Rozdział pierwszy, w którym autor jest zdumiony i przerażony, albowiem stał się wspólnikiem niezliczonych zbrodni
Ja, Kornel Makuszyński, nieszczęsny autor "Panny z mokrą głową"
i posępny autor "Awantury o Basię", siedziałem spokojnie
w zacisznej komnacie, rozmyślając nad jedną jeszcze powieścią dla
"dorastających panienek". Jest to sprawa wymagająca niezmiernego
wysiłku ducha. Uczeni wiedzą, co się dzieje na Marsie, jakie minerały
znajdują się na księżycu, jaka jest temperatura słońca i ile
waży ziemia. Wiedzą filozofowie, co się odbywa w ludzkiej duszy
i dlaczego człowiekowi śni się właśnie kobieta z długą brodą,
a nie piec grający na harfie. Największy jednak uczony, najsłynniejszy
nawet filozof nigdy nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedzieć do
skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy "dorastającej
panny". Jest to niezgłębiona tajemnica.
Miałem przeto głowę
w chmurach zadumy i od czasu do czasu wydawałem siedmiozgłoskowe
westchnienia. Na biurku leżały białe, niezapisane karty papieru,
a potężny kałamarz, nalany po brzegi, czekał cierpliwie i czarnym
okiem spoglądał, czy pióro jak bocian zanurzy w nim dziób. Czekałem
na tę wspaniałą chwilę, w której z udręczonej mojej głowy wyskoczy
"dorastająca panienka" jak Pallas Atena z dostojnej, kędzierzawej
i brodatej głowy Zeusa.
Zamiast "dorastającej
panienki" wtoczyła się do mojej komnaty niewiasta służebna, nosząca
przedziwnie wonne imię Narcyza. Powiedziałem "wtoczyła się" i nie
cofnę tego słowa. Narcyza tym tylko różniła się od armaty, że sama
zajeżdżała na pozycję, bez pomocy trzech par tęgich artyleryjskich
rumaków. Poza tym miała wygląd burzącego działa, głos potężnej
kolubryny i jej straszliwe zwyczaje. Na jej widok uleciały myśli,
krążące nad moją biedną głową jak złote pszczoły, a cisza
skuliła się w kącie jak przerażony pies. Nigdy imię złożone
z pięciu śnieżystych płatków i złotego oka nie zostało nadane
z większą lekkomyślnością. Kobieta ta powinna nosić imię wulkanu
a nie kwiatka.
Spojrzała na mnie
z wysoka i rzekła głosem tak czarnym, że smoła kapała z niego
ciężkimi kroplami na prawie perski dywan:
- Przyszła jakaś taka
i takie coś...
Każdy inny, nieznający
przedziwnych obyczajów tej armaty, niecierpliwymi pytaniami otworzyłby
bramę piekła i wyzwoliłby najmniej siedmiu ogoniastych szatanów.
Z tą lubą istotą należało postępować oględnie, ze wzniosłym
spokojem, z beznamiętną cierpliwością i z wyrozumiałością
mędrca, albowiem luba istota czekała pożądliwie okazji do piekielnej
awantury. Należy wiedzieć o tym, że jej wroga i zuchwała postawa
wobec świata i wszystkiego, co żywe, pochodziła z bolesnej udręki
i ciężkiego zawodu. Od owego dnia gniewu i klęski, w którym wierna
przyjaciółka "odbiła" jej narzeczonego, dusza rzewnej i tkliwej
Narcyzy obrosła kolcami jako jeż. Szczególną nienawiść poczęła
żywić do wszelkiego stworzenia rodzaju żeńskiego. Znając te piekielne
tajemnice, wiodłem z nią dialog nie jak z ciężką armatą, lecz
jak z niewinnym ptaszkiem. Usłyszawszy przeto przedziwną, czarną
i niechętną wieść o tym, że "przyszła jakaś taka z takim czymś!"
- pojąłem w lot, iż mowa jest o rodzaju żeńskim. Pan Bóg - na
szczęście - nie odmówił mi bystrości.
- Ach? - rzekłem
dobrotliwie. - Jakaś taka?...
- Przecie mówię po
polsku! - odrzekła hardo armata i spojrzała na mnie posępnie.
- Tak, tak, rozumiem...
Jakaś pani?
Osoba, którą
w niezrozumiałym szaleństwie nazwano Narcyzą, wzruszyła ramionami,
dając mi tym ruchem pogardliwie do poznania, że bystrość moja niewiele
się różni od zdumiewającej bystrości pieca albo szafy.
- Aha, więc nie pani
- mówiłem szybko, ze słodkim akcentem pojednania. - Któż to mógł
przyjść? Skoro nie pani...
- Pannica! - zawołała
ona głosem rozdzierającym.
- Patrzcie, patrzcie! -
mówiłem w wybornie udanym zdumieniu.
Mąż niecierpliwy
i nieznający zawiłych zagadek życia byłby chwycił strzelbę
i dwoma strzałami zakatrupił lubą Narcyzę, tym by się to jednakże
skończyło, że dwie kule odbiłyby się od niej jak od hipopotama,
ona zaś zabiłaby niedoświadczonego człowieka jednym potężnym
spojrzeniem.
Rzekłem przeto
z uśmiechem należycie tkliwym:
- Narcyza była łaskawa
wspomnieć coś o tym, że ta panna przyszła z kimś jeszcze...
- Z nikim nie przyszła
- odrzekła ponuro.
- Ej, a mnie się coś
zdaje, wedle tego, co słyszałem, że z tą panną ktoś przyszedł...
- Bo przyszedł!
Wzniosłem spojrzenie
ku niebu i wezwałem je na świadka mojej niewinnej męczarni. Zdawało
mi się, że ujrzałem anioła, dającego mi rozpaczliwe znaki, abym
cierpiał, bo jeśli wdam się w bój z Narcyzą, sam przed wyznaczonym mi
czasem znajdę się pośród aniołów. Zazgrzytałem przeto łagodnie
zębami, lecz roztropnie uciszyłem serce, które chciało zawyć
rozsrożonym głosem tygrysa.
- Więc któż to
przyszedł? - zapytałem takim głosem, którym płacze wiolonczela. -
Jakiś pan?
- Żaden pan! -
zakrzyknęła armata.
Coś w niej jednak
musiało zelżeć albo też moja przebrana słodycz musnęła jej twarde
i zapiekłe serce, bo w przepaścistych oczach tej rzewnej kobiety
dojrzałem cień cienia litości. Pytałem przeto czym prędzej:
- Skoro nie pan,
więc kto?
- Pies! - odrzekła mi
z niezmierną męką. I aby mnie nie włóczyć wśród mgieł niepewności,
dodała ze śmiertelną powagą: - Pannica czupiradło, a pies pokraka!
Widać, że jej ulżył
cokolwiek ten okrzyk, ale nie na długo.
Odważyłem się na
ciche pytanie:
- Czy Narcyza nie wie
przypadkiem, czego chce ta panienka z psem?
Ona spojrzała na mnie
z politowaniem i zagrzmiała głucho:
- A skąd ja mam
o tym wiedzieć?!
Tak uderzyła w słówko
"ja", jak właśnie piorun uderza w uschłe drzewo.
- Dobrze, już
dobrze! - powiedziałem szybko. - Istotnie, skąd Narcyza mogłaby
o tym wiedzieć... Ludzie sami czasem nie wiedzą, po co przychodzą.
A gdzież jest ta panienka?
- Siedzi w przedpokoju
i gwiżdże! - ogłosiła Narcyza z boleścią.
- Gwiżdże? Dlaczegóż
ona gwiżdże?
- Teraz wszystkie
takie! - rzekła ona głosem zwęglonym. - Co z nią zrobić? Może
by tak na łeb ze schodów!...
- Ależ, Narcyzo! Jakżeż
można?! Dowiemy się, czego chce...
Powiedziałem
z szatańską chytrością, że "dowiemy się", niebezpieczne
bowiem byłoby użycie liczby pojedynczej. Straszliwa ryba połknęła
przynętę z wrodzonej ciekawości, którą i tak zresztą zaspokoi
w sposób należyty i niewymyślny, gdyż będzie podsłuchiwała
z czujną wprawą.
Powiedziała jednak
z rezygnacją:
- Jak pan chce! Ja bym
z taką osobą nie gadała...
Obróciła się na osi
i powoli zjechała z pozycji. Przed nią szła groza, za nią szło
przerażenie. Moja komnata stała się po jej wyjściu obszerniejsza
i bardziej widna.
Z przedpokoju słychać
było dwa splątane głosy: jeden cienki jak jedwabna nitka, drugi
gruby jak lina okrętowa. Jeden był śpiewaniem słowika, drugi
głuchym pomrukiem rozsrożonego wulkanu. Potem drzwi otwarły się
gwałtownie i obłąkanym pędem wpadł przez nie pies. Nie, to zbyt
wiele powiedziane! To nie był pies... Można było za Słowackim
i Odyńcem zakrzyknąć w zdumieniu: "Czy to pies, czy to bies!". Był
to przedziwny stwór przyrody, której coś musiało uderzyć na rozum
w chwili stwarzania tej kreatury. Miał on cztery krótkie, krzywe
łapy i haniebnie kosmaty ogon, z czego można było sądzić, że to
jednak pies. Gdyby posiadał urzędowy rodowód, napisano by w nim:
"syn jamnika i kanapy". Kreatura pokryta była ostrą sierścią
dobrze urodzonej kozy, a oczy jej - mądre, sprytne, małe i wesołe
- pożyczone były od świni. Posiadała tylko jedno ucho całe
i obwisłe, drugie bowiem było marną pozostałością po jakiejś krwawej
walce. Zwierzak ten na pierwsze spojrzenie, pomimo swej diabelskiej
urody, wyglądał sympatycznie. Długi, niski, śmiesznie kosmaty, a tak
zabłocony, jak gdyby brzuchem czyścił ulice, śmignął przez drzwi,
obiegł pokój i zwinnym susem wskoczył na fotel. Wybrał, oczywiście,
stary, stylowy fotel, przepięknym pokryty materiałem. Gwałtowne
oburzenie tak mną zatrzęsło, jak czasem urwipołeć trzęsie jabłonią
obsypaną jabłkami. Chwyciłem nożyk do rozcinania kartek i grożąc
nim zuchwałemu psu, krzyknąłem z należytą pasją:
- Kundlu, precz
z tego fotela!
Kundel ani
drgnął, łypnął jedynie lewym świńskim okiem i wyraźnie był
ubawiony. Równocześnie ozwał się cienki, gniewem powleczony głos:
- Czemu się pan znęca
nad moim psem?
Mordercze narzędzie
wypadło z mej ręki. Pomiędzy moim słusznym gniewem i tą lichą
imitacją psa stanęła osoba rodzaju żeńskiego i rozkrzyżowała
żeńskie ramiona. Miała piętnaście albo szesnaście lat, płowe
włosy, roziskrzone oczy, po których latały złote błyski, i zadarty
nosek, po którym nic nie latało. Ani brzydka, ani ładna, ale smukła,
gibka, zgrabna i zapewne silna. Na gołych nogach, tak opalonych, jak
gdyby były posmarowane czekoladą, widniały liczne ślady zadrapań
i stłuczeń. Przebiegła mi przez zdumioną głowę myśl, że ta
pannica chodzi po ziemi jedynie w niedzielę i wielkie święta,
w dnie zaś powszednie łazi po drzewach albo przedziera się przez
ciernie. Nie mogłem zajrzeć jej do ust, mógłbym jednak przysiąc,
że jej brak kilku zębów, wybitych w nagłym zetknięciu się z jakimś
płotem. Bynajmniej by mnie nie zdziwiło, gdyby osoba wjechała była
do mojego domu konno, siedząc na oklep. Jaki pies, taka pani... Dobrana
para... Pannica zuchwała, a pies opryszek. A nad tym psem - ja się
znęcam! Powiedziałem twardo:
- Niech pani powie
swojemu psu, aby natychmiast zlazł z fotela!
- Dobrze, dobrze,
proszę pana! - odrzekła wesoło. - Nic się takiego nie
stało. Rolly! Bądź łaskaw zejść...
Kreatura zwie się Rolly!
Kreatura zsunęła się
niechętnie i, wrogo na mnie spojrzawszy, ułożyła się na dywanie.
Sprawa z psem była
jako tako załatwiona, czekało mnie jednak gorsze przejście
z "zadartym nosem". Jestem człowiekiem niepospolicie spokojnym
i opanowanym, jak gdyby mnie w młodości trzymano na lodzie, z trwogą
przeto myślałem o tym, że zostałem osaczony i że będę się
musiał bronić jak dzik w leśnym ostępie. Spojrzałem na panienkę
spode łba i w tejże chwili poczułem gniew: panienka patrzyła na
tragiczną moją dostojność ze ślicznym uśmiechem, który wyrastał
z dwóch dołeczków na zuchwałym jej obliczu. Pannica raczej brzydka,
a uśmiech naprawdę prześliczny i jakiś taki miękki, tkliwy i czuły,
jakim się poranne, wiosenne uśmiecha słońce. Niemądre moje serce
już się chciało uśmiechnąć do tego uśmiechu, lecz w sam czas
powstrzymałem je groźnym napomnieniem. Ja nie dam się oszukać
tak łatwo... Za stary jestem wróbel na takie złociste plewy. Nie,
moja panienko! Znam te zgoła diabelskie sztuki, którymi osoba rodzaju
żeńskiego, mająca nawet lat szesnaście (i psa), umie zwieść nawet
mędrca. Za takim uśmiechem kryć się może przemyślny podstęp
i misterne szalbierstwo. Cygan nie ocygani tak Cygana, jak to snadnie
i bez najmniejszego trudu może uczynić figlarna osoba, mająca w twarzy
dwa dołeczki.
Najeżyłem się jak
jeż i rzekłem głosem suchym jak pieprz:
- Czemu się pani śmieje?
- Bo mi bardzo wesoło,
proszę pana! - odrzekł "zadarty nos".
Nawet w gniewie nie
mogłem odmówić słuszności tym słowom, z których każde było
radosnym wykrzyknikiem. Postanowiłem jednak, że będę nieustępliwy
i zmienię każde moje słowo w ostry sopel lodu. Zanim jednak zdołałem je
zamrozić, panienka z niebywałą i podejrzaną zręcznością zmieniła
tonację i powlókłszy głos warstwą smutku, powiedziała patrząc mi
prosto w oczy:
- Czy pan się na
mnie gniewa?
Zacząłem się
zastanawiać, czy się gniewam.
- Bo jeśli się pan
gniewa, to ja sobie pójdę. Ale przedtem się rozpłaczę! A skoro ja
beknę, to się tu zleci cały dom.
- Niech pani nie
płacze! Wcale się nie gniewam... Trochę mnie ten pies wyprowadził
z równowagi, ale już przeszło...
Otóż to! Nie mogła
uśmiechem, pokonała mnie groźbą łez, a ludzkości wiadomo przecie,
co w tym zakresie potrafi szesnastoletnia dama, która ma zadarty nos
(i psa). Tego tylko jeszcze potrzeba, aby ten kundel pomógł jej
w koncercie. Poddałem się - o boleści! - i pragnąc zachować
pozory, rzekłem niby niefrasobliwie:
- Jak się ta psina
nazywa? Rolly? Czemu tak z angielska?
Panienka wyżłobiła
od razu dwa dołeczki, błysnęła oczami złociście i powiada:
- Ten ogoniasty nazywa
się Rolly tylko na wizycie! Na co dzień zwie się Rolmops. Czy pan wie,
co to takiego? Jest to śledź zwinięty w kłębek, nadziany cebulą
i przekłuty patyczkiem, aby się nie rozwinął. Ogoniasty, gdy śpi,
bardzo jest podobny do rolmopsa. Niech pan spojrzy!
Ogoniasty zwinął się
w kłębek i zapadł w sen, czasem tylko, usłyszawszy swoje fałszywe
imię, łypnął świńskim okiem.
Wyznanie to obudziło na
nowo moją zasypiającą czujność. Nie podobało mi się to niewinne na
pozór szalbierstwo z imieniem kosmatego indywiduum. Wprawdzie panienki
mają przedziwny zwyczaj przekręcania własnych imion, wskutek czego
Petronela w metryce zowie się na użytek domowy Kizia, a Magdalena -
Dolly, jednakże niepojęty ten proceder nie był nigdy dotąd zażywany
wobec psiego pokolenia. Uczciwemu psu wystarczało jedno niewzruszone
psie imię.
Przeniosłem baczne
spojrzenie z psa na panienkę, która zdołała już zapomnieć o gadaniu
na temat swojego niewydarzonego kundla i z żywością muchy przeniosła
się na inny temat.
- Jak tu u pana
ładnie! - rzekła, patrząc na ściany zawieszone natłokiem obrazów.
- Tak sobie -
bąknąłem.
- Wcale nie "tak
sobie"! - zawołał z przekonaniem "zadarty nos". - Ślicznie
jest u pana!
Nagle ją coś
poderwało. Zbliżyła się szybko do ściany, na której złocił się
i czerwienił, i gorzał żywą purpurą obrazek malarza, który sam był
płomieniem gorejącym i zdawało się, że malował płomieniem. Malarz
ten od dawna już malował świty i zachody na niebie, bo od dnia
jego śmierci niebo było świetniej niż zazwyczaj kolorowe i grało
kolorami. Obraz nie był podpisany, panienka zaś wymówiła nazwisko,
w którym drżało wzruszenie i tkliwość.
Zdumiało mnie to
cokolwiek.
- Widziała pani kiedy
jego obrazy?
- Tak. Widziałam dwa,
a ten jest trzeci. To był cudowny malarz!
- Mój przyjaciel -
rzekłem cicho. - Umarł młodo...
- Ja wiem...
- Skąd pani o tym wie?
- O, ja wiem bardzo
wiele o malarzach. Wszystko panu opowiem, ale nie tak od razu. A ten
obrazek... Boże miły! Przecie to Zawidzki...
- Tak, to
Zawidzki. Ładny, prawda?
- Śliczny, a nie
ładny. Przepraszam pana... Czy pan kupił ten obraz?
- Niestety nie. Dostałem
go od malarza.
"Zadarty nos"
spojrzał na mnie jak gdyby z wyrzutem i rzekł niby do siebie:
- Potem się ludzie
dziwią, że malarze chodzą bez butów! Niech się pan nie gniewa -
dodała głośniej - ja właściwie nie do pana to mówię. Malarz
i literat to jedna rodzina, więc sobie robią podarunki, chociaż żaden
malarz jeszcze w życiu swoim nie przeczytał książki, którą dostał
od literata. Czasem nią tylko pali w piecu albo rzuci za psem... Ale
innych tobym utłukła w moździerzu...
- Kogo na ten przykład?
- Tych wszystkich,
co umieją od niemądrego malarza wycyganić za darmo obraz. Proszę
pana! Pan nie ma pojęcia o tym, ile Zawidzki rozdał obrazów!
- Czy być może!
- Może być, skoro ja
panu o tym mówię.
- Pani go zna osobiście?
Panienka, rzuciwszy
klątwę na wszystkich opryszków krzywdzących malarzy, rozpogodziła
się niespodzianie, uśmiechnęła lekko, potem ciężko usiadła
w fotelu.
- Czy ja go znam?! Pan
skona ze śmiechu, skoro pan się dowie, jak ja go dobrze znam.
- Dlaczegóż mam od
razu skonać? - rzekłem ciemnym głosem. - Czy nie mógłbym się
o tym wszystkim dowiedzieć za mniejszą cenę?
- Bardzo pana przepraszam,
ale mi się tak tylko wyrwało. Ja mam gębę, że nie daj Panie
Boże! Ale panu przecież też nic nie brakuje, sądząc po tym, co
pan wypisuje.
Czy mnie słuch nie
myli? Ponura Narcyza niezbyt się pomyliła, oznajmiając przyjście
"pannicy". Zuchwałość "zadartego nosa" zaczynała przekraczać
wszelkie granice przyzwoitości. "Zadarty nos" obrażał mnie na
moim własnym terytorium, jednym tchem przypisując mi swoje własne,
pyskate właściwości. Do stu tysięcy kosmatych Rolmopsów, mam tego
dość! Zadzwonię na Narcyzę, dam jej niewidoczny znak, a "zadarty
nos" wraz ze swym paskudnym kundlem rozwieje się we mgle, w czasie
i przestrzeni. Straszliwa ta myśl musiała się odbić w moim spojrzeniu,
panienka bowiem - znowu z niewypowiedzianą, zuchwałą odwagą! -
pogłaskała niespodzianie moją rękę i nie powiedziała, lecz
zakwiliła cichutko:
- O, pan się znowu
gniewa!
- Bo chciałbym wreszcie
wiedzieć - zacząłem twardo i nieuprzejmie, ale nie miałem czasu,
aby skończyć.
Oczy panienki
zwilgotniały, pociągnęła zadartym nosem trzy razy, a po chwili,
jak gdyby przypomniawszy sobie, że trzeba to uczynić do pary - po
raz czwarty, złapała się ręką za zuchwałą głowę i zawiodła
smętnie, nawet z żałością:
- O ja nieszczęśliwa...
Cokolwiek zrobię - wszystko źle, cokolwiek powiem - jeszcze
gorzej... Ja się chyba zabiję... Niech się pan nade mną nie lituje! Ja
jestem przeklęta przez los i Pan Bóg mnie się wyrzekł...
- Ależ, proszę pani...
- Nie, nie, niech mnie
pan nie pociesza. Ja chcę umrzeć!
- Nie tu! - krzyknąłem
przerażony.
- A gdzie mam umrzeć? -
rzekła ona rozdzierającym głosem. - Nie mam ani domu, ani nikogo.
- O biedne dziecko!
Tak najpierw zakrzyknęło
moje niemądre serce, a potem dopiero ja, co się razem splotło w okrzyk
tak żałosny i rzewny, że panienka z wdzięczności za współczucie
położyła głowę na mojej piersi i cienko pochlipywała. Kosmaty
kundel, zwiedziony tym ruchem i przekonany, że mam zamiar uduszenia
jego umiłowanej pani, począł ujadać jazgotliwie, co musiało z kolei
wywołać wilka z lasu, czujnym uchem złowiłem bowiem groźne pomruki
Narcyzy za drzwiami.
W gorączkowym
pośpiechu szukałem rady w bystrym moim rozumie, lecz rozum nie
wiedział, co mi czynić należy. Zapytałem serca - serce było
pełne przerażeń. Gdybym zawołał przenikliwie mądrą Narcyzę
i ją zapytał o radę, rzekłaby niewątpliwie: "Ją niech pan zabije,
a psa niech pan zastrzeli!".
Trwałem przeto
w bezruchu i mimo woli gładziłem ręką głowę tej dziewczyny, która
spadła na mój spokój tak właśnie, jak czasem dachówka spada
z dachu na niewinną głowę przechodnia. Trwałem jak posąg w kamiennym
niewzruszonym spokoju i bezgłośnie przysięgałem niebu i ziemi,
przyrodzie i żywiołom, że póki życia - nie pozwolę wpuścić
panienki z zadartym nosem, ani panienki, która ma kosmatego psa; ani
panienki, która się zna na obrazach; ani takiej, która ma znajomego
malarza. Nie ulega wątpliwości, że malarz potrafi zwichnąć rozum
najbardziej sprawny i potężny, jakżeż tedy łatwo mógł przyprawić
o utratę mizernej piątej klepki nierozważną dziewczynę! Znałem
dobrze tego Zawidzkiego, świszczypałę i lekkoducha, i wiedziałem,
że dobry pan Bóg niejeden raz zakrywał ręką twarz, nie mogąc
patrzeć na jego szaleństwa. Skoro Zawidzki znalazł się w jakiś
nieznany mi sposób na drodze tego dziewczęcia, z wszelką pewnością
nikt inny tylko on pomieszał jej rozum i wobec tego dziewczę godne jest
litości. Myśląc o tym, tym serdeczniej gładziłem jej głowę, co
ją znacznie uspokoiło, spojrzała bowiem na mnie po chwili spojrzeniem
wymytym we łzach i rzekła cichutko:
- O, jaki pan jest dobry,
a ty, Rolly, uspokój się, ciężki idioto!
Jeden wykrzyknik wyrósł
jak cyprys równocześnie nade mną i nad kundlem, ale już mi było
wszystko jedno. Poczęła mnie ogarniać miła i ciepła radość, że
panienka u mnie nie wyzionie ducha z boleści i nie zostawi mi w spadku
kundla, który by mnie ścigał przez całe życie jak szczekająca
klątwa. Zdołałem już pojąć, że panienka łatwo i bez większego
namysłu przerzuca się z nastroju w nastrój, od uśmiechu do łez
i z powrotem, co jest niezmiernie zajmujące w teatrze, nigdy w domu;
zrozumiałem, że nic mnie już przed nią nie uchroni i będę musiał
wytrwać do epilogu tragifarsy; wiedziałem niezbicie, że postępując
łagodnie, ustępliwie i z niefrasobliwą na pozór pogodą - jest to
metoda z powodzeniem stosowana wobec wariatów - dowiem się wreszcie,
dlaczego dachówka spadła mi na głowę.
Wiedziałem już, jak się
zowie ogoniasty, nie znałem jednak dotąd imienia i nazwiska panienki,
a był już chyba czas największy, abym się o tym dowiedział.
Począłem się zbliżać
do tego zagadnienia ostrożnie, nie wiedząc, czy panienka, uczyniwszy
takie wyznanie, nie położy znowu głowy na mojej piersi i nie załka,
chociaż rozsądne kobiety nie mają tego zwyczaju, wymawiając swoje
nazwisko. Zacząłem tedy mówić chytrze:
- Bardzo mi smutno,
że się pani tak wzruszyła, panno Zosiu!
Liczyłem na to,
że zwyczajem rodzimym na dziesięć osób rodzaju żeńskiego jest
siedem Zofii.
- Kiedy ja wcale nie
jestem Zosia! - zaśmiała się panienka.
- A wolno wiedzieć,
jak pani na imię?
- Wolno! Tatuś nazywa
mnie Wu, a koleżanki nazywają mnie Miki...
- A jak mama?
- Ja nie mam matki -
rzekła ona cicho. - Moja matka umarła, kiedy umiałam osiem lat.
- Biedactwo -
szepnąłem.
Spojrzałem serdecznie
i tkliwie na jej twarzyczkę, co nagle zagasła, dziewczynka zaś
podziękowała mi ślicznym, smutnym uśmiechem.
- Mnie na imię jest
Ewa - powiedziała. - A nazywam się Tyszowska.
- Tyszowska? Znam to
nazwisko. Jest głośny lekarz bakteriolog...
- To mój ojciec! -
zawołała radośnie panna Ewa.
- W takim razie ja znam
ojca pani.
- Ależ tak, tak!
I ja o tym wiem. Pierwszą książką, którą dostałam od ojca, była
książka pana. Ojciec często mi mówił o panu. Pan o tym może wie,
że mojego ojca nie ma teraz w Polsce?
- Wiem, bo to głośna
sprawa...
- Tak, a teraz ojciec
wraca. Wraca za dwa tygodnie.
- No to świetnie!
- To wcale nie świetnie.
- Jakże to? Pani się
nie cieszy?
- Czy ja się cieszę?
O Boże drogi! Od dwóch dni, od kiedy dostałam wiadomość, zdaje mi się,
że oszaleję z radości. Ale, proszę pana, ja się boję...
- Czego? Co się stało?
Panna Ewa "zrobiła
ponurą twarz".
- Stały się straszne
rzeczy. Ojca nie było w kraju przez półtora roku. Pan nie może mieć
nawet wyobrażenia o tym, co ja zdołałam zdziałać przez ten czas.
O rany! Jeżeli ojciec nie osiwieje, to będzie cud boski. Co ja narobiłam,
co ja narobiłam! I ja, i ten pies.
- Cóż pani mogła
takiego zrobić? - pytałem zaniepokojony.
- Co ja zrobiłam? Gdyby
pan miał włosy na głowie, toby... O, bardzo pana przepraszam...
- Nic nie
szkodzi. Kobieto, mów dalej, byle prędzej!
- To się nie da tak od
razu powiedzieć. I na wołowej skórze też by nie spisał. I dlatego
właśnie przyszłam do pana.
- A cóż ja mam z tym
wszystkim wspólnego?
- Niby nic. Pomyślałam
sobie jednak tak: ja panu wszystko uczciwie opowiem, a pan mnie obroni
przed tatusiem i wszystko mu pan wytłumaczy.
- Ja? Dlaczego ja?
- A któż inny? -
odrzekła panienka zdziwionym pytaniem na moje niemądre pytanie. -
Przecie pan nas kocha?
- Kogo to: "nas"?
- Wszystkich, co mają
jeszcze kiełbie we łbie, więc i mnie. Co pan myśli, że ja nie wiem,
jakie rozmaite podlotki pisują do pana listy? My w szkole wszystko wiemy.
- Owszem, pisują
i cóż z tego?
- To z tego, że pan
powinien nas bronić w nieszczęściu i nie pozwolić nikogo skrzywdzić.
Długo byłem
spokojny. Długo byłem cierpliwy. W tej chwili jednak ogarnął mnie
gniew.
- Cóż ty sobie
wyobrażasz, szalona dziewczyno - urągałem nielitościwie - że
ja będę z uczciwymi ludźmi toczył wojnę o sto tysięcy podlotków,
którym się podobało narobić sto tysięcy głupstw? Cicho bądź,
kundlu! - ta apostrofa zwrócona była w stronę Rolmopsa, który
niebezpiecznie zawarczał i łypał oczami w moją stronę. - Co
sobie panienka wyobraża? Nie wiem - o co idzie, ale nie chcę mieć
z tym nic wspólnego. Niech pani uspokoi tego psa, bo go wyrzucę przez
okno!... Skoro panienka nawarzyła piwa, niech je teraz wypije. Może
pani kogo zamordowała?
- Nie miałam czym -
rzekła ona zuchwale.
- To całe
szczęście. Zresztą to wszystko jedno!
Panna Ewa patrzyła na
mnie przenikliwie, a równocześnie z uśmiechem nieco drwiącym.
- Pan jest bardzo
kochany! - rzekła wreszcie. - Pan niezbyt zręcznie udaje takiego,
co się okropnie złości.
- Ja udaję? Wypraszam
sobie te poufałości... Oświadczam pani stanowczo, że nie chcę
słyszeć o niczym, że nie wezmę udziału w żadnej awanturze i nie
zamienię z ojcem pani ani słowa...
- I nie obroni mnie pan
przed ludzką złością?
- Nie obronię.
- Ha, to trudno... Rolly,
chodź! Bardzo pana przepraszam za najście. Żegnam pana i niech Bóg
ma pana w swojej opiece...
- Żegnam panią...
- Przepraszam, nie
skończyłam jeszcze: panu będzie boska opieka bardzo potrzebna...
- Czemuż to? -
mówiłem drwiąco.
- Zaraz panu
powiem. Otóż cała młoda Polska dowie się jutro, że pan odmówił
opieki i pomocy jednej z tych, wobec których od tylu lat udaje pan
miłość. My panu wierzymy, my w pana wierzymy, my pana kochamy, a kiedy
się zdarzyło, że jedna z nas przyszła do pana, aby się wypłakać,
pan ją wygnał na mróz...
- Na jaki mróz?! -
krzyknąłem w pasji.
- Wszystko jedno. Mrozu
nie ma, bo jest lato, ale tak mi się powiedziało. Najpierw jakiś
potwór chciał mnie zakatrupić w przedpokoju, a teraz pan szuka,
czym ciężkim mógłby we mnie rzucić. I to wszystko za to, że ja
do pana jak do rodzonego ojca... Jutro wszyscy się dowiedzą, jaki
pan jest naprawdę. W książkach to nie sztuka, proszę pana... Ale
teraz będziemy wiedziały... Rolly, chodź, bo pan Makuszyński jeszcze
nas zamorduje.
Ona spojrzała na mnie
z wyrzutem, kundel spojrzał na mnie z pogardą i machnął na mnie
ogonem. Czułem, że świat się ze mną zakręcił, najpierw w prawo,
a gdy się zmęczył, zaczął się kręcić w lewo.
Panna Ewa skłoniła
się głęboko i szła ku drzwiom.
- Potworze, stój! -
wrzasnąłem przeraźliwie.
Przed oczami udręczonej
mojej duszy zaczęła defilować armia stu tysięcy panienek. Jedne
patrzyły na mnie ze zgrozą, inne zakrywały ręką twarz, aby mnie nie
widzieć, inne ciężko wzdychały westchnieniem zawodu, a kilka tysięcy
krzyczało piskliwymi głosy: "Zdrada, zdrada!". Uczyniło mi się
gorąco. Zimny pot spływał po moim czole. Będę wkopany w ziemię,
będę przywalony najcięższym głazem wzgardy.
- Potworze, stój! -
powtórzyłem konającym głosem.
Potwór odwrócił się
z uśmiechem od drzwi, błysnął białymi zębami, ozłocił gębę
uśmiechem i rzekł:
- Strasznie pana kocham!
Potem usiadł i zaczął
opowiadać.
Przyszedł nazajutrz
i znowu opowiadał. Potwór opowiadał tak długo, że Narcyza usnęła
raz pod drzwiami, znudzona podsłuchiwaniem. Ja słuchałem, albowiem
miałem pannę Ewę zasłonić własną piersią, gdyby jej szanowny
rodzic chciał jej urządzić kęsim za wszystkie zbrodnie i awantury. Od
czasu do czasu przykładałem sobie lód do głowy, aby się w niej
mózg nie zagotował. Czasem wydawałem nierozumne okrzyki. W ten sposób
dowiedziałem się o szaleństwach panny Ewy i spisałem w tej książce.
Nie ma wprawdzie
w tej chwili na świecie dwóch większych przyjaciół niźli ona i ja
(Rolmops pozostał opryszkiem), mam jednak do niej głuchy żal; kiedy
się bowiem wybrałem do jej ojca, aby w jej obronie wygłosić taką
mowę, jakiej świat dotąd nie słyszał, ten człowiek uściskał mnie
i rzekł:
- Ewa opowiedziała mi
o wszystkim i niech się pan już nie trudzi. To dzielna dziewczyna. Czy
napije się pan wina?
- Nie! - odrzekłem. -
Ale jeżeli ma pan truciznę...