Szaleństwo - Susan Vaught

Reflow text when sidebars are open.
- Ostrożnie, Forest! - Leslie Hyatt trzepnęła mnie w dłoń tak mocno, że omal nie wypuściłam grzebienia, który próbowałam uwolnić z upartych białych włosów pani Sally.
Ciemne oczy Leslie zwęziły się w szparki, podwajając liczbę zmarszczek na jej czole. Kiedy uniosła rękę, aby wycelować we mnie oskarżycielsko palec, jej zbyt duży czarny fartuch rozłożył się niczym wachlarz, upodabniając ją do ogromnego nietoperza.
- A gdyby to była twoja babcia, dziewczyno? Chciałabyś, żeby targała ją za włosy jakaś durna pannica, co to nie umie zapleść warkocza, nie ściągając biednej kobiecie skalpu?
Okrążyła Sally, która siedziała na swoim wózku, nie poruszając się i nie wydając żadnych dźwięków, trzymając w dłoni czarno-białą fotografię mężczyzny, którego nie widziała od czasów swojej młodości.
- Dawaj to. - Leslie wyjęła mi grzebień z ręki. - Mówiłam ci, że to się robi tak.
Zaczęła poruszać grzebieniem, jego zęby delikatnie oddzielały coraz to węższe i węższe pasma włosów. Zostawały dokładnie tam, gdzie chciała.
Obróciłam bransoletkę z jarzębinowego drzewa na moim prawym nadgarstku, gładząc palcami znajomą rzeźbioną powierzchnię i gładkie żelazne ćwieki.
- Przepraszam. - Zdobyłam się na uśmiech mimo piekącej dłoni.
Lubiłam Leslie. Pomagała mi, odkąd przyszłam do pracy na drugiej zmianie w Szpitalu Psychiatrycznym imienia Lincolna.
To było sześć miesięcy temu - dwa dni po moich osiemnastych urodzinach, kiedy opuściłam rodzinę zastępczą, musiałam zdać zaoczną maturę i znaleźć sobie jakieś mieszkanie. Jeśli akurat nie rwałam włosów z głowy, pracowałam w Lincolnie jako popychadło najniższego szczebla - dziewczyna od kąpania, szorowania basenów i zmieniania pościeli. Obcinałam zagrzybione paznokcie, zmieniałam przepocone ubrania i cuchnące pieluchy, ścieliłam łóżka, karmiłam pacjentów, znosiłam opluwanie, kąsanie, kopniaki i wyzwiska, a wszystko po to, aby zapewnić względną czystość i komfort dziewiętnaściorgu staruszków na zapomnianym przez Boga i ludzi oddziale w suterenie równie zapomnianego stanowego szpitala psychiatrycznego. Dopóki przynosiło mi to pensyjkę, ubezpieczenie i możliwość dorobienia nadgodzinami, robiłam wszystko z uśmiechem na ustach, i to szczerym. Z każdym dolarem, który udało mi się odłożyć, zamiast wydać na czynsz i jedzenie, byłam o dolara bliżej wstąpienia do college'u i wyrwania się z Never w stanie Kentucky.
Gdy Leslie rozczesywała włosy Sally, za murami szpitala zbudowanymi z wapienia o cedrowym kolorze dał się słyszeć grzmot. Zrazu cichy i odległy, łoskot narastał, narastał i narastał, aż zakratowane okna zadygotały w ramach, a świetlówki pod stropem zamigotały nerwowo. Pacjenci znajdujący się w holu oddziału geriatrycznego Lincolna zaczęli mamrotać albo pojękiwać, wiercąc się w swoich wózkach. Kilkoro potoczyło się w stronę swoich sal.
- Wszystko jest w porządku! - zawołała Leslie, przerywając czesanie. - To tylko chłopcy z technicznego. Zasypują te stare tunele pod budynkiem administracji.
Jej dźwięczny pielęgniarski głos potoczył się po posadzce niczym przyjazny grom niosący ludziom uśmiech i spokojny sen. Leslie miała około sześćdziesięciu lat. Pracę w Lincolnie rozpoczęła jako dwudziestotrzylatka. Niektórych pacjentów znała przez większą część swojego życia, czasem także ich. Teraz na dźwięk jej głosu starcy zatrzymywali swoje wózki albo przynajmniej przestawali podnosić wrzawę i robić przerażone miny.
Budynek zatrząsł się znowu i tym razem światła zgasły na dobre. Kilka sekund ciemności, które upłynęły, zanim włączył się zapasowy generator, spędziłam na bezdechu. Tu, na dole, nie mieliśmy prawdziwych okien, tylko kilka rzędów wąskich szyb umieszczonych tak wysoko, że dotykały sufitu. No i był październik, więc robiło się ciemno, jak tylko skończyliśmy podawać obiad.
Kiedy Leslie złapała mnie za ramię, podskoczyłam.
- Musisz być spokojna - powiedziała głosem łagodnym, ale podbitym stalą. - Są bezbronni i nie wiedzą, co się dzieje. Te młoty pneumatyczne i wybuchy, w końcu jakiś biedak dostanie przez to zawału. - Zdecydowanym ruchem wręczyła mi grzebień. - A skoro tak się denerwujesz, naprawdę chcesz zostać na swojego pierwszego dubla dzisiaj? Tak blisko Święta Zmarłych?
Dlaczego serce łomotało mi tak mocno? Chciałam odpowiedzieć, ale bałam się, że z mojego gardła ściśniętego myślą o spędzeniu nocy w szpitalu wydobędzie się tylko skrzek. Skinęłam więc głową.
- No dobra. - Leslie wzruszyła ramionami. - Nikt lepiej od ciebie nie zaopiekuje się moimi skrzatami tu, na dole, ale nie wiem, czy nadajesz się na nocną zmianę. Kiedy zaczną bić dzwony, a ty wylecisz do ciemnego holu, robiąc w gacie, zanim dobiegniesz do łazienki, pamiętaj, że cię ostrzegałam.
- Nie ma żadnych dzwonów. - Wróciłam do czesania Sally, uważając, aby nie zaplątać bransoletki w jej włosy. - Mówili nam na szkoleniu. Dom pod wieżą nie odezwał się od trzydziestu lat.
Pani Sally zaczęła rozmawiać z fotografią, szepcząc do niej i chichocząc cicho. Nadstawiłam ucha i kilka razy wyłowiłam słowo "dzwony".
- Taa, trzydzieści lat. Tak właśnie mówią. - Leslie puściła do mnie oczko i ruszyła do pacjentki, którą czesała, zanim przyszła pomóc mi przy Sally.
- Dzwony... - szepnęła znów pani Sally, wpatrując się w odbitkę.
Kiedy w 1802 roku zbudowano szpital Lincolna, rezydencja ordynatora otrzymała wieżę zegarową z trzema wielkimi dzwonami na szczycie. Dzwoniły na pobudkę, posiłki i gaszenie świateł, pięć razy dziennie, punktualne jak wskazówki na cyferblacie, który zdobił mur z tego dziwacznie zabarwionego wapienia. Gdyby dzwony odezwały się o jakiejkolwiek innej porze, mieszkańcy Never mieli czym prędzej zatrzasnąć okiennice, zaryglować drzwi domów i ruszyć na pomoc w poszukiwaniach zbiegłego pacjenta. W tamtych czasach w szpitalu mieszkały cztery tysiące chorych, niektórzy od urodzenia aż po dzień śmierci. Dziś mieliśmy pod opieką może ze trzysta osób, przeważnie ludzi zbyt niedołężnych i schorowanych, aby mogli trafić do innego ośrodka w Never albo jednym z okolicznych miasteczek w południowym Kentucky. Dom pod wieżą zamknięto około roku 1980, ponieważ utrzymywanie go w dobrym stanie kosztowało zbyt dużo pieniędzy. Dziś szpital wykorzystywał budynek do przechowywania akt i rejestrów.
- Nie wychodź w nocy - powiedziała pani Sally do swojego zdjęcia, kiedy podziwiałam pierwszy splot warkocza, który nareszcie udało mi się porządnie zacząć. - Jeśli zadzwonią dzwony, nie wychodź w nocy.
Moje palce znieruchomiały.
Nie przesłyszałam się?
Pani Sally mówiła zdaniami, ale przeważnie był to bełkot przerywany imionami i pojedynczymi słowami.
- Nie wychodź w nocy - powiedziała jeszcze raz i pokiwała głową, jakby komuś przytakiwała.
Puściłam włosy i obeszłam jej wózek, aby przyklęknąć przed nią i spojrzeć w tę marmurową, porytą zmarszczkami twarz. Oczy staruszki były utkwione w fotografii, usta poruszały się bezdźwięcznie.
Kolejny wybuch huknął w oddali i przetoczył się grzmotem przez stary szpital jak nadciągająca burza.
- Mam nadzieję, że wiedzą, co robią - powiedziała Leslie na tyle głośno, aby jej słowa dotarły do mnie przez szerokość korytarza. - Te tunele straszyły tam od lat - dodała i nawet nie zaczerpnąwszy tchu, płynnie przeszła do: - Nic się nie dzieje, ludziska! Wszystko jest dobrze. Nawet jeśli zwalą sobie tę starą wieżę na łby, nam tutaj nic nie grozi.
- Nie wychodź w nocy - szepnęła do mnie pani Sally, wysuwając sękatą dłoń w stronę mojej bransoletki.
Dotknęła drewna i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Potem spojrzała na mnie - naprawdę spojrzała. Mętny nalot obłędu nagle zniknął z jej oczu.
Ciarki przebiegły mi po karku i ramionach. Opadła mi szczęka. Czułam, że powinnam coś odpowiedzieć, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Pani Sally podsunęła mi fotografię, jakby chciała, abym ją wzięła.
Nie ma mowy. Nie-ma-mo-wy!
Pomachała mi zdjęciem przed nosem.
- On chce z tobą porozmawiać - wyszeptała.
Przysięgam, nie byłam w stanie ruszyć choćby palcem.
Wiedziałam, że pani Sally jest chora, że słyszy głosy i rozmawiała z tym zdjęciem na długo, zanim przyszłam na świat. Słyszałam historie o jej małżeństwie, o dzieciach i o tym, jak po urodzeniu ostatniego z nich zgubiła piątą klepkę i zaczęła biegać nago po ulicach, wykrzykując coś o strzygoniach i tamtej stronie, słuchając głosów, których nikt poza nią nie słyszał. Nie miałam pojęcia, jak wówczas nazywano jej chorobę, ale obecna diagnoza brzmiała nowocześnie i oficjalnie: zaburzenie schizoafektywne typu dwubiegunowego. Żaden lek jej nie pomógł i już nigdy nie wróciła do domu. Jej mąż odwiedzał ją codziennie aż do pewnego dnia w 1952 roku, kiedy po prostu przestał się pojawiać.
Pani Sally była przemiłą, ale bardzo chorą osobą, która nie była w stanie walczyć ze swoją wiarą w takie rzeczy jak gadające fotografie. Moim zadaniem było pozostawanie w realnym świecie i pomaganie jej. Wiedziałam, że powinnam być dla niej miła i starać się ją ukoić, a nie celowo zdenerwować ignorowaniem jej wspaniałego daru - zdjęcia, które właśnie podsuwała mi pod nos. Ale ja nie chciałam na nie patrzeć! Naprawdę bardzo, bardzo nie chciałam.
- Forest - głos Leslie brzmiał spokojnie, ale była w nim twardość. - Ona oddaje ci kawałek własnego serca. Śmiało, weź to, a potem oddaj jej, kiedy tego zechce.
- Dzwony - szepnęła pani Sally, pochylając się do przodu, abym tylko ja mogła ją usłyszeć. Tym razem omal nie dźgnęła mnie rogiem zdjęcia w oko.
Ręką, w którą nie była wczepiona starcza dłoń, sięgnęłam po fotografię. To było zwyczajne stare zdjęcie. "Co się ze mną dzieje?" - pomyślałam. Czasem zachowywałam się jak ostatnia kretynka.
Spojrzałam na fotografię. Postać mężczyzny była tak wyświecona od dotykania jej, że nie byłam w stanie dostrzec rysów twarzy. Ubrany był w kapelusz i chyba ogrodniczki. Głowę miał zwróconą w stronę szopy stojącej przy niewielkim łanie kukurydzy.
Zmrużyłam oczy. Zdjęcie wydało mi się ciut wyraźniejsze. Tak, to na pewno były ogrodniczki. Mężczyzna miał włosy przystrzyżone tuż przy skórze i duże uszy. Nawet fajny. Ogrodniczki były ciemnoniebieskie i wyglądały na nowe, a rękawy jego koszuli lśniły czystością, jak gdyby wystroił się przed wizytą u pani Sally. Szopa przypominała raczej małą drewnianą chatkę. Kukurydza była zdrowa, dorodna. Czułam jej zapach połączony z brudną ziemistą nutą. Była też woń nowego dżinsu - świeżej bawełny, wciąż sztywnej, aż swędzi od niej skóra...
"Czy wiesz, kim jesteś?". Głos w mojej głowie nawet mnie nie przestraszył, bo spodziewałam się, że będzie mówił właśnie takim tonem: głębokim i lekko rozbawionym. "Czy wiesz, co potrafisz?".
Mężczyzna na zdjęciu odwrócił głowę, aby na mnie spojrzeć.
Świat zadygotał.
Krzesła zaklekotały pod ścianami oddziału, światła zabrzęczały elektrycznie i zgasły z suchym trzaskiem. Odrzuciłam zdjęcie, jakby zrobiono je z błękitnego ognia, a pani Sally puściła moją bransoletkę i zaczęła głośno lamentować.
- Dzwony! - zawodziła. - Dzwony!
Szpitalne dzwony biły na całego.
Racjonalna część mojego umysłu przekonywała mnie, że to wstrząs od eksplozji, którą techniczni wywołali w tunelach, rozkołysał serca dzwonów, tak jak zachybotał krzesłami w oddziałowym holu. Moja wewnętrzna idiotka twierdziła jednak, że zdjęcie właśnie do mnie przemówiło, a potem spojrzało na mnie i sprawiło, że zaczęły bić dzwony.
- No chyba jaja sobie robicie... - wymamrotała Leslie.
Dźwięk jej trampek, popiskujących nerwowo, gdy biegła uspokajać przestraszonych pacjentów, był jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie od wybuchnięcia wrzaskiem głośniejszym niż wycie pani Sally. Przypadłam do podłogi, panicznie macając rękami wokół siebie, aż natrafiłam na fotografię. Chwyciłam ją i wcisnęłam staruszce w dłonie.
- Proszę. Tu jest. Już wszystko dobrze.
Chryste, to miał być kojący ton?
- Już dobrze, pani Sally.
Staruszka wciąż krzyczała. Puls łomotał mi w gardle tak mocno, że aż bolało.
- Pani Sally?
Delikatnie ścisnęłam jej dłoń, zamykając kruche palce na odbitce.
- Ja też słyszę te dzwony - powiedziałam do niej. - Ale one rozkołysały się z powodu tych wybuchów.
- Nie wychodź w nocy! - wrzasnęła.
Zapasowy generator zadudnił basem i znów zapaliły się światła. Pani Sally wpatrywała się we mnie, ale jej oczy znów powlekał biały film pomieszania. Wysunęła dłonie z mojego uścisku, zerknęła na zdjęcie, a potem uśmiechnęła się i uciekła spojrzeniem w dal, tak jak to zawsze robiła.
Zanim zdążyłam zareagować albo chociaż spróbować zrozumieć, co właśnie się wydarzyło, z gabinetu na dalekim końcu holu wypadła pielęgniarka. W pomarańczowym fartuchu Arleen wyglądała jak wściekła dynia, a ja ledwie powstrzymałam się od jęknięcia na widok burzy jej jasnych włosów. Nie należała do moich ulubionych osób - zawsze głośno mówiła, nigdy nie zwracała uwagi na pacjentów...
- Leslie! - krzyknęła, najwyraźniej wielce czymś wzburzona. - Leslie!
Usłyszałam zirytowane "co?" dobiegające z sali pacjentów po mojej lewej stronie. Arleen podskakiwała na palcach jak podekscytowany przedszkolak.
- Znaleźli zwłoki w tunelach!
Podniosłam się powoli, nie wierząc w to, co słyszę. Arleen trajkotała o policji stanowej jadącej do nas najszybciej, jak się tylko da, oraz o kościach. Całej stercie kości.
Leslie wysunęła głowę na korytarz. Jej zwykle niewzruszenie spokojną twarz wykrzywiał grymas irytacji.
- Co ty pleciesz, kobieto? Mamy tu niezły bałagan, a ty...
- Trup! - wybuchła Arleen, podkreślając swój okrzyk klaśnięciem w dłonie. - W podziemiach szpitala psychiatrycznego Lincolna jest nieżywy człowiek!
Levi
Z tym psem było coś nie tak.
Natknąłem się na niego zaraz za progiem sklepu - takie niepozorne byle co. Zatrzymałbym się, żeby go podrapać, ale musiałem wrócić, zanim Imogena zacznie się niepokoić.
"Nie wychodź dziś z domu, chłopcze. Śmierć chodzi na dwóch nogach".
Ale ja musiałem wyjść, bo chciało mi się kabanosów, fistaszków i coli, a teraz to psisko lazło za mną do domu. To był beagle, miał obwisłe uszy i ogon, którym nie merdał. Jego małe oczy były zbyt czarne, a może to jego zęby były zbyt białe? Trudno powiedzieć.
Ścisnąłem mocniej torbę z zakupami i przyśpieszyłem, skręcając przed frontem Szpitala Psychiatrycznego imienia Abrahama Lincolna. Mój oddech przemieniał się w parę. Był listopad i Never w Kentucky przenikał już zimowy chłód. Po mojej lewej stronie, ponad drzewami czarna sylweta dzwonnicy starego psychiatryka zasłaniała gwiazdy. Było ciemno, ale księżyc świecił jasno, a ja znałem drogę na pamięć.
Za moimi plecami pies warknął ostrzegawczo.
"Nie oglądaj się za siebie, może właśnie coś cię dogania".
Powiedział to ktoś sławny, nie Imogena. Chyba jakiś sportowiec, nie mogłem sobie przypomnieć który. Coś błysnęło w oddali, wysoko pomiędzy czarnymi koronami sosen i dębów, i zaraz zgasło.
Latarka?
Spojrzałem w stronę szpitala. Dreszcz podniósł mi włosy na karku, a ten kretyński pies zawarczał znowu.
Dzwonnica. Czy światło padało z samej góry, spod szczytu? Zwolniłem kroku, choć wiedziałem, że nie powinienem, i znów przeszył mnie zimny dreszcz.
Nic dobrego nigdy nie przychodziło ze szczytu tej wieży ani z żadnego z rozrzedzeń w tym szpitalu. Imogena dbała o to miejsce najlepiej, jak potrafiła, ale czasem...
- No, dosyć już tego dobrego, Levi - powiedziałem do siebie, naśladując głos babci.
Pokręciłem głową, żeby wytrząsnąć z niej głupie myśli, i ruszyłem do domu.
Coś na szczycie tej wieży obracało się w ślad za mną. Obserwowało mnie. Świdrowało wzrokiem moje plecy, tak jak ten pies.
- Ogarnij się - mruknąłem; pies zawarczał, a wtedy ruszyłem naprzód tak szybko, że praktycznie biegłem.
Echo moich kroków niosło się po parku. Wszystko ucichło, z wyjątkiem psa. Bydlę dyszało stanowczo za głośno.
Światło błysnęło mi w twarz, a ja potknąłem się i zatoczyłem, trzepocząc powiekami, aby odzyskać wzrok. Zatrzymałem się. Drogę zastąpił mi pies z wytrzeszczonymi oczami, otwartym pyskiem i jęzorem wywieszonym do samej ziemi. W kolejnym rozbłysku dziwnego żółtego światła cień zwierzęcia wspiął się na drzewa za nim.
Cień był ogromny i miał kształt wilka.
Miał też czerwone oczy.
"Nie wychodź dziś z domu, chłopcze. Śmierć chodzi na dwóch nogach".
- Całe szczęście, że ty masz cztery - powiedziałem do upiornego kundla, ledwie słysząc własny głos przez szum krwi w uszach.
Gdzieś blisko zaszeleściły liście.
Obróciłem się gwałtownie w stronę, z której dobiegał dźwięk, spodziewając się... właściwie czego? Prawdziwego wilka? Jakiegoś obłąkanego dziwaka z latarką? W Lincolnie nie było już morderców ani innych groźnych przestępców. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Wpatrywałem się w las, wytężając wzrok, aż plamy zatańczyły mi przed oczami. Nic. Same drzewa. I jeszcze ta stara kamienna wieża trzymająca wartę nad Never. Pojedyncze żółte światełko zamigotało wysoko pod szczytem, jakby ktoś machał staroświecką latarnią.
- Nie jestem szalony - sapnąłem, wydmuchując kolejną chmurkę pary. Ostatnio często to sobie powtarzałem.
Gałązka trzasnęła po mojej prawej stronie i znów podskoczyłem.
- Wszystko dobrze - zapewniłem sam siebie, patrząc na mgiełkę rozwiewającą się tuż przed moim nosem. Noc pachniała mokrymi liśćmi i cmentarną ziemią. - To tylko ten pies.
Beagle stał w świetle dziwnej latarni umieszczonej na szczycie dzwonnicy. Merdał ogonem, ale nie było w tym nic przyjaznego. Jego cień wciąż miał czerwone oczy. Cień nie machał ogonem.
Zacząłem odsuwać się od psa.
Ruszył na mnie, szedł krok za krokiem, z podwiniętymi wargami odsłaniającymi żółte kły, wielkie jak moje palce. Wilczy cień zafalował, przemykając po drzewach, ogromny, czarny, zjeżony; kątem oka widziałem wieżę spoglądającą z góry niczym mroczny cień. Mój oddech stał się krótki, krew zatętniła szybciej.
Pies rozwarł paszczę i zawył tak donośnie, że aż zadzwoniło mi w uszach. Stopy splątały mi się jedna z drugą i upadłem plecami na coś ciepłego i masywnego.
Człowiek?
- Hej, uważaj, jak chodzisz - odezwał się głęboki głos, od którego po grzbiecie przebiegła mi kolejna fala dreszczy.
Silne ręce uchroniły mnie przed fiknięciem kozła i postawiły z powrotem na nogach.
- Ten pies... - zacząłem mówić, ale przerwałem, ponieważ w moich żyłach płynęła krew Imogeny, która uczyła mnie jej używać, wychowując mnie po śmierci moich rodziców, i ludzie nie zawsze widzieli to, co widziałem ja. Gdybym spytał mężczyznę o jego cień, pomyślałby, że jestem uciekinierem ze szpitala. Ale co on w ogóle tutaj robił? Ludzie na ogół trzymali się z dala od tych ścieżek.
- Przepraszam - powiedziałem. - Tylko wracam do domu.
Mężczyzna puścił mnie, a następnie się roześmiał.
Nie spodobał mi się ten śmiech.
Facet był wysoki i prawie łysy, ale umięśniony jak szybkobiegacz. Jego ciemnej skóry nie szpeciła żadna skaza, miał na sobie spodnie od garnituru i elegancką koszulę z krawatem, brakowało mu tylko marynarki. Kościelne ciuchy. Wyglądał na kaznodzieję.
- Jesteś jednym z nich - powiedział. - Wielka szkoda. Ale lepiej teraz, zanim dorośniesz i zaczniesz sprawiać poważne kłopoty.
Beagle zawarczał i mężczyzna zwrócił swoje czarne oczy na psa. Zaczął coś mamrotać. Nie słyszałem słów, ale w każdym z nich czułem moc. Warkot przeszedł w skamlenie, zwierzak podwinął ogon pod siebie i po chwili zniknął między drzewami jak duch.
Zimna prawda osiadła mi na skórze, aż zadzwoniłem zębami.
Ten pies nie warczał na mnie. Warczał na kaznodzieję. Gdzieś w oddali przetoczył się grzmot, a światło na wieży błysnęło jeszcze raz i zgasło.
Czy wariaci z Lincolna nadal biegali z wrzaskiem po korytarzach podczas burzy? Widziałem to kiedyś w reportażu w wiadomościach. Sto lat temu tak właśnie się działo. Imogena mi to powiedziała, a moja babcia zawsze mówiła prawdę.
"Uciekaj" - wyszeptał jej głos w mojej głowie, ale było już za późno.
Mężczyzna wykonał ruch w tej samej chwili co ja, łapiąc mnie i pociągając w tył. Moja torba pofrunęła łukiem, rozsiewając dookoła fistaszki i kiełbaski, a ja runąłem na ubity żwir ścieżki. Kość w łokciu pękła mi z trzaskiem i prawą rękę przeszył mi rwący impuls. Bolało tak bardzo, że zamroczyło mnie i zakręciło mi się w głowie. Wyrżnąłem twarzą o kamyki, łamiąc sobie ząb.
Myśli splątały mi się w supeł i krzyknąłem, ale nie usłyszałem niczego, ponieważ moja krtań nie wydała głosu. Podpierając się sprawną ręką, spróbowałem dźwignąć się z ziemi, ale kaznodzieja cisnął mi w twarz garścią cuchnącego proszku.
Zaniosłem się kaszlem.
Parzyło. Nie mogłem oddychać.
Czy ten kaznodzieja odmawiał modlitwę? Bredził coś o przebaczeniu, powinności i zbawianiu dusz. Facet był pieprznięty.
"Jest dobrze. Wciąż oddycham. Ciągle żyję".
Zamrugałem powiekami i spojrzałem na mężczyznę, w którego wielkich dłoniach pojawiły się sztylety.
"Ciągle żyję" - powtórzyłem w myśli.
A potem już nie żyłem.