość?

***

To nie było takie łatwe, jak mi się jeszcze wczoraj wydawało. Obiecałam Marii, że jej pomogę i zastąpię ją w kawiarence przez kilka dni, żeby mogła z córeczką pojechać nad ocean. Już pierwszy dzień mnie przerósł. Wczoraj myślałam, że problemem będą rodzaje kawy i nazwy ciastek. Pomyliłam się. Okazało się, że te już po godzinie nie są problemem, za to stało się nim coś zupełnie innego. Nagle uświadomiłam sobie, jak bardzo różnimy się z Marią. Nie potrafiłam uśmiechać się przez cały dzień, szczebiotać jak najęta, zagadywać do wszystkich, słodzić kawę przyjaznym słowem. Nie umiałam i nie chciałam być powierniczką nieszczęśliwych. Jej to wszystko wychodziło automatycznie, stanowiło część jej natury. Maria traktowała to z uśmiechem, jakby czymś normalnym było wysłuchiwanie setek problemów obcych ludzi. Ze mną sprawy miały się zupełnie inaczej. Po rozstaniu z Miłoszem nie byłam towarzyska. Na otoczenie patrzyłam z dystansem. Odgradzałam się grubym murem od wszystkich i wszystkiego. Taka spokojna, wyważona obojętność. Historia Gaspara zdołowała mnie do końca. Z trudem dawałam sobie radę sama ze sobą. Nie czułam się na siłach, żeby udźwignąć problemy, rozterki, radości i smutki kawiarnianych gości. Przerosło mnie bycie kopią wiecznie uśmiechniętej i empatycznej Marii.

Kiedy zamykałam kawiarenkę, myślałam już tylko o tym, żeby wrócić do domu, wykąpać się, wypić szklankę ciepłego kakao albo lampkę porto i położyć się do łóżka. Wybór pomiędzy kakao a porto wydawał mi się dzisiaj wyjątkowo trudny.

Szłam wąskim przejściem pomiędzy wyjściem z restauracji a wejściem do naszego domu. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Były dla mnie czymś zaskakującym. Tędy nikt nigdy nie chodził. To taki skrót znany tylko mnie i Marii. Chciałam się odwrócić, ale było już za późno. Ktoś zakrył mi usta ręką i mocno objął ramionami.

- Tylko nie krzycz! - usłyszałam tuż przy uchu szept Gaspara. - Nie wydzieraj się! Zaraz cię puszczę.

Już po chwili zabrał dłoń. Uścisk jego ramion też zelżał. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. "Ja pierniczę!" - myślałam przerażona. "Zwariowałam! Zaczynam widzieć zjawy!".

- Gaspar nie żyje! - szepnęłam. - Kim jesteś? Duchem?

- A wyglądam na ducha? - mruknął.

- Nie wiem, jak wyglądają duchy.

- Chyba w nie nie wierzysz - jęknął. - Ogarnij się! Nie jestem żadnym - zapewnił.

- Ty żyjesz? - wyszeptałam. - To niemożliwe. Widziałam, jak umierałeś. Próbowałam cię ratować.

Nagle tamten wieczór odżył w mojej pamięci. Mogłam opisać wszystko ze szczegółami. Z zakamarków mojego mózgu wypełzały obrazy, które chciałam zapomnieć.

- Miałeś drgawki - szepnęłam. - Potem zatrzymało się twoje serce. Wszędzie było pełno krwi. Przyjechała karetka. Lekarz stwierdził zgon. Potem zjawiła się policja. Ktoś narzucił na ciebie czarną płachtę. Nigdy tego nie zapomnę. To był koszmar. Przesłuchiwano wszystkich świadków. Ja też byłam przesłuchiwana. Po chwili przyjechał samochód, żeby cię przewieźć do policyjnego prosektorium. W kronice pojawiła się wiadomość, że Gaspar David Pereira Pinto nie żyje z powodu zatrucia czymś podobnym do arszeniku.

- Jak widzisz, żyję.

- Tam było napisane, że umarłeś - upierałam się.

- Nie wszystko, co ktoś pisze, jest prawdą. Czasami pojawia się kaczka dziennikarska.

- Przecież sama widziałam, jak cię zabierali na sekcję zwłok do prosektorium.

- Jak widzisz, jestem cały.

Był cały, choć wyglądał trochę inaczej niż wcześniej. Nie potrafiłam tego nazwać.

- Byłam na twoim pogrzebie. Przyszło wielu ludzi.

- Wiem, widziałem.

- Widziałeś, że płakałam?

- Widziałem. Myślałem, że wpadło ci coś do oka -zażartował.

- Nic z tego nie rozumiem.

- Bo jeszcze nie możesz. Teraz nie ma czasu na wyjaśnienia. Już niedługo ci wszystko wyjaśnię. Ufasz mi? - zapytał poważnie.

- Nie wiem. Widziałam, jak umarłeś.

- Zaufaj mi! Zresztą nie masz innego wyjścia. W mieszkaniu czeka na ciebie człowiek, który chce cię zabić.

- Mnie? Za co? To bez sensu. Nie zabija się kogoś za źle zrobioną kawę albo kiepski projekt ogrodu.

- To policyjna prowokacja. W dzisiejszej prasie pojawiła się wiadomość, że jeden ze świadków zdarzenia pod supermarketem przypomniał sobie coś bardzo ważnego, co może pomóc policji w ustaleniu tożsamości mordercy. Ponoć ten sam świadek dysponuje materiałem dowodowym w sprawie próby zabójstwa Francisca. Prowokacja się udała. Facet już wcześniej za tobą chodził. Był też na cmentarzu w trakcie pogrzebu. Tam twoje zachowanie go uspokoiło. Teraz wpadł w panikę. Spróbuje pozbyć się niewygodnego świadka. Czeka na ciebie w mieszkaniu.

- Wysoki blondyn o szczurzej twarzy i dziwnych rozbieganych oczach? Zwykle ma na sobie spodnie w kant, koszulę i krótką kurtkę?

- Skąd wiesz? - zapytał zaskoczony.

- Widziałam go kilka razy, mam go nawet na zdjęciu.

- Dlaczego nie poszłaś z tym na policję?

- Nie chciałam wyjść na kopniętą. Widziałam go na punkcie widokowym nieopodal domu Francisca. Potem słuchał nas kiedyś na nabrzeżu. Widziałam, jak wychodził z supermarketu - wyliczałam. - Jego oczy miała starsza kobieta pochylająca się nad tobą przy sklepie. I też zauważyłam go na cmentarzu.

- To wszystko, co mówisz, niedługo się przyda. On też widział cię wiele razy. U Francisca, pod sklepem, kiedyś ze mną pod katedrą, widział nas śpiewających na nabrzeżu... Chodził za tobą, ale do tej pory cię nie zaatakował. Nie był pewien, czy powinien. To nie pasowało do jego schematu seryjnego mordercy. Dotychczas mordował tylko bezdomnych. Po dzisiejszym artykule wie, że nie ma wyjścia. Musi cię zabić.

W pierwszej chwili myślałam, że Gaspar żartuje. Mówił jednak poważnie.

- Musi mnie zabić? - powtórzyłam cicho.

- W każdym razie będzie próbował. Zatrzymamy go na gorącym uczynku.

- Co mam robić?

- Za chwilę założę ci podsłuch. Z nim będziesz bezpieczna. Usłyszymy każde wypowiadane słowo. Policja jest w mieszkaniu obok. Jeden z chłopaków na twoim balkonie. Jeden w szafie w twojej sypialni. Swoją drogą używaj mniej perfum, bo on się tam strasznie męczy. Funkcjonariusze zablokują też schody. Nagranie jest nam potrzebne jako jeden z dowodów w sprawie. Nie bój się. Nic ci nie grozi.

- Nic mi nie grozi... - powtórzyłam za nim bezwiednie.

- To seryjny morderca. Policja poluje na niego od dawna. Aż do tego momentu nigdy nie popełnił błędu.

"Nic mi nie grozi" - powtarzałam w myślach, jakby liczba powtórzeń miała zmniejszyć ogarniający mnie strach.

- W ciągu dwóch lat zabił jedenastu bezdomnych. W tym, przez przypadek, ojca Brunona. Dla niego bezdomni są jak szczury, które nie pasują do tego miasta. Jest opętany myślą pozbycia się gryzoni z Porto.

- Będę bezpieczna? - przerwałam Gasparowi.

- Będziesz - powtórzył - Obiecuję.

Czułam się dociskana do muru. Lęk chwycił mnie za gardło.

- Powiedz mi, kim jesteś. Gliną?

- Tak.

- Byłam niedawno w Nazaré. Nazywasz się David Gaspar Duarte de Oliveria. Jesteś kapitanem policji.

- Tak - przyznał. - Pracuję nad tą sprawą już kilka miesięcy. Dla niej przyjechałem do Porto.

Milczałam. Nagle wszystko zaczęło się układać w mniej lub bardziej logiczną całość.

- Boję się - szepnęłam.

- A ja myślałem, że niczego się nie boisz - zażartował. - Zawsze możesz odmówić - dodał poważnie. - Chociaż wtedy będziemy musieli rozpoczynać wszystko prawie od początku.

- Zgadzam się. Załóż ten podsłuch!

***

- Idź jakby nigdy nic. Włos ci z głowy nie spadnie.

Ruszyłam niepewnie. Po chwili się odwróciłam, ale już go za mną nie było. Gdyby nie to, że podsłuch uwierał mnie w piersi, to pomyślałabym, że to wszystko jest tylko wytworem mojej wyobraźni.

- Kiepsko jesteś ubrana - marudził Gaspar jeszcze przed chwilą. - Nie ma jak ukryć podsłuchu.

Włożyłam dziś letnią sukienkę w groszki. Miała dekolt w kształcie serca, była bez rękawów i kończyła się tuż nad kolanami.

- Bardziej kuso się już nie dało? - marudził. - Nie boisz się, że się przeziębisz? Wieczory w Porto bywają chłodne.

To ja wymyśliłam, że schowam podsłuch w bieliźnie.

To było parę minut temu. Teraz sama czułam, jak jest mi zimno. Raz po raz dreszcz przebiegł po moim ciele. Z zimna, a może ze strachu. Latarnia przy wejściu do domu zamrugała kilka razy i zgasła. Wokół mnie zapanowała ciemność. Zrobiło się już bardzo późno, bo długo sprzątałam lokal po zamknięciu. Teraz nie paliły się już nawet światła w kawiarni. Miały zgasnąć piętnaście minut po moim wyjściu. Podniosłam głowę. W oknach mojego mieszkania było czarno. Namacałam komórkę w torebce. Zapaliłam w niej latarkę. Już po chwili otworzyłam drzwi i namacałam kontakt. Choć nacisnęłam przycisk, światło się nie zapaliło. Poczułam się nieswojo. "Oni są tutaj wszędzie. Nie spadnie ci włos z głowy. Daj mu się wygadać. On lubi patrzeć na śmierć swoich ofiar. Będzie chciał z tobą rozmawiać" - przypomniały mi się słowa Gaspara.

Oświetliłam telefonem schody. Ruszyłam na górę. Te schody nigdy nie wydawały mi się takie długie. Stanęłam pod drzwiami. Tutaj światło zapaliło się jak zawsze. Odetchnęłam z ulgą i nacisnęłam klamkę. Drzwi nie ustąpiły pod naciskiem mojej ręki. Pozostawały zamknięte. Wpisałam kod. Otworzyłam. W smudze światła padającej z korytarza wszystko wyglądało jak zawsze. Przekręciłam kontakt. Błysnęło światło. Nadal nikogo nie widziałam. "A może Gaspar mnie tylko straszył" - pomyślałam. "Przecież ja go zupełnie nie znam".

Zrobiłam krok do przodu i wtedy usłyszałam trzask drzwi zamykających się za moimi plecami. Ten ktoś musiał być za mną. Kiedy otworzyłam, musiał stać za drzwiami.

Nie zdążyłam się odwrócić. Poczułam, że apaszka, którą miałam na szyi, zaczyna się zaciskać.

- Nie krzycz! - Rozległ się złowieszczy szept. - To ci nic nie da. Dzisiaj w kamienicy nie ma żadnych gości, a twoja sąsiadka pojechała do córki. Taki zbieg okoliczności. Pies śpi w sypialni. Obudzi się dopiero za parę godzin. - Zaśmiał się szorstko. - Zjadł karmę ze środkiem nasennym.

- Kim pan jest? - Bałam się, że głos mi zadrży. Nie zadrżał. - Co pan robi w moim domu?

- Czekałem na ciebie. Ponoć przypomniałaś sobie, jak wyglądam.

- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi.

- W dzisiejszej gazecie pojawiła się informacja, że przypomniałaś sobie szczegóły pewnego wydarzenia.

- Nie wiem, o czym pan mówi. Jakiego wydarzenia?

- Śmierci jednego ze szczurów przed sklepem spożywczym.

- Niczego sobie nie przypomniałam.

- Nie pamiętasz tamtego szczura? Nie wierzę. Tak słodko łkałaś na jego pogrzebie. Od dawna wydawało mi się, że pomiędzy wami coś iskrzy. Wasze drogi za często się krzyżowały. Widywałem was razem. Przypuszczałem, że mogłaś mnie zauważyć i skojarzyć, ale nie miałem pewności. Wtedy minęłaś mnie w drzwiach sklepu. Potem się przebrałem. Może to przebranie było minimalistyczne, ale myślę, że na tę porę dnia okazało się dostateczne. Był wieczór. Tylko peruka, trochę makijażu, długi płaszcz, torebka i czółenka. Taka starsza, zaniedbana kobieta. Kiedy dzisiaj pojawił się ten artykuł, to pomyślałem, że jednak mnie wtedy poznałaś. Już wcześniej miałem cię zabić. Ale było mi cię szkoda. Teraz już nie mam wyboru. Tylko ty mnie wtedy widziałaś pod sklepem. Prosiłaś, żebym zadzwonił po pogotowie.

- Nie pamiętam żadnego mężczyzny. Pod sklepem rozmawiałam tylko z kobietą.

- Rozmawiałaś ze mną. - Roześmiał się. - W artykule pojawiła się informacja, że morderca jest mężczyzną. Pomyślałem, że mnie przejrzałaś.

Mówił dziwnie, jakby skandował.

- Pamiętam, że zatrzymałaś na mnie wzrok odrobinę dłużej. Powiedziałem, że nie mam telefonu. Za chwilę dzwonił po karetkę jakiś chłopak. Pochyliłem się jeszcze nad tym szczurem. Rzęził, umierając. Patrzyłem w jego szerokie źrenice i liczyłem sekundy do jego agonii. Nagle wyprężył nogi, rękami próbował rozdrapać chodnik. Jeszcze kilka drgawek i zesztywniał. Szklane oczy patrzyły na mnie. Szklane oczy z wielkimi źrenicami. Jak oczy szczurów otrutych trutką - mówił coraz szybciej, jakby napędzany nienawiścią. - Powiedziałem, że nie żyje, że odszedł. Ty próbowałaś go reanimować. Pomagał ci jakiś chłopak. Wszędzie była krew. Krwawił, jakby go ktoś zarzynał. Niesamowite są te trutki. - Roześmiał się. - Zaburzają krzepliwość. Widziałem, jak przyjechało pogotowie. Po chwili policja. Umarł król szczurów. Odszedłem! - Zachichotał. - Teraz te gryzonie są już bezbronne. Nikt nie zwracał uwagi na starą kobietę, która przerażona tą śmiercią chowała twarz w rękach. Nikt poza tobą nie mógł niczego zauważyć. Nie warto być wścibskim. Ciekawość prowadzi do piekła - stwierdził poważnie, a po chwili znów zanosił się śmiechem. - Nic już nikomu nie powiesz. Byłem przebrany. Peruka, długi płaszcz, czółenka.

Czułam, jak apaszka na szyi zaciska się coraz bardziej. Z trudem przełykałam ślinę. Miałam wrażenie, że zaczyna brakować mi powietrza.

- To nie ja - szepnęłam. - Ja cię zupełnie nie pamiętam.

- Tam nie było nikogo innego, kto mógł to wszystko pokojarzyć. Musiałem się przebrać za kobietę. On nie wziąłby bułki od mężczyzny. Staruszki wzbudzają zaufanie. Trochę szkoda, że muszę cię zabić - wtrącił jakby zupełnie bez sensu. - Nie należysz do gryzoni. Nigdy nie zabiłem nikogo, kto nim nie był. Trudno, to będzie nauczką dla innych. Nie należy zadawać się ze szczurami. Życie normalnych ludzi nie może się mieszać z życiem gryzoni. To dwa różne światy.

- Kogo pan nazywa szczurem? Bezdomnych?

- Od wczesnego dzieciństwa nie cierpię gryzoni. One nie mają nic wspólnego z nami. Bezdomni są jak szczury. Są brudni, źli, zarobaczeni, zapchleni, śmierdzący... Nic nie cuchnie bardziej niż niemyjący się człowiek. To przez nich Porto wygląda z miesiąca na miesiąc coraz gorzej. W moim ukochanym mieście zalęgły się gryzonie i z dnia na dzień jest ich coraz więcej, panoszą się coraz bardziej. Trzeba się ich pozbyć. Czytałaś Dżumę? Szczury roznoszą mnóstwo chorób. Trzeba je zabić. Lubię patrzeć, jak giną.

Przestałam się bać. Kątem oka zobaczyłam cień na balkonie. Gaspar mówił prawdę. Nie byłam tutaj sama.

- Dzisiaj też popatrzę! Lubię patrzeć na śmierć. Pamiętasz tego starucha w ruinach przy moście? Wypił wodę z arszenikiem. Już go od dawna podtruwałem. Bawiło mnie obserwowanie, jak powoli odchodzi. Najpierw włosy zaczęły mu wypadać garściami. Potem pojawiła się duszność. Ta potęgowała się z dnia na dzień. Nie był w stanie już wyjść ze swojej nory. Poruszał się z trudem. Wył po nocach z bólu, bolały go mięśnie i kości. Był już słaby. Zdychał powoli od kilku miesięcy. Tamtego dnia postanowiłem go uśmiercić. Napatoczyłaś się tam przypadkiem. Że też bywają tacy wścibscy ludzie... Udało mu się. Jeszcze go dorwę, ale inaczej. Teraz, kiedy król szczurów nie żyje, to nikt go już nie obroni. On sam jest śmieciem, nikim.

Nagle przyszło mi na myśl, że królem szczurów nazywa Gaspara. O szczurach też mówiono na cmentarzu. Na zdjęciu Gaspara położonym na grobie też coś o tym wspominano.

- Teraz, kiedy zdechł ich król, będą ginąć po kolei. Zjawił się nie wiadomo skąd i mnie zastopował. Wcześniej szedłem zgodnie z planem. Jeden szczur na miesiąc. Zawsze według tego samego schematu. Ten plan dawał mi wiele radości. Pozwalał cieszyć się dłużej czyimś cierpieniem. Uwielbiam ten schemat: najpierw zastraszyć, potem osaczyć, następnie zacząć patrzeć, jak powoli umiera, i na koniec przyglądać się agonii. Nieważne. Ty tego i tak nie zrozumiesz. Przez tego szczura miałem kilka trudniejszych miesięcy, ale one już minęły. Wszystko wróci do dawnego porządku. Władca szczurów gnije już w ziemi. Wiesz, jak szybko robactwo przechodzi przez trumnę? Błyskawicznie. Na pewno nie ma już oczu, nosa i uszu. Jego brzuch jest pełen gnilnych gazów... - Roześmiał się.

Napędzał się coraz bardziej. "On jest szalony" - pomyślałam. "To, co mówi, nie może być wytworem zdrowego mózgu".

- Rusz się, do kuchni! - wrzasnął nagle. - Przygotowałem coś dla ciebie. Swoisty koktajl. Trzy szklanki. Ty odejdziesz jak człowiek. Zaśniesz. Powinnaś być mi za to wdzięczna.

Pchnął mnie w kierunku drzwi do kuchni. Na stole rzeczywiście stały trzy szklanki.

- Siadaj! - ryknął. - Przecież nie będziesz pić na stojąco. To mieszanka benzodiazepin z dobrym porto. Mieszanka śmiertelna, ale smaczna.

- Benzodiazpiny?

- Grupa leków uspakajających i nasennych. Mówiłem, że zaśniesz spokojnie.

- Jesteś pewny? Znasz się na tym?

- To mój zawód. Ludzi można leczyć i można zabijać. Trzeba się tylko trochę znać na farmakologii. Lek od trucizny często różni się tylko dawką.

- Jesteś lekarzem?

- Jakie to ma dla ciebie znaczenie? - Spojrzał na mnie zaskoczony.

- Nie chcę być odratowana. Jak mam umrzeć, to chcę umrzeć od razu. Nie chcę się męczyć miesiącami.

- Jestem farmaceutą. - Roześmiał się. - Zaśniesz na wieki. W każdej ze szklanek jest dawka śmiertelna. Do tego alkohol. Zatrzyma się twój ośrodek oddechowy. Mózg będzie pracował jeszcze przez chwilę w swoistej plątaninie marzeń i halucynacji. To będzie dobra śmierć. Będziesz mi wdzięczna.

- Czy mogę zobaczyć twoją twarz? Chcę wiedzieć, czy już cię kiedyś widziałam.

Na chwilę apaszka się poluźniła. Spróbowałam odwrócić głowę. Był wśród ludzi stojących na punkcie widokowym obok mostu Ludwika I. Pamiętałam go, bo nie pasował do innych. Wyglądał, jakby szedł na kongres albo konferencję. Spodnie w kant, marynarka, koszula i krawat, i do tego idealnie wyczyszczone buty. To on znalazł się na moim zdjęciu. Dojrzałam go kiedyś na nabrzeżu, kiedy śpiewaliśmy z Gasparem. Mijałam go, wchodząc do sklepu tuż przed śmiercią Gaspara. Zauważyłam na pogrzebie... Tej lisiej twarzy nie mogłabym zapomnieć.

- Nigdy wcześniej cię nie widziałam. Nie pamiętam cię - skłamałam.

- Teraz to już nie ma znaczenia. Napij się!

Stał tyłem do drzwi prowadzących na balkon. Na chwilę mignęła mi postać młodego policjanta.

- Napij się trochę! - nalegał napastnik.

- Nie pijam alkoholu - powiedziałam bez sensu.

- Napij się! - powtórzył głośniej. - Nie zmuszaj mnie do tego, żebym był niemiły. Powinnaś być mi wdzięczna, przygotowałem dla ciebie dobrą śmierć.

- A dla innych?

- Różną! - Roześmiał się przeraźliwie. - Każdemu według zasług.

- Opowiesz mi?

- Po co ci to?

- Chciałabym wiedzieć, czy moja śmierć rzeczywiście będzie należała do tych dobrych.

- Jednego faceta zepchnąłem z górnego poziomu mostu Ludwika I. To był spontaniczny pomysł. Nigdy wcześniej go nawet nie widziałem. Miał dobrą śmierć, podobną do twojej. Szedł wtedy w kierunku Vila Nova de Gaia. Ja w kierunku Ribeiry. Sam mnie sprowokował. Poprosił o ogień. Potem wyciągnął z kieszeni pół papierosa. Rozejrzałem się dookoła. Byliśmy na tym moście sami. Zawsze chodzę nim do domu. Zawsze po górnym poziomie. Uwielbiam z tej wysokości patrzeć na miasto. Nie widać stamtąd gryzoni i robactwa. Widać tylko Porto odbijające się w wodach Douro. To odbicie jest pełne przepychu. Jest złote... Zwykle na moście są ludzie. Pomyślałem, że to niesamowita okazja, bo tym razem wokół pustka. Facet był szczupły i słaby. Pchnąłem go w kierunku barierki. Potem uderzyłem go jeszcze raz. Nawet się nie bronił. Spadł z wysokości osiemdziesięciu pięciu metrów. Niesamowita śmierć. Nawet nie krzyknął. Na pewno zdążył zobaczyć dużą część swojego szczurzego życia. Dlaczego tak na mnie patrzysz? Przecież sama chciałaś posłuchać. Napij się! - wrzasnął.

Podniosłam pierwszą ze szklanek. Zamoczyłam usta. Nie czułam nic poza smakiem porto.

- Napij się! - wrzeszczał.

- Za chwilę. Chcę umierać powoli. Opowiedz mi coś jeszcze.

- Czasami nie trzeba nic wielkiego. Kiedyś pozbyłem się szczurzycy, zatykając komin. Zauważyłem, że wieczorami z komina jednej z ruder pod mostem unosi się dym. Od czasu do czasu chroniła tam się stara szczurzyca. Zatkałem wylot. Umarła z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Takie morderstwo w białych rękawiczkach. Nie do udowodnienia. Twoje też będzie takie. Pomyślą, że młoda dziewczyna popełniła samobójstwo z powodu tęsknoty za ojczyzną, samotności i straty. Dziewczyny boją się śmierci. Najczęściej chcą zasnąć. Na szklankach będą tylko twoje odciski palców. Nic nie zginie. Nie będzie cech włamania. Jutro twoja sąsiadka wróci od córki, zajrzy do ciebie i zastanie cię martwą. Napij się trochę! Jestem zmęczony! Nie będę tu siedział wiecznie.

- Opowiedz mi coś jeszcze.

- Kilka lat temu podpaliłem szczura. - Znów się roześmiał. - To nie było trudne. Chorował, leżał w barłogu. Policjanci to idioci, stwierdzili, że był pijany i zasnął z papierosem w ustach... Uwierz mi, im bardziej nielogiczna jest zbrodnia, tym bardziej bezradna jest policja... To pobudza wyobraźnię. Uskrzydla. Jeżeli nie mieścisz się w schematach, to stajesz się bezkarny. Napij się wreszcie! - wrzasnął. - Jestem już zmęczony. Chcę iść do domu. Źle dzisiaj spałem, muszę odpocząć.

Podniosłam szklankę do ust, a on nagle rzucił się na mnie.

- Nie udawaj! Pij!

Krzesło odjechało do tyłu. Upadłam na podłogę. Głową uderzyłam o szafkę. Chwycił mnie za gardło i zaczął dusić. Gdzie, do diabła, są ci gliniarze?! Włos miał mi nie spaść z głowy.

Przybyli, ale zdołał im uciec. Kiedy zaczęli strzelać, wybiegł na balkon. Tam staranował policjanta. Skoczył. To było tylko pierwsze piętro. Nie za dużo ryzykował z tej wysokości. Ruszyłam do okna. Przez moment wydawało mi się, że widzę cień postaci podobnej do Gaspara. Stał z boku, za sporym krzewem rosnącym w tym miejscu. Napastnik przebiegł obok niego. Tamten go nie zatrzymał. Pomyślałam, że to raczej musiał być jakiś przechodzień, bo przecież Gaspar nie wypuściłby mordercy z zasadzki.

- Nic pani nie jest? - usłyszałam za plecami głos jednego z policjantów.

Kilka minut temu wybiegł z sypialni. Być może właśnie on był schowany w szafie i męczył go zapach moich perfum.

- Wszystko w porządku - powiedziałam niepewnie.

Szumiało mi w głowie i czułam, jak ciepła strużka krwi spływa mi po czole.

- Ma pani ranę na głowie. Wygląda na powierzchowną - dodał po chwili, podając mi chusteczkę. - Przewiozę panią do szpitala na izbę przyjęć. Lepiej niech to ktoś zobaczy.

Podałam mu podsłuch. Na chwilę włączył odtwarzanie.

- Super robota! Wszystko udało się nagrać. My też nagrywaliśmy. Jest pani niesamowita. Gaspar mówił, że to musi się udać, bo pani jest pozytywnie popierniczona, podobnie jak on.

***

Lekarz na izbie przyjęć zbadał mnie dokładnie. Zasłaniał mi oczy, kazał mi ich nie zamykać. Potem odsłaniał naprzemiennie raz jedno, raz drugie i długo przyglądał się moim źrenicom.

- Tutaj wszystko w porządku - powiedział po chwili.

Potem wodziłam wzrokiem za jego palcem. Marszczyłam czoło. Wysuwałam język. Uśmiechałam się. Z zamkniętymi oczami wyciągałam przed siebie ręce, trafiałam palcem do nosa i palcem wskazującym na palec wskazujący.

- W badaniu fizykalnym wszystko w porządku, ale na wszelki wypadek zrobimy tomografię głowy - stwierdził doktor.

Mimo że w trakcie badania nie znaleziono następstw urazu, nagle zrobiło mi się niedobrze. Głowa bolała mnie coraz mocniej, pojawiły się nudności i wymioty.

- Musi pani zostać w szpitalu na obserwacji - stwierdził lekarz. - Wszystko wskazuje na wstrząs mózgu.

Zostałam. Nawet nie próbowałam oponować. Bolało mnie coraz mocniej, a perspektywa powrotu do mieszkania, w którym byłabym sama i w którym przed dwoma godzinami działo się tak dużo, zaczęła mnie przerażać. Tym bardziej że tamten facet pozostawał na wolności.

Kiedy zasypiałam, usłyszałam dźwięk nadchodzącego esemesa.

Martynko,czy wszystko w porządku? Dzwonię do ciebie na telefon domowy i nie odbierasz. Jest druga w nocy. Bardzo się niepokoję.Clara

Nie miałam siły, ale odpisałam. Wiedziałam, że się denerwuje.

Pani Claro,ktoś czekał na mnie w moim mieszkaniu. Miałam być przynętą. To była zaplanowana akcja policji. Miałam na sobie podsłuch. Wszystko udało się nagrać, ale przestępca uciekł, a ja z rozbitą głową zostałam przewieziona samochodem policyjnym z domu do szpitala. Zostaję tutaj na obserwacji.

Wszystko dobrze! Po prostu lekko szalone jest Porto. Proszę się o mnie nie martwić!

Idę spać, bo głowa mi pęka.Dobranoc!

Zapytała:

W jakim szpitalu jesteś?

W moim ulubionym, San Antonio. Poznaję go dogłębnie. Widocznie chirurgia naczyniowa to było za mało.

Następne pytanie przyszło błyskawicznie:

Gaspar cię w to wciągnął?

Nie Gaspar. Sama weszłam w to gówno. W pewnym sensie na własne życzenie. Nie żałuję.

Nacisnęłam "wyślij" i myślałam, że na tym kończy się ta konwersacja. Jednak nie. Clara musiała być bardzo zdenerwowana.

Gaspar miał na Ciebie uważać.

Brzmiało to tak, jakby nie przeczytała mojej wcześniejszej odpowiedzi.

Zapewne po swojemu uważał. Nic mi nie jest poza bólem głowy. W tomografii mój mózg wygląda normalnie, chociaż na razie boli potwornie.

Dobranoc!

Zasnęłam. W nocy wiele razy zaglądała do mnie pielęgniarka. Podłączono mi kroplówkę z lekiem przeciwbólowym. Rano czułam się już znacznie lepiej.

- Przyniosłam pani dzisiejszą gazetę. Czyta pani po portugalsku?

- Czytam, ale dzisiaj dziękuję. Boli mnie jeszcze głowa.

- Niech pani przeczyta. Na pewno panią to zainteresuje. Kiedy wyciszy się ból głowy i doktor pozwoli, to może pani spokojnie wracać do domu. Nic już pani nie grozi. Wczorajsza akcja policji zakończyła się powodzeniem.

- Złapali go?

- W pewnym sensie - odpowiedziała wymijająco.

- Nie rozumiem. Jak w pewnym sensie? To brzmi jakoś dziwnie.

- Sam sobie wymierzył sprawiedliwość - odparła spokojnie.

- Sam sobie wymierzył sprawiedliwość?

- Tak. Policja zrobiła zasadzkę na górnym poziomie mostu Ludwika I. Próbowano go ująć, ale wtedy skoczył do Douro. To osiemdziesiąt pięć metrów wysokości. Nie miał szans. Tym bardziej że właśnie pod mostem przepływał sporych rozmiarów statek transportowy. Zamiast do wody przestępca spadł na metalowy pokład. Zginął na miejscu. Dobrze się stało - stwierdziła. - Powiem pani coś zupełnie prywatnie - dodała szeptem. - W Portugalii nie ma kary śmierci. Dostałby dożywocie, które skrócono by mu potem za dobre zachowanie do dwudziestu pięciu lat, a potem do piętnastu. I tak ktoś, kto zamordował z zimną krwią minimum jedenaście niewinnych osób i usiłował zamordować trzy następne, nie poniósłby odpowiedniej kary. Sam wymierzył sobie sprawiedliwość - powtórzyła. - I tak jest dobrze. Ta potworna historia nie mogła zakończyć się lepiej. Myślę, że wiele osób odetchnie z ulgą. To była kanalia. Na pewno nikt nie będzie go żałował.

Pielęgniarka zostawiła mi gazetę na szafce, tuż obok kubka z kawą i talerza ze śniadaniem. Wszystko się we mnie trzęsło. Najpierw postanowiłam się uspokoić. Spojrzałam na bułkę tygrysią. Rozkroiłam ją nożem i posmarowałam masłem. Nałożyłam konfiturę brzoskwiniową. Nie chciała jednak przejść mi przez gardło. Moje myśli wciąż krążyły wokół tego, co powiedziała kobieta.

Otworzyłam gazetę. Znalazłam artykuł. Był na głównej stronie. Tytuł od razu przykuł mój wzrok - Porto wolne od seryjnego mordercy. Czytałam, raz po raz sprawdzając znaczenie słów w podręcznym słowniku w komórce. Ponoć planowano go zatrzymać dopiero po drugiej stronie mostu. Policja nie chciała ryzykować akcji na takiej wysokości. Tym bardziej że na moście przebywało kilku turystów. Miał zamknięte drogi ucieczki z dwóch stron, ale nie wiedział o tym jeszcze. Z tamtego miejsca nie było widać samochodów policyjnych ani funkcjonariuszy. Ponoć mężczyzna skoczył do rzeki na widok jednego z oficerów w cywilnych ciuchach. Ten szedł naprzeciwko niego, chcąc poprosić turystów o opuszczenie miejsca planowanej akcji. "Ja pierniczę!" - pomyślałam przerażona. "To musiał być Gaspar. Tamten skoczył, bo przeraził się ducha".

***

Nie od razu wypisano mnie do domu. Lekarz twierdził, że muszę jeszcze pozostać na obserwacji. W szpitalu spędziłam kilka dni. Byłam pewna, że już nigdy nie spotkam Gaspara. Akcja się zakończyła. Zapewne musiał wrócić do Nazaré. Dziwny facet, tak samo jak dziwna była ta cała historia. Odwieziono mnie przewozówką do domu. Ponoć ze szpitala nie można wracać na nogach. Trochę szkoda, bo nagle nabrałam ochoty na spacer po Porto. Taki spacer śladami tej całej historii. Chciałam stanąć na punkcie widokowym nad ruderą, w której mieszkał Francisco. Zobaczyć, kto teraz asekuruje chłopaków skaczących z mostu. Usiąść pod katedrą na dawnym miejscu Gaspara. Odwiedzić Manuelę...

Weszłam do domu i poczułam zapach wody kolońskiej. Pomyślałam, że chyba mi wstrząs mózgu uszkodził węch. Na stole w kuchni stała przygotowana kolacja. Dwa talerze, sztućce, chleb, wędlina, owoce i masło.

- Coś sporo czasu zabrał ci powrót ze szpitala - usłyszałam za plecami.

Podskoczyłam, chociaż wiedziałam, że to mógł być tylko on.

- Masz wstawioną szybę w drzwiach balkonowych. Zrobiłem zakupy, nawet trochę posprzątałem.

- Dziękuję! Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę.

- Dlaczego tak sądziłaś? - zapytał zaskoczony.

- Twoja akcja w Porto się zakończyła.

- I co z tego? - zadziwił się.

- Pochodzisz z Nazaré.

- Pochodzę, i co z tego?

- Nie wracasz do domu? - zapytałam.

- W Porto też mi dobrze.

- A praca?

- Właśnie ją skończyłem. Wczoraj wysłałem wypowiedzenie.

- Wysłałeś wypowiedzenie? Co będziesz teraz robił?

- Tego jeszcze nie wiem. Spodobało mi się życie tutaj.

- Chyba żartujesz! - jęknęłam.

- Może trochę. Ta akcja trwała odrobinę za długo. Zżyłem się z tymi ludźmi. Trudno będzie mi stąd wyjechać. W pewnym sensie czuję się za nich odpowiedzialny.

- Chyba żartujesz! - powtórzyłam.

- Może nie za wszystkich, ale za paru na pewno.

- O kim myślisz? - dopytywałam.

- O Franciscu, o Brunonie i jego rodzinie, o Manueli...

- Czy oni wiedzą, że nie jesteś jednym z nich, że jesteś gliną?

- Już nie jestem gliną - wszedł mi w słowo. - Przed chwilą ci to powiedziałem.

- Czy oni mają świadomość, że byłeś policjantem?

- A co to zmienia? - zapytał zaskoczony.

- Dużo, bo to znaczy, że to była tylko akcja, tylko twoja praca.

- W tym rzecz, że się mylisz. To tylko pozornie jest prawdą. Na początku to była praca. Teraz jest zupełnie inaczej. W pewnym sensie to też moja prywatna sprawa.

- Czy Francisco się domyśla, że jesteś gliną?

- Sądzę, że wie, chociaż o tym żeśmy nie rozmawiali. Kiedy wezwałem do niego karetkę, przedstawiłem się pełnym imieniem i nazwiskiem. Prawdziwym. Potem zadzwoniłem jeszcze po chłopaków. Powiadomiłem ich o zbrodni. Prosiłem o przyjazd grupy śledczej. Myślę, że mnie wtedy słyszał. Sądziłem, że był nieprzytomny, ale kiedy wynosili go na noszach, na chwilę otworzył oczy.

- I co?

- Powiedział, że nieważne, kim jestem, i tak kocha mnie jak syna. Myślę, że dla innych mój zawód również nie będzie miał znaczenia. To tylko praca, dzięki której mogłem im pomóc.

- Możesz spokojnie wyjechać, tamten facet już nie żyje.

- Niby mogę, ale wtedy oni mnie stracą, a tłumaczyłem ci, że jestem im potrzebny.

- Nie masz własnego życia?

- Mam. Tutaj.

- A tam?

- Tam mam dom z ogrodem. Ale to jest tylko dom z ogrodem. Zawsze mogę go sprzedać. Z tym domem nie wiążą się żadne wspomnienia. Kupiłem go dwa lata temu, kiedy moja dziewczyna zginęła w wypadku. Szukałem wtedy czegoś, czym mógłbym się zająć po pracy. Wymyśliłem więc dom. To nie był zły pomysł. Ten dom mi pomógł, ale nie mam do niego sentymentu. Najciemniej zwykle jest pod latarnią. Moja dziewczyna ćpała, a ja jako glina nie zauważyłem tego. Zginęła w wypadku samochodowym, bo była pod wpływem. Dramat, ale tak naprawdę ten dramat okazał się o wiele większy. Ona wjechała w inny wóz. W tym aucie była ciężarna kobieta. Zabiła ją.

Nie wiem, kiedy usiedliśmy. Ja na sofie, Gaspar w fotelu naprzeciwko mnie.

- Widzisz, czasami człowiek się zapętla. I ja właśnie się wtedy zapętliłem. Skończyłem szkołę policyjną, oddelegowano mnie do Nazaré. Wydawało mi się, że chwyciłem Pana Boga za nogi. Piękne miejsce - rzucił jakby mimochodem. Miałam wrażenie, że chce na chwilę zmienić temat. Może sam przestraszył się tego, co chciał mi powiedzieć. - Jesteś pierwszy raz w Portugalii. Jak na razie znasz tylko Porto. Przez chwilę byłaś w Nazaré. To niesamowite miasto.

- To prawda.

- Szeroka plaża, niepowtarzalne zachody słońca, marina, a za nią ciągnące się kilometrami dzikie plaże. Miasto w dole i miasto u góry połączone kolejką. Z góry wspaniały widok. Na plażę, na ocean, na dolną część zabudowań...

- Widziałam.

- Nieopodal latarnia morska i miejsce, gdzie się schodzą płyty tektoniczne i powstają największe fale na świecie. Mekka surfingu. Rewelacja! Po prostu niewiarygodny przypływ adrenaliny - opowiadał, a ja mu nie przerywałam. - Najwyższe fale są od listopada do lutego. Nazaré leży w miejscu, gdzie wody Atlantyku napotykają głęboki Rów Portugalski. To połączenie tworzy specyficzną topografię dna morskiego, która sprzyja formowaniu się potężnych fal. Głębokość oceanu i kształt dna wpływają na to, jak te fale się przemieszczają i jak zyskują na sile. Rów Portugalski to zagłębienie morskie, które działa jak naturalne skupisko energii falowej. Kiedy fale napotykają to zagłębienie, energia się skupia, a fale zyskują na potędze. To zjawisko sprawia, że stają się wyjątkowo imponujące, gdy zbliżają się do brzegu. Obok brzegu przemieszcza się potężny prąd północnoatlantycki. Kiedy napotka na zmianę głębokości, generuje fale o nadzwyczajnej wysokości. Unikalne ukształtowanie dna i specyficzna topografia miejscowości sprawiają, że fale w Nazaré przechylają się w charakterystyczny sposób. A to daje im dodatkową potęgę i nadaje imponujący wygląd. Tworzy widowisko, które przyciąga uwagę świata - mówił jak najęty. Jakby nagle te fale były dla niego najważniejsze.

Po chwili zaczęłam rozumieć.

- Bywają fale wysokości dziesięciopiętrowego bloku. Te powstają około dwustu metrów od latarni morskiej. Nazaré ściąga miłośników surfingu z całego świata. Rekord należy do Brazylijczyka Rodriga Koxa. W 2017 roku pomyślnie przepłynął falę o wysokości dwudziestu czterech metrów i trzydziestu ośmiu centymetrów. To wszystko pobudza wyobraźnię. Najpierw zacząłem tam przychodzić, żeby stojąc na platformie obok latarni, obserwować surferów. Pływam na desce od dzieciństwa, ale tamte fale stały się moją obsesją i wyzwaniem. Oglądając stojące w muzeum deski najbardziej znanych surferów świata, poznałem moją dziewczynę. Też pływała na desce. Nasza znajomość pełna była adrenaliny. Zresztą nie tylko na falach. Widziałem, że coś nie gra, ale nie potrafiłem tego nazwać. Jak już ci mówiłem, najciemniej bywa pod latarnią. Bywały momenty, że stawała się agresywna. Zdarzało się też, że wydawała się pijana, ale ja skupiłem się na sporcie i pracy. Nie wiem, czy mnie rozumiesz?

- Chyba powoli zaczynam.

- Nawet nie wiem, czy ją kochałem. Zresztą to w tym wszystkim nie jest najważniejsze. Najistotniejsze jest to, że coś przegapiłem, bo skoncentrowałem się za mocno na czymś innym. W życiu są rzeczy ważne i ważniejsze, a ja nie potrafiłem odpowiednio ustawić hierarchii tego wszystkiego. Gdybym patrzył na moją dziewczynę chociaż odrobinę tak, jak patrzyłem na ludzi, których spotykałem podczas śledztw, to zapewne nie doszłoby do tego nieszczęścia. Pod latarnią najciemniej! Pierwszy raz usłyszałem to od mojego szefa, kiedy dokonano sekcji zwłok i ustalono, dlaczego na zupełnie prostej drodze dziewczyna nagle zjechała na przeciwległy pas i uderzyła w jadący z naprzeciwka samochód. Miałem źle ustawione priorytety. Nie widziałem tego, co blisko. Gdybym widział, to być może wszystko skończyłoby się inaczej. Pamiętam, że raz zapytałem ją, czy nie zażywa narkotyków. Wyrzucałem śmieci i zobaczyłem strzykawkę, a ona tego dnia zachowywała się dziwnie. Na ręce miała ślad po wkłuciu. Powiedziała, że mój zawód bije mi w dekiel i że była tego dnia na pobraniu krwi u swojego lekarza. Płakała, że jej nie ufam. I nagle zacząłem jej ufać bezkrytycznie. Zachowywałem się jak palant! Podzieliłem świat na ten z nią i ten pozostały. U obcej osoby zauważyłbym to uzależnienie. Tu udawałem sam przed sobą, że tego nie widzę.

Zamilkł, a potem wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Krążył tam i z powrotem.

- W pewnym sensie czuję się winny śmierci obu kobiet, a przede wszystkim śmierci tamtej nieznanej mi ciężarnej.

- To przecież bzdura - przerwałam mu.

- Może i bzdura, ale tak się czuję. Przez dwa lata walczyłem ze sobą, czy w ogóle powinienem zostać w policji. Mój szef, tak jak ty, twierdził, że niczemu nie jestem winny. Kiedy byłem już zdecydowany, żeby odejść, zaproponowano mi tę akcję. Porto nie było mi zupełnie obce. Zaglądałem do mieszkania babci. Chodziło o wprowadzenie kogoś z zewnątrz, osoby, której twarz będzie obca. Ten ktoś miał się wtopić w środowisko bezdomnych i spróbować namierzyć kogoś, kto na nich poluje. Przyjąłem to zadanie, bo nagle zaczęło mi się wydawać, że w ten sposób mogę się sam przed sobą zrehabilitować. Spłacić pewien dług.

Ponownie zamilkł. Przestał miotać się po pokoju. Usiadł nie na fotelu pod oknem, a przy mnie na sofie.

- Wyrównałam dawne rachunki z samym sobą - powiedział po chwili. - Teraz mogę już spokojnie odejść z tego zawodu i zająć się czymś zupełnie innym. Nigdy z nikim tak o tym nie rozmawiałem. - Uśmiechnął się, wstając. - Chodź coś zjeść. Na pewno jesteś bardzo głodna. W szpitalach zwykle nie za dobrze karmią.

Po chwili siedzieliśmy, rozmawialiśmy, jedliśmy kolację i piliśmy porto.

- Przygotowałem jeszcze coś na ciepło. Dorsza.

- Zrobiłeś bacalhau? - zapytałam zaskoczona. - Nie wierzę.

- Dlaczego nie wierzysz?

- Nie jestem aż tak łatwowierna - fuknęłam.

- Dlaczego tak mówisz?

- Nie wyglądasz na aż tak cierpliwego - zażartowałam.

- Nie wyglądam? - udał zdziwienie.

- Nie uwierzę, że kupiłeś suszonego dorsza w sklepie, moczyłeś go dobę, zmieniając kilka razy wodę, żeby ta wyciągnęła z niego nadmiar soli. I potem zacząłeś go przyrządzać. Przygotowałeś zalewę... Aż taka naiwna nie jestem. To zupełnie do ciebie nie pasuje.

- W porządku. Znasz mnie już trochę. Kupiłem go w restauracji za rogiem. Wybrałem to miejsce, bo ponoć są tam najlepsze dorsze w Porto. Mój udział ogranicza się do podgrzania.

Znów jedliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Czas płynął niesamowicie szybko. Było między nami normalnie. Jakby przy stole spotkało się dwóch dobrych znajomych, przyjaciół. Jednak coś mnie dręczyło, nie dawało spokoju. Po raz pierwszy wzbudziło to mój niepokój w szpitalu. Może miałam za dużo czasu na myślenie. Spałam znacznie dłużej niż zwykle i w nocy obudził mnie dziwny sen. Zaczęłam go analizować i doszłam do wniosku, że ten sen to w pewnym sensie odbicie rzeczywistości. W gazecie przeczytałam o całej akcji. Nie wszystko było dla mnie jasne. Przestępca rzucił się na mnie. Potem wyskoczył przez drzwi balkonowe, rozbijając w nich szybę. Staranował stojącego tam policjanta. Potem zeskoczył na ulicę. Pamiętam, że patrzyłam, jak ucieka. Miałam dziwne wrażenie, że pozwolono mu na to, że tak naprawdę nikomu nie zależało na tym, żeby złapać go w moim mieszkaniu. Może źle mi się wydawało, a morderca po prostu ich zaskoczył tym skokiem z pierwszego piętra. Widziałam, jak biegł obok wysokiego cyprysa rosnącego przy wejściu do kawiarni Marii. Za tym cyprysem stał mężczyzna posturą przypominający Gaspara. Nie zatrzymał go, nie wyciągnął nawet do niego ręki, wręcz przeciwnie, zrobił krok do tyłu, ukrył się za pniem, żeby tamten go nie zauważył. Przeczytałam, że urządzono obławę na drugim poziomie mostu Ludwika I i że przestępca skoczył do rzeki i zabił się, spadając na pokład przepływającego tam właśnie statku. Wszystko było jasne z wyjątkiem tego, dlaczego Gaspar wcześniej go nie zatrzymał. Postanowiłam zapytać. Pytanie postawiłam w tej formie, w jakiej mnie dręczyło.

- Zabiłeś go? - Mój głos zabrzmiał obojętnie.

Na chwilę podniósł wzrok znad talerza. Spojrzał na mnie uważnie. Nie wyglądał na zaskoczonego.

- Pytasz o tamtego faceta?

- Tak, o tamtego faceta.

- Tego rozkoszniaczka, który czekał na ciebie w twoim mieszkaniu?

- O niego.

- O tego gada, który zabił jedenaście osób tylko dlatego, że były bezdomne, i chciał zamordować ciebie, Francisca i mnie?

- O niego.

- Nie zabiłem go - powiedział spokojne. - Chociaż powinienem. Sam się zabił. Sam wymierzył sobie sprawiedliwość. Gdybym to ja zepchnął go z tego mostu, byłbym sądzony. Nie zrobiłem tego. Skoczył z wysokości osiemdziesięciu pięciu metrów do rzeki. Do tego spadł na pokład statku towarowego. Miał pecha. Ale bez tego statku też nie miał szans. Za wysoko, żeby mógł to przeżyć.

- Zabiłeś go - powtórzyłam.

- Nie miałem szansy go nawet dotknąć. Byłem od niego w odległości około ośmiu metrów, kiedy skoczył. Nawet nie mogłem go powstrzymać. Tak szybki nie jestem. Zrobił to bez namysłu. Przechylił się przez poręcz i już.

- A jednak go zabiłeś - upierałam się.

- Ja? Coś ty? Czy ja wyglądam na mordercę? - Coś na kształt uśmiechu błąkało się po jego twarzy. - Nawet nie miałem ze sobą broni. Nie miałem niczego, czym mógłbym go zabić. Cała akcja została nagrana. Nikt nigdy nie będzie miał wątpliwości.

- Ale ja mam.

Gaspar patrzył na mnie z zainteresowaniem.

- Nikt ich nie ma, a ty masz? Możesz mi to wytłumaczyć?

- Zabiłeś go, pokazując mu swoją twarz. Nagle zobaczył przed sobą ducha człowieka, którego zamordował. I do tego ten duch szedł w jego stronę.

- To już sprawa jego i jego wyrzutów sumienia. - Roześmiał się. - Tak pięknie opowiadał o moich zwłokach, że aż mnie zaskoczył. To był swoisty romantyk. Miał facet wyobraźnię. Zabił jedenaścioro ludzi i próbował zabić jeszcze troje. Nawet go nie dotknąłem, chociaż ulżyło mi, że nie żyje. Prawo jest niedoskonałe. Taki degenerat może wyjść na wolność po kilkunastu latach albo udać psychicznego i zamieszkać w szpitalu dla umysłowo chorych. Tam zapewne byłoby mu wygodniej. Tak ponoć jest humanitarnie. Szkoda, że tylko wobec oprawcy, a nie jego ofiar.

- Nie możesz tak mówić. Jesteś gliną.

- Już nie, przecież ci mówiłem, że złożyłem wypowiedzenie.

- I co dalej?

- Zostaję w Porto.

- I co?

- Jeszcze nie wiem. W sumie pasuje mi bezdomność - powiedział poważnie.

Spojrzałam na niego. Dziwny grymas przemknął przez jego twarzy. Kpił sobie.

- Żartowałem - dodał pogodnie. - Coś wymyślę. Mogę na przykład śpiewać. Sama widziałaś, że to może być zupełnie dobry interes. Na przykład wieczorem na nabrzeżu, a rano w Ogrodach Kryształowego Pałacu. Co ty na to? Może od czasu do czasu mi pomożesz?

- Mówisz poważnie? - Chciałam się upewnić.

- Poważnie to jeszcze nie wiem, ale pośpiewać też mogę. Zanim wstąpiłem do policji, studiowałem architekturę przestrzeni.

- Co ty nie powiesz! Co za zaskakujący zbieg okoliczności. Studiowaliśmy to samo.

- Fajny zawód. Kiedyś wydawał mi się za spokojny. Teraz myślę już inaczej. Mam jeszcze jeden pomysł, ale tutaj potrzebowałbym trochę pomocy.

- Trochę więcej niż przy śpiewaniu? - zżerała mnie ciekawość

- Znacznie więcej.

- Dawaj!

- Moja babcia pochodzi z jednej z wiosek położonych niedaleko Porto. Ta wioska jest tuż nad brzegiem Douro. Przylegają do niej winnice. Kiedy dziadek zachorował, to sprzedali i dom, i winnice. Szkoda. Niedawno widziałem, że ten dom znowu jest wystawiony na sprzedaż. Przyległe do niego winnice również. Pomyślałem sobie, że sprzedam swój dom w Nazaré, a kupię ten tutaj.

- Znasz się na winnicach? - zapytałam zaskoczona.

- Niespecjalnie. Zawsze można doczytać i dopytać. Francisco był ogrodnikiem. Może coś jeszcze pamięta.

- Chcesz żyć z winnicy i produkcji wina?

- Na przykład. - Uśmiechnął się. - To jeszcze zupełnie otwarty temat. Na razie go nie przemyślałem. Nie ułożył mi się jeszcze w głowie. Co o tym myślisz? - zapytał niespodziewanie.

- Pomysł wydaje mi się dobry - powiedziałam niepewnie. - Szczególnie jeżeli Francisco wspierałby cię swoją wiedzą.

- Też tak uważam. Przy starym domu mojej babci jest budynek z pokojami dla pracowników. Trzeba tylko trochę zainwestować, odnowić go i da się tam wydzielić dwa, a może nawet trzy mieszkania.

Zamilkł. Czekał na moją reakcję. Dwa albo trzy mieszkania? Po co mu to wszystko? Nagle mnie olśniło. "Niemożliwe!" - pomyślałam. "On nie może być aż tak popierniczony!". A może jednak? Może nie znałam się na ludziach. Może Gaspar faktycznie jest pozytywnie kopnięty? Przyglądałam mu się z niedowierzaniem.

- Żartujesz? - zapytałam.

- Nie żartuję! - odpowiedział z uśmiechem.

- Naprawdę chcesz to zrobić?

- Naprawdę - odparł poważnie.

- Oszalałeś?

- Nie!

- Przecież to są dla ciebie obcy ludzie.

- Może kiedyś byli, teraz już nie są. Clara też uważa, że to rewelacyjny pomysł.

- Co z tego będziesz miał dla siebie?

- Zawsze trzeba mieć coś dla siebie?

- Nie zawsze - przyznałam.

- No i to nas łączy. Manuela zasługuje na ciepło. Francisco pomoże wiedzą. Przy winnicy zatrudnię rodzinę Brunona. Zobaczysz, nasze wino z czasem będzie najlepsze.

- W to nie wątpię. Jesteś popierniczony - szepnęłam.

- Nie bardziej niż ty. Pod tym względem pasujemy do siebie.

Pomyślałam, że ma rację. Nigdy w życiu jeszcze do nikogo tak nie pasowałam. Zresztą nie tylko pod tym względem.

- A ty co planujesz dalej robić? - zapytał.

- Powoli rozkręca mi się firma.

- Słyszałem.

- Najpierw była pani Camila. Ta naraiła mi swoje koleżanki. Biznes się rozwija. Mam coraz więcej zleceń i coraz więcej pracy.

- Czyli zostajesz?

- Na razie zostaję.

- Pomimo tych wszystkich przygód? - zapytał.

- Może właśnie dlatego.

- Właśnie dlatego? - Roześmiał się - Nie masz dosyć tego miasta?

- Nie mam. To miasto jest jak człowiek. Ma swój charakter.

Rozdzwoniła się komórka Gaspara. Spojrzał na wyświetlacz.

- Muszę lecieć. Dopinamy ostatnie sprawy na komendzie. Spotkajmy się jutro na nabrzeżu! Będę na ciebie czekał o dwudziestej.

***

Już dawno zapadł zmrok. Siedzieliśmy na murku tuż nad rzeką. Patrzyłam na światła odbijające się w wodzie. Ten widok był niesamowity. Jakby pnące się wysoko domy przeglądały się w tafli rzeki. Za naszymi plecami toczyło się życie. Jakiś chłopak śpiewał piosenki po francusku.

- Zupełnie fajny z ciebie facet - powiedziałam.

- Ty też jesteś całkiem do rzeczy. - Uśmiechnął się.

- Sporo nas łączy.

- Bo ja wiem... - zawahał się. - Słabość do bezdomnych, Porto, ta historia... - zaczął wyliczać.

- I twoja babcia - dokończyłam za niego.

- Fakt. Ta historia, bezdomni, Porto i Clara - powtórzył.

- Niektórzy ludzie są ze sobą pół życia, a nie łączy ich aż tak wiele.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - Spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

- Staliśmy się dobrymi znajomymi - stwierdziłam.

- To fakt - przyznał. - Nawet bardzo dobrymi znajomymi. Wiem nawet, jak wyglądasz nago - palnął.

- Coś ty powiedział? - Wydawało mi się, że się przesłyszałam. - Wiesz, jak wyglądam nago?

- Wyglądasz całkiem w porządku. - Uśmiechnął się.

- Podglądałeś mnie? Nie wierzę - jęknęłam. - Chyba się do tego nie posunąłeś?!

- To było przez czysty przypadek - zaczął się tłumaczyć.

- Przez czysty przypadek?! - wątpiłam.

- Chciałem zerknąć, czy wszystko u ciebie w porządku. Wspiąłem się po rynnie, a ty właśnie szłaś brać prysznic.

- Masakra - jęknęłam. - Po co mi to mówisz?

- Mieliśmy nie mieć przed sobą tajemnic.

- Podglądałeś mnie? Przecież to koszmar - powtórzyłam.

- Nie jest źle! - Roześmiał się. - Naprawdę. Wyglądasz całkiem w porządku - powtórzył.

- Ja nie o tym - warknęłam.

- A o czym? - Udał, że nie rozumie.

- Jak mogłeś to zrobić?

- Zrobiło się samo. - Ponownie się roześmiał. - Skąd miałem wiedzieć, że chodzisz nago po mieszkaniu?

- Nie chodzę nago po domu - zaprzeczyłam. - Sam mówiłeś, że szłam się kąpać.

- Jak chcesz, żebyśmy byli kwita, to mogę się rozebrać.

- Dziękuję - powiedziałam pospiesznie.

- Dziękuję tak czy dziękuję nie? - dopytywał.

- Dziękuję nie - odparłam zdecydowanie.

- Nie wiesz, co tracisz - mruknął.

- Nie wiem, ale chcę to stracić.

- No to coś jeszcze ci powiem. - Spojrzał na mnie rozbawiony.

- Mów!

- Bo jak wszystko, to wszystko - droczył się dalej. - Potem już zawsze szczerze.

- No dawaj! Powiedz nareszcie!

- Bardzo kwieciście się wypowiadasz. Nigdy bym cię o to nie podejrzewał - powiedział poważnie.

- Ja kwieciście? Po portugalsku? - zapytałam z niedowierzaniem.

- Nie mówiłem, że po portugalsku.

- To w jakim języku?

- Po polsku. - Uśmiechnął się.

- Znasz polski? - zapytałam zaskoczona.

- Odrobinę.

- Jak dużą odrobinę? - dociekałam.

- Na tyle, żeby zrozumieć, że piszesz kwieciście - tłumaczył.

- Ja piszę kwieciście? - powtórzyłam za nim.

- Nawet bardzo.

- O czym ty mówisz?

- Mam zacytować? - zapytał z uśmiechem.

- Cytuj!

- Ale nie będziesz miała pretensji?

- Nie.

- Spadaj! Twoim światem rządzi penis. Jesteś totalnym dupkiem - powiedział wyraźnie po polsku, bez obcego akcentu.

- Gdzie to przeczytałeś? - warknęłam.

- Kiedyś pisałaś jakąś wiadomość i ćwiczyłaś różne wersje. To była jedna z nich.

- Skąd wiesz? - Wpadłam w bezdech.

- Przeczytałem. Kartka leżała na biurku. Chcesz wiedzieć, jak sam bym na twoim miejscu napisał?

- Mów! - Zżerała mnie ciekawość.

- Ale nie będziesz mieć do mnie pretensji...? - przekomarzał się ze mną.

- Nie będę.

- Jak dla mnie lepszą wersją było: "Spadaj, chuju! Wisi mi, z kim się bzykasz".

Nie mogłam oddychać. Czułam, jak się rumienię.

- To musiał być totalny dupek - dodał szybko, zanim zdążyłam się odezwać.

- To był totalny dupek! - powiedziałam dobitnie. - Byłeś w mieszkaniu?

- Tak. Nawet wiele razy. Przecież się tego domyślasz.

- Skąd znałeś kod?

- To nie było takie trudne.

- W porządku. Mów! - zachęcałam go. - Niech ja się dowiem, jaką byłam idiotką.

- Drogą dedukcji. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków to data urodzenia.

- Skąd znałeś moją datę urodzenia? - zaczęłam go atakować.

- Sama mi ją pokazałaś. Nie pamiętasz?

- Nie pamiętam - burknęłam.

- Musisz być bardziej czujna! - Roześmiał się.

- Bardziej czujna?

- Płaciłaś mi za płytę. Otworzyłaś portfel, a tam masz dowód.

- I ta chwila ci wystarczyła? - nie dowierzałam.

- Wystarczyła. W końcu przez ileś tam lat pracowałem jako glina.

- A więc bywałeś w mieszkaniu? - wróciłam do przerwanego wątku.

- Bywałem. Jedyną rzeczą, której nie znoszę, jest brud! Nie potrafię się nie myć.

Zamilkł.

- To już wszystko? - zapytałam.

- Prawie wszystko.

- Mów!

- Wyjadłem ci parę rzeczy z lodówki.

- Naprawdę? - wątpiłam.

- Naprawdę.

- I ja tego nie zauważyłam?

- Chyba nie. Zwykle masz pełną lodówkę.

- Co wyjadłeś?

- Różnie. Ostatnio sardynki i kozi ser.

- Ostatnio miałam pusto w lodówce. Już nie lubię robić zakupów.

- Dlaczego? - zapytał zaskoczony.

- Naprawdę nie wiesz?

- W porządku. Spróbuję zgadnąć. Nie lubisz potykać się o plujących krwią i umierających.

- Nie lubię. To śni mi się po nocach. Ten koszmar wraca bez przerwy. Najważniejsze, że żyjesz.

- Też tak myślę. Najważniejsze, że żyję - stwierdził rozbawiony.

- Możesz mi powiedzieć, jak to wtedy było naprawdę?

- Tamta scena należała do dokładnie zaplanowanej akcji. Nie przypuszczałem tylko, że się tam znajdziesz. Musiałem na trochę zniknąć. Już kilka razy wcześniej próbował mnie otruć. Tym razem miało mu się udać. Przebrany za starszą kobietę podał mi nafaszerowaną trutką bułkę. Resztę już znasz. Moje powiększone źrenice zawdzięczam atropinie, a chlustanie krwią woreczkowi z farbą ukrytemu w ustach. Reszta to była zupełna improwizacja. Pamiętasz, powiedziałem ci, żebyś się nie bała. Dobrze, że mi masażem serca nie połamaliście żeber! - Roześmiał się. - Dziękuję! - Nagle spoważniał. - To niesamowite, że ratowałaś mi życie.

Zamilkł. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały. Patrzyły na mnie oczy, których nie potrafiłam zapomnieć. Poczułam, że się rumienię. Uciekłam wzrokiem w bok.

- To było takie przedstawienie dla jednego widza - powiedział Gaspar po chwili. - Aktorów było sporo. Chłopcy z pogotowia, ludzie z zakładu pogrzebowego, policjanci... Udało się. To był początek tego, co doprowadziło do zakończenia akcji.

- To śni mi się po nocach - wyznałam z żalem.

- Kiedyś przestanie.

- To już wszystko, co masz mi do powiedzenia? - zapytałam.

- Wszystko.

- Naprawdę nic więcej? - chciałam się upewnić.

- W porządku. Jeszcze jedno. Podbierałem ci szampon i płyn do kąpieli. Raz wytarłem się w twój ręcznik.

- Wytarłeś się w mój ręcznik? - jęknęłam. - Masakra.

- Sam wiem, że to było potworne, ale zdarzyło się tylko raz.

- W porządku. Jak tylko raz, to wybaczam. Czy to już wszystko?

- Tym razem to już wszystko. No, może jeszcze jedno.

- Dawaj! - ponaglałam go.

- Kilka razy dokarmiłem Astera.

- To dlatego miał potem biegunkę? - zaatakowałam go.

- Tego to już nie wiem.

- Karmiłam go regularnie. Do tego najlepszą karmą, jaką mogłam kupić.

- Doceniam to, ale chciałem mu coś wynagrodzić.

- Rozłąkę?

- Też.

- A co jeszcze?

- To, że nagle miał damskie towarzystwo. To był pierwszy raz w jego życiu. Pomyśl, jak Aster musiał się starać, żeby nie cuchnąć, nie puszczać bąków, nie tarzać się za często, spać tylko w nogach...

- Masakra. Ale skąd wiesz, że spał w nogach?

- Tak przypuszczam.

Spojrzałam na Gaspara nieufnie.

- Osiemdziesiąt procent lasek nie chce, żeby pies spał z nimi w łóżku. Z pozostałych dwudziestu procent aż osiemnaście zgadza się tylko na spanie w nogach.

- Ściemniasz? - zaatakowałam go.

- Ściemniam - przyznał. - Ufam Asterowi, ale wolałem czasami sprawdzić w nocy, czy wszystko u was w porządku.

Oniemiałam, patrzyłam na niego pytająco.

- W porządku, powiem do końca. W tym mieszkaniu bardzo łatwo jest się wspiąć na balkon.

- Podglądałeś mnie nocą? - Nie mogłam uwierzyć.

- Tak bym tego nie nazwał.

- A jak?

- To była tylko taka krótka kontrola. Jak obejście terenu przez ochroniarza.

- Teraz to już wszystko?

- Prawie.

- To dawaj! - znów go ponagliłam. Miałam wrażenie, że ta lista się nie skończy.

- Jesteś miękką bułą! - stwierdził nieoczekiwanie.

- Jaką bułą? - Nie zrozumiałam.

- Miękką - powtórzył.

- Dlaczego tak mówisz? - Byłam zaskoczona.

- Jesteś miękką bułą i nie masz instynktu samozachowawczego!

- Dlaczego tak mówisz?

- Serce mi się krajało, kiedy widziałem cię na cmentarzu.

Zabrzmiało poważnie. Nie nabijał się ze mnie i nie żartował.

- Ktoś kiedyś chodził za mną po cmentarzu. To byłeś ty?

- Ja. Ktoś musiał. Astera nie wzięłaś ze sobą - tłumaczył się.

- Te szepty to nie była moja wyobraźnia?

- Nie rycz! Jesteś dzielną dziewczyną! Nie łaź sama po cmentarzach! - powiedział głośnym szeptem.

- Jesteś potworem! - jęknęłam.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- Ja cię w to wciągnąłem, to ja musiałam cię pilnować. Clara i tak ma o to do mnie pretensje. W sumie racja.

- Teraz to już wszystko? - zapytałam zrezygnowana.

- Jeszcze tylko sprawa albumu.

- Albumu?

- To w sumie drobiazg. Wyciągnąłem go tylko trochę. Chciałem cię sprowokować, żebyś zaczęła go oglądać. Nie mogłem patrzeć, jak cierpisz. Chciałem, żebyś zadzwoniła do Clary. Babcia wszystko wiedziała.

- Coś jeszcze? - zapytałam.

- Nic więcej.

- Naprawdę? - Po raz kolejny chciałam się upewnić.

Gaspar kiwnął głową. Spojrzałam na niego. Też patrzył na mnie.

- To już wszystko! Słowo honoru.

- Mam ci uwierzyć?

- Musisz. Honor znaczy dla mnie bardzo dużo.

Odwróciłam wzrok. Bałam się, że jak na niego spojrzę, to wyczyta z mojej twarzy coś więcej, niż chciałam mu powiedzieć.

- Kumple? - zapytał.

- Kumple.

- A może przyjaciele? - targował się.

- Niech ci będzie, tylko żadnych koszmarnych pomysłów. Żadnego podglądania, żadnego wyżerania z lodówki, żadnego straszenia mnie i włóczenia się za mną... A szampon i płyn pod prysznic to musisz mi odkupić.

- Okej. Odkupię. Odkupię też sardynki i ser.

- I pamiętaj: żadnych koszmarnych pomysłów - powtórzyłam. - Żadnego umierania pod sklepem, chlustania krwią i żadnych pogrzebów.

- Żadnych pogrzebów, obiecuję.

Nie wiem, kiedy objął mnie ramieniem. Wtuliłam głowę w jego pierś. Podniosłam wzrok. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały. Oczy to on miał niesamowite. Szczególnie te złote cętki. Pomyślałam, że Porto wcale nie jest takie straszne, szczególnie z Gasparem.

KONIEC

Drezno, 04.01.2025

[1] Desculpe (portug.) - przepraszam.

[2] N?o te preocupes (portug.) - Nie ma sprawy.