Szalona Monika - Jan Drzeżdżon

Kup ebooka

21.00 zł
16.80 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Widzianoją ostatnio na skraju miasta, jak podnosiła z chodnika różę, którakomuś wypadła. Cóż mogła zrobić z tą zwiędłą różą. Może niosła jąjakiś czas, a potem rzuciła. Spadający kwiat byłby na chwilę ozdobąjej szarej sukni, a może nawet twarzy. Szaleństwo miasta zostało wnim zaklęte, zupełnie jak w baśniach ludowych.

Rozmawianoo tym na rynku i w śródmiejskich dzielnicach. Z tych rozmów wynikało,iż była osobą obłąkaną. Trudno to było zrozumieć. W końcu chodziławolno, podobno nigdy nie przebywała za kratkami domu obłąkanych.

Dokądszła?

Byłskraj miasta, pewnie wzgórza przed nią. Trzymała swą różę, patrząc tona nią, to na same szczyty. Skraj miasta i początek gór mają w sobiecoś uroczystego i świętego. Można tam zbudować kazalnicę dla kogoś,kto chciałby głosić prawdę. Ktoś mówił, że była bosa. Możnazastanowić się nad jej nachyleniem, ręką dotykającą szarej płytychodnikowej, oczami wpatrzonymi w jeden punkt. Można mówić onachyleniu ku wieczności, ku wielkim sprawom albo też ku światu. Bosenogi niosły świętość gór. Miasto było raczej w tym czasie uśpione.Szli tamtędy nieliczni przypadkowi przechodnie, ktoś wyjrzał przezokno, ktoś inny stał w ogrodzie i akurat podniósł głowę. Podkreślali,że miała bose stopy, dobrze z daleka widoczne. I mimo nachyleniasuknia nie zakryła ich. Zetknęła się w jednym miejscu z betonowąpłytą, właściwie można powiedzieć, z szarą ziemią. Lekko się teżsfalowała, jako że był to zwykły, szary materiał. Spojrzenia, któreskierowano w jej stronę, były przypadkowe i można nawet powiedzieć,obojętne. Wyglądała, jakby się spieszyła. W oczach miała przerażenie,a w ruchach coś, co zwykle miewają wspinacze wysokogórscy.

Atmosferatej części miasta, w której się znajdowała, nie miała nic z grozy.Widać w niej samej coś się działo. Pewnie nikt tego nie dostrzegł zdaleka, bowiem ci, którzy ją przez chwilę obserwowali, pozostalinieporuszeni. Być może czekali, aż się cofnie albo ukaże swoją twarz.Stojący w ogrodzie człowiek twierdził, iż lekko się obejrzała, aprzynajmniej widział jej profil. Resztę twarzy zasłaniały jej włosy,które nie były niczym upięte i po prostu leżały swobodnie rozrzuconena ramionach. Nie wiadomo, czy chciała się obejrzeć. Mówił o tymtylko jeden świadek tej sceny, stojący w ogrodzie mężczyzna. Możeusłyszała w tym momencie skrzyp otwieranych drzwi lub furtkiogrodowej, albo też skrzyp hamulców samochodowych. Może też był tojej odruch machinalny, bywa nieraz tak, że ludzie oglądają się dotyłu z bliżej nieokreślonych powodów. Taki nawyk, po prostu. To mogłosię jej przydarzyć w tym momencie. Ale nie pokazała całej swejtwarzy, a jedynie zarys profilu, i to przez bardzo krótki czas, możnapowiedzieć, przez moment. Człowiek, który spostrzegł zarys jejprofilu, mówił o tym bez większego zainteresowania. W tej częścimiasta nie była ona szczególnie znana. Poza tym zdarzało się dośćczęsto, iż przekraczał ktoś to miejsce, które uznać można za punktzawieszenia pomiędzy miastem a górami. Może nawet zdarzyło się, żepodniesiono rzuconą w pośpiechu różę. Zdarzyło się też, że tę zwiędłąróżę rozprostowano, wygładzono płatki i trzymano w obu rękach. Wkażdym razie tam widziano szaloną Monikę, jak ją w mieście nazywano.Była bardziej nachylona ku górom niż ku miastu. Opuszczała miasto.Mówiono, że na pewno nie wróci. Po co miałaby wracać. Jeżeli ktośwraca, dzieje się to za sprawą jakiejś ważnej przyczyny, a jeżelitakiej nie ma, wówczas się nie wraca.

Zostaniezapomniana, podobnie jak jej szaleństwo.

Światnie został jej podarowany, musiała go zdobyć. Teraz porzuciła w nimswoje wspomnienia, nie był jej już bowiem potrzebny. Pośrodku miastależał biały kamień z Bożą Stopką. Ów ślad stopy można było widzieć zokien piętrowych domów, był bowiem srebrny. Ona lubiła stać oparta oten kamień plecami lub ramionami i przyglądać się ludziom lubkamieniom. Widać też stąd było ratusz. Mówiono, że poszła szukaćswojej matki, podobno matka jej przed laty w podobny sposób opuściłamiasto. Różnica między tymi dwoma kobietami była taka, że za matkąktoś szedł, a Monika stała na granicy miasta sama. Ci, którzy jąznali, byli przekonani, że nie ma ona nikomu nic do powiedzenia, ato, co mówiła, mówiła na siłę, dostosowując się do sytuacji. Starałasię w każdym razie nie wypaść ze swej roli. Twierdzono, że częstorobi ona wrażenie szklanej kuli. Gdy jest się blisko niej, możnanawet dotknąć tego szkła, ale jest to tylko szkło. Za nim unosi sięmgła, której pełno jest wokół rąk i ramion. Właśnie ta mgła stanowiłajej opętanie. Tak powszechnie sądzono, chociaż kto to wie, możenależało się bliżej jej przyjrzeć. Nieraz wokół jej rąk pełno byłotej mgły, w dużej mierze różowej, ale też przepojonej czerwienią,szarością i dość ostrym błękitem. Gdy się to widziało, jej ręceporuszały się nieustannie, podobnie zresztą jak oczy. Z tym, że oczymogła ukryć za powiekami, a z rękami było znacznie trudniej. Tak więcwydawało się, że przędzie ona tymi swoimi rękami jakąś nić, albougniata obłoki, ale i jednego, i drugiego należało się raczejdomyślać. Gdy zdarzało się to wieczorem, do owej przędzy wkradała sięczerwień zachodzącego słońca, i wówczas nawet przechodnie przystawalina taki widok. Owo światło przeszywało miasto, rynek, ratusz ichowało się na jej kolanach, które były do tego zdumiewającoprzygotowane. Pochyleni nad nią ludzie ni to szeptali jej coś doucha, ni to obserwowali jej ruchliwe dłonie napełnione wieczornymświatłem zachodzącego słońca. Nieraz burmistrz otwierał swoje okno wgórnych partiach ratusza i przyglądał się tej scenie. Bywało też, żejakiś wędrowny człowiek przystawał i chciał coś mówić, ale gdyzbliżył się i ustąpiono mu miejsca, milkł, po czym odchodził, patrzącto na ratusz, to na scenę, w której główną postacią była Monika. Niktnie zdziwiłby się, gdyby burmistrz przeczytał w oknie ratusza jakiśurzędowy list w związku z tą sceną. Ale on patrzył uważnie i w końcuwidać było na jego twarzy lekki uśmiech. Cały rynek zalany byłzachodzącym słońcem oraz cieniami wieżyczek kamienic i ratusza, dotego stopnia, że owa scena na chwilę wtapiała się w tło. Burmistrzzamykał okno, a żaden z urzędników również nie wychylał się stamtąd.Taka była scena z mgielnymi rękami Moniki.

Miaław sobie żar spalonej pustyni. Lubiła może czerwoną różę przypiętą dosukni. Poeta powiedziałby, że w tej róży zaklęta była cała jej moc.Władanie czasem i rozpoznawanie drogi. Jak różne są te drogi.Skromność, owszem, była jej właściwa, ale jedynie do czasu, gdyrozszalała się jej zaklęta czerwona róża. Różnie to zresztą nazywano,niektórzy uważali, iż czuła się jak na galopującym koniu, innitwierdzili, że zapadała dla niej wieczna noc. Trudno było torozróżnić, noc, szaleństwo białego konia. Koń spadkobierca pogańskichwyspiarzy.

Siedziałemkiedyś na brzegu strumienia i ona przyszła. Właściwie przechodziłatędy. Zatrzymała się, patrzyła na mnie, po czym usiadła obok dośćblisko mnie, tak że skraj jej sukni niemal dotykał mojego buta. Byłemporuszony tym skrawkiem materiału leżącego tak niedaleko od mojejnogi i porównałem go do liliowego zbocza góry. Ona przez chwilęsiedziała, po czym wstała i odeszła. Patrzyłem za nią.

Miećw sobie godność. Co by to miało znaczyć? Jest jakaś twarz, albo jejnie ma. Ale godność. Nie ma ona chyba nic wspólnego ze starzeniemsię. Może zresztą godność jest tym samym co wierność.

Starałasię być dobra dla ludzi, dla zwierząt. Często mówiła, że ludzie sąpodobni do mrówek, chodzi tylko o to, kto rozwala ich mrowiska.Ludzie mają w sobie wiele z dzikich zwierząt, mawiała. Nie podawałajednak żadnych przykładów. Zresztą nikt jej o to nie pytał. Niemogłem cię zawieść, myślałem wielokrotnie, jesteś jak liść łopianu wwiosennym gęstym deszczu. Brakuje tylko twoich włosów między moimirękami a niebem. To są włosy niebieskie, trochę ze szkła, a najwięcejz mgły. Będę się modlić do twojego cienia i twoich snów.

- Dokądidziesz, panie? - mówiła o poranku majowym, gdy gaje starałysię usunąć nam z drogi.

- Donikąd- odrzekłem. - A pani pewnie dokądś idzie? -zapytałem.

- Donikąd- odrzekła ona. - Myślałam, że pan dokądś szedł, dlategozapytałam.

- Donikąd- mruknąłem. - Teraz pani wie - dodałem.

Chwilamiczuła, że ma przed sobą jedną wielką pustynię ludzką. Widziała ludzijako poruszające się marionetki. Starała się wniknąć w motywyskłaniające ich do poruszania się, ale bez powodzenia. Nieprzystawały do niej. Może ich nie rozumiem, myślała. Ale należę dotego gatunku, dlaczego więc nie miałabym ich rozumieć. Miaławrażenie, że otacza ją pusta przestrzeń. Od czasu do czasu ktoś jązainteresował, ale na krótko, dopóty, dopóki nie wydał się jej takąsamą marionetką jak inni. Myśl ta wydawała się jej coraz bardziejuciążliwa. Aż w końcu doszła do przekonania, że wokół nic się niedzieje. Zupełnie nic. Słychać jakieś głosy, widać jakieś gesty, aleone nic nie znaczą. Starała się wówczas w ogóle unikać ludzi.Siadywała na progu swojego domu i przyglądała się ulicy. Gdy ktośprzechodził i kłaniał się, ona uśmiechała się całą twarzą, bo taktylko umiała, ale nie chciała, aby przechodzień przystanął. Jeżelizdarzało się, że przystawał, wówczas wywiązywała się rozmowa i Monikabardzo się w nią angażowała. Nie wstawała jednak ze swego progu,można było sądzić, iż jest przytulona do drewnianego obramowaniadrzwi z wielkim lękiem. Rozmowy wydawały się bardzo udane, a onaobejmowała swoją twarz obiema rękami i zamykała oczy i w tychmomentach nie widziała, co się przed nią dzieje. Nie chciała widziećtego marionetkowego świata, który przechodził obok w postaci hałasu itych ludzkich gestów. Nie mogła pogodzić się z tym, że tu jest i majak gdyby o czymś świadczyć. Właściwie o czym i wobec kogo. Owszem,przestała się przejmować, że mogłaby nawiązać z kimś kontakt, któryprzebiłby grę pozorów tego świata. Gra pozorów. Kiedyś bardzo gorącobuntowała się przeciw temu, ale cóż, pozostało jeszcze większepoczucie osamotnienia. Miała też świadomość, iż dom jej, na któregoprogu siadywała, dawał zaledwie chwilowe poczucie bezpieczeństwa.Dobre i to, myślała.

Mogław nim być albo nie. Nie czuła doń specjalnego przywiązania. Chętniesię w nim chroniła, jak w lesie. I wtedy przychodziło jej do głowyporównanie z dzikim zwierzęciem. Co to właściwie jest takiego dzikiezwierzę, myślała, uśmiechając się. Może to ci, którzy tu przede mnąprzystają. Coś mówią. O czym oni mówią? Może o przyszłości albo oczymkolwiek. Ale nie, oni mówią z jakimś sensem, bywają poruszeni,zasmuceni albo też rozentuzjazmowani. Są też zdziwieni, że w ogólenie wstaję, tylko rozmawiam z nimi, siedząc.

Najbardziejlubiła siadać na drewnianych saniach. Widać było z daleka jejroziskrzone oczy i szczęśliwą twarz. Siedziała nieruchomo długi czas,aż nadeszła szara godzina i ptaki podchodziły niemal do jej nóg.Trzymała się tych sań obiema rękami, tak jakby to był rydwansłoneczny, a nie prawie spróchniały, dawno nieużywany pojazd zimowy.Czuła chrzęst śniegu wielu zim, które minęły. Myślała też o zimach,gdy sań nie znano, że były, być może, podobne do tych obecnych, gdyrównież nikt saniami nie jeździ. Wyobrażała sobie, że nagle sanie teunoszą ją w białą zadymkę, a ona trzyma w każdej ręce zapalonykaganek.

Światłatych kaganków zmieniają swoje kolory, a ona trzyma głowę głębokowtuloną w futra sobolowe i skóry niedźwiedzie. Płynie tak w tej bielijak Arka, która daje znać o jej istnieniu. Płozy sań stają sięrozpalone do czerwoności i pozostawiają jasnoczerwoną wstęgę na tejnieskazitelnej bieli. Taka szalona noc pozmienia jej wszystkiewyobrażenia o sobie i o ludziach. Są wtedy naznaczeni piętnem tegoszalonego zbratania się z szarością nocy i czerwonymi wstęgamioplatającymi śnieżną biel wiecznych zimowych poranków. Jak bardzochciałaby zamienić się wówczas w jeden płatek śniegu, któryodradzałby się nieskończenie wiele razy nad saniami właśnie. Byłby towielki bal nocy zimowej z jedną gwiazdą i jedną pasażerką z rękamipełnymi światła i oczami napełnionymi szczęściem.

Dalekadroga, jak bardzo daleka wśród tych ranków zimowych.

Klękałaprzy tych saniach, dotykała płóz, opierała się o nie. Odczuwała totak, jakby poruszała dawne wieki, czyli miniony czas. Potrafiła sięnawet położyć w saniach i gdy ktoś tam zaglądał, ona uśmiechała siędoń, ale nic nie mówiła. Zaglądający też nie wiedział, co ma mówić, itak kończyło się na wymianie spojrzeń i uśmiechu z jej strony.

Płozysań były łagodnie nachylone do swej drogi. Przyglądała się temuwygięciu i myślała, że w końcu runie gdzieś tam to nachylenie i w tensposób rozsypie się wszystko. Można sobie jedynie wyobrazić oparte onie ręce. Te sanie były akurat chłopskie, toteż ciężkie opierały sięo nie ręce. Ale doznawała takiego samego dreszczu, można powiedzieć,dziwnej rozkoszy, gdy napotykała sanie rzeźbione, lekkie, służące niedo wożenia drewna, lecz do jeżdżenia w gościnę do sąsiednich dworów.Świat chałup chłopskich i świat dworków były tak bardzo od siebieodległe jak owe kształty sań.

Kiedyświdziano ją ciągnącą sanie przez miasto; miała na nich skóryniedźwiedzie i zapalone świece. Pytano ją, czy to może pogrzeb alboskończyła się jakaś wojna. Możliwe, odpowiadała Monika, możliwe, żeskończyła się wojna. Żadna ze świec nie zgasła i słychać było skrzypśniegu pod płozami. Powróz był gruby, szary i napinał się na jejramieniu. Szalona Monika ciągnęła sanie przez miasto, a wokół światkołysał się w zadymce białej, poprzecinanej szkarłatem, to była jejsuknia i zmarznięte nogi. Gdy przechodziła przez zamarzniętystrumień, pomogli jej mieszkańcy miasta, zwłaszcza kobiety, i tomłode. Przyglądano się jej, jak ciągnie te sanie przez miasto,przerzuciwszy sobie gruby szary powróz przez ramię. Z tyłu za niąwidać było srebrny tuman na tyle przezroczysty, że mieszkańcy miastamogli widzieć jej całą sylwetkę, a zwłaszcza zarys głowy. Słychać teżbyło ujadanie psów i dźwięk dzwoneczków. Trudno byłoby opuścić takiszczegół, skoro już każdy widział pędzące przez miasto sanie.Niektórzy twierdzili, że Monika w nich siedziała, inni mówili, iżczekała na górze, trzymając wysoko nad głową zapaloną latarnię. Tobyły srebrne góry, mówił ktoś. Zaś wiadomo, że za miastem takich górnie ma, może więc szalona Monika stała zupełnie gdzie indziej, asaniami jechali mieszkańcy miasta, rozradowani, w białym tumanie,oświetlając sobie drogę latarniami trzymanymi w rękach. A Monikastała w srebrnych górach z płomieniem w ręku i twarzą naznaczonąpiętnem świętego czasu.

Onaschodzi z tych gór, a mieszkańcy miasta jadą tam saniami, i tu, i tampali się ogień święty i każdy kamień leżący w górach czy wokół miastamożna naznaczyć tą świętą jazdą i schodzeniem z gór. Każda dolinajest przez to naznaczona ciszą i daleką hosanną, której nikt niezamierza zagłuszać. Tak więc przebiegają przez swój czas sanie, naktórych siedzi Monika, mimo że ledwie się trzymają ze starości i niktich dawno nie używa.

Ślepylos. Ręce oparte o płozy sań i miasto ze swym życiem, które taktrudno zrozumieć, jako że nie poddaje się żadnej interpretacji. Zdaleka widać Monikę siedzącą na saniach.