Szalona Mabel - Sally Hepworth

Kup ebooka

59.99 zł
49.79 zł (59,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

OBECNIE

Nazywam się Elsie Mabel Fitzpatrick i mam osiemdziesiąt jeden lat. Chcę, żeby to odnotowano: nie wyglądam na osiemdziesiąt jeden lat. Nie żebym była szczególnie atrakcyjna lub wyglądała nadzwyczaj młodo - wręcz przeciwnie, widziałam już ładniejsze łyse golce piaskowe - ale jeśli w ogóle wierzyć bajkom dla dzieci (a ja, na ten przykład, wierzę), to osiemdziesięciojednolatki przypominają kruche istoty o ptasiej prezencji i siwych włosach, do których ludzie mówią "kochanieńka", a one same chodzą do banku, by porozmawiać z "prawdziwym człowiekiem", zamiast skorzystać z o wiele wygodniejszego bankomatu. Mam prawie sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, szerokie ramiona i krzepką posturę, więc nikt nie zarzuciłby mi, że wyglądam jak ptaszyna - no chyba że chodziłoby o to jedno ptaszysko: strusia. Mam rudawe siwiejące włosy, nazywam ludzi "przygłupami" o wiele częściej, niż z moich ust pada "kochanieńka". A co więcej, przepadam za bankomatami. Dlaczego by nie? Mam osiemdziesiąt jeden lat i nie chcę spędzać cennego czasu, jaki jeszcze mi został, w drętwym, klimatyzowanym pomieszczeniu na pogaduszkach przez pleksi z demonstrującym władzę dyrektorem banku o imieniu Barry.

Zboczyłam z tematu.

Mieszkam przy Kenny Lane od prawie sześćdziesięciu lat. Kenny Lane to osobliwa brukowana uliczka na obrzeżach środkowego Melbourne, którą tworzą zaplecza restauracji i z pół tuzina domów szeregowych stojących w zabudowie, z wejściem tylko od frontu, każdy przyozdobiony misternie wykafelkowanymi gankami i płotami z kutego żelaza - często w opłakanym stanie. Mikroskopijne ogródki przed fasadą opowiadają odmienne historie: mój jest starannie zadbany i rozkwita różami, reszta prezentuje się różnie, od dzikiego piękna po rzadkie łaty chwastów. Parkowanie dozwolone jest tylko wzdłuż jednego pobocza i osoby tu niezamieszkałe, które ośmielą się postawić swój pojazd na publicznych miejscach, skazane są na znoszenie gniewu pani Nguyen. (Jeszcze nie widziałam człowieka, który popełniłby ten błąd dwa razy).

Mamy tu zwyczajną mieszankę sąsiadów: Petera Pantagesa (tak zwanego Greckiego Pete'a) pod numerem 1; Joan Waters (kłótliwą, niezłą sztukę) pod numerem 3 i Roksanę (napaloną samotną mamuśkę) wraz z siedmioletnim diabelskim nasieniem w osobie Persefony pod numerem 5. Po drugiej stronie mieszkam ja pod numerem 2; Stary Ishaan (mój arcywróg) wraz ze swoją szaloną chihuahuą Perełką obok mnie pod numerem 4 oraz państwo Nguyenowie - bardzo miła para, o ile nie korzystacie z publicznych miejsc parkingowych przy Kenny Lane - pod numerem 6.

Domy stoją wystarczająco blisko siebie, żebym mogła rzucać piłeczką tenisową do osób mieszkających po drugiej stronie ulicy, gdybym miała ochotę, choć, chyba nie muszę wspominać, wcale nie mam. Tak naprawdę, poza niezbędnym sąsiedzkim kontaktem - oskarżeniami o kradzież miejsca w śmietniku, przerzucaniem psich odchodów przez płot, gdy Perełka załatwi się w moim ogródku przed domem, oraz wspólnym narzekaniem na okropnego listonosza Dwayne'a - nie prowadzimy żadnych interakcji i właśnie to lubię.

To fajna uliczka, bez wątpienia. Ale to mój dom. Jedyny prawdziwy dom, jaki kiedykolwiek miałam. I choć uważam się za elastyczną w wielu kwestiach, nie znajduję w sobie elastyczności, gdy chodzi o Kenny Lane. W zasadzie to powiem wam coś wprost: zdołają mnie wykurzyć z tej ulicy tylko wtedy, gdy opuszczę ją w mahoniowej skrzyni. Bardzo długiej skrzyni.

Majtam herbacianą torebką Lady Grey we wrzątku, kiedy to widzę. Z kuchni mam bezpośredni widok na długi korytarz prowadzący do drzwi wejściowych, spod których wystaje świstek papieru.

- No, no, no, spójrzcie tylko - mówię do Dafne, która siedzi przy moim okrągłym stole, cierpliwie czekając na swoją herbatę. - To musi być następny list od Joan.

Joan spod trójki ma sześćdziesiąt kilka lat, schludnego, siwego boba, wypucowane czarne buty ortopedyczne i bystre, podejrzliwe spojrzenie. Odkąd się wprowadziła, wsuwa mi pod drzwi liściki: o tym, że moje oświetlenie antywłamaniowe świeci jej prosto w okno sypialni, o tym, że moje pojemniki na śmieci źle stoją, o tym, że moje róże wyrastają za daleko za płot i wkradają się na uliczkę. Gdybym nie miała o sobie tak wysokiego mniemania, obawiałabym się, że mnie nie lubi. Bratanek Joan, jak do znudzenia powtarza Joan, jest wspólnikiem w kancelarii. Zdołała wpleść ten szczegół w każdy list.

Twój bratanek wydaje się wspaniały - odpisałam na jej ostatnią wiadomość. Jednak zakładam, że dla mnie trochę za młody, poza tym nie szukam teraz nikogo.

Dafne parsknęła herbatą, gdy przeczytałam jej to na głos.

Przez lata, kiedy mieszkała przy uliczce, nigdy nie słyszałam, żeby Joan się odezwała. Ani słowem. Za każdym razem, gdy wołam: "dzień dobry", czmycha niczym szczur do kanału. Najwyraźniej Joan jest lepszą przyjaciółką korespondencyjną niż sąsiadką.

- Ciekawe, co tym razem zrobiłam? - pytam.

- Chyba nie odkryła naszej grządki z maryśką? - zastanawia się Dafne. - Mam nadzieję, że nie zna żadnego prawnika.

Złowieszczo chichoczemy.

Powłócząc nogami, podchodzę do drzwi; myślę sobie, że to będzie świetny temat do rozmowy podczas naszego podwieczorka. Może przeczytam list, naśladując głos królowej, żeby rozśmieszyć Dafne.

Dafne łatwo się śmieje, co jest bardzo niedocenianą cechą. Także bardzo niedoceniane są stroje, w jakie się ubiera. Dziś jest to karmazynowa koszula z krótkimi rękawkami i oślepiającą wieżą Eiffela z przodu. Oprawki jej okularów też są w kolorze karmazynu, tak jak koszulka. Dafne zawsze była dziwaczna, ale teraz wydaje się to wyostrzać, gdy jest starszą panią. Pociecha, którą mi przynosi, też zdaje się wyraźniejsza. Jeśli moje życie przypomina wystrzępiony wykres górek i dołków, to jej wygląda jak gruba solidna krecha pośrodku. Ale też nie czarna linia, nic tak nudnego. Linia Dafne jest karmazynowa.

Pochylam się, by podnieść liścik, łapiąc się za mój kapryśny krzyż. Planowałam zaczekać z otwarciem wiadomości, aż przysiądę, bo jest złożona wpół, ale kartka sama się rozprostowuje, bo nie zgięto jej z wystarczającym zapałem. "Artretyzm się odzywa, co nie, Joan?"

Podnoszę okulary zawieszone na szyi na łańcuszku i zakładam je na nos. To ksero starego artykułu z gazety. Bardzo starego artykułu z gazety. Musiano kserować go wielokrotnie, bo czcionka w większości jest rozmazana, nie sposób jej rozczytać. Jednak udaje mi się rozszyfrować tytuł, jasny jak słońce. Jego widok sprawia, że zaczyna mi się kręcić w głowie i czuję się, jakbym miała zemdleć.

- Co to? - pyta Dafne.

Odwracam kartkę w jej stronę. Powoli czyta tytuł, mrużąc oczy i bezgłośnie układając usta do każdego słowa. W końcu przestaje poruszać wargami i patrzy na mnie.

- Ktoś wie - mówię niepotrzebnie. - Ktoś wie, kim jestem.

To jest opowieść o miłości, tak przy okazji. Może tak nie wyglądać, biorąc pod uwagę całą tę krew, wnętrzności i morderstwo, niemniej tak właśnie jest. I nie ma większej historii miłosnej niż ta o platonicznej miłości kobiet. Takiej jak ta, która łączy mnie i Dafne.

Nie jesteśmy lesbijkami, nie wyobrażajcie sobie. Szczerze mówiąc, oburza mnie, że ludzie mogliby założyć coś takiego - nie to, żebym miała jakiś problem z lesbijkami, co kto lubi, jak mówię, ale chodzi mi o to, że ludzie tak mało cenią kobiecą przyjaźń, że nie mieści im się w głowie bliskość taka jak nasza, pozbawiona romantycznego wymiaru. Ich strata.

Niektórzy się ze mną nie zgodzą, rzecz jasna. Ludzie, którzy twierdzą, że romantyczna miłość przebija platoniczną przyjaźń kobiet. Lub miłość rodzicielską. Albo miłość do samej siebie. Ludzie ci jedynie zdradzają fakt, że nigdy nie przeżyli prawdziwej platonicznej kobiecej przyjaźni. Takiej przyjaźni, dla której obrony zrobisz wszystko - będziesz walczyć albo kraść. A nawet zabijać.

Oto prawda, o której rzadko się mówi: przyjaciele są jak tlen. Jeśli poszczęściło ci się wystarczająco i nigdy ci ich nie brakowało, możesz uznać, że przesadzam. Nie winię cię. Ale ja spędziłam sporą część życia, próbując złapać oddech, więc przyrzekam ci, że to prawda. Przyjaciółki są jak tlen. A ja wciąż żyję wyłącznie dzięki Dafne.

2

Pani Elsa?

Kiedy człowiek jest tak stary jak ja, dni stają się przewidywalne. Przykładowo każdego ranka wiem, że usłyszę kilka śpiewających wariatów wracających do domu po nocy spędzonej w barach. Wiem, że zobaczę panią Nguyen dwa domy dalej, jak pospiesznie mija moje okno w drodze do salonu paznokci. Wiem, że usłyszę Perełkę, zapomnianą przez Boga i ludzi chihuahuę Ishaana, ujadającą po śniadaniu. I tak dalej, i tym podobne. Sporo ludzi myśli, że osoby starsze znajdują pociechę w takiej monotonii i pewnie część z nich tak ma. Ale nie ja. Ja lubię zmianę. Przeważnie. Z drugiej strony pojawienie się na naszej ulicy enfant terrible - Persefony - to jedna zmiana, przez którą tęsknię za zamierzchłymi czasami.

- ELSA!

Powinnam, jak mniemam, wziąć na siebie część odpowiedzialności. W końcu to ja narażam się na takie nękanie, gdy postanawiam spędzić poranek na ganku. Niestety, choć mój dom szeregowy jest urokliwy, to naturalnego światła jest w nim jak na lekarstwo, a kobieta musi skądś czerpać witaminę D.

- Raczej pani Elsie - mówię do dziecka. - Else dla przyjaciół, do których ty nie należysz. Elsa dla nikogo.

Dafne i ja siedzimy na ganku przed domem, z otwartymi powieściami na kolanach, szukając ukojenia od skomlenia Perełki. Słowo daję, to taki hałas, od którego człowiek może oszaleć. Hau. Hau. Hau. W równych odstępach. Bez przerwy. Wysoki pisk, jednocześnie bezbronny i wściekły. Jedynym pocieszeniem jest to, że hałas odwraca moje myśli od artykułu.

- Zapomnij o nim - powtarza Dafne. - Wybij sobie ten głupi artykuł z głowy.

I robię tak, na krótko. Ale wciąż przyciąga moją uwagę, która leci do niego jak muchy do łajna. Wiem, że ludzie znają moją historię, rzecz jasna - jestem przypisem w niemal każdym artykule napisanym o koszmarach z dzieciństwa. I do tej pory mogłam do woli czytać te teksty w gazetach lub ignorować je z bezpiecznej pozycji, jaką daje mi względna anonimowość, ale teraz Joan - czy też ktoś, kto zostawił liścik pod moimi drzwiami - wie, gdzie mieszkam, więc czuję się obnażona tak, jak nie czułam się, odkąd skończyłam piętnaście lat.

Co do samego artykułu, to zawierał pewne nieścisłości, ale widywałam już znacznie gorsze. Dobrze zapisano moje imię i nazwisko moich rodziców. Wiedzieli, że byłam dzieckiem zamkniętym w sobie i że leżałam w szpitalu. I rzecz jasna słusznie donieśli, że z biegiem mojego młodego życia wszyscy w moim otoczeniu umierali. Bez tego drugiego szczegółu, oczywiście, pierwszy byłby zupełnie nieistotny.

- Ale mi się podoba Elsa! - jęczy Persefona. - Z Krainy lodu.

- A mnie się podoba Czarownica. - Przewracam kartkę mojej książki. - Mogę tak do ciebie mówić?

Dziecko chichocze. Dafne też. Na litość boską.

Persefona ma siedem lat, jest córką Roksany - bardzo atrakcyjnej kobiety, która wprowadziła się pod piątkę kilka miesięcy temu. Zdaje się, że ojciec dziecka nie bierze udziału w wychowaniu, choć był łańcuszek podejrzanych mężczyzn odwiedzających to miejsce o każdej porze nocy.

- Lubię seks - powiedziała mi Roksana, gdy uniosłam brwi na widok tego, jak żegna kolejnego towarzysza w pewien sobotni poranek.

- Gratuluję, kochana - radośnie powiedziała Dafne, lekko wzbijając pięść w powietrze.

- To twój chłopak? - dopytałam.

Roksana zmarszczyła nos.

- Boże, nie. Nie miewam chłopaków.

- Babki przed chłopami - zgodziła się Dafne. - Dziury przed pałami.

Przyznaję, zachichotałam. (Biedna Joan, która akurat przechodziła obok, wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć).

Zastanawiam się, czy to przez seks, czy przez dziecko Roksana jest taka zmęczona. Za każdym razem, gdy ją widzę, biedna dziewczyna ma worki pod oczami. Współczuję jej, jednak trzeba powiedzieć, że ma dość nieinterwencyjne podejście do rodzicielstwa, znikając, kiedy Persefona terroryzuje ulicę - chodzi po sąsiadach, domaga się drobnych datków na szkolną zbiórkę lub rozdaje obrazki wątpliwej jakości, które narysowała, po czym wraca, by dopilnować, by były odpowiednio wyeksponowane. Człowiek zastanawia się, skąd u dziecka tyle tupetu.

- Pani Elsa!

Wzdycham i spoglądam na nią znad oprawek okularów.

- Co?

- Muszę zrobić wywiad ze starszą osobą. Takie zadanie domowe.

Persefona, co tu dużo mówić, najwyraźniej dostała nietrafione imię. Każdy powie, że imię takie jak Persefona obarczone jest ciężarem oczekiwań. Persefona to zwinna dziewczynka o złotych włosach, dociekliwym spojrzeniu i zadumanej, zatroskanej duszy. Tymczasem to dziecko jest pyzate, ma mysiobrązowego boba i maleńkie oczka; zwyczajne jak mur z gliny. Brakuje jej też tylu zębów, że przypomina szesnastowieczną żebraczkę. Powinno mieć na imię Meduza. Albo Nawałnica.

- I? - naciskam.

- I... - Demonstracyjnie wpatruje się w Dafne i mnie. - Wy jesteście stare.

Dafne parska.

- Elsie jest starsza. Udzieli ci wywiadu.

Dziecko patrzy na mnie.

- Zrobi to pani?

- Czywiście, że tak.

Patrzę na Dafne spod byka. Zdrajczyni.

Macham do Petera, czyli Greckiego Pete'a, który wraca do domu z wyprawy do Aldi, sądząc po torbach z zakupami. Peter mieszka na wprost. Ma sześćdziesiąt sześć lat i przez większość czasu pije kawę i gra w tavli na ganku. Wychodzi z domu tylko po to, by stanąć w kolejce do Aldi i kupić telewizor albo automatyczny dozownik karmy dla psa, czy co tam akurat jest na wyprzedaży w danym tygodniu. Podczas powrotu zawsze podnosi swoje dobra, żebym mogła je podziwiać, a ja posłusznie to robię, bo lubię Petera. Od czasu do czasu próbuje sprzedać mi ekspres do kawy (bo teraz ma trzy, "wszystkie za gotówkę"), ale postawiłam granicę. Aż tak bardzo nie lubię Petera.

- Elsie! - woła. - Widziałaś, że mają w promocji te sekatory do żywopłotu z długą rączką w Aldi w tym tygodniu? W niezłej cenie.

- Naprawdę? - mówię. Nie muszę podkreślać, że Peter nie ma żywopłotu, zresztą nie posiada ani jednej rośliny na całym swoim podwórku. Typowy Grek, zabetonował wszystko na śmierć, gdy tylko się wprowadził.

- Czy to cholerne psisko wciąż szczeka? - pyta.

- Nie zamyka się ani na chwilę.

Peter nagle jest wściekły jak osa.

- Powinniśmy zadzwonić do rady - mówi.

Peter uwielbia wściekać się jak osa. Ja też to uwielbiam, prawdę mówiąc. To wspaniałe uczucie. Takie wyniosłe.

Peter znika w swoim domu. Gdy go nie ma, zauważam, że Persefona uważnie mi się przygląda.

- Uśmiecha się pani zawsze, jak pan Peter jest w pobliżu.

- Co? Bzdury.

- Właśnie że tak.

Zamierzam dalej protestować, ale nie ma sensu, dziecko już o tym zapomniało. Siada na krześle naprzeciwko, wprost na kolanach Dafne. Dafne promienieje. W przeciwieństwie do mnie zawsze miała słabość do dzieci.

- No, dobrze - mówi Persefona z ołówkiem wzniesionym nad podkładką do pisania. - To może zdusimy to w zadku?

Powoli i głęboko nabieram powietrza, po czym wypuszczam je z nieziemską cierpliwością.

- W zarodku.

Nie zwraca na mnie uwagi.

- Ile ma pani lat, Elsie?

- A jak myślisz, ile mam lat?

Przez chwilę ocenia mnie wzrokiem.

- Powiedziałabym, że... sto sześćdziesiąt siedem.

- Przynajmniej - dodaje Dafne.

Patrzę na nie z ukosa.

- Osiemdziesiąt jeden.

- Osiemdziesiąt jeden. - Persefona nie dowierza, ale zapisuje. To chyba nieetyczne, aż tak nie lubić czyjegoś dziecka. - No tak. Proszę opowiedzieć mi coś ciekawego. O dawnych czasach.

Podnosi na mnie wzrok, tak jakby oczekiwała historii o jeżdżeniu na dinozaurach i wykuwaniu alfabetu w kamieniu, czegoś w stylu Freda Flinstone'a.

- Na przykład? - pytam.

Myśli przez chwilę.

- Coś krwawego.

Zastanawiam się, czy to nie Persefona podrzuciła artykuł pod moje drzwi.

- Na przykład...?

- Dziadek Emmy poszedł na wojnę i oberwał kulką w nogę!

Persefona wygląda na zachwyconą, robi nawet mały pistolecik z kciuka i palca wskazującego i celuje w swoje udo. Dafne przyłącza się, strzelając z własnych pistoletów z palców.

- To prawda?

- Och, tak... wszędzie były krew i flaki.

- Flaki? Z jego nogi?

- Wszędzie - mówi. - Och! A babcia Teddy'ego nie miała nawet telewizji, kiedy była mała! - Marszczy czoło, zastanawiając się przez chwilę. - Musiała oglądać na telefonie.

- Albo na iPadzie? - podsuwa Dafne.

Przychodzi mi do głowy, że Persefona jest wrzodem na tyłku w wyniku działania jakiejś karmicznej siły. Jak wiecie, zawsze byłam idealną obywatelką. Mimo to z trudem znalazłabym zatwardziałego przestępcę najgorszego sortu, który zasługiwałby na taką torturę.

- Wiesz, z kim powinnaś przeprowadzić wywiad? - pytam w przebłysku geniuszu. - Z Ishaanem!

Ishaan, który ma dziewięćdziesiąt trzy lata, to moja nemezis. Mieszka obok od dwudziestu pięciu lat. Dzielił dom ze Starym Jimem jeszcze pięć lat temu, po czym Jim zmarł. "Koledzy", zawsze mawiali Jim i Stary Ishaan, kiedy wypływał temat wspólnego mieszkania. "Jesteśmy kolegami ze studiów". Tak jakby mnie obchodziło, czym zajmują się Stary Ishaan i Jim. Po śmierci Jima jakaś mądrala postanowiła podarować Ishaanowi diabelską chihuahuę, by dotrzymała mu towarzystwa. Ishaan sporo się postarzał, odkąd Stary Jim zmarł. Widuję go tylko wtedy, kiedy wychodzi na zewnątrz, powłócząc nogami, w swoim brązowym frotowym szlafroku, by odebrać przesyłkę z witaminami. (Ishaan nie natrafił jeszcze na witaminę, której by nie lubił. Zawsze zamawia je z iHerb. Mnie to nie przeszkadza, w końcu wolny kraj. Jeśli chce wydać ostatnie grosze na szarlatanów mających przywilej zażółcania jego sików, to życzę mu powodzenia).

- Nie żyje - mówi Persefona.

Wymieniamy spojrzenia z Dafne.

- Przepraszam?

- Nie żyje - powtarza głośniej. - N.I.E. Ż.Y.J.E.

- Skąd wiesz?

- No bo - wyjaśnia zniecierpliwiona - nie otworzył, kiedy wcześniej pukałam do drzwi.

- I założyłaś, że nie żyje? - pyta Dafne.

- Jest stary - odpowiada Persefona. W taki sposób, jakby próbowała wytłumaczyć prawidła matematyki głupim dzieciakom. - Sama pani mówiła. Starzy ludzie umierają.

- Starzy ludzie ucinają też sobie drzemki - mówię do niej, spoglądając na dom Ishaana.

- Ale pudła z witaminami zbierają się na progu - odpowiada Persefona.

- Perełka szczekała bardziej niż zwykle - dodaje Dafne.

Wzdycham, po czym dźwigam się z fotela.

- Gdzie idziesz?! - woła za mną Persefona.

- A jak myślisz, dokąd idę? Idę sprawdzić, czy Ishaan nie żyje.

- Ale mamy wywiad do zrobienia!

- Powiem ci jedno, jeśli stary drań ma w sobie jeszcze iskrę życia, to on udzieli tego cholernego wywiadu.

- A co, jeśli nie żyje? - pyta Persefona.

Milknę na chwilę.

- To wtedy go zabiję.

Naprawdę nie powinnam opowiadać takich rzeczy. To właśnie przez takie komentarze dziewczyna może wpaść w tarapaty. Powinnam to wiedzieć.

Czy zauważyliście kiedyś, że są dwa rodzaje listonoszy? Ci niezwykle pomocni. Ci, którzy głaszczą psa, chowają paczkę przed deszczem, czekają chwilę dłużej, aż starsza osoba podejdzie do drzwi. I jest też Dwayne, nasz listonosz.

Dwayne, proszę pamiętać. Nie Wayne. Nie Dane. Dwayne. Tak jakby jego matka miała udar, wypełniając świadectwo urodzenia i nabazgrała obok imienia "Wayne" coś przypominającego literę D.

Kiedy podchodzę do bramki Ishaana, Dwayne zatrzymuje skuter i wyjmuje małe kwadratowe pudełko z torby. Jeszcze więcej witamin, bez wątpienia.

- Nie ma w domu? - pyta Dwayne.

Pokazuję na małą górkę paczek zgromadzoną już na wycieraczce Ishaana.

- Najwidoczniej nie. Mogę odebrać.

- Nie może pani. Trzeba pokwitować.

Na litość boską. Tak jakby ktoś miał ukraść jego przeklęte witaminy.

- Pokwituję - mówię.

- A nazywa się pani Ishaan Patel?

- Nie ma nic mniej atrakcyjnego - oznajmiam Dwayne'owi - od mężczyzny pozbawionego poczucia humoru.

Dwayne wkłada pudełko z powrotem do torby i rusza do następnego domu, a ja podchodzę do małej sterty pudeł leżących już na wycieraczce Ishaana.

Walę do drzwi starą kołatką.

- Kiedy ostatni raz widziałeś Ishaana? - pytam Petera, który toczy swój śmietnik na kółkach, i mój, przed trawnik, przed wywózką.

- Ishaana? - Myśli przez chwilę. - Pewnie kilka dni temu. Akurat się pochylał, żeby podnieść paczkę z progu, kiedy przechodziłem obok. Jak mnie zauważył, to zawołał: "Witamina C!". Nie: "Dzień dobry. Czy myślałeś kiedyś o zażywaniu witaminy C?". Ani choćby: "Patrzcie, no, przyjechała moja witamina C". Tylko: "Witamina C!". Potem zniknął znów w domu. Tak między nami, to nawet ślepy by zobaczył, że Ishaan potrzebuje czegoś o wiele mocniejszego niż witamina C.

- Święta prawda. Dzięki, Peter.

Idzie dalej, nie zaniepokojony, a ja podchodzę do okna i zaglądam do środka. Nie sposób niczego zobaczyć przez brudne firanki.

Wracam do siebie, obok Dafne i Persefony, które wciąż są na moim ganku. Podłoga skrzypi, kiedy idę korytarzem - gdybym była młodsza, martwiłabym się, że muszę zrobić remont podłogi. Mijam sypialnię wyłożoną tapetą niegdyś w jaskrawych odcieniach pomarańczowego i brązowego, stanowiącymi ostatni krzyk mody w latach siedemdziesiątych; łazienkę z umywalką i toaletą o barwie awokado; pokój gościnny, z drzwiami jak zwykle zamkniętymi. Przechodzę do pomieszczenia na tyłach, na które składają się kuchnia, mieszanina pomarańczowego laminatu i tanich drewnianych szafek; kącik jadalniany złożony z jednego małego lakierowanego okrągłego stolika i czterech wytartych krzeseł; i salonu z wintydżowym fotelem i kanapą, oba meble tapicerowane są wyblakłym tweedem.

Za drzwiami na tyłach są małe, wyłożone kostką brukową podwórko i obrotowa suszarka do ubrań. Razem z Ishaanem dzielimy ogrodzenie po boku i parkan wychodzący na jego dom, więc wdrapuję się na niższy stopień i zaglądam.

Perełka widzi mnie i zaczyna histerycznie szczekać.

- Ishaan! - wołam, wychylając się przez płot. - Jesteś tam?

Żadnej odpowiedzi. Z drugiej strony Ishaan niedosłyszy, z trudem usłyszałby mnie nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach, nie wspominając o tym, że teraz przekrzykuję ujadanie Perełki.

- Przeskoczysz przez płot? - pyta nagle Dafne zza moich pleców.

- Chyba będę musiała.

To prawda, mam osiemdziesiąt jeden lat, ale jak już wspominałam, nie jestem przeciętną osiemdziesięciojednolatką. Zaczynam się wdrapywać. Idzie dość łatwo. W kolanie trochę mi strzyka, a wyświechtane drewno niewygodnie wbija mi się w stare dłonie, ale wszystko gra, bo przecież próbuję dotrzeć na górę. Mam nadzieję zobaczyć jakąś listwę, krzesło albo kącik grillowy, tak żebym mogła postawić na tym stopę, ale po drugiej stronie jest tylko spadek prosto na zachwaszczoną rabatę w ogródku.

- Widzi pani coś, pani Elso? - woła Persefona.

- Elsie - poprawiam ją. - I tak, widzę rozwścieczonego psa.

Persefona stojąca pod moim płotem daje mi motywację, jakiej potrzebowałam. Nie mam czasu na zastanowienie się, czy złamię biodro, czy zwichnę kark ani nawet jak wytłumaczę, że zakradam się przez tylny ogródek do Ishaana. Nie zastanawiam się, czy zatelefonowanie na policję, żeby wpadła sprawdzić, czy wszystko w porządku, nie byłoby lepszym pomysłem. Niestety przychodzi mi to do głowy dopiero, kiedy zsuwam się po płocie po stronie Ishaana i boleśnie zahaczam kostką o odłamek drewna albo gwóźdź.

- Cholera!

- Powiem mamie - woła Persefona. - Przeklęła pani.

- Spierdalaj - odpowiadam.

Dafne rechocze ze śmiechu.

Staję prosto. Ku mojemu zaskoczeniu Perełka nie odgryza mi kostki ani nawet moich luźnych spodni. Zamiast tego bacznie wpatruje się we mnie, po czym biegnie z powrotem do domu.

Do tej pory nie wzięłam pod uwagę jednej rzeczy: co zrobię, kiedy dostanę się na tylne podwórko Ishaana. Zwykle nie porywam się z motyką na słońce. Być może wpadłam w jakieś szaleństwo wywołane alzheimerem, o którym czytałam niedawno w "Tygodniku emeryta".

- Co teraz robisz?! - woła Dafne.

- Chyba... pójdę zapukać do drzwi na tyłach - mówię do niej i trochę do siebie.

Ale, jak się okazuje, nie muszę pukać, bo tylne drzwi Ishaana są szklane i widzę przez nie, że leży na podłodze w kuchni. Jest w swoim brązowym frotowym szlafroku, a jego skóra przybrała brudny biały kolor podłogi z linoleum. Ma otwarte oczy i nie mruga.

Perełka patrzy na niego z nosem wciśniętym w szybę, jej energiczne małe ciałko nagle opada z sił. Po raz pierwszy tego dnia nie ujada.

3

DAWNIEJ

Urodziłam się w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku, kiedy wojna właśnie dobiegała końca. Nazwano mnie Mabel Elsie Waller, byłam pierwszym dzieckiem Elliotta Wallera i Mary Fitzpatrick - pary słynącej w odpowiednich kręgach z dobrej prezencji, obrzydliwego bogactwa i Rosenhill, naszego okazałego domu, edwardiańskiej rezydencji z ogromną werandą, salonami z mahoniową boazerią i pełnoetatowym konserwatorem zieleni, który zwracał się do mojego ojca "sir" jeszcze na długo po tym, gdy wyszło to z mody. Dawniej był to dworek moich dziadków, a także kilku prominentnych postaci w Australii, w tym byłego premiera.

Moja mama i tata znani byli w naszej okolicy także jako rodzice Szalonej Mabel.

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek odkryła, że miałam taki przydomek. Tak samo nie odkrywałam tego, że mam niebieskie oczy albo cipkę, zawsze o tym wiedziałam, ale nigdy wiele nad tym nie myślałam. Jednak pamiętam dzień, kiedy dowiedziała się o tym moja matka.

To był niedzielny poranek parnego australijskiego lata, miałam sześć lat. Niebo przybrało barwę nieskończonego błękitu, w który można by skoczyć, a parafianie z kościoła mariackiego wysypali się na dziedziniec po mszy i natychmiast podzielili na trzy osobne frakcje: mężczyźni stojący w luźnych grupkach, rozmawiający o interesach; kobiety w zwartych kręgach, plotkujące o innych kobietach; i dzieci, które - pękające ze szczęścia po tym, jak zmuszono je do siedzenia bez ruchu przez godzinę - ganiały po trawniku przed plebanią, zdzierając sobie nawzajem czapki z głów i rzucając nimi jak frisbee przed wzbierającym ruchem ulicznym.

Dobiegła nas rozmowa mężczyzn - gadanina o rządzie Menziesa, rozbudowie i rozwoju przedmieść i tym, czy wróci jeszcze kiedyś paliwo na kartki. Rozmowy kobiet były lżejsze, pełne szeptów o tym, kogo widziano w domu towarowym Georges przy ulicy Collins w zeszłym tygodniu, która dziewczyna była zaręczona z kasjerem z banku i o tym, że syn tego a tego wstąpił do australijskich sił powietrznych.

Stałam przy boku mojej matki, co, jak wiedziałam, doprowadzało ją do szewskiej pasji, zwłaszcza gdy moja obecność przeszkadzała w ujawnianiu pewnych pikantnych plotek o innej matce. Mimo to wolałam jej irytację od upokorzenia, kiedy próbowałam dołączyć do grona, w którym nie byłam mile widziana.

Tamtego konkretnego dnia przepełniała mnie wdzięczność, że inne dziecko - mały chłopiec w wieku czterech lub pięciu lat - także uparł się, by trzymać się matczynej nogi, dzięki czemu nie byłam jedyna. Dopóki nie pokazał pulchnym paluszkiem na mnie i nie powiedział: "Ty jesteś Szalona Mabel".

Moja matka spojrzała w dół na chłopca, potem na mnie.

- Czy ty właśnie nazwałeś ją Szaloną Mabel?

Przytaknął.

- Dlaczego?

- Wszyscy tak mówią.

- Dlaczego?

Ani chłopiec, ani ja nie znaliśmy odpowiedzi na to pytanie. Nie przyszło mi do głowy, że powinien być jakiś powód, prócz okrucieństwa, rzecz jasna.

- Czy wszyscy tak cię nazywają? - spytała, kiedy nieco później wracałyśmy pieszo, w pulsującym gorącu, z mszy. - Nawet twoje przyjaciółki?

- Przyjaciółki?

Mama wyglądała tak, jakby chciała się powtórzyć. "Tak, Mabel, przyjaciółki". Potem ją oświeciło.

- Nie masz żadnych przyjaciółek?

Wydawało się niemożliwe, że to dla niej nowość. Czy mieszkała w jakimś innym domu, gdzie nieustannie rozbrzmiewał dzwonek do drzwi, a na podwórku na tyłach pełno było pisków dzieci z sąsiedztwa? Czy to możliwe, że była tak zaaferowana własnymi sprawami, że nie zauważyła, jaką porażką towarzyską jest jej córka?

Zamilkła, być może rozmyślając o wszystkich szansach na zaprzyjaźnienie się z kimś, jakie miałam - w grupie przedszkolnej, na zajęciach przykościelnych, na zabawie w domach jej przyjaciółek, które miały dzieci w podobnym do mnie wieku. Nie wypaliło z różnych powodów. Dzieciaki z Kościoła nie uważały mnie za wystarczająco pobożną; dzieci z przedszkola bały się wysokich osób; bliźniaczki, córki przyjaciółki mojej matki, Pauline, miały już siebie, więc nie potrzebowały więcej przyjaznych dusz. Nigdy wyraźnie nie powiedziałam o tym mojej mamie, nie łączyła nas tego rodzaju więź. Ale zakładałam, że zauważyła. Myślałam, że milczała, by mnie nie zawstydzać.

- Miałam Dafne - przyznałam.

Powiedziałam to, próbując pocieszyć mamę, ale nie wywołało to pożądanego skutku.

Dafne była w mojej grupie czterolatków w przedszkolu. Dołączyła kilka tygodni po nas, kiedy jej rodzice przeprowadzili się tu z Anglii. Po tygodniach krążenia za przedszkolanką w czasie zabaw, kiedy dzieciaki dobierały się w grupy i bawiły wspólnie, podeszła prosto do mnie i powiedziała: "Jesteś księżniczką, a ja jestem złą królową, uciekaj do wieży".

I tak się zaczęło.

Dafne była przyjaciółką, na którą czekałam. Miała śmieszny akcent i używała takich słów jak "banialuki" czy "klawo" oraz mojego ulubionego wyrażenia: "czywiście, że tak". Jadła chleb z masłem i Marmite oraz powtarzała: "a niech to", kiedy coś ją zaskoczyło. Była najwspanialszym, co mi się w życiu przydarzyło - zawadiacka i niesforna, zawsze razem broiłyśmy. Być może właśnie dlatego moja matka nie była okropnie rozczarowana, kiedy przekazałam jej wiadomość, że Dafne wraca do Anglii.

Ale mnie pękło serce.

- Cóż - powiedziała moja mama, kiedy ruszyłyśmy w dalszą drogę. Sięgnęła do delikatnej skórzanej kopertówki od Finlay Bros i wyjęła chusteczkę, którą zwykle muskała czoło. - Jeszcze będziesz miała inne przyjaciółki. W szkole. Nie martw się.

W szkole, jak postanowiła moja mama, w końcu z kimś się zaprzyjaźnię. Była o tym przekonana. Nie podzielałam jej optymizmu. Już w młodym wieku rozumiałam, że szkoła to tylko wygodne miejsce, w którym umieszczało się dzieci i młodzież na te lata, kiedy jeszcze nie można było wysłać nieletnich do pracy. Zakonnice będą surowe, mundurki drapiące, a dni dłużące się. Jednak mama była stanowcza.

Próbowałam nie gasić jej zapału, jednak najwyraźniej nie starałam się wystarczająco mocno. Ponieważ kiedy nadszedł mój pierwszy dzień, byłam pełna nadziei. Niemal wyczekująca. Niestety wraz z wielkimi oczekiwaniami przyszło wielkie rozczarowanie.

Szkoła to udręka. Jasne, znalazłoby się kilka osób nietkniętych zawrotnym szkolnym okrucieństwem, osób, które przepłynęły przez nią niczym jacht popychany wiatrem w żagle, jednak większość z nas zgodziłaby się, że było koszmarnie. Sztywne, drapiące mundurki. Milcząco przyjęta przez wszystkich hierarchia na boisku, pilnowana surowiej niż ta w świecie dorosłych. Brak kontroli nad własnym życiem. Złośliwość i nieprzewidywalność grupy rówieśniczej zaprogramowanej na ochronę swojej pozycji w stadzie za wszelką cenę. Nieugięta nieuchronność szkoły, dzień po dniu, dzień za dniem. Żeby dolać oliwy do ognia, starsi ludzie sprzedają ci szkołę niczym złoty bilet do fabryki czekolady Willy'ego Wonki. Skoro już mowa o robieniu z kogoś wariata.

Jako jedyne dziecko niezainteresowanych rodziców byłam zdana na siebie przez większość kształtujących mnie lat - zachęcana, żebym uciekała się bawić lub po prostu nie kręciła się tutaj. Kiedy dzieci są na tyle duże, by chodzić, oczekuje się, że wyjdą za drzwi i zaczną psocić gdzie indziej. Nie ma nic złego w takim modelu rodzicielstwa, który dobrze sprawdzał się w przypadku wielu pociech. Były plaża i busz do eksplorowania, wózki do wyścigów i granie w rugby w opuszczonych miejscach aż do momentu zapalenia latarni ulicznych. Ale dla mnie, pozbawionej przyjaciół, oznaczało to, że dzieciństwo było rozpaczliwie, boleśnie samotne.

Biorąc pod uwagę mój zapał do nauki, moje rude włosy i nietypowy wzrost, stałam się oczywistym celem szykanowania w szkole. Mądra dziewczyna, która lubiła książki i miała czelność przewyższać połowę chłopaków? Niewybaczalne. W czwartej klasie zamknęli mnie w męskiej szkolnej łazience i nie wypuścili, aż byłam gotowa oświadczyć, że jestem obojnakiem. W szóstej klasie w szkolnym autobusie walnęli mnie w kręgosłup tak mocno, że się zmoczyłam. Kierowca autobusu się nie zatrzymał. Zawołał jedynie, żebyśmy "uspokoili się tam, z tyłu". W siódmej klasie ostro oberwałam sześć razy pasem w rękę od brata Stanisława za zniszczenie książki ze szkolnej biblioteki, którą podłożono mi do plecaka.

Te zniewagi były przygnębiające, rzecz jasna, ale nic nie było równie zawstydzające jak przedstawienie, które odstawiałam każdego popołudnia, kiedy mama pytała:

- Jak było w szkole?

- Świetnie - odpowiadałam. - Cudownie!

Od czasu do czasu, jeśli potrafiłam, fabrykowałam historyjkę o czymś zabawnym, co wydarzyło się w klasie, lub o kimś, z kim się zaprzyjaźniłam. Czasami kręciłam się po domu i udawałam, że jedna z dziewczynek kilka przecznic dalej zaprosiła mnie na podwieczorek. Choć szlachetnie byłoby, gdybym robiła to dla mamy, ale to nie była prawda. Robiłam to dla siebie. Ponieważ jak wiedzą ci, których wybrano na ofiary, gorszy od samego nękania był wstyd związany z mówieniem o nim.

Mój pokój w Rosehill był ogromny ze wszech miar. Miał nawet własną łazienkę, bawialnię i dwa ogromne okna - jedno wychodziło na pasmo złocistego piasku wiodące nad zatokę, a drugie, wielkie wykuszowe z kanapą, na ślepą uliczkę.

Okno wykuszowe dawało mi ogląd na sytuację i dzieci bawiące się w sąsiedztwie, co zawsze tam robiły. Większość zabaw kręciła się wokół sportu. Latem chłopcy grali w krykieta; zimą przychodziła pora na piłkę nożną, a nasza brama na podjazd służyła za bramkę. Kiedy była ładna pogoda, otwierałam okno, żeby móc słyszeć ich rozmowy.

Kiedy moja mama zauważyła, że patrzę, proponowała, żebym dołączyła do dzieciaków, jakby to było takie proste. Gdy odmawiałam, dochodziła do wniosku, że to moja niechęć do podejmowania prób powodowała problemy z przyjaciółmi. Teatralnie wzdychała, wygładzała plisy spódnicy i przypominała mi, że kiedy była w moim wieku, zapraszała przyjaciółki na "biszkopt i syrop owocowy" prawie w każdy weekend. Po jakimś czasie rozumiałam, że muszę pomaszerować na dół, choćby tylko po to, by zadowolić mamę i żeby sama mnie tam nie zaprowadziła.

Wybrałam dzień, kiedy podsłuchałam, jak dzieciaki z ulicy obmyślają plan, by wspinać się na ogrodzenie na tyłach wszystkich domów na wyścigi - wyzwanie tylnego podwórka. Najwyraźniej Caseyowie spod piątki mieli nowego robota kuchennego Sunbeam Mixmaster i ten, kto przejdzie przez cały ślepy zaułek nieprzyłapany przez dorosłych, wygra słynny słodowy koktajl mleczny pani Casey, podawany w zmrożonym metalowym kubku. Nie jestem pewna, czy to była moja wiara w zdolności wspinania się, czy też miłość do szejków, w każdym razie coś skłoniło mnie do zerwania się z kanapy tamtego dnia i podejścia ukradkiem do grupy dzieciaków, która dyskutowała, gdzie najlepiej zacząć konkurs, i wypaliłam:

- Mogę wystartować?

Jak się spodziewałam, dzieci podejrzliwie mi się przyglądały. Tak jakbym wyszła z pokładu latającego spodka, o którym mówili w radiu 3XY.

- Mam na myśli wyzwania - wyjaśniłam. - Chcę... dołączyć.

Strzelali oczami, tak jakby nie mogli rozpracować, kto mógłby udzielić odpowiedzi. To był tak osobliwy świat polityki podwórkowej - hierarchii powstałych na podstawie stopnia sprawności w futbolu australijskim, starszeństwa w rodzeństwie i czystej siły osobowości. Kilkoro młodszych dzieci wyglądało na przestraszonych. Ja też się bałam, ale uważałam, by tego nie okazać. Miałam największe szanse, jak się domyśliłam, jeśli będę działała tak, jakbym zasługiwała na to, by tu być, albo, broń Boże, jakbym przynależała do grupy.

W końcu Billy Harris stanął na wysokości zadania, stając się samozwańczym autorytetem. Był najstarszym spośród chłopaków Harrisów i równie przystojnym, co głupim. Nigdy nie lubiłam synów państwa Harrisów. Przebiegłe oczka, takie same jak u ojca.

- Dobra - powiedział Billy. - Możesz mierzyć czas, Mabel. Idź do ogrodu i czekaj przy płocie. Kiedy zwycięzca dobiegnie, wróć i powiedz nam, kto to był. - Billy nawet nie próbował ukrywać przebiegłego uśmieszku. - Zaczekaj, aż zwycięzca się pojawi. Nie chcę cię tutaj widzieć, zanim wygrany nie przejdzie przez twój płot.

Kiedy grupa odbiegła, pocieszyłam się myślą, że i tak już wiedziałam: nikt się nie zjawi.

4

Rosehill, mój rodzinny dom, był i wciąż jest najpiękniejszym domostwem, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie mówię tego, bo jestem zarozumiała, nie mam też słabości do pięknych rezydencji, ale fakt pozostaje faktem - to było zjawiskowe miejsce. Wspaniała edwardiańska rezydencja z salą balową, oranżerią, basenem i oddzielnym domem dla gości. Ściany były pokryte tapetą i boazerią, sufity wysokie i tapetowane, gzymsy misternie zdobione. Bujne ogrody i przepastne trawniki słynęły z parafialnych poszukiwań jajek na Wielkanoc i rosły tam na długo przed tym, zanim dom trafił do nas.

I choć prawdą jest, że Rosehill cieszył się miłością naszej społeczności, to nikt nie kochał go bardziej od mojego ojca. Podczas przyjęć brylował w towarzystwie, snuł opowieści o jego dziejach, jego ulubioną była osobista historia związana z domem.

- Kiedy byłem chłopcem, zwykle mijałem Rosehill codziennie rano, kiedy szedłem do szkoły. Ale uwaga, Rosehill nie leżało po drodze do mojej szkoły, trzeba było nadłożyć pół godziny o poranku, ale dzień za dniem przechodziłem tamtędy.

- Zwykle spoglądałem na niego z drogi, ale pewnego razu byłem tu, kiedy sprzedawca lodów przyjechał wozem zaprzęgniętym w konia i bramy się otworzyły, więc mogłem zobaczyć cały podjazd. Myślałem, że to musi być zamek, bo w oknie znajdowała się księżniczka - tu obracał się do mamy, nachylając kieliszek w jej stronę - moja przyszła żona.

Te słowa zawsze wywoływały reakcję "oooch" z ust kobiet, docinki od jednego z mężczyzn oraz, jak się spodziewano, lekki rumieniec u mojej matki.

- Chyba wtedy już wiedziałem, że Rosehill pewnego dnia będzie moje. Wiedziałem, że to ja zostanę księciem.

Musiało minąć sporo czasu, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie była to historia miłosna mojej matki i ojca. Była to miłość mojego ojca do domu.

Z początku zauważałam ją w drobiazgach - w zamyśleniu, z jakim sunął dłonią po poręczy, schodząc po schodach, w tym, jak pił poranną herbatę na werandzie, nie dla promieni słońca, ale wspaniałych kolumn okalających wejście. Zaczęłam obserwować, jak mówił o Rosehill - nie jak o miejscu, w którym mieszkał, ale jak o czymś, co posiadał, co zdołał podbić.

A moja matka? Stanowiła część historii, choć w inny sposób, niż sądziłam. Była dziewczyną z okna. Księżniczką w zamku. Nie tyle kochaną, ile... będącą tam.

W kącie sypialni mojej matki stała toaletka z małym owalnym lustrem pośrodku i dwoma mniejszymi lustrzanymi owalami po bokach. Przy niej znajdowała się tapicerowana ławka wsunięta pod spód. Toaletka była wypolerowanym drewnianym meblem o zaokrąglonych krawędziach i delikatnych rzeźbionych nogach. Wiedziałam z ilustrowanych bajek dla dzieci, że dziewczyna powinna siedzieć przed nią wieczorami, kiedy zdejmuje biżuterię, po czym stukrotnie szczotkuje włosy. Sporą część dzieciństwa spędziłam na siedzeniu przed toaletką wśród luksusowych szminek Lancôme, pudrów od Yardley i delikatnych szklanych flakoników z perfumami Shalimar - patrząc, jak mama szykuje się na wieczorne wyjście, i słuchając Blue Hills, jej ulubionego słuchowiska, z bezprzewodowego radia.

- Kiedy zaczyna się Blue Hills - zwykle mawiała - świat się zatrzymuje.

Mama piła sherry albo czasami dżin, kiedy przygotowywała się na wieczór poza domem. Czasami piła i to, i to, i to w sporych ilościach. Może to i dobrze. Było dobrze w te dni, kiedy postanawiała zafundować mi metamorfozę. (Nie interesował mnie makijaż, ale niezwykle interesowała mnie uwaga mojej matki, więc było to bardzo mile widziane). Czasami obracała mnie plecami do lustra, dopóki nie skończyła, by potem móc zrobić "odsłonę". Podkręcała moje rzęsy, szczypała mnie w policzki i starannie aplikowała odrobinę pomadki - w odcieniu czerwieni Red-Red od Tangee.

- To idealna czerwień - komentowała za każdym razem. - Taka krwista.

Zawsze wstrzymywałam oddech i klaskałam, kiedy w końcu mnie obracała i patrzyła na mnie z lekkim zadowolonym uśmiechem.

W kiepskie dni, zamiast patrzeć na mnie z uśmiechem, zaczynała płakać. Czasami płakała tak głośno i tak długo, że cały dom pulsował w rytmie szlochu. Pewnego dnia tak bardzo się zdenerwowała, że przebiła pięścią duże owalne lustro, do końca, aż na drugą stronę.

Miała rację, pomyślałam, kiedy obserwowała krew płynącą po jej nadgarstku. To był idealny odcień krwistej czerwieni Red-Red od Tangee.

5

Jesteś córką Elliotta i Mary? - Wypatrywałam rozpaczliwie matki przez gęsty dym papierosowy wypełniający jadalnię, kiedy podszedł do mnie mężczyzna z wąsem. Obudziły mnie pijackie wrzaski wyjątkowo hałaśliwego przyjęcia - nie tak rzadkie zdarzenie dla mnie. Moi rodzice słynęli z hucznych, epickich wręcz imprez, bo byli zamożni - zasługa biznesu protez należącego do moich dziadków (ówcześnie prowadzonego przez mojego ojca). Niejednej nocy, schodząc na dół ze swojego pokoju, zastawałam nietrzeźwych gości policzkujących się nawzajem tytanowymi rękoma, a na białym obrusie obok resztek pieczeni wołowej i Yorkshire puddingu leżała panewka stawu biodrowego. Nawet nie mrugnęłam powieką.

- Przepraszam?

- Spytałem - wybełkotał - czy jesteś córką Elliotta i Mary?

Zastanawiałam się, czy mężczyzna ma problemy ze wzrokiem. Jakim cudem ktoś mógł patrzeć na mnie i nie widzieć mocnego nosa i szczęki mojego ojca oraz bladej cery, niebieskich oczu i dużego czoła mojej matki? To, skąd wziął się kolor moich włosów, stanowiło przedmiot sporu między moimi rodzicami - choć matka była blondynką, a ojciec najciemniejszym szatynem, oboje mieli irlandzko-katolickie pochodzenie, co oznaczało, według mojej cioci Cess, że próby odpędzenia widma rudzielców byłyby daremnym trudem.

Mężczyzna cofnął się o krok, przecząco kręcąc głową.

Rozumiałam już wtedy, o czym myślał. Że nie byłam piękna, jak moja matka o jasnej brzoskwiniowej karnacji, blond włosach zakręconych w delikatne loki lub upiętych skrzętnie po francusku na fryzurę bouffant, trzymających się na miejscu bez względu na pogodę. Rozumiałam też, że to mój niedostatek. Rozumiałam to, jeszcze zanim pojęłam, dlaczego tak jest.

- Jest trochę za młoda, nawet dla ciebie, Arthurze - powiedziała mama, stając za mną i obracając mnie jak baletnicę.

Arthur zachichotał, nagle czarujący.

- Touché, Mary.

Mary, według każdego, kogo spytać o zdanie, zawsze rozkręcała zabawę. Może na to wpływać fakt, że przez większość czasu była pijana, ale choć byłam wstawiona raz czy dwa razy w życiu, to jakoś nie pamiętam, by ktoś mi zarzucał, że "rozkręcam zabawę".

- Czemu zawdzięczam tę wielką przyjemność, Mabel?

- Hałas mnie zbudził.

- Więc pomyślałaś sobie, że zejdziesz i zatańczysz? - Znów mnie okręciła, a ja wpadłam na krążącego kelnera, i w efekcie rozlałam drinki na tacy.

- Niech to - powiedziała matka, puszczając mnie. - Szybko, zmykaj do łóżka. Zanim ojciec cię zobaczy.

To wystarczyło, żebym wzięła nogi za pas. W przeciwieństwie do matki, która stawała się nieprzewidywalna po kilku drinkach, ojciec był bardzo przewidywalnie wybuchowy, nawet kiedy nie robiłam niczego, czego nie powinnam. Rzuciłam się do ucieczki, przeciskając się przez tłum.

Przystanęłam na chwilę na głównych schodach. Stałam pośrodku domu, pod żyrandolem w holu, to była moja ulubiona część rezydencji. Klatka schodowa, zrobiona z bogatego, polerowanego mahoniu, schodziła w całości z najwyższego piętra, potem dzieliła się na dwoje na półpiętrze, połowa omiatała prawą stronę, druga połowa lewą. Zawsze, kiedy nią schodziłam, czułam się jak księżniczka.

To była ta część wieczoru, kiedy ludzie byli zbyt pijani, by dużo zauważać, dzięki czemu mogłam pysznie ich obserwować. Stosunkowo łatwo też było pozostać niezauważoną, gdy schowałam się za schodami przy ślimacznicy. Po kilku spędzonych tam minutach zaczynałam sądzić, że jestem niewidzialna, więc kiedy kobieta z platynowym blond pudlem nagle zjawiła się i spojrzała mi prosto w oczy, zatkało mi dech w piersi.

- Nie powinnaś być w łóżku? - Podniosła na mnie idealne brwi.

Była najwytworniejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziałam. Miała na sobie białą jedwabną bluzkę i zwiewną, lekką rozkloszowaną spódnicę w czarne motyle. Jej wargi, teatralnie czerwone, ostro kontrastowały z niemal białymi włosami i zostawiły plamę na końcu wąskiego białego papierosa.

Zaciągnęła się, po czym obróciła głowę, by wypuścić dym.

- Nie jesteś zmęczona, hm?

- Nie.

- Ja tak. - Ku mojemu zaskoczeniu przysiadła obok mnie na stopniu. Jej lekka jak mgiełka spódnica była tak puszysta, że musiałam wcisnąć się w balustradę, by zrobić dla niej miejsce.

- Musisz czuć się samotnie, będąc jedynaczką w takim dużym domu - powiedziała.

Przytaknęłam. Wbiłam oczy w swoje stopy, ale czułam na sobie jej spojrzenie.

- Pewnie żałujesz tego, co przytrafiło się Kitty.

Podniosłam wzrok.

Nie było nic niezwykłego w tym, że dorośli gadali od rzeczy na przyjęciach moich rodziców. Niezwykłe było to, że wciągnęli w to gadanie mnie.

- Co pani ma na myśli?

- Susan.

Zarówno kobieta, jak i ja przestraszyłyśmy się głosu mojego ojca. Stał na dole schodów z rozpiętą koszulą i zaczerwienionymi od wina policzkami.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej