Szalone noce w Paryżu - Wioletta Piasecka

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Grzanki wy­sko­czyły z to­stera aku­rat w mo­men­cie, gdy Inka ukła­dała so­bie włosy w ła­zience. Odło­żyła pro­stow­nicę na pralkę, przy oka­zji pa­rząc się w pa­lec. Za­klęła pod no­sem i zła­pała za ko­niu­szek ucha, bab­cia jej kie­dyś mó­wiła, że to przy­nosi ulgę przy opa­rze­niu. Była na sie­bie zła, bo Iwo nie lu­bił przy­pa­lo­nych to­stów i ona o tym wie­działa. Po­śpiech, po­śpiech, wciąż się śpie­szę - po­my­ślała, wbie­ga­jąc do kuchni. Przy stole sie­dział jej sze­ścio­letni sy­nek i ba­wił się z kotką, z czaj­nika na pły­cie in­duk­cyj­nej bu­chała para, skra­pla­jąc się na gór­nych szaf­kach.

- Sie­roto, ogar­nij się - fuk­nęła na sie­bie.

Wy­łą­czyła płytę, wy­jęła go­rące grzanki z to­stera i wy­rzu­ciła je na blat, po czym chwy­ciła wi­szącą na po­rę­czy pie­kar­nika ścierkę ku­chenną i wy­tarła sta­ran­nie białą po­li­turę wi­szą­cych me­bli.

- Jesz­cze tego bra­kuje, by ten szajs się od­kleił - mruk­nęła w zło­ści. Ko­bieta, od któ­rej Inka wy­naj­mo­wała ma­leń­kie miesz­ka­nie na pod­da­szu, raz w mie­siącu, od­bie­ra­jąc czynsz, skru­pu­lat­nie spraw­dzała każdy me­bel i każdy kąt.

- Mamo, co ty? Znów ga­dasz do sie­bie? - Ubrany w nie­bie­ską pi­żamkę chło­piec prze­rwał za­bawę z ko­tem.

- Nie "ga­dasz do sie­bie", tylko "mó­wisz do sie­bie" - po­pra­wiła go. Przy­kryła go­rące kromki pla­ster­kami żół­tego sera i po­sma­ro­wała po wierz­chu tru­skaw­ko­wym dże­mem. - Pro­szę, jedz, skar­bie, i nie wty­kaj je­dze­nia Misi.

- Dla­czego? - Mały przy­glą­dał się to­stom, czy aby nie są zbyt­nio przy­pie­czone. Spraw­dzian naj­wy­raź­niej prze­szedł po­zy­tyw­nie, bo wło­żył pierw­szą kromkę do ust.

- Bo kotki mają kot­kowe je­dze­nie - tłu­ma­czyła cier­pli­wie. - Jedz grzecz­nie, a ja idę do ła­zienki, zo­sta­wiam otwarte drzwi i wszystko sły­szę. - Uśmiech­nęła się do chłopca.

- Ty też je­steś sie­rotą? - za­in­te­re­so­wał się ma­lec.

- Słu­cham? - Za­trzy­mała się rap­tow­nie w ku­chen­nym przej­ściu.

- No, sama po­wie­dzia­łaś: "sie­roto, ogar­nij się". To ty też je­steś sie­rotą? - wy­ja­śnił, zdzi­wiony, że mama nie pa­mięta wła­snych słów sprzed chwili.

Inka po­czuła ukłu­cie w sercu. Po­de­szła do Iwa, po­ca­ło­wała go w czoło, a po­tem przy­sia­dła na krze­śle obok. Na­gle prze­stała się spie­szyć, choć wska­zówki ze­gara bez­li­to­śnie parły na­przód. Nie mo­gła prze­cież do­pu­ścić do tego, żeby mały czuł się gor­szy z po­wodu jej sa­mot­nego ma­cie­rzyń­stwa.

- Nie je­stem sie­rotą. Tak tylko się głu­pio mówi do sie­bie w zło­ści, gdy coś nie wy­cho­dzi. Ale już ni­gdy tak nie po­wiem, obie­cuję. Nie je­stem sie­rotą, mam cie­bie, a ty je­steś ca­łym moim świa­tem. - Cmok­nęła go w nos, a on się ro­ze­śmiał. - Ty też nie je­steś sie­rotą, Iw­ciu, bo masz mnie.

- Ale nie mam taty - od­parł mię­dzy jed­nym kę­sem a dru­gim.

- Masz mnie - po­wtó­rzyła z na­ci­skiem. - Czu­jesz, jak mocno cię ko­cham? - Prze­chy­liła się i za­mknęła chłopca w swo­ich ra­mio­nach z taką siłą, że za­pisz­czał ra­do­śnie. Ob­sy­pała go ca­łu­skami, a po­tem po­ła­sko­tała po plec­kach. Śmiał się, wy­plu­wa­jąc dro­binki.

- Ja też cię ko­cham, ma­mu­siu. Jak chcesz, to się z tobą oże­nię - za­ofe­ro­wał wiel­ko­dusz­nie.

- To je­ste­śmy umó­wieni. - Tym ra­zem to Inka się ro­ze­śmiała. - A te­raz wsu­waj śnia­danko, bo jak zwy­kle się spóź­ni­li­śmy.

- I znów bę­dziemy pę­dzić? - ucie­szył się.

- I to jesz­cze jak! - Ze­rwała się z krze­sła i po­bie­gła do ła­zienki do­koń­czyć pro­sto­wa­nie nie­sfor­nych ja­snych lo­ków.

Inka Brze­ska co­dzien­nie obie­cy­wała so­bie, że już od ju­tra bę­dzie bar­dziej zor­ga­ni­zo­wana, wsta­nie wcze­śniej, bez po­śpie­chu zje­dzą śnia­da­nie, bez stresu i nie­po­trzeb­nych ner­wów mi­nie korki na Si­kor­skiego, od­wie­zie ma­łego na Ró­żaną do przed­szkola i zjawi się w agen­cji re­kla­mo­wej Zo­diak co naj­mniej dzie­sięć mi­nut przed cza­sem. Ob­wi­niała się, że ner­wo­wość spo­wo­do­wana po­ran­nym co­dzien­nym po­śpie­chem udziela się syn­kowi. Pra­gnęła być do­brą matką i wciąż tar­gały nią wy­rzuty su­mie­nia, że da­leko jej do ide­ału. Każ­dego ranka wpa­dała do agen­cji re­kla­mo­wej, w któ­rej od kilku mie­sięcy pra­co­wała, na se­kundę przed siódmą, a by­wało, że kilka mi­nut po. Bała się, że szef pra­co­ho­lik któ­re­goś dnia straci cier­pli­wość i wy­rzuci ją na zbity pysk. A ona dla tej pracy zro­bi­łaby na­prawdę wiele. Dla po­sady w agen­cji re­kla­mo­wej Zo­diak po­rzu­ciła in­tratny etat w skle­pie mię­snym, gdzie była za­trud­niona przez ostat­nie cztery lata.

Wie­rzyła, że zła­pała Pana Boga za nogi. Pen­sja wpraw­dzie była dużo niż­sza, a miej­sce pracy na dru­gim końcu Bra­niewa, ale prze­by­wa­nie w agen­cji wśród kre­atyw­nych lu­za­ków uwa­żała za awans spo­łeczny. Za­częła ina­czej się ubie­rać, bar­dziej ko­lo­rowo, fan­ta­zyj­nie, tak jak kie­dyś w li­ceum, tyle że z jesz­cze więk­szą i bar­dziej wy­szu­kaną non­sza­lan­cją. Cie­szyła się, że nie utknęła w mię­snym na za­wsze, jak w zło­ści prze­po­wia­dał jej oj­ciec.

De­cy­zję o zmia­nie pracy przy­pła­ciła ogrom­nym stre­sem, oba­wiała się, że na no­wej po­sa­dzie się nie utrzyma. A ona nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na prze­rwę w za­trud­nie­niu. Za wy­na­jem klitki na pod­da­szu pła­ciła wpraw­dzie nie­wiele, ale i tak czynsz sta­no­wił spore ob­cią­że­nie jej do­mo­wego bu­dżetu. Mo­głaby miesz­kać u ro­dzi­ców w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu przy Ko­ściuszki, jed­nak oj­ciec miał do niej ogromny żal. Nie po­tra­fił da­ro­wać jej przy­pad­ko­wej ciąży i braku wyż­szego wy­kształ­ce­nia. Ko­chał swo­jego wnuka, ale do Inki nie od­zy­wał się od nie­mal sied­miu lat, a je­śli już coś po­wie­dział, to były to je­dy­nie drwiny i zło­śli­wo­ści. Na szczę­ście mo­gła li­czyć na mamę. Do­rota Brze­ska sta­rała się ła­go­dzić na­pię­cia mię­dzy córką a mę­żem, opie­ko­wała się wnu­kiem, w cza­sie gdy nie mógł iść do przed­szkola, ukrad­kiem wci­skała Ince stówę lub dwie na pod­ra­to­wa­nie koń­cówki mie­siąca i wspie­rała nie­mal w każ­dej spra­wie. Uspra­wie­dli­wiała przed córką rów­nież za­cho­wa­nie męża, tłu­ma­czyła, że na stare lata zdzi­wa­czał, choć i za młodu nie był zbyt­nio wy­lewny w oka­zy­wa­niu uczuć. Ko­chał córkę na swój spo­sób, lecz po­kła­dał w niej wła­sne na­dzieje i am­bi­cje, któ­rych nie zre­ali­zo­wał w mło­do­ści przez zbyt wcze­sny oże­nek.

Gdy Inka pchnęła szklane drzwi agen­cji Zo­diak, w Esce Bra­niewo trwały wła­śnie wia­do­mo­ści. Za­klęła w du­chu, że za­bra­kło jej tych kilku mi­nut, by być o cza­sie. Ro­zej­rzała się nie­pew­nie po ob­szer­nym po­miesz­cze­niu, czy nie do­strzeże wbi­tego w sie­bie kar­cą­cego spoj­rze­nia szefa. Jed­nak drzwi do jego ga­bi­netu były za­mknięte, a w po­koju sie­działy dwie pra­cow­nice agen­cji We­ro­nika i Lidka oraz in­for­ma­tyk Na­tan. Ode­tchnęła z ulgą, uśmiech­nęła się i rzu­ciła:

- Hej.

Od­po­wie­działy jej trzy mruk­nię­cia lu­dzi wpa­trzo­nych w lap­topy i łap­czy­wie chłep­cą­cych po­ranną kawę. Po­wie­siła ża­kiet i to­rebkę na wie­szaku i po­de­szła do eks­presu aku­rat w mo­men­cie, gdy drzwi od ga­bi­netu wła­ści­ciela otwo­rzyły się z im­pe­tem.

- Za­pra­szam do sie­bie. Wszyst­kich.

Inka oraz młode ko­biety i star­szy sta­żem in­for­ma­tyk ob­rzu­cili się spło­szo­nymi spoj­rze­niami. Cała czwórka za­cho­dziła w głowę, o co może bie­gać tym ra­zem. Ma­ciej Za­górny był czło­wie­kiem nie­prze­wi­dy­wal­nym. Po­tra­fił chwa­lić, kom­ple­men­to­wać czy na­wet na­mol­nie ad­o­ro­wać swoje pra­cow­nice, ale także zru­gać z byle po­wodu. Inka nie czuła się peł­no­praw­nym człon­kiem ze­społu. Jej za­da­nie po­le­gało głów­nie na ob­dzwa­nia­niu klien­tów i wci­ska­niu im usług agen­cji. Szło jej róż­nie. Mo­głaby być na­wet z sie­bie za­do­wo­lona, ale ko­le­żanki z agen­cji czę­sto da­wały jej od­czuć, że jest wy­łącz­nie ich po­mocą. To one kre­owały po­my­sły, to one two­rzyły pro­jekty i to one zbie­rały laury. Od czasu do czasu na­szki­co­wała im coś, co przyj­mo­wały z po­bła­ża­niem, choć wła­ści­wie za każ­dym ra­zem z jej szki­ców two­rzyły cie­kawe pro­jekty. Nie do­sta­wała za to pre­mii ani po­chwał od szefa, bo za­pewne nie miał bla­dego po­ję­cia o jej za­an­ga­żo­wa­niu.

- Co tam no­wego się uro­dziło, sze­fie? - We­ro­nika Ma­lec jako pierw­sza usia­dła przy dłu­gim stole, zaj­mu­jąc miej­sce obok Za­gór­nego. Wszy­scy do­sko­nale orien­to­wali się, że tych dwoje łą­czy swo­bodny biu­rowy flirt. Za­górny miał opi­nię ko­bie­cia­rza. Żar­to­wano, że za­li­czył po­łowę Bra­niewa. Jego żona albo o ni­czym nie wie­działa, albo z so­bie tylko zna­nych po­bu­dek przy­my­kała oczy na wy­bryki mał­żonka.

- Sia­daj­cie - zwró­cił się do reszty, a gdy za­jęli miej­sca, kon­ty­nu­ował: - Mam dwie wia­do­mo­ści. Do­brą i lep­szą. Którą pierw­szą za­ser­wo­wać?

- No to może naj­pierw do­brą. - Na­tan Dłu­go­łęcki z wła­ściwą so­bie flegmą prze­cią­gał każdy wy­raz.

- Do­bra jest taka, że wy­gra­li­śmy kon­kurs na logo. Brawo wy. Kto jest kon­kret­nie jego au­to­rem? - Rzu­cił na stół prze­zro­czy­stą teczkę z dwiema od­wró­co­nymi do sie­bie li­te­rami R w ko­lo­rze tę­czy.

- A... to... - We­ro­nika na­dęła usta. - To ge­ne­ral­nie wspólny pro­jekt.

- Wspólny, zna­czy czyj kon­kret­nie, bo nie wiem, jak pre­mię roz­dzie­lić. - Ma­ciej za­bęb­nił pal­cami po stole.

- Inka to na­szki­co­wała i pod­po­wie­działa ko­lory, a ja wrzu­ci­łem w pro­gram. - Na­tan przy­su­nął teczkę z pro­jek­tem bli­żej sie­bie.

- Inka? - Szef po­pa­trzył na Brze­ską uważ­niej, a uzna­nie w jego oczach miło po­łech­tało jej ego. - No, no, kto by się spo­dzie­wał. Pierw­sza pre­mia, gra­tu­luję. Wpadną ci dwie stówki przy wy­pła­cie. A to­bie, Na­tan, stówka. Dał­bym wię­cej, ale by­łeś tylko od­twórcą.

- Spoko, sze­fie. Stówka też do­bra do przy­tu­le­nia. - Dłu­go­łęcki za­tarł dło­nie na znak za­do­wo­le­nia.

- Inka, jak tam? Cie­szysz się?

- Bar­dzo. Zro­bi­łam ten szkic wła­ści­wie ot tak, faj­nie, że się spodo­bał.

- No i git. - Za­górny po­ki­wał głową z uzna­niem i jakby z nie­do­wie­rza­niem.

- To pro­sty pro­jekt, w za­sa­dzie wy­grały ko­lory. - We­ro­nika sta­rała się umniej­szyć za­sługi ko­le­żanki. - Sym­bol tę­czy jest ostat­nio na fali. Można było się spo­dzie­wać, że wy­gra.

- I wła­śnie o to cho­dzi. Trzeba ko­rzy­stać z tego, co na fali. W pro­sto­cie siła. - Za­górny le­d­wie za­uwa­żal­nie zmarsz­czył brwi, zer­ka­jąc na swoją pu­pilkę, a ta wzru­szyła ra­mio­nami.

- A co z drugą no­winą? - Na­tan czy to z cie­ka­wo­ści, czy może po to, by za­że­gnać bu­dzący się kon­flikt, skie­ro­wał roz­mowę na inne tory.

- Wia­do­mość jest na­stę­pu­jąca: do­sta­li­śmy za­pro­sze­nie na dwu­ty­go­dniowy kurs pro­jek­towy we Fran­cji, a kon­kret­nie w Pa­ryżu. Kurs jak kurs, pew­nie chcą prze­pu­ścić unijną kasę. Wszystko za friko, łącz­nie z sa­mo­lo­tem rzecz ja­sna. Mógł­bym od­pu­ścić, ale faj­nie mieć fran­cu­ski cer­ty­fi­kat. Je­śli chcemy star­to­wać w mię­dzy­na­ro­do­wych pro­jek­tach, przy­da­łyby się za­gra­niczne re­ko­men­da­cje.

- Wow, świet­nie! - Na­tan wy­raź­nie się oży­wił. - Kiedy wy­jazd?

- Za ty­dzień, pierw­szego czerwca. Ale ty, bra­cie, od­pa­dasz. Mamy na gło­wie dwa prze­targi i to jest dla firmy prio­ry­tet. - Szef ostu­dził za­pędy in­for­ma­tyka. - My­śla­łem ra­czej o Lidce. - Spoj­rzał w stronę mil­czą­cej blon­dynki.

- O mnie? - Li­dia Ryb­nicka prze­stała przy­glą­dać się swoim wy­pie­lę­gno­wa­nym pa­znok­ciom i ob­rzu­ciła Za­gór­nego spa­ni­ko­wa­nym spoj­rze­niem. - Ja nie jadę. W ży­ciu! To nie­moż­liwe, sze­fie.

- Dla­czego?

- Nie znam an­giel­skiego...

- Masz je­chać do Fran­cji. Tam się mówi po fran­cu­sku - za­kpił in­for­ma­tyk.

- Fran­cu­skiego tym bar­dziej nie znam. I w ogóle nie mogę je­chać. Na­wet nie ma ta­kiej opcji - za­strze­gła ka­te­go­rycz­nie.

- Lidka, co ty mi, że tak po­wiem, pier­ni­czysz? Mia­łaś an­giel­ski w szkole, a pew­nie i na stu­diach, nie za­sła­niaj się nie­zna­jo­mo­ścią ję­zyka. Nikt od cie­bie nie bę­dzie tam wy­ma­gał cu­dów. Masz je­chać i już. Ko­niec i kropka.

- Po­wiem wprost, mój mąż tego nie znie­sie. I tak le­dwo ra­dzę so­bie z jego za­zdro­ścią, je­śli za­ko­mu­ni­kuję mu, że jadę na dwa ty­go­dnie do Pa­ryża, to mnie po pro­stu uka­trupi. - Skrzy­żo­wała ręce na pier­siach i zmarsz­czyła brwi. Cała jej bun­tow­ni­cza po­stawa krzy­czała, żeby dać jej święty spo­kój.

- Dla­czego szef nie bie­rze pod uwagę mnie? - We­ro­nika ner­wowo ob­ra­cała dłu­go­pis w dło­niach, pstry­ka­jąc nim co rusz. - Mó­wię po an­giel­sku, a i na pro­jek­to­wa­niu znam się nie naj­go­rzej. Do tego ni­gdy nie by­łam w Pa­ryżu. Chęt­nie zwie­dzę mia­sto roz­pu­sty, a przy oka­zji na­uczę się cze­goś no­wego. Bę­dzie miło dla mnie i z ko­rzy­ścią dla firmy.

- Nie, We­ronka, nie ma opcji, byś ty po­je­chała - skwi­to­wał. - Je­steś po­trzebna na miej­scu.

- Nie mam żad­nych za­le­głych spraw, zresztą od biedy mo­gła­bym po­ma­gać zdal­nie. - Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała Ma­cie­jowi w oczy. - Pro­szę, sze­fie, rzuć je­den ra­cjo­nalny ar­gu­ment, dla­czego nie mogę le­cieć do Fran­cji. - W jej gło­sie wy­brzmiało po­iry­to­wa­nie.

- Bo lu­bię na cie­bie pa­trzeć - za­żar­to­wał. Zro­bił to jed­nak w taki spo­sób, że We­ro­nice ze zmie­sza­nia za­bra­kło słów, a po­zo­stali, za­że­no­wani sy­tu­acją, spu­ścili głowy.

- Na­tan nie może, Lidka nie może, We­ro­nika tym bar­dziej nie, a więc pa­dło na Inkę. - Szef roz­ło­żył ręce i za­śmiał się ner­wowo. Po­zo­stali rów­nież się za­śmiali, łącz­nie z Brze­ską. Słowa szefa wszyst­kim wy­dały się za­bawne. Inka też nie po­trak­to­wała ich po­waż­nie. - An­giel­ski znasz?

- Ko­mu­ni­ka­tyw­nie, ot tyle, ile ze szkoły. Na­wet do­brze mi szło, ale oprócz an­giel­skiego nie­wiele umiem. Nie dam so­bie rady. I w ogóle... A do tego mam małe dziecko...

- Po­ra­dzisz so­bie. Wy­gra­łaś kon­kurs na logo, więc coś tam po­tra­fisz. A dziecko? Masz prze­cież ro­dzi­ców w Bra­nie­wie, prawda?

- Tak, ale... Na­prawdę nie wiem, czy po­do­łam...

- Dasz radę - stwier­dził au­to­ry­tar­nie. - No to pro­blem się roz­wią­zał. - Za­górny kla­snął w dło­nie. - A te­raz wra­caj­cie do pracy. We­ro­nika, ty zo­stań na chwilę.

Pod­niósł, się i skie­ro­wał do biurka, da­jąc tym sa­mym do zro­zu­mie­nia, że na­rada skoń­czona. Na­tan i Lidka ru­szyli do drzwi. Inka po­woli pod­nio­sła się z krze­sła, za­sta­na­wiała się, czy szef so­bie żar­tuje, czy rze­czy­wi­ście de­le­guje wła­śnie ją na ten unijny kurs. Była prze­ra­żona po­my­słem. Za­trzy­mała się w po­ło­wie drogi do drzwi i od­wró­ciła.

- Sze­fie, szef na po­waż­nie z tym wy­jaz­dem? Prze­cież ja nie mam po­ję­cia o pro­gra­mach gra­ficz­nych ani o mar­ke­tingu. - Pa­trzyła na niego prze­ra­żona. - Tylko się zbłaź­nię. Nie dam rady, na­prawdę. Może jak po­pra­cuję w agen­cji cho­ciaż z rok, to będę pew­niej­sza sie­bie, bo te­raz to bez sensu...

- Po­wie­dzia­łem, po­ra­dzisz so­bie. No­tuj, słu­chaj, pod­glą­daj in­nych. To nic wiel­kiego. Po­trak­tuj to jako na­grodę. Dwa ty­go­dnie wa­ka­cji. Pew­nie bę­dzie tylko jedno wiel­kie chla­nie, oby ci wą­troba wy­trzy­mała. - Za­re­cho­tał, uba­wiony wła­snym żar­tem. - Z lot­ni­ska ktoś cię od­bie­rze i po­in­stru­uje co i jak, zresztą prze­czy­taj so­bie, nie je­steś dziec­kiem. Tu masz naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje. - Wy­cią­gnął rękę z pli­kiem kar­tek.

Inka wzięła od szefa ma­te­riały in­struk­ta­żowe i opu­ściła jego ga­bi­net. Wciąż oszo­ło­miona, prze­śli­zgi­wała wzrok po za­pi­sa­nych drob­nym dru­kiem zda­niach.

- Ależ ci się przy­far­ciło. - Na­tan bu­jał się na ob­ro­to­wym krze­śle. - Cho­ler­cia, za­zdrosz­czę. Ja za taki wy­jazd dał­bym się po­kroić. Wszystko, co do­bre, mnie omija w tej fir­mie.

- Nie wiem, czy to dla mnie ta­kie szczę­ście. Nie po­ra­dzę so­bie, to pewne. Nie znam się na pro­gra­mach gra­ficz­nych, nie znam tech­nicz­nego ję­zyka. Będę sie­działa jak na tu­rec­kim ka­za­niu.

- Na fran­cu­skim ka­za­niu - spre­cy­zo­wał, a wi­dząc prze­ra­że­nie w oczach mło­dej ko­biety, do­dał: - Ja­koś mu­sisz dać so­bie radę. - Mach­nął ręką, lek­ce­wa­żąc jej obawy, a po­tem prze­chy­lił się na krze­śle, zni­żył głos i zwró­cił się kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem do Lidki. - Swoją drogą, We­ro­nika ostrzyła so­bie pa­zurki na ten Pa­ryż, ale cóż, nie warto za głę­boko wjeż­dżać w ty­łek sze­fowi, bo się zo­sta­nie w tej czar­nej du­pie.

- Oj, nie bę­dzie mo­gła chwa­lić się zna­jo­mym, że była na mię­dzy­na­ro­do­wym kur­sie. - Lidka pa­ro­dio­wała współ­czu­cie dla We­ro­niki. - Straszne, i cóż na­sza li­zu­ska zrobi? Musi bi­dulka trwać na po­ste­runku, by sze­fun­cio mógł so­bie na nią spo­glą­dać. - Po­wie­działa to w tak bła­zeń­ski spo­sób, że Na­tan za­re­cho­tał. - Ale tego wy­jazdu to ja też ci za­zdrosz­czę - do­dała z wes­tchnie­niem, zwra­ca­jąc się do Inki. - Gdyby nie za­zdrość mo­jego sta­rego, chęt­nie bym po­je­chała do Pa­ryża.

- Nie wiem, czy jest czego za­zdro­ścić. - Brze­ska od­su­nęła od sie­bie pa­piery z opi­sem kursu i oparła się na krze­śle.

- Prze­stań się kry­go­wać. Twoje logo wy­grało. No to chyba i tam so­bie po­ra­dzisz, a poza tym ode­rwiesz się na chwilę od ma­muś­ko­wa­nia, pie­luch i od ro­boty.

- Mój syn już dawno wy­rósł z pie­luch. A se­rio, to nie wiem, czy ro­dzice zgo­dzą się, by Iwo miesz­kał u nich aż dwa ty­go­dnie. - Ana­li­zo­wała na głos. - Mój oj­ciec ko­cha wnuka, ale nie mamy naj­lep­szych re­la­cji. Nie wiem, jak bę­dzie się za­pa­try­wał na mój wy­jazd. - Go­rycz w jej gło­sie mie­szała się z iro­nią.

- Uro­bisz ojca - zlek­ce­wa­żył jej obawy Na­tan. - Ma­łemu obie­casz, że przy­wie­ziesz mu wieżę Eif­fla, sta­rusz­kom wci­śniesz kit, że to ży­ciowa szansa. Pro­ste. Ja bym się dał po­kroić za dwa ty­go­dnie gdzie­kol­wiek. Nie cie­szysz się?

- Ja­koś to jesz­cze do mnie nie do­ciera. Czuję się nie na miej­scu, jak­bym coś ko­muś... pod­wę­dziła. - Niby się za­śmiała, ale czuła go­rycz.

- Nie prze­sa­dzaj. Nic ni­komu nie ukra­dłaś. - Lidka pod­wi­nęła rę­kawy do łokci. - Dziew­czyno, ciesz się, że wy­rwiesz się do wiel­kiego świata. Na­tan ma ra­cję, ode­rwiesz się od obo­wiąz­ków, a po po­wro­cie szef pew­nie ina­czej na cie­bie spoj­rzy. Masz fart - pod­su­mo­wała swój wy­wód. - Gdyby mój Piotr nie był o mnie tak po­twor­nie za­zdro­sny, sama chęt­nie bym sko­rzy­stała. Carpe diem, chwy­taj dzień, jak to mó­wią, i ni­czym się nie przej­muj. Ty na­wet ubie­rasz się jak pa­ry­żanka. - Omio­tła wzro­kiem jej czer­woną su­kienkę do ko­lan i czer­woną apaszkę za­wią­zaną na wło­sach. Ogól­nie ubie­rasz się tro­chę eks­cen­trycz­nie, żeby nie po­wie­dzieć dzi­wacz­nie - za­uwa­żyła.

- Lu­bię taki styl - skwi­to­wała Inka. Nie chciała zdra­dzić, że z uwagi na ogra­ni­czony bu­dżet ubiera się wy­łącz­nie w se­cond han­dach. Ko­lo­ro­wymi fa­ta­łasz­kami tu­szo­wała biedę, a z cza­sem rze­czy­wi­ście po­lu­biła nieco eks­cen­tryczny styl.

- Ten wy­jazd na­prawdę się na­le­żał mnie. I tylko mnie. Wy o pro­gra­mach gra­ficz­nych nie wie­cie nic. - Na­tan zgniótł pla­sti­kowy ku­bek, po­de­rwał się od biurka aż krze­sło od­je­chało na śro­dek po­koju. - Nie warto się sta­rać. - Wrzu­cił zgnie­ciony ku­bek do śmiet­nika i wy­szedł z po­miesz­cze­nia.

Do Inki wła­śnie do­tarło, co się wła­ści­wie wy­da­rzyło. Pa­ryż. Jak to słowo wciąż ma­gicz­nie brzmi. - Wes­tchnęła z nie­do­wie­rza­niem. Nie­spo­dzie­wa­nie dla sa­mej sie­bie mimo licz­nych prze­ciw­no­ści losu po­woli za­czy­nała cie­szyć się z tego wy­jazdu. Jej my­śli po­wę­dro­wały do synka. Ni­gdy na tak długo się nie roz­sta­wali. Bę­dzie mu­siała mu wy­tłu­ma­czyć, dla­czego wy­jeż­dża, i miała na­dzieję, że dziecko zro­zu­mie. Wie­rzyła, że mama po­może jej w opiece nad Iwem. Oj­ciec rów­nież do­łoży swoją ce­giełkę, tyle że w jego przy­padku bez glę­dze­nia i awan­tur się nie obej­dzie.

Dwa ty­go­dnie w Pa­ryżu brzmiało jak ma­giczne za­klę­cie, jak klucz, który otwiera przed nią se­zam nie­zli­czo­nych przy­jem­no­ści, jak speł­nie­nie ma­rzeń, któ­rych na­wet nie ocze­ki­wała. Jesz­cze się wa­hała, czy da so­bie radę. No ale skoro szef i Na­tan twier­dzą, że to bę­dzie jedna wielka im­pre­zow­nia, to nie mam się czego oba­wiać - po­my­ślała.

Inka po pracy nie po­je­chała od razu po syna do przed­szkola. Mu­siała ochło­nąć i w sa­mot­no­ści prze­my­śleć każdą stronę tej nie­spo­dzie­wa­nej oferty. Oprócz roz­sta­nia z Iwem nie miała nic do stra­ce­nia, a wręcz same ko­rzy­ści. Od­pocznę od co­dzien­no­ści, zo­ba­czę tro­chę świata, a może po po­wro­cie w fir­mie będą mnie bar­dziej ce­nić - roz­my­ślała.

Za­par­ko­wała swoją starą białą corsę pod re­stau­ra­cją Ba­ga­telka, prze­bie­gła przez Świę­to­jań­ską w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu, zwol­niła kroku do­piero w parku przy la­pi­da­rium. Lu­biła spa­cery po daw­nym cmen­ta­rzu Świę­tego Jana. Od kil­ku­dzie­się­ciu lat nie było już tu na­grob­ków i miesz­kańcy, a szcze­gól­nie mło­dzi, nie zda­wali so­bie sprawy, jak waż­nym sym­bo­lem dla bra­nie­wian był ten ma­leńki skra­wek zie­leni i sto­jący tu nie­gdyś ko­śció­łek, któ­rego już dawno nie było. Znisz­czony i spa­lony naj­pierw przez Krzy­ża­ków, a po­tem przez Szwe­dów, od­szedł w za­po­mnie­nie. Prze­szła alej­kami, usia­dła na naj­wyż­szym stop­niu am­fi­te­atru i za­pa­trzyła się na wodę. Zie­leń drzew i po­wiew cie­płego wia­tru przy­no­siły lek­kie od­prę­że­nie. Pach­niało wio­sną i obiet­nicą cze­goś no­wego, nie­zna­nego i nę­cą­cego. Po am­fi­te­atrze nio­sła się sub­telna me­lo­dia wy­gry­wana przez mło­dziutką skrzy­paczkę. Inka do­my­śliła się, że za­pewne ar­tystka robi próbę przed cze­ka­ją­cym ją wkrótce wy­stę­pem. W bra­niew­skim am­fi­te­atrze od wio­sny do je­sieni wy­stę­po­wały za­równo ce­nione gwiazdy, jak i mu­zycy do­piero ma­rzący o wiel­kich ka­rie­rach. Inka ko­chała to mia­sto, tu się uro­dziła i wy­cho­wała.

Wcią­gnęła w płuca świeże ma­jowe po­wie­trze i spoj­rzała w niebo. Na­bie­rała sił do sto­cze­nia ba­ta­lii z oj­cem. Czuła, że ła­two nie bę­dzie. Ode­braw­szy Iwa, z bi­ją­cym ser­cem pod­je­chała pod blok ro­dzi­ców. Za­par­ko­wała na je­dy­nym wol­nym miej­scu obok trze­paka i kur­czowo zła­pała synka za rączkę.

- Mamo, nie ści­skaj tak, to boli. - Chło­piec wy­rwał rękę i w pod­sko­kach ru­szył do drzwi, by móc wy­stu­kać kod w do­mo­fo­nie.

- Iwuś, po­cze­kaj, nie dzwoń jesz­cze, coś ci po­wiem... - za­częła ostroż­nie, przy­spie­sza­jąc kroku. Nim do­biegł do drzwi, po­ło­żyła mu dłoń na ra­mie­niu. - Dzia­dek dzi­siaj może tro­chę gło­śniej roz­ma­wiać...

- Ogłuchł? - Ma­lec za­darł głowę i wle­pił w matkę zdzi­wione spoj­rze­nie.

- Może i tro­chę ogłuchł.

- Wciąż krzy­czy, prawda?

- Prawda - przy­tak­nęła w za­my­śle­niu. - Iw­ciu, chcę po­pro­sić dziadka i bab­cię, byś mógł u nich miesz­kać przez dwa ty­go­dnie.

- To długo? - Zmarsz­czył za­baw­nie no­sek, jakby czy­nił ob­li­cze­nia.

- To dość długo. Dwie nie­dziele. Do­sta­łam pro­po­zy­cję z firmy, chcą mnie szko­lić we Fran­cji. To może być dla mnie duża rzecz. Boję się tylko, czy ty so­bie beze mnie po­ra­dzisz. - Przy­kuc­nęła przy dziecku.

- Po­ra­dzę so­bie. Je­stem już bar­dzo duży.

- Tak, wiem o tym, że je­steś duży, sęk w tym, że ja będę bar­dzo tę­sk­niła. - Po­ca­ło­wała go w czoło.

- A co z Mi­sią?

- Ach, no tak. Jesz­cze Mi­się bab­cia i dzia­dek mu­szą wziąć do sie­bie. - Te­raz na­prawdę się zmar­twiła. Oj­ciec i kot? To się nie uda. Zła na sie­bie, że nie po­my­ślała o kotce, przy­mknęła oczy, bo te na­gle zwil­got­niały.

- Ma­mu­siu, nie płacz, no coś ty? Już tę­sk­nisz? - Przy­warł do niej dzie­cię­cym ciał­kiem i jął mamę po­cie­szać. - To tylko dwie nie­dziele. Z dziad­kiem pój­dziemy na mecz Za­toki, a po­tem na lody, a bab­cia bę­dzie pie­kła na­le­śniki z cze­ko­ladą. - Uśmiech­nął się na myśl o swoim przy­smaku.

Otarła łzę, po­zwo­liła, by Iwo wy­stu­kał kod w do­mo­fo­nie, i pa­trzyła, jak syn, prze­bie­ra­jąc ma­łymi nóż­kami, wbiega na pierw­sze pię­tro. Ona wlo­kła się, bo roz­mowa, którą miała za chwilę prze­pro­wa­dzić, bez­gra­nicz­nie ją do­ło­wała. Za­sta­na­wiała się, czy nie od­pu­ścić te­matu i prze­stać snuć mrzonki o wy­jeź­dzie. Bała się tylko, że w fir­mie źle przyjmą od­mowę i z pew­no­ścią przyj­dzie jej szu­kać no­wej pracy.

- Bab­ciu, mama je­dzie do Fran­cji! - za­wo­łał Iwo od wej­ścia.

- Co ta­kiego? - Ubrana w czarne leg­ginsy i w zie­loną tu­nikę Do­rota Brze­ska sta­nęła w przed­po­koju, ale za­miast jak za­wsze chwy­cić wnuka w ob­ję­cia, spo­glą­dała po­nad nim na córkę. - To prawda?

- Do­sta­łam pro­po­zy­cję z agen­cji, by od­być szko­le­nie w Pa­ryżu. Wszystko za darmo w ra­mach do­ta­cji unij­nej. - Ża­ło­wała, że nie po­pro­siła syna, by za­cze­kał z tą in­for­ma­cją, aż ona pierw­sza o niej po­wie.

- Na­prawdę? To wspa­niale. Kto jesz­cze z firmy je­dzie? - Matka pa­trzyła na nią z bły­skiem nie­do­wie­rza­nia i za­chwytu.

- Nikt, tylko ja. - Inka po­ło­żyła to­rebkę na ko­mo­dzie i zsu­nęła z nóg szpilki, a po­tem przy­kuc­nęła, by ścią­gnąć syn­kowi trampki.

- Do Pa­ryża? Fiu, fiu, ale cię za­szczyt kop­nął. - Matka krę­ciła głową w po­dzi­wie.

- To te­raz głą­bów bez stu­diów szkolą za gra­nicą? - Da­riusz Brze­ski, prze­cho­dząc z sa­lonu do kuchni, ob­rzu­cił córkę iro­nicz­nym spoj­rze­niem. Inka mo­głaby przy­siąc, że ten spa­ce­rek po przed­po­koju miał na celu tylko jej do­ku­cze­nie.

- Da­rek, nie przy dziecku - upo­mniała go mał­żonka. - Chodź do babci, skar­bie - zwró­ciła się do wnuka. - Zjemy zupkę ogór­kową, a po­tem usma­żymy ba­na­nowe pla­cuszki.

- Za­nim bab­cia pod­grzeje zupę, po­każę ci coś fa­jo­wego. - Da­riusz Brze­ski mru­gnął okiem do chłopca, chwy­cił go za rączkę i po­pro­wa­dził do sa­lonu, ale gdy ma­lec po­biegł do kom­pu­tera, od­wró­cił się do córki i wy­sy­czał: - No pro­szę, do Pa­ryża. Cie­kawe, jaki fa­gas za tym stoi, bo w to, że twoje umie­jęt­no­ści czy wie­dza za­wa­żyły, szcze­rze wąt­pię.

Inka wes­tchnęła, a Do­rota rzu­ciła w męża gniewne spoj­rze­nie. Co­raz trud­niej było im się po­go­dzić z jego ohyd­nym i mę­czą­cym glę­dze­niem. Kie­dyś był do­brym, cho­ciaż upar­tym czło­wie­kiem. Po wpadce Inki dia­me­tral­nie się zmie­nił. Nie po­tra­fił da­ro­wać córce mło­dzień­czej ciąży. Przy byle pre­tek­ście wy­po­mi­nał jej, że nie ma po­ję­cia, z kim się prze­spała.

- Dziadku, włącz mi Psi pa­trol - za­wo­łał Iwo, a Da­riusz od­wró­cił się ple­cami do ko­biet i po­szedł szu­kać pi­lota od te­le­wi­zora. Po chwili do­ka­zy­wał z wnu­kiem, śmie­jąc się i prze­ko­ma­rza­jąc.

- Nie przej­muj się oj­cem. Wiesz, jaki on po­trafi być wredny. Opo­wiedz, jak to się stało, że wy­brali cie­bie. - Matka pstryk­nęła za­pa­larką do gazu i pod garn­kiem z wy­sty­głą zupą ogór­kową po­ja­wił się nie­bie­ski pło­mień.

- Cza­sami mam już dość. Ileż można roz­pa­mię­ty­wać na­wet i naj­więk­szą głu­potę. To znę­ca­nie się nade mną nie ma końca. A tak w ogóle, to gdy­bym go po­słu­chała, to Iwo byłby wy­skro­bany.

- Inka, pro­szę... Na­wet tak nie mów - jęk­nęła matka.

- Taka jest prawda. Ni­kogo nie za­bi­łam, nie skrzyw­dzi­łam, oprócz sa­mej sie­bie - wy­rzu­cała ści­szo­nym gło­sem, by jej słowa nie do­le­ciały do sa­lonu.

- Wiem, ko­cha­nie. Przej­dzie mu. Za­pew­niam cię. Bar­dzo cię ko­cham, In­eczko. - Matka ob­jęła ją ra­mie­niem i po­pro­wa­dziła do nie­wiel­kiego me­bla, który szum­nie na­zy­wali sto­łem. Od­su­nęła je­den z dwóch ta­bo­re­tów. - Sia­daj, có­ru­niu, i po­wiedz, jak do tego do­szło, że cie­bie wy­brali.

Udo­bru­chana ko­ją­cym gło­sem matki, wes­tchnęła i za­częła opo­wia­dać.

- W agen­cji do­stali za­pro­sze­nie na prze­szko­le­nie pra­cow­nika. Na­tan chciał je­chać, ale ma za dużo prze­tar­gów do ogar­nię­cia, Lidka z ko­lei ma za­zdro­snego męża, który prę­dzej by ją za­bił, niż pu­ścił do Pa­ryża.

- A We­ro­nika? Wy­da­wa­łoby się, że jej przy­pad­nie taki za­szczyt, w końcu wije się już ja­kiś czas wo­kół Za­gór­nego - prych­nęła Do­rota, do­sko­nale wta­jem­ni­czona w sprawy firmy.

- Wy­obraź so­bie, że szef pu­blicz­nie oświad­czył, że ona je­chać nie może. Musi zo­stać, bo on... chce na nią pa­trzeć. - Do­piero kiedy Inka wy­po­wie­działa na głos te słowa, do­tarło do niej, jak idio­tycz­nie brzmią. Uśmiech­nęła się, a po chwili obie z matką chi­cho­tały w naj­lep­sze.

- Na­prawdę tak po­wie­dział? Przy wszyst­kich? - Matka, tłu­miąc śmiech, usia­dła na dru­gim stołku. - No cóż, biu­rowy ro­mans wi­dać ma i ciemne strony. Cie­szysz się z wy­jazdu? - Po­gła­skała dłoń je­dy­naczki.

- Z po­czątku się nie cie­szy­łam. Na­wet my­śla­łam, że do­sta­łam ten wy­jazd dla beki. Oczy­wi­ście szef się uparł, że mam le­cieć, bo za­leży mu na cer­ty­fi­ka­cie, a nie ma kogo wy­słać. Nie ma opcji, że­bym zre­zy­gno­wała. Od razu mu­sia­ła­bym po­że­gnać się też z pracą. Ale w su­mie się cie­szę. Za­nim ode­bra­łam Iwa, po­szłam do parku przy am­fi­te­atrze, jedna dziew­czyna tak pięk­nie grała na skrzyp­cach, aż za­tę­sk­ni­łam za czymś... sama nie wiem, za czym. Taka tę­sk­nota się we obu­dziła, po­my­śla­łam, że ten wy­jazd to dar. Zo­ba­czę coś in­nego, cie­kaw­sze ży­cie, zwy­czaje, kul­turę, zjem cro­is­santa i po­pa­trzę na Se­kwanę.

- I na wieżę Eif­fla. - Matka do­łą­czyła do ma­rzeń córki. - Ni­gdy nie by­łam za gra­nicą. Kiedy wy­lot?

- Już za ty­dzień. Pierw­szego czerwca.

- O, to bar­dzo szybko. Z Gdań­ska czy z War­szawy?

- Z Gdań­ska.

Inka wstała, wy­cią­gnęła szklankę z wi­szą­cej szafki, na­lała so­bie mu­szy­niankę i wy­piła dusz­kiem. Okna kuchni wy­cho­dziły na po­łu­dniowy za­chód, w sło­neczne dni jak dziś, po szes­na­stej ro­biło się w po­miesz­cze­niu nie do znie­sie­nia go­rąco. Te­raz to uczu­cie po­tę­go­wała go­tu­jąca się ogór­kowa. Żadna z za­afe­ro­wa­nych roz­mową ko­biet nie zwró­ciła uwagi na kłęby pary.

- Nie martw się, Inka, za­opie­ku­jemy się Iw­ciem. I Mi­sią rów­nież.

- Mamo, dzię­kuję ci. Za­wsze mogę na cie­bie li­czyć. - Inka od­sta­wiła szklankę na ku­chenny blat. Nie wsta­wiała jej do zmy­warki, bo matka miała swoje me­tody ukła­da­nia na­czyń i nie lu­biła, jak jej się ktoś wtrą­cał.

- No pew­nie, skar­bie, od czego masz ro­dzi­ców. - Do­rota się uśmiech­nęła. - Jak długo bę­dzie trwało to szko­le­nie?

- Dwa ty­go­dnie - zdą­żyła tylko po­wie­dzieć, bo aż się sku­liła, usły­szaw­szy ryk za ple­cami.

- Czy wy, do ja­snej cho­lery, nie wi­dzi­cie, że zupa bu­zuje?! Cha­łupę spalą. A ty, wy­rodna matko, wy­bij so­bie z głowy, że bę­dziesz się łaj­da­czyć dwa ty­go­dnie za gra­nicą. Naj­le­piej po­zbyć się dziecka, a sama fru, do Pa­ryża! - Da­riusz zga­sił gaz pod garn­kiem, a po­tem za­czął wy­ma­chi­wać rę­koma czer­wony z wście­kło­ści. - Je­steś nie­od­po­wie­dzialną, głu­pią dzie­wu­chą! Brak mi słów na twoje wy­bryki. Za­raz na­stęp­nego ba­chora zmaj­stru­jesz!

- Da­rek... - jęk­nęła Do­rota.

Za­nim jed­nak żona zdo­łała go uspo­koić, do kuchni wpadł Iwo. Prze­ra­żony krzy­kiem dziadka, który przy nim za­wsze ha­mo­wał emo­cje, roz­sz­lo­chał się hi­ste­rycz­nie. Ob­jął Inkę za nogi i całą dzie­cięcą siłą wy­py­chał z po­miesz­cze­nia.

- Sy­neczku, już do­brze, uspo­kój się, ko­cha­nie. - Inka chciała przy­kuc­nąć, ale Iwo jej na to nie po­zwo­lił.

- Ucie­kajmy stąd! Za­bierzmy bab­cię! On cie­bie nie ko­cha! Mnie też nie, ani babci - krzy­czał w amoku chło­piec.

- Iwo... - Da­riusz umilkł, twarz mu po­bla­dła, a ra­miona opa­dły. - Iw­ciu... dzia­dek cię bar­dzo ko­cha... - wy­mam­ro­tał, wstrzą­śnięty gwał­towną re­ak­cją dziecka.

- Nie­na­wi­dzisz nas! Nie­na­wi­dzisz mo­jej mamy. Za­wsze jej do­ku­czasz. Ja wszystko sły­szę. Za­wsze jej mó­wisz złe rze­czy. Nie­na­wi­dzę cię! Nie­na­wi­dzę! - Małe rączki za­ci­snęły się w piąstki. Dziecko wciąż za­sła­niało sobą matkę.

- Iw­ciu, sy­neczku, uspo­kój się. Pro­szę cię, skar­beńku. - Inka wpa­try­wała się w synka wstrzą­śnięta.

- On nas nie­na­wi­dzi, ma­mu­siu. Bab­ciu, ucie­kaj z nami. U nas jest do­brze, nie zo­sta­waj tu­taj z nim. - Łkał ma­lec, po­py­cha­jąc matkę do przed­po­koju.

Da­riusz bez­wol­nie jak wo­rek wy­pchany ce­men­tem klap­nął na ta­bo­ret, ukrył twarz w dło­niach i mil­czał. Do­rota, przy­bita i zszo­ko­wana gwał­towną re­ak­cją wnuka, ocie­rała łzy. Chciała mu po­móc za­ło­żyć trampki, ale Iwo chwy­cił swoje i matki buty w dło­nie i wy­szedł na ko­ry­tarz, pcha­jąc przed sobą Inkę, zdą­żyła tylko chwy­cić to­rebkę z ko­mody i klu­czyki od opla. Chło­piec z tru­dem za­mknął drzwi i choć wciąż jesz­cze po­cią­gał no­sem, prze­stał się trząść.

- Synku, dzia­dek cię ko­cha - po­wie­działa do niego Inka naj­ła­god­niej jak po­tra­fiła, drżała ze zde­ner­wo­wa­nia jak tań­cząca na wie­trze osika. - On po pro­stu... nie lubi mnie - do­koń­czyła smutno.

- Ja też go już nie lu­bię.

- Nie mów tak, ko­cha­nie...

- Nie jest już moim dziad­kiem - od­parł sta­now­czo, nie da­jąc się prze­ko­nać. Po chwili usiadł na wy­cie­raczce i po­zwo­lił so­bie po­móc przy na­kła­da­niu tram­pek, a gdy sznu­rówki zo­stały za­wią­zane, ze­rwał się i zbiegł po scho­dach, wciąż trzy­ma­jąc mamę za rękę.

Matka i syn byli głę­boko po­ru­szeni i za­smu­ceni tym, co wy­da­rzyło się u dziad­ków. Do­piero póź­nym wie­czo­rem, gdy wy­ką­pani, ubrani w pi­żamy le­żeli w łóżku, za­miast co­dzien­nej bajki Inka pierw­szy raz wy­ja­wiła sy­nowi część prawdy:

- Iwo, dzia­dek mnie kie­dyś bar­dzo ko­chał. By­łam do­brą i grzeczną dziew­czynką, ale po­tem chyba prze­stał... - Prze­łknęła ślinę, bo w gar­dle za­częło ją du­sić od tłu­mio­nych słów i emo­cji. Tak dawno nie miała przed kim się wy­ża­lić. Ow­szem, w ma­mie znaj­do­wała przy­ja­ciółkę, lecz jej też nie mo­gła po­wie­dzieć wszyst­kiego. Zresztą, wo­bec Iwa rów­nież mu­siała uwa­żać na słowa.

- Dla­czego prze­stał cię ko­chać? - Głos synka był do­cie­kliwy i zbyt po­ważny jak na jego wiek.

- My­ślę, że na­dal mnie ko­cha... choć tro­chę...

- Nie, ma­mu­siu, nie ko­cha cię - za­prze­czył sta­now­czo. - Na pewno cię nie ko­cha.

- Mi­łość bywa bar­dzo trudna. Dzia­dek chce mnie uka­rać za to, co kie­dyś zro­bi­łam.

- A co zro­bi­łaś, ma­mu­siu? - Le­żał na wznak przy­kryty koł­drą i wpa­try­wał się w mi­ga­jące na sko­śnym su­fi­cie złote gwiazdki pa­da­jące od noc­nej dzie­cię­cej lampki. W sku­pie­niu ocze­ki­wał na od­po­wiedź.

- Je­den je­dyny raz po­stą­pi­łam bar­dzo brzydko, nie­od­po­wie­dzial­nie i źle. - Czuła cie­płą łzę, to­czącą się po po­liczku. Nie otarła jej, bo nie chciała, by syn do­my­ślił się, że pła­cze.

- Tylko je­den raz? Ja też cza­sami by­wam zły, na­wet wię­cej niż je­den raz. Na przy­kład dzi­siaj w przed­szkolu po­pchną­łem Kubę, bo się na mnie pchał. Pani spoj­rzała, a ja uda­wa­łem, że nie wi­dzę jej groź­nego wzroku, a po­tem jesz­cze wy­sta­wi­łem Ku­bie ję­zyk. A ty tylko raz zro­bi­łaś źle i dzia­dek wciąż jest o to zły?

- Cza­sami tak bywa, że je­den zły uczy­nek za­waży na ca­łym ży­ciu - wy­ja­śniła ła­mią­cym się gło­sem, nie na­wią­zu­jąc ani sło­wem do zwie­rzeń synka. Nie miała jak od­dy­chać, bo nos jej się za­pchał od po­wstrzy­my­wa­nego pła­czu.

- No, ale... ża­łu­jesz, prawda? - Iwo usiadł na po­sła­niu i od­wró­cił się do Inki.

- Nie, synku, nie ża­łuję. - Po­cią­gnęła no­sem, nie mo­gąc już po­wstrzy­mać łez.

- Nie? - Zmarsz­czył no­sek i brwi, pró­bu­jąc wy­tłu­ma­czyć so­bie tę nie­kon­se­kwen­cję zda­rzeń.

- Nie ża­łuję, ko­cha­nie, bo ina­czej nie by­łoby cie­bie. A ty je­steś ca­łym moim świa­tem. - Roz­pła­kała się i nic już nie mo­gło po­wstrzy­mać pusz­czo­nej tamy łez.

Mały przy­tu­lił mamę i po­ca­ło­wał w po­li­czek, a po­tem wy­sko­czył z łóżka i po­biegł do kuchni, skąd przy­niósł wodę. Po­sta­wił bu­telkę przy łóżku, wró­cił do kuchni, po chwili po­ja­wił się ze szklanką. Mo­co­wał się z od­krę­ce­niem korka, a gdy wresz­cie mu się udało, na­peł­nił na­czy­nie i pod­su­nął Ince. Mimo roz­pa­czy i ści­śnię­tego bó­lem gar­dła wzięła od syna wodę i szczę­ka­jąc zę­bami, wy­piła kilka ły­ków.

- Ko­cham cię, ma­mu­siu. Nie zro­bi­łaś źle, bo wiem, że je­stem ca­łym twoim świa­tem, beze mnie by­ła­byś sama, tylko z Mi­sią - wy­tłu­ma­czył jej po dzie­cin­nemu, a ona wzięła go w ra­miona i długo ko­ły­sała, a kiedy w końcu otu­lony mat­czyną mi­ło­ścią za­snął, usia­dła w kuchni przy stole i spoj­rzała w górę na szybę w da­chu. Przez osia­dły na niej kurz niebo wi­działa jak za mgłą. Sta­nęła na krze­śle i uchy­liła okno. Na gra­na­to­wym fir­ma­men­cie mi­go­tały mi­liony gwiazd. Sie­działa z głową zwró­coną ku gó­rze i wpa­try­wała się w gra­nat nie­bo­skłonu. Na ko­lana wsko­czyła jej bura kotka i mu­snęła łeb­kiem po­li­czek swo­jej pani, zu­peł­nie jakby ro­zu­miała, że ta po­trze­buje wspar­cia. Inka po­gła­skała ją piesz­czo­tli­wie. Długo sie­działa z Mi­sią na ko­la­nach po­go­dzona z tym, że za­pewne straci pracę, bo wy­jazd do Pa­ryża stał się dla niej nie­osią­galny.

Do­cho­dziła pół­noc. Już tylko w nie­licz­nych do­mach na osie­dlu zwa­nym przez miesz­kań­ców Bra­niewa ko­lo­nią woj­skową pa­liły się świa­tła. Inka za­le­d­wie pół go­dziny wcze­śniej po­ło­żyła się spać. Nie usły­szała pu­ka­nia do drzwi. Naj­pierw ci­chego, a po­tem nieco gło­śniej­szego. Kot ze­sko­czył z łóżka i scho­wał się pod ławą. Na­raz wy­rwało ją ze snu de­li­katne szar­pa­nie za ra­mię i głos syna.

- Mamo, obudź się, ktoś puka do drzwi i ru­sza klamką - po­wie­dział chło­piec prze­stra­szo­nym kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem.

- Co ta­kiego? - Prze­ra­żona po­de­rwała się z łóżka. Drżą­cymi dłońmi chwy­ciła le­żący na brzegu fio­le­towy szla­frok, na­ło­żyła na sie­bie i mocno za­wią­zała pa­sek. Od­ru­chowo za­sło­niła sobą synka, przy­tknęła pa­lec do ust na znak ci­szy i po­ka­zała, by mały udał się do swo­jego po­koju, ale on ani my­ślał zo­sta­wić ją samą w przed­po­koju.

Pu­ka­nie się po­wtó­rzyło. Było bar­dziej zde­cy­do­wane. In­truz upew­nia się, czy ktoś jest w domu - ana­li­zo­wała co­raz bar­dziej prze­ra­żona. Ich miesz­ka­nie było je­dyne na pię­trze. Na wprost znaj­do­wał się już tylko strych. Ni­gdy jed­nak przez te lata nie zda­rzyła się żadna nie­bez­pieczna sy­tu­acja. Stała o trzy kroki od drzwi, bała się zbli­żyć oko do wi­zjera, by zer­k­nąć, kto stoi po dru­giej stro­nie. Serce ło­mo­tało jej jak prze­stra­szo­nej my­szy schwy­ta­nej w pu­łapkę.

- Inka, je­steś? To ja, tata - do­biegł do nich ba­ry­ton Da­riu­sza. Prze­łknęła ślinę i otwo­rzyła sze­roko oczy. Sto­jący za nią syn pod­biegł do drzwi, ale na­gle zmar­kot­niał, naj­wy­raź­niej przy­po­mniał so­bie scenę, która zda­rzyła się w ciągu dnia.

Prze­tarła czoło, zmierz­wiła dło­nią czu­prynę syna, by zba­ga­te­li­zo­wać jego obawy, i prze­krę­ciła klucz w zamku. Na wy­cie­raczce z na­pi­sem "Mi­łego dnia" stał Da­riusz Brze­ski. Inka od­su­nęła się dwa kroki, a mały przy­tu­lił się do jej boku.

- Po co tu przy­sze­dłeś? - spy­tał chło­piec.

- Iw­ciu, przy­sze­dłem was prze­pro­sić, cie­bie i twoją mamę. Nie wiem, dla­czego by­łem tak nie­do­brym czło­wie­kiem. Za długo to trwa... - Oparł się ręką o fra­mugę. Słowa spra­wiały mu trud­ność. Inka na­wet i uła­twi­łaby ojcu za­da­nie i po­wie­działa kilka mi­łych słów, ale za­sko­cze­nie spa­ra­li­żo­wało jej my­śli i ru­chy. Poza tym sied­mio­let­nie gnę­bie­nie rów­nież za­wa­żyło na braku jej spon­ta­nicz­nej re­ak­cji. Oj­ciec ni­gdy nie był wy­lewny w oka­zy­wa­niu uczuć, ale ona jako dziecko i po­tem na­sto­latka czuła jego mi­łość i dumę z niej. - Mogę wejść? - Prze­su­nął wzrok z wnuka na córkę.

- Tak, pro­szę - po­wie­działa ci­cho. Od­chrząk­nęła i do­po­wie­działa nieco gło­śniej: - Wejdź.

Iwo bez słowa przy­glą­dał się, jak dzia­dek ściąga skó­rzaną kurtkę i zdej­muje buty. Nie­zno­śną ci­szę prze­rwał ryk prze­jeż­dża­ją­cego pod blo­kiem mo­to­cy­kla. Inka prze­szła do kuchni i włą­czyła świa­tło. Od razu przez otwarte okno w da­chu wle­ciała ćma. Młoda ko­bieta jed­nak nie we­szła na krze­sło, by za­mknąć luf­cik, do­piero oj­ciec, który wszedł za nią do kuchni, to zro­bił.

- Ład­nie miesz­kasz. Miesz­ka­cie - po­pra­wił się. Omiótł wzro­kiem rząd bia­łych sza­fek ku­chen­nych i stół usta­wiony pod sko­śną ścianą.

- Sia­daj, tato. Na­pi­jesz się her­baty? - spy­tała drę­twym gło­sem. Wciąż nie mo­gła dojść do sie­bie. Ża­ło­wała, że nie ma z nimi mamy, która przez ostat­nie lata sta­no­wiła ka­ta­li­za­tor mię­dzy nią a oj­cem.

- Po­pro­szę o szklankę wody. - Roz­glą­dał się po nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu. Wy­tarł ręce o dżinsy, sap­nął krótko, a po­tem spoj­rzał na wnuka. - Iwo, wy­bacz mi. Je­stem stary i głupi. Na­prawdę nie chcia­łem skrzyw­dzić ani cie­bie, ani two­jej mamy, ani babci. Wy­bacz mi, wnu­siu. - Zsu­nął się z krze­sła i przy­klęk­nął na jed­nym ko­la­nie. - Chodź do dziadka - po­pro­sił.

Chło­piec prze­stą­pił z nogi na nogę, a po­tem spoj­rzał na matkę, szu­ka­jąc u niej rady.

- Ma­mu­siu, gnie­wamy się jesz­cze? - spy­tał po­waż­nie.

Uśmiech­nęła się na tę bez­po­śred­niość dziecka, a jed­no­cze­śnie wzru­szyła się od­da­niem i so­li­dar­no­ścią synka.

- Nie, ko­cha­nie, nie gnie­wamy się już. - Na­lała wodę do szklanki i po­sta­wiła na stole przed oj­cem.

- Iwo, je­steś mą­drzej­szy ode mnie, choć cho­dzę już po świe­cie po­nad pięć­dzie­siąt lat, a ty nie­spełna sześć. Przy­tul się do dziadka. I nie bądź już na mnie zły. Bar­dzo smutno mi bez cie­bie - prze­ma­wiał do wnuka cie­płym, ła­god­nym gło­sem, który ona sama pa­mię­tała jak przez mgłę.

- A prze­pro­si­łeś mamę? - upew­nił się.

- Przy­sze­dłem tu prze­pro­sić twoją mamę i pro­sić, by mi wy­ba­czyła. - Wciąż nie pa­trzył na córkę. Mó­wił do wnuka, jakby byli sami w po­miesz­cze­niu. Inka wy­obra­żała so­bie, ile emo­cji kosz­tuje ojca, by wy­ar­ty­ku­ło­wał w sto­sunku do niej słowo "prze­pra­szam".

- No to prze­proś te­raz. - Iwo nie ustę­po­wał. - Nie można być wciąż złym na ko­goś, kto tylko je­den raz w ży­ciu po­stą­pił źle - wy­ja­śnił, czym wpra­wił dziadka w osłu­pie­nie.

- Skąd o tym wiesz? - spy­tał zdzi­wiony.

- Mama mi po­wie­działa, że kie­dyś ją ko­cha­łeś, ale raz była bar­dzo nie­grzeczna i zro­biła coś złego. To było dawno, ale mama nie ża­łuje, bo nie by­łoby mnie - pe­ro­ro­wał.

- Mama po­stą­piła źle, ale ja po­stą­pi­łem jesz­cze go­rzej, i to wiele razy. Co­dzien­nie przez sie­dem lat po­stę­po­wa­łem podle, okrut­nie i nie mam nic na swoją obronę. Inko, wy­ba­czysz mi? - nie­spo­dzie­wa­nie zwró­cił się bez­po­śred­nio do córki.

Kiw­nęła głową, bo nie mo­gła wy­mó­wić słowa. Na­wet kiedy zo­ba­czyła ojca skru­szo­nego na wy­cie­raczce, na­wet gdy po­wie­dział, że przy­szedł ich prze­pro­sić nie uwie­rzyła, że usły­szy praw­dziwe, szczere prze­pro­siny.

- Synku, chcę cię po­pro­sić, byś po­szedł spać, bo za kilka go­dzin trzeba bę­dzie wstać do przed­szkola. Ja jesz­cze chwilkę po­roz­ma­wiam z dziad­kiem i za­raz do cie­bie przyjdę, do­brze? - zwró­ciła się do dziecka.

- Bądź do­bry dla mo­jej mamy - po­wie­dział na od­chodne, pod­szedł do Inki, a ona po­chy­liła się i po­ca­ło­wała go w czu­bek głowy. Zro­bił ruch, jakby chciał iść do dziadka, ale jed­nak tego nie uczy­nił. Od­wró­cił się i wy­szedł do swo­jego po­koju.

- Po­stą­pi­łem ha­nieb­nie - za­czął się bi­czo­wać oj­ciec, gdy zo­stali sami. - Je­stem idiotą. Skoń­czo­nym idiotą. Gdyby nie Iwo, da­lej trwał­bym w tym cho­ler­nym zi­dio­ce­niu. Inka... - Za­milkł, sam za­sko­czony tym, że dawno nie wy­ma­wiał imie­nia córki tak miękko. Ba, od sied­miu lat nie wy­ma­wiał go wła­ści­wie wcale. - Inka... - po­wtó­rzył - na­prawdę cho­ler­nie ża­łuję. Prze­pra­szam. Po pro­stu szlag mnie tra­fił, że mo­głaś tyle w ży­ciu osią­gnąć.

- A ty? Rów­nież masz tylko śred­nie wy­kształ­ce­nie. Mo­głeś iść na stu­dia, ro­bić ka­rierę...

- Nie - prze­rwał jej. - Nie mo­głem, nie by­łem tak zdolny jak ty. Ale nie mówmy o tym. Przy­sze­dłem nie tylko cię prze­pro­sić, ale po­wie­dzieć ci, że zaj­miemy się z matką Iwem tak długo, jak bę­dzie to ko­nieczne. I ko­tem też. - Uśmiech­nął się. - Nie wy­obra­żam so­bie, by Iwa nie było w na­szym ży­ciu... To ja by­łem głupi, że zmu­sza­łem cię wtedy do usu...

- Ciiii. - Ze­rwała się z miej­sca i spoj­rzała w głąb ko­ry­ta­rzyka. Z po­koju dzie­cię­cego nie do­la­ty­wał ża­den szmer. - Nie mów ni­gdy nic, co mo­głoby zbu­rzyć wiarę Iwa w to, że jest ko­chany. Sam zo­ba­czy­łeś, jak ła­two jest stra­cić za­ufa­nie. Wy­star­czy chwila.

- Mam na­dzieję, że uda mi się je od­bu­do­wać. Na­prawdę się po­sta­ram. Ma­rzę, by od­zy­skać za­ufa­nie Iwa i... twoje.

Uśmiech­nęła się bez­wied­nie, ale nic nie od­po­wie­działa.

- Pójdę już, bo też mu­sisz się po­ło­żyć. Dzię­kuję, że da­łaś mi drugą szansę i że w ogóle mnie wpu­ści­łaś. - Pod­niósł się z krze­sła, skie­ro­wał do wyj­ścia, ale zro­bił za­le­d­wie krok i od­wró­cił się do córki. Pod­szedł do niej i po­ca­ło­wał w czoło. - Prze­pra­szam, có­reczko.

Za­ci­snęła po­wieki. Po­czuła się znów małą ko­chaną dziew­czynką, jakby nie było tych złych lat. Kiedy otwo­rzyła oczy, oj­ciec za­kła­dał buty w przed­po­koju.

- Tato... - Jej głos za­skrze­czał przez ści­śniętą krtań. Od­chrząk­nęła, bo nie była w sta­nie da­lej mó­wić.

- Tak? - Za­stygł z jed­nym bu­tem w ręku.

- Mama cię przy­słała? - spy­tała zdła­wio­nym gło­sem.

- Nie. Mama nie wie, że tu przy­sze­dłem. Spała, gdy wy­cho­dzi­łem. - Na­ło­żył drugi but i de­li­kat­nie na­ci­snął klamkę.

- Wy­ba­czam ci - po­wie­działa do sie­bie, gdy zo­stała sama. Na­słu­chi­wała jesz­cze od­głosu jego kro­ków na scho­dach, a kiedy uci­chły, po­de­szła, by prze­krę­cić klucz. Po­ło­żyła się do łóżka, ale długo nie mo­gła za­snąć.

Do­piero rano, kiedy jak zwy­kle w po­śpie­chu wy­pra­wiała sie­bie do pracy i ma­łego do przed­szkola, zna­la­zła na krze­śle, na któ­rym wczo­raj sie­dział oj­ciec, białą ko­pertę. Ku wła­snemu zdzi­wie­niu wy­cią­gnęła z niej gruby plik stu­zło­to­wych bank­no­tów oraz wy­rwaną z ze­szytu kartkę, na któ­rej roz­po­znała pi­smo ojca. "Kup so­bie coś ład­nego do Pa­ryża". Uśmiech­nęła się na to zna­le­zi­sko, a po chwili ro­ze­śmiała ser­decz­nie. Iwo, który wła­śnie wy­cho­dził z ła­zienki, po­pa­trzył na mamę zdez­o­rien­to­wany.

- Z czego się śmie­jesz?

- Nie śmieję się, tylko cie­szę z tego, że dzień jest piękny. O, po­patrz, ja­kie śliczne sło­neczko do nas za­gląda. - Wska­zała okno po­ła­ciowe w da­chu.

- No, świeci. Mogę nie iść dzi­siaj do przed­szkola? Spać mi się chce. - Ziew­nął gło­śno.

- Też bym jesz­cze chęt­nie po­spała, ale obie­cuję, że za­raz po przed­szkolu pój­dziemy na lody, co ty na to?

- Z bab­cią?

- A co po­wiesz, by iść na lody ze mną, z bab­cią i z dziad­kiem? - Po­słała mal­cowi pro­mienny uśmiech.

- Już nie gnie­wamy się na niego? - upew­nił się.

- Nie gnie­wamy się, bo dzia­dek prze­pro­sił nas szcze­rze. Nie każ­dego stać na taki gest.

- To ja też już się na niego nie gnie­wam - stwier­dził wiel­ko­dusz­nie.

Tego dnia Inka mimo nie­wy­spa­nia czuła się, jakby ktoś do­cze­pił jej skrzy­dła. W pracy try­skała hu­mo­rem i uśmie­chem. Cie­szyła się, że w końcu po tylu la­tach bę­dzie mo­gła bez nie­po­trzeb­nych ner­wów i stra­chu iść w od­wie­dziny do ro­dzi­ców. W naj­cięż­szych chwi­lach, gdy oj­ciec ru­gał ją od naj­gor­szych, zno­siła to jak karę, którą we­dług niej słusz­nie jej wy­mie­rzał, ale wciąż i wciąż żal jej było mamy, która od razu jej wy­ba­czyła. Mama ko­chała ją taką, jaka była. Z wa­dami i za­le­tami. Wspie­rała córkę we wszyst­kim i nie prze­le­wała na nią wła­snych nie­speł­nio­nych am­bi­cji. Ro­zu­miały się w lot. Były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami.

- Ty, a coś ty się tak za­wie­siła? I to jesz­cze z przy­kle­jo­nym ro­ga­lem od ucha do ucha? - Na­tan stuk­nął ją łok­ciem. - Czas mija, a ty ani wspo­mnisz o po­że­gnal­nym bro­wa­rze.

- Chyba nie za­mie­rza­łaś wy­je­chać bez po­że­gnal­nego żywca czy in­nego he­ine­kena? - Lidka pu­ściła oko.

- Ach, piwo! - Inka pac­nęła się w czoło. - Ja­sne, za­pra­szam. Nie dziś, bo idę z Iw­ciem na lody, ale ju­tro chęt­nie.

- No to je­ste­śmy umó­wieni - skwi­to­wała We­ro­nika, czym jesz­cze bar­dziej za­sko­czyła Inkę.

- Su­per, eks­tra, więc idziemy całą ekipą? - upew­niła się Brze­ska. - Szefa też mam za­pro­sić?

- Nie - rzu­ciła szybko ulu­bie­nica Za­gór­nego. - Wy­star­czy nam wła­sne to­wa­rzy­stwo.

Mówi się, że złe rze­czy cho­dzą pa­rami, ale te do­bre rów­nież cha­dzają sta­dami - po­my­ślała Brze­ska, wy­cho­dząc z pracy. Miło jej się zro­biło na myśl, że za­łoga Zo­diaku ma chęć się z nią spo­tkać przed wy­jaz­dem. Ży­cie bywa piękne i nie­prze­wi­dy­walne - oce­niła, pod­śpie­wu­jąc za kół­kiem, gdy wjeż­dżała w ulicę Ko­ściuszki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki